1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Alfabet pozytywnych emocji – N jak NADZIEJA

Alfabet pozytywnych emocji – N jak NADZIEJA

123rf.com
123rf.com
N jak NADZIEJA – Według definicji jest to pragnienie, aby coś się spełniło, i jednoczesna obawa, że to może się nie udać. Czy nadzieja jest dla nas pomocą, czy tylko budowaniem zamków na lodzie?

Opinie są podzielone. Dla Jean Paula Sartre’a „Nadzieja jest najlepszą towarzyszką człowieka”, zaś według niemieckiego intelektualisty Fritza Depperta – „Kto żyje nadzieją, ten tańczy bez muzyki”.

Aby zaistniała nadzieja, subiektywna ocena prawdopodobieństwa, że sprawy przyjmą dobry obrót, nie może przyjąć wartości skrajnych. Przy 100% nadzieja zamienia się w radość spełnienia a przy 0% - w smutek zawodu.

Wydaje się też, że to właśnie kwestia unikania skrajności i potrzeba właściwej proporcji nadziei do prawdopodobieństwa spełnienia czyni ją pomocą lub przeszkodą. Trzeba ją dawkować umiejętnie, by życie nie stało się pełne rozczarowań.

Całkowite pozbycie się nadziei zmniejszyłoby naszą determinację i pozbawiło życie mnóstwa małych cudów, które są jej wynikiem. Jak twierdził wybitny psychiatra Antoni Kępiński, „Zwykle u największych nawet pesymistów istnieje choćby cień nadziei. Nadzieja bowiem jest warunkiem życia; musi istnieć wiara w przyszłość, gdyż życie jest ustawicznym dążeniem do przyszłości”.

Co więc konkretnie zrobić, by oddzielić nadzieję od karmienia się złudzeniami?

Odpowiedz sobie na kilka pytań:

  • Czy uświadamiam sobie mój wpływ na przebieg wydarzeń?
  • Czy jestem kreatorem, czy tylko obserwatorem?
  • Co jest powodem, że bardzo zależy mi na spełnieniu moich oczekiwań?
  • Czy istnieją obiektywne przesłanki  powodzenia?
  • Jaki jest powód, dla którego wierzę w dobry obrót spraw?
  • Czy jestem w stanie pogodzić się z wynikiem, jakikolwiek on jestł?
Szczerość pozwoli Ci sprawić, że twoja nadzieja stanie się narzędziem sukcesu.
Tak jak formułuje to Erich Fromm: „Nadzieja jest paradoksalna. Nie jest ani biernym oczekiwaniem, ani nierealnym wymuszeniem wydarzeń, które nie mogą zaistnieć. Jest jak gotowy do ataku tygrys, który skoczy tylko wtedy, gdy nadejdzie właściwy moment”.

Czytaj

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Energia uśpiona w każdym z nas – sprawdź, jak ją obudzić

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Codzienność wykańcza, praca stresuje, rodzina nas męczy. Bez przerwy narzekamy: „nie mam już siły, nie dam rady”. A przychodzi nieszczęście – choroba, wypadek – i jesteśmy w stanie unieść sto razy więcej. Czy konieczny jest aż taki bodziec, żeby obudzić uśpioną energię? Bo że ona gdzieś głęboko w nas drzemie, to pewne.

Artykuł archiwalny

Magdalena Kiełducka (38 lat, menedżerka, właścicielka firmy eventowej To Pestka) tamtego kwietniowego ranka 2006 roku usiadła na brzegu łóżka i zapytała samą siebie: „Co ze mną będzie? Jak mam dalej żyć?”. Dwa miesiące wcześniej w wypadku samochodowym zginął jej chłopak Daniel. Znali się tylko trzy miesiące. Zdążyli wyjechać do Egiptu i zaplanować całe życie. Miał być ślub, wspólny dom, dzieci.

– Kiedy Daniel zginął, wydawało mi się, że następnego dnia świat się nie obudzi – mówi Magda. – Nie byłam w stanie wyobrazić sobie dalszego życia. Ogarnęła mnie jedna wielka rozpacz. Myślałam, że to kompletnie niemożliwe, żebym została dłużej tu, na ziemi. Mechanicznie załatwiałam sprawy. W co go ubrać? Na pewno w te jedyne czarne spodnie, jakie miał. Bo choć był kolorowym ptakiem i czarnych ubrań nie nosił, kilka godzin przed wypadkiem prosił, żeby je wyprać, bo się przydadzą. Skąd wiedział? Dlaczego mnie opuścił?

Sami nie wiemy, co posiadamy

Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.

– Gdy stawką jest życie, odzywa się w nas najsilniejsza z naszych sił życia: instynkt samozachowawczy – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Każdy człowiek dysponuje takim potencjałem i wszyscy z niego czerpiemy w sytuacji zagrożenia. Ale gdy w grę wchodzi życie innych, z naszą reakcją bywa różnie. Jedni bez wahania śpieszą z pomocą, inni stoją z boku albo uciekają gdzie pieprz rośnie. Instynkt samozachowawczy niestety nie działa na rzecz drugiej osoby. Działają wtedy uczucia, emocje, wartości.

Jan Woźniakowski (50 lat, religioznawca) ma dzień wypełniony od pierwszej do ostatniej minuty, bo dom musi działać jak szwajcarski zegarek. Potrzebują tego bardzo: niepełnosprawny Iwo (8 lat), chora na raka żona Dominika i najstarszy syn Hubert (18 lat) cierpiący na białaczkę (bierze tak zwaną chemię podtrzymującą i dzielnie sobie radzi). Jan całą domową logistykę ma w małym palcu. Załatwia opiekunki, zajmuje się Iwonem popołudniami i w weekendy, czyta mu, bawi się z nim, myje go, karmi, czuwa nad opieką lekarską dla Dominiki, ustala całodzienny plan funkcjonowania domu, robi zakupy i oczywiście pracuje.

Wcześniej żyli jak wiele małżeństw (są 20 lat po ślubie) z ich pokolenia: raz praca była, raz nie, nie zawsze mieli pieniądze, własnego mieszkania nie dorobili się do dzisiaj („nie byliśmy na tyle praktyczni”). Mają za sobą doświadczenia emigracyjne (mieszkali w Stanach, tam urodzili się dwaj synowie, Hubert i 16-letni dziś Piotr).

Gdy Jan patrzy z dzisiejszej perspektywy, widzi, że tamte problemy to żadne problemy. Prawdziwe zaczęły się w 2002 roku wraz z narodzinami Iwona. Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że będzie niepełnosprawny. Jednak jeszcze na sali porodowej zaczął tracić oddech. Odwieziono go na OIOM, diagnoza brzmiała tajemniczo: strukturalna anomalia chromosomowa, czyli błąd genetyczny. Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Mówili, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to nie będzie chodziło, mówiło, jadło. Jan zobaczył w Internecie zdjęcia takich dzieci. Wyglądały strasznie. A Iwo od urodzenia był śliczny. To dawało nadzieję, choć zdjęcie mózgu ją odbierało. Lekarze przygotowywali ich na najgorsze. Oni szukali pomocy, gdzie tylko się dało. U lekarzy specjalistów, terapeutów, przyjaciół.

Pytania bez odpowiedzi

Jan: – Człowiek ma w takich sytuacjach tyle energii, a może po prostu adrenaliny, że funkcjonuje na najwyższych obrotach. Nie myśleliśmy o chorobie Iwona w kategorii nieszczęścia. Były oczywiście smutki w domu, ale mówiliśmy, że człowiek bardziej płacze nad sobą niż nad dzieckiem.

Kiedy Iwo miał cztery lata, dokładnie w ostatni dzień karnawału 2006 roku, poznali następną straszną prawdę: Dominika jest chora na raka jelita grubego.

– Heroicznie przyjęła tę wiadomość i heroicznie znosi chorobę – mówi Jan. – Miała w sumie pięć operacji, konieczna okazała się stomia, potem radioterapia, chemioterapia. Rak nie daje jednak za wygraną. Przeniósł się do miednicy, kości krzyżowej, idzie do kręgosłupa, atakuje układ moczowy, powoduje odrętwienie i straszny ból. Ratunkiem dla Dominiki okazało się hospicjum domowe, bo złagodziło cierpienie. Ale ma to i niedobre strony, bo człowiek widzi, jak mało jest dróg dających jeszcze nadzieję.

Dwa lata po wykryciu choroby Dominiki zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Huberta – złe samopoczucie, osłabienie, wysoka gorączka. Badania wykazały, że przyczyną dolegliwości jest ostra białaczka limfoblastyczna. Więc znów szpital, chemia, sterydy.

Tamten czas był dla nich wszystkich ekstremalny. Dominika miała swoją chemię, Hubert leżał w szpitalu i brał swoją, a w domu czekał Iwo (wbrew diagnozom nauczył się chodzić, jest nadaktywny, choć nadal używa pieluch, nie gryzie, nie mówi i wymaga stałej opieki).

– Oczywiście, że pojawiało się pytanie: dlaczego? – mówi Jan. – Ale nie ma na nie odpowiedzi. Można wszystko tłumaczyć filozoficznie, za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów, i się na to zgodzić. Można przyjąć to, co niesie życie, ze stoickim spokojem. Ale człowiek zawsze będzie się buntował, pytał – jak ostatnio nasza znajoma – gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Znajomy, któremu zmarło dziecko na raka mózgu, powiedział: „każdy dostaje taki krzyż, jaki może udźwignąć”. Pan Bóg w swojej mądrości nie daje nic ponad nasze siły. Nie straciłem wiary, choć mówienie, że wiara pomaga, to zbyt łatwy wykręt. Człowiek myśli, że spotyka go tragedia, a potem wydarza się Haiti…

Skąd czerpać w takich chwilach siłę?

Jarosław Przybylski: – Z wewnętrznych „baterii”, takich jak optymizm, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odwaga. Pod warunkiem że się je ma naładowane przez geny albo wychowanie.

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. Jak to zrobić? Uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Że nasze myśli, przekonania na własny temat mają moc sprawczą. Jeżeli będziemy powtarzać, że nie damy rady – to nie damy. Wielu ludzi wybiera określoną drogę, a potem obwinia innych za to, że się nie udało. Tymczasem prawda jest taka, że to my tworzymy nasze doświadczenia, naszą rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. To, co sądzimy o sobie i życiu, staje się naszą siłą. A wszechświat zawsze wspiera każdą myśl, w którą wierzymy. Nie roztrząsajmy więc przeszłości, niepowodzeń, doznanych krzywd. Zacznijmy myśleć pozytywnie i działać konstruktywnie, bo tylko takie myślenie i działania są źródłem wewnętrznej mocy.

Magda uważa, że jej siła pochodzi z kochającego, pełnego wsparcia domu. To jej kapitał. Wychowywała ją samotnie mama, o której mówi: „wspaniała, kochana, inteligentna, silna, robiła dla mnie wszystko”, i ukochana babcia. Ojca nie znała, nie interesował się ich życiem i sytuacją finansową, więc marzeniem Magdy było jak najszybciej się usamodzielnić, żeby mamie pomóc. Zaczęła wcześnie pracować, ucząc angielskiego. Zawsze wybierała trudniejszą drogę. To ją hartowało. Była humanistką, a poszła do klasy matematyczno-fizycznej. Zamiast pójść na anglistykę, bo język był jej pasją, albo na psychologię, którą się interesowała, poszła na politechnikę, na inżynierię środowiska. Z perspektywy czasu uważa, że był to wspaniały trening dla umysłu. Potem uparła się, żeby pójść na studia MBA, choć nie było jej na to stać. Zarobiła lekcjami angielskiego. Ma za sobą trudne związki, ale powtarza, że każdy z nich ją rozwinął i za każdy jest wdzięczna.

– Mój ukochany mąż jest Polakiem z amerykańskim obywatelstwem i mieszka w Stanach od ponad 15 lat, więc też łatwo nie jest, bo trzeba pokonywać ocean – śmieje się. – Ale dzięki temu świat się dla mnie niesamowicie skurczył.

Według Magdy siły życia najlepiej rosną w trudach i codziennych zmaganiach. Ale karmią się też zrozumieniem tego, co nas spotyka. Kiedy przeżywała żałobę po Danielu, nie szukała łatwego pocieszenia, że będzie dobrze, że tak musiało być. Miała ogromne wsparcie przyjaciół i bliskich, czytała mnóstwo książek na temat duchowości. Przyniosły ulgę, uspokojenie i przekonanie, że wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Dzięki książkom i ciekawym ludziom poznała zupełnie inny wymiar swojej egzystencji.

– Siły życia to nie węgiel kamienny, którego złoża są wyczerpywalne, to odnawialne źródło, takie perpetuum mobile, które powstaje trochę z niczego, bo tak naprawdę różne czynniki są jego paliwem. Przede wszystkim jednak trzeba samemu pozwolić się im odnowić. Znaleźć pokój w sercu, swój cel. Mam wrażenie, że nie jesteśmy tu po to, żeby banalnie kończyć dzień zmęczeniem, ale żeby zrobić coś dla świata. Kiedyś wszystko musiałam mieć pod kontrolą. A teraz coraz bardziej cieszę się dniem codziennym. Wstaję, świeci słońce, piję z mężem kawkę, rozmawiamy z synkiem, który urodzi się w czerwcu, przytulimy psa – dla takich chwil warto żyć. Te trudne oczywiście jeszcze nieraz przyjdą. Coraz spokojniej jednak o nich myślę, bo wiem, na co mnie stać. Przez wszystko da się przejść.

Prezent od Pana Boga

Jan na pytanie, skąd pochodzi jego siła, odpowiada: – Nie wiem. Nie zastanawiam się nad sobą, nie robię autoanalizy. Myślę, że nie wyróżniam się niczym szczególnym wśród gatunku ludzkiego. Każdy w takiej sytuacji zachowałby się podobnie. Jak ktoś mówi: „jesteś wspaniały, że nie zostawiłeś Dominiki”, to ja sobie myślę, że to fatalnie świadczy o autorze tych słów. Co za pomysł, żeby mnie chwalić za to, że nie zostawiłem Dominiki!

Jan uważa, że wolę życia buduje wychowanie, miłość do rodziny i życia w ogóle, ale także chęć znalezienia odpowiedzi na różne ważne pytania. On nie ma czasu na wątpienie, czy da radę, bo przychodzi następny dzień, w którym tyle jest do zrobienia. Dużo napędu daje mu Dominika. Wydaje się delikatna, a ma nieprawdopodobną siłę i optymizm. Pokazuje, jak z godnością znosić cierpienie. Jan podkreśla, że sił dodają mu także ci wszyscy ludzie, czasem obcy, którzy im pomogli i pomagają, idąc za odruchem serca. Jako rodzina doświadczyli nieprawdopodobnej solidarności z całego świata. I poprzez dobre słowo, obecność, zakupy, pomoc w załatwianiu opiekunek i lekarzy, i poprzez pomoc finansową.

  1. Styl Życia

Nie bój się zmian

Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiany pojawiają się zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Są jak znajomi, którzy zaskakują cię wizytą, kiedy chcesz iść spać. Dlatego spokojnie nastaw wodę na herbatę, a zanim się zagotuje, będziesz wiedziała, co robić.

Wiosna, koniec studiów, 18. czy 40. urodziny – to momenty, które jednoznacznie kojarzymy ze zmianą, z końcem czegoś starego i początkiem nowego i, jak chcemy wierzyć, lepszego. Nieuchronne, ale konieczne zamknięcie jednego etapu, po to, by móc rozpocząć drugi. Często nie rozumiemy jednak zmian, jakich doświadczamy.

Nie widzimy sensu w tym, że zwalniają nas z pracy albo że partner decyduje się na rozstanie. Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. Być może obecna sytuacja życiowa przestała służyć naszemu rozwojowi. I właśnie dlatego los stawia przed nami nowe wyzwanie. Oczywiście, boimy się utraty tego wszystkiego, do czego się przyzwyczailiśmy: np. miejsca pracy czy długoletniej relacji. Aby zminimalizować poziom strachu, warto krok po kroku i z uważnością rozszerzać perspektywę widzenia całej sytuacji. Zwłaszcza, że zwykle to, co na początku wydaje się trudne, przestaje takie być, kiedy poziom adrenaliny się obniży i zaczniemy patrzeć na nową sytuację bez silnych emocji.

Zmiany to oznaka postępu. Jeśli właśnie ich doświadczasz, to znaczy, że przechodzisz teraz przyspieszony kurs rozwoju osobistego. Sęk w tym, że zwykle wolimy święty spokój od karuzeli zdarzeń, która zmusza do działania. Opieramy się zmianom, a czasami nawet udajemy, że ich nie widzimy. Dotyczy to szczególnie takich sytuacji, kiedy nie chcemy się przyznać, że np. praca od lat odbiera nam radość życia, a w związku od dawna nie doświadczamy miłości i zrozumienia. Zmiana odbywa się zatem pod powierzchnią codziennego życia, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu…

Przyzwyczajenie do życia w tym samym miejscu, w tej samej pracy i z tym samym partnerem zawęża perspektywę widzenia. Czasami z lęku przed wzięciem życia we własne ręce wolimy trwać w iluzji, że możemy być szczęśliwi tylko w takim układzie, w jakim jesteśmy. Zużywamy więc mnóstwo energii na podtrzymywanie status quo. Ale jeśli jakaś część ciebie bardzo pragnie zmiany, będzie ci za wszelką cenę dawała o tym znać. Możesz odczuwać apatię, a niekiedy frustrację i złość. Możesz zazdrościć znajomym, że powodzi im się w życiu lepiej niż tobie. Możesz zaczytywać się w książkach z wartką akcją i marzyć o wielkich podróżach. Pytanie tylko, czy robisz coś, aby przekuć marzenia w rzeczywistość.

Otwarcie na zmiany

Warto wysłuchać głosu tej części siebie, która potrzebuje zmian. Zamiast na siłę ratować tonący statek i tkwić w starym schemacie, dobrze jest zapytać samej siebie: „Czego tak naprawdę pragnę i co mogę zrobić, aby zacząć realizować swoje marzenia?”. Statek musi zatonąć, aby na horyzoncie mogło pojawić się coś innego. Albo abyśmy mogli w ogóle to zobaczyć. Dlatego zamiast zużywać energię życiową na wtłaczanie życia w stare koleiny, sprawdź, co się stanie, jeśli po prosu pozwolisz zmianie się dopełnić. Życie nie przebiega jak długa, pozioma linia. Jest jak ocean, czasem spokojny, a czasami burzliwy. Fale to wyzwania, które dają ci możliwość dalszego rozwoju. Pomyśl o tym, jak twoje życie może się przeobrazić, jeśli każdą zmianę będziesz witać z uważnością, bez oceniania, czy jest dobra, czy zła. Zarówno tę, której doświadczasz niespodziewanie, jak i tę, która zachodzi niepostrzeżenie, pod osłoną codziennego życia. Każda zmiana to ruch energii, a ruch to impuls życia. Płyń więc z nurtem rzeki, a nie pod prąd. Kiedy płyniesz z nurtem, zmiany nie muszą być trudne do przeprowadzenia. Wręcz przeciwnie, otworzą cię na ocean nowych możliwości.

Ćwiczenie

Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie kroki, jakie powinnaś podjąć, aby jak najlepiej przygotować się do przeprowadzenia zmiany. Podkreśl pięć najważniejszych, od których powinnaś zacząć. Wypisz również wszystkie znajome osoby, które przechodziły podobną zmianę i mogą pomóc ci się z nią oswoić. Skontaktuj się z trzema z nich i zaproponuj spotkanie. Rozmowa może ci pomóc w lepszym oswojeniu się z życiową zmianą.

Twórcza wizualizacja

Wyobraź sobie, że przenosisz się teraz na piękną plażę. To szczególne miejsce – tu spotkasz się z tym aspektem siebie, który jest bardzo kreatywny i posiada narzędzia do harmonijnego przeprowadzania zmian. Wyobraź sobie, że możesz teraz zadać mu wszystkie potrzebne pytania i poprosić o wskazówki. Możesz też zapytać, czy mógłby przekazać ci jakiś symbol, który pomoże ci aktywizować własną moc (może to być np. kamień lub pióro). Po wykonaniu ćwiczenia zapisz wszystkie wskazówki i postaraj się znaleźć realny kamień, pióro lub cokolwiek innego, co możesz utożsamić z tym aspektem siebie, by przypominał ci o tym, że moc i odwaga są w tobie.

Powiedz sobie, że…

Jeśli doświadczasz zmiany, spróbuj uwierzyć, że masz w sobie wszystkie narzędzia potrzebne do tego, by znaleźć się w nowej sytuacji i dać sobie ze wszystkim radę. Wewnętrzna moc aktywizuje się w sytuacjach, które określamy jako wyzwania. Zmiana może zatem zmotywować do obudzenia uśpionych dotąd potencjałów. Każdy koniec jest zapowiedzią początku. Kiedy coś się kończy, co innego się rozpoczyna. Jest jeszcze moment „pomiędzy”, w którym asymilujemy zmianę i zbieramy potrzebną energię. Ten czas nie musi być tylko trudny i stresujący, jest również ciekawy i rozwojowy. Pamiętaj o tym!

  1. Psychologia

Zaprogramuj się na pozytywne myślenie

Czy pozytywne myślenie to coś, czego można się nauczyć? Otóż tak! Kluczem do tego są nasze myślowe nawyki. (fot. iStock)
Czy pozytywne myślenie to coś, czego można się nauczyć? Otóż tak! Kluczem do tego są nasze myślowe nawyki. (fot. iStock)
Jak mawia psycholog pozytywna, prof. Sonja Lubomirsky, szczęście to jeden z najlepszych prezentów, jakie możesz sprawić sobie i bliskim. Musisz jednak uwierzyć w to, że na nie zasługujesz, i podjąć świadome starania. Kluczowa będzie nauka pozytywności. Chcesz podjąć się tego wyzwania i przestawić na pozytywne myślenie?

Od kilku lat mam własny poranny rytuał. Tuż po przebudzeniu, zanim otworzę oczy, obserwuję swój oddech i bicie serca. Głowa jest jeszcze w sennym świecie, oddech spokojny: równomierny wdech i wydech, serce bije miarowo. W takiej chwili czuję (nie tylko myślę), że świat jest bezpieczny, a życie może być radosną przygodą. Powtarzam w myślach, że wszystko, co mnie dziś spotka, będzie dla mnie dobre. I świadomie staram się ten optymistyczny nastrój zachować przez cały dzień.

Pozytywne myślenie: test szklanki

My, Polacy, uwielbiamy narzekać, snuć pesymistyczne wizje, odczytywać intencje innych ludzi, martwić się na zapas. Ci, którzy spróbowali praktyki pozytywnego myślenia, często czują się rozczarowani. Bo głowa zadaniowo koncentruje się na przekonaniu, że świat jest przyjazny i bezpieczny, a przekorne ciało czuje lęk, złość i rozczarowanie. Zdaniem Bruce’a Liptona, lekarza cytologa, autora książki „Biologia przekonań”, samo pozytywne myślenie zdaje się psu na budę, a ci z nas, którzy zawiedli się na programowaniu głowy na pozytywy, czują się jeszcze bardziej osłabieni, przestraszeni i rozczarowani, ponieważ myślą, że ich sytuacja jest beznadziejna, a oni sami do końca życia będą widzieć szklankę do połowy pustą. Bo tak naprawdę chodzi nie o pozytywne myślenie, tylko o pozytywne nastawienie. Jeśli więc chcesz zaprogramować się na pozytywne nastawienie, musisz zrozumieć współzależność pomiędzy świadomością i podświadomością.

Umysł świadomy jest kreatywny, to on generuje pozytywne i negatywne myśli, ale jego wydolność jest ograniczona. Nie jesteś w stanie świadomie zauważyć wszystkich bodźców, które docierają do ciebie ze świata i z wnętrza twojego organizmu. Za to umysł podświadomy odbiera wszystko. Ale jest nawykowcem: reaguje na zasadzie bodziec–reakcja i w oparciu o stare doświadczenia, a także informacje, które dostajemy od ludzi dla nas ważnych, tworzy scenariusze (najczęściej pesymistyczne) i odgrywa je w nieskończoność.

Wyobraź sobie, że przydarza ci się jakaś sytuacja, która wywołuje strach, np. ktoś stojący blisko ciebie w autobusie próbuje wyjąć ci portfel z torebki. Co prawda udaje ci się w porę zauważyć zamiary złodzieja, ale strach przed kradzieżą w autobusie twój umysł podświadomy zapisuje jako zagrażające doświadczenie. Jeśli na dodatek ktoś z twoich bliskich został w ten sposób okradziony, w głowie zapisuje ci się scenariusz groźby kradzieży. W miarę upływu czasu lęk przed złodziejami generalizuje się na wiele innych sytuacji. Nawet jeśli „z głowy” zaprogramujesz się na pozytywne myślenie, a wychodząc z domu, będziesz powtarzać: „Jestem bezpieczna” – prawdopodobnie większość sytuacji (np. kiedy znajdziesz się w tłumie) będzie budzić twoją nadmierną ostrożność. Trudno wtedy o dobry nastrój.

Tego typu własne doświadczenia, a także doświadczenia znanych ci ludzi plus tysiące mało optymistycznych informacji ze świata tworzą twoje przekonania, choćby takie, że życie wymaga bezustannej ostrożności, że każdy cię może oszukać, że bycie optymistą to czysta naiwność. Nic dziwnego, że zwykle widzisz szklankę do połowy pustą (pesymizm) a ci, którzy cię przekonują, że dla nich szklanka jest do połowy napełniona wodą (optymizm), wydają ci się naiwniakami.

Jednym ze sposobów, by zmienić nastawienie do świata, jest po prostu zmiana przekonań. Lipton twierdzi, że to właśnie przekonania, a nie geny kontrolują biologię; programują nasze zdrowie, nastawienie do świata i życie.

Zmień swoje nawyki i wejdź w pozytywne myślenie

Nawyk to podświadoma reakcja na określony bodziec, czyli coś, co robisz, nie zdając sobie z tego sprawy, jak prowadzenie samochodu, mycie zębów czy kulenie się w sobie w reakcji na głośny hałas. Nawyk to reakcja z ciała, a nie z głowy. Psycholodzy behawioralni twierdzą, że wprowadzenie w życie nawyku i utrwalenie go trwa około 30 dni. Doskonale! Wychodzi równy miesiąc. Co oznacza, że w ciągu roku możesz zmienić aż 12 nawyków pesymistycznego reagowania na świat na pozytywne. Poza tym jest szansa, że gdyby udało ci się wprowadzić wiele pozytywnych nawyków, te negatywne wyeliminują się drogą naturalnej selekcji. Dlatego zachęcam cię, byś w tym roku opracowała swój pozytywny kalendarz na 2021 rok.

Zacznij od określenia, w których sferach życia jesteś największą pesymistką (praca, życie osobiste, relacje). Potem skup się na wprowadzaniu pozytywnych zmian.

  1. Materiał partnera

O drodze, która prowadzi do „Ósmego kontynentu“  

Mariusz Szeib - autor książki „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, wyd. BookEdit (Fot. archiwum autora, materiały prasowe)
Mariusz Szeib - autor książki „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, wyd. BookEdit (Fot. archiwum autora, materiały prasowe)
Dlaczego bieganie pomaga nam odkryć życiową misję i osiągnąć więcej niż założone cele? Książka „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu. Historie prawdziwe” to pozycja dla każdego, kto biega, oraz wszystkich tych, którzy marzą by żyć pełnią życia.

“Każdy ma w swoich rękach latarkę z korbką, a w niej tyle światła, ile sam nakręci ” – to życiowe motto dr. Mariusza Szeib, biznesmena, filantropa i maratończyka. Jego przygoda z wielokilometrowymi biegami zaczęła się od szukania wyzwań w związku z 50. urodzinami. W swojej książce udowadnia, że – zgodnie z chińskim przysłowiem, które mówi, że podróż o długości 1000 mil zaczyna się od pierwszego kroku – bieganie zaczyna się od pierwszego pokonanego dystansu. W bieganiu chodzi jednak o coś więcej niż pokonywanie kolejnych kilometrów. Bieganie to nie tylko praca mięśni, to stan umysłu. „Poprzez nieustanne pokonywanie siebie nasz wysiłek zaczyna stopniowo przemieniać się w potężny oręż. Dzięki determinacji i spalaniu w sobie podczas biegu tego, co negatywne zaczynamy coraz lepiej radzić sobie z problemami. Rośnie w nas równocześnie chęć dzielenia się tą siłą z otoczeniem. Stopniowo rodzi się w nas „Ósmy kontynent” – mówi Mariusz Szeib.

Towarzysząc autorowi w biegach na siedmiu kontynentach, m.in. na Antarktydzie, Syberii, zamarzniętej tafli Bajkału, Murze Chińskim, Mount Evereście, Saharze czy Wyspach Wielkanocnych, przyglądając się mu, jak pokonuje trudy i czemu musi sprostać, możemy dowiedzieć się wiele o sobie. „To bite cztery godziny, podczas których można głęboko zajrzeć w głąb swojej duszy. Jest czas na przemyślenia i refleksje”.

Książka łączy w sobie emocje i dokumentaryzm charakterystyczny dla dobrego, wciągającego reportażu jak i refleksje i wskazówki, które znamy z podręczników liderów biznesu i działaczy społecznych. Atutem publikacji są zebrane w drugiej części książki relacje i doświadczenia nietuzinkowych postaci i autorytetów ze świata sportu i polityki, jak Jerzy Skarżyński, czy prof. Leszek Balcerowicz. Przedmowę do książki napisał Jacek Santorski.

Leszek Balcerowicz – O wyczynowym sporcie często mówi się, że kształtuje charakter. Myślę, że jest odwrotnie. To ludzie wytrwali, ambitni i systematyczni uprawiają sport wyczynowy. Michael Clinton – Pamiętaj, że najważniejsze jest właśnie żyć w zgodzie ze sobą. Lara Kruikskamp – Nie pozwól na to, by jakiekolwiek ograniczenia górowały nad twoimi ambicjami! Michał Walczewski – Prawdziwe szczęście osiąga się wtedy, gdy niewiele jest w stanie ci je odebrać. Nieukończony maraton nie może mnie unieszczęśliwić. Robert Celiński – Bieganie otworzyło mnie również na świat. Bez moich maratońskich celów pewnie nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że postawię stopę na Antarktydzie, a tym bardziej, że wygram tam maraton. Joe Findaro – Parę dni po maratonie Boston wyglądał jak strefa wojenna. Pełno telewizyjnych furgonetek, dziennikarze na każdym rogu. Marek Śliwka – Biegać dzisiaj każdy może, trochę lepiej lub gorzej. Jerzy Skarżyński – Rachunek prawdopodobieństwa mówi jednoznacznie – łatwiej mi było wygrać samochód w walce, niż wylosować go w loterii na mecie. Ignacio Bravo – Nigdy nie wiesz, jak bardzo jesteś silny, dopóki nie masz innego wyjścia niż biec.  

„Ósmy kontynent” to książka dla każdego, kto biega, czy chciałby zacząć biegać, ale przede wszystkim dla tych, którzy marzą by żyć pełnią życia, tak w obszarze zawodowym, jak i osobistym. Ta książka nie dotyczy bowiem tylko biegania. Przed Czytelnikiem otwiera możliwości odkrycia Ósmego kontynentu – marzeń, celów, pasji i talentów. To być może najważniejszy i wciąż najmniej odkryty kontynent, który zdobyć może każdy z nas.

O autorze: dr Mariusz Szeib – Prezes Zarządu Texet Poland Sp. z o.o., inżynier automatyk, doktor nauk ekonomicznych. Ukończył MBA, British Institute of Management (Londyn, Glasgow). Twórca kilku firm działających w sektorze B2B i B2C. Członek największej organizacji humanitarnej na świecie Lions Clubs. W wieku 50 lat zaczął biegać. Przebiegł 24 maratony na 7 kontynentach. Twórca biegów charytatywnych Freedom Charity Run oraz organizator kilkunastu akcji charytatywnych w Polsce i na świecie. Prywatnie ojciec trzech córek i dziadek sześciorga wnucząt.

„Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, Mariusz Szeib, wydawca: BookEdit, ISBN 9788395918902, cena: 49,90 zł, oprawa miękka ze skrzydełkami, format: 145 x 210 mm, liczba stron: 354, data premiery: 13 stycznia 2021 r. „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, Mariusz Szeib, wydawca: BookEdit, ISBN 9788395918902, cena: 49,90 zł, oprawa miękka ze skrzydełkami, format: 145 x 210 mm, liczba stron: 354, data premiery: 13 stycznia 2021 r.

Freedom Charity Run 2021: część pieniędzy ze sprzedaży książki zostanie przeznaczona na cel charytatywny Freedom Charity Run 2021 – w połowie na pomoc dla dzieci z porażeniem mózgowym z Ośrodka Ortopedyczno-Rehabilitacyjnego szpitala Klinicznego im. W. Degi w Poznaniu, Centrum Technologicznego Wspomagania Rehabilitacji.

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje szczęście

Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
W jakim stopniu mamy wpływ na własne samopoczucie, a na ile jest ono zależne od czynników zewnętrznych? Jak nie wpaść w pułapkę robienia dobrej miny do złej gry? O przepis na szczęście pytamy psycholog Agnieszkę Czerw.

Wydaje się, że pragniemy szczęścia ponad wszystko. Ale gdy już nam się ono przytrafia, często bywa, że nie chcemy się z nim obnosić, boimy się zapeszyć, wyjść na chwalipięty. Dlaczego mamy taki problem z pokazywaniem szczęścia światu?
U podłoża takiej postawy leżą dwa przekonania. Po pierwsze, że szczęście nie zależy od nas, tylko od losu – nie chcemy więc, żeby los nam je złośliwie odebrał, uznał, że nie jesteśmy godni. Dlatego staramy się nie manifestować swojej radości. A drugie założenie wiąże się z tym, co sądzimy o innych ludziach, a, niestety, na ogół nie mamy o nich dobrego zdania, jesteśmy nieufni, co potwierdzają badania. Polska jest w końcówce krajów, jeśli chodzi o poziom zaufania społecznego. Zakładamy, że inni będą wobec nas zawistni, jeśli się dowiedzą o naszym szczęściu, może nawet będą chcieli nas go pozbawić. W obu tych przypadkach zarówno przyczyna szczęścia, jak i fakt jego posiadania nie zależą od nas, tylko od losu bądź od innych. To oni mogą sprawić, że tego szczęścia nam zabraknie. I stąd to podejście: „Jestem szczęśliwa, ale nie będę o tym mówić, nie będę tego pokazywać”. A może właśnie warto podzielić się szczęściem, dlatego że ono bywa zaraźliwe i możemy się w ten sposób przyczynić do szczęścia innych.

Kiedyś koleżanka złożyła mi następujące życzenia urodzinowe: „Niech zawsze wszystko będzie tak, jak chcesz”. Pomyślałam wtedy, jak fajnie by było, gdyby świat dostrajał się do moich oczekiwań, gdyby zawsze wszystko działo się zgodnie z moją intencją. Dziś wiem, że takie podejście jest zgubne.
W takim myśleniu tkwi pułapka, bo nie jest możliwe, żeby zawsze wszystko było tak, jak chcemy. A więc oczekując tego od innych, od świata, skazujemy się na wieczną frustrację – bo wystarczy, że jedna rzecz pójdzie nie po naszej myśli i już poczujemy się nieszczęśliwi. Poza tym w ten sposób uzależniamy swoje samopoczucie od czynników zewnętrznych – od innych ludzi, ich zachowań. A te mogą zależeć od zupełnie przypadkowych rzeczy. To, że los daje nam to, czego chcemy, to są po prostu pomyślne zdarzenia, a szczęścia nie można lokować tylko w darach losu. Ono w dużym stopniu zależy od nas, nie w stu procentach, ale w tak dużej mierze, że warto się o nie starać i do niego dążyć.

Jak w takim razie budować szczęście w sobie?
Nie ma jednej uniwersalnej recepty. Ale są pewne ogólne wskazówki, które mogą nam pomóc. To jest trochę tak jak z przepisami kulinarnymi – możemy bardzo dokładnie trzymać się danej receptury, a i tak nie mamy gwarancji, że ciasto wyjdzie, a możemy oprzeć się na ogólnych wytycznych i modyfikować przepis, żeby zrobić takie ciasto, jakie nam będzie najbardziej smakowało. Ja najchętniej posługuję się przepisem Martina Seligmana, który w swojej teorii na temat dobrostanu i rozkwitu mówi o pięciu elementach. Pierwszym składnikiem są pozytywne emocje – chodzi o to, żeby bilans emocji pozytywnych do negatywnych zawsze wychodził na korzyść tych pierwszych, tak więc powinniśmy się starać o to, żeby je sobie dostarczać, zadbać chociażby o to, żeby umieć cieszyć się nawet małymi rzeczami. Druga rzecz to zaangażowanie – trzeba mieć w życiu coś, czemu jesteśmy w stanie się całkowicie oddać. Seligman mówi o takim stanie totalnego zaabsorbowania, kiedy działamy, nie zwracając uwagi na niedogodności, tracąc poczucie czasu. Czyli ważne w życiu jest znalezienie pasji. Trzecia rzecz to relacje z innymi – bez innych nie jesteśmy w stanie żyć, więzi budują nasze szczęście – dlatego warto o nie zadbać i je pielęgnować. Czwarty element to poczucie sensu – róbmy rzeczy, które czujemy, do których mamy przekonanie. Pamiętajmy, że coś, co jest sensowne dla innych, nie musi być sensowne też dla nas. No i w końcu piąta sprawa: poczucie sukcesu, dokonania czegoś – taki moment, w którym wiem, że osiągnęłam pewien cel. I te właśnie elementy według Seligmana składają się na szczęście. To jednak, jak je dodamy, jak zmieszamy – zależy już od nas, od naszego apetytu na życie. Sami musimy określić proporcje.

Czyli szczęście jest paktem, który podpisujemy sami ze sobą. To bardzo wspierające, ale i obciążające zarazem. Bo dobrze, że mam wpływ na własne szczęście. Ale oznacza to też dużą samoświadomość – to ja odpowiadam za swoje szczęście, ja muszę nad nim pracować.
Tutaj najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. Oczywiście, nie w stu procentach, bo są pewne uwarunkowania czy zewnętrzne, czy w nas samych, na które wpływu nie mamy. Każdy człowiek ma przecież pewien wrodzony potencjał, choćby układ nerwowy, który jest podatny na przykład na przeżywanie negatywnych emocji, i z tym walczyć trudno. Jednak jest też ogromny obszar poza tymi predyspozycjami wrodzonymi i poza czysto losowymi okolicznościami, który zależy właśnie od nas. Ale na początek my się musimy wewnętrznie zgodzić na to, że tak właśnie jest. Wtedy dopiero ma sens podejmowanie wysiłku. Trzeba przekierować umiejscowienie kontroli za własne życie do wewnątrz, do siebie.

Druga kwestia jest taka, że szczęśliwy chce być każdy, ale wybieramy różne sposoby dotarcia do tego celu. Jedni będą pracować nad sobą, a inni wybiorą dajmy na to hazard. Czasami więc może być tak, że mamy motywację, wkładamy w dążenie do szczęścia wysiłek, natomiast kierunek jest nieodpowiedni. A jeżeli nasz wysiłek idzie na marne, to pojawia się frustracja. Dlatego, jak już się zgodzimy na to, że od nas zależy szczęście, trzeba jeszcze znaleźć odpowiednią drogę, i tu często z pomocą przychodzą terapeuci oraz coachowie, którzy poszukują tej drogi z nami. I to już jest naprawdę bardzo indywidualna kwestia, która droga będzie najwłaściwsza dla nas. Sonja Lyubomirsky mówi w swojej teorii szczęścia, że w tej części zależnej od nas mamy do załatwienia trzy rzeczy: sposób myślenia, czyli pewien filtr uwagi, który decyduje o tym, co zauważamy wokół siebie, druga sprawa to przejście do działania, czyli konkretne zachowania, no i trzecia to stawianie sobie celów, bo nie zawsze da się od razu to działanie wprowadzić w życie, czasami trzeba znaleźć sposób, i to jest cel, żeby ten sposób znaleźć.

Do mnie osobiście trafia metafora szczęścia jako drzewa – jeśli jesteśmy podatni na podmuchy zewnętrzne, to łatwo nami zachwiać, łatwo zburzyć nasze szczęście, a jeśli mamy mocny trzon, to szybciej wracamy do pionu.
To prawda, najważniejsze są trwałe, dobre korzenie, które nas trzymają w pionie, czyli właśnie praca nad sobą, a nie nad światem wokół. Pójściem o krok dalej jest świadome wprowadzanie pewnych zmian w świecie, ale wtedy już umiejscowienie kontroli jest w nas, to ja mam wpływ, ja kreuję swój świat. Pamiętajmy, że gdy próbujemy na siłę dostosować świat zewnętrzny do siebie, jesteśmy skazani na porażkę. Czasami zamiast coś zmieniać, może lepiej się uważnie temu światu przyjrzeć? Dlatego niektórzy postulują zamiast naginania rzeczywistości do siebie uważne, pełne bycie w bieżącej chwili – gdzie skupiamy się na tym, co się wokół nas dzieje, i czerpiemy z tego. Często w pędzie życia tak przyspieszamy, że wszystko nam się rozmazuje, jak w jadącym samochodzie. Trudno wtedy rozpoznać jakiekolwiek szczegóły i zauważyć najdogodniejszą ścieżkę do szczęścia. Uważność zwiększa zatem naszą elastyczność zachowania. Nie mówiąc już o tym, że sprzyja też pozytywnym emocjom, bo my często nie zauważamy cudownych, pięknych rzeczy wokół nas, którymi można się zachwycić.

Tylko jak nie przekroczyć tej cienkiej granicy między szukaniem pozytywów każdej sytuacji a robieniem dobrej miny do złej gry?
Wypieranie i ucieczka od negatywnych emocji na dłuższą metę będą prowadziły do ich kumulacji, a to może się skończyć tym, że potem uderzą w nas ze zdwojoną siłą, bo przecież nie da się tak robić w nieskończoność. Chodzi tu o pewną odwagę zmagania się z życiem, ponieważ unikanie konfrontacji z trudnościami oznacza, że nie jestem gotowa wziąć się z życiem za bary. Barwy życia są różne i negatywne emocje są dla nas ważnymi sygnałami na temat tego, co się z nami dzieje. Nie wolno ich lekceważyć, bo możemy wtedy zagubić samych siebie pod maską uśmiechu, który tak naprawdę nie świadczy już o radości, tylko o pozie, o roli, którą odgrywamy wbrew sobie.

Dlatego powinniśmy dać sobie przyzwolenie na wszystkie emocje – mamy prawo odczuwać smutek, złość, irytację. Ważne, żeby się w nich nie zatapiać, nie „przeżuwać” ich za długo, bo to może prowadzić na przykład do stanów depresyjnych. Dobrze też jest mieć swoje wypracowane sposoby na wychodzenie z takich stanów, taki osobisty niezbędnik emocjonalny.

Ale czasami nie chcemy wyjść z takiego stanu.
Niekiedy to jest wygodne, ale też dajmy sobie trochę czasu na powrót do pionu. Możemy z jakichś względów potrzebować przeżywać negatywne emocje przez dłuższy czas, nie można przecież wyciągać kogoś na siłę z żałoby, musimy dać sobie przyzwolenie na przejście całego cyklu, pewnych faz, w których człowiek musi się odnaleźć. Często zanurzenie w negatywnych emocjach jest pewną ucieczką od życia – bo wtedy być może ktoś inny o mnie zadba, a ja już nie muszę, jestem usprawiedliwiona z tego, że się nie angażuję, że nic nie robię, że gorzej funkcjonuję, bo przecież mam problem. To są mechanizmy obronne, które w takich sytuacjach się uruchamiają. Gdyby to nie dawało jakichś korzyści osobom, które są w negatywnych stanach, to one by w nich nie pozostawały. Ważne jest, żeby dostrzec te korzyści i znaleźć sposób na dochodzenie do nich w bardziej pozytywny sposób.

Jedną z irytujących rad, gdy coś nam się nie udaje, jest zdanie: „Myśl pozytywnie!”. To płytki slogan, który kojarzy się z przyklejanym uśmiechem. Jak nie wpaść w pułapkę sztucznej szczęśliwości?
Tutaj cała atrakcyjność polega na tym, że tego typu postulaty nie wymagają od nas wysiłku. Bo pomyśleć pozytywnie jest bardzo łatwo. Tylko że jeżeli poprzestaniemy na samym myśleniu, a nie przejdziemy do działania, to mamy marne szanse, że ta myśl się ziści. Bo wtedy musielibyśmy mieć za każdym razem szczęście zewnętrzne, czyli tzw. łut szczęścia, odpowiednie okoliczności. Wstawanie więc codziennie rano z myślą „dzisiaj będzie dobrze” z jednej strony jest pozytywne, bo nie nastawiam się źle do dnia dzisiejszego, ale z drugiej strony może stanowić pułapkę, bo jeżeli będziemy oczekiwać, że samo to wystarczy, żeby wszystko nam się udawało, to po pierwszej napotkanej trudności nasze dobre samopoczucie legnie w gruzach.

Sama zmiana myślenia to dopiero pierwszy krok, ale potrzebny jest jeszcze wysiłek, działanie. O wiele ważniejsze niż myślenie pt. „dzisiaj na pewno będzie dobrze” albo „na pewno kiedyś będę milionerem”, jest myślenie: „każdy może zostać milionerem, zastanówmy się nad tym, jak to zrobić”. Nastawienie, że wszystko jest możliwe, jest o tyle lepsze, że motywuje, żeby poszukać ścieżki dojścia do celu. I później przełożyć to na działania. Szczęście wymaga wysiłku, wymaga pracy. A także takiego przekierowania myślenia, że to właśnie ja jestem kreatorem swojej rzeczywistości. Nie możemy tylko czekać na to, co przyniesie los. Pamiętajmy, że same pozytywne emocje szczęścia nie dadzą. Muszą im towarzyszyć celowe działania.

Agnieszka Czerw, psycholog pracy i organizacji. Od kilkunastu lat prowadzi też badania nad zagadnieniami funkcjonowania człowieka w pracy w kontekście psychologii pozytywnej. Popularyzatorka psychologii pozytywnej, autorka książki „Optymizm. Perspektywa psychologiczna”,