1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Filmoterapia: „Pod Mocnym Aniołem” wyznania alkoholika

Filmoterapia: „Pod Mocnym Aniołem” wyznania alkoholika

</a>
Do czego może doprowadzić destrukcyjny mechanizm ucieczki od samego siebie i własnych uczuć? Film „Pod Mocnym Aniołem” komentuje Izabela Wożyńska-Więch, psycholog z Poradni Centrum-Ja.

Jerzy jest pisarzem cierpiącym na chorobę alkoholową. Poznajemy go w momencie, kiedy po raz kolejny trafia na detoks i po raz kolejny postanawia skończyć z nałogiem. Ważnym elementem terapii, którą podejmuje, jest czytanie na głos przez pacjentów zapisków o destrukcji i upodleniu, do których doprowadził ich nałóg.

− Główny bohater filmu przejawia cechy osobowości, które wywołuje lub potęguje jego zaawansowana choroba alkoholowa – zauważa Izabela Wożyńska-Więch, psycholog z Poradni Centrum-Ja. – Ma trudności w pohamowaniu własnej impulsywności, dąży do natychmiastowej gratyfikacji potrzeb, nie dba o bezpieczeństwo własne i innych. Zachowania bohatera są charakterystyczne dla osób czynnie uzależnionych – wskutek braku kontroli nad sobą podejmuje działania ryzykowne i autodestrukcyjne, jest chwiejny emocjonalnie, a jego relacje z ludźmi – powierzchowne, nietrwałe i podporządkowane egoistycznym potrzebom.

W przypadku Jerzego terapeutyczną funkcję pełni opowieść, którą snuje jako narrator. Poznajemy jego przemyślenia na temat alkoholu. Jerzy gloryfikuje rolę, jaką odgrywa w jego życiu i twórczości − stwierdza, że gdyby nie nałóg, nie powstałyby jego dzieła, i gdyby nie był pijany, nie poznałby miłości swojego życia.

Widzimy, jak przebiega terapia Jerzego i jak od razu po wyjściu ze szpitala udaje się do baru „Pod Mocnym Aniołem”, by uśmierzyć ból istnienia w kilku pięćdziesiątkach. – Jerzy unika konfrontacji z własnymi problemami – dodaje Izabela Wożyńska-Więch. – Kuracje odwykowe służą mu tylko do odtrucia się, „postawienia na nogi”, po to, żeby dalej móc pić – słusznie zauważa to jego psychiatra. Angażuje się w nie pozornie. Zdaje się, że dopiero gdy opowiada o całym bagnie własnego uzależnienia jako narrator filmu, w jakimś stopniu staje w obliczu prawdy o własnym zagubieniu i psychicznej autodestrukcji.

Ta jedyna

Najważniejszą relacją w życiu Jerzego jest świeżo zawarta znajomość z młodą kobietą. Pomimo że związek trwa zaledwie kilka miesięcy, dla Jerzego relacja z dziewczyną, którą nazywa miłością swojego życia, wydaje się ostatnią nadzieją na wyjście z nałogu. Z kolei partnerce Jerzego, pomimo że dzieli ich spora różnica wieku, imponuje jego intelekt i talent pisarski. W pewnym momencie jednak nałóg Jerzego zdaje się ją przerastać.

– Kobieta na początku wierzy, że pomoże mu wyczołgać się z nałogu, dbając o niego, a później, coraz bardziej kontrolując – zauważa psycholog. – Angażuje się w ten związek, bo dostrzega wartość Jerzego jako człowieka, tkwiące w nim potencjały, jego wrażliwość i potrzebę miłości.

Jej współuzależnienie wynika z przekonania, że może pomóc Jerzemu uratować się od destrukcji uzależnienia. Wierzy, że znaczy dla niego więcej niż ucieczka w wódkę. W końcu jednak przekonuje się o wspólnej przegranej tego „projektu”.

Drastyczna obrazowość filmu wydaje się przestrogą przed potężnym destrukcyjnym wpływem na życie obronnego mechanizmu zaprzeczania rzeczywistości. Ukazując dramatyczność okoliczności nałogowego picia – ciągów alkoholowych, kompletną utratę kontroli nad zachowaniem, w tym fizjologią, spustoszenie psychiczne i fizyczne, jakie sieje – jest swoistą spowiedzią alkoholika.

TYTUŁ: „Pod Mocnym Aniołem”

SCENARIUSZ i REŻYSERIA: Wojtek Smarzowski

WYSTĘPUJĄ: Robert Więckiewicz, Julia Kijowska, Andrzej Grabowski, Arkadiusz Jakubik, Kinga Preis, Jacek Braciak, Adam Woronowicz

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jacek Poniedziałek – po prostu życie

Jacek Poniedziałek:
Jacek Poniedziałek: "Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami". (Fot. Monika Stolarska)
Niespokojny duch. Lubi prowokować i eksperymentować. Jacek Poniedziałek gra w teatrze i kinie, tłumaczy i reżyseruje. W swoim szczerym do granic przyzwoitości, a nawet bardziej, „(nie)dzienniku” opisuje, jak pokonał uzależnienie i odzyskał radość z bycia sobą.

Ile to już dni trzeźwości?
Rok, dwa miesiące i dwa tygodnie.

„(Nie)Dziennik” miał pewnie funkcję auto-terapeutyczną?
Tak, był zamknięciem pewnego etapu w życiu.

Nie boisz się, że uzależnienie od alkoholu i narkotyków to choroba, która wraca?
Pamiętam bardzo dobrze siebie sprzed ponad roku i to, jak się czułem, jak wyglądałem i jak funkcjonowałem wśród ludzi i w pracy. W tej chwili nie mam potrzeby, żeby do tego wrócić. Nauczyłem się też paru skutecznych sposobów, żeby przechytrzyć głody. Na przykład wizualizuję sobie siebie nie w stanie spełnienia i szczęścia, tylko w stanie upadku, kiedy bełkoczę i jestem takim zdechłym wrakiem leżącym w kącie, który budzi tylko uczucie żałości. Nikt nie lubi tak się czuć. To po pierwsze. Po drugie, wiem, że nie jestem od tego wolny i bardzo łatwo mógłbym w to wpaść ponownie. Jestem też w trakcie długoterminowego leczenia. Biorę delikatny antydepresant, który bardzo mi pomaga. Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie i radość z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami.

Marek Edelman w jednej z rozmów z Beresiem i Burnetką na pytanie o to, co jest najważniejsze w życiu, odpowiada, że po prostu życie. To brzmi dość makatkowo i można się z tego śmiać, dopóki się tego nie doświadczy. Dla mnie to najtrafniej dotknięty opis fenomenu życia, z jakim się spotkałem.

Jacek Poniedziałek: 'Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę'. (Fot. Monika Stolarska)Jacek Poniedziałek: "Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę". (Fot. Monika Stolarska)

Skąd wziął się pomysł na prowadzenie dziennika?
Reżyser teatralny Krzysztof Garbaczewski poprosił mnie o napisanie wariacji na temat „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, zwłaszcza jego fragmentu nowojorskiego. Robiliśmy wtedy, właśnie w Nowym Jorku, polsko-amerykański projekt oparty na poezji Białoszewskiego i Allana Ginsberga. Moje pisanie chciał wykorzystać w przedstawieniu, ale się z tego wycofał i te zapiski pozostały w moim kompie. Nie miałem zamiaru tego ciągnąć, ale po powrocie ze Stanów skontaktował się ze mną redaktor z wydawnictwa W.A.B. i złożył mi propozycję, żebym kontynuował. Zgodziłem się bez wielkiej wiary, że to wydam i że to będzie interesujące. Na początku nie widziałem w tych notatkach wyraźnego kierunku, wewnętrznego nurtu, który stanowiłby o ich sile, dlatego często porzucałem tę robotę. Po kilku miesiącach, wracając do tekstu, zacząłem z niepokojem obserwować, jak często pojawiają się tam stany nieważkości.

Zorientowałeś się, że jesteś uzależniony, czytając swoje notatki?!
Tak to niestety było. Kilkanaście lat żyłem dosyć ostro, ale też bez przesady, to nie jest tak, że byłem non stop napruty. Bo ja jestem neurotykiem i też histerycznie o siebie dbam. Zdawałem sobie sprawę, że mam problem, ale jednocześnie gdzieś to wypierałem. I skuteczne zapominałem. Tak działa jeden z najważniejszych mechanizmów uzależnienia: mechanizm iluzji i zaprzeczeń. Parę dni jesteś trzeźwy i od razu wydaje ci się, że stany upojenia to są tylko epizody. Dopiero po lekturze moich zapisków dotarło do mnie, że pod wpływem jestem o wiele, wiele za często. My się lubimy oszukiwać i czasami oszukujemy się skutecznie. Mój brat, który umierał na marskość wątroby w strasznych mękach, przez ostatnie dwa, trzy lata życia, mimo że nie był w stanie zerwać z alkoholem, w rozmowach z nami z najświętszym przekonaniem mówił, że kontroluje sytuację.

Jednak dziennik to nie był jedyny powód, dla którego zdecydowałem się na terapię. Drugim było kilka z rzędu stanów urwanego filmu, co mnie przeraziło, bo ja nie lubię tracić kontroli. Nie lubię nie wiedzieć, co się ze mną dzieje, a to były czasem wielogodzinne epizody blekautu. I to mnie przeraziło, że ja sobie albo komuś zrobię krzywdę, nawet o tym nie wiedząc. Funkcjonujesz wśród ludzi, rozmawiasz, pijesz, stawiasz, żartujesz, tańczysz, ale w ogóle o tym nie wiesz, nic potem nie pamiętasz, ani minuty.

Dosyć niesamowite.
Trochę jak lunatyzm. Wtedy zdecydowałem się na terapię w zamkniętym ośrodku. I tam zrozumiałem, że ta książka musi mieć jakiś głębszy sens, nie może być tylko zbiorem historii o imprezach, chłopakach, ćpaniu, piciu czy też o filmach i książkach, które mi się podobają. Interesująca będzie tylko wtedy, jeśli dam w niej świadectwo głębokiego, ale w gruncie rzeczy budującego doświadczenia, którym jest trzeźwienie. Taki problem jak ja mają miliony ludzi w naszym kraju i mogą w mojej historii odnaleźć też siebie. Nie napisałem tego z intencją, żeby innym pomagać, ale jeśli ten dziennik pomoże choć jednej osobie, nie posiadam się ze szczęścia.

Wspomniałeś, że dzięki zapiskom w dzienniku zauważyłeś swoje uzależnienie. A nie miałeś wcześniej sygnałów od przyjaciół, bliskich?
Byłem – choć od kilku lat pracuję nad sobą i to się zmieniło – wybuchowy, impulsywny, niecierpliwy. Nie słuchałem, narzucałem swoje zdanie, często nie mając o tym pojęcia. To się wiązało z emocjami, które w terapii nazywa się stanami głodu. Kiedy pojawia się gniew, to on jest sygnałem podwójnym. Pojawia się po to, żeby się nachlać albo naćpać i żeby się znieczulić, a z drugiej strony jest sygnałem od organizmu, że powinieneś coś zrobić, bo masz jakiś nierozwiązany problem.

W programie 12 kroków AA jest przekaz o odpowiedzialności wobec innych za swój nałóg i wyrządzone przez siebie krzywdy. Czy ty zdobyłeś się na przeprosiny?
To było trudne. Pod koniec odwyku zostałem poproszony przez terapeutów o wybaczenie mamie, o napisanie do niej listu. Mama już wtedy nie żyła, umarła w 2016 roku. Kiedy pisałem ten list, który przybrał formę wiersza, litanii przebaczenia, pojawiły się w nim także kobiety z mojego teatralnego środowiska, które kiedyś zraniłem i którym okazałem brak cierpliwości. Niekontrolowane wybuchy złości itd. Dokonałem ekspiacji i tę litanię wysłałem do wszystkich tych kobiet i innych osób, z którymi pracuję w teatrze.

Jak to przyjęto?
Bardzo pięknie. Napisali do mnie bardzo osobiste i pełne empatii wiadomości. Między innymi o tym, że już dawno temu mi wybaczyli, że widzą i rozumieją moją mękę. Jak dokona się takiego aktu ekspiacyjnego i przeprosi się za swoje błędy z całego serca, to niemal nie zdarza się, żeby ci ktoś nie wybaczył, żeby nie zareagował w sposób, który buduje, otwiera serce i wywołuje łzy. To są łzy ulgi.

Podczas lektury „(Nie)Dziennika” znalazłem kilka fragmentów typu: „Już nie jestem fit and hot, ale tragedii nie ma”, albo: „Patrzę na swoje zdjęcie sprzed kilkunastu, nawet kilku lat i w gardle więźnie mi rozdzierający szloch rozpaczy i żalu”. Dlaczego tak bardzo boisz się upływu czasu?
Wyjęte z kontekstu, tak się nie robi. Jestem po prostu próżny. Widzę, jak się szybko zmieniam, tu nie chodzi tylko o to, że się starzeję, ale też o to, jak widzą mnie inni ludzie. Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę. Jestem seksualnym zwierzakiem, namiętnym, to jest obszar, który przez większość lat mojego życia budził moje największe zainteresowanie i ciekawość i któremu poświęcałem ogromną ilość czasu i energii. Choć teraz podejrzewam, że jak będę miał 70 lat, to już z pewnością nie będzie mi się chciało [śmiech].

Czujesz nadciągającą andropauzę?
Zobaczymy. Doceń to, że szczerze o tym piszę. Kobiety potrafią mówić i pisać o menopauzie, jak choćby Krysia Janda, bez jakiegoś wielkiego wstydu i dramatu. A u mężczyzn ten temat jest tabu. To się wiąże z niewygodnym słowem „libido”. Miałem wielu partnerów, w tym trzech stałych, i wiem, że momenty braku popędu przeżywają wszyscy na każdym etapie życia, z różnych powodów, czasami ze względu na psychiczne obciążenia, lęki, zmęczenie albo stres. A mężczyźni się śmiertelnie boją o tym mówić i uważają, że to ich kompromituje.

Twój ostatni partner był od ciebie znacznie młodszy.
Tak, o 25 lat. To proste, Eros i Tanatos. Ta para w wiecznym, morderczym uścisku. Ucieczka przed śmiercią. Zawsze wybierałem młodszych partnerów. Z jednym, i to zasadniczym, wieloletnim wyjątkiem. Ale on tylko potwierdzał regułę. Ja trochę dorastałem w cieniu śmierci. Ojciec, brat, babcia, potem drugi brat. W przeszłości rodziny też wiele traum, bo to były pokolenia wojenne. To się zawsze przekazuje kolejnym pokoleniom.

Mówi się o traumie transgeneracyjnej, o dziedziczeniu traum.
Myślę, że z tego u mnie wynika ta wielka potrzeba zbliżeń cielesnych, które po prostu dają poczucie, że się żyje. Ja to tak interpretuję, a jak jest naprawdę, nie wiem.

Z tego, co piszesz, wyziera poczucie odrzucenia, nawet ze strony matki. Niby wiesz, że ona cię kocha, ale się jakoś mijacie.
Nie potrafiliśmy rozmawiać. Jak patrzę na młodszych ludzi, którzy nie mogą się dogadać ze swoimi rodzicami, to myślę sobie, że to jest w gruncie rzeczy takie proste i jednocześnie najtrudniejsze. Bo trzeba zejść trochę ze swojego ego, tej źle pojętej niezależności. Często nie dopuszcza się tej matki, która jest prosta, nie rozumie niuansów, nie posługuje się tym samym językiem i cały jej światopogląd jest zlepkiem tego, co usłyszy w telewizji albo jej powie sąsiadka. Ona miała tyle niepokoju związanego ze mną, jak się dowiedziała, że jestem gejem. Jak znikałem z telewizji na jakiś czas, to się martwiła. Ten lęk natychmiast wywoływał we mnie złość. Nie potrafisz wtedy zrezygnować ze swojej upiornej, źle pojętej dumy, to chyba na tym polega. Brakuje nam pokory i dlatego nie potrafimy rozmawiać z rodzicami. Widzimy w nich już tylko sędziów, wrogów, zamiast zobaczyć w nich człowieka, który właśnie w taki sposób wyraża miłość i troskę.

Twój rozwój zawodowy jest dowodem na to, że wciąż chcesz pokazać coś więcej. I nie chodzi tylko o ambitne wyzwania aktorskie, zacząłeś tłumaczyć, reżyserować. Może twoje dzieciństwo jest nie tylko kłębkiem bólu, ale dało ci też napęd?
Może. Ale to nie jest tak, że chciałem coś pokazać czy udowodnić, tylko wyrwać się z paraliżu otoczenia, chodziło o wolność. Jak poznałem Korę, mając 17 lat i będąc jeszcze nieukształtowanym chłopakiem, to zafascynowała mnie kondycja artysty. Tryb dnia, sposób życia, pewnego rodzaju nieregularność, swoboda.

Pamiętam taki obrazek z dzieciństwa. Gdy mama chciała się dobudzić przed pójściem na nocną zmianę do pracy, zawsze prosiła mnie, żebym zmielił jej kawę. Uwielbiałem to robić. Mieliśmy stary, brązowy ręczny młynek do kawy. Do dziś pamiętam ten zapach. Zalewałem jej tę kawę gorącą wodą, robiłem taką plujkę, a ona ją piła i szła do pracy. To ładne wspomnienie, ale wiąże się z tym kieratem fabryki, roboty w określonych godzinach w wielkiej firmie. Nie chciałem tak skończyć. Uciekłem przed tym.

Mówiliśmy o upływie czasu. Czy kiedyś lubiłeś siebie bardziej niż teraz?
Wręcz przeciwnie. Może to jest kwestia pogodzenia ze sobą, zrozumienia swojego miejsca? Większa wiara w to, że jestem silny. Teraz wierzę, kiedy ludzie mówią mi, że mam dużą siłę, osobowość. Jako aktor i jako człowiek. Wcześniej wydawało mi się, że jestem słaby, niedoceniany, nieinteresujący. Że jeżeli mi się coś udaje, to są to fuksy, przypadki. Ambicje zawsze miałem dosyć duże, natomiast ich spełnianie szło trochę opornie. Porównywanie się z innymi przeważnie wychodziło na moją niekorzyść, aż w końcu przestałem się porównywać. Krok po kroku zrzucam z siebie te skorupy lęku i niewiary, te ostatnie lata to mi właśnie przyniosły, radość z bycia sobą.

Nie ukrywasz rozczarowania tym, jak traktuje się w naszym kraju osoby nieheteronormatywne. Masz jeszcze poczucie, że Polska to jest twoje miejsce?
Kocham Polskę i chciałbym, żeby tu było lepiej. Chciałbym zmieniać społeczeństwo u podstaw, jego mentalność, uczyć większej otwartości i empatii wobec drugiego. Takim wzorem, z którym się zetknąłem niedawno i który jest dla mnie fenomenalnym przykładem otwartości i mądrości życiowej, jest Daniel Rycharski. Ostatnio zagrałem w filmie o nim „Wszystkie nasze strachy” w reżyserii Łukasza Rondudy.

Rycharski to gej i artysta wizualny mieszkający na polskiej wsi. Jest otwarcie homoseksualny i jednocześnie bardzo wierzący, należy do ruchu Wiara i Tęcza. Z jakimś rozczulającym, nieprawdopodobnym uporem Syzyfa próbuje budować społeczeństwo otwarte w konserwatywnym środowisku wiejskim. To jest dla mnie w ostatnich latach jedna z najsilniejszych i najjaśniejszych inspiracji, żeby tutaj tkwić i budować, bo kiedy spojrzymy na historię innych krajów europejskich, choćby Irlandii, wszystko wskazuje na to, że wahadło poglądów i sympatii politycznych w końcu przechyli się w drugą stronę.

To, że jest u nas tak, jak jest, wynika z lęku, zresztą nie tylko z lęku konserwatywnej części społeczeństwa przed tą bardziej otwartą, że im coś narzuci. My wszyscy boimy się, że dostaniemy po ryju, jeśli zwrócimy się z wyciągniętą ręką do kogoś o różnym od naszego światopoglądzie. Tymczasem z moich doświadczeń wynika, że kiedy spotykasz się z człowiekiem twarzą w twarz i jesteś otwarty, szczery i nie masz w sobie agresji, a tylko słuchasz, to jest możliwe porozumienie z każdym, naprawdę.

(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)

Jacek Poniedziałek rocznik 1965. Aktor, tłumacz, reżyser teatralny. Od 2008 roku w zespole Nowego Teatru w Warszawie. Grał u: Krzysztofa Warlikowskiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Krystiana Lupy, Jerzego Jarockiego, Krzysztofa Garbaczewskiego, Michała Borczucha. Na ekranie występował między innymi w: „Rewersie”, „Ziarnie prawdy”, „Sercu miłości” i „Eterze”. Grywa także w serialach, takich jak „M jak miłość” i „Chyłka – Inwigilacja”. Jego „(Nie)Dziennik” ukazał się w marcu 2021.

  1. Psychologia

Nałóg to głód miłości, akceptacji i sensu życia

Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji.(Fot. iStock)
Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji.(Fot. iStock)
Kiedy Mały Książę rozmawiał z Pijakiem, ten wyznał mu, że pije, bo chce zapomnieć. Zapomnieć, że się wstydzi. „Czego się wstydzisz?” – spytał Mały Ksiażę. „Wstydzę się tego, że piję” – odparł Pijak.

– Przepiłem 20 lat swojego życia – mówi Maciej Kiełbasiński, neofita, instruktor terapii uzależnień. – Długo wydawało mi się, że piję tak jak wszyscy: dla towarzystwa, poprawy humoru, żeby ukryć swoją nieśmiałość, nadwrażliwość, lęk przed kobietami. Po kieliszku stawałem się duszą towarzystwa, byłem pierwszym po Bogu, miałem przyjaciół, dziewczyny, dobrą zabawę. Moje życie składało się na przemian z pijackich ciągów i okresów odrabiania strat. Przez wiele lat wydawało mi się, że umiem pogodzić moje uzależnienie z normalnym funkcjonowaniem; skończyłem szkołę, dostałem się na studia, zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze. Po coraz dłużej trwających ciągach starałem się wyhamować, „zebrać do kupy”, żeby po raz kolejny udowodnić sobie, że nie jestem zerem. Udawało mi się nie pić przez kilka miesięcy. Mówiłem sobie wtedy: ”Nie jest ze mną tak źle, potrafię obyć się bez alkoholu”. Ożeniłem się, bo liczyłem, że jak będę mężem, ojcem – przestanę pić. Podziałało, ale na krótko. Przychodził taki dzień, że musiałem się napić. Swoje alkoholowe ciągi planowałem ze szczegółami: brałem zwolnienie z pracy – 6 dni, dokładnie zaplanowane: trzy na picie, dwa na kaca, jeden na dojście do siebie. Kupowałem w sklepie wódkę, zwykle kilka butelek na zapas, żeby nie zabrakło, i kilka piw na kaca, bo tak się trząsłem, że utrzymanie w rękach szczoteczki do zębów stawało się problemem. Przy tym im więcej piłem, tym lepiej funkcjonowałem w świecie zewnętrznym. Miałem coraz lepszą pracę, więcej pieniędzy. To utwierdzało mnie w przekonaniu, że nałóg w niczym mi nie przeszkadza, a nawet że jestem lepszy od innych, mądrzejszy, sprytniejszy. Ale w głębi duszy czułem coraz większą pustkę.

Kręta droga w dół

Tak naprawdę nie jest istotne, czy przedmiotem uzależnienia jest alkohol, narkotyk, papieros, lekarstwo, jedzenie, seks, hazard, praca… Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji. Dążeniem do chwilowej poprawy nastroju, próbą ukrycia niskiego poczucia własnej wartości, a w konsekwencji ucieczką od życia i samego siebie.

Etiologia uzależnień nadal nie została wyjaśniona. Co było pierwsze: jajko czy kura? Czy określona osobowość sprzyja popadaniu w nałogi, a może to uzależnienie zmienia osobowość? Wiadomo, że istnieją pewne czynniki sprzyjające uzależnieniom, takie, jak: błędna hierarchia wartości, niski stopień autonomii, skłonność do wchodzenia w toksyczne relacje, niska odporność na frustracje, niedojrzałość emocjonalna. Charakterystyczną oznaką uzależnienia jest sięganie po substancję psychoaktywną, pomimo coraz bardziej bolesnych konsekwencji: fizycznych, psychicznych, moralnych, prawnych, duchowych i społecznych. Jak to działa?

Podstawowe mechanizmy uzależnienia:

Uzależnienie emocjonalne, czyli nałóg potrzebny do regulacji uczuć
– Osoba uzależniona nie potrafi zidentyfikować się ze swoimi emocjami. Albo próbuje je ukryć, albo postępuje wbrew nim – mówi Maciej Kiełbasiński. – To potęguje konflikt wewnętrzny, prowadzi do kompulsywnych zachowań czy konieczności sięgnięcia po substancję psychoaktywną. W ten sposób izoluje się od świata, popada w samotność, pozostając sam na sam ze swoim nałogiem. Nabiera fałszywego przekonania, że świat i ludzie jej nie rozumieją. Tłumaczy sobie, że sięga po takie środki dlatego, że ma życiowe problemy, a nie zauważa, że to właśnie uzależnienie je powoduje. Boi się, że zostanie rozszyfrowana ta część jej prawdziwego ja, na które składa się także: bezradność, wrażliwość, potrzeba miłości i akceptacji. Ten lęk paraliżuje ją do tego stopnia, że ukrywa go pod przykrywką złości, agresji i gniewu, wywołując w swoim otoczeniu ciągłe uczucie niepokoju. Ludzie bojąc się, że uzależniony wpadnie w kolejny ciąg picia czy ćpania, starają się zejść mu z drogi, dać spokój i nie denerwować, a to stwarza komfort do trwania w nałogu. A przecież na tym najbardziej mu zależy.

System iluzji i zaprzeczeń – nałogowy sposób manipulowania własnym myśleniem po to, by łudzić się, że nie jest się uzależnionym i że uzależnienie nie powoduje żadnych strat.
– Cechą charakterystyczną każdego nałogu jest pewien mechanizm myślowy, który cały czas przekonuje chorego, że nie jest uzależniony. Dlatego za wszelką cenę chce odzyskać kontrolę nad zachowaniem lub substancją psychoaktywną – tłumaczy Maciej Kiełbasiński. – Najbardziej zdradzieckie są okresy pomiędzy ciągami, kiedy osoba uzależniona zachowuje się w sposób normalny. Przecież ktoś, kto przez dłuższy czas może powstrzymać się od picia, ćpania czy innych kompulsywnych zachowań – nie może być chory! Podejmuje więc kolejną próbę, mówiąc sobie, że wypije tylko jeden kieliszek wódki, raz zagra w ruletkę lub wypali tylko jednego skręta. Tym samym popycha pierwszą kostkę domina, która przewraca kolejną i kolejną, aż do kompletnego wycieńczenia organizmu lub... utraty wszystkich pieniędzy w kasynie. Kiedy udaje się wyjść z ciągu, zderza się z tymi konsekwencjami. Kolejny raz nie dotrzymał słowa, utracił zaufanie do siebie i zaufanie innych. Budzi się niskie poczucie własnej wartości, wstyd i potworny lęk. Osoba uzależniona powtarza sobie, że to był ostatni raz, ale bez profesjonalnej pomocy nie jest w stanie dotrzymać danego sobie słowa. Wszyscy uzależnieni zakłamują, racjonalizują i minimalizują swój problem.

Poczucie kontrolowania uzależnienia
– To mechanizm, z którym najtrudniej jest się rozprawić – mówi Kiełbasiński. – Pacjenci, którzy zgłaszają się na leczenie, ciągle wierzą, że ,,trochę się podleczą”, a dzięki terapii znajdą sposób na kontrolowanie swojego uzależnienia.

Zaburzone relacje z innymi ludźmi
– Osoba uzależniona nie potrafi nawiązywać poprawnych relacji z otoczeniem. Traktuje innych instrumentalnie, przenosząc na nich odpowiedzialność za konsekwencje swojego nałogu – mówi Kiełbasiński. – Rodzina płaci jej długi, żona usprawiedliwia nieobecności w pracy, fakt uzależnienia wszyscy utrzymują w tajemnicy. Chory chce się do kogoś przytulić, pożalić nad swoim losem, czasem złoży jakąś nierealną obietnicę, która da bliskim nadzieję, że wszystko się ułoży. I... dalej korzysta z nałogu.

Gra o życie

W miarę postępującego uzależnienia, także pozytywne emocje – radość, zachwyt, poczucie sukcesu... – powodują tak silne napięcie, że osoba uzależniona musi się „znieczulić”: wypad do kasyna albo na zakupy dla uczczenia sukcesu, agresywny seks w nagrodę po okresie wymuszonej wstrzemięźliwości, kompulsywne objadanie się po udawaniu na przyjęciu, że „jem tyle co wróbelek”.

Emocją, która nasila się w kolejnych etapach uzależnienia, jest wszechogarniający lęk. Żeby go łagodzić, osoba uzależniona coraz częściej sięga po substancję psychoaktywną czy ucieka się do innego kompulsywnego zachowania. Ulga „po zażyciu” jest coraz krótsza, a pojawiające się napięcie – silniejsze. Zduszone emocje pojawiają się szybciej, a powodów do niepokoju jest więcej, bo nałóg sieje coraz większe spustoszenie w życiu uzależnionego. W pracy zawala więcej spraw, ludzie mniej mu ufają. Ostatkiem sił próbuje zachować pozory normalności.

– Po kilku latach picia zrezygnowałem z podejmowania długoterminowych zobowiązań, np. nauki języka, gry w tenisa – opowiada Maciej Kiełbasiński. – Wiedziałem, że nie stać mnie na systematyczność, bo ciągi były coraz dłuższe i nie byłbym w stanie sprostać zobowiązaniom. Poza tym obowiązki przeszkadzały mi w piciu. Całe moje życie zaczęło być podporządkowane chorobie. Zacząłem czuć nienawiść do samego siebie. W końcu stwierdziłem, że nie ma sensu trzeźwieć i postanowiłem zapić się na śmierć. Po dziesięciomiesięcznym ciągu sięgnąłem dna.

Czym jest owo sięgnięcie dna w uzależnieniu? Czasami to jakieś traumatyczne wydarzenie: nagła choroba, wypadek samochodowy, strata pracy, pieniędzy, rodziny. Innym razem nakaz sądu do przymusowego leczenia albo czyjaś bezinteresowna pomoc, albo... spotkanie na swojej drodze kogoś, kto w uzależnionym dostrzeże człowieka.

– Wtedy zwykle po raz pierwszy pojawia się poczucie własnej bezsilności wobec nałogu – mówi Adam Przywara, OFM, kapelan w Ośrodku Terapii Uzależnień. – To mistyczna chwila, w której cały świat się zatrzymuje.

– Kiedy uzależniony widzi, że życie wymknęło mu się spod kontroli i zapanował w nim taki bałagan, że nie potrafi poskładać go w całość, pojawia się nadzieja, że gdzieś jest ktoś lub coś, co może mu pomóc – dodaje Maciej Kiełbasiński. – I zaczyna się gra o życie.

Zdaniem ks. Marka Dziewieckiego, autora artykułu: ,,Choroba alkoholowa, a zniewolenie sfery duchowej”, każde uzależnienie jest dążeniem do iluzorycznego, natychmiastowego szczęścia i pojawia się tam, gdzie brakuje szczęścia rzeczywistego. Chwytamy się go wtedy, gdy w sposób bolesny, choć często nieświadomy, doświadczamy, że droga, którą podążamy, prowadzi donikąd, jednak brak nam odwagi, by uznać ten fakt i zmienić swoje życie. Przy użyciu substancji psychoaktywnej lub nałogowego zachowania wprowadzamy się więc w odmienny stan świadomości, ograniczając tym samym wewnętrzną wolność i gubiąc sens życia, czyli podstawy swojej duchowości. Uzależnienie niszczy wolność emocjonalną, intelektualną, zabija wrażliwość. Człowiek w szponach nałogu oszukuje samego siebie. Najważniejsze dla niego staje się zapewnienie sobie komfortu, by tkwić w uzależnieniu. Nawiązuje toksyczne relacje – solidaryzuje się z innymi uzależnionymi i manipuluje ludźmi. Zamiast rozwiązywać problemy, ucieka przed nimi w nałóg.

Gdzie powinien szukać rozwiązania? W powrocie do duchowości. To ona jest odpowiedzią na nurtujące go pytania i lekarstwem na paraliżujące lęki. Pomaga stworzyć dojrzałą hierarchię wartości, a relacje opierać na miłości i odpowiedzialności.

Nie wystarczy abstynencja. Leczenie to nie tylko przezwyciężenie mechanizmów nałogu, lecz zmiana postawy wobec życia. Na początku musi być świadoma decyzja, że do radzenia sobie z problemami nie potrzeba już alkoholu czy narkotyków. Ale żeby to osiągnąć, konieczne jest zajrzenie w głąb swej duszy.

Ważne spotkania

Zdaniem Adama Przywary, uzależnienie to choroba braku miłości. Maciej Kiełbasiński zaś uważa, że wynika ona z nieznajomości samego siebie, realizowania w sposób przymusowy wartości, które są sprzeczne z tymi, jakie uzależniona osoba wyznaje, nieumiejętności nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. Ale obydwaj zgodnie twierdzą, że drogą wyjścia z nałogu jest drugi człowiek.

– W rozwoju duchowym zawsze chodzi o spotkanie: z Bogiem, z drugim człowiekiem. Spotkanie, które nas zmieni, np. ustali na nowo to, co dla nas istotne w życiu – mówi Adam Przywara.

Po latach walki ze swoim demonem osoby uzależnione wiedzą wszystko o mechanizmach i znakach ostrzegawczych, zaliczają kolejną terapię, pobyt w następnym ośrodku, znają swoje słabości, ale i tak wracają do nałogu, bo brakuje im wiary w coś, co ich utrzyma w stanie abstynencji, duchowego pogłębienia, odnalezienia sensu życia. Potrzebny jest ktoś, kto w umiejętny sposób ukaże im prawdę o nich samych.

– Kiedy otrzymujesz pomoc z zewnątrz, gdy zauważasz innych ludzi, którym udało się wyjść z nałogu, budzi się wiara. Zaczynasz ufać, że w tym względzie są mądrzejsi od ciebie i sięgnięcie po ich doświadczenia pozwoli ci na wyjście z samotności, budowanie swojego życia od nowa, krok po kroku – mówi Maciej Kiełbasiński.

Adam Przywara jako kapelan w ośrodku uzależnień pełni rolę pośrednika między uzależnionymi a Bogiem.

– Nieważne, czy i w co wierzysz – mówi im. – Spróbuj zastanowić się, czy jakaś Siła Wyższa – jakkolwiek ją pojmujesz – nie była w przeszłości obecna w twoim życiu.

Doskonale pamięta Pawła, 26-letniego narkomana, który pięciokrotnie próbował popełnić samobójstwo. Ostatnim razem wypił butelkę „Kreta” (silnie żrącej substancji) i poczuł wtedy, że coś każe mu iść do ludzi. Była noc. Wybiegł z domu i poszedł na stację benzynową. Tam zemdlał. Cudem go uratowano. Po pobycie na oddziale psychiatrycznym, trafił do Ośrodka Terapii Uzależnień. W ramach praktyki pracy zajmował się umierającymi w hospicjum.

– Przez dwa tygodnie widziałem go codziennie w kaplicy – opowiada kapelan. – Szlochał, a ja czułem, że dzieje się w nim coś ważnego. W czasie rozmowy okazało się, że zaczął analizować swoje życie. Poczuł, że tamtej nocy kierowała nim jakaś siła większa od niego. To był początek zmiany. Zaczął odkrywać, kim jest i czego naprawdę pragnie.

Trudne przebudzenia

Chorzy, którym udało się wyrwać z matni nałogu, przyznają: gdy po wielu latach uzależnienia budzisz się do życia, nie wiesz, kim jesteś. Emocjonalnie znajdujesz się na etapie, na którym to się zaczęło.

– Kiedy podjąłem leczenie w ośrodku terapii uzależnień, miałem czterdzieści lat – mówi Maciej Kiełbasiński. – Jednak emocjonalnie byłem na etapie 14-latka, bo to właśnie wtedy sięgnąłem po pierwszy kieliszek.

Zaczyna się dość skomplikowany proces. Najpierw pojawia się radość, że udało ci się pozbyć obsesji, która towarzyszyła uzależnieniu. Po dwóch, trzech latach wychodzenia z jakiegokolwiek nałogu, rozglądasz się dookoła i dostrzegasz, że większość decyzji, jakie w życiu podjąłeś, była temu podporządkowana. Po raz pierwszy jasnym wzrokiem patrzysz na swojego partnera, dzieci, przyjaciół, pracę i zadajesz sobie pytania: „Co ja tu robię? Kim jestem?”. Znika poczucie winy, odkrywasz, że inni także mają swoje wady i swoje problemy. Twoje życie nabiera sensu, zaczynasz powoli rozumieć siebie, a tym samym świat, który cię otacza.

– Żeby odważyć się być sobą, ujawnić światu swoje mocne strony, ale także własne słabości, musisz przełamać lęk przed odrzuceniem – mówi Kiełbasiński. – Skonfrontować się z tym wszystkim, przed czym uciekałeś w uzależnienie. Następnym krokiem jest bolesne rozliczenie się z przeszłością. Trzeba stanąć oko w oko z cierpieniem odczuwanym z powodu zaprzepaszczonych spraw, zmarnowanych okazji i porzuconych celów. W takich chwilach warto posiąść umiejętność rezygnacji: nie na dziś czy jutro, ale na zawsze. Musisz pogodzić się z faktem, że pewnych rzeczy już nie odzyskasz, niektórych wydarzeń nie cofniesz, a życie toczy się dalej i trzeba wziąć za nie pełną odpowiedzialność.

Co jeszcze? Kiedy obudzisz się ze złego snu, być może będziesz za wszelką cenę pragnął, żeby odzyskał spokój ktoś bliski, ktoś, kto cierpiał z powodu twojego uzależnienia przez całe lata, np. twoja matka, która nie dożyła momentu, kiedy przestałeś pić. Poczujesz się wtedy bezradny, no bo jak przekazać jej wiadomość, że z tobą już wszystko w porządku? Może twój partner, który dzielnie trwał przy tobie, gdy byłaś uzależniona od zakupów, albo przegrałaś w kasynie wszystkie swoje oszczędności, nagle odszedł, rzucając ci na do widzenia: „Teraz już poradzisz sobie beze mnie”. Być może w pierwszej chwili pomyślisz: „Jak on mógł mi to zrobić?! Nie warto było się leczyć”, może nawet pojawi się myśl o powrocie do uzależnienia... Ale po chwili przyjdzie refleksja: „Zrobiłam to dla siebie. Skoro udało mi się wyjść z nałogu, poradzę sobie ze wszystkim”. To pierwszy znak pojednania ze sobą, zgoda na swoją przeszłość. Powoli zaczniesz rozpoznawać, co jest dla ciebie ważne: miłość, dobroć, akceptacja, prawda, szczerość, otwartość, zamiast: manipulacji oraz oszukiwania siebie i innych.

– Na początku ważne jest, żeby nie czuć się samotnym – mówi Maciej Kiełbasiński. – Najbliżsi wydają ci się obcy, często nie rozumieją, że sama ich obecność i miłość nie pomogą ci w leczeniu, że musisz iść na terapię, do grupy wsparcia, do ludzi, którzy podzielą się swoim doświadczeniem. Zaczynasz naprawiać swoje relacje z bliskimi, znajdujesz nowych przyjaciół...

Jednego musisz się nauczyć: prawidłowo odczytywać własne emocje i uczucia w danej chwili, bo dopiero wtedy możesz kontrolować swoje zachowanie. Jeżeli wstałeś lewą nogą, będziesz mógł skorygować plan dnia tak, żeby uniknąć nieprzyjemnych sytuacji. Może zrezygnujesz ze spotkań z ludźmi, którzy źle na ciebie wpływają, przełożysz na inny termin zajęcia, które wymagają odpowiedniego nastroju czy koncentracji, a tym samym oddalisz od siebie możliwość powrotu do uzależnienia.

– Bo przecież nie chodzi o substancję czy zachowania, od których byłeś uzależniony, tylko o pewien stan emocjonalny, który te zachowania lub przymus sięgnięcia po substancję powodował – dodaje Maciej Kiełbasiński. – Jeśli wiesz, jakie sytuacje wywołują twoje konkretne emocje, potrafisz nad nimi zapanować. Do dziś czasami ludzie zarzucają mi, że martwię się przede wszystkim o siebie. Tak, bo moje emocje są najważniejsze – zapanowanie nad nimi daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jeśli mam dobry kontakt z samym sobą, mam dobry kontakt także ze światem.

Postęp w rozwoju duchowym widać po tym, z jaką dojrzałością podchodzisz do życia. Kiedy byłeś w nałogu, towarzyszyła ci niepewność, teraz – spokój.

– Wynika on w dużej mierze z powierzenia życia czemuś lub komuś większemu od nas samych – tłumaczy Adam Przywara.– A także z akceptacji swojej niedoskonałości. W duchowości jest miejsce i na smutek, i na radość, na rozgoryczenie i nadzieję, na upadek i powstanie. Bóg akceptuje słabość człowieka.

– Uzależnienie może dotknąć każdego, i wierzącego w jakąś konkretną religię, i agnostyka, i ateistę… – tłumaczy Kiełbasiński. – Jeżeli ktoś uważa inaczej, powinien wyzbyć się egocentryzmu. Ludzie czasem sądzą, że alkoholizm, hazard czy narkomania mogą przydarzyć się innym, ale nie im. Uważają się za lepszych i podejmują ryzyko „pierwszego razu” – pierwszy kieliszek, pierwszy pobyt w kasynie, pierwszy skręt… no bo przecież nic się nie stanie.

Kiedy jest już za późno, gdy już tkwisz w uzależnieniu po uszy, potrzebujesz wiary, która może ci dać siłę do wydostania się z pułapki nałogu.

– Przełomowy moment uznania swej bezsilności, bez zaakceptowania której pozbycie się nałogu staje się niemożliwe, wiąże się z tym, że człowiek „bez siły” musi posiąść moc z zewnątrz – mówi Kiełbasiński. – To może być grupa ludzi, ośrodek terapeutyczny czy Bóg w koncepcji chrześcijańskiej. Kiedy posiądziesz dar wiary, zaakceptujesz, że to nie ty jesteś Bogiem i nie od ciebie zależy końcowy efekt twoich starań czy postawionych sobie celów. Ty możesz jedynie planować działania, ale efekty pozostawiasz opiece boskiej, losowi,– jakkolwiek chcesz to nazwać. Taka postawa zapewni ci wewnętrzną równowagę, spokój duszy, bo przestajesz zmagać się z życiem i jego przeciwnościami, tylko akceptujesz wolę tej siły wyższej wobec ciebie. A kiedy twoje wnętrze przestanie być zapieczone przymusem osiągania tego, czego chcesz, to okaże się, że zostanie ci to po prostu ofiarowane.

Czy grozi ci uzależnienie? Sygnały ostrzegawcze:

  • Obniżanie napięcia emocjonalnego, pocieszanie się, nagradzanie przy użyciu substancji psychoaktywnej (alkoholu, narkotyków) lub zachowań kompulsywnych (przymusu gier hazardowych, seksu, zakupów).
  • Unikanie sytuacji stresujących i „wyręczanie się” innymi ludźmi w załatwianiu swoich spraw oraz rozwiązywaniu własnych problemów.
  • Zaprzestanie na pewien czas używania substancji i zachowań uzależniających (czasowa abstynencja), przeplatane okresami ciągów.
  • Wielokrotnie podejmowane, nieudane próby rzucenia nałogu, charakteryzujące się powtarzaniem bez przerwy tych samych mantr: „muszę ograniczyć palenie”, „muszę przestać chodzić na zakupy” itd.
  • Dominujące emocje, często niezależne od realnych wydarzeń, to lęk i złość, które są pretekstem do sięgnięcia po substancje lub zachowania uzależniające.
  • Pogarszanie się relacji z innymi ludźmi: izolacja, ucieczka w samotność, notoryczne kłamstwa, coraz częstsze manipulacje.
  1. Psychologia

Na czym polega skłonność do uzależnień?

Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówiła, wraca do uzależnienia. To tzw. system dumy i kontroli. (Fot. iStock)
Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówiła, wraca do uzależnienia. To tzw. system dumy i kontroli. (Fot. iStock)
Dlaczego niektórzy popadają w narkomanię czy seksoholizm szybciej od innych? Nie do końca wiadomo, ponieważ jest to uwarunkowane wieloma czynnikami, także genetycznymi. Jednak podłoże biologiczne nie oznacza, że jesteśmy dożywotnio skazani na nałogi. Na czym zatem może polegać skłonność do uzależnień - pytamy psychoterapeutkę Natalię Jurys. 

Na ile skłonność do uzależnień to fakt, a na ile wygodna wymówka, by usprawiedliwiać uzależnienie?
Są dowody na istnienie genetycznego uwarunkowania uzależnień. Może za to odpowiadać kilka mechanizmów: specyficzne neuroprzekaźnictwo, wrażliwość receptorów, określony metabolizm. Niektórym wystarczy niewielki kontakt z konkretną substancją lub zachowaniem, by przetrzeć szlak dopaminowy i utrwalić nawyk, jednak posiadanie genetycznego obciążenia wcale nie oznacza, że ktoś będzie uzależniony. I odwrotnie - uzależnić się można bez genetycznej skłonności. To prawda, że istnieje biologiczne podłoże uzależnień, ale oprócz tego istnieje szereg uwarunkowań środkowiskowych i osobowościowych.

Czyli zatem jest skłonność do uzależnień?
Jako psychoterapeutka postrzegam skłonność do uzależnień jako rodzaj deficytu radzenia sobie z napięciami emocjonalnymi.

To ciekawe, dla wielu skłonność jest czymś, co mamy - ty mówisz raczej o braku.
Praktycznie wygląda to tak: zamiast wypracowania konstruktywnego radzenia sobie z napięciami, pojawia się substancja lub zachowanie, które regulują napięcie. Gdy to się utrwali, trudno z tego "ratunku" zrezygnować, zwłaszcza jeśli destrukcyjny sposób regulowania napięcia pojawił się w młodym wieku. Kolejnym istotnym mechanizmem podtrzymującym uzależnienie jest też brak innych sposobów regulowania napięcia. Każdy z nas doświadcza stresu, ale nie wszyscy muszą się napić, aby poczuć ulgę, niektórzy nauczyli się pracy w ogródku, uprawiania sportu, konstruktywnej rozmowy...

Co musi wydarzyć się w życiu człowieka, by przejawiał skłonność do uzależnień?
Przed wieloma laty pracowałam z osobami uzależnionymi w poradni odwykowej. Przypomina mi się określenie, które wtedy usłyszałam. Padło ono z ust pani Jolanty Koczurowskiej, która była wtedy szefową MONAR-u i ośrodka uzależnień dla młodzieży. Powiedziała, że uzależnienia są chorobą braku miłości. Zapadło to we mnie jako mocne, jednoznaczne. Od razu pomyślałam o różnych pacjentach, którzy potwierdzają to określenie.

Po latach praktyki nie wiem, czy jest to trafna diagnoza. Jednak z pewnością wiele osób uzależnionych doświadczyło zaniedbania, porzucenia emocjonalnego, konieczności radzenia sobie samemu.  To, w jaki sposób w dzieciństwie tworzy się więź z podstawowymi opiekunami, jest istotne. Na tym wyrastają nasze potencjały, ale też zaburzenia – w zależności od tego, czy więź ta była karmiąca, wypełniona miłością, czy nie.

W jaki sposób wpisuje się w to skłonność do uzależnienia?
Brak wzorca, brak otrzymania odpowiedniej opieki wpływa na brak umiejętności zdrowego regulowania napięcia. Chodzi o doświadczanie opieki, w której można wyrażać swoje emocje z poczuciem, że kochający dorosły zajmie się nimi. Skłonność do uzależnień mogą mieć osoby, które w dzieciństwie słyszały, że mają się zamknąć, nie przeszkadzać, nie wkraczać w przestrzeń zarezerwowaną przez rodziców i opatrzoną słowami: „święty spokój”. Wtedy dziecko nie ma co zrobić ze swymi emocjami, z tym, co w nim buzuje. Młody umysł nie potrafi przetworzyć różnych trudnych doznań, a obok nie ma dorosłego, który może powiedzieć i pokazać, jak sobie z nimi poradzić. Gdy dziecko dorasta, nie ubywa mu stresu, napięć, a dodatkowo nie ma modelu radzenia sobie z nimi. A jeśli dołożyć do tego wszechobecne zachwalanie picia jako środka na odstresowanie, to droga do uzależnienia się skraca.

Dlaczego jedna osoba, trafiając na uzależniającą substancję albo aktywność, taką jak oglądanie pornografii czy uprawianie seksu, uzależnia się, a druga nie?
Uzależnienie nie powstaje po jednorazowym kontakcie z substancją czy aktywnością. Powiedzmy, że ktoś pomylił butelki, napił się alkoholu. Albo trafił w środowisko osób, które bierze narkotyki, spróbował. A może odkrył Internet i jego przyjemności. Przecież to nie jest cały świat. Są rówieśnicy, którzy mają do tego inny stosunek, są dorośli i ich rady, są przeszłe doświadczenia. Jeśli ktoś ma alternatywne wzorce zachowania, łatwiej mu wybrać to, co jest zdrowe i służy życiu, niż wskoczyć w uzależnienie. Dlatego tak istotna jest profilaktyka.

Na czym polega sensowna profilaktyka uzależnień?
Badania udowadniają, że sensowna profilaktyka nie polega na straszeniu, grożeniu, przedstawieniu zagrożeń, wzbudzaniu lęku związanego z konsekwencjami – lecz jest oparta na prawdziwym kontakcie, więzi, stworzeniu miejsca na emocje osób ze skłonnościami do uzależnień. To znaczy, że mają one zapewnione warunki, w których mogą wyrażać swoją bezradność, swój lęk czy swoją złość – w sposób konstruktywny. Istotne jest, czy – zwłaszcza młode osoby – mają alternatywne środowisko, w którym uczą się, angażują, tworzą. Albo czy mają dostęp do grupy wsparcia lub grupy terapeutycznej. Ważne jest, by człowiek, który już się uzależnił, umiał siebie pokochać.

Jak ma siebie pokochać, jeśli bardziej kocha substancję lub nawyk?
Na początku trzeba zastąpić pewne rzeczy czymś w rodzaju protezy. Potrzebna jest opiekuńczość, ale i normatywność. A zatem życzliwość, otwartość, ale również konkretna struktura. Fikcją jest założenie, że wystarczy podjąć decyzję: „od dzisiaj nie piję”. Wytrwanie w postanowieniu to codzienna praca. Dlatego na początku mówienie o tym, czy ktoś może siebie pokochać, jest abstrakcyjne. Najpierw ten ktoś musi nauczyć się nie chodzić obok monopolowego i odmawiać zaproszeń na imprezy.

Mam przyjaciela, który po ponad 10 latach brania silnych tabletek nasennych postanowił je odstawić. Jest świadomy uzależnienia, ale nie chce  korzystać z pomocy psychoterapeutycznej, woli to zrobić sam. Co byś poradziła w takiej sytuacji?
Czasami odstawianie silnych leków wymaga nadzoru lekarza. Podobnie jest z delirium, które bywa śmiertelne. Niekiedy odtrucie jest niezbędne. A jeśli ten ktoś mimo wszystko odmawia, dobrze, by poinformował bliską osobę, że jest w procesie odstawiania, tak by w razie potrzeby ta osoba mogła zareagować, na przykład wezwać karetkę. Nie trzeba iść do psychoterapeuty, ale przyznanie się do bezradności jest częścią zdrowienia i porzucania nałogu. Jeśli ktoś upiera się, że ma kontrolę nad substancją, to bardzo możliwe, że tym samym potwierdza silne uzależnienie. To tak zwany system dumy i kontroli. Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Niektórzy robią sobie okres abstynencji, tydzień nie piją, nie oglądają pornografii, tym samym udowadniają sobie, że wszystko z nimi w porządku. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówili, wracają do uzależnienia.

Co utrudnia zdrowienie?
Często zaburzenie osobowości, które oznacza konieczność odreagowań. Taka osoba nie radzi sobie na przykład z wyrażaniem złości w konstruktywny sposób. Tłumi ją, przetrzymuje, a później prowadzi samochód z nadmierną prędkością albo wypije alkohol, albo skrzywdzi innych. Osoby z zaburzeniami osobowości często się uzależniają, a gdy podejmują leczenie, zazwyczaj idzie im dobrze, dopóki pozostają w systemie leczenia. Jednak gdy kończy się pobyt w ośrodku odwykowym albo terapia, człowiek wraca do nałogu.

Dlatego, że zaburzenie osobowości nie zostało wyleczone?
Tak. Dotyczy to na przykład osób uzależnionych od alkoholu, które stają się zależne od leczenia się z alkoholizmu. Nie piją, ale nie potrafią funkcjonować poza leczeniem. Nauczają, „ewangelizują”, nie można ich zaprosić na imprezę, bo mówią wciąż o skutkach picia. Podłożem tych trudności jest zaburzenie osobowości, a uzależnienie jest jednym z symptomów, i jest wtórne. Zaburzenie osobowości zmusza ich do trzymania się określonego systemu, ramy, gdyż nie potrafią jej stworzyć wewnątrz.

Rozumiem, że osoba z zaburzeniem osobowości, która leczy się z uzależnienia, może chodzić na terapię, a później iść do baru na kielicha.
Albo na orgię czy po narkotyki. Tak, to właśnie odreagowanie, zwane też „acting-out”, wynikające z braku możliwości wyrażenia trudności i emocji wprost. Terapia może pobudzać silne emocje. Taka osoba przytakuje, wszystko rozumie, twierdzi, że terapia jest świetna, ale musi ją odreagować, pogłębiając uzależnienie. Tymczasem celem jest umiejętność oglądania uczuć wtedy, gdy powstają, adresowanie ich i wyrażanie bezpośrednio, a nie po czasie, na przykład w barze. W tym pomaga odpowiednia diagnoza i psychoterapia.

Jakie przekonania ukrywają osoby uzależnione?
Wizję świata, w której nie można na nikogo liczyć, a inni ludzie są zagrażający. To często efekt trudnych doświadczeń. Dla tych osób jedyną ochroną przed bólem jest zaprzeczanie rzeczywistości, utwierdzanie się w tym, że wszyscy, łącznie z terapeutami, są źli.

Jak rozpoznać u siebie albo bliskiej osoby początki uzależnienia?
Już sama myśl o tym, że ja lub bliska osoba jest uzależniona, bywa niepokojącą wskazówką. Inną sprawą są powtarzające się kłótnie dotyczące określonej substancji albo zachowania. Ktoś mówi bliskiej osobie, że jest zaniepokojony tym, ile tamta pije. W zdrowej relacji można o tym porozmawiać, przyjrzeć się, skąd pochodzi ta wątpliwość. Reakcja w postaci złości, furii albo skrajnego zamknięcia się sugeruje uzależnienie. Podobnie ukrywanie się z określonym zachowaniem lub substancją.

Co jest najskuteczniejsze w radzeniu sobie z uzależnieniem?
To jak z szukaniem Świętego Graala – wizja, że muszę tylko to coś odnaleźć, bywa kusząca... Poza decyzją o rzuceniu nałogu i pragnieniem życia w wolności, pomocne będzie wsparcie. To jak biżuteria złożona z mnóstwa koralików. Wychodzenie z uzależnienia porównuję do nawlekania tych koralików na nici, czyli dyscyplinę i stałą, mozolną, ale przynoszącą satysfakcję pracę.

Natalia Jurys, psycholożka, psychoterapeutka, certyfikowana specjalistka terapii uzależnień, rekomendowana trenerka II stopnia Polskiego Tow. Psychologicznego. Prowadzi psychoterapię dla dorosłych i młodzieży oraz konsultacje wychowawczo-rozwojowe dla rodziców, www.psychoterapia-poznan.org.

  1. Psychologia

Syndrom DDA - bagaż na całe życie

Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.(Fot. iStock)
Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.(Fot. iStock)
Uzależnienie rodzica i jego psychiczna nieobecność w życiu dziecka to problem na całe życie. Przeszłości się nie zmieni, ale można uporządkować uczucia. Pomaga w tym znalezienie „dobrego obiektu” – mówi terapeutka Jolanta Łagodzińska. 

Pojawiają się ostatnio głosy, by syndrom DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików) potraktować szerzej i zacząć mówić o nim w kontekście problemu dzieci rodziców uzależnionych, bez względu na rodzaj nałogu. Co pani o tym sądzi? To słuszna koncepcja. Dziecko cierpi bowiem tak samo mocno, gdy rodzica nie ma przy nim z powodu alkoholu, narkotyków czy hazardu. Ale dysfunkcja w rodzinie może nastąpić także z innych przyczyn: zaburzeń psychicznych rodzica czy ciężkiej choroby któregoś z dzieci – bo jeśli spowoduje to, że wszyscy są zajęci jego ratowaniem, pozostałe rodzeństwo zostaje zaniedbane. Dlatego ja proponowałabym jeszcze bardziej rozszerzyć to spektrum i zacząć mówić o problemach dorosłych dzieci rodziców nieobecnych, zawodzących, krzywdzących. Bez względu na źródła tej nieobecności”.

Syndrom DDA zakreśla charakter problemów osób nim dotkniętych, ale przez to może trochę odizolowuje je od innych kwestii dorastania, co nie znaczy, że nie opisuje prawdy. Poza tym pełni ważną funkcję: pozwala nazwać problem. Opracowanie skutecznych metod terapii pomogło wielu osobom uporać się z traumą przeszłości. Umożliwiło nazwanie miotających nimi uczuć oraz uświadomiło, że nawet jeśli są one trudne, to mają do nich pełne prawo. Mogli też wreszcie pozbyć się irracjonalnego poczucia winy, że ojciec czy matka pili.

Wspólnym mianownikiem przeżyć dorosłych dzieci rodziców uzależnionych jest chyba to, że w rzeczywistości nigdy nie miały dzieciństwa? To prawda, często zamiast być dzieckiem musiały w jakiś sposób spełniać rolę opiekuna rodzica uzależnionego lub opiekuna drugiego rodzica, który miał z uzależnionym partnerem kłopoty. Taka sytuacja powoduje w głowie i sercu prawdziwy zamęt – duma miesza się z poczuciem krzywdy, pewność z niepewnością... Dziecko pozostaje zazwyczaj w tej plątaninie uczuć bardzo osamotnione.

Trzeba pamiętać, że rodzic uzależniony wpadł w nałóg z jakiegoś powodu. Zazwyczaj ma poważne problemy natury emocjonalnej i nie potrafi ich rozwiązać inaczej, niż zagłuszając nałogiem: hazardem, alkoholem, narkotykami, pracą czy seksem. Nie umie nazywać swoich stanów psychicznych – emocji, pragnień czy potrzeb, a co za tym idzie, rozmawiać o sprawach dla niego trudnych. Najprawdopodobniej jego rodzice również tego nie potrafili, więc go tego nie nauczyli. Teraz niemoc przekazuje swoim dzieciom. Te zaburzone relacje potrafią się ciągnąć przez całe pokolenia.

Dzieci uzależnionych, nieobecnych rodziców będą mieć problemy w relacjach z własnymi dziećmi? One w ogóle nie odnajdują się w relacjach – między innymi dlatego, że mają silną potrzebę kontrolowania uczuć nie tylko własnych, lecz także przyjaciół, partnera czy swoich dzieci. Takie osoby zazwyczaj nie potrafią się rozluźnić, pozwolić sobie na spontaniczność. Bliskość wzbudza w nich panikę, a brak bliskości – cierpienie. Utrata kontroli nad własnymi uczuciami powoduje lęk i stany depresyjne.

Rodzic jest dla dziecka alfą i omegą, więc jeśli zawodzi i porzuca, serwuje mu prawdziwy dramat. Po takim doświadczeniu synowi czy córce trudno w dorosłym życiu obdarzać zaufaniem zarówno ludzi, jak i świat.

Uderza to chyba także w ich podstawowe poczucie własnej wartości? Rodzic tkwiący w nałogu nie potrafi objaśnić swojemu dziecku świata, a nawet jeśli to robi – w chwilach trzeźwości – to potem zaprzecza wszystkiemu swoim postępowaniem i niekonsekwencją. Nie jest w stanie pomóc dziecku w nazwaniu tego, co ono przeżywa. Zresztą skąd ma to umieć, skoro sam nie wie, co się tak naprawdę z nim dzieje? Prędzej obarczy dziecko jeszcze swoimi emocjami.

Myślę, że zaniżone poczucie własnej wartości jest czymś wspólnym dla dorosłych dzieci rodziców uzależnionych. I nawet jeśli taka osoba odnosi znaczący sukces, jest podziwiana, to i tak często czai się w niej gdzieś głęboko ukryte zwątpienie we własne siły i możliwości. A temu towarzyszy strach, że lada chwila wyjdzie na jaw prawda i wszyscy dowiedzą się, że jest kimś bezwartościowym. Pod zewnętrzną maską powodzenia często kryje się depresja. Czarna dziura, jaką nosi w sobie dziecko, nie pozwala mu w pełni cieszyć się życiem. I jeśli się z nią w końcu nie upora, może – tak jak rodzic – popaść w jakiś rodzaj nałogu jako autodestrukcyjnej obrony, żeby zagłuszyć w sobie rozpacz.

Nie da się w nieskończoność udawać przed sobą i światem, że wszystko jest w porządku… Tłumiony ból psychiczny szczególnie mocno daje o sobie znać w chwilach przełomu, a więc: przejścia z dojrzewania w dorosłość, zakończenia studiów i rozpoczęcia pracy, małżeństwa, narodzin dziecka... Wówczas rozpacz może osiągnąć takie rozmiary, że dotknięta nią osoba kompletnie się pogubi.

Dorosłe dzieci rodziców uzależnionych, zawodzących często tkwią w nieustannym rozdarciu między jątrzącą się raną z przeszłości a mobilizowaniem się do jak najlepszego funkcjonowania w teraźniejszości. To tak jakby mieć spory garb, a ze wszystkich sił starać się trzymać prosto, jak struna.

Można ten ciężar zrzucić? Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Jest jaka jest i zawsze nosimy ją w sobie. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.

Jak to zrobić? Każdy przypadek jest odmienny, bo o sile traumy decyduje konkretny układ rodzinny. Z innym ciężarem boryka się kobieta, której ojciec był uzależniony, ale mogła liczyć na wsparcie matki, a z innym taka, która musi się zidentyfikować z matką tkwiącą w nałogu albo broni się przed tym tak bardzo, że nie może w pełni skorzystać z własnego potencjału, nie potrafi być sobą. Ważne też, który rodzic był uzależniony i jak zachowywał się drugi. Jaką postawę przyjmowała dalsza rodzina... Takie czynniki oraz wyposażenie genetyczne dziecka decydują o rodzaju i sile zaburzeń.

Na czym polega wpływ genetycznego wyposażenia? Chodzi tu głównie o odporność na stres – ona jest również zdeterminowana biologicznie. Można to zaobserwować już na etapie wczesnego dzieciństwa. Jedne noworodki zwyczajnie łatwiej znoszą dyskomfort spowodowany dźwiękiem, światłem czy brakiem matczynej piersi, inne w podobnych, niesprzyjających okolicznościach szybciej wpadają w rozpacz.

Jaki rodzaj terapii dla dorosłych dzieci rodziców uzależnionych jest najbardziej właściwy? Ważne, żeby to była terapia głęboka, pozwalająca dowiedzieć się: co czuję, co myślę, co się właściwie ze mną dzieje, co jest nie w porządku z moim życiem. Powinna to być terapia badająca nieświadome powody działania i powtarzania destrukcyjnych schematów.

Jednym pomoże terapia grupowa czy grupy wsparcia – ludzie o podobnych doświadczeniach stwarzają przestrzeń, w której można się odnaleźć, pomyśleć: inni mają tak samo, wypłakać się, wyżalić i być lepiej zrozumianym. Innym bardziej będzie odpowiadać terapia indywidualna, bo pozwoli skupić się im bardziej na sobie. Stwarza ona także szansę na odzyskanie tzw. dobrych obiektów, czyli takich postaci z przeszłości, które w dzieciństwie dawały chociaż trochę wsparcia, zrozumienia i opieki. To może być babcia, ktoś z rodzeństwa, dalsza kuzynka czy nauczyciel. Powrót do pozytywnego doświadczenia relacji z taką osobą pozwala dostrzec, że jednak był ktoś przewidywalny, wspierający, a więc nie cały świat zawodził i ranił.

Można powiedzieć, że dopóki dorosłe dziecko uzależnionego, zawodzącego rodzica nie przepracuje negatywnych doświadczeń w obecności neutralnej postaci terapeuty, który pomieści w sobie jego trudne uczucia: gniewu, wstydu, żalu, pretensji i straty po niespełnionym pragnieniu posiadania dobrego rodzica – tak długo nie odzyska dla siebie „dobrego obiektu”. Wówczas „zły obiekt”, a więc uzależniony rodzic, cały czas ma siłę negatywnego oddziaływania i powraca w każdej istotnej w późniejszym życiu osobie – przyjacielu, partnerze, szefie…

Niczym zarzucona kotwica, nie pozwala wypłynąć na pełne morze? Dorosłe dziecko uzależnionego rodzica dąży nieświadomie do tego, żeby spotykały je sytuacje powtarzające negatywne doświadczenie z dzieciństwa. Zdecyduje się na przykład na współpracę ze źle traktującym je zwierzchnikiem, na przyjaciół wybierze toksyczne osoby albo zwiąże się z nieodpowiedzialnym, raniącym partnerem. Zrobi tak, choćby świadomie deklarowało inne pragnienia, ponieważ w tych destrukcyjnych sytuacjach czuje się swojsko, dobrze je zna. Prowokując je, nie musi przeżywać napięcia związanego z lękiem, że za chwilę wydarzy się coś złego. Bo to złe ma na co dzień, jest do tego przyzwyczajone.

Przejście terapii jest tak ważne dlatego, że pomaga poznać i rozumieć siebie, a to podstawa wewnętrznej stabilności. Terapeuta tłumaczy, jak akceptować swoje emocje i jak lepiej siebie traktować. Dzięki takiej pracy nad sobą można przezwyciężyć podświadomy przymus powtarzania złego scenariusza z dzieciństwa i zacząć tak kierować swoim życiem, żeby doprowadzać do sytuacji, które budują, a nie niszczą.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Piję tak jak wszyscy - na czym polega współczesny alkoholizm?

Polska jest w grupie państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca (13,3 litra – raport WHO, 2011 rok; w kolejnych latach ta liczba spadła do 11.5 l. Niestety, w czasie pandemii znowu wzrosła do około 12.5). Fot. iStock
Polska jest w grupie państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca (13,3 litra – raport WHO, 2011 rok; w kolejnych latach ta liczba spadła do 11.5 l. Niestety, w czasie pandemii znowu wzrosła do około 12.5). Fot. iStock
Jak wynika z badań TNS OBOP, Polacy ostro potępiają nadużywanie alkoholu (6 na 10 ankietowanych). Jednocześnie Polska jest w grupie kilkudziesięciu państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca. Pijemy ,,inteligentnie”; dwa trzy drinki do kolacji, dwa piwa przed telewizorem, albo pół butelki wina na ,,dobry sen”. Tak jak wszyscy.

Jak często zdarza ci się po powrocie z pracy wypić kilka drinków ,,dla odprężenia”? Ile razy, kiedy miałaś wyjątkowo stresujący dzień sięgnęłaś po coś mocniejszego, żeby poprawić sobie nastrój? Czy w weekendy zwykle spotykasz się z przyjaciółmi, by po tygodniu pracy odpocząć i ,,naładować akumulatory” w miłym towarzystwie, przy butelce wybornego wina? A może czasami nawet masz wrażenie, że pijesz coraz częściej, więcej, za dużo, lub zbyt często?

Alkoholik ciągle jeszcze kojarzy nam się z człowiekiem z marginesu, który stracił pracę, rodzinę, pieniądze i leży pod ławką w parku. A tymczasem alkoholizm to choroba, która rozwija się stopniowo i dotknąć może każdego z nas, bez względu na wiek, płeć, poziom intelektualny czy zasobność portfela. Jej etiologia ciągle jest niewyjaśniona. Naukowcy od lat spierają się, czy to odpowiednia osobowość sprzyja wpadnięciu w nałóg, czy może uzależnienie zmienia osobowość. Wiadomo, że istnieją pewne czynniki osobowościowe skorelowane z uzależnieniem takie, jak: błędna hierarchia wartości, brak asertywności, skłonność do wchodzenia w toksyczne relacje, niska odporność na frustracje, obojętność na życie i nierealizowanie własnych potrzeb, nieumiejętność radzenia sobie z emocjami.

Sięganie po ,,coś mocniejszego” to często ucieczka od problemów, dążenie do natychmiastowej (ale krótkotrwałej) poprawy nastroju, chęć ukrycia niskiego poczucia własnej wartości, odsunięcia od siebie niezałatwionych spraw, a w konsekwencji ucieczka od życia i siebie samego. Uzależnienie od alkoholu ma dwie charakterystyczne cechy. Po pierwsze jest to utrata kontroli nad wypijanym alkoholem, po drugie pewien intelektualny mechanizm, który cały czas przekonuje alkoholika, że nim nie jest. Osoba uzależniona wypracowuje sobie przez lata trwania w nałogu cały system mylnych przekonań na swój temat oraz otaczającego ją świata i ludzi, a także szereg racjonalizacji, kłamstw i zaprzeczeń, które są kołem zamachowym choroby.

W szponach nałogu

Podstawowe mechanizmy uzależnienia to:

A/ Złudne poczucie kontroli nad wypijanym alkoholem.

To, że alkoholicy piją codziennie jest mitem. Każdy alkoholik potrafi przestać pić, na bliżej nieokreślony okres. Czasami jest to kilka dni, kilka tygodni, a nawet kilka miesięcy. Okresy niepicia są cechą charakterystyczną choroby i służą osobie uzależnionej do tego, aby mogła udowodnić sobie i otoczeniu, że alkoholikiem nie jest. Podobnie wygląda sprawa z „urwanym filmem”, jest to mechanizm obronny choroby alkoholowej. Czy alkoholik mógłby sięgnąć po alkohol następnego dnia, gdyby pamiętał co „zmajstrował” dnia poprzedniego? Pewnie nie pozwoliłyby mu na to wyrzuty sumienia. Okres abstynencji utwierdza alkoholika w przekonaniu, że może przestać pić kiedy chce, więc przerwa w piciu kończy się przeważnie alkoholowym ciągiem i upiciem do nieprzytomności.

B/ System iluzji i zaprzeczeń.

Osoba uzależniona zakłamuje, racjonalizuje i minimalizuje swój problem. Im wyższy poziom inteligencji posiada, tym system zaprzeczeń jest bardziej spójny  do tego stopnia, że zaczyna nie tylko sama wierzyć w to co mówi, ale również potrafi spowodować, że w te kłamstwa uwierzą ludzie z jej najbliższego otoczenia. Minimalizuje problem twierdząc, że „pije tak jak wszyscy”, pociesza się, że ma dobrą pracę, stać ją na gatunkowe trunki i żyje w mylnym przekonaniu, że inni niczego niepokojącego nie zauważają. Alkoholik o swojej chorobie dowiaduje się jako ostatni.

C/ Zaburzone relacje z ludźmi.

Osoba uzależniona nie potrafi nawiązywać relacji z innymi ludźmi. Nie traktuje ich jako cel sam w sobie, lecz w sposób instrumentalny, aby mieć z relacji osobiste korzyści. Alkoholik po prostu nie potrafi z ludźmi być, tylko stara się ich mieć. Wyznacza im pewne role; jedni zaopatrują go w alkohol, drudzy pożyczają pieniądze, jeszcze inni mile łechcą jego ego, przekonując, że jest duszą towarzystwa i podziwiają za „mocną głowę”. Nadzwyczajnym darem jaki posiadają osoby uzależnione od alkoholu jest umiejętność wprowadzania ciągłego stanu niepokoju wśród osób z najbliższego otoczenia. Wszyscy starają się odciążyć alkoholika z ponoszenia konsekwencji picia, tym samym nie dają mu szansy odczucia skutków własnych zachowań. Tymczasem dopóki alkoholik nie odczuje konsekwencji picia, nie będzie dostrzegał swojego problemu. Przypomina to rozmowę różnymi językami. Osoby z otoczenia alkoholika dostrzegają źródło jego problemów w alkoholu, natomiast problemem dla alkoholika są właśnie ci ludzie, którzy próbują odebrać mu komfort picia.

Droga w jedną stronę

Zgodnie z fazami rozwoju i pogłębiania się choroby (E. M. Jellinek) uzależnienie przebiega od fazy wstępnej (min. picie w celu uzyskania ulgi, wzrost tolerancji na alkohol), przez fazę ostrzegawczą (min. ukradkowe picie, myślenie o piciu, chwilowe utraty pamięci) następnie fazę krytyczną (utrata kontroli nad ilością wypijanego alkoholu, szukanie wymówek, wyrzuty sumienia, chowanie alkoholu) aż do fazy przewlekłej (ciągi alkoholowe, spadek tolerancji na alkohol, uszkodzenie myślenia i zdolności oceny, myśli samobójcze). Główną emocją, która narasta na kolejnych etapach uzależnienia jest wszechogarniający lęk (lęk przed śmiercią, ale jeszcze większy lęk przed życiem). Żaden alkoholik nie może sobie wyobrazić życia bez alkoholu. Nawet idąc na leczenie odwykowe, ma nadzieję, że nauczą go tam picia kontrolowanego, a nie sposobu na dawanie sobie rady ze swoimi emocjami na trzeźwo. Lęk paraliżuje go do tego stopnia, że nie umie postawić pierwszego kroku, aby przełamać wstyd, uzewnętrznić swoje zalety i pogodzić się z własnymi słabościami. Wartości, które wyznaje takie jak np. prawda, rodzina, praca, przyjaźń, a nawet Bóg, zastępuje innymi, które dają mu poczucie godności w jego iluzorycznym świecie. Życie według wartości innych niż te, które wyznaje, powoduje coraz większy przymus, czyli kompulsję, do sięgania po alkohol. Ulga po napiciu się staje się coraz krótsza, a pojawiające się napięcie coraz silniejsze. Alkoholikowi wydaje się, że pije bo ma problemy i nie dostrzega, że jest akurat odwrotnie. To jego picie powoduje problemy i coraz większe ponosi z tego tytułu straty. Punktem zwrotnym jest moment, kiedy dzięki innym ludziom dostrzeże konsekwencje swojego nałogu. Terapeuci uzależnień mówią o sięgnięciu tzw. dna, które często jest motywatorem do podjęcia leczenia.

Dziś, u osób pijących ,,inteligentnie” dno zwykle nie bywa tak spektakularne: strata pracy, wypadek czy ciężka choroba. Dotyczy ono bardziej odczuć wewnętrznych: poczucia pustki, samotności, braku sensu życia.

Alkohol często staje się atrakcyjny dla osób, które przeżywają życiowe kryzysy: rozpad związku, choroba kogoś bliskiego, niespełnienie marzeń czy niezrealizowanie celu. Ktoś, kto pije alkohol nawet codziennie, ale nie traci nad nim kontroli, czyli nie upija się i nie ponosi z tego tytułu bolesnych strat, prawdopodobnie nie jest uzależniony od alkoholu. Niebezpieczny moment nadchodzi wtedy, kiedy alkoholem starasz się złagodzić stany emocjonalne, głównie te nieprzyjemne i uniknąć konfrontacji z problemami. Wtedy alkohol staje się lekarstwem i od uzależnienia dzieli cię jeden krok.

Test – sprawdź czy masz problem z alkoholem

1. Czy jesteś przekonana, że kobiety, które piją są gorsze od mężczyzn?

2. Czy najwięcej pijesz przed miesiączką?

3. Czy masz poczucie, że kiedy pijesz jesteś: bardziej bystra, inteligentna, towarzyska, atrakcyjna?

4. Czy zdarzają ci się okresy świadomej abstynencji?

5. Czy szukasz wymówek, żeby sięgnąć po alkohol?

6. Czy ktoś z bliskich osób zwrócił  ci uwagę, że pijesz za dużo?

7. Czy zdarza ci się chować alkohol, albo pić w ukryciu?

8. Czy bywa, że na przyjęciu odmawiasz alkoholu, ale po powrocie do domu pijesz w samotności?

9. Czy uważasz, że pijesz, bo np.: masz więcej problemów niż inni, świat cię nie docenia, masz w życiu pecha itp.?

10. Czy zdarza ci się jechać w nocy na stację benzynową, bo w domu nie ma alkoholu, albo kupować alkohol na zapas?

Jeśli na więcej niż połowę pytań odpowiedziałaś twierdząco, warto odwiedzić terapeutę uzależnień, który zrobi ci profesjonalny test sprawdzający czy jesteś uzależniona od alkoholu.