1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego kobiety wybierają drani?

Dlaczego kobiety wybierają drani?

"Jeśli babka została porzucona, może nieświadomie przekazać kolejnym pokoleniom, że miłość to ból, a mężczyzna zawsze rani. Wnuczka w hołdzie lojalności może wybierać mężczyzn, którzy ją krzywdzą". (fot. iStock)
Miłość cierpliwa jest… Do czasu! Nie wtedy, gdy rani lub zniewala. Jak nie przekarmić partnera swoim uczuciem? Po czym poznać, czy nie związałyśmy się z draniem? Z terapeutką Joanną Paradowską rozmawia Joanna Olekszyk.

Czy kobiety kochają inaczej niż mężczyźni?
Zanim odpowiem na to pytanie, zastanówmy się chwilę, czym jest miłość. Jak świat światem, ilu jest teoretyków, tyle koncepcji miłości. Jednak to, co się w większości powtarza, to przekonanie, że człowiek rodzi się w nią wyposażony. Przychodzimy na świat z potencjałem do kochania i bycia kochanym. Ale tak jak z każdym darem, nie powinniśmy go zakopywać w ziemi, tylko pomnażać. Im więcej mamy miłości w sobie, tym większy mamy zasób do dzielenia się z innymi. Oczywiście, w zależności od naszych doświadczeń, zwłaszcza z okresu dzieciństwa, będzie nam łatwiej lub trudniej okazywać i przyjmować miłość.

Wracając do pytania, jeżeli założymy, że miłość jest jedna i wszyscy jesteśmy w nią wyposażeni, to wszyscy powinniśmy kochać tak samo. W praktyce jednak okazuje się, że nasze podejście różni się, i to nie tylko kobiece od męskiego, ale też inaczej podchodzą do niej singielki, mężatki, rozwódki, wdowy, matki czy ciekawy typ, o którym ostatnio mówi się coraz więcej – zołzy. W społeczeństwie utarło się przekonanie, że mężatka kocha na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, póki śmierć nie rozłączy. Bardzo często bywa to miłość okupiona poświęceniem i rezygnacją z siebie. Singielka w społecznym odczuciu kocha miłością niezależną. Poświęca czas partnerowi, ale nie rezygnuje przy tym z tego, co dla niej ważne. Dąży do realizacji własnych pasji, przyjemności, do samorozwoju.

A zołza?
No cóż, zołza kocha zdroworozsądkowo. Potrafi tupnąć nogą, czasem mieć kaprys, ale też wykazać się poczuciem humoru w sytuacji, gdy mężczyzna mówi, że się wyprowadza, i spytać: „Pomóc ci spakować walizki?”. Paradoksem jest, że w zależności od etapu w życiu, nastroju czy też konkretnej sytuacji, każdej z kobiet zdarzyło się zachować jak przykładna żona, singielka czy też zołza. Wynika stąd, że wszystkie owe zacne damy w nas drzemią. Sztuką jest umieć je rozpoznać i we właściwym momencie dopuszczać – pojedynczo – do głosu.

Kochamy różnie, ale czy kochamy właściwie?
Podstawą miłości jest uświadomienie sobie, że jest ona bezwarunkowa i skierowana „ku” – sobie, stworzeniu, ludziom… Że zajmuje centralne miejsce w życiu każdego człowieka, nadając mu sens. Miłość trzeba rozwijać, ale też sama miłość rozwija człowieka. I po tym właśnie można poznać, czy to, co czuję, jest miłością. Czy ja w tym uczuciu wzrastam, czy chcę się stawać lepszym człowiekiem. Nie jak w fazie zakochania, gdy chce się wykazać przed wybraną osobą, ale w sposób bardziej dojrzały, kiedy chce się naprawdę zmieniać na lepsze. Będąc młodą dziewczyną, usłyszałam pewną radę. Po czym poznać, że to miłość? Po tym, że kocha się drugą osobę za cały zespół wad i jedną wielką zaletę. A tą zaletą jest to, że ten człowiek po prostu jest. Czyli kochamy prawdziwie wtedy, gdy potrafimy zaakceptować człowieka takim, jakim jest, z całym jego potencjałem. Można oczywiście spytać: A co gdy trafimy na drania?

No właśnie, czy jego też mamy „zaakceptować”? Co jest czyjąś wadą, a co już naszą potencjalną krzywdą?
Najważniejszym wyznacznikiem jest godność osoby ludzkiej. Jeśli czujemy, że w związku z daną osobą tracimy poczucie własnej godności, to jest to pierwszy sygnał, że ta relacja nas wyniszcza, zamiast wzmacniać. I nie warto w niej tkwić. Każdy związek przeżywa swoje upadki i wzloty, ważne jest, by kryzysy były rozwijające, nie krzywdzące. Kiedy widzimy, że dzieje się nam krzywda, bierzmy nogi za pas. Bo miłość nigdy nie niszczy, a zawsze tworzy. Nie bądźmy męczennicami. Odwołam się też do kobiet, którym wiara nie pozwala na zerwanie związku, który je rani. Ksiądz Wiesław Przyczyna powiedział kiedyś bardzo odważne słowa: „Nie tak ważna jest instytucja małżeństwa jak człowiek. Człowiek jest ponad instytucją”. Jeżeli czujesz się wyniszczana, krzywdzona jako człowiek, to nie dbaj o instytucję, dbaj o siebie.

To, jacy jesteśmy, wynika z naszych doświadczeń z dzieciństwa, z obcowania z innymi ludźmi, ale też z tego, co zostało nam nieświadomie przekazane przez rodziców, dziadków czy pradziadków. Bardzo często nasze zranienia czy nieumiejętność wyrażania uczuć biorą się właśnie z tego, że gdzieś w przeszłości naszych rodzin doszło do zaburzenia przepływu potencjału miłości. Jeśli nasza prababka została porzucona, jeśli pradziadek ją zdradzał, może ona nieświadomie przekazać kolejnym pokoleniom, że miłość to ból, cierpienie, że mężczyzna, którego kochasz, zawsze cię zrani. Jej wnuczka czy prawnuczka mogą z powodu tego nieświadomego przekazu – w hołdzie lojalności do babki czy prababki – wybierać mężczyzn, którzy je krzywdzą, by utrzymać w świeżości cierpienie poprzednich pokoleń. Ale ten „program” można zmienić, jeśli się już go rozpozna. Tam, gdzie jest miłość, tam jest harmonia. Tam, gdzie brak harmonii – zaczyna się męczarnia.

Wybitny znawca miłości Leo Buscaglia stwierdził, że „jeżeli miłość nie prowadzi mnie do mnie, jeżeli pozostając z kimś w związku, nie prowadzę tej osoby do niej samej, to nie jest to prawdziwa miłość, nawet jeżeli wydaje się najbezpieczniejszym i najbardziej ekstatycznym przywiązaniem, jakiego zdarzyło mi się doświadczyć”. Nasza miłość, skierowana na drugiego człowieka, powinna doprowadzać go do niego samego.
Bo miłość rozwija, ulepsza nas samych i osoby, które kochamy. I dzieje się to bez krytykowania czy rozkazywania, a przy ogromnym wsparciu. Miłość można porównać do wędrówki dwojga ludzi. Mają wspólny cel – dojść do wyznaczonego miejsca. Każde z nich będzie inaczej przeżywało tę drogę. Ona będzie podziwiać piękne widoki, a on zmierzy się z własnymi słabościami. Wędrując, nie przeszkadzają sobie, tylko asekuracyjnie zerkają, czy któreś nie zostaje w tyle. Po drodze – jak to w życiu – napotykają na różne przeszkody, na co nie mają wpływu. Mają jednak wpływ na to, jak sobie z nimi poradzą. Trzymając się za ręce, wspierają się wzajemnie, żeby pomimo przeszkód dojść do wyznaczonego celu.

A jak mężczyźni podchodzą do miłości?
Mężczyźni lubią zdobywać. Mają instynkt myśliwego i im trudniej jest im podbić serce kobiety, tym bardziej cieszą się z sukcesu i doceniają „zdobycz”. Naszą, kobieca rolą, jest dać mężczyźnie, poczucie, że nas zdobywa, ale jednocześnie, by nie miał pewności, że nas ostatecznie zdobył, i by musiał zdobywać nas do końca życia. Inaczej się szybko znudzi. Dlatego od czasu do czasu warto być zołzą, po to, by zbić mężczyznę z tropu, by musiał się wykazać. Z miłością jak z masłem – odrobina chłodu utrzymuje ją w świeżości. Chłodna elegancja zawsze się sprawdza. Najważniejszą rzeczą jest sprawić, by w związku ciągle nam się chciało chcieć.

Wielu kobietom kojarzy się to z gierkami, wolą dawać mężczyźnie do zrozumienia, że są jego. Poświęcać się i zapewniać o miłości. Bo inaczej odejdzie.
We wszystkim musi być umiar i równowaga. Także w miłości. Tu nie można karmić się chochlami. A kobiety mają do tego tendencję. Lubią przekarmiać i zagłaskiwać mężczyzn na śmierć. W miłości trzeba się karmić małymi łyżeczkami. Najlepiej od kawy. Jeżeli dajesz siebie za często i zbyt dużo, niczym ta męczennica, to mężczyzna nie może tego wyrównać, zostaje więc zaburzona równowaga, ty kochasz bardziej, a on mniej. I ostatecznie odchodzi, przekarmiony. Z drugiej strony nie możesz być też skąpa w okazywaniu miłości, bo wtedy on też odejdzie, głodny – posilić się gdzie indziej.

Czyli jeśli czujemy, że nie dostajemy tyle miłości, ile byśmy chciały, najpierw powinnyśmy przyjrzeć się sobie?
Każdą zmianę należy zaczynać najpierw od siebie. Osoby, które przychodzą na moje warsztaty, najczęściej zgłaszają problem nieumiejętności tworzenia szczęśliwych związków. Innymi słowy, czują się niekochane w związkach. A droga do ułożenia sobie życia z drugą osobą wiedzie przez nas samych. Stąd ważne jest, by zaakceptować siebie na najgłębszym poziomie. By, patrząc w lustro, móc powiedzieć: „Ale jestem fajna”. Przychodzą też do mnie bardzo dobrze wykształcone, zadbane, mocno stąpające po ziemi kobiety sukcesu, które nie mogą spotkać miłości. Przy głębszej rozmowie okazuje się, że pokutują u nich nieświadome skrypty, przekazy czy też „programy” rodzinne, albo po prostu trudno jest im przedłożyć nad karierę zawodową partnera i wychowywanie dzieci. Mimo że to właśnie deklarują. A niestety nie da się pogodzić jednego z drugim. Zawsze, któraś z tych sfer – zawodowa lub osobista – będzie zaniedbana. Dlatego żeby stworzyć fajny związek, warto zacząć najpierw od pracy nad sobą.

Na czym ta praca powinna polegać?
Miłość można rozwijać o każdej porze dnia, wszędzie i w każdym. Trzeba tylko znaleźć potencjał, z którego możemy czerpać. Jeżeli będziemy wchodzić w relacje z osobami o niskim potencjale miłości, to nie będziemy mieć bodźca, by rozwijać ją w sobie. Musimy szukać osób, które przewyższają nas w tym potencjale. Bo wtedy mogą podzielić się z nami miłością. To pierwsza możliwość. Inna to udział w różnego rodzaju warsztatach rozwoju osobistego, skorzystanie z pomocy terapeuty, trenera, czytanie książek, które rozwiną naszą miłość do siebie i innych. Oczywiście, te wszystkie wymienione rzeczy nie wyposażą nas w radar, dzięki któremu będziemy wyszukiwać tylko właściwych partnerów, na pewno nieraz się sparzymy, ale o to chodzi, by próbować, uczyć się na błędach. Każdy drań, jakiego spotkamy, może być naszym nauczycielem. Trzeba tylko zadać sobie pytanie: Czego on mnie chciał nauczyć o mnie samej? Nie ulegać rozpaczy, tylko wyciągnąć pozytywne wnioski, i ruszyć do przodu.

Joanna Paradowska, pedagog, mediator, terapeuta, trener, szkoleniowiec, trener rozwoju potencjału osobistego, pomysłodawczyni i założycielka Pracowni Terapii i Rozwoju Osobistego SANUS, www.ptiro-sanus.pl.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy Polacy są gotowi na poliamorię?

Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Czy można kochać więcej niż jedną osobę naraz? Jak postrzegamy poliamorię w naszym kręgu kulturowym? Czy akceptujemy wielomiłość? Agencja badawcza Biostat przeprowadziła ogólnopolskie badanie, w którym sprawdziła, co o takich relacjach sądzą Polacy.

Czym jest poliamoria?

Poliamoria, nazywana inaczej wielomiłością, oznacza relację uczuciową z więcej niż jedną osobą w tym samym czasie. Co ważne, wszystkie strony zaangażowane w taki związek są go świadome i zgadzają się na niego.

Czy Polacy są otwarci na wielomiłość?

Z badania wynika, że Polacy stawiają raczej na monogamiczne związki. Blisko 75 proc. respondentów nie byłoby skłonnych do bycia w jednoczesnej relacji z więcej niż jednym partnerem/partnerką, z czego przekonanym o tym było prawie 57 proc. ankietowanych. Tylko nieco ponad 11 proc. uczestników badania zadeklarowało, że mogłoby nawiązać taką relację.

Co więcej, pytani źle oceniają wielomiłość. Najwięcej respondentów stwierdziło, że trójkąt miłosny to niemoralny związek, który jest nie do zaakceptowania – 61 proc. Osoby najstarsze, należące do grupy wiekowej 55+, zdecydowanie częściej niż pozostali wskazywały właśnie na tę odpowiedź – aż 80 proc. Ponad połowa badanych (53 proc.) uważała, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające. Znacznie rzadziej zgadzano się z tym, że zaangażowanie w taką relację jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 27 proc.).

- Wprawdzie poliamoria nie mieści się w naszych kulturowych schematach, jednak najważniejsze jest to, że ludzie, którzy w takiej wspólnocie żyją, mają poczucie, że to im służy, że się rozwijają i że są dzięki temu szczęśliwsi. W relacjach poliamorycznych motorem i celem nie jest seks i perwersja, lecz miłość. Skoro jeden człowiek może dawać tak dużo, to ile może dać cała grupa zaprzyjaźnionych ludzi. - mówi Katarzyna Miller, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”

Młodzi bardziej liberalni?

Z tym, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające, częściej zgadzają się respondenci ze starszych grup wiekowych: 35-44, 45-54 oraz 55+. Bardziej liberalne w tej kwestii były osoby z najmłodszej grupy wiekowej 18-24 lata, ponieważ blisko 40 proc. nie zgadzało się ze stwierdzeniem o niemoralności tego rodzaju relacji pomiędzy partnerami. Respondenci z tej grupy także najczęściej wskazywali na odpowiedź, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 39 proc.).

- Związki trójkątne są naprawdę interesującym testem. I właściwie sprowadzają się do dyskusji, czy człowiek jest monogamiczny czy poliamoryczny. Nikt tego dylematu do tej pory nie rozwiązał. Generalnie myślę, że trójkąty są niesprawiedliwie skazane na społeczne i obyczajowe potępienie. Mogą być naprawdę wyrazem bardzo, bardzo głęboko przeżywanej miłości do każdej z osób. I zgody na jej wolność. – mówi Wojciech Eichelberger, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”.

Co nas kręci w związku poliamorycznym?

Polacy, którzy byliby w stanie stworzyć związek poliamoryczny wskazywali, co motywowałoby ich do zaangażowania się w taką relację. Jak pokazują wyniki, głównym powodem byłaby chęć przeżycia ciekawej przygody – 59 proc. Z kolei 42 proc. badanych zrobiłoby to ze względu na trudność w dokonaniu wyboru jednego partnera. Dla 36 proc. respondentów związek poliamoryczny byłby sposobem na urozmaicenie życia i przełamanie rutyny. Polacy w takiej relacji widzą również możliwość dowartościowania siebie – 29 proc.

Dlaczego stawiamy na monogamię?

Badani, którzy nie byliby w stanie żyć w związku poliamorycznym, zostali zapytani o to, co demotywowałoby ich do relacji z więcej niż jedną osobą jednocześnie. Najwięcej respondentów zadeklarowało, że byłoby to niezgodne z ich wychowaniem – blisko 52. proc. Prawie 45 proc. Polaków obawiałoby się rozpadu związku, zaś 42 proc. miałoby trudności w obdarzeniu partnera zaufaniem. Nieznacznie mniej badanych wskazało na zazdrość – 41 proc. Pośród odpowiedzi pojawiły się również: niezgodność z wiarą – blisko 36 proc. czy brak możliwości założenia normalnej rodziny – prawie 36 proc. Polacy wskazywali także na brak akceptacji wśród najbliższego otoczenia jako czynnik demotywujący ich do zaangażowania się w związek poliamoryczny – 18 proc.

Jubileuszową, X edycję Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter można zobaczyć podczas wirtualnego spaceru: Kalendarz Artystyczny Gedeon Richter

  1. Psychologia

Jak rozwijać w dziecku miłość, wrażliwość i szacunek do przyrody?

Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Kiedyś w miastach straszyły wszechobecne tabliczki z napisem „Nie deptać trawników”. Obecnie coraz mniej dzieci ma w ogóle pomysł, żeby wejść na trawę. Jak zatem wykorzystać naturę jako sprzymierzeńca w procesie wychowawczym? Podpowiada pedagożka Ewa Nowak.

Jeśli twoje dziecko chodzi do przyzwoitej szkoły, prawdopodobnie ma sporą wiedzę z biologii, a nawet ekologii, ale natury nie zna i nie korzysta z niej wystarczająco. Nawet w wakacje rzadko wychodzi na dwór, a jeśli już, to ze wzrokiem utkwionym w ekran smartfona. Nastolatki dzieli dziś od przyrody przepaść i ten chroniczny brak kontaktu ma bezpośrednie przełożenie na częstość występowania krótkowzroczności, otyłości, niedoboru witaminy D, depresji, zaburzeń zachowania, alergii i uzależnień, w tym uzależnienia od Internetu. A to tylko kilka z problemów współczesnych dzieci...

Jak pisze Richard Louv w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”, to obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury, bo „rdzeniem tego ruchu są rodzice”. Nie ma sensu oglądanie się na szkołę. Trzeba najpierw zmienić zwyczaje u siebie. I nie chodzi o to, żeby rozmawiać z dziećmi o segregacji śmieci czy oszczędzaniu wody, bo to mają już we krwi. Ale czy zakręcają kran z przekonaniem, z myślą o żabie, sikorce albo ślimaku, którego spotkali w lesie?

W poszukiwaniu witaminy N

Według statystyk w Stanach Zjednoczonych na leki antydepresyjne dla dzieci i młodzieży od 10 lat wydaje się rocznie więcej niż na witaminy i antybiotyki. Lekarze najróżniejszych specjalności zaczęli więc szukać wsparcia terapeutycznego w pozafarmaceutycznych rozwiązaniach. Kiedy czytałam książkę Richarda Louva, co chwila przed oczami wyskakiwały mi wspomnienia z dzieciństwa i czułam smutek, że dziś muszę pisać tekst uświadamiający w większości jeszcze wychowanym pod gołym niebem rodzicom, że krzywdzą fizycznie i psychicznie swoje dzieci. Bo tym jest właśnie zespół deficytu kontaktu z naturą.

Chcesz mieć zdrowe, wesołe, niezestresowane dziecko? To korzystaj z wakacji i wywieź je chociaż na trochę na łono natury. Kiedy poczuje, ile daje mu spacer na bosaka albo gapienie się na chmury, zrozumie, dlaczego naprawdę warto chronić zasoby naturalne. Bez tego rozmowa, jak powinniśmy wszyscy chronić lasy, jest pustosłowiem. Jak twierdzi światowej sławy specjalista od kąpieli leśnych dr Qing Li z Japonii: „Ostatecznie to więź naszych dzieci ze środowiskiem naturalnym zdecyduje o przyszłości. Jeżeli pozwolimy dzieciom wejść do lasu, wyrosną na ludzi, którzy go chronią”.

Obserwacja ptaków, włóczenie się po lesie, biegi na orientację, spacery w świetle księżyca, pływanie w jeziorze, kwiaty w domu, spacery bez względu na pogodę, łażenie po kałużach i zgoda na ubrudzenie się błotem – to zaledwie kilka z bardzo wielu propozycji zawartych w poradniku o witaminie N. Niestety wiem, że niejeden z moich dobrze wykształconych znajomych postuka się w głowę zwłaszcza na pomysł chodzenia na bosaka. „Czy ty, Ewka, nie słyszałaś o kleszczach?”. Żyjemy w kulturze lęku i skutecznie wychowujemy w niej nasze dzieci. One drżą ze strachu na samą myśl, co straszliwego im się przydarzy, jeśli zanurzą ręce w strumieniu. Wielu nastolatków brzydzi się piachu na plaży, a swędzenie po ukąszeniu komara jest doświadczeniem granicznym...

W czym może pomóc młodemu człowiekowi obserwacja ptaków? Piszą o tym autorzy książki „Ornitologia terapeutyczna”. Możemy z niej dowiedzieć się m.in., że to czynność, która pozwoli oderwać się od dotychczasowego środowiska, poszerzyć horyzonty, a co najważniejsze, wykorzystać i stymulować wszystkie zmysły. Obserwacja ptaków to rodzaj całościowej terapii. Już samo ptakoliczenie, które wiele dzieci robi naturalnie, odpręża, a obserwacja ptaków w trudnych warunkach – angażuje funkcje poznawcze.

Jeśli wciąż nie masz przekonania do tego, żeby przyspawane do smarfona dziecko zawlec do lasu, niech ci pomoże cytat z Hipokratesa: „Choroby nie pojawiają się w nas jak grom z jasnego nieba, lecz rozwijają się z popełnianych codziennie grzechów przeciwko naturze”. A do Hipokratesa dołóżmy jeszcze słowa Richarda Louva: „Pediatrzy ostrzegają, iż dzisiejsze dzieci mogą być pierwszym pokoleniem (od czasów drugiej wojny światowej) o niższej przewidywanej długości życia niż ich rodzice”.

Czuły ogrodnik

Gra na smartfonie to czynność „niezielona”, ale biwak pod namiotem – jak najbardziej tak. Intuicyjnie czujemy, które czynności są zielone, a które nie. I tak np. uprawianie ogrodu, o czym pisze Sue Stuart-Smith w książce „Kwitnący umysł”, jest połączeniem aktywności na świeżym powietrzu i aktywności, która pochłania nasz umysł. Czyli odstresowuje. Ogrodnictwo od dawna jest wykorzystywane do terapii, a jeśli dziś absolutnie nie kojarzy się z młodzieżą, to tylko dlatego, że nie wykształciła się na to moda. Bo przecież dzieci lubią grzebać w ziemi, podlewać rośliny i patrzeć, jak rosną. Nastolatki nie mają już z tego żadnej przyjemności, bo zaczynamy ich rozliczać z pracy do wykonania.

Może więc podaruj swojemu nastolatkowi skrzynkę na kwiaty albo dwie grządki i skalniak w przydomowym ogródku? A potem powstrzymaj się od dobrych rad na temat uprawy...

Przyrodnicze IQ

Howard Gardner, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvarda, w ogłoszonej w latach 80. XX wieku teorii inteligencji wielorakiej pokazał, że nie istnieje jeden rodzaj inteligencji, ale aż siedem. A następnie dodał ósmy typ: inteligencja przyrodnicza. Czy twoje dziecko jest inteligentne przyrodniczo? Dzieci o inteligencji przyrodniczej:

  • Mają wyczulone zmysły.
  • Chętnie używają swoich zmysłów do analizy.
  • Lubią przebywać na świeżym powietrzu.
  • Łatwo dostrzegają prawidłowości i powtarzające się wzorce (podobieństwa, różnice, wyjątki).
  • Opiekują się zwierzętami i roślinami.
  • Lubią kolekcjonować okazy, robić dzienniki, zielniki, kosze skarbów.
  • Lubią książki i programy o zwierzętach.
  • Wykazują świadomość i troskę o zagrożone gatunki.
  • Łatwo przyswajają nazwy, systematykę i informacje na temat cech poszczególnych roślin i zwierząt.

Zielono w głowie

  • Richard Louv pisze, że dzieci, które mają częsty kontakt z naturą, są spokojniejsze. ADHD ulega wyciszeniu, nawet gdy tylko idą do szkoły przez park zamiast ulicą.
  • Dzieci, a potem nastolatki potrzebują silnych wrażeń. Jeśli nie wspinają się na drzewa, nie błądzą po lesie, nie bawią się nawet w chowanego – sięgają po to, co im wrażenia zapewni.
  • Żaden ekodom nie zaangażuje sensorycznie tak jak środowisko naturalne. Zapach, dotyk, wzrok, słuch, a nawet smak będą pracować na pełnych obrotach, gdy wpuścisz dziecko na łąkę, do ogrodu, do lasu, nad rzekę. Plac zabaw się nie liczy, bo to miejsce tak ustrukturalizowane, że mimo wielu dobrodziejstw rozwojowych nie zaspokaja kontaktu z naturą.
  • Miejskie nastolatki często nigdy w życiu nie taplały się w błocie, nie przesypywały piasku między palcami, nie zbierały kory, patyków, liści, nie leżały na mchu, gapiąc się w korony drzew. Kto pozwolił nam to odebrać młodym ludziom?
  • Nie wysyłaj dziecka na kolejny obóz językowo-komputerowy. Wyślij je do lasu na obóz survivalowy, na wycieczkę w jednych spodniach i bluzie. Będzie przestraszone, ale szybko mu to minie. Chodzi o to, żeby do spectrum możliwości, jak radzić sobie ze stresem, dziecko dodało punkt: przebywanie samemu wśród przyrody. Louv nazywa to dobrą samotnością. Wielu dorosłych w sytuacjach kryzysowych szuka kontaktu z naturą, bo pomaga im to w powrocie do równowagi. Tylko trzeba móc w dzieciństwie chociaż raz tego spróbować. A nikt poza rodzicem nie stworzy dziecku takiej szansy.
  • Zdrowie, terapia, odreagowanie stresu – wszystko to bardzo ważne, ale jest jeszcze taki prosty obszar życia jak przyjemność. „Młodzi ludzie mogą unikać okolicznej przyrody, ponieważ chroniczne oderwanie od niej sprawia, że nie doceniają płynącej z niej przyjemności” – pisze Florence Williams w książce „Natura leczy, czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i bardziej kreatywni”. Dajmy więc dzieciom szansę na odrobinę zielonej przyjemności.

Rodzicu, sprawdź się:

  • Czy twoje dziecko lubi las?
  • Jak reagujesz, kiedy wraca z dworu brudne, umazane ziemią, z zadrapaniami na kolanach? Kiedy ostatnio takie wróciło?
  • Kiedy twoje dziecko ostatnio leżało na mchu, gapiąc się w chmury? Widziałeś je kiedykolwiek podczas takiej aktywności? A ono ciebie widziało?
  • Czy uważasz, że kontakt z przyrodą ma moc terapeutyczną? Brak kontaktu z przyrodą rodzi choroby i cierpienie psychiczne? A może to bzdura? Jakie są twoje przekonania?
  • Co wydaje ci się najłatwiejsze, żeby pomóc twojemu dziecku odnaleźć drogę do kontaktu z naturą?
  • Pamiętaj, że to rodzice są odpowiedzialni za to, ile zielonych czynności wykonują codziennie ich dzieci.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Powstał Ogólnopolski Telefon Autyzmu

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Dzwonić można z różnymi sprawami. Zarówno formalno-prawnymi, jak i tymi dotyczącymi diagnostyki i terapii. Po drugiej stronie słuchawki jest osoba, która zrozumie – bo sama ma diagnozę spektrum autyzmu. Pomoc jest oczywiście anonimowa. I bezpłatna.

„Mam na imię Adam. Mam 25 lat. Kończę studia. Czeka mnie jeszcze obrona pracy magisterskiej. Interesuję się muzyką i sportem. Mam psa, dwie ręce, dwie nogi i dar do robienia zamieszania. Interesuję się matematyką, psychologią, medycyną, genetyką i kosmologią. Dodam, że takie naukowe zainteresowania mam od szóstego roku życia, czytam od piątego i posługuję się w komunikatywnym stopniu trzema językami (nie licząc ojczystego), przy czym nie umiem jeździć na rowerze, a „setkę” biegnę w 16 sekund. Coś nie gra, prawda?”

Tak pisze o sobie Adam Wrzesiński. Trener umiejętności społecznych i pierwszy w Polsce Terapeuta Integracji Sensorycznej z diagnozą ze spektrum autyzmu. On i kilka innych osób z taką właśnie diagnozą będzie od poniedziałku do soboty pracować jako konsultanci w Ogólnopolskim Telefonie Autyzmu – bezpłatnej i anonimowej formie pomocy osobom autystycznym i ich rodzinom.

Dzwonić można ze wszystkimi pytaniami. Wątpliwościami dotyczącymi spraw prawnych, jak zasiłki, ale też z problemami z terapią czy pracą zawodową.

Korzyści odnoszą osoby po obu stronach słuchawki – ci, którzy telefony odbierają, mają w ten sposób pracę. A kłopoty z zatrudnieniem to w przypadku osób ze spektrum autyzmu poważny problem. Z badania „Ogólnopolski Spis Autyzmu” przeprowadzonego w latach 2013-2016 wynika, że spośród wysokofunkcjonujących osób dorosłych ze spektrum płatną pracę miała tylko połowa. Tymczasem ludzie ci mają często specyficzne – i wysokie – kompetencje, które mogą przynieść pracodawcom wiele korzyści.

A dzwoniący dostaną rzetelną poradę, w dodatku od osób jak mało kto rozumiejących ich problemy.

„Jesteśmy przekonani, że Ogólnopolski Telefon Autyzmu może być punktem informacyjnym dla osób, które nie wiedzą jak się odnaleźć w gąszczu formalności, chcą dowiedzieć się o przysługujących im świadczeniach socjalnych, szukają informacji na temat diagnostyki i terapii” – mówi Monika Kłeczek, psychoterapeutka oraz prezeska Stowarzyszenia AS, pod której przewodnictwem pracować będzie zespół Telefonu Autyzmu.

A Adam Wrzesiński dodaje: „Uruchomiliśmy Telefon po to, aby pokazywać świat osobom ze spektrum autyzmu jako miejsce dobre i przyjazne oraz wyposażać w umiejętności niezbędne do odnoszenia sukcesów w swoich misjach życiowych przy równoczesnym zachowaniu ich poczucia wolności”.

Telefon funkcjonuje dzięki dotacji programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy, finansowanego z Funduszy EOG przez Stowarzyszenie AS, które od 2010 roku pomaga osobom ze spektrum autyzmu czuć się równoprawnymi członkami społeczeństwa. Telefon ma działać do końca roku, ale już teraz organizatorzy starają się zdobyć środki na przedłużenie tego projektu.

Dzwonić można od poniedziałku do soboty w godz. 10:00 – 18:00 pod numer 333 070 180.

  1. Psychologia

Żona w wieku córki – o różnicy wieku w związku mówi terapeuta Benedykt Peczko

- Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to - mówi Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
- Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to - mówi Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Z jakich powodów chcę być właśnie z tą kobietą? Czy wybrałbym ją, gdyby była starsza? Jeśli to jest to spotkanie, wtedy nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to. Różnica wieku schodzi na dalszy plan – mówi terapeuta Benedykt Peczko.

Pan po pięćdziesiątce i jeszcze bez młodej żony…?
Człowiek taki zabiegany… [śmieje się]

Moja przyjaciółka tak tłumaczyła swojemu mężowi, gdy zaczął się oglądać za młodszymi: „Ty się, kochany, zastanów! Młode kobiety są wymagające, podróże, drogie restauracje, potem dzieci, jak ty na to wszystko zarobisz?!”. Dlaczego mężczyźni sobie to robią?
Pięćdziesiątka jest trudna. Widać już oznaki starzenia się, ubytku sił. Mężczyzna dokonuje bilansu życia i najczęściej jest zawiedziony tym, co osiągnął, być może nie zrealizował ważnych celów, być może nie czuje się spełniony w dotychczasowym związku. Nowy związek może być próbą naprawienia przeszłości, cofnięcia czasu. Podświadomie mężczyzna chce wrócić do tego momentu, w którym błąd został popełniony, i zacząć jeszcze raz. W ten sposób oszukuje czas, oddaje się iluzji.

Wybierając młodą kobietę, podłącza się do żywotności i świeżości, odzyskuje dostęp do czegoś, co wydawało mu się, że traci. Na jakiś czas odsuwa od siebie perspektywę starości i śmierci. Stan zakochania, fascynacji, wibracje miłości sprawiają, że budzi się w nim młodzieniec, otwarty, energiczny, chętny. Organizm wytwarza mnóstwo endorfin, które zmieniają metabolizm, poprawiają nastrój. To jak zastrzyk młodości.

Młode, około trzydziestoletnie kobiety sygnalizują, że znalezienie równolatka, który byłby gotowy na budowanie związku i na dzieci, graniczy z cudem. Pięćdziesięciolatek wydaje się bardzo atrakcyjny; dojrzały, doświadczony, stabilny materialnie i zawodowo.
Nieraz słyszałem takie sformułowanie, że „wychować sobie żonę to ciężka praca”. Taki sposób myślenia wyznacza mężczyźnie rolę rodzica, mentora. Być może właśnie dlatego zwraca się ku młodej kobiecie. Czterdziestolatka raczej nie dałaby się wychowywać, bo dojrzałe kobiety znają swoją wartość, mają własne zdanie. Czterdziestolatka przypominałaby mężczyźnie, że młodość minęła. To nie byłaby ta maseczka odmładzająca, o którą chodzi.

A młoda kobieta jest ufna, zachwycona, wpatrzona w „tatusia”, pyta, słucha, przytakuje. Jak się temu oprzeć?
Młoda kobieta też ma swój zysk, bo „przecież on wszystko wie, tyle przeżył, więc mi powie”. To zwalnia z konieczności dojrzewania, przedzierania się przez błędy, brania odpowiedzialności za własne decyzje. W partnerskim związku i kobieta,i mężczyzna mają własne opinie, przekonania, potrzeby i oczekiwania, wyrażają własne zdanie. Znałem taki związek, w którym młoda kobieta dojrzała i odeszła, bo już nie potrzebowała „tatusia”. „Żegnaj, ojcze, spełniłeś swoje zadanie!” – chciałoby się powiedzieć [śmieje się]. Gdyby ten mężczyzna od początku wspierał dorosłość młodej kobiety, traktował ją jak partnerkę, być może związek by przetrwał. My, mężczyźni, musimy uważać na swoje mentorskie zapędy.

Okres zakochania i fascynacji nieubłaganie mija…
W Polsce mężczyźni żyją średnio 71 lat. Jeżeli nowe dzieci pojawią się w okolicach, powiedzmy, 55. roku życia, mężczyzna może mieć poczucie, że znowu – tak jak w poprzednim związku – zawiódł, nie sprostał oczekiwaniom, bo być może nie zobaczy swoich dzieci wkraczających w dorosłe, a nawet w młodzieńcze życie, nie będzie im towarzyszył w ważnych etapach rozwoju. To może budzić kolejne obawy, frustracje i niespełnienia. Mężczyzna w tym wieku może też nie najlepiej się czuć, mieć problemy z ciśnieniem, z sercem, z kręgosłupem. Okres szaleństw, balowania do rana, podróży najczęściej ma już za sobą. Młoda kobieta tych szaleństw pragnie, chce doświadczać wszystkiego, żyć pełnią. A on jest zmęczony, potrzebuje więcej odpoczynku. Będzie w coraz mniejszym stopniu zdolny do dotrzymywania jej kroku. Oczekiwania i potrzeby jej i jego nie są takie same. Kobieta ma przed sobą te etapy życia, które mężczyzna ma już za sobą. W fazie zakochania ani mężczyzna, ani młoda kobieta nie są tego świadomi.

No ale przecież miłość! Skoro w tych związkach rodzą się dzieci, to tak ma być, życie wie najlepiej. A że jest trudno? Zawsze jest. Tak właśnie tłumaczył mi jeden z późnych ojców.
W żaden sposób nie pomniejszamy wspaniałości tych związków. Związki są nieocenione. Dobrze jednak, gdy wiemy, jakie siły nami kierują, i znamy ograniczenia wynikające z naszych wyborów. Gdy bierzemy pod uwagę różne aspekty doświadczenia, całość, zadajemy sobie pytania i odpowiadamy na nie, wtedy możemy w sposób pełniejszy angażować się we wspólne życie, pokonywać trudności. To oczywiście dotyczy wszystkich związków, nie tylko tych z różnicą wieku.

Jak rozpoznać, że ten konkretny związek może być udany mimo różnicy wieku?
Z jakich powodów chcę być właśnie z tą osobą? Czy gdyby ona była starsza, też bym ją wybrał? Czy gdyby on był młodszy, też byłabym pewna, że to właśnie ten mężczyzna, z którym chcę żyć? Ważne pytania. Jeśli odpowiemy na nie twierdząco – to jest to spotkanie. Nie biorę sobie młodej kobiety, bo muszę, bo to ostatni moment; bo jeśli teraz nie nadrobię straconego czasu, to już koniec, z górki. Nie decyduję się na tego mężczyznę z lęku o swoją przyszłość, macierzyństwo; bo skoro do tej pory nie spotkałam rówieśnika dla siebie, to trzeba się spieszyć. Więc niech będzie; jest ustawiony życiowo, taki mądry, spokojny, więc czemu nie? W dodatku jak się tak zastanowię, to nawet go kocham.

Gdy wybieramy tę konkretną osobę ze względu na nią, a nie ze względu na swoje niezaspokojone potrzeby, wtedy problemy stają się wyzwaniami, z którymi będziemy sobie radzić najlepiej, jak potrafimy, bo podejmujemy świadomą decyzję, na dobre i na złe. Gdy pojawiają się konflikty czy rozbieżność zdań, tym lepiej, bo wtedy uczymy się bardziej rozumieć siebie nawzajem. Różnica wieku schodzi na dalszy plan. Podzielamy wspólne wartości. Cenimy nawzajem swoją indywidualność, niepowtarzalność, wspieramy się w rozwoju tej unikalnej jakości w nas.

Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to. Jesteśmy tu ze względu na siebie, wszystko inne jest drugorzędne. Jednak mimo że jest drugorzędne, warto o tym pomyśleć.

Gdy 85-letni Andrzej Łapicki poślubił młodą żonę, dziennikarze pisali o tym, że w dzień ta para da sobie radę, ale co w nocy?
Liczy się jakość bycia ze sobą. Nawet jeśli kontakt seksualny w takich związkach nie jest tak częsty jak między równolatkami, może być satysfakcjonujący. W tych sprawach nie ma reguł.

Pomówmy też o porzucanych żonach. Gdy on po 30 latach związku odchodzi, trudno o szacunek dla takiej decyzji. Sprawdzają się wtedy rady mądrych kobiet: dbaj o siebie, inwestuj w swój rozwój, żebyś zawsze mogła na siebie liczyć, bo z nim nigdy nie wiadomo. Kobiety rozpaczają, mają poczucie przegranej i oczywiście zastanawiają się, co zrobiły nie tak. A jednocześnie są wściekłe. Porzucenie boli okropnie.
Gdy on odchodzi do młodszej, najlepsze, co można dla siebie zrobić, to zachować dystans wobec tego, co się dzieje. Łatwo powiedzieć, ale nie ma innej rady. W żadnym razie nie obarczać siebie winą. Mężczyzna podejmuje tę decyzję ze względu na to, co się z nim dzieje, często z powodu przedśmiertnej paniki. Taka świadomość nie ukoi od razu cierpienia, ale jest dobrym punktem wyjścia do przeżycia straty. Bez względu na to, co się stało, jestem. Żyję. Jestem dla siebie najlepszym przyjacielem. Mam siłę, żeby o siebie zadbać.

Gdy patrzę na mężczyzn, którzy desperacko chcą się odmładzać, myślę, że najważniejsze jest odnalezienie młodości w sobie mimo zmniejszających się możliwości fizycznych. Młodość ducha jest niezależna od przemijania i starzejącego się ciała. Sprawia, że przestajemy szukać wody na pustyni, bo znajdujemy ją w sobie.

Wcale nierzadko zdarza się, że ci mężczyźni, którzy tak odważnie wchodzą w nowe, po kilku latach żałują swojej decyzji i tęsknią za dawnymi żonami. Może by nawet wrócili. No ale jest już za późno.
Też się z tym spotkałem. Mężczyzna upojony nowością ma ograniczone pole świadomości. Twierdzi, że to, co było, wypaliło się, bo w dojrzałym związku nie ma już ekscytacji, skoków adrenaliny. Nie jest w stanie zaczerpnąć siły z tego, co już przeżył i czego doświadczył; nie rozumie, jaki to ogromny kapitał, skarb. Woli zachwycać się wyobrażeniami na temat szczęścia w nowym związku, raju, który ma nadejść, a który często zamienia się w piekło.

Zdarza się, że budzi się z tego snu przerażony: Gdzie ja jestem? Co się porobiło? Czuje się samotnie w nowym związku. Zaczyna wspominać dobre chwile z poprzednią partnerką. Bo nawet jeśli w dalszym ciągu cieszy go fizyczna fascynacja, urozmaicenie, to tęskni za porozumieniem, za więzią, którą można zbudować tylko w wieloletniej relacji. Docenia to, co stracił.