1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Poczucie własnej wartości - skąd je brać?

Poczucie własnej wartości - skąd je brać?

Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. (Fot. Getty Images)
Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. (Fot. Getty Images)
Samouwielbienie i totalny brak wiary w siebie - dwa skrajne sposoby odczuwania własnej wartości. Obydwa niszczące. A nic tak człowieka nie buduje jak głębokie wewnętrzne przekonanie, że jest ważny i zasługuje na szczęście. Jednak ważny i zasługujący na szczęście tak samo jak inni ludzie.

Artykuł archiwalny

Poczucie własnej wartości (inaczej samoocena) to fundament, na którym opiera się cała konstrukcja naszego życia, to podstawowa ludzka potrzeba. Takiego zdania są zarówno psychologowie, jak i nauczyciele duchowi. Nathaniel Branden, autor książki „6 filarów poczucia własnej wartości”, pisze: „Są rzeczy, przed którymi nie ma ucieczki. Jedną z nich jest rola poczucia własnej wartości”.

Wielu z nas próbuje jednak uciekać przed prawdą o sobie. W pracę, uzależnienia, przyjemności. Ci permanentni uciekinierzy to ludzie o niskim poczuciu własnej wartości. Ale niska samoocena działa jak bomba z opóźnionym zapłonem. Cicho tyka przez całe lata, podczas gdy człowiek żądny sukcesu i wrażeń wspina się po szczeblach kariery, rzuca w coraz to nowe zajęcia, zmienia partnerów. A wszystko po to, aby jeszcze bardziej zademonstrować swoje „mistrzostwo”, a tak naprawdę zagłuszyć dochodzące z głębi duszy złe mniemanie o sobie.

Przeznaczenie do szczęścia

To musi się źle skończyć, bo samoocena jest jak samospełniająca się przepowiednia – jeżeli źle oceniamy siebie, to mniej lub bardziej świadomie programujemy się na porażkę. Ludzie z niską samooceną wycofują się, poddają, zamykają. Albo za wszelką cenę chcą pokazać całemu światu, że jest inaczej, niż sami o sobie myślą. A kiedy przychodzi sukces, sabotują go: rozpijają się, wikłają w toksyczne związki, prowadzą hulaszczy tryb życia. Dzieje się tak dlatego, że sukces koliduje z ich wewnętrznym przekonaniem o tym, kim są. Jeżeli „wiem”, że moim przeznaczeniem jest bycie nieszczęśliwym, to nie mogę pozwolić, by rzeczywistość wprowadziła mnie w zakłopotanie z powodu szczęścia. Dlatego niszczę to, co osiągnęłam. I nie ma znaczenia, że to irracjonalne i autodestrukcyjne. Podobnie, wbrew własnym interesom, postępuje wielu błyskotliwych ludzi. To, że są inteligentni, nie stanowi żadnego zabezpieczenia.

Skutecznym zabezpieczeniem jest jedynie wysoka samoocena. Poczucie, że potrafię stawić czoła podstawowym życiowym wyzwaniom. Umiejętność patrzenia na świat własnymi oczami. Przekonanie, że mam prawo do szczęścia, zaspokajania swoich potrzeb i pragnień, osiągania tego, co dla mnie ważne, do radości z owoców swojej pracy. Mimo deficytów, słabości, ocen płynących ze świata.

Ela Krzemińska, zakopiańska artystka, projektantka mody, mama dwóch synów, (po rozwodzie), żyje jakby na przekór schematom. Zamieszkała w Zakopanem, choć nie może chodzić po górach. Zajmuje się modą, choć nigdy nie założy mini ani szpilek. Jest aktywna zawodowo, społecznie, a wedle stereotypów powinna tylko liczyć na innych. I na dodatek cieszy się życiem, a byłaby usprawiedliwiona – wszak jest po chorobie Heinego-Medina – gdyby załamywała ręce nad swoim losem.

– Mam różne braki, choruję od piątego miesiąca życia, ale nie jestem brakiem ani chorobą. Jestem tym, co robię, myślę, widzę, czuję, czytam, mówię. Anthony de Mello napisał, że jeśli ktoś chce być ofiarą, to będzie. Ja nie chcę, szkoda mi czasu.

Nathaniel Branden powiedziałby, że Eli pomogła wysoka samoocena. Jej esencją jest zaufanie do własnego umysłu i przekonanie, że zasługujemy na szczęście. Potęga takiego myślenia o sobie polega przede wszystkim na tym, że motywuje do działania. A jednocześnie zależy od tego, jak działamy. Bo działanie i samoocena są ze sobą sprzężone. Mając wysoką samoocenę, jestem wytrwalsza w pokonywaniu trudności. Bardziej uparta i zmotywowana do osiągania celu. A gdy go osiągam – umacniam tym samym obraz samej siebie.

„Wartość wysokiej samooceny nie polega wyłącznie na tym, że pozwala nam czuć się lepiej, ale że pozwala ŻYĆ lepiej” – pisze Branden.

Poczucie własnej wartości ma wielki wpływ na wszystkie dziedziny naszego życia, zarówno zawodowe – a więc satysfakcję z pracy, osiągnięcia – jak i prywatne: w kim się zakochujemy, jak traktujemy partnerów, dzieci, przyjaciół, czy czujemy się szczęśliwi.

Kostas Georgakopulos, muzyk, kompozytor, lider niszowego zespołu Kostas New Program, stworzył na Festiwalu Filmowym „Era Nowe Horyzonty” we Wrocławiu scenę muzyczną, na którą zaprosił wiele alternatywnych kapel ze świata. Kiedy zapytałam, czy nie korci go, żeby samemu wskoczyć na scenę, odpowiedział: – Nie. Bo ja nie mam kompleksów.

Badacze tematu między brakiem kompleksów a wysoką samooceną stawiają znak równości.
Kostas: – Moim zdaniem wysokie poczucie własnej wartości to obiektywna analiza swoich możliwości plus to, co możemy zrobić, żeby było coraz lepiej. Przekonałem się, że kiedy dokonuję takiej analizy, chłodnej i wyważonej, wcale nie muszę się frustrować, bo mierząc siły na zamiary, nie podejmuję się rzeczy, których nie udźwignę. I nie najgorzej na tym wychodzę. Realizuję swoje małe plany i o to mi właśnie chodzi, żeby nie mieć poczucia, że toczy się za mną wielka kula, która może mnie przygnieść, tylko żeby każdego dnia spokojnie działać. Nie wybiegam przy tym specjalnie w przyszłość ani też nie wracam do przeszłości. Tak po buddyjsku, choć nie jestem buddystą, zatapiam się w tu i teraz.

Ela Krzemińska: – Co rozumiem przez poczucie własnej wartości? Wiarę w siebie, z dystansem, bez przesadnego krytycyzmu, ale i bez kompleksów, które są motorem złych rzeczy. Jako projektantka obserwuję ludzi i po tym, jak się noszą i jak chodzą, widać, jakie mają o sobie mniemanie. Ważna jest też uczciwość. Jeżeli człowiek jest uczciwy, to patrzy w oczy, chodzi z podniesioną głową, czuje się pewnie.

Potwierdzają to psychologowie: Na to, jak o sobie myślimy, wpływa wiele cech osobowości: uczciwość, racjonalizm, intuicja, niezależność, elastyczność, szczerość, zdolność do radzenia sobie ze zmianą, umiejętność przyznawania się do błędów, życzliwość i gotowość do współpracy.

 

Cieszę się, że jestem inny

Skąd jednak brać to poczucie? Ela Krzemińska: – To się wynosi z domu. Moi rodzice nie robili problemu z tego, że jestem chora. Mieli te same oczekiwania wobec wszystkich dzieci i tak samo nas kochali. To dało mi mocny kręgosłup.

Posłali Elę do szkoły muzycznej po to, żeby – jak tata potem tłumaczył – dać jej jeszcze jeden atut: Nie może biegać, to zagra na pianinie.

Ela mówi, że miała także szczęście do ludzi. Pamięta pierwszą rytmikę w ognisku muzycznym. Wiadomo, że ona się do tych zajęć nie kwalifikuje, a nauczycielka mówi: „Ćwicz sobie w swoim rytmie”. Nieustannie doświadczała życzliwości i zrozumienia.

– I to mi pomagało uwierzyć w siebie. Nigdy nie czułam się pokrzywdzona. Dużo czytałam, wszystkiego byłam ciekawa, zawsze chciałam mieć coś do powiedzenia.

Kryzys przyszedł w okresie dojrzewania, kiedy zaczęła myśleć o sobie jako o kobiecie, kiedy chciała się podobać. Wcześniej nie miała oporów, żeby chodzić w sukienkach, które dostawała w paczkach z Ameryki. A tu zaczęła ukrywać chorą nogę w spodniach. Ale nie trwało to długo.

– Doszłam do wniosku, że jeśli będę nieszczęśliwa, to wszyscy będą się ze mną męczyć, i że ja tego nie chcę. A potem wymyśliłam sobie wizerunek, ni to cygański, ni to hippisowski. Na tyle skutecznie, że zaczęto wołać za mną „Cyganka”, a nie „Kulawa” na przykład.

Kostas, jak sam mówi o sobie, jest człowiekiem dwóch energii: spokojnej, wyważonej, pragmatycznej (mama Polka) i gwałtownej, dionizyjskiej, spontanicznej (tata Grek).

– Moje nazwisko bardzo pomogło mi w samookreśleniu się i zaistnieniu wśród rówieśników. Jadę na kolonie, nazywam się Kostas Georgakopulos i natychmiast się wyróżniam. Wiele lat takiego wyróżniania z powodu nazwiska spowodowało, że się do tego przyzwyczaiłem. Moja inność mnie wzmacniała, dawała poczucie ważności, pewności siebie. Do dzisiaj czuję się fantastycznie z tym, że mama jest Polką, tata Grekiem, że trochę bywam tutaj, trochę tam. A w ogóle jestem anglofilem, bo tak naprawdę najbardziej na świecie kocham kulturę anglosaską. Kompletna paranoja? Raczej eklektyzm w pozytywnym sensie. Teraz już wiesz, dlaczego udało mi się stworzyć taką scenę muzyczną na festiwalu Era Nowe Horyzonty.

Twierdzi, że swoje mocne poczucie wartości zawdzięcza także literaturze, muzyce i kinu. Książki wręcz pożerał – w wieku ośmiu lat zapisał się do biblioteki osiedlowej. Pomogła mu także muzyka – od 17. roku życia śpiewa, gra na instrumentach analogowych, komponuje.

– Miałem zawsze takie fajne poczucie podmiotowości. Patrzyłem na ludzi na ulicy i myślałem sobie: „Jestem muzykiem, wyróżniam się”. Taka naturalna chłopięca radość z egzystencji. Zawsze najważniejsze było dla mnie tworzenie, nie zastanawiałem się, czy będę gwiazdą rock and rolla. Już jako dorosły odkryłem kino. Moim największym sukcesem jest to, że od 25 lat gram. Mam taką wręcz zwierzęcą potrzebę tworzenia muzyki. W październiku wychodzi moja nowa płyta „Fooodd”, do nagrania której zaprosiłem muzyków z całego świata. Ta płyta jest moją niezgodą na to, że nie ma na świecie autorytetów.

Pozdrawiam twoją wielkość

Wysoka samoocena przynosi same korzyści – stymuluje do podejmowania ambitnych celów, daje siłę do radzenia sobie z problemami. Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. Tym lepiej jesteśmy przygotowani do tworzenia harmonijnych, a nie wyniszczających związków.

Czy poczucie własnej wartości może być zbyt wysokie? Według Brandena nie może. Tak jak nie można być zbyt zdrowym. Czasami jednak wysoka samoocena jest mylona z arogancją, narcyzmem, przerostem ambicji, poczuciem wyższości. Osoba o wysokiej samoocenie nie potrzebuje wywyższać się ani udowadniać swojej wartości przez porównywanie się do innych. Radość daje jej to, kim jest, a nie to, że jest lepsza od innych.

Poczucie własnej wartości na głębokim duchowym poziomie jest rozumiane jako wspólna wszystkim ludziom część, coś, co ich łączy. W kulturze tybetańskiej nie istnieje pojęcie niskiego poczucia własnej wartości. Kwintesencją wysokiego poczucia są słowa, jakimi Tybetańczycy pozdrawiają każdego napotkanego człowieka: Tashi deley („Pozdrawiam twoją wielkość”). Pozdrawiam miejsce w twym sercu, w którym mieszkają: twoja odwaga, honor, nadzieja, miłość i marzenia. Pozdrawiam to miejsce w tobie, gdzie – jeżeli ty znajdujesz się w tym miejscu wewnątrz siebie, a ja w takim miejscu wewnątrz siebie – jesteśmy jednością.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak zmienić negatywne nastawienie i wzmocnić poczucie własnej wartości?

Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Nawyk negatywnego nastawienia i wyćwiczenie mózgu w wyszukiwaniu dobra jest możliwe i może odmienić nasze życie.

Ludzki mózg jest zaprogramowany na szukanie problemów. Robi to już setki lat, więc opanował tę sztukę do perfekcji. Zresztą nie tylko stara się wyszukać problemy, lecz także skutecznie je znajduje i oddaje się ich analizowaniu. Psychologowie nazywają ten proces negatywnym nastawieniem (ang. negative bias). Na wczesnym etapie dziejów ludzkości był on pozytywnym zjawiskiem (i do pewnego stopnia nadal jest). Przeczuwanie zagrożenia zapewnia nam bezpieczeństwo i przetrwanie, ale przy zaburzeniach lękowych negatywne nastawienie staje się bardzo złym nawykiem. Możesz jednak wytrenować swój mózg tak, aby przerywał ten schemat.

Prawdopodobnie jesteś świadomy swoich lęków czy obaw, na przykład martwienia się tym, co swoim zdaniem zrobiłeś nie tak, przy jednoczesnym negowaniu sukcesów. Jest jednak możliwe, że nie zdajesz sobie sprawy, jak silnie jesteś nastawiony na wyszukiwanie i analizowanie problemów. Pierwszym krokiem do przełamania tego nawyku jest zauważenie w sobie negatywnego nastawienia. Zastanów się, na czym koncentrujesz uwagę, o czym myślisz. Dostrzeż negatywne schematy myślowe.

Następnie poszukaj innych, bardziej pozytywnych i realistycznych rzeczy, na których będziesz mógł się skupić. W trenowaniu mózgu pomogą ci sprawdzone techniki: • Prowadź „dziennik wdzięczności”. Szukaj dużych i małych rzeczy, którymi możesz się cieszyć. Zapisuj je w dzienniku, który stanie się twoim podręcznym spisem pozytywnych myśli i zagadnień. Wykorzystasz je, aby nauczyć swój mózg przełamywania negatywnego nastawienia.

• Celebruj rzeczy, które cię cieszą. Każdego dnia, nawet kilka razy dziennie, staraj się znaleźć coś drobnego, co możesz zapamiętać i uczcić. Celebrowanie może mieć wiele form, prostych lub bardziej wyrafinowanych – wedle twojego upodobania. Wykonaj taniec radości. Puść swoją ulubioną piosenkę. Idź na szybki, krótki spacer. Zrób sobie dziesięciominutową przerwę, żeby przeczytać rozdział dobrej książki. Narysuj coś. Te rytuały wzmacniają pozytywne doświadczenia i są doskonałym narzędziem treningowym dla mózgu w walce z lękiem.

Wzmocnij poczucie własnej wartości

Możesz zmienić sposób, w jaki o sobie myślisz, analizując, czy twoje myśli są słuszne. Ta metoda może skutecznie zmienić nasz autowizerunek; czasem jednak lęk wywołuje tak silną niechęć do siebie, że potrzebujemy dodatkowych narzędzi, aby zaakceptować swoją osobę. Pomocnym narzędziem jest generowanie realistycznych myśli na swój temat, które pozwolą ci konsekwentnie umocnić poczucie własnej wartości w oparciu o obiektywne dowody.

Afirmacje to krótkie stwierdzenia oparte o autoobserwacje lub obserwacje innych na twój temat. Aby z nich korzystać, najpierw spisz jak najwięcej pozytywnych opinii o sobie. Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. Początkowo może ci się to wydawać dziwne i trudne. Nie szkodzi. To znak, że twoje lęki prześladują cię już od dłuższego czasu i afirmacja nie przychodzi ci naturalnie. Nie przejmuj się tym.

Spisując swoje afirmacje, możesz je łączyć ze swoimi najbardziej dokuczliwymi obawami. Jeśli często zdarza ci się martwić, że „nic ci się nie udaje i chyba niedługo wyrzucą cię z pracy”, zapisz afirmacje, które ukażą ab- surdalność tego stwierdzenia. Na przykład:

  • Nigdy się nie spóźniam, inni mogą na mnie polegać.
  • Jestem kreatywny i dobry w... (wymień przykłady obowiązków zawodowych).
  • Szef dziękuje mi za ciężką pracę.
Gotową listę afirmacji umieść w dobrze widocznym miejscu. Przyklej ją taśmą klejącą do lustra, osłony tele- fonu, lodówki albo włóż do szuflady. Jeśli nie chcesz, żeby widzieli ją inni, trzymaj ją schowaną, ale w łatwo dostępnym miejscu, tak żeby często móc po nią sięgać. Z czasem, dzięki codziennemu powtarzaniu, afirmacje staną się częścią twojego naturalnego toku myślenia. Poczujesz spadek lęku i większą pewność siebie i zastąpisz negatywne, nieprzyjemne myśli o samym sobie pozytywnymi, zgodnymi z prawdą stwierdzeniami.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Transpłciowość – co to jest i jak ją zrozumieć? Rozmowa z dr Alicją Długołęcką

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Być kobietą zamkniętą w męskim ciele – to ból, jaki trudno sobie wyobrazić. Czy operacja jest w stanie go zmniejszyć? A może płeć jest tylko rolą? Co to jest transpłciowość? Jak transpłciowość może nam pomóc w zrozumieniu samych siebie? Jak rozróżnić transseksualność od transpłciowości? Rozmowa z dr Alicją Długołęcką.

Transpłciowość to ostatnio popularny temat. Wszyscy byliśmy świadkami głośnego coming outu – olimpijczyk Bruce Jenner został Caitlyn Jenner i od razu pojawił się na okładce „Vanity Fair” jako osoba transpłciowa. Myślę, że więcej dla świadomości i zrozumienia transseksualizmu robi obecność w naszym otoczeniu osób transseksualnych, które możemy poznać osobiście – w pracy przy wspólnym robieniu jakiegoś projektu czy na własnym podwórku na spacerze z psem, niż taka hollywoodzka historia ze świata, z którym nie mamy nic wspólnego. Dla mnie takie historie za bardzo ocierają się o tabloidową sensację, są zbyt upraszczające i w rezultacie nie pomagają osobom transseksualnym.

Są też filmy i literatura, stawiające transpłciowość w nowym świetle. Choćby dokument „Mów mi Marianna” i książka „Brudny róż” Kingi Kosińskiej, osoby transpłciowej… Obie urodziły się w męskim ciele. Częściej kobiety czy mężczyźni dokonują zmiany płci? Statystyki prawdopodobnie nie w pełni oddają rzeczywistość. Musimy pamiętać, że osoby wychowywane jako kobiety uczone są spychania kwestii seksualnych na bok, takiej postawy, że to, co związane z seksem, jest mało ważne i że liczą się rzeczy „ważniejsze”. W dodatku, jako badaczka kobiet, z biegiem lat coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nasza seksualność naprawdę jest bardziej płynna, co nie oznacza, że jest zmienna, ale że jest trudniejsza do zaszufladkowania. I pewnie dlatego osoby transseksualne z ciałem kobiecym i wychowywane jako kobiety częściej niż kobiety w męskim ciele określają się jako transgenderowe.

Proszę o wyjaśnienie: czy to coś innego niż transpłciowość? Co to oznacza w praktyce? I czy istnieje rozróżnienie, zestawiając pojęcia „transpłciowość a transseksualność”? To osoby, które czują, że są mężczyznami, chcą pełnić role męskie i pełnią role męskie, ale nie dążą do radykalnej zmiany fizycznej swojego ciała. Aspekt psychiczny, ta samoświadomość ich prawdziwej płci, musi być dla nich wystarczający i posiadanie męskiego ciała nie jest warunkiem podstawowym. Osoba wychowywana jako kobieta, która czuje się mężczyzną, zanim podejmie decyzję o operacji zmiany płci, staje przed pytaniem: Czy chcę mieć penisa, którego nie będę w pełni czuć i który nigdy nie będzie zdolny do wytrysku? Dla niektórych osób obecność penisa jest warunkiem męskiej tożsamości. Te, które nie poddają się operacji, będą bazować na wyobraźni i używaniu dildo, dla innych obydwie sytuacje i tak nie będą rozwiązaniem i będą się wiązać z nieustającym odczuciem niepełności. Te osoby, które nie poddają się operacji, określają siebie jako mężczyzn, którzy nie mają penisa.

I nie przeszkadza im to czuć się mężczyzną? Co czuje osoba transpłciowa, która nie decyduje się poddać operacji? Przeszkadza i boli, myślę, że przez całe życie, ale poza ciałem jest jeszcze olbrzymi obszar, który niesie wiele cierpienia i wątpliwości. Bo to też są „szuflady”. Gdybyśmy miały się stać mężczyznami choć na chwilę, nie wiedziałybyśmy, co to dokładnie znaczy, prawda? Jak się ubrać, jak się zachowywać, czy być macho, czy raczej typem wrażliwca, co jest „autentycznie” męskie i co miałoby być męskie w seksie? Osoby w trakcie transpozycji, czyli zmiany płci, pomimo określonej tożsamości psychicznej, muszą dokonywać wielu prób tego, jak chcą i mogą się zachowywać. Budowanie roli jest bardzo trudne. Kiedy ktoś ma ciało kobiety, a czuje się mężczyzną, to odczuwa ogromny brak, kompleksy, podobne do tych, jakie ma wielu mężczyzn w męskim ciele, ale w zmasowanej i silniejszej formie. Mężczyzna transseksualny musi nieustająco wszystkim udowadniać swoją męskość, także kobiecie, z którą żyje. W tej wersji odwrotnej, mężczyzny z ciałem kobiety, jest tak samo, chociaż my – widzowie, obserwatorzy – bardziej koncentrujemy się na tej widowiskowości, czyli fakcie, że taka osoba maluje paznokcie, że jest zgrabna, że ma faceta. Nie uruchamiamy wyobraźni w kwestii tematu, jak czuje się taka osoba. Będę unikała poprawności, że to takie proste, że można zrobić sobie operację i żyć długo i szczęśliwie. Bo tak nie jest. My też, jako osoby czujące się adekwatnie ze swoją płcią biologiczną, mamy kompleksy i poczucie braku w pełnieniu pewnych ról płciowych.

O tym poczuciu braku mówi też autorka książki „Brudny róż”, również reprezentujące osoby transpłciowe, która zdecydowała się na operację zmiany płci. Operacja zmiany płci czyni z osoby transpłciowej prawie pełną kobietę lub prawie pełnego mężczyznę. Ale to „prawie” robi różnicę. I z tym człowiek musi żyć, a im bardziej osadza się w  swojej właściwej tożsamości, tym bardziej ten brak staje się oczywisty, zrozumiały. Kinga z „Brudnego różu” i Marianna z dokumentu „Mów mi Marianna” nie będą do końca reagować jak kobiety sprawne seksualnie, nie urodzą dziecka, nie będą przeżywać ciąży, inaczej będą odczuwać szeroko pojętą seksualność. Podobnie osoba, która ma ciało kobiece, nie może być do końca mężczyzną. Nie wiemy, jak to jest ważne dla mężczyzny mieć penisa, odczuwać erekcję, w wyniku różnych bodźców i doznań, nie wiemy, co to znaczy mieć wytrysk, orgazm, dążyć do seksu, nie rozumiemy tego. A osoby trasnsseksualne po operacyjnej zmianie płci to rozumieją doskonale, i to boli potwornie. O tym się mało mówi, mało pisze, a to są rzeczy oczywiste, które wynikają, kiedy taka osoba zaczyna funkcjonować wreszcie w swojej upragnionej roli. Może się zachowywać i ubierać zgodnie z płcią, być sobą i znaleźć partnera, ale wciąż w samotności będzie tej cielesnej niepełności doświadczać.

Mamy płeć biologiczną i płeć jako konstrukt kulturowy. W książce „Brudny róż” psycholog zwraca uwagę Kindze, że skoro chce być kobietą, to powinna ubierać się i malować jak kobieta. Jako osoba transpłciowa ma swoim wyglądem przekonać go do swojej kobiecości. Ale przecież paradoksalnie Kinga mogłaby wyglądać jak stereotypowa lesbijka lub chłopczyca – w trampkach, krótkich włosach, bluzie. Kobieta nie musi wyglądać skrajnie kobieco, żeby w pełni czuć się kobietą. To jest kolejna pułapka. Osoby transseksualne zdają się robić wszystko, żeby być rozpoznawalne zgodnie ze swoją płcią psychologiczną. To, jak prezentujemy publicznie naszą płeć kulturową, można przyrównać do roli w teatrze. Filozofka Judith Butler mówi, że rola płciowa jest rolą teatralną, którą cały czas odgrywamy i staramy się robić to wiarygodnie. Męska rola jest bardziej oczywista i wyrazista, a kobiety dopiero od stu lat eksperymentują ze swoją seksualnością i jej odbiorem. Każdego dnia przekonujemy się, jaką rolą jest kategoria kobiecości. Coś, co było oczywiste w byciu kobietą 50 lat temu, dziś już nie jest, zmienia się pojmowanie i postrzeganie kobiecości. Wyraziste role męskie zaczynają rozpadać się dopiero teraz, na naszych oczach. To jest trochę jak w sztuce – był jakiś styl, schemat, ale ten schemat upadł i jesteśmy w twórczym rozproszeniu. Niektórzy się tego boją i walczą z tym strasznym genderem.

Czy to, że dziś rozmawiamy o transseksualizmie, oznacza, że zrobiliśmy się bardziej otwarci, czy to reakcja na ten kryzys ról? Osoby transpłciowe i transgenderowe były zawsze. U Indian północnoamerykańskich nazywały się berdache. W niektórych kulturach płeć była wyborem. Jeśli kobieta uznawała, że chce być mężczyzną, musiała zadbać o kobietę, jeździć na koniu na polowania i odwrotnie. W kulturze samoańskiej istnieje trzecia płeć – to są dowody, że płeć jest zjawiskiem kulturowym, umownym, bo wystarczy, że w danej kulturze jest miejsce na pewne modele i one mogą się w niej ujawnić, w innych są tłumione. Nie oznacza to, że takie osoby w nich nie istnieją, one muszą wtedy żyć w ukryciu. Transeksualność jest pewną wrodzoną cechą, która czeka na ujście w danym modelu kulturowym.

Kiedy najczęściej osoba transseksualna odkrywa, że jej płeć biologiczna nie ma nic wspólnego z psychologiczną? Mogę mówić na podstawie rozmów z osobami o pogłębionej refleksji, bardzo samoświadomymi, a te twierdzą, że to się wie od zawsze. Podobnie jest przy kształtowaniu się tożsamości homoseksualnej, gdy w okresie wczesnego dojrzewania pojawia się u nastolatków taka wątpliwość, czy jestem chłopcem czy dziewczyną. Często sami nie wiedzą, czy chodzi o orientację seksualną czy tożsamość płciową. To jest faza rozwojowa tzw. pomieszanej identyfikacji, występuje między 10. a 14. rokiem życia. Właśnie wtedy dzieci wymagają pewnego rodzaju uporządkowania, autorefleksji, zderzenia się ze swoimi emocjami i tożsamością. I to nie polega na afirmowaniu swojej seksualności czy tożsamości, tylko na autodiagnozie i na tym, żeby młody człowiek był przygotowany na takie odkrycia, ale też na reakcje, z jakimi może się spotkać.

Po zmianie płci często wszystko zaczyna się od nowa. Czy to także czas budowania nowej tożsamości jako osoba transpłciowa? To raczej odkrywanie swojej prawdziwej tożsamości, co jest o tyle trudne, że taka osoba całe życie miała poczucie, że jest kimś innym, ukrywała swoją prawdziwą naturę, a teraz klamka zapadła. Jej prawdziwe „ja” jest już rozpoznawalne, i w tym sensie odkrywa siebie w świecie, bada, co inni na to, w jakim stopniu jest akceptowana lub nie. A w okresie transpozycji reakcje mogą być różne. Po pierwsze, zmienia się relacja z partnerem czy partnerką, zmieniają się relacje z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi. Relacja z rodzicami jest tu najtrudniejsza i najważniejsza, bo pojawia się pytanie, czy nasze istnienie jest autentycznie akceptowane. Każdy z nas potrzebuje zapewnienia, że był chciany na świecie i jest kochany takim, jakim jest naprawdę. Dlatego reakcja rodziców ma swoje egzystencjalne konsekwencje. Jeśli przyjaciele byli prawdziwi, to oni wiedzieli i teraz odetchną z ulgą. Jeśli przyjaciele nie dorośli do zmiany, to niekoniecznie oznacza, że nie byli przyjaciółmi, ale pora się pożegnać.

Drugi obszar to seksualność, czyli nasza reakcja na ciało. Po operacji można przeżywać euforię, choć okupioną cierpieniem fizycznym. To cierpienie nadaje wagę odzyskanej seksualności. I przez pryzmat tego bólu i poświęcenia ciało staje się bardzo ważne, tak ważne, że może utrudniać „zwykłe” funkcjonowanie. Trzeci obszar to relacja psychoseksualna z bliską osobą – może być źródłem cierpienia, zazdrości, poczucia niespełnienia, niepełnosprawności. Przychodzi taki etap, gdy ta osoba jeszcze nie przywykła, nie wypracowała nowego modelu kontaktów fizycznych, a już uświadamia sobie swoje braki – że nie przeżyje orgazmu albo że nie da partnerce prawdziwej rozkoszy. Wtedy trzeba coś pokonać w sobie, z czymś się pogodzić i to jest trudny moment dla związku.

W filmie „Orlando” Sally Potter jest scena, w której Orlando, grany przez Tildę Swinton, budzi się ze snu, staje przed lustrem i widzi, że nie jest już mężczyzną, tylko kobietą. Mówi: „Ta sama osoba, tylko inna płeć”. Myślę, że obejrzenie tego filmu w bardzo młodym wieku to trochę jak spotkanie osoby transpłciowej. „Orlando” to zamysł intelektualny – bohater może pełnić role męskie, intelektualne, będąc w męskim ubraniu, ale kobiecości doświadcza poprzez zmysły. Choć w męskiej roli zauroczy pewną Rosjankę spojrzeniem, to jednak seks pojawi się dopiero, gdy Orlando staje się kobietą. Chodziło tu o pokazanie płci jako konstruktu, tego, jak o sobie myślimy i jaką rolę odgrywamy. W przypadku transpłciowości to już nie jest gra, to wewnętrzny przymus, całkowita determinacja wynikająca z poczucia własnej nieadekwatności. To coś więcej, ponad rolą i ponad ciałem. To poczucie własnej tożsamości, istoty tego, kim się jest. I to stanowi bazę do zmiany ciała i przyjmowania roli, jaka jest przypisana danej płci. Nie ma teatru, jest esencja życia.

Dr Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna. Pracuje w Zakładzie Psychoterapii Wydziału Rehabilitacji AWF w Warszawie, autorka „Zwykłej książki o tym, skąd się biorą dzieci” oraz współautorka „Seksu na wysokich obcasach”.

  1. Psychologia

Krytyka - broń masowego rażenia

Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Kto z nas lubi być krytykowanym? Jakie emocje wywołuje w nas krytyka i czy faktycznie motywuje nas do wzrostu, doskonalenia? Kto samowolnie się jej poddaje?

Krytykanctwo (krytykowanie) jest jedną z form zaliczanych do tak zwanego języka „szakala”, używając terminu wprowadzonego przez Marshalla Rosenberga, twórcy idei porozumienia bez przemocy. Krytyka, tak jak poniżanie, pretensjonalizm, obwinianie, obarczanie odpowiedzialnością, zamierzone ignorowanie, wyszydzanie niesie w sobie „ujemny ładunek energetyczny” i wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, pobudzaniem kreatywności, tworzeniem czegoś, co ma tchnienie życia w sobie.

Kto z Was ma w swoim otoczeniu zawodowym czy rodzinnym osoby, które niemal na wszystko co zrobimy reagują krytyką?

Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz zostałeś/łaś pochwalony/a przez swojego męża, żonę, matkę, ojca? Masz wrażenie, że możesz się starać za każdym razem coraz bardziej, a wystarczy drobne potknięcie i cały wysiłek na marne, bo zapłata jaką otrzymujesz od innych to w dużej mierze sama krytyka?

Słyszeliście, kiedyś podobne słowa?: „Na ciebie nigdy nie można liczyć”; „No mogłam się tego po tobie spodziewać”, „Dawaj, sam to zrobię, bo ty jak się za coś zabierasz, to jak zwykle porażka”; „Po co ty w ogóle się wychylasz, lepiej siedź w domu i słuchaj innych, to przynajmniej problemu nie będzie”. Przypominacie sobie, co się wtedy w was działo? Co czuliście?

Pewnie wśród tych uczuć były smutek, żal, wstyd, beznadzieja, chęć wymierzenia sobie kary, za niespełnione oczekiwania, rozgoryczenie, odrzucenie… Słowo ma wielką moc, może dać życie, ale może też je zniszczyć. Krytyka niszczy życie, jakie jest w człowieku i jego twórczym potencjale.

Lubimy otaczać się regułami, mieć jasno określone schematy postępowania dla danej płci, wieku, grupy społecznej, czy formacji politycznej. Jeśli ktoś w naszym otoczeniu nie postępuje wedle tych reguł, np. samotna matka z dwójką dzieci zakłada nową rodzinę, komentujemy, że jej już nie przystoi, bo powinna zostać sama i dziećmi się zająć… tak, jakby je nagle zostawiła i się nimi nie zajmowała. Inny przykład, kiedy dojrzała kobieta po 60-stce postanawia założyć biznes, krytykujemy, że na pewno jej się nie uda, że nie zna wymagań rynku, itp., itd. Jeśli ktoś podejmuje wysiłek, łamie konwenanse i onieśmiela własne lęki musi jeszcze zmierzyć się ze środowiskiem, w którym chce rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, realizując swój pomysł na życie, czy pracę. Tu nierzadko właśnie napotyka na krytykę, porównywanie i powątpiewanie w powodzenie. Dlaczego? Czy celowo chcemy sobie zrobić na złość? Czy może wyrazić niezadowolenie, czasem wręcz oburzenie, że ktoś ma odwagę po prostu żyć, zamiast bać się żyjąc?

Odpowiedź tkwi w prostym mechanizmie wzajemności. Ty, który krytykujesz tego, któremu się powiodło, lub zwyczajnie „chciało” zawalczyć o lepszy komfort dla siebie w dowolnej sferze życia, gdzieś, kiedyś, głęboko w swoim sercu odmówiłeś sobie tego sam…Tak jak agresja rodzi agresję, tak krytyka względem siebie, wzmacniana przez najbliższych poprzez atmosferę braku akceptacji dla naszych działań, decyzji... rodzi krytykę wobec innych. Gdy chcemy rozliczać się wzajemnie z praw, reguł, zasad - musimy pamiętać, że wchodzimy do świata, w którym nie ma miłosierdzia, elastyczności, wyrozumiałości. Straszne, prawda? Krytykując, poniżając siebie i innych zamykamy sobie okno na życie, odcinamy sobie dostęp do powietrza. Świadomie wybieramy ciemny pokój, bez okien, do którego, gdy byliśmy dziećmi nie chcieliśmy wchodzić, bo było ponuro i nudno. Teraz sami pokornie go odwiedzamy, bo weszło nam to w krew, poza tym widzimy innych, którzy też go często odwiedzają, albo się tam zasiedzieli i oddychają tym zatęchłym powietrzem konwenansów i zasad.

Nowa myśl, twórcza myśl oraz życie rodzą się w wolności… Nie zniewalajmy własnych serc przez bombardowanie siebie samych i siebie nawzajem słowami krytyki.

Stary nawyk, nawet ten werbalny czy myślowy zawsze można zmienić, wyeliminować, zastępując go innym, tym pożądanym.

Lekarstwem na nasz żal… na ten smutek i odrzucenie, jakie czuliśmy, gdy kolejny raz zostaliśmy skrytykowani, nie jest oddanie komuś innemu tego samego na zasadzie: „a masz!, ja tak miałem, to Tobie niech też nie będzie lepiej”. Uzdrawiającą moc i pozytywną myśl niesie ze sobą akceptacja i miłość. Słowa wypowiadane z troską, wzmacniające naszą siłę sprawczą - nasze poczucie własnej wartości. Nie jest trudno je wypowiedzieć, choć wydaje się, że niektórym nie przechodzą przez usta. A może tym, którym tak trudno skierować słowa miłości, życzliwości, dobroci, szacunku i akceptacji do samego siebie i do innych będzie łatwiej, jeśli uświadomią sobie, że tym sposobem pomagają. Człowiek z zasady lubi pomagać i to jest dobre. Krytyka nie pomaga. To mit. Mówmy do siebie z intencją pobudzenia życia, twórczości. Nie podcinajmy skrzydeł. Otwórzmy się na zmiany i pozwólmy zmieniać innym.

Krytyka to broń, broń masowego rażenia, od której na końcu giniemy my sami. Życie zaczyna się od akceptacji i dialogu…

Warto żyć nie po to, by mieć rację, lecz po to by być szczęśliwymi!

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Czy masz odwagę być sobą? - test na pewność siebie

Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Pewność siebie to stan umysłu, który wynika z poczucia własnej wartości, wyjątkowości, akceptacji i wiary w moc sprawczą. Przecież nie ma na świecie drugiej takiej osoby jak ty!

Brak pewności siebie powoduje, że stoimy na uboczu życia. Wolimy pozostać w bezpiecznej strefie komfortu. To dlatego nie podejmujemy ryzyka, nie inicjujemy kontaktów z ludźmi, nie walczymy o swoje prawa i nie umiemy odmawiać bez poczucia winy. Nieśmiałość, która jest przejawem braku pewności siebie, powoduje, że przed nosem mogą nam przechodzić ciekawe propozycje zawodowe czy nowe znajomości. Brak poczucia własnej wartości wynika z braku samoakceptacji. To zupełnie tak, jakbyśmy obawiały się własnego światła, rozwinięcia swoich skrzydeł. Tymczasem to właśnie korzystanie w pełni ze swojego potencjału jest sednem rozwoju.

Poniżej krótki test na pewność siebie. Wystarczy na każde z pytań odpowiedzieć "tak" lub "nie":

  • 1. Osiągasz cele z łatwością?
  • 2. Znasz swoje mocne strony i pokazujesz je światu?
  • 3. Bez problemu odmawiasz, jeśli nie możesz lub nie masz ochoty czegoś zrobić?
  • 4. Zazwyczaj to ty inicjujesz rozmowę?
  • 5. Masz poczucie, że każdą sprawę możesz załatwić?
  • 6. Udało ci się zrealizować kilka marzeń?
  • 7. Z łatwością podejmujesz decyzje i bierzesz za nie odpowiedzialność?
  • 8. Dobrze czujesz się na stanowisku osoby zarządzającej zespołem ludzi?
  • 9. Znajomi pytają cię często, jak coś załatwić?
  • 10. Podczas rozmowy patrzysz w oczy rozmówcy?
  • 11. Twój uścisk dłoni jest mocny?
  • 12. Podczas chodzenia nie garbisz się, twoje plecy są proste?
  • 13. Twój przekaz słowny jest konkretny i zrozumiały przez odbiorców?
  • 14. Uważasz się za kobietę atrakcyjną?
  • 15. Lubisz swoje ciało, a więc nie masz kompleksów z nim związanych?
  • 16. Lubisz wyzwania i często je podejmujesz?
  • 17. Potrafisz jasno zaznaczyć swoje granice w relacjach z ludźmi?
Większość odpowiedzi: „tak” oznacza, że jesteś kobietą, która osiąga swoje cele. Jeśli zgadzasz się tylko z kilkoma powyższymi stwierdzeniami – warto popracować nad wiarą w swój potencjał, który tylko czeka na przebudzenie.

Pomogą ci w tym następujące ćwiczenia:

Źródło: Dagmara Gmitrzak, „Trening Jaguara. Obudź swoją pewność siebie i osiągaj zamierzone cele”, Sensus 2014

Dagmara Gmitrzak trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl

  1. Psychologia

Kiedy w związku możemy znaleźć szczęście? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz dwóch zainteresowanych sobą osób, połączonych przyjaźnią, troską, wzajemnym szacunkiem, ciekawością. W miłości hormony nie są najważniejsze – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Oboje jesteśmy po rozwodach, a więc po miłosnych klęskach. Ale gdybyś teraz miał 30 lat, to co powinieneś mieć w głowie, by kochać kobietę dłużej niż trzy przewidziane przez biologię lata i nie odejść po siódmej rocznicy ślubu, bo tyle czasu nasi przodkowie potrzebowali, żeby podchować dzieci? Z badań wynika też, że mamy mniej czasu na miłość niż jaskiniowcy. W USA pierwszy rozwód następuje średnio po pięciu latach. Gdybym przeczytał statystki i badania, które tak głoszą, mógłbym przyjąć je za pewnik i – niestety – potem sterowałyby one moimi emocjami i ciałem. I nawet jeśli serce i ciało chciałoby dalej kochać, to umysł mógłby ten ogień wygasić. Na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Skoro dane naukowe są takie, że typowa Natalka już nie powinna typowego Frania pociągać, to nie będzie pociągać, choćby pociągała...

Franek nie powinien za wiele czytać, jeśli chce miłości na zawsze? Podobnie Natalka? Nie powinien mieć w głowie badań i statystyk, które mówią, że miłość się nie powiedzie. Oparte na nich teorie grzeszą redukowaniem człowieka do ciała sterowanego hormonami. A my mamy też duchowość, samoświadomość, osobowość, biografie, a także plany, cele, ideały, wartości. To powoduje, że w miłości hormony nie są najważniejsze. Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą. Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz spotkanie dwóch zainteresowanych sobą osób – za pośrednictwem ciał. Tylko w szczególnych, raczej medycznych przypadkach hormony mogą w pełni przejąć kontrolę nad zachowaniem.

Nasza rozmowa pomoże Franiowi kochać? Najważniejsze jest to, na co Franio nie ma żadnego wpływu – czy miał wystarczająco dobrą i mądrą matkę. Taką, która trochę się opiekowała, trochę wspierała, trochę pozwalała na chwile słabości i uczyła wyrażania uczuć. A od czasu do czasu pokazywała ciemną i groźną stronę kobiecości. Dużo też wymagała i z tym Franek musiał nauczyć się sobie radzić. Wtedy Franio, gdy ogarnie go burza hormonów, skieruje się jak najszybciej w stronę innej kobiety niż jego matka, choć będzie szukał kogoś podobnego do niej, osoby oferującej podobny typ relacji. Do takiej relacji bowiem przywykł.

A jeśli znajdzie kobietę podobną do mamy, to... To seks będzie bardzo udany. Bo Franio, tak jak prawie każdy chłopiec, marzył kiedyś skrycie o tym, by mamę poślubić. Ponieważ to zabronione, szuka podobnej do niej kobiety. A jeśli znalazł taką Natalkę, to po jakimś czasie usłyszy od niej, że ona chce mieć z nim dziecko i zostać mamą. To będzie dla Frania szok, bo ojcostwo oznacza ostateczny szlaban na bycie dzieckiem. Franio już nie będzie miał Natalki na żądanie. Już nie będzie mógł się pieścić i grymasić, bo jego własne dzieci szybko przywołają go do porządku. Będzie to trudny czas, bo często młodzi mężczyźni wchodzą w relacje z kobietami po to, by sobie replikować mamę plus, czyli mieć mamę plus seks. I pewnie Natalka też się Franiem nadmiernie opiekowała. A więc to czas na to, by oboje zaakceptowali, że definitywnie kończy się ich dzieciństwo.

Jeśli im się uda, pojawiają się kolejne zagrożenia dla miłości... Tak, ale już jest mnóstwo nitek, które ich wiążą i zbliżają. Franio zacznie nawet w pewnym momencie odczuwać, że nawet za dużo w jego życiu zależy od Natalki. Na przykład jego dobre samopoczucie. Oto Natalka wyjechała na miesiąc z dziećmi, a Franio tęskni, jak kiedyś za mamą.

Może to miłość? Raczej nie. Bo Franek traci z pola widzenia potrzeby Natalki, jeśli myśli, że ją uszczęśliwia swoim przywiązaniem. Gdyby też Natalkę o to zapytał, usłyszałby: „Wiesz, Franek, wkurzasz mnie. To nie jest normalne, że ty zawsze, wszędzie i natychmiast chcesz dostawać to, czego potrzebujesz. A gdzie ja w tym wszystkim?”. I jeśli ma to być opowieść o idealnym związku, to Franek powinien wtedy powiedzieć: „Sorry, przesadziłem, muszę zacząć w sobie szukać tego, czego oczekuję od ciebie”. Oczywiście taki proces powinien się rozpocząć także w Natalce. Oboje zaczynają kombinować, na czym polega dojrzałość i miłość. Orientują się, że przywiązanie i uzależnienie pomyliło im się z miłością, i zaczynają szukać niezależności – zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze swoimi dziecięcymi uczuciami i potrzebami, czyli odnajdują w sobie to, czego Franio szukał w Natalce i na odwrót. Na przykład: ciepła, wsparcia, docenienia, uznania i zachwytu. Być może dzięki temu odkryje, że skoro codziennie potrzebuje czegoś od Natalki, to znaczy, że jest to uzależnienie. Wtedy najlepiej, jak rozpocznie starania, by wyjść z tego uzależnienia. Jak? Powinien się zastanowić, co szwankuje w jego poczuciu wartości, skoro codziennie musi słyszeć od Natalki pochwały. Dlaczego nie wierzy w to, że jest dobry, fajny i nadaje się do kochania.

A jeśli potrzebuje czułości, przytulenia? Każdy od czasu do czasu potrzebuje czułości i przytulenia. Ale dorośli nie potrzebują tego kilka razy dziennie. Franio musi się nauczyć stwarzania sobie samemu okazji, by czuć się bezpiecznie i komfortowo. A to często oznacza, że trzeba pokonać w sobie lenia. Franio mógłby sam sobie zrobić herbatę, ale woli poprosić Natalkę, bo mu się nie chce tyłka ruszyć. Mógłby się zatroszczyć o swoje zdrowie, ale trudno mu zrezygnować z matczynej troski Natalki, jakiej doświadcza, chorując. Ale gdy się w końcu ogarnie i zacznie więcej robić dla siebie, a mniej oczekiwać od Natalki, to szybko zauważy, że między nimi jest lepiej, bo przecież im mniej uzależnienia, tym więcej miejsca na miłość.

Ale przed nim kolejne zagrożenie: kryzys wieku średniego. Dzięki pracy nad sobą wie, że ma też serce i głowę. Może więc przekroczyć biologiczne uwarunkowania, bo stworzył więzi osobowe, a one czynią seks atrakcyjnym na długie lata. „Wolałbym, żeby żona była jędrna i młoda, ale kocham ją, więc uprawiamy seks” – mówi mój przyjaciel. A jego żona wolałaby zapewne faceta, który w wielu wymiarach jest sprawniejszy, ale wybiera jego, bo kocha tę konkretną osobę. Franio też ceni relacje z człowiekiem, z Natalką, a nie tylko z jej ciałem. Nawet jeśli inne napotkane ciało uzna za piękne i młode, to za mało, bo nikt dostatecznie ciekawy i dojrzały w młodym ciele jeszcze nie mieszka. Owszem, ciało może zachwycić Frania estetycznie jak figurka porcelanowa, ale nie jest dla Frania po czterdziestce materiałem na związek.

Franio zostaje więc z Natalką i nie odchodzi ze swoją studentką czy sąsiadką, jak robi wielu innych Franiów? Franio ma w głowie tysiące wspólnych z Natalką rozmów i przekochanych nocy, wspólnych wakacji, a także smutku. To kapitał i spoiwo. Ale będą dłużej razem, jeśli będą aktywni seksualnie. O ten wymiar swojej relacji także muszą się troszczyć. Natalka ma w tej sprawie dwie hormonalne i emocjonalne doliny: pierwsza to ciąża i okres karmienia piersią, a druga – menopauza. Co prawda Franio może być aktywny seksualnie dłużej niż Natalka, ale coraz więcej Franiów już po czterdziestce miewa kłopoty z erekcją. Więc jeśli się za siebie nie weźmie, to zwiędnie przed pięćdziesiątką. Funkcje seksualne, jak wszystkie inne, trzeba ćwiczyć, troszczyć się o utrzymywanie seksualnych organów w dobrej formie. W naszej kulturze ta wiedza jest mało dostępna, można jednak czerpać z kultury Wschodu. Aby zadbać o poziom energii i jakość erotycznego kontaktu, warto solidnie zapoznać się z tantrą. Wzbogacać swoją seksualność i bawić się nią. Zdjąć z niej odium wyczynu i konkurencji. Uważać na przedawkowanie pornografii i masturbacji. Jeśli spotkamy w świecie pikseli coś atrakcyjnego, to dążmy do zorganizowania sobie tego w realu. Oczywiście pod warunkiem, że nie naruszamy prawa ani granic drugiej osoby. W przeciwnym razie masturbacja w kontakcie z pikselowymi obrazami stanie się zagrożeniem dla związku.

Największe zagrożenie to zdrada. To ona jest powodem większości rozwodów. Kasia Miller napisała książkę „Kup kochance męża kwiaty”, bo kochanka może uzdrowić związek, ale sama zostanie poświęcona. Dlatego warto zrobić wszystko, aby wykorzystać ukryty potencjał zdrady. Nie każda zdrada musi być powodem do rozwodu. Doświadczenie psychoterapeutów wskazuje, że jeśli nie wiąże się ona z zaangażowaniem serca, była incydentem, to lepiej wziąć to na swoje sumienie i nie obciążać najbliższej osoby. Jeśli zaś przekształca się w poważny związek, to najlepiej jest jak najszybciej wyznać to stałemu partnerowi. Na tym polega lojalność. Gdy stali partnerzy dają sobie przyzwolenie na inspirowanie się, a nawet zachwyt jakąś trzecią osobą, to dodaje to wspólnemu życiu chęci i barwy – pod warunkiem wszakże, że na zachwycie sprawa się kończy.

A jeśli platoniczne zachwyty stają się zbyt intensywne? Jeżeli Franio coraz więcej uwagi zwraca na inne kobiety i nawiązuje nowe znajomości, wtedy powinien się zdobyć na odwagę i, patrząc w oczy Natalce, powiedzieć: „Natalka, nie wiem, co się porobiło, ale głowa sama mi się odwraca, jak widzę jakąś laskę. Zastanawiam się, czy czegoś mi brakuje w naszym związku”. Mądra, dojrzała i doświadczona Natalka odpowie wtedy ciepło: „Pogadajmy, Franio, i zobaczmy, co to może być”. Przyczyna wcale nie musi być hormonalna. Po prostu nawet w długotrwałych związkach nie potrafimy dzielić się tym, z czym jest nam trudno.

Lęk przed dzieleniem się trudnościami? Przypuśćmy, że Natalka czuje się chora. A w szczególności stan kobiecej części jej organizmu się pogarsza. Nie chce jednak wciągać Franka w to, że ma związane z tym czarne myśli. Poza tym czuje się nieatrakcyjna. Wymawia się więc z intymnych spotkań z Frankiem. Jak sobie o tym pogadają, to będą sobie jeszcze bliżsi. Otworzą nową przestrzeń kontaktu, jeśli Franek, patrząc Natalce w oczy, powie: „Co ty, Natalka, nie wygłupiaj się, ja też mam lęki i dolegliwości”. Wtedy okaże się, że żadne z nich nie musi szukać wsparcia u nowego partnera. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Można dożyć złotej jesieni, wciąż trzymając się za ręce? Można. Jeśli obie strony bardzo tego chcą i codziennie dbają o jakość związku, nie zamiatając niczego pod dywan.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).