1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak cieszyć się życiem? Sztuka zachwytu

Jak cieszyć się życiem? Sztuka zachwytu

Jak się zachwycać życiem w udrękach codzienności? Odpowiedź może się wydać prowokująca – otóż nawet wtedy życie w zachwycie jest możliwe, jeśli tylko tak postanowisz! (Fot. iStock)
Jak się zachwycać życiem w udrękach codzienności? Odpowiedź może się wydać prowokująca – otóż nawet wtedy życie w zachwycie jest możliwe, jeśli tylko tak postanowisz! (Fot. iStock)
To od nas zależy, jak widzimy świat. Może budzić radość albo przerażać, w zależności od tego, czy kierujemy się miłością, czy lękiem. A gdyby tak na początek spróbować się po prostu nim zachwycić?

Ktoś spyta: Ale jak się zachwycać życiem w udrękach codzienności? Kiedy dni są podobne do siebie, irytują bliscy, w pracy się nie układa... Odpowiedź może się wydać prowokująca – otóż nawet wtedy życie w zachwycie jest możliwe, jeśli tylko tak postanowisz!

– Sztuka zachwytu to coś, co trzeba w sobie rozwijać i pielęgnować – przekonuje Bogusława M. Andrzejewska, psycholożka, doradca życiowy. – Mamy tę umiejętność w sobie jako dzieci, a potem gdzieś ją gubimy w pogoni za mniej ważnymi rzeczami. Warto nauczyć się radości życia i zauważania wokół siebie piękna.

By zachwycić się światem, wcale nie trzeba żyć w dostatku, bo większość rzeczy, które poruszają, mamy za darmo – promienie słońca, śpiew ptaków za oknem, ogród różany w parku… Obcując z muzyką, malarstwem czy kontemplując poezję, spotykamy się ze sobą na najczulszym, najgłębszym poziomie. – Sprawdza się stara prawda, że czasem ubogi człowiek może być bardziej szczęśliwy od milionera – mówi Bogusława M. Andrzejewska. – Ale musi mieć w sobie tę dziecięcą otwartość i prostolinijność. Nie musi jechać na Malediwy i opalać się nad basenem, wystarczy, że w ciepły letni dzień usiądzie na łące pod drzewem i będzie rozkoszował się zapachem nagrzanej słońcem trawy, błękitem nieba, szelestem liści...

O tym, że małe przyjemności są cenniejsze niż złoto, powtarzają wszystkie baśnie. A pomimo to nadal więcej ludzi chce zdobywać pieniądze niż nauczyć się szczęścia.

– Znam takich, którzy zapewnili sobie piękne, ciepłe domy, są zdrowi i nadal nie czują się szczęśliwi – dodaje psycholożka. – Będąc na ich miejscu, non stop byłabym jedną wielką ekstazą, dlaczego więc oni cierpią? Bo nie umieją się cieszyć życiem. Śpiąc w luksusowym łóżku, nie czują jego miękkości. Mają wielkie okna, a nie dostrzegają światła, które przez nie wpływa. Uczę bycia w zachwycie, bo jest o wiele ważniejsze od dostatku. Istotne także, żeby cieszyć się tym, co kupimy za pieniądze. To poczucie szczęścia kreuje dobre zarobki, a nie odwrotnie.

Jest jeszcze jeden powód, dlaczego warto pielęgnować tę umiejętność. Będzie nam lepiej ze sobą żyć. W zachwycie otwieramy się na piękno i moc wszechświata, dostrajamy do jego pozytywnej energii – a ona nas karmi, wzmacnia. To działa też na głębszych poziomach – umysł uczy się wrażliwości na piękno i łatwiej mu je potem dostrzegać. Zaczyna więc zauważać je częściej, nawet w małych rzeczach. – Wyrabia się nawyk, który ułatwia skupienie się na tym, co dobre i piękne – stwierdza Bogusława M. Andrzejewska. – Odkrywam tę magiczną siłę od lat i sama po sobie widzę, że to działa. Zawsze znajdzie się coś do pokochania, świat jest przecież tak niewiarygodnie piękny!

Przewodnicy duchowi, nauczyciele rozwoju pytają: „Po czyjej stronie jest odpowiedzialność za to, aby żyć dobrze lub bardzo dobrze?”. I podpowiadają: „Bądź zmianą, której pragniesz”. Patrzenie na życie z zachwytem wymaga zaangażowania. Ale nie wymaga specjalnych przygotowań. Zacząć można w każdym momencie. To kwestia decyzji. Kolekcjonuj chwile, zachwycaj się nimi, a zobaczysz, że powodów do zachwytu będzie coraz więcej! Albert Einstein powiedział kiedyś: „Są tylko dwa sposoby przejścia przez życie. Jeden, jakby nic nie było cudem, i drugi, jakby wszystko nim było”. Ty wybierasz.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Psychologia

Męska radość. Czym dla mężczyzn jest szczęście?

Umiejętność cieszenia się i świętowania - to nawyk, który można wypracować. (fot. iStock)
Umiejętność cieszenia się i świętowania - to nawyk, który można wypracować. (fot. iStock)
Po raz pierwszy udało nam się ugotować jakąś potrawę, coś naprawić, kupić. Przeszliśmy przez sezon zimowy w zdrowiu. Cieszmy się tym! – mówi Benedykt Peczko, psychoterapeuta.

Drobne zwycięstwa, miłe chwile, rocznice, wspomnienia… Życie domaga się świętowania. To się mężczyznom w głowie nie mieści.

„Będę się cieszył jak głupi?” „Z powodu jakichś dupereli?” – mężczyźni przyzwyczaili się, że oczekuje się od nich nadzwyczajnych rzeczy, osiągnięć. Są wobec siebie bardzo wymagający. Mogą świętować awans albo zarobiony milion, dokonanie odkrycia w nauce, zdobycie pucharu w sporcie, złowienie naprawdę potężnego suma… Potrzebny jest jakiś rzeczywisty powód. No i żyją w permanentnym napięciu i stresie, ze ściśniętym sercem walczą o byt, a świętowanie to przecież odprężenie, przyjemność, zanurzenie się w radości, w tej chwili, która trwa. Trudno czuć napięcie i świętować.

A jednak mentorzy namawiają do świętowania. Doktor Rick Hanson, neuropsycholog, mówił, że bez ćwiczenia się w radości, docenianiu i wdzięczności skazujemy nasz mózg na kurczenie się i stagnację. Świętowanie jest wyzwaniem ewolucyjnym. Hanson mówi i pisze o „zanurzaniu się w dobru” lub „nasycaniu się dobrem”. To jest rozwijanie w sobie postawy wobec życia, wobec siebie i wobec innych. Gdy robimy to konsekwentnie, rozwijamy swój „szczęśliwy mózg”. To bardzo atrakcyjny cel.

Kłopot w tym, że na razie nasz mózg jest – jak pisze Hanson – rzepem na złe wiadomości, a teflonem na dobre. Wystarczy kilka sekund, aby zła wiadomość przeszła do pamięci długotrwałej i aż 30 sekund, żeby utrwaliła się dobra informacja. To jest spuścizna ewolucyjna związana z przetrwaniem. Nasz mózg, a konkretnie ciało migdałowate, ma tendencje do wychwytywania wszelkich zagrożeń, ponieważ nasi przodkowie musieli szybko i dobrze zapamiętać to, czego unikać, aby przetrwać. Nasza ewolucja cywilizacyjna i kulturowa dokonała się w tempie szybszym niż rozwój naszych mózgów.

Na poziomie fizjologicznym i psychologicznym pozostaliśmy w jaskiniach. To, co proponuje Hanson, jest metodą nasycania mózgu, ale też całego organizmu, ciała, biologii tym, co dobre. Właśnie tak się dzieje, gdy świętujemy; nasycamy się przyjemnością i odprężeniem. Ważne, abyśmy ćwiczyli się w świętowaniu drobnych rzeczy, nabrali odruchu i nawyku zwracania uwagi na to, co pozytywne. Im łatwiej i częściej zanurzamy się w radości, tym bardziej rozwijamy neuroplastyczność mózgu, czyli zdolność do tworzenia nowych połączeń między komórkami nerwowymi. Świętując, dosłownie tworzymy nowe neurony. Mózg staje się coraz szczęśliwszy. Zdolność neuroplastyczności zachowujemy do końca życia. Stale więc jesteśmy twórcami naszych szczęśliwych mózgów.

Z czego więc mężczyzna może się ucieszyć? Możemy świętować, bo po raz pierwszy udało nam się ugotować jakąś potrawę. Udało się coś naprawić, kupić. Przeszliśmy przez sezon zimowy w zdrowiu. A nawet, jeżeli zachorowaliśmy, to wyzdrowieliśmy.

Siły życia znowu zwyciężyły. Jeśli myślimy w taki sposób, zdarzenia nabierają nowego znaczenia, a my utrwalamy nawyk dostrzegania tego, co pozytywne. Praktyka czyni mistrza; za chwilę w sposób naturalny i spontaniczny zaczniemy widzieć coraz więcej dobra i się nim cieszyć. Właściwie wszystko może być powodem do świętowania. Miałem klienta, który postawił sobie cel – zarobić 200 tysięcy dolarów. Stracił pracę i celu nie osiągnął. Był zdruzgotany: „przegrałem!”. A przecież w tym czasie miał kochające go osoby, udany związek z kobietą, świetne dzieci. Miał co świętować także w sensie materialnym – dom, samochód.

Dzieci kochają wspólne z rodzicami świętowanie. Możemy świętować w rodzinie to, co wydarzyło się w pracy, w szkole, między nami. Dobrze jest znaleźć przestrzeń do rodzinnego świętowania – jakiś miły kącik w domu, pokój. To miejsce z czasem staje się pozytywną kotwicą. Wystarczy, że się tu znajdziemy, i już odczuwamy przyjemność i radość.

Od czego zacząć budowanie nawyku świętowania? Zapisujmy to, z czego jesteśmy zadowoleni; zdarzenia, osiągnięcia. Nienotowane umykają, ponieważ w międzyczasie napływa wiele różnych tematów, które wypierają z naszej świadomości te znacznie bardziej subtelne, delikatne. Do zapisków zawsze możemy powrócić. Przez tydzień całkiem sporo może się tego uzbierać. Teraz podzielmy się z bliskimi tym, co chcemy uświęcić, świadomie zanurzając się w radości i przyjemności. Odczuwanie jest tu kluczowe. Mówiąc, odczuwając, skupiamy uwagę – jeśli zrobimy to przez co najmniej pół minuty, wewnętrzny stan radości utrwali się; zostaną zbudowane nowe połączenia neurologiczne w mózgu. To jest kształtowanie postawy i jakości życia.

Można też świętować w samotności. Gdy jednak jesteśmy z bliskimi, energia staje się o wiele mocniejsza, spotęgowana wspólną radością. Łączymy serca i umysły, a wtedy przyjemne drobiazgi nabierają większych rozmiarów; nawyk świętowania szybciej się utrwala.

Odcinek dokumentalnej serii „Droga na skraju nieba” o mieszkańcach Himalajów otwiera na celebrowanie życia. Przez kilkanaście dni, narażając życie, mężczyźni wędrują przez Himalaje z setką objuczonych workami z solą zwierząt – jaków. Wreszcie docierają do odbiorców soli, mieszkańców innych himalajskich wiosek. Wymieniają sól na herbatę, fasolę, ziemniaki. To, co w tym filmie najbardziej poruszające, to sposób, w jaki ci ludzie traktują siebie nawzajem: serdecznie się witają, cieszą się ze spotkania, śpiewają przy ognisku, ucztują, opowiadają o podróży, uśmiechnięci, odprężeni. Żegnają się i wiedzą, że za rok, gdy dobrze pójdzie, spotkają się znów, więc posyłają sobie dobre życzenia, żeby się spotkać i znów poświętować. Tak, sposób, w jaki celebrują życie, istnienie, może odmienić nasze postrzeganie biedy i bogactwa.

Nam, mieszkańcom Zachodu, trudno sobie nawet wyobrazić, w jakim materialnym ubóstwie żyją ci ludzie. A przecież patrzymy na nich z zachwytem. Czym jest świętowanie? Zatrzymaniem się. Bez zmartwień, planów, bez myślenia o tym, co zrobimy, żeby sobie poradzić, przetrwać. Zatrzymujemy się i doceniamy właśnie tę chwilę – że jesteśmy razem, że coś się udało, że rozmawiamy o tym.

Świętujemy ludzi. Z jaką intencją przychodzimy do kogoś? Czy myślimy o tym, żeby mieć przyjemny wieczór i relaks – pogadamy, pośmiejemy się, coś obejrzymy. Czy to dla nas jedynie miła forma spędzenia czasu, czy raczej chcemy uświęcić tę osobę, naszą znajomość, więź, kontakt, przyjaźń, to, co wzajemnie sobie dajemy, kim dla siebie jesteśmy; jak nasza relacja nas rozwija, wpływa na wybory, postawy, przeżywanie życia. A przy okazji, oczywiście, mile spędzamy czas.

Znam młodego mężczyznę, który co kilka dni przynosi swojej żonie kwiaty. Te kwiaty to niewerbalny wyraz pamięci, uwagi, adoracji, potwierdzenia – tak, moje uczucia trwają. Moglibyśmy powiedzieć, że ta para codziennie ćwiczy ciało migdałowate w mózgu. Tworzy się nawyk widzenia, odczuwania i wzmacniania miłości w ich małżeństwie. Jeden z moich klientów, 40-latek, uczył się widzieć i wyrażać dobre rzeczy w stosunku do kobiet. Zaczął od koleżanek w pracy, w rodzinie. To radykalnie zmieniło jakość jego życia. Wreszcie związał się z dziewczyną, którą pokochał.

Taki jest też sens świętowania kolejnych rocznic poznania się, ślubu, urodzin dzieci – odświeżamy związek i uczucia. Powracamy do chwil składających się na historię naszej relacji. Przywołujemy najpiękniejsze wspomnienia. Pojawia się radość, wdzięczność. W ten sposób związek jest nieustannie ożywiany.

Jest jeszcze jeden rodzaj świętowania – tak zwanych porażek. Wyobraźmy sobie: mężczyzna traci pracę, a rodzina urządza z tego powodu święto… Dlaczego nie? Możemy rodzinnie świętować przepracowane w firmie lata: to wszystko, co się wydarzyło, dokonało, co było ważne dla nas i dla rodziny. Możemy świętować też następną pracę, której jeszcze nie znamy. I okazję do czegoś, czego być może na razie nie rozumiemy. Tak naprawdę świętujemy tu siły życia, które zapraszają w nowe miejsca, dają szansę na nowe doświadczenia. I co najważniejsze: świętujemy naszą otwartość i zaufanie.

Przyjemności na zdrowie. Kiedy odnajdujemy w życiu przyjemność, to nie znaczy, że wypieramy rzeczy, które są trudne lub bolesne. Otwieramy się po prostu na te wspaniałości, które już nas otaczają, a następnie się w nich zanurzamy, pławimy i nimi rozkoszujemy. Nie szczędźmy na to czasu! Pozwólmy im wypełnić ciało i umysł. Niech przyjemność przesiąknie nas na wskroś. Zwróćmy uwagę na wszelki opór wobec świetnego samopoczucia, na myśli, że to głupie czy złe; spróbujmy odpuścić te myśli. W ten sposób aktywujemy, uspokajamy i koimy przywspółczulną część autonomicznego układu nerwowego oraz wyciszamy część współczulną odpowiedzialną za reakcję walcz – uciekaj i jej hormony stresu. Poprawiamy swój nastrój, koimy lęki. Zanurzanie się w przyjemności niesie także korzyści zdrowotne: wzmacnia układ odpornościowy, poprawia trawienie i równoważy hormony.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Piękno na co dzień

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Świat cały czas rozbrzmiewa dźwiękami, emanuje barwami i widokami, które mogłyby wprawić w błogi stan istnienia, gdybyśmy tylko pozwolili sobie na zatrzymanie zamiast ciągłego działania. Gdybyśmy zdecydowali się na bycie i odczuwanie tak po prostu, bez oceniania i kategoryzowania emocji, które blokują zmysły. Piękno podziwiamy, ale też tworzymy. I można się tego nauczyć.

W czasach, w których przyszło nam żyć, coraz częściej zadajemy sobie zasadnicze pytania o to, jak nasze życie ma wyglądać. Co jest ważne, a co nie? Na czym polega prawdziwe szczęście? Jak żyć w zgodzie z tym, co nas otacza? Jak sobie radzić z codziennością, by nie zaprzepaścić szansy na pełne życie i nie ulec pokusie szaleńczego pędu, do którego zachęca współczesny świat? Wszystkie te pytania pozwalają szerzej otworzyć umysł i zobaczyć to, co rzeczywiście dzieje się wokół nas. Pozwalają zdać sobie sprawę z tego, że piękne życie wymaga osobistego zaangażowania i odpowiedzialności. Warto tworzyć piękne rzeczy, ale warto je także podziwiać. I jedno, i drugie jest niezmiernie ważne.

W zachwycie

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, dreszcz… Ale też tysiące momentów, które czekają, abyśmy zwrócili na nie uwagę. Jednak zwykle jesteśmy ślepi, zabiegani, nieobecni, zagłębieni w świecie myśli. Żyjemy nawykowo i beznamiętnie, goniąc za kolejną chwilą, która ma przynieść więcej radości. Każdego dnia pokładamy nadzieje w przyszłości, nie zdając sobie sprawy, że prawdziwe piękno, do którego mamy dostęp cały czas, zawiera się w chwili obecnej.

Przypomnij sobie momenty, kiedy byłaś pełna energii, kiedy doświadczałaś w życiu harmonii, spokoju, pełnego relaksu lub radości, kiedy czułaś się wyjątkowo – w takich chwilach można dostrzec piękno w prawie każdej rzeczy, która nas otacza, czujemy się lekko, barwy wokół są żywsze, jasne, promienne, ludzie wydają się lepsi.

Jednak utrzymanie takiego stanu umysłu wymaga wewnętrznej pracy – zanim będziemy mogli osiągnąć tę wyjątkową otwartość zmysłów, musimy przebudzić się wewnętrznie, zmienić nawyk ciągłego działania w pełniejsze bycie.

Aby taką zdolność rozwinąć, należy znaleźć obiekt zachwytu i piękna w swoim otoczeniu. Zjednoczyć się z tym pięknem. Zobaczyć, że ono emanuje miłością. Poczuć miłość do tego obiektu, do świata, który nas otacza, do siebie. Jeśli nie masz takiego obiektu w pobliżu siebie, w zasięgu wzroku – przywołaj piękne wspomnienie i przyciągnij do siebie uczucie miłości, zachwytu. Napełniaj się nim, zwiększaj w sobie odczuwanie harmonii. W ten sposób budzi się nowa świadomość, twoje komórki zapamiętają to uczucie, a ono otwiera cię na nowe doznania, które nie mają granic, na nowe doświadczanie siebie i świata jako pięknego dzieła bez podziałów na piękno i brzydotę, na dobro i zło.

Ćwiczenie na dostrzeganie piękna

Proponuję zabawę w nicnierobienie. Chodzi o to, by naturalny stan bycia uruchomił proces budzenia się zmysłów. Niech wszystko wydarza się po prostu, nie manipuluj i nie steruj tym, co ci się przydarza. Nie rozmawiaj na ten temat z przyjaciółmi. Po prostu bądź. Pozwól sobie czuć, smakować, chłonąć chwilę. W momencie, kiedy zaczynasz o tym mówić, kiedy próbujesz analizować, wchodzisz do umysłu. Kiedy zaczynasz porównywać to z innym doświadczeniem albo zastanawiać się nad sensem – przestajesz czuć. Nicnierobienie jest bramą do pogłębionego odczuwania, do rozbudzenia wrażliwości wszystkich zmysłów.

Spróbuj chociaż przez pięć minut dziennie skupić się na teraźniejszości. Oddychaj świadomie, rozluźniając ciało oraz patrząc na otaczający świat z przestrzeni serca, bez oceniania. Zobaczysz wówczas mnóstwo niesamowitych rzeczy, szczegółów, sytuacji, których normalnie nie jesteś w stanie dostrzec. To właśnie jest niezwykłość wynikająca ze skupienia na chwili obecnej. Człowiek uważny dostrzega to, czego nie dostrzegają zabiegani ludzie, widzi wspaniałość życia, jego magię.

Kiedy rozwibrujesz zmysły dostatecznie mocno, powoli zniwelujesz podświadomy pęd za posiadaniem kolejnej nowszej, modniejszej, bardziej udoskonalonej rzeczy. Zaczniesz wreszcie odczuwać radość z powodu samego istnienia, bycia, a relacje z innymi ludźmi staną się celebracją chwili. Zablokowana energia zacznie płynąć, rozpuszczając napięcie w ciele, wprowadzi cię w doświadczanie piękna i harmonii, którymi jesteśmy my sami.

  1. Styl Życia

Życie w rytmie slow - szczęście, kontakt z naturą i prawo do leżenia na kanapie

By osiągnąć szczęście w rytmie slow warto postawić na kontakt z naturą i zarządzanie własnym czasem. (Fot. iStock)
By osiągnąć szczęście w rytmie slow warto postawić na kontakt z naturą i zarządzanie własnym czasem. (Fot. iStock)
Rozwój technologii miał sprawić, że będziemy pracować mniej, a wolny czas poświęcać sobie i bliskim… Co się nie udało technologii, może uda się nam – we współpracy z naturą.

Miałem szczęśliwe dzieciństwo, dużo podróżowałem po świecie, a teraz zajmuję się robieniem filmów dokumentalnych. Mam fajną dziewczynę, cudownego syna Antona... moje życie wydaje się wspaniałe. Teoretycznie. Bo dręczy mnie olbrzymi problem – nie mam czasu. Nigdy nie miałem go wystarczająco dużo. I ciągle jestem w pośpiechu. Muszę znaleźć powód, dla którego tracę oddech od tego biegu – to wyznanie Floriana Opitza jest preludium do jego filmu dokumentalnego o pośpiechu, w jakim żyjemy, i potrzebie zwolnienia – „Szybkość – w poszukiwaniu straconego czasu”. Bo miliony ludzi żyją podobnie jak on – w ciągłym biegu.

Choroba niedoczasu

Przez ostatnie sto lat tempo życia mieszkańców Ziemi wzrosło dwukrotnie. Mamy fast date, fast food, fast life. Wydawcy proponują zapracowanym rodzicom zestawy bajek Andersena, z których każda została tak okrojona, że przeczytanie jej dziecku na dobranoc zajmuje... jedną minutę. – Nasza miłość do szybkości i obsesja, by ciągle robić więcej i więcej w coraz krótszym czasie, zaszła za daleko. Stała się uzależnieniem – w książce „Pochwała powolności” komentuje obecną rzeczywistość Carl Honoré, jeden z twórców ruchu Slow. Aż trudno uwierzyć, że 200 lat temu, gdy stworzono kolej, uczeni przestrzegali, że ludzkie ciało nie wytrzyma szybkości większej niż 30 km/h. To obłędne przekonanie, że trzeba pędzić szybciej, by nadążyć za uciekającym czasem, amerykański lekarz Larry Dossey nazwał „chorobą niedoczasu”.

Dlaczego tak się spieszymy? Przecież dzięki nowym technologiom oszczędzamy masę czasu, jak nigdy wcześniej. Nigdy w przeszłości nie pracowaliśmy bardziej wydajnie. Na początku tego millenium praca w Stanach Zjednoczonych stała się dwukrotnie bardziej produktywna niż w latach 60., a mimo tego Amerykanie spędzali w biurach o ponad 8 godzin więcej niż w czasach Dzieci Kwiatów. Rozwój technologii, który miał pomóc oszczędzić czas na rodzinę czy własne pasje, raczej nam go odebrał. – Rok temu dostawałem dziennie średnio 60 e-maili, sam pisałem drugie tyle. I to była niekończąca się powódź – na większość przecież odpowiadałem albo dostawałem odpowiedź, co powodowało kolejną partię e-maili – opowiada Alex Rühle, redaktor jednej z największych niemieckich gazet, „Süddeutsche Zeitung”. Sytuacja pogorszyła się, gdy dostał smartfona – nawet na chwilę nie mógł się oderwać od e-maili i portali społecznościowych. Uzależnił się. Na spotkaniach z przyjaciółmi wychodził do łazienki, by sprawdzić, czy ktoś czegoś nie napisał. – A większość informacji, które dostawałem, było nieistotnych – zaznacza. Dlatego zdecydował się na drastyczny krok: półroczny „detoks informatyczny”. Całkowite odcięcie od poczty, Internetu, komórki. Teraz chwali sobie ten odwyk. Znikła potrzeba notorycznego sprawdzania e-maili. To wyzwoliło go od presji bycia na bieżąco i dało więcej wolnego czasu.

Do podobnych wniosków, tylko znacznie wcześniej, bo już w lutym 2008 roku, doszedł Luis Suarez, dyrektor w IBM. Zapowiedział współpracownikom, że nie będzie odpowiadał na ich e-maile i wszelką korespondencję służbową przeniósł do serwisów społecznościowych. Dzięki temu już nie otrzymuje po kilkaset wiadomości tygodniowo, a jedynie kilka dziennie. Sprawdzanie poczty zajmuje mu zaledwie dwie minuty, więc znalazł czas na inne zajęcia i aktywności, dzięki którym na przykład schudł 25 kilogramów. Za jego przykładem już wiele firm w USA zabroniło swoim pracownikom używania e-maili w korespondencji wewnętrznej. Masz coś ważnego do przekazania współpracownikowi? Zadzwoń, przejdź się do niego albo napisz SMS-a. Oszczędzisz czas.

Błędne koło przyspieszania

– Maszyny pracują 24 godziny na dobę, Internet także. Wszystko jest dostępne „od ręki”, dlatego ciągle mamy coś do zrobienia – tak prof. Karl-Heinz Geissler, filozof, tłumaczy nasz pośpiech. Trochę inaczej widzi to dr Antonella Mei-Pochtler, konsultantka biznesowa, jedna z 20 najlepszych na świecie, zwana „ackeleratorem” – doradza firmom, jak zwiększać ich obroty. – Cały świat biznesu rywalizuje ze sobą, dlatego ciągle zwiększamy prędkość. Bycie szybszym daje przewagę – tłumaczy. A w rozwoju technologii nie ma ograniczeń prędkości.

Najlepiej widać to w dziedzinie finansów. Agencje, które dostarczają newsy gospodarcze bankom, funduszom i inwestorom, rywalizują między sobą nie na godziny czy minuty, ale na sekundy. W kupowaniu akcji i obligacji ludzi już dawno zastąpiły superkomputery, które potrafią wykonać nawet kilkaset operacji w ciągu... sekundy! Im szybciej, tym większy zysk. Innowacje technologiczne napędzają zmiany społeczne, a to z kolei wpływa na ludzi – uważamy, że trzeba biec, by nadążyć za innymi, szukamy rozwiązań, które jeszcze przyspieszą nasze życie. I błędne koło się nakręca.

Douglas Tompkins, biznesmen, któremu udało się zbić fortunę na wykreowaniu marek The North Face i Esprit, obecnie za cel życia postawił sobie przekonanie ludzi do powrotu do natury zwolnienia, racjonalnego dzielenia czasu na pracę i odpoczynek. Od 20 lat wykupuje kolejne działki na terenie Patagonii w Chile, które zamienia na rezerwat – Pumalin Park. Planują z żoną przekształcić go na park narodowy i przekazać państwu. W ten sposób spory kawałek Ziemi „zmniejszy prędkość”, a dzika przyroda ochroni się przed korporacjami, które chciałyby czerpać z niej surowce. – Życie na najwyższych obrotach, w stałym przyspieszeniu, to droga donikąd. My chcemy zredukować prędkość tego pociągu, wrócić do relacji człowieka z naturą – tłumaczy Tompkins. W przyszłości, gdy już powstanie park, planuje ograniczyć na jego terenie korzystanie z dóbr współczesnego świata – buldożery przestaną budować drogi, pracownicy pozbędą się elektroniki. – Produkcja wszelkiego rodzaju sprzętu nadmiernie eksploatuje naturę. Komputery to broń masowego rażenia – niszczą ekosferę, przyspieszając aktywność gospodarczą – twierdzi Tompkins.

Na potwierdzenie swoich słów prowadzi w Patagonii kilka slow farm, czyli gospodarstw ekologicznych, na których nie używa się maszyn ani elektroniki. A mimo to przynoszą dochód.

Szczęście Narodowe Brutto

Bhutan to malutki kraj w Himalajach, do niedawna zupełnie odcięty od reszty świata. Przez wieki można było się do niego dostać tylko pieszo albo na mule – nie istniały tu lotniska, drogi ani koleje. Nawet dziś, gdy komunikacja uczyniła go bardziej dostępnym dla turystów, jest oazą spokoju. To jedyny kraj na świecie, w którym dobrobyt ludzi – Szczęście Narodowe Brutto – jest oficjalnym celem polityki. Tak nazywa się też najważniejsze ministerstwo w Bhutanie. – Szczęście Narodowe Brutto oznacza podejście do rozwoju, w którym czas to życie, a pieniądze to... brak czasu – tłumaczy Karma Tshiteem, minister w tejże instytucji. Dokładnie odwrotnie niż w kapitalizmie, gdzie czas to pieniądz. Tshiteem tłumaczy, że na Zachodzie żyjemy szybciej i pracujemy dłużej, głównie po to, by napędzać rozwój ekonomii. – Dzieje się to bez uwzględniania innych aspektów życia – zaznacza Tshiteem. I to jest nasz błąd.

Jego ministerstwo ma znaleźć taki kierunek rozwoju ekonomicznego kraju, by jego tempo było komfortowe dla Bhutańczyków. – Dlatego mamy znacznie lepsze warunki życia – twierdzi minister. I są na to dowody. Bhutan jako jeden z najuboższych krajów na świecie jest na 13. miejscu w tzw. rankingu szczęścia mieszkańców. To jedyny kraj z tak niskim PKB, który jest w pierwszej dwudziestce krajów z najszczęśliwszymi obywatelami. Na czym polega sekret szczęścia Bhutańczyków? – Jedną z dróg do niego jest tak zarządzać swoim czasem, by robić tylko te rzeczy, które są istotne – tłumaczy dr Dasho Karma Ura, bhutański intelektualista. Drugi z filarów to życie w symbiozie z przyrodą. Aż 20 proc. powierzchni Bhutanu stanowią parki narodowe (to wymóg konstytucji), a lasy zajmują aż 2/3 kraju. W miejsce każdego ściętego drzewa Bhutańczycy sadzą dwa. Kolejnym filarem jest dbanie o tradycje narodowe – to one są korzeniami narodu. Wszystko to uzupełnia darmowy dostęp do edukacji i opieki zdrowotnej, a także taka polityka gospodarcza, w której pracę w pierwszej kolejności dostają bezrobotni, a tym, którzy chcieliby zostać rolnikami, państwo daje ziemię za darmo.

Co możesz zrobić dla siebie

Zamiast czekać na to, aż politycy zmienią konstytucję tak, by gwarantowała prawo do szczęścia, lepiej samemu o nie zadbać. Jak? Wziąć przykład z Bhutańczyków – postawić na kontakt z naturą i zarządzanie własnym czasem. Po co zapisywać się na kolejne studia, jeśli rodzina narzeka, że prawie jej nie widujemy? Nie lepiej znaleźć nowe hobby, które można dzielić z bliskimi, w dodatku na łonie natury, np. biegi na orientację? I najważniejsze: nie zapychać grafika zadaniami od góry do dołu, dać sobie też prawo do bezproduktywnego, ale jakże przyjemnego, leżenia na kanapie.

  1. Psychologia

Fascynacja - wstęp do miłości. Czym właściwie jest?

W przypadku fascynacji w mózgu zaczynają się wydzielać te same substancje, które pojawiają się, gdy kogoś pożądamy. (Fot. iStock)
W przypadku fascynacji w mózgu zaczynają się wydzielać te same substancje, które pojawiają się, gdy kogoś pożądamy. (Fot. iStock)
Czym właściwie jest fascynacja? Emocją? Stanem ducha? Zjawiskiem? Zapewne wszystkim po trochu. Jej istotę zgrabnie uchwyciła pisarka Susan Sontag, określając ją „przeciwieństwem nudy”.

Fascynacja nie jest prostą emocją. Składa się z wielu komponentów, które się ze sobą mieszają i zmieniają swoje natężenie. Jakie to składniki? Na przykład radość, podniecenie, chęć poznania, ciekawość, zauroczenie, upojenie. Kiedy coś nas fascynuje, poświęcamy temu uwagę, myśli, czas. Chcemy, by wypełniało nasz świat. Gdy fascynacja jest gwałtowna, pojawia się nienaturalna ekscytacja i pewien rodzaj emocjonalnej nadwrażliwości. Jeśli obiektem fascynacji jest osoba, interesuje nas wszystko, co jej dotyczy – sposób, w jaki mówi, porusza się, jak zakłada nogę na nogę.

W przypadku wielkiej fascynacji w mózgu zaczynają się wydzielać te same substancje, które pojawiają się, gdy kogoś pożądamy.

To, co pozornie inne

Fascynacja sprawia, że zaczynamy się interesować drugą osobą, jest wstępem do zakochania. Poznajemy kogoś, kto nas intryguje i zadajemy sobie pytanie: „Co on w sobie ma, że nie możemy przestać o nim myśleć?”. Zwykle jest to odwrotność tego, co sami reprezentujemy, bo najbardziej fascynuje to, co inne, nowe, obce. Nieznane może nawet lekko niepokoić, ale wciąż (a może nawet tym bardziej) pociąga.

Ktoś kiedyś powiedział, że powód, dla którego zaczynamy być z jakąś osobą, często staje się przyczyną, dla którego po jakimś czasie się z nią rozstajemy. Tak może być, gdy związek zaczyna się od fascynacji odmiennością. Wyobraźmy sobie na przykład mężczyznę – urodzonego pesymistę, lekko gnuśnego, flegmatycznego. Któregoś dnia spotyka kobietę – wesołą, potrafiącą cieszyć się każdą chwilą. Jej umiejętność czerpania radości z niczego fascynuje go, bo sam chciałby taką posiadać. Będzie więc dążyć do kontaktu, by być bliżej jej wspaniałych właściwości. Wyobraźmy sobie dalej, że obydwoje rzeczywiście się do siebie zbliżą, zakochają i zaczną wspólne życie. Mijają jednak, powiedzmy, dwa lata i nasz ponurak nie jest nagle w stanie znieść swojej drugiej połówki. Ona coraz częściej słyszy: „No nie, kolejny spacer? Po co ty tyle jeździsz na rowerze? Jak to, znów idziemy do kina?!”. W końcu albo się rozstaną (zmęczeni innością partnera często wybieramy właśnie taki wariant), albo przetrwają, ale tylko jeśli jemu udzieli się energia partnerki. Bywa bowiem i tak, że czyjaś radość życia może być dla nas tak ożywcza i zaraźliwa, że będziemy korzystać z niej jak ze swego rodzaju różowych okularów, przez które świat będzie wyglądać zupełnie inaczej.

Zdarza się też, że fascynuje nas w drugiej osobie coś pozornie odmiennego, ale na głębszym emocjonalnym planie pokrewnego, tylko do tej pory nieodkrytego. Wtedy związek ma jeszcze większe szanse na przetrwanie.

Wypełnić deficyt

Przyciągają nas i fascynują nie tylko przeciwieństwa. Zapytani, co powinien mieć w sobie ktoś, by się nam spodobać, odpowiadamy: to coś. I choć pewnie każda z przypadkowych 100 osób owo „coś” zdefiniowałaby na swój sposób, to w pewnych punktach wszyscy byliby zgodni. To, co nas łączy, to m.in. potrzeba miłości, bliskości, bezpieczeństwa, bycia akceptowanym i samorealizacji. Oprócz tego mamy też pewne niezaspokojone, bywa, że głęboko ukryte, potrzeby emocjonalne i naszą fascynację wzbudzają osoby, które mogą – według nas – je zaspokoić, wypełnić nasz deficyt. Zwykle jednak ulegamy złudzeniu. Najczęściej tylko tak się wydaje, że obiekt naszej fascynacji może nam dać to, czego potrzebujemy. Innymi słowy, dokonujemy na niego projekcji własnych oczekiwań i wyobrażeń. Nasza tęsknota za spełnieniem jest tak wielka, że na początku widzimy u partnera cechy, których nie posiada. Niestety, po gwałtownej fascynacji przychodzi zwykle rozczarowanie.

Podobny do ojca

Każdy nosi w sobie pewne archetypy. Dlatego fascynuje nas ktoś określony przez taki wewnętrzny wzorzec, nawet jeśli zupełnie nie jest w naszym typie. Pierwszym mężczyzną w życiu każdej kobiety, tym, który kładzie podwaliny pod powstanie tego archetypu, jest jej ojciec. I niezależnie od tego, jak się sprawdził w tej roli, staje się także jej pierwszą miłością. A za nią podążamy stale w naszym dorosłym życiu. Nawet jeśli ojciec nie był dla nas dobry. Wtedy naszą fascynację mogą budzić osoby, które niosą ze sobą pierwiastek uczuciowego zagrożenia – zadadzą nam ból czy skrzywdzą. Poczujemy więc coś, czego już kiedyś doświadczyliśmy w emocjonalnym związku i teraz podświadomie kojarzymy to jako jego podstawę. Niektóre kobiety wybierają na partnerów tzw. drani. To znaczy, że jakiś drań funkcjonował już kiedyś w ich życiu, tylko w innej roli.

Jak ćmy do świecy

To, jak szybko rodzi się w nas fascynacja i jak długo trwa, zależy w głównej mierze od wieku. Płomień zachwytu w duszy młodej, jeszcze niedojrzałej emocjonalnie osoby, może być pozbawionym kontroli pędem w jakimś kierunku. Młody, rozgorączkowany człowiek, który ze swej natury jest istotą poszukującą, eksperymentującą, chce jak najszybciej wskoczyć w to, co go fascynuje – nawet, gdyby miał się spalić. Nie podejmuje racjonalnych decyzji, bo jego fascynacja nie podlega kontroli rozumu. Czasem bywa to groźne w skutkach. Przykładem jest młodzieńcze zainteresowanie różnego rodzaju sektami.

Ktoś starszy i emocjonalnie dojrzalszy zapala się wolniej. Jego fascynacji jest bliżej do ciekawości, zainteresowania i chęci poznania niż emocjonalnego naporu. Dojrzały człowiek mówi: „fascynujące”, kiedy ma na myśli coś, co jest interesujące, bardzo ciekawe, warte poznania. Potrafi również przyjrzeć się swoim emocjom z dystansem, może się czymś fascynować spokojniej i dłużej, bo u niego często przeradza się w hobby.

Z kwiatka na kwiatek

Niektórzy rzadko ulegają fascynacji, nie rezonują ze światem. Inni robią to bez przerwy, często zmieniając jej obiekt. Od czego to zależy? Trochę od temperamentu, a trochę od naszego indywidualnego zapotrzebowania na bodźce. Osobom, które do normalnego funkcjonowania potrzebują ciągłej stymulacji, by czuć, że żyją, niezbędny jest pewien stały poziom ekscytacji. Wszystko jedno, czy skoczą na bungee, czy przejadą się motocyklem z prędkością 200 km/godz. Dla nich ważne jest tylko to, by poziom stresu był wysoki.

Duże zapotrzebowanie na bodźce może też świadczyć o wysokim poziomie wewnętrznego niepokoju. Przeskakiwanie od jednej fascynacji do drugiej jest oznaką emocjonalnej niedojrzałości. Zapalając się raz po raz do nowej rzeczy, usiłujemy nie dopuścić do głosu skrywanych i bolesnych emocji. Ukrywając się za podnieceniem, unikamy konfrontacji z tym, co nas niepokoi. To samo dotyczy osób, które się zakochują, ale nie przechodzą do kolejnej fazy, tylko kończą związek i wpadają w następną, opartą na czystej fascynacji, znajomość. Inaczej musieliby spokojnie przyjrzeć się sobie, drugiemu człowiekowi i temu, co ich łączy. Aby stworzyć z kimś trwały związek, musimy przekraczać swoje granice. O wiele łatwiej, przyjemniej, a dla niektórych bezpieczniej, unikać konfrontacji z szarą rzeczywistością i – skacząc z kwiatka na kwiatek – udawać, że nasze życie jest kolorowe i szczęśliwe. Uwaga, od ciągłego poszukiwania można się jednak uzależnić.

Fascynacja i co dalej?

W każdym związku nadchodzi moment podsumowań. Gdy okazuje się, że ktoś nie jest taki, jak myśleliśmy, możemy powiedzieć: „Nie chcę już z tobą dłużej być”. Możemy też spojrzeć na niego od nowa i powiedzieć: „Chcę zobaczyć, jaki naprawdę jesteś”. Kiedy po pierwszym zauroczeniu pojawia się szczere zaciekawienie, chęć poznania drugiej osoby, tego, co jest dla niej istotne, co lubi, a czego nie – wtedy fascynacja ma szansę przerodzić się w sympatię, przywiązanie i chęć bycia ze sobą. A to prosta droga do miłości.

Jeśli wiemy już, że nasz związek nie przynosi spełnienia, lecz emocjonalny ból i łzy, bądźmy czujni. Kiedy po raz kolejny ulegamy fascynacji jakąś osobą, przyjrzyjmy się dokładniej temu uczuciu, zastanówmy, jakie cechy tej osoby pociągają nas najbardziej. Może czujemy, że nas skrzywdzi i podświadomie do tego dążymy, bo taki wzorzec wynieśliśmy z domu. Jeżeli zdamy sobie z tego sprawę, mamy szansę na przełamanie schematu, który zmusza nas do wchodzenia w nieszczęśliwe związki.

Maria Jurowska psycholog, terapeutka Gestalt.