1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. "Oni" czy "ja"? Czemu przejmujemy się opinią innych?

"Oni" czy "ja"? Czemu przejmujemy się opinią innych?

Ludzie, zwłaszcza ci ważni, którzy dobrze cię znają, potrafią uderzyć w czuły punkt. Bywa, że mają rację, czasami mówią to z troski o ciebie. (fot. iStock)
Ludzie, zwłaszcza ci ważni, którzy dobrze cię znają, potrafią uderzyć w czuły punkt. Bywa, że mają rację, czasami mówią to z troski o ciebie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
To proste: bo żyjemy wśród ludzi. I jedynie w odniesieniu do innych możemy siebie określić. Ale opinie są tylko opiniami. Za każdym razem musisz odnieść je do siebie i spytać: Co ja na to? Ten proces oswaja psycholog Ewa Klepacka-Gryz.

Wyobraź sobie, że właśnie wychodzisz z domu. Ostatnie spojrzenie w lustro i… „Jest OK”, a może: „No nie, tak się nie mogę pokazać”. Dla kogo tak się starasz? Dla siebie? Chyba nie. Nie zastanawiasz się przecież, czy w tym stroju dobrze się czujesz, tylko jak wyglądasz. Bo jak cię widzą, tak cię piszą.

Kto ważniejszy: „oni” czy „ja”?

Z jednej strony żyjemy w czasach kultu pozytywnego egoizmu i narcystycznego indywidualizmu, z drugiej przejmujemy się opinią innych na nasz temat, a o tę drugą nietrudno zwłaszcza w sieci. Mamy w sobie silną potrzebę zachowania i obrony własnej niezależności, odrębności, decyzyjności, a jednak… Ile razy chciałaś coś zrobić, zmienić w życiu, jednak wycofałaś się, być może w ostatniej chwili, bo nie starczyło ci odwagi, żeby skonfrontować się z tym, jak zareagują inni?

Bo choć jesteśmy niepowtarzalni i wyjątkowi jak nasze linie papilarne, to chcemy też czuć się częścią większej całości, pragniemy poparcia, akceptacji i miłości zwłaszcza ludzi, którzy są dla nas ważni. Chcemy być inni, ale też podobni, żyć własnym życiem, lecz wśród innych, a kiedy tak się nie dzieje, czujemy się poza nawiasem; wyobcowani i odrzuceni. Od dzieciństwa przyzwyczajeni do porównywania i oceniania – najpierw w rodzinie, potem w szkole, ciągle się pozycjonujemy: Jak wypadam na tle innych? Jestem lepsza czy gorsza? I nie ma w tym niczego złego, dopóki to, co powiedzą lub nawet pomyślą „oni”, nie staje się ważniejsze od tego, co myśli „ja”.

Twoja własna przestrzeń

Wielu pacjentów trafiających do mojego gabinetu chce pracować nad poczuciem własnej wartości czy niską samooceną. Kiedy dopytuję, o co tak naprawdę chodzi, zwykle okazuje się, że sprawa sprowadza się do tego samego: uzależnienia od opinii innych.

Ilona bardzo liczy się ze zdaniem bliskich i dalszych znajomych na swój temat. Jej scenariusz na życie to zawsze być w zgodzie z innymi. By nikogo nie urazić, nie obrazić, nie zniechęcić do siebie – spotyka się z koleżankami, za którymi nie przepada, bo boi się ich „negatywnego nastawienia do siebie”. Wchodzi we współpracę z osobami, które ją wykorzystują, bo: „jeśli tego nie zrobię, oplotkują mnie na mieście”. Rezygnuje z ważnych dla siebie rzeczy, bo ktoś jej doradził, że tak będzie lepiej. Ignoruje podpowiedzi swojej intuicji, a potem nie może spać kilka nocy z rzędu, bo myśl „Czy dobrze zrobiłam?!” nie pozwala jej zmrużyć oka. Na ostatniej sesji opisała mi, co się z nią dzieje, kiedy staje po stronie „zewnętrznego doradcy”, zdradzając tym samym siebie: – Czuję ogromną, rozżarzoną kulę w okolicach splotu słonecznego, która podchodzi mi do gardła i dusi. W głowie mi szumi, pojawiają się zawroty, oddech przyspiesza, mam wrażenie, że za chwilę zemdleję.

Tego typu doznania są bardzo dotkliwe, ale to dobry znak, że Ilona powoli zaczyna zauważać, jakie są reakcje jej organizmu, kiedy robi coś wbrew sobie. Wszyscy dokonujemy wyboru pomiędzy własnym dobrem a dobrem innych. Ale nie wszyscy odczytujemy komunikaty naszego ciała w tej sprawie.

Kiedy na spotkaniach grupy rozwojowej proszę, by uczestniczki narysowały za pomocą symbolu (np. kółka) siebie i bliskich, często okazuje się, że żyjemy jak w matni; kółka, czyli opinie i przekonania na nasz temat, jak pętla zaciskają się wokół naszej szyi.

– Popatrz, jak jest ciasno wokół ciebie, nie masz czym oddychać – mówię. – Co by się stało, gdybyś zbudowała ogrodzenie wokół siebie, tym samym robiąc przestrzeń, w którą nikomu nie wolno ingerować?

Wewnętrzny krytyk

Kiedy pracowałam z osobami uzależnionymi od alkoholu, ich największą bolączką w procesie zdrowienia było: „Co powiedzą inni, gdy przestanę pić?”. – Jak wytłumaczyć, że na wyjeździe służbowym zawsze do schabowego zamawiałem setkę, a teraz tylko schabowy? – spytał mnie Jarek. – Zamów pomidorową – poradziłam. Ostatecznie na służbowym lunchu okazało się, że nikt nie pytał: „Dlaczego nie pijesz?”, nikt się nie dziwił ani nie oceniał. Ten lęk był w głowie pacjenta. Boję się, co inni o mnie pomyślą, a… ludzie zajęci są swoimi problemami. Poza tym opinia innych na nasz temat tylko wtedy ma moc, kiedy tworzymy w sobie przestrzeń na nią i wierzymy w jej prawdziwość.

Zastanów się, kiedy tak się dzieje? Kiedy sama nie jesteś pewna swojej decyzji i szukasz jej potwierdzenia. Gdy czujesz, że robisz źle i chcesz się upewnić. Albo w sytuacji, gdy boisz się wzięcia odpowiedzialności za swoje życie oraz ewentualne porażki i wolisz zdać się na innych. Brawo! To bardzo wygodna sytuacja, kiedy możesz powiedzieć: „To nie ja, to ona tak mi doradziła”.

Zabolało cię, kiedy przyjaciółka powiedziała w towarzystwie: „Ty się w to nie angażuj, bo się zapalisz, a potem jak zwykle wycofasz”? A jak jest naprawdę? Obiecujesz, bo czujesz, że inni tego od ciebie oczekują, a potem nie dotrzymujesz słowa? I jeszcze uważasz, że to inni cię do tego zmusili, a ty nie umiałaś powiedzieć: „nie”?

Ludzie, zwłaszcza ci ważni, którzy dobrze cię znają, potrafią uderzyć w czuły punkt. Bywa, że mają rację, czasami mówią to z troski o ciebie. Innym razem chcą cię dotknąć, zranić, ośmieszyć, może podświadomie odreagowując jakąś emocję, z którą sobie nie radzą, albo mają gorszy dzień. Nie masz na to wpływu, nikogo nie zmienisz. Ale zawsze możesz poczuć, co jest po twojej stronie. Co w tobie dało przestrzeń opiniotwórcy? Jaka część ciebie myśli na swój temat to, co zwerbalizowała osoba wydająca opinię? Twój Wewnętrzny Krytyk? Może to z nim powinnaś się dogadać?

Jak się nie przejmować?

Kompletne lekceważenie opinii innych ludzi na nasz temat to utopia. Nawet outsider, który głosi, że żyje tak, jak mu się podoba, swoją postawą komunikuje: „Patrzcie na mnie i zazdrośćcie”. Ale nadmierne przejmowanie się zdaniem innych jest niebezpieczne. Według socjologów to jedna z plag XXI wieku, która przyczynia się m.in. do depresji i nerwicy. Przesadne martwienie się opiniami na swój temat to jak świadome zamknięcie się w klatce ograniczeń, rezygnacja z własnego potencjału, oddanie swojego życia w ręce innych.

Jak zwykle, najlepiej sprawdza się złoty środek – ustalenie, na jakie twoje decyzje nie mają prawa wpływać inni ludzie, a co do pozostałych: wysłuchanie opinii, przemyślenie ich i skonfrontowanie z własnym zdaniem. Jak zwykle najlepszym doradcą będzie twoje ciało. Załóżmy, że decyzja A jest twoja, decyzja B – to wybór kogoś ważnego. Jakie doznania w ciele czujesz, kiedy wyobrażasz sobie, że wybierzesz A, a jakie gdy zdecydujesz się na B? Ścisk, skurcz – oznaczają sprzeciw; spokój, przyjemność – pewność, że to jest dobra droga.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - czym jest i dlaczego warto je wzmacniać?

Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. (Fot. iStock)
Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Nie chodzi o to, aby być idealnym lub zyskać aprobatę wszystkich dokoła. Adekwatne poczucie własnej wartości polega na zaakceptowaniu siebie takiego, jakim się jest, i zyskaniu wewnętrznego przeświadczenia, że jest się dobrą, godną osobą tylko dlatego, że jest się człowiekiem.

Fragment książki „Poznaj, zaakceptuj i pokochaj siebie”

Poczucie własnej wartości to nasze wyobrażenie o nas samych. Od niego zależy, jak dużą wartość przypisujemy własnemu życiu. W związku z tym kluczami do podniesienia go, są szacunek do samego siebie, przekonanie o swoich zaletach oraz praca nad zdolnością czucia się „dostatecznie dobrze” takimi, jakimi jesteśmy, niezależnie od tego, co się dzieje w naszym życiu.

Wysokie lub niskie poczucie własnej wartości odgrywa zasadniczą rolę w tym, jaką drogę obierzemy w obliczu codziennych wyzwań – sprawia, że czujemy się szczęśliwi i spełnieni lub przybici i bezwartościowi w różnych życiowych sytuacjach. Nienaruszalna wartość każdej osoby to koncepcja dość trudna do pojęcia. Niewykluczone, że nigdy wcześniej poważnie się nad nią nie zastanawiałaś. Może być spójna z twoim systemem przekonań albo wydawać ci się całkowicie obca z powodu wieloletnich zmagań z niskim poczuciem wartości. Zamiast rozważać zasadność tej koncepcji, zachęcam cię, abyś odsunęła na bok wszelkie wątpliwości i kolidujące z nią poglądy, które uniemożliwiają ci przyjęcie do wiadomości, że i ty posiadasz wewnętrzną wartość. Zastanów się, jak podeszłabyś do niemowlęcia, dziecka lub bliskiego przyjaciela. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że z łatwością dostrzegłabyś ich fundamentalną wartość, lecz jeśli masz niską samoocenę, to może być ci trudno uwierzyć, że ty też jesteś wartościowa sama z siebie.

Gdy cechuje nas niskie poczucie własnej wartości, to mamy skłonność do oceniania siebie według surowszych kryteriów niż resztę świata.

Warto przełamać opory i zwyczajnie zaufać, że ty także posiadasz wrodzoną wartość. Kiedy porzucisz wątpliwości, będziesz w stanie pełniej się zaangażować w realizację zalecanych działań i skuteczniej zastosować proponowane narzędzia do budowania poczucia własnej wartości. W miarę jak twoje poczucie wartości będzie się podnosić, dostrzeżesz, jak niewidzialna zasłona, która uniemożliwiała ci uznanie własnej wartości, zacznie powoli się rozsuwać.

Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. Wyobraź sobie, o ile łatwiejsze byłoby życie, gdybyśmy po prostu kochali i akceptowali siebie takimi, jakimi jesteśmy. Wszyscy w taki czy inny sposób skorzystamy na podniesieniu własnej samooceny. Niemniej istnieją pewne szczególne wyzwania, przed którymi stają kobiety usiłujące odnaleźć się w delikatnym procesie budowania fundamentów poczucia własnej wartości. W dalszych częściach przyjrzymy się uważnie niektórym czynnikom wpływającym na kobiecą samoocenę, nauczymy się, jak sobie z nimi radzić i jak przejąć kontrolę nad własnym życiem dzięki pewności siebie i przeświadczeniu o własnej wartości.

Istnieje wiele definicji poczucia własnej wartości i pojęć pokrewnych, lecz ta zaprezentowana poniżej została sformułowana specjalnie w odniesieniu do kobiet. Ważne, abyś podczas pracy z książką miała ją zawsze w pamięci.

Zdrowe poczucie własnej wartości oznacza posiadanie pozytywnego, realistycznego i spójnego obrazu siebie, będącego wyrazem szacunku do własnej osoby, niezachwianej wiary we własną wartość oraz przeświadczenia, że zasługujesz na szczęście i spełnienie mimo niedoskonałości, stereotypów, wyzwań i trudności.

Problemy na tle poczucia własnej wartości bywają trudne do zidentyfikowania, gdyż często idą w parze z innymi zaburzeniami, takimi jak depresja, stany lękowe i nieumiejętność radzenia sobie z gniewem. Niska samoocena może także leżeć u podłoża stosowania substancji psychoaktywnych i uzależnień, a nawet kryć się pod pozorami pewności siebie i szczęścia. (…)

Warto zastanowić się czy źródłem twoich oczywistych życiowych niepowodzeń nie jest przypadkiem głębszy problem w postaci niskiej samooceny?

Niskie mniemanie o sobie może się odbijać na twoim życiu.

Czy potrafisz zidentyfikować jakieś trudności w swoim życiu, które mogą mieć związek z niedostatecznym poczuciem własnej wartości?

Poczucie własnej wartości nie jest stałe. Jego poziom może się zmieniać z biegiem czasu, zależy też od aktualnych doświadczeń, grupy ludzi, z którymi akurat przebywamy, oraz innych okoliczności. Dobrze więc postrzegać je jako kontinuum z niską, negatywną lub niezdrową samooceną na jednym końcu skali i wysoką, pozytywną lub zdrową samooceną na drugim. Naszym celem jest stworzenie podstaw zdrowego poczucia własnej wartości, tak aby było ono spójne, stałe i niezachwiane we wszystkich sferach życia, nawet w trakcie najcięższych życiowych zmagań.

Polecamy książkę "Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie" Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. Stanie się również wsparciem dla każdej kobiety, która czuje się zniechęcona lub ma poczucie niespełnienia w jakiejś sferze życia. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny i mogące przynieść korzyść niemal każdemu, niezależnie od tego, z jakiego rodzaju przeciwnościami się mierzy.

  1. Psychologia

Narażając się na towarzystwo toksycznych ludzi niepotrzebnie cierpimy

Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały. (fot. iStock)
Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Cierpienie uszlachetnia? A co nas nie zabije, to nas wzmocni? Według niektórych — dwie bzdury ubiegłego stulecia. Toksycznych ludzi spotkamy na swej drodze i trzeba sobie z nimi radzić. Także z tym złośliwcem, którego czasem widzisz w lustrze.

W czasach Karola Wielkiego żył mędrzec Hraban Maur, który rozważał celowość istnienia komarów, istot wielce dokuczliwych. Otóż twierdził, że opatrzność stworzyła je, żeby dać nam okazję do ćwiczenia się w pokorze. – Ale oczywiście, gdy któryś z tych darów opatrzności próbował go ukąsić, bez wielkich ceregieli go zabijał – mówi dr Adam Aduszkiewicz, filozof i couch, z którym rozmawiam o zagadnieniu radzenia sobie z ludźmi toksycznymi: podłymi, wrednymi, destruktywnymi. – Jeśli oczekuje pani ode mnie, że powiem, że spotkanie z takimi ludźmi, to dar opatrzności, która ofiaruje nam szansę, by rozwinąć w sobie pokorę, miłość, empatię i tak dalej…, to nic z tego. Tak jak nie pozwalamy, żeby gryzły nas komary, tak nie możemy pozwolić, żeby nas dręczono.

Wyrażony ból

Anna, studentka ekonomii cierpiała od lat na bulimię. Nigdy nie czuła się kochana i akceptowana. W jej domu drwiło się z tego, co dla niej było ważne. Kiedy przyniosła z podwórka gołębia ze złamanym skrzydłem, rodzice wyśmiali ją, a ojciec wyrzucił ptaka na śmietnik. Anna często czuła smutek i rozpacz. Ponieważ nikt nie chciał jej zrozumieć, zdarzało się, że wybuchała złością. Dostała od rodziny etykietkę „ta trudna i z problemami”.

Trafiła na psychoterapię. Po kilku miesiącach leczenia, podczas domowej awantury, Anna wpadła w złość i stłukła lustro. Wielki huk, dużo bałaganu. Wiele osób w takiej sytuacji  w poczuciu winy stara się sprzątnąć dowody swojego „szaleństwa” i jak najszybciej kupić nowe lustro. Anna tego nie zrobiła. Mimo krzyków otoczenia miała odwagę nie sprzątnąć szkła. Przez chwilę przyglądała się roztrzaskanym kawałkom, a potem ułożyła je w mozaikę.

– W tym momencie zaczął się proces jej zdrowienia. Anna zobaczyła siebie z innej perspektywy. Już nie tylko jako rodzinną niszczycielkę-dziwadło. Stanęła po swojej stronie, zrobiła dla siebie to, czego nie zrobili jej bliscy – zaciekawiła się sobą, tym, co czuje i myśli, co spowodowało wybuch destrukcji – mówi psychoterapeutka Aneta Bartnicka-Michalska.

Chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie w dzieciństwie może na coś się przydać. Ale tak nie jest. – Jeśli jako dzieci nie byliśmy kochani, w dobry, akceptujący i wspierający nasz rozwój sposób, w dorosłym życiu nie potrafimy mówić, czego pragniemy i z czym się nie zgadzamy – mówi Aneta Bartnicka-Michalska. – A kiedy nikt z bliskich nas nie słucha i nie chce usłyszeć, sięgamy po „objawy”. Okaleczamy się, wpadamy w furię, nałogi, mamy lęki, cierpimy na depresję. Samookaleczenie to sposób wyrażania uczuć, sygnał, że życie nie jest takie, jak powinno. To powiedzenie sobie i światu: „jestem wściekła, nieszczęśliwa, bezradna!”.

Anna przestała bać się tego, co czuje: bólu, goryczy, złości. Mogła więc je ujawnić, dzielić się nimi nie tylko poprzez „objawy”. Dziś jest autorką wielu lustrzanych kolaży, które powstały już jako przejaw jej kreatywności, a nie aktu rozpaczy.

Spotkania na trasie

Z domu wyruszasz w dorosłość. Najlepiej byłoby nie spotkać na swojej drodze ludzi złych, zazdrosnych, złośliwych. To nie jest możliwe. Toksyczni są utrapieniem jak katar, deszcz, wiatr w oczy. Umiejętność radzenia sobie z nimi to ważny element sztuki życia. Kto wie, czy nie najważniejszy…

Zdaniem Jaya Cartera, psychologa i autora książki „Wredni ludzie”, partnerzy toksycznych ludzi mają kłopoty z żołądkiem, dwunastnicą, sercem, chorują na nowotwory, a nawet popełniają samobójstwa. Ale choć toksyczni są tak poważnym zagrożeniem, niełatwo ich rozpoznać. Stosują masę trików i sztuczek. Udają przyjaźń, troskę, a nawet miłość. Carter nazywa ich „umniejszaczami” – niszczą poczucie wartości swoich bliskich. Wiele napisano na temat ich strategii, ale zamiast ją studiować, najlepiej zawierzyć sobie.

Jeśli po kontaktach z kimś tracisz radość życia, siły i talenty, męczy cię irracjonalne poczucie winy, to na pewno spotkałeś jednego z nich: trujących, paskudnych, destrukcyjnych ludzi.

– A wówczas bierzmy nogi za pas! – radzi dr Aduszkiewicz. – Jeśli to niemożliwe, sięgnijmy do rad Marka Aureliusza, który w „Rozmyślaniach” opisywał sposoby na wrednych. Potraktujmy spotkanie z nimi jako okazję do studiowania różnorodności ludzkich charakterów. Już samo przyjęcie pozycji obserwatora pomoże zachować dystans do raniących słów i podłych czynów.

Marek Aureliusz radzi także zastanowić się i zadać sobie pytania: Według jakich reguł żyje taki człowiek? Co nim kieruje? Może myśli, że cały świat jest zły i tak się zabezpiecza? A może kieruje nim lęk?

– Często ludzie, którzy wychowywali się w domach pełnych agresji czy chaosu, nie potrafią znieść spokoju, ciszy i łagodności – wyjaśnia psychoterapeuta dr Tomasz Srebnicki – Dla nich to stan niepokojący, nieznany. Nazywają chwile spokoju „ciszą przed burzą”, harmonia budzi ich lęk. Dlatego wszczynają kłótnie, obrażają się z byle powodu, chcą, żeby w ich otoczeniu znów panowało to, co znają, czyli agresja, chaos i napięcie.

 
– Czasem zrozumienie motywacji pozwala nam wzbudzić w sobie litość. A ona bywa lepsza od gniewu, zwłaszcza bezsilnego – mówi dr Aduszkiewicz. – Bywa, że ludzie stają się też źli pod wpływem sytuacji, w jakiej się znaleźli. Dowodzi tego pamiętny eksperyment profesora Philipa Zimbardo, w którym studenci odgrywali role więźniów i strażników. Po kilku dniach Zimbardo musiał go przerwać, gdyż „strażnicy” w zaskakująco okrutny sposób zaczęli zachowywać się wobec „więźniów”. Zdaniem profesora, to kontekst, w jakim znajdują się ludzie, decyduje o ich zachowaniu. Dlatego wystąpił w obronie strażników z Guantánamo, ogólnie potępionych za znęcanie się nad irackimi jeńcami. Dowodził, że to armia i prezydent George W. Bush stworzyli warunki, które uczyniły z tych ludzi katów.

Aureliusz radzi jeszcze: zapytajmy siebie samych, co się z nami dzieje, gdy stajemy się obiektem działań człowieka wrednego? Czemu czujemy się źle, jesteśmy niespokojni, mamy poczucie zagrożenia? Bo taka konfrontacja daje okazję do tego, żeby przyjrzeć się uważnie samemu sobie i dowiedzieć się, dlaczego czyjeś działanie wywołuje w nas ból, lęk, wściekłość. Gdy się to uda, będziemy mocniejsi.

Warto też zastanowić się, czy sam nie prowokuję dokuczliwości innych. Jay Carter pisze, że czasem do ataku doprowadza nasza bierno-agresywna postawa. Dzieje się tak, gdy umniejszamy siebie w oczach innych, mówimy o sobie: „ależ ja jestem niezdara”, gdy podlizujemy się albo nie potrafimy przyjmować komplementów. Ci, którzy nie szanują samych siebie, nie są szanowani przez innych.

Dresiarze

– Jedno z trudniejszych doświadczeń dotknęło mnie w Warszawie, na placu Zbawiciela – opowiada dr Mateusz Gola, neurokognitywista, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo- behawioralny – Miałem wtedy 15 lat. Wracałem ze szkoły, kiedy podszedł do mnie dresiarz i powiedział, żebym oddał mu walkmana. Odpowiedziałem: „spadaj!”. To, co się stało później, nie trwało dłużej niż kilka minut, ale konsekwencje tego zdarzenia ciągnęły się za mną latami. Okazało się, że dresiarz był z dwoma kolegami. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy poczułem pierwsze uderzenie... Trafiłem do szpitala. Ten wypadek zmienił moje przekonania na temat świata. Pomyślałem, że nie jest to jednak bezpieczne miejsce, że ludzie mają różne motywy. Ale najtrudniej było mi sobie poradzić z tym, że nie mogłem w tym wydarzeniu znaleźć żadnego sensu.

Dopiero podczas modlitwy na rekolekcjach ignacjańskich w Kaliszu, znalazł odpowiedź. Zrozumiał, że życie jest jak wycieczka w góry. Najważniejsze to dotrzeć do schroniska przed zmrokiem. Dlatego jeśli ktoś rzuci w nas kamieniem, obrazi, nastraszy, nie warto tracić czasu na dochodzenie, dlaczego to zrobił. Szkoda czasu na odrzucanie kamieni, planowanie zemsty, rozpacz. Najlepiej uznać: boli mnie ta rana od uderzenia kamieniem, ale idę dalej. Wiem dokąd zmierzam i czemu to dla mnie ważne.

Trzeba też jasno powiedzieć sobie: to nie była moja wina, byłem ofiarą. – Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały, choć realnie nie możemy być za nie odpowiedzialni – mówi Mateusz Gola. – Robimy to, by zachować poczucie kontroli nad naszym światem, by utrzymać złudzenie, że robiąc coś – lub czegoś nie robiąc – możemy zapobiec kolejnej krzywdzie. Czytałem kiedyś o kobiecie, która wierzyła, że nosząc torebkę na lewym ramieniu wywołała w lewej piersi raka. Chciała wierzyć w coś tak absurdalnego, by ocalić w sobie złudzenie kontroli nad losem, bo ono dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy przecież nie nosić torebki na ramieniu, żeby nie zachorować kolejny raz.

Trudno pogodzić się z tym, że nie kontroluje się świata, ale też tylko ta prawda pozwala nam zrzucić z ramion ciężar odpowiedzialności za to, co się wydarza. Jest więc nam lżej – posługując się znów wspomnianą metaforą – wędrować dalej po górach i łatwiej dotrzeć do schroniska.

Wzgórza Golan

– Na Wielkanoc byłem w Izraelu – opowiada Mateusz Gola. – Wyjechałem z Jerozolimy na północ do Galilei i tam chodziłem po Wzgórzach Golan, tak na przełaj. W pewnej chwili wypełzł mi spod nóg olbrzymi wąż. Przerażony nie mogłem się ruszyć. A kiedy serce przestało mi kołatać i mogłem iść dalej, szedłem bardzo ostrożnie, patrząc pod nogi, by nie nadepnąć na innego węża. Tak doszedłem do drogi. Zdziwiłem się, bo ciągnęło się wzdłuż niej ogrodzenie z drutu kolczastego. Przerzuciłem plecak górą, a sam przeszedłem pod drutem. Kiedy byłem już na drodze, odwróciłem się jeszcze, żeby spojrzeć na zachodzące za wzgórzami słońce. Wtedy zobaczyłem tablicę ostrzegawczą: „Zakaz wstępu, pole minowe”.

Pół roku później trafił w internecie na film o człowieku, który tak jak on, chodził po Wzgórzach Golan i wszedł na minę. Urwało mu nogę. Przyleciał po niego helikopter medyczny, ale w czasie transportu ranny wypadł z uprzęży… i zginął na kolejnej minie. – To była dla mnie następna lekcja. Zaprzestałem prób dociekania sensu złych wydarzeń, jak pobicie czy spotkanie z wężem – wyznaje Gola. – Te zdarzenia mają sens, choć być może ja go nigdy nie poznam. To, z czym musiałem się zmierzyć, może chronić mnie przed czymś gorszym lub nauczyć czegoś, co jest lub będzie mi bardzo potrzebne. Trudne doświadczenia, spotkania ze złymi ludźmi pozwalają dostrzec, że może to ma jakiś wyższy, niepojęty dla nas sens życia. I paradoksalnie – dają wyzwolenie.

– Zdaniem Marka Aureliusza, poznanie wrednych ludzi uwalnia od męczącej pogoni za idealnym światem i wspaniałymi ludźmi bez skazy. Pogoń za doskonałością może być wielkim utrapieniem – dodaje dr Aduszkiewicz. – Lepiej żyje się temu, kto przyjmie złożoność ludzkiej natury, z jej złością, chorymi ambicjami, lękami i zahamowaniami. Bo poza nimi są także szlachetność serca, miłość i oddana przyjaźń.

Amerykański filozof Alasdair Macintyre mówi, że na ludzkie życie można spojrzeć jak na poszukiwanie dobra. – Nic więc dziwnego – mówi dr Andruszkiewicz – że ludzie w tych poszukiwaniach wchodzą w kolizje, jedni drugim jawią się jako wredni. I nie ma co oczekiwać, że będzie inaczej. Pozostaje radzić sobie z własnymi przykrymi odczuciami na temat innych ludzi, rozwijać siłę ducha i nie ustępować w sprawach, które są dla nas ważne. Jeśli nie możemy z kimś się dogadać, to trudno, trzeba umieć zaznaczyć własne granice albo się rozstać. Ale również pamiętać, że ta kolizja nauczyła nas wytyczać granice cierpliwości i zdolności przekonywania.

  1. Psychologia

Jak zmienić negatywne nastawienie i wzmocnić poczucie własnej wartości?

Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Nawyk negatywnego nastawienia i wyćwiczenie mózgu w wyszukiwaniu dobra jest możliwe i może odmienić nasze życie.

Ludzki mózg jest zaprogramowany na szukanie problemów. Robi to już setki lat, więc opanował tę sztukę do perfekcji. Zresztą nie tylko stara się wyszukać problemy, lecz także skutecznie je znajduje i oddaje się ich analizowaniu. Psychologowie nazywają ten proces negatywnym nastawieniem (ang. negative bias). Na wczesnym etapie dziejów ludzkości był on pozytywnym zjawiskiem (i do pewnego stopnia nadal jest). Przeczuwanie zagrożenia zapewnia nam bezpieczeństwo i przetrwanie, ale przy zaburzeniach lękowych negatywne nastawienie staje się bardzo złym nawykiem. Możesz jednak wytrenować swój mózg tak, aby przerywał ten schemat.

Prawdopodobnie jesteś świadomy swoich lęków czy obaw, na przykład martwienia się tym, co swoim zdaniem zrobiłeś nie tak, przy jednoczesnym negowaniu sukcesów. Jest jednak możliwe, że nie zdajesz sobie sprawy, jak silnie jesteś nastawiony na wyszukiwanie i analizowanie problemów. Pierwszym krokiem do przełamania tego nawyku jest zauważenie w sobie negatywnego nastawienia. Zastanów się, na czym koncentrujesz uwagę, o czym myślisz. Dostrzeż negatywne schematy myślowe.

Następnie poszukaj innych, bardziej pozytywnych i realistycznych rzeczy, na których będziesz mógł się skupić. W trenowaniu mózgu pomogą ci sprawdzone techniki: • Prowadź „dziennik wdzięczności”. Szukaj dużych i małych rzeczy, którymi możesz się cieszyć. Zapisuj je w dzienniku, który stanie się twoim podręcznym spisem pozytywnych myśli i zagadnień. Wykorzystasz je, aby nauczyć swój mózg przełamywania negatywnego nastawienia.

• Celebruj rzeczy, które cię cieszą. Każdego dnia, nawet kilka razy dziennie, staraj się znaleźć coś drobnego, co możesz zapamiętać i uczcić. Celebrowanie może mieć wiele form, prostych lub bardziej wyrafinowanych – wedle twojego upodobania. Wykonaj taniec radości. Puść swoją ulubioną piosenkę. Idź na szybki, krótki spacer. Zrób sobie dziesięciominutową przerwę, żeby przeczytać rozdział dobrej książki. Narysuj coś. Te rytuały wzmacniają pozytywne doświadczenia i są doskonałym narzędziem treningowym dla mózgu w walce z lękiem.

Wzmocnij poczucie własnej wartości

Możesz zmienić sposób, w jaki o sobie myślisz, analizując, czy twoje myśli są słuszne. Ta metoda może skutecznie zmienić nasz autowizerunek; czasem jednak lęk wywołuje tak silną niechęć do siebie, że potrzebujemy dodatkowych narzędzi, aby zaakceptować swoją osobę. Pomocnym narzędziem jest generowanie realistycznych myśli na swój temat, które pozwolą ci konsekwentnie umocnić poczucie własnej wartości w oparciu o obiektywne dowody.

Afirmacje to krótkie stwierdzenia oparte o autoobserwacje lub obserwacje innych na twój temat. Aby z nich korzystać, najpierw spisz jak najwięcej pozytywnych opinii o sobie. Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. Początkowo może ci się to wydawać dziwne i trudne. Nie szkodzi. To znak, że twoje lęki prześladują cię już od dłuższego czasu i afirmacja nie przychodzi ci naturalnie. Nie przejmuj się tym.

Spisując swoje afirmacje, możesz je łączyć ze swoimi najbardziej dokuczliwymi obawami. Jeśli często zdarza ci się martwić, że „nic ci się nie udaje i chyba niedługo wyrzucą cię z pracy”, zapisz afirmacje, które ukażą ab- surdalność tego stwierdzenia. Na przykład:

  • Nigdy się nie spóźniam, inni mogą na mnie polegać.
  • Jestem kreatywny i dobry w... (wymień przykłady obowiązków zawodowych).
  • Szef dziękuje mi za ciężką pracę.
Gotową listę afirmacji umieść w dobrze widocznym miejscu. Przyklej ją taśmą klejącą do lustra, osłony tele- fonu, lodówki albo włóż do szuflady. Jeśli nie chcesz, żeby widzieli ją inni, trzymaj ją schowaną, ale w łatwo dostępnym miejscu, tak żeby często móc po nią sięgać. Z czasem, dzięki codziennemu powtarzaniu, afirmacje staną się częścią twojego naturalnego toku myślenia. Poczujesz spadek lęku i większą pewność siebie i zastąpisz negatywne, nieprzyjemne myśli o samym sobie pozytywnymi, zgodnymi z prawdą stwierdzeniami.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Krytyka - broń masowego rażenia

Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Kto z nas lubi być krytykowanym? Jakie emocje wywołuje w nas krytyka i czy faktycznie motywuje nas do wzrostu, doskonalenia? Kto samowolnie się jej poddaje?

Krytykanctwo (krytykowanie) jest jedną z form zaliczanych do tak zwanego języka „szakala”, używając terminu wprowadzonego przez Marshalla Rosenberga, twórcy idei porozumienia bez przemocy. Krytyka, tak jak poniżanie, pretensjonalizm, obwinianie, obarczanie odpowiedzialnością, zamierzone ignorowanie, wyszydzanie niesie w sobie „ujemny ładunek energetyczny” i wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, pobudzaniem kreatywności, tworzeniem czegoś, co ma tchnienie życia w sobie.

Kto z Was ma w swoim otoczeniu zawodowym czy rodzinnym osoby, które niemal na wszystko co zrobimy reagują krytyką?

Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz zostałeś/łaś pochwalony/a przez swojego męża, żonę, matkę, ojca? Masz wrażenie, że możesz się starać za każdym razem coraz bardziej, a wystarczy drobne potknięcie i cały wysiłek na marne, bo zapłata jaką otrzymujesz od innych to w dużej mierze sama krytyka?

Słyszeliście, kiedyś podobne słowa?: „Na ciebie nigdy nie można liczyć”; „No mogłam się tego po tobie spodziewać”, „Dawaj, sam to zrobię, bo ty jak się za coś zabierasz, to jak zwykle porażka”; „Po co ty w ogóle się wychylasz, lepiej siedź w domu i słuchaj innych, to przynajmniej problemu nie będzie”. Przypominacie sobie, co się wtedy w was działo? Co czuliście?

Pewnie wśród tych uczuć były smutek, żal, wstyd, beznadzieja, chęć wymierzenia sobie kary, za niespełnione oczekiwania, rozgoryczenie, odrzucenie… Słowo ma wielką moc, może dać życie, ale może też je zniszczyć. Krytyka niszczy życie, jakie jest w człowieku i jego twórczym potencjale.

Lubimy otaczać się regułami, mieć jasno określone schematy postępowania dla danej płci, wieku, grupy społecznej, czy formacji politycznej. Jeśli ktoś w naszym otoczeniu nie postępuje wedle tych reguł, np. samotna matka z dwójką dzieci zakłada nową rodzinę, komentujemy, że jej już nie przystoi, bo powinna zostać sama i dziećmi się zająć… tak, jakby je nagle zostawiła i się nimi nie zajmowała. Inny przykład, kiedy dojrzała kobieta po 60-stce postanawia założyć biznes, krytykujemy, że na pewno jej się nie uda, że nie zna wymagań rynku, itp., itd. Jeśli ktoś podejmuje wysiłek, łamie konwenanse i onieśmiela własne lęki musi jeszcze zmierzyć się ze środowiskiem, w którym chce rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, realizując swój pomysł na życie, czy pracę. Tu nierzadko właśnie napotyka na krytykę, porównywanie i powątpiewanie w powodzenie. Dlaczego? Czy celowo chcemy sobie zrobić na złość? Czy może wyrazić niezadowolenie, czasem wręcz oburzenie, że ktoś ma odwagę po prostu żyć, zamiast bać się żyjąc?

Odpowiedź tkwi w prostym mechanizmie wzajemności. Ty, który krytykujesz tego, któremu się powiodło, lub zwyczajnie „chciało” zawalczyć o lepszy komfort dla siebie w dowolnej sferze życia, gdzieś, kiedyś, głęboko w swoim sercu odmówiłeś sobie tego sam…Tak jak agresja rodzi agresję, tak krytyka względem siebie, wzmacniana przez najbliższych poprzez atmosferę braku akceptacji dla naszych działań, decyzji... rodzi krytykę wobec innych. Gdy chcemy rozliczać się wzajemnie z praw, reguł, zasad - musimy pamiętać, że wchodzimy do świata, w którym nie ma miłosierdzia, elastyczności, wyrozumiałości. Straszne, prawda? Krytykując, poniżając siebie i innych zamykamy sobie okno na życie, odcinamy sobie dostęp do powietrza. Świadomie wybieramy ciemny pokój, bez okien, do którego, gdy byliśmy dziećmi nie chcieliśmy wchodzić, bo było ponuro i nudno. Teraz sami pokornie go odwiedzamy, bo weszło nam to w krew, poza tym widzimy innych, którzy też go często odwiedzają, albo się tam zasiedzieli i oddychają tym zatęchłym powietrzem konwenansów i zasad.

Nowa myśl, twórcza myśl oraz życie rodzą się w wolności… Nie zniewalajmy własnych serc przez bombardowanie siebie samych i siebie nawzajem słowami krytyki.

Stary nawyk, nawet ten werbalny czy myślowy zawsze można zmienić, wyeliminować, zastępując go innym, tym pożądanym.

Lekarstwem na nasz żal… na ten smutek i odrzucenie, jakie czuliśmy, gdy kolejny raz zostaliśmy skrytykowani, nie jest oddanie komuś innemu tego samego na zasadzie: „a masz!, ja tak miałem, to Tobie niech też nie będzie lepiej”. Uzdrawiającą moc i pozytywną myśl niesie ze sobą akceptacja i miłość. Słowa wypowiadane z troską, wzmacniające naszą siłę sprawczą - nasze poczucie własnej wartości. Nie jest trudno je wypowiedzieć, choć wydaje się, że niektórym nie przechodzą przez usta. A może tym, którym tak trudno skierować słowa miłości, życzliwości, dobroci, szacunku i akceptacji do samego siebie i do innych będzie łatwiej, jeśli uświadomią sobie, że tym sposobem pomagają. Człowiek z zasady lubi pomagać i to jest dobre. Krytyka nie pomaga. To mit. Mówmy do siebie z intencją pobudzenia życia, twórczości. Nie podcinajmy skrzydeł. Otwórzmy się na zmiany i pozwólmy zmieniać innym.

Krytyka to broń, broń masowego rażenia, od której na końcu giniemy my sami. Życie zaczyna się od akceptacji i dialogu…

Warto żyć nie po to, by mieć rację, lecz po to by być szczęśliwymi!

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Toksyczny partner – jak żyć z manipulantem?

Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Spotkałam księcia z bajki. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć.

Spotkałam księcia z bajki. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące.

„To moja druga połówka” – opowiadałam przyjaciółkom, gdy w wieku 37 lat ja, samotna mama ośmiolatki, w końcu z nim zamieszkałam. „Chagall mógłby się od niej uczyć” – pąsowiałam, gdy przechwalał się na Facebooku moimi ilustracjami do książek. Zapłacił czynsz za pół roku, szalał z moją córką na rowerach. Oswajał każdy mój lęk. „Ze wszystkim sobie poradzimy, KMŻ [kobieto mojego życia]” – pisał dziesiątki czułych SMS-ów dziennie. Mam je do dziś.

Piekło i raj

Zanim pojawił się on, przez pięć lat byłam samotną mamą. Zaradną, niezależną optymistką. Samotność? Nie dramatyzowałam. Weekendy i wakacje z przyjaciółkami i ich dzieciakami. Rytuały domowe z córką. Z nim brakowało na nie czasu. „Nic beze mnie” – domagał się. Moja niezależność najpierw go fascynowała, potem doprowadzała do szału. Czułam się winna, gdy nie dość szybko odpowiadałam na SMS-y, za długo rozmawiałam przez telefon albo nie zachwyciłam się jego pomysłem na biznes. „Nie masz pojęcia, co to partnerstwo” – znowu albo awantura, albo milczenie. Jak mantrę powtarzał: „Obchodzą cię tylko twoje bazgroły. Traktujesz mnie jak zabawkę” – i wychodził. Biegłam za nim przekonana, że za mało daję. Był zazdrośnikiem. Deprecjonował moich znajomych, krytykował siostrę. „Chce cię od nas odciąć” – ostrzegały przyjaciółki. A ja myślałam: „Dostaję od niego tyle miłości, że postaram się jeszcze bardziej”. Im bardziej był ze mnie niezadowolony, tym bardziej bałam się go stracić. Powstał między nami dziwny rytuał. Jego foch – moje wycofanie – jego „wybaczenie”. I gorący seks albo rodzinna wyprawa do Kazimierza na zgodę. Jednak wystarczała iskra, by znowu powstał pożar. Krytykował wszystkich wokoło. Przypomniałam sobie, że zauważyłam to już podczas pierwszych randek. Nawet przeszło mi przez myśl, że ma niskie poczucie własnej wartości. Ale zakochana kobieta widzi to, co chce zobaczyć.

Kiedy powiedzieć „dość”?

Lista zarzutów się wydłużała. Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie. Czasem miałam wrażenie, że stanę na rzęsach, a on i tak będzie niezadowolony. Migrenę, rozdrażnienie na córkę zrzucałam na przemęczenie pracą. Pierwszy raz w życiu musiałam poprawiać ilustracje. „Musisz zacząć w siebie wierzyć” – pocieszała redaktorka. Faktycznie, z samooceną było u mnie kiepsko. Marna kucharka – on nie tykał moich dań. Zła matka. Brzydula – za grube uda, odstające uszy.

„On tobą manipuluje, szantażuje odrzuceniem, a sam pewnie drży, że go zostawisz. Postaw mu się, ma cię szanować!” – mówiły przyjaciółki.

Często opowiadał o jakiejś koleżance z pracy. Któregoś wieczoru na jego komórce wyświetliła się od niej wiadomość. Zerknęłam: „Dziękuję za cudowną delegację [serduszko]. Wybacz, jeśli zbyt otwarcie odpowiedziałam na twoją serdeczność [serduszko]”. Wrzeszczałam, płakałam. „Inwigilujesz mnie, zabraniasz rozmawiać nawet z sąsiadem. A ty?!” Śmiał się. „Coś sobie uroiłaś. Musisz się leczyć, ile razy mam ci to powtarzać, ty nie wiesz, jak być z kimś w związku”. On miał prawo na mnie wrzeszczeć. Moja furia została uznana za niepoczytalność. Przez kolejne dni byłam jak zahibernowana. „Umówiłem cię ze świetną terapeutką, pójdziemy razem, chcę ci pomóc”. Chciałam zasłużyć na jego miłość. Nawet za cenę zaburzeń, które mi wmawiał.

Droga na dno

Terapeutka, o dziwo, nie podpisała się pod „diagnozą” , że nie umiem być z kimś blisko, że może mam borderline – jak sugerował, opowiadając o mojej furii. Zaproponowała terapię par.

Podpisaliśmy kontrakt na kilkanaście spotkań. W aucie on obśmiał terapeutkę, powiedział, że poszuka innej, i podarł kontrakt. On nie musi się leczyć, on nie ma problemów, jest zarąbistym facetem – słyszałam. Poszłam sama. Bladłam, odpowiadając na jej pytania. Jak się przy nim czuję? Jak śmieć. Zero szacunku z jego strony. Lęk. Smutek. We wszystkim jestem beznadziejna. Nie umiem się skupić na pracy. No i najgorsze – moja córka też boi się jego reakcji. „Niech pani poczyta o toksycznych mężczyznach” – wręczyła mi książkę. Na kolejną wizytę nie poszłam. Nie miałam siły mierzyć się z prawdą.

Nasz zjazd na dno trwał jeszcze kilka­naście tygodni. Próby ratunku? Był seks – zwierzęcy, bez czułości. Trzymałam się ostatnich iluzji. I sama ze sobą nie wytrzymywałam. Łykałam xanax albo piłam. Finał był tak absurdalny, że aż śmieszny. To on spakował walizki. „Zniszczyłaś mnie jako faceta, oddałem ci się cały, a ty nie umiałaś tego docenić” – powiedział.

Po rozstaniu wróciłam do terapeutki. Lizałam rany przez dwa lata. Dziś jasno widzę, jak mną manipulował, żal mi go, bo zrozumiałam, że sam miał kłopoty ze sobą. Toksyczni ludzie nie wiedzą, że krzywdzą. To mi daje siłę, żeby nie czuć się winną naszej porażki.