1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. „Gdybanie” jest bezproduktywne

„Gdybanie” jest bezproduktywne

123rf.com
123rf.com
Jesteś tu, gdzie jesteś. Nie spadłeś z nieba, nie teleportowałeś się za pomocą budki telefonicznej, nie jesteś też czarnym kotem pojawiającym się i znikającym podczas wędrówki po czarno-białych pasach. Nie zaprzeczaj - po prostu jesteś tu i już!

Skoro tu jesteś, to z pewnością da się wyjaśnić, jak tu dotarłeś. Założę się, że nie jest to dla ciebie żadną tajemnicą. Doprowadziła cię tu twoja droga! Droga składająca się z kolejnych decyzji. Skręcić w lewo? W prawo? A może iść prosto? Wszystkie twoje poprzednie „chwile teraźniejsze” zdeterminowały miejsce twojego pobytu w obecnej „chwili teraźniejszej”. Wydaje się to proste, prawda?

Otóż nie! Dla większości ludzi akceptacja tego dość oczywistego spostrzeżenia - że jesteś tu, gdzie jesteś, ponieważ podjąłeś takie, a nie inne decyzje - okazuje się zbyt trudnym zadaniem. Jedni usiłują ukoić swój żal w bezproduktywnym „gdybaniu”:

  • „Gdybym nie zaciągnął się do wojska, to nie siedziałbym teraz w tym zimnym i mokrym okopie”;
  • „Gdybym nie zgodził się zostać prezesem banku, to mógłbym sylwestra spędzić z rodziną w górach. Ile to już lat minęło od ostatniego wyjazdu? Siedem!!!”;
  • „Gdybym powiedziała mu, że go kocham, to ożeniłby się ze mną, a nie z Jolką”.
Inni rozpatrują całe alternatywne scenariusze dotyczące przeszłości. Scenariusze złożone z wydarzeń, które nie tylko nie zaszły, ale nawet nie było najmniejszej szansy, żeby stały się rzeczywistością. Gdybyż tylko chodziło o proste, kreatywne ćwiczenia umysłu, nie stanowiłoby to problemu. Jednak rozważania takie stają się groźną alternatywą dla prawdziwego świata. Konkurują z nim i bardzo często wygrywają!

Twoje wspomnienia dotyczące pewnych wydarzeń zniekształcają się pod wpływem późniejszych informacji i przemyśleń. To naturalny i nieszkodliwy proces, o ile nie próbujesz na niego wpływać, chcąc z premedytacją zakłamać rzeczywistość. Wówczas twoje decyzje zaczynają dotyczyć sztucznego, wymyślonego przez ciebie świata, a nie prawdziwej sytuacji, w której się znalazłeś. Prawda bywa dobra lub zła, łagodna lub okrutna, miła lub nieprzyjemna, wspaniała lub kłopotliwa, pachnąca lub cuchnąca, chwalebna lub godna potępienia, ale jednego nie można jej odmówić: jest prawdziwa. To, co obiektywnie się wydarzyło, jest tą prawdą, której nie możesz zaprzeczyć. Możesz próbować wymazać ją z pamięci, ale konsekwencje pozostaną.

Fragment pochodzi z książki „ Teraz! Jak już dziś zmienić jutro?”, Krzysztof Wysocki, Wydawnictwo Sensus 2015, s.296

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak dokonywać właściwych wyborów w życiu?

Tyle mamy dróg... Którą wybrać, żeby nie żałować? (Fot. iStock)
Tyle mamy dróg... Którą wybrać, żeby nie żałować? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Wiele możliwości, szans, propozycji, nowych otwarć. I to kusi, i to nęci, a na coś trzeba się zdecydować. Chcemy mieć jedno, nie tracąc drugiego. Czy tak się da?  

Marta, lat 35, z wykształcenia romanistka, z zawodu właścicielka firmy PR. Singielka, ale – jak mówi o sobie – tymczasowa, bo ma w planach małżeństwo i dzieci. Kiedy? Tego nie jest w stanie przewidzieć. Bo gdy już wydaje się jej, że znalazła tego właściwego mężczyznę, zaraz nachodzą ją wątpliwości: czy ktoś, kto myśli tylko o wieczornym piwku i wyjazdach na mecze Legii, może być dobrym mężem? No chyba nie. A czy facet – inny – który nie splamił się ugotowaniem wody na herbatę, może być dobrym ojcem? Skądże! Ostatni rokował najlepiej – wstawał rano po bułki, nawet nieźle gotował, ale co z tego, jak cały dom trzeba było potem odgruzowywać. Odpadli w przedbiegach wszyscy trzej. Chwilowo dała sobie spokój z facetami. Może przecież zdecydować się na dziecko bez stałego związku. W końcu nie jest taka stara.

Marta wymownie bębni długimi, wypielęgnowanymi paznokciami, każdy w innym kolorze. Ale to nie hybryda, wyjaśnia. Hybrydowy lakier szkodzi paznokciom. Ona stosuje tylko to, co zdrowe. Umalowana, włosy w modnym nieładzie, szara luźna sukienka. Nie wygląda na swoje lata? Ale to nie dzieje się samo. Dba o siebie. Codzienna gimnastyka, dwa razy w tygodniu siłownia, raz w miesiącu wizyta w gabinecie medycyny estetycznej. Gdyby zdecydowała się na dziecko, musiałaby z tego wszystkiego zrezygnować. Wie, co mówi. Kilka dni temu wpadła do niej przyjaciółka z półrocznym synkiem Kajetanem. Do niedawna najbardziej zadbana kobieta, jaką Marta zna, zawsze odpicowana, wypachniona, z najmodniejszą torebką na ramieniu. A teraz? Tłuste włosy, połamane paznokcie, zero makijażu, poplamiona bluza. Osobny temat to jej synek. Dopóki spał, był najsłodszym bobasem pod słońcem. Ale gdy tylko otworzył oczy, a otworzył po półgodzinie, zaczął się wydzierać wniebogłosy. Cycek uspokoił go tylko na chwilę. Potem noszenie na rękach, żeby mu się odbiło. Przewijanie, bo kupka. Zmiana kaftanika, bo mu się ulało. Przyjaciółka cała w mleku, fuj. Kiedy po dwóch godzinach zasnął, Asia przyznała, że czasem ma ochotę go udusić. Marta zobaczyła zresztą na własne oczy, jak przyjaciółka potrząsa nim z całej siły, z wściekłością. Asia powiedziała jej, że nigdy nie czuła się tak samotna i bezradna. Jej chłopak zarabia na całą trójkę, ciągle w rozjazdach. Na rodziców też nie może liczyć, ma chorą mamę, tata znalazł sobie młodszą. Czuje się ubezwłasnowolniona.

I to ma być ta pełnia szczęścia? Marta ma wątpliwości. Ale z drugiej strony wie, że coraz więcej kobiet w jej wieku ma problemy z zajściem w ciążę. Dlatego się miota. Między decyzją na tak – bo mama powtarza, że zanim umrze, chciałaby poznać wnuka, bo znajoma ginekolożka zachęca, że im wcześniej, tym większe szanse, bo ściska ją w dołku na widok matek z dziećmi – a decyzją na nie, do której skłania ją przykład Asi i zaryczanego Kajetana. A przede wszystkim cisza jej wymuskanego apartamentu, czas na kino, wakacje, siłownię i niehybrydowe paznokcie, które trzeba malować co kilka dni.

Marcie śniło się ostatnio, że rodziła w męczarniach. Obudziła się zlana potem. Więc poczeka. Ma czas, jeszcze parę lat. Jej siostra cioteczna urodziła pierwsze dziecko w wieku 42 lat. Można? Można.

Karolina, lat 49, potrójna magister: psychologii i prawa na UW oraz grafiki na ASP, doktor filozofii na Oksfordzie. Wzięta graficzka w znanej firmie reklamowej. Rozwódka. Podjeżdża pod kawiarnię na Powiślu na oldskulowym białym rowerze z koszykiem przy kierownicy. Cała w czerni: dresy, converse’y, bejsbolówka, torba listonoszka, tylko słuchawki w uszach białe. Każdy szczegół najwyższej jakości. Ale bez ostentacji. Żadnych widocznych metek i logo. Daje ręką znać, że kończy rozmowę. Płynny angielski przerywany perlistym śmiechem przykuwa uwagę całej kawiarni. Przeprasza, musiała odebrać, bo amerykański wydawca zaraz ma lunch, a to sprawa niecierpiąca zwłoki. Od znajomej z Oksfordu, która teraz pracuje dla tej firmy, dostała propozycję pracy. Ale bez nazwisk i szczegółów, żeby nie zapeszyć. Może powiedzieć tylko tyle, że to pierwszoligowy tygodnik. Propozycja dotyczy czegoś zupełnie nowego, czego jeszcze nie robiła, czyli pisania o Europie Wschodniej. Kusi bardzo.

To mogłaby być scena z filmu o pięknej Polce bez kompleksów. Która jeszcze za komuny kończy trzy prestiżowe kierunki, potem wyjeżdża na studia doktoranckie do samego Leszka Kołakowskiego. Która broni pracę z najwyższą notą i dostaje propozycję zostania na Oksfordzie. Ale wraca do Polski, bo od początku lat 90., w nowym ustroju, otworzył się worek z możliwościami. Ona wybiera ważne stanowisko w spółce skarbu państwa, gdzie zarabia wielkie pieniądze. Kupuje mieszkanie, samochód, inwestuje w nieruchomości.

Film o niej? Wybucha śmiechem. Jej życie tylko z boku wygląda tak atrakcyjnie. W rzeczywistości to krew, pot i łzy. Nieustanne zwątpienie w sens tego, co robi. Ciągłe pytania zadawane sobie samej: „Może moje miejsce jest gdzie indziej?”. Tak, ma wielki problem z wyborami. A właściwie z wytrwaniem w tych wyborach. I to od dziecka. Wszystkiego głodna, ciekawa, wszystkiego chciała spróbować. A może powód jej niezdecydowania jest bardziej prozaiczny? Po prostu nigdy nie miała jednej pasji, która  pochłaniałaby ją bez reszty. Wyborów nie ułatwiał fakt, że w szkole wszystko przychodziło jej łatwo. Dlatego poszła na najbardziej oblegany wtedy kierunek – na psychologię, a potem na drugi w tym rankingu – na prawo. Grafika? Taki kaprys. Test, czy sprawdzi się w artystycznej dziedzinie, bo rysowanie zawsze sprawiało jej wielką radość. Zanim pojechała do Oksfordu, przeszła jej przez głowę myśl, że może zrobi aplikację sędziowską. Ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Musiałaby osiąść na jakiś czas w jednym miejscu, zajmować się jednym i tym samym. Wiedziała już, że to ją zupełnie nie kręci.

Studia w Oksfordzie okazały się wspaniałym, twórczym rozdziałem w jej życiu. Poznała tęgie umysły z całego świata, napisała pracę doktorską, zakorzeniła w praktyce swój angielski. Same plusy. Ale kiedy znajomy ponaglał, żeby wracała, bo w Polsce czeka mnóstwo pracy, nie zawahała się ani chwili. Mimo że wyjazd oznaczał rezygnację z rozpoczętej właśnie pracy naukowej na Oksfordzie. I rozłąkę z niedawno poślubionym kolegą z uczelni Tonym, Anglikiem. Związek nie przetrwał tej próby, rok później wzięli rozwód.

Tworzenie rzeczywistości w wolnej Polsce to dopiero było coś! Karolinie świecą się oczy, załamuje się jej głos. Dlaczego więc odeszła do reklamy? Bo dopadły ją podziały, konflikty, czyli polityka w najczystszej postaci. A w agencji miała wyluzowanych współpracowników indywidualistów, nienormowany czas pracy i poczucie wpływu, bo reklamy jej autorstwa oglądała cała Polska. Miała czas na pracę w organizacjach feministycznych, ekologicznych, w tym na rzecz zdrowego odżywiania dzieci. To między innymi ona wywalczyła to, że zniknęły drożdżówki i batony ze sklepików szkolnych. Wracają? Trudno. Ona wyjeżdża. Świat to globalna wioska, za oceanem też można wiele zdziałać dla Polski.

Kiedy wysyłam jej do przeczytania tekst o niej (szczegóły zmienione), dopisuje postscriptum: „A może nie mam problemów z wyborami, tylko przed czymś uciekam?”.

Ewa, lat 32, mama trzech córek: 12-letniej Ani, 8-letniej Oli i 4-letniej Mai, niepracująca. Wstaje codziennie o piątej. Razem z mężem, który jedzie na szóstą otworzyć osiedlowy sklep (wzięli we franczyzę). Wstaje nie po to, żeby zrobić mu śniadanie (mąż o tej porze nie jada), tylko żeby zanim wstaną córki, spokojnie sprawdzić, co na Facebooku. Dziś na przykład Kaśka zamieszcza selfie w objęciach nowego chłopaka. A najlepsza przyjaciółka Wiktoria pokazuje się na parkiecie nocnego klubu z całkiem fajnym kolesiem. Ewa ogląda koleżanki z zazdrością: „One to mają życie, nie to co ja, mnie omija wszystko, co najlepsze”. Tak myśli, kiedy otwiera laptopa rano, zanim wstaną córki, i wieczorem, kiedy już śpią.

To prawda, ma dzieci. Wspaniałe królewny, kocha je nad życie. Rozczulają ją do łez. Na ostatnie urodziny Ola wręczyła jej rysunek własnego autorstwa przedstawiający całą rodzinę na plaży. I kto był na nim największy? Mama, oczywiście. Ania urządziła z kolei z siostrami teatrzyk, w którym odegrała mamę z marzeń – starannie umalowaną pożyczonymi od koleżanki mamy kosmetykami, w jej butach na obcasach. Swoją drogą to wymowne, że Ania chciałaby, żeby mama wyglądała właśnie tak. Najmłodsza córeczka Maja codziennie bez okazji obejmuje ją pulchnymi rączkami i wyznaje: „Kocham cię, mamusiu”. To są chwile, dla których warto żyć. Ale tylko chwile. Reszta życia to monotonna rutyna: gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy. Odrabianie lekcji ze starszymi. Po raz enty czytanie tych samych bajek. Kąpanie młodszej, zapędzanie do mycia starszych. Spacery tymi samymi alejkami. Godzenie córek, gdy się kłócą i biją. Szpital w domu raz na dwa miesiące, bo gdy jedna zachoruje, zaraz rozkładają się wszystkie.

Ewa (wysoka, korpulentna, o oryginalnej południowej urodzie) opowiada o sobie beznamiętnym tonem. Czuje się stara, sterana, umęczona. Nic nie osiągnęła. Od dziecka marzyła, żeby być nauczycielką. Ale zakwitły kasztany, ciąża, matura, ślub. Znają się z Robertem pół swojego życia, byli klasową parą. Przeszli razem trudne próby: pojawienie się dziecka w młodym wieku, a potem, co cztery lata, kolejne dzieci, nie do końca planowane. Walkę o to, żeby się utrzymać, żeby kupić mieszkanie, urządzić je. Czy to wszystko scementowało ich związek? Raczej cementują go dzieci. Ale Ewa dostrzega, że coraz mniej w ich relacji radości, spontaniczności. Coraz więcej natomiast zmęczenia, irytacji, wzajemnych pretensji.

Ewa mówi: – Lata lecą, a ja nic nie mam naprawdę swojego. Omijają mnie niesamowite przeżycia, uciekają sprzed nosa różne możliwości. Obserwuję to wszystko, co mogłabym mieć, przeżyć, czego mogłabym zasmakować, przez ekran tabletu. Dobre i to. Walczą we mnie dwie Ewy: matka, która chce stworzyć dzieciom prawdziwy, pachnący szarlotką dom, i Ewa, którą odgrywa Ania – malująca usta, zakładająca szpilki i ruszająca na podbój świata. Coś mam i to coś (dzieci) jest wartością trudną do przecenienia. Ale czegoś innego, bardzo ważnego (wykształcenia, niezależności), nie mam i już mieć nie będę. Męczy mnie nie to, że może kiedyś źle wybrałam, ale to, że się z tego powodu zadręczam. Bo to oznaczałoby: żałuję, że jestem matką. A przecież nie żałuję. Żałuję tylko, że nic mi się poza tym nie udało. Ale proszę powiedzieć, czy jak się człowiek decyduje na trójkę dzieci w młodym wieku, a nie ma znikąd pomocy, to może osiągnąć sukces zawodowy? Byłabym w pełni szczęśliwa, gdybym miała i jedno, i drugie.

Pytania do zadania sobie (zanim wybierzesz):

  1. Jakie wartości i cele są dla mnie ważne?
  2. Co konkretnie chciałabym zmienić?
  3. Jak ta decyzja wpłynie na moje życie?
  4. Jakie mam możliwości wyboru?
  5. Czy znam konsekwencje każdego z nich (za i przeciw)?
  6. Która z decyzji (i jej konsekwencji) jest dla mnie wystarczająco dobra?
  7. Jak ją wcielić w życie?
  8. Co zrobić, żeby w niej wytrwać?

Co pomaga podjąć dobrą decyzję:

  • Stan jasności umysłu.
  • Odprężenie na poziomie fizycznym.
  • Koncentracja, skupienie, bycie tu i teraz.
  • Spojrzenie na problem z szerszej perspektywy.
  • Pozytywne emocje.
  • Minimalny poziom wątpliwości.
Rezygnacja z decyzji to też decyzja. (na podstawie książki Ludy Kopeikiny „Same słuszne decyzje”, Rebis, Poznań 2011)

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety, częściej niż mężczyźni, zadręczają się rozpamiętywaniem zdarzeń? – badania psychologów

Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. (fot. iStock)
Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. (fot. iStock)
Czasem zakłada się, że większa podatność na rozpamiętywanie u kobiet w porównaniu do mężczyzn wynika z jakiejś różnicy biologicznej – na przykład kobiecych hormonów lub budowy kobiecego mózgu. Być może w przyszłości badania dostarczą dowodów na te teorie, obecnie jednak dowody wskazują na społeczne i psychologiczne podstawy rozpamiętywania u kobiet. – wyjaśnia psycholożka Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Czasem zakłada się, że większa podatność na rozpamiętywanie u kobiet w porównaniu do mężczyzn wynika z jakiejś różnicy biologicznej – na przykład kobiecych hormonów lub budowy kobiecego mózgu. Być może w przyszłości badania dostarczą dowodów na te teorie, obecnie jednak dowody wskazują na społeczne i psychologiczne podstawy rozpamiętywania u kobiet. – wyjaśnia psycholożka Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Kobiety mają więcej tematów do rozpamiętywania

Status kobiet w społeczeństwie uległ w ciągu ostatnich 50 lat diametralnej zmianie. W pracy zarobkowej kobiety nie muszą się już ograniczać do wąskiej grupy dostępnych zawodów i zaczynają przebijać się na sam szczyt w różnych branżach – a także żądają równych z mężczyznami wynagrodzeń. W relacjach z płcią przeciwną wiele kobiet oczekuje szacunku i równego dzielenia się domowymi obowiązkami.

Nadal jednak długa droga przed nami. Kobiety w dalszym ciągu za tę samą pracę dostają 74 centy za każdego zarabianego przez mężczyzn dolara, a luka płacowa widoczna jest szczególnie wśród pracowników o niskich dochodach. Kobiety wprawdzie proszą mężczyzn o więcej „pomocy” w domu i przy dzieciach, ale często jej nie dostają. Nasze badania wskazują, że większość zamężnych pracujących matek nadal wykonuje lwią część domowych obowiązków. A chociaż wykonują bardziej prestiżowe i lukratywne zawody niż kiedykolwiek wcześniej, wiele z nich twierdzi, że ich partnerzy nie cenią i nie szanują ich pracy w wystarczającym stopniu.

Ten chroniczny stres – nieustające frustracje i ciężary towarzyszące kobietom na skutek ich niższej pozycji społecznej – wydaje się sprzyjać ich podatności na rozpamiętywanie. Na podstawie przeprowadzonych badań stwierdziliśmy, że osoby doświadczające chronicznego stresu – a to częściej kobiety niż mężczyźni – znacznie częściej oddają się rozpamiętywaniu.

Chroniczny stres może także wpędzać kobiety w przekonanie, że niewiele w swoim życiu są w stanie kontrolować, a to dodatkowo zachęca je do rozpamiętywania. Podejrzewam jednak, że większość kobiet w sytuacji chronicznego stresu ma nadzieję, że da się jakoś poprawić ich sytuację, a w efekcie nie stają się całkowicie bezradne i pozbawione nadziei. Przeciwnie, szukają wytłumaczenia, dlaczego życie nie idzie po ich myśli, dlaczego czują się tak często sfrustrowane i zdenerwowane, jak mogą przekonać partnerów do pomocy w domu i przy dzieciach (bez narzekania!) i co mogą zrobić, by ich partnerzy i rodziny bardziej je doceniali.

Odpowiedzi na te pytania nie są niestety zawsze oczywiste. Psycholog Faye Crosby z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz stwierdziła, że wiele kobiet, które według obiektywnych standardów żyje w nierównych i pozbawionych wsparcia związkach lub doświadcza nieskrywanej dyskryminacji w pracy, nie przyjmuje – albo nie jest w stanie przyjąć – do wiadomości, że są ofiarami. Co więcej, nawet jeżeli przyjmą ten fakt do wiadomości, nie zawsze dysponują środkami, by wydostać się z takiej sytuacji. (…)

Doskonałym paliwem dla rozpamiętywania są bolesne, a często traumatyczne doświadczenia kobiet, które wynikają z braku równej z mężczyznami sprawczości i statusu. Do traum, których kobiety doświadczają częściej niż mężczyźni, należy przemoc seksualna. Możemy się kłócić o prawdziwy odsetek przypadków przemocy seksualnej w społeczeństwie, ale takie badania jak to przeprowadzone przez Mary Koss (M.P. Koss i D.G. Kilpatrick, „Gwałt i napaść na tle seksualnym”, Nowy Jork 2001) jednoznacznie wskazują, że kobiety przynajmniej dwukrotnie częściej niż mężczyźni padają ofiarą poważnych przypadków przemocy seksualnej, takich jak gwałt czy kazirodztwo. Na podstawie własnych badań stwierdziłam, że kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, są znacznie podatniejsze na ataki rozpamiętywania (to samo dotyczy mężczyzn). Trauma tego rodzaju niszczy podstawowe wyobrażenia o świecie, w którym złe rzeczy przydarzają się innym. Jeżeli sprawcą traumy jest członek rodziny lub przyjaciel, takie doświadczenie niszczy zaufanie i poczucie bezpieczeństwa ofiary. W efekcie często pozostawiona jest ona sama sobie i rozpamiętuje, czemu coś takiego przydarzyło się właśnie jej. (…)

Z powodu braku sprawczości społecznej kobiety mają wiele innych problemów poza traumą na tle seksualnym. Psycholog Deborah Belle z Uniwersytetu Bostońskiego wykazała, że kobiety znacznie częściej niż mężczyźni żyją w ubóstwie. Ono z kolei prowadzi do podwyższonego ryzyka szeregu czynników stresogennych, w tym narażenia na przestępczość i przemoc, choroby i śmierć dzieci oraz przemoc fizyczną i seksualną. Ponadto ubóstwo skutkuje także chronicznymi i pozostającymi poza naszym wpływem negatywnymi warunkami życiowymi, w tym mieszkaniem w złych warunkach i w niebezpiecznych dzielnicach oraz niepewnością finansową. To dostarcza ubogim kobietom paliwo do rozpamiętywania – moje badania wskazują, że ubóstwo wśród kobiet wiąże się z tendencją do rozpamiętywania.

Samookreślenie sprzyja rozpamiętywaniu u kobiet

Jedną z największych i najpowszechniejszych różnic osobowościowych między kobietami a mężczyznami jest ich odniesienie do innych. Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni określają się w relacji do innych – jestem córką Catherine i Johna, żoną Richarda i matką Michaela. Kobiety budują także szersze i głębsze sieci społeczne niż mężczyźni. Jako kobiety znamy więcej osób na głębokim, emocjonalnym poziomie i bardziej niż mężczyźni wsłuchujemy się w emocje innych.

Rozległe i głębokie sieci społeczne wspaniale wzbogacają życie kobiet i są ważnym źródłem wsparcia w razie potrzeby. Niestety zwiększają także liczbę źródeł zmartwień. Socjolog Ron Kessler z Uniwersytetu Harvarda stwierdził, że traumatyczne wydarzenia w życiu innych ludzi mają znacznie większy wpływ na kobiety niż na mężczyzn. W przypadku choroby, wypadku czy innej stresogennej sytuacji przyjaciela czy członka rodziny kobiety znacznie częściej niż mężczyźni są smutne, martwią się i niepokoją.

Co więcej, jak odkryła psycholog Vicki Helgeson z Uniwersytetu Carnegie Mellon, kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. W efekcie nieustannie się martwią i niepokoją o implikacje najdrobniejszych nawet zmian w tych relacjach. Co więcej, prowadzi je to do podejmowania złych decyzji we własnym życiu, ponieważ starają się wszystkich zadowolić. Moje badania wykazały, że tendencja do nadmiernego zaangażowania emocjonalnego prowadzi u kobiet do chronicznego rozpamiętywania.

Za dobry przykład może tu posłużyć historia 29-letniej fizjoterapeutki Denise. Już sam fakt, że jej mąż Mark wstaje z łóżka lewą nogą, jest dla Denise dobrym powodem do rozpamiętywania. Mark nie lubi poranków i po przebudzeniu ma zły humor – szczególnie, jeżeli kiepsko spał. Snuje się w szlafroku i w milczeniu popija kawę. Przy śniadaniu bez potrzeby warczy na dzieci, że nie potrafią się zachować. Z kolei Denise uwielbia poranki i czuje się wtedy najlepiej. Budzi się o 5.30 rano, biegnie sześć kilometrów na mechanicznej bieżni i po szybkim prysznicu w doskonałym humorze schodzi na śniadanie. Gdy po wejściu do kuchni zauważa, że Mark jest w złym nastroju, jej mózg natychmiast zaczyna szaleć:

Czy zrobiłam wczoraj wieczorem coś, co go zdenerwowało? Nic nie pamiętam. Ale byłam tak śpiąca, że może i zrobiłam. Czy dzieciaki zrobiły coś strasznego? Może martwi się o pracę? O nie, nie będę nic mówić o pracy – jeżeli jest mu tam źle, nie zniosę tego.

Ostatecznie kobieta pokornie pyta męża, co się dzieje. Jeżeli ma naprawdę zły nastrój, odwarknie „Nic!”, ale zwykle zdaje sobie sprawę, że wstał z łóżka lewą nogą i jej to mówi. Partnerka jednak nie wierzy, że to prawda, i zastanawia się, co go tak naprawdę gryzie. (…)

Naturalnie nie chodzi o to, żeby kobiety stały się wobec innych chłodne i obojętne. Te z nas jednak, które za bardzo identyfikują się przez pryzmat swoich relacji, powinny znaleźć lepszą podstawę do samookreślenia, aby nie były zawsze rzucone na pastwę nieuniknionych wzlotów i upadków związków międzyludzkich. To jednak możliwe jest wyłącznie wtedy, kiedy uznamy, że mamy skłonność do rozpamiętywania, i wypracujemy strategie, by się z niego wyzwolić.

Czy rozpamiętywanie to dla kobiet norma?

Być może kobiety są bardziej niż mężczyźni podatne na rozpamiętywanie dlatego, że są bardziej emocjonalnie nastawione. Nawet przedszkolaki wiedzą, że dziewczynki doświadczają emocji i okazują je bardziej niż chłopcy, a przekonanie to króluje także wśród dorosłych, we wszystkich grupach wiekowych. Jest to jeden z mitów kulturowych, w którym może być ziarno prawdy – przynajmniej jeśli chodzi o niektóre emocje. Psycholog Lisa Feldman Barrett z Boston College stwierdziła, że kobiety nie tylko mówią, że doświadczają więcej emocji niż mężczyźni, ale bezpośrednie obserwacje kobiet i mężczyzn z różnych grup wiekowych i obszarów geograficznych potwierdziły, że także w większym niż mężczyźni stopniu je artykułują i okazują. Feldman Barrett i jej współpracownicy poprosili respondentów z siedmiu różnych lokalizacji i grup zawodowych w USA i Niemczech o opisanie, jak czuliby się oni sami i inni ludzie w dwudziestu różnych scenariuszach. Jeden z nich brzmiał następująco: „Ty i twój najlepszy przyjaciel macie to samo stanowisko. Co roku przyznawana jest nagroda dla najlepszego pracownika. Oboje ciężko pracujecie, by ją zdobyć. W końcu ogłoszony zostaje zwycięzca – to twój przyjaciel. Jak się czujesz? Jak czuje się twój przyjaciel?” Uczestnicy mieli za zadanie zapisać odpowiedzi na pytania, a badacze analizowali je pod kątem ilości wyrażonych emocji. We wszystkich siedmiu grupach kobiety wykazały większą niż mężczyźni świadomość emocji tak własnych, jak i innych ludzi w podanych scenariuszach.

Czy świadomość emocjonalna to cecha, z którą kobiety się rodzą? Być może, ale są też podstawy, by przypuszczać, że kobiety od wczesnego wieku są „szkolone” do zwracania większej uwagi na uczucia niż mężczyźni. Badania prowadzone przez psychologów rozwojowych, jak np. Eleanor Maccoby z Uniwersytetu Stanforda i Judith Dunn z Instytutu Psychologii w Londynie, wykazały, że ogromną różnicą w sposobie traktowania córki i synów przez rodziców jest zwracanie uwagi na smutek i lęk oraz wspieranie wyrażania ich u dziewczynek oraz zniechęcanie do tego chłopców. Wielu teoretyków argumentuje, że zniechęcanie do wyrażania negatywnych emocji jest dla chłopców niezdrowe, ponieważ przez to uczą się zaprzeczać własnemu smutkowi i strachowi i je wypierać. Bez wątpienia jest to do pewnego stopnia prawda.

Są jednak coraz większe podstawy, by sądzić, że rodzice wcale nie działają na korzyść swoich córek, pielęgnując ich złe nastroje. Niektórzy nadmiernie wzmacniają ekspresję smutku i niepokoju u dziewczynek, zachęcając je na przykład do rozmowy o tych uczuciach i pomagając wymieniać wszystkie możliwe przyczyny smutku i lęku zamiast pomóc im wymyśleć sposoby na zmianę trudnej sytuacji czy lepsze radzenie sobie w takich okolicznościach. Dodatkowo niektórzy rodzice dużo mówią o własnym niepokoju czy smutku i wyrażają przy tym własną bezradność i brak nadziei. Co więcej, częściej pozwalają sobie na to przy córkach niż przy synach. Dziewczynki odbierają bardzo wyraźny sygnał – nieszczęście czyha wszędzie wokół i nic nie można z nim zrobić, trzeba się na nim po prostu skupić.

W naszych badaniach zapytaliśmy kobiety i mężczyzn, na ile są w stanie kontrolować negatywne emocje, jak na przykład smutek i lęk. Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni mówiły, że uczucia te nie poddają się kontroli – nic nie można z nimi zrobić. Jeżeli da się negatywnym uczuciom i powiązanym z nimi myślom wolną rękę, szybko prowadzi to do napadu rozpamiętywania. W naszym badaniu stwierdziliśmy, że im bardziej zdaniem danego respondenta negatywne emocje nie poddają się kontroli, tym większe prawdopodobieństwo, że jest rozpamiętywaczem.

Wiele kobiet angażuje się dodatkowo w rozpamiętywanie zbiorowe. Siedzą razem i poddają różne kwestie szczegółowej analizie zamiast zachęcać się do aktywnego zarządzania uczuciami czy rozwiązywania problemów. Kiedy podsycamy wzajemnie ogień negatywnych rozmyślań, czujemy się zrozumiani i usprawiedliwieni w naszych uczuciach, ale nadal jesteśmy przytłoczeni naszymi problemami i nic z nimi nie robimy.

Fragmenty z książki „Kobiety, które myślą za dużo”. Jej autorka, Susan Nolen-Hoeksema, była amerykańską profesor psychologii na Uniwersytecie Yale.

Jeśli mierzysz się z problemem rozpamiętywania, zadręczasz się minionymi zdarzeniami, rozmowami i nie potrafisz wyrwać się z myślowego kołowrotka i gonitwy myśli – ta książka może okazać się bardzo pomocna.

  1. Psychologia

Czas - dlaczego jedni mają go dużo, a innym wiecznie ucieka?

Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara. Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze?

Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara.

Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze? Otóż to, czy czas płynie dla nas szybko czy wolno, zależy od panujących w domu rodzinnym zasad i wymagań. Nie muszą być formułowane werbalnie, wystarczy, że stanowią coś w rodzaju atmosfery, w jakiej jesteśmy wychowywani.

Zabiegani i skupieni

Niezwykle zaradna mama i ambitny tata stawiają sobie wiele celów do osiągnięcia, czas jest więc dla nich towarem deficytowym. Ich dziecko rośnie w przekonaniu, że nie wolno mu marnować ani minuty. W konsekwencji uważa, że o wiele ważniejsze jest to, co może osiągnąć, niż sam fakt, że jest, istnieje. Na głębszym poziomie odnosi wrażenie, że jego życie ma sens dopiero wtedy, kiedy coś wytwarza. Nie myśli, że ma wartość samo w sobie.

Wkracza więc w dorosłość jako osoba, która działa pod nieustanną presją czasu, nie wyrabia się. A jak się wyrabia, to dokłada sobie więcej zajęć. Zamiast wyznaczać cele, osiągać je i odczuwać zadowolenie, wciąż jest nienasycona. Dla niej czas jest czymś, co trzeba maksymalnie wypełnić, żeby móc powiedzieć: „nie zmarnowałem go”. I mieć na to dowody.

Inaczej podchodzi do życia ktoś wychowany w rodzinie, w której rodzice mieli chwilę i dla dziecka, i na swoje drobne przyjemności. Potrafili się zatrzymać w biegu, pobyć ze sobą, zamiast wciąż coś robić, organizować, wypełniać. Taka osoba na wszystko znajdzie czas. Nie dlatego, że jej doba liczy sobie więcej godzin czy ma mniej rzeczy do zrobienia – pod względem produktywności może być kopią wiecznie zagonionego człowieka – ale ponieważ w inny sposób wykonuje zadania. Stara się bardziej być, niż działać. Potrafi żyć chwilą, a kiedy coś robi, koncentruje się na jednej rzeczy. Jeśli prowadzi z kimś rozmowę, skupia się tylko i wyłącznie na niej. Nie myśli wtedy, co zrobi później. To daje jej niesamowity komfort psychiczny: nie traci czasu, bo ma go we władaniu.

Pełna koncentracja na zadaniu, powoduje, że tracimy poczucie upływu czasu. Zanurzamy się w nim tak dalece, że zaczyna mieć inny wymiar. Jesteśmy obecni w teraźniejszości. Nie przeżywamy też lęku, napięć czy wątpliwości związanych z sytuacjami, które minęły czy dopiero mają nadejść. W takim stanie bierzemy udział w życiu jako procesie, doświadczeniu, które jest w ruchu, ma walor ożywiania nas, niezamykania w kręgu skostniałych wyobrażeń.

To przychodzi z wiekiem

Kiedy jesteśmy młodzi, wyglądamy przyszłości, czekamy na nią, chcemy być wreszcie dorośli. Czujemy, że całe życie przed nami, a to taka niewyobrażalna ilość godzin! Im stajemy się starsi, podejście do czasu się zmienia. Dorastamy i zaczynamy wypełniać cele, które wyznaczyli nam: rodzice, społeczeństwo, kultura. Zakładamy rodziny i płodzimy dzieci, kupujemy mieszkania, samochody, rozkręcamy karierę… I nagle zdajemy sobie sprawę, że to nie były nasze cele. Nadchodzi zrozumienie: „wywiązałem się z ról społecznych, ale nadal nie jestem szczęśliwy”. Pojawia się niepokój, że nie dopełniliśmy jakichś ważnych spraw wobec siebie samych, wobec własnych potrzeb.

Bo człowiek może się pogubić, przez jakiś czas iść drogą, którą wybrał dla niego ktoś inny – ale ostatecznie zwycięża w nim potrzeba rozwoju. Nawet jeśli przez lata zwodzona, w końcu zaczyna się dobijać. Wewnętrzny głos mówi mu: „to nie twoja droga, ty potrzebujesz czegoś innego, zadbaj wreszcie o to”. Im później przyjdzie to oprzytomnienie, tym większa panika, że może z czymś ważnym nie zdążyć. Robi wszystko, żeby nadgonić stracony czas. I czyni to ze świadomością, że pozostało mu go coraz mniej. Wreszcie jednak wie, czego chce, i czuje, że dopiero teraz zaczyna naprawdę żyć.

Niekoniecznie do pustelni

Oczywiście najlepiej byłoby świadomie żyć i od początku korzystać z danego nam czasu. Do tego jednak konieczna jest znajomość siebie samego, własnych potrzeb i celów. Wiele z tego, nad czym się trudzimy, nie przedstawia dla nas większej wartości. Jest podążaniem za ogólnie przyjętym wzorem postępowania. Jak to zrozumieć? Nie potrzeba wiele – wystarczy raz na jakiś czas zwyczajnie się zatrzymać. Przestać bezrefleksyjnie pędzić przed siebie i różnymi zajęciami – jedzeniem, czytaniem gazety, telefonem do dalekiej znajomej, porządkowaniem pawlaczy, oglądaniem telewizji – odwracać uwagę od tego, co się w nas dzieje. A mamy taką tendencję. Zwłaszcza, gdy nachodzą nas trudne emocje: smutek, zazdrość, rozgoryczenie. To naturalny i bardzo ludzki odruch – ucieczka od cierpienia. Mimo to powinniśmy go świadomie powstrzymać, usiąść w ciszy i wsłuchać się w siebie. Kiedy wchodzimy w kontakt z własnym wnętrzem, emocjami – czas zwalnia. Podobną wartość mają robione w ciągu dnia drobne przerwy na uświadamianie sobie, gdzie jesteśmy – w sensie psychicznym. Na zadanie sobie pytań: „Dokąd pędzę? O co mi chodzi?”.
 
Wysiłek, by żyć świadomie, wart jest swojej ceny, bo kiedy funkcjonujemy automatycznie, życie się wprawdzie kręci, ale my nie możemy się nim nasycić. I wcale nie trzeba jechać po to do pustelni. Można przecież celebrować dany nam czas, budząc swą uważność, wyskakując ze schematu codziennego funkcjonowania. Zacznijmy na przykład od śniadania. Niech wygląda inaczej. Nie tylko w kwestii tego, co na talerzu, ale też towarzystwa, w jakim je jemy, czy pory dnia. Albo wstańmy godzinę wcześniej, poobserwujmy swoje ciało, jak się budzi, co czujemy w poszczególnych jego częściach – to dobry początek na nawiązanie ze sobą bliskiego kontaktu. Umówmy się ze znajomym na kawę w zupełnie nowym miejscu, wróćmy do domu inną drogą. Zmieniajmy drobne elementy w naszym codziennym harmonogramie, bo to nas otwiera, cuci. Stawiając się w nowej sytuacji, musimy się w niej szybko zorientować. I to nas utrzymuje w stanie uwagi. Odzyskujemy poczucie możliwości wyboru, doświadczamy swojego wpływu.

Wczoraj, dziś, jutro

Ludzi można podzielić na trzy grupy: zorientowanych na przeszłość, przyszłość i obecnych w teraźniejszości. Przywiązujemy się do przeszłości, bo się boimy, że bez niej stracimy tożsamość, ona daje nam poczucie ciągłości zdarzeń. Nawet jeśli dotyczy negatywnych doświadczeń. Ciągłe grzebanie się w przeszłości jest jednym ze sposobów radzenia sobie z lękiem. To mechanizm obronny: unikanie życia. Tylko że ta retrospekcja: „dlaczego tak się zachowałem, dlaczego to zrobiłem…” – nic nam nie da. Przyniesie jedynie poczucie winy i spowoduje, że trudno nam będzie doświadczać tego, co teraz. Czas psychologiczny, więżąc nas w przeszłości, więzi nas w bólu.

Życie w przyszłości, wieczne wybieganie ku niej myślą, również nie jest dobrym rozwiązaniem. Pułapką takiego myślenia jest założenie, że przyszłość będzie lepsza od przeszłości i teraźniejszości, co nie zawsze się sprawdza.

Mimo to jest wielu marzycieli, którzy w ten sposób unikają teraźniejszości. Wyobrażają sobie, co mogliby w przyszłości zrobić, ustawiają się w sytuacji, która otwiera przed nimi wiele wspaniałych możliwości... Karmiąc swoje ego, żyją tak naprawdę w lęku przed sukcesem, w oderwaniu od tego, co się dzieje tu i teraz.

Najzdrowszą postawę prezentuje człowiek zorientowany na teraźniejszość. Do przeszłości powracający jedynie po to, by wyciągać wnioski, a w przyszłość wybiegający, by ją zaplanować. Jest zakotwiczony w „tu” i w „dziś”, w pełni obecny i przytomny.

Skoro teraźniejszość jest wszystkim, co mamy, dlaczego tak trudno nam w niej żyć?

Bo wymaga zaakceptowania, że chwila obecna jest ulotna, a to napełnia nas lękiem. Wszyscy wynosimy z dzieciństwa poczucie bezradności i przez całe życie od niego uciekamy. Mamy więc potrzebę solidności, trwałości – by czuć się bezpiecznie. A przecież życie jest procesem. Droga do prawdziwego poczucia bezpieczeństwa wiedzie zatem przez zakotwiczenie się w sobie, w rytmie swojego serca i oddechu – a wszystko to jest w teraźniejszości.

Ekspert: Teresa Raczkowska psychoterapeutka, prowadzi terapię indywidualną

Zresetuj się - wskazówka dla pracujących poza domem

Zwykle poszczególne części naszego dnia płyną w różnym rytmie. O wiele większą presję czasu odczuwamy w pracy niż w domu, do którego wracamy, by się zrelaksować. Przejście z jednej „częstotliwości” na drugą może nam jednak przysparzać sporo trudności. Dlatego jeśli masz wymagającą pośpiechu pracę, przychodząc do domu, najpierw wytrać pęd całego dnia, choćby siadając i kompletnie nic nie robiąc przez co najmniej 10 minut. Jeśli tego nie zrobisz i zmusisz się do podtrzymywania kontaktu z bliskimi, będzie on bezwartościowy, bo będziesz reagować jak maszyna. Uprzedź o tym domowników, by nie zarzucali ci, że się izolujesz czy unikasz włączenia w obowiązki. Powiedz partnerowi: „Zaraz włączę się w życie rodziny, daj mi jednak kilka minut, najpierw muszę dojść do siebie, odreagować”. Możesz też zaparkować pod budynkiem i pójść na 15-minutowy spacer – wszystko, co czeka na ciebie w domu, wytrzyma jeszcze kwadrans dłużej, bez większej szkody dla przebiegu całego dnia. Spokojny spacer pozwoli ci uwolnić się od presji czasu. Bo prawda jest taka, że gdy zaczniemy zauważać to, co jest wokół, ale i w środku nas, będziemy mieć coś do dania drugiej osobie, bo dopiero wtedy możemy poświęcić jej całą naszą uwagę.

  1. Psychologia

Dokarmić dobrego wilka - dla zestresowanym mam

Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas niszczy, wprowadza w nasze życie chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza w nas ład. I to od nas zależy, co wybierzemy – mówi psychoterapeutka Krystyna Łukawska. 

Mama bywa zapracowana, zmęczona, zestresowana, zdenerwowana, ale zrelaksowana? To niemożliwe, zwłaszcza jeśli ma małe dzieci. Warto się zastanowić, co to znaczy zrelaksowana mama. Na pewno nie jest to mama, która się nie stresuje. Wszyscy się stresujemy, mama też i nie ma co się łudzić, że stresu unikniemy. Nasze życie staje się bowiem coraz bardziej intensywne. Zrelaksowana mama to jest taka mama, która – po pierwsze - umie radzić sobie ze stresem, a nie taka, która nie przeżywa stresu. Czasami mamy skarżą się: „Nie mogę przestać się niepokoić, nie umiem się nie martwić.” Odpowiadam im: Też się przejmuję, denerwuję, wszystkie to robimy. Nawet nie wiem jak byśmy miały zaawansowane kariery, to jeśli mamy dzieci, rodzina pozostaje w centrum naszego życia i bywa źródłem niepokoju. Ale przede wszystkim jest źródłem satysfakcji! Bycie mamą to coś najlepszego, co mogło nam się przytrafić. Jednak żeby móc czerpać z tego doświadczenia radość, trzeba ją świadomie budować. Zrelaksowana mama to – po drugie – mama, która daje sobie prawo do tego, żeby zadbać o siebie. A więc nie czuje się winna, kiedy zostawia dziecko pod dobrą opieką i wychodzi z domu, żeby poćwiczyć, spotkać się z przyjaciółką, zrobić coś, co przynosi jej przyjemność. Ale najważniejsze dla osiągnięcia stanu prawdziwego zrelaksowania jest umiejętność BYCIA, a nie tylko działania.

Mamy relaksują się na przykład rozmowami na facebooku. I to nic złego. Jeśli chcę być zrelaksowaną mamą, to regularnie robię coś dla siebie, niezależnie od kontaktów z dzieckiem, na przykład korzystam z Internetu. Warto jednak wiedzieć, że walutą jaką płacimy za korzystanie z Internetu jest nasza uwaga. Badania z 2008 roku – teraz prawdopodobnie te liczby są jeszcze większe - pokazują, że przeciętna osoba pochłania 34 gigabajtów informacji dziennie, co przekłada się na 100 tysięcy słów, przy czym 1 gigabajt to na przykład symfonia albo pełnometrażowy film. Codziennie pochłaniamy taką ilość informacji! Badania pokazują, że Internet dostarczając mózgowi nieustannej stymulacji powoduje rodzaj chemicznego uzależnienia. Wydziela się wtedy dopomina, wywołująca uczucie przyjemności, więc chcemy to robić. Nie zatrzymamy rozwoju technologii, nie ma sensu jej potępianie, sama jestem jej wielką fanką. Trzeba tylko nauczyć się z niej korzystać. Ja też lubię pobyć na facebooku, ale pod koniec dnia zadaję sobie samej pytanie: co przyniosło mi balans, spokój, radość, szczęście? I żeby na to odpowiedzieć konieczne jest: BYCIE.

Co to takiego? To umiejętność uwolnienia się od presji czasu i pośpiechu, któremu wszyscy nieustannie ulegamy. Doskonale pamiętam tę presję. Dzwoni do mnie przyjaciółka, a ja pytam: Czy to coś ważnego, bo nie mam czasu. Dziecko o coś mnie prosi, a ja je poganiam: Tylko szybko, bo się spieszę. A ile czasu zajmuje wysłuchanie pytania dziecka, 30 sekund? Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. Ćwiczenie tej umiejętności zajmuje naprawdę niewiele czasu, wystarczy 30 sekund, minuta na godzinę przeznaczona na zatrzymanie się i świadome oddychanie. W sumie daje to kilkanaście minut BYCIA w ciągu dnia. To naprawdę nic w porównaniu z czasem, który przecieka nam przez palce. Badania neuropsychologiczne pokazują, że do tego, aby można tworzyć, być kreatywnym, trzeba przeplatać działanie BYCIEM.

Czyli odpoczynkiem? Nie do końca. Słowo „odpoczynek” kojarzy się z aktywnością fizyczną - jedziemy na narty, na rower, biegamy. To oczywiście jest odpoczywanie, ważne i potrzebne dla naszego rozwoju. BYCIE to jednak coś więcej. To moment zatrzymania naszego umysłu, nie identyfikowanie się z wszystkimi myślami, jakie przelatują nam przez głowę, co pozwala zauważyć, że niektóre z nich są  po prostu głupie i nie warto się w nie wciągać. Trzeba pamiętać, że 40 procent naszego działania jest działaniem nawykowym. A to znaczy, że reagujemy nie tak, jak wymaga tego sytuacja, często nawet nie tak, jakbyśmy chcieli, tylko tak, jak mamy to wdrukowane przez wychowanie, edukację, przyzwyczajenia.

BYCIE powściąga reakcje nawykowe? Tak. Taką reakcją nawykową jest, na przykład, mówienie do dziecka: „uważaj!” Ja też ciągle to powtarzałam. Pamiętam też, jak mój ojciec wołał z przerażeniem: „uważaj”, co miało oznaczać tylko to, że się boi, że zrobię sobie jakąś krzywdę, nic więcej. A więc kiedy uświadomiłam sobie, że to nie jest pomocne zawołanie do dziecka, a nawet, że wprowadza niepokój, to postanowiłam się powstrzymywać od mówienia takich słów. Dobra wiadomość jest taka, że nawet dzieci można nauczyć powstrzymywania się. Ale nie można uczyć dzieci czegoś, czego sami nie umiemy. Jako mama wypowiedziałam wiele nieodpowiednich i okrutnych słów dopóki nie uświadomiłam sobie tego i nie nauczyłam się wyrażać swojego niezadowolenia z szacunkiem i życzliwością dla dziecka.

Co daje bycie zrelaksowaną mamą? Uwolnienie od poczucia winy. Poczucie winy bardzo nas bowiem obciąża. W zachodniej kulturze obwiniamy się od setek lat, na winie i karze opierały się systemy edukacyjne. Nawet jeśli teraz wiemy, że obwinianie nie ma sensu i nie pomaga ani w uczeniu  ani w rozwoju, to ciągle pojawia się nawykowo. Z mojej pracy z mamami wynika, że one przede wszystkim obwiniają się same. I drugi problem – nie dają sobie prawa do błędów.   

Bo wszystkie chcemy być idealnymi matkami. Mam wrażenie, że same na sobie przeprowadzamy test: zdałam egzamin, czy go oblałam. I bardzo często odpowiadamy: oblałam. Zajmujemy się głównie tym, co zrobiłyśmy nie tak, podczas, gdy jako mamy niesłychanie się staramy, wkładamy w wychowanie dziecka wiele troski, starań, pracy, nieprzespanych nocy, a w ogóle tego same nie doceniamy! Kiedy pojawia się nawykowe samoobwinianie: „znowu nawaliłam, znowu sprawiłam, że synek się rozchorował” dobrze jest zrobić krótki moment przerwy i zauważyć: „Oto odzywa się we mnie mój wewnętrzny krytyk”. Zamiast sobie coś wyrzucać, lepiej zobaczyć to, że czegoś nie umiem, że byłam  bezradna. Można wykonać  wtedy proste ćwiczenie: Porównać ową sytuację do scenariusza filmowego i zastanowić się, co bym w nim zmieniła, żeby film zrobiony na jego podstawie mi się podobał. Jestem wielką entuzjastką warsztatów i w ogóle uczenia się. Sama korzystałam z wielu warsztatów i nadal to robię. Mam za sobą 25 lat intensywnej i regularnej medytacji, więc dla mnie zatrzymanie jest już łatwe i naturalne. Ale na początku było niesłychanie trudne. Uważam, że w każdym wieku można się zmienić, najpierw jednak trzeba nauczyć się BYCIA.

W końcu uda nam się kiedyś posiąść sztukę bycia zrelaksowanymi? To złudzenie, że możemy ten stan osiągnąć. W życiu cały czas balansujemy między równowagą, a brakiem równowagi. To tak, jakbyśmy chodzili po cienkiej linie. Nawet duchowi nauczyciele nie żyją w stanie permanentnej równowagi, oni tylko wiedzą, jak szybko ją odzyskać. Zacząć można od zatrzymywania się i świadomych oddechów. Starać się zauważać, ale nie  utożsamiać z głosem wewnętrznego krytyka. Ćwiczyć się w życzliwości i łagodności w stosunku do siebie. Myślę, że często nie umiemy okazać życzliwości, miłości, bo nas tego nie uczono. Rodzice bardziej starali się nauczyć nas czego nie robić, co jest dla nas niedobre niż tego, co robić i co jest dla nas dobre. Bardziej chronili niż poświęcali czas i uwagę. To ważne, żeby regularnie dbać o życzliwą, przyjazną atmosferę w domu. Okazujmy dzieciom miłość, ciepły i serdeczny dotyk, patrzmy sobie nawzajem w oczy i mówmy: O jak się cieszę, że się cieszysz, to cudowne, że ci się udało. Dziecko rośnie, gdy widzi zachwyt w oczach mamy. Celebrujmy momenty bycia razem, posłuchajmy z autentycznym zaangażowaniem historii jakie opowiada dziecko.

Łatwo powiedzieć…Wiele mam uzna, że to niewykonalne. Często narzekamy na dziecko, ponieważ nie możemy wybaczyć sobie tego, co mu zrobiłyśmy. Na przykład tego, że kiedy było chore, marudne, nakrzyczałyśmy na nie. Nasza reakcja wynikała nie ze złych intencji, tylko z bezsilności i nieumiejętności stawiania dziecku granic z szacunkiem i życzliwością. Na spotkaniach z rodzicami podkreślam, że jestem za wychowaniem bez kar. Rodzice odpowiadają, że wychowanie bezstresowe się skompromitowało. Ale wychowanie bez kar nie ma nic wspólnego z wychowaniem bezstresowym. Dziecko niesłychanie potrzebuje dyscypliny, każdy z nas jej potrzebuje, niczego nie moglibyśmy osiągnąć, gdyby nie dyscyplina. Naszym zadaniem jest więc nauczyć dziecko dyscypliny. A będzie to możliwe wtedy, kiedy sami zaczniemy czuć się swobodnie ze stawianiem dziecku wymagań, ograniczeń, ale bez upokarzania, obwiniania, oskarżania, z życzliwością i szacunkiem. I czasami to bardzo trudne, bo sami  takiego traktowania nie doświadczyliśmy. Dyscyplina nie polega na tym, żeby karać. W  karze zawiera się pewien rodzaj upokorzenia, pokazanie, że mam władzę. Oczywiście, rodzice mają władzę nad dzieckiem, ale nie ma potrzeby jej podkreślać. I to nieprawda, że zbuntowany nastolatek nie chce dyscypliny. On tak naprawdę marzy, żeby rodzice pomogli mu przejść przez trudny okres w życiu, ale żeby zrobili to z szacunkiem i życzliwością, żeby pokazali, że są po jego stronie, że nie chcą go zniszczyć, tylko pragną uszanować jego przestrzeń, osobowość. Swoboda w spokojnym stawianiu wymagań daje mamie niesłychaną siłę. Warto ją budować także poprzez chwile zatrzymania.

Co daje nam stan zrelaksowania? Spokój, odprężenie, jasność umysłu. Zmienia jakość naszych relacji z dzieckiem, partnerem, przyjaciółmi, ale przede wszystkim ze sobą samym. Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas  niszczy,  wprowadza w nas chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza ład. Jest taka mądra przypowieść o starym Indianinie, do którego przychodzi wnuczek i mówi: - Nienawidzę kolegi, bo potraktował mnie niesprawiedliwie. Na co dziadek: - Ja też czasami czuję nienawiść do tych, którzy są chciwi i aroganccy. Ale nienawiść jest jak trucizna, którą pijesz w nadziei, że otruje drugą osobę. We mnie i w każdym z nas są dwa wilki, które toczą walkę. Jeden – pełen chciwości, agresji, zazdrości, pesymizmu – dąży do wojny i  zniszczenia. A drugi – pełen dobroci, miłości, wyrozumiałości, optymizmu – dąży do pokoju i harmonii. Każdy z nich chce dominować, chce być ważniejszy. - A który z nich wygra dziadku? - zapytał wnuczek. - Ten, którego będziesz karmił.

Ta przypowieść pięknie pokazuje, że w każdym momencie życia mamy wybór. Żeby jednak był możliwy, musimy na moment się zatrzymać i po prostu „być”, bo w tym „byciu” zapala się żarówka świadomości, dzięki której możemy zobaczyć nasze życie z innej perspektywy.

A gdy same się zmienimy, to nie ma siły, żeby nie zmienili się ludzie wokół nas. To niewiarygodne, jak to działa! Dlatego warto zacząć dzień nie od narzekań, że to nie zrobione, tamto nie zrobione, tylko od uśmiechu i serdecznego powitania dziecka: Dzień dobry, jak spałaś, jak się czujesz. Ale najpierw trzeba uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć: Dzisiaj jest nowy dzień, postaram się być życzliwą dla siebie. Bo kiedy uśmiecham się do siebie, uśmiech pojawia się także na twarzach innych. 

Krystyna Łukawska – psychoterapeutka, coach, absolwentka Instytutu Psychologii UW, autorka wielu seminariów i warsztatów (w tym internetowych adresowanych do mam: www.zrelaksowanamama.pl) i książki „Szczęśliwi rodzice – szczęśliwe dzieci”. Od lat mieszka w USA.

Jak zadbać o siebie?

1. Ucz się życzliwego przyglądania się swoim myślom 

2. Ucz się rozumieć swoje ciało i traktuj je życzliwie

3. Akceptuj momenty słabości i unikaj obwiniania

4. Powstrzymuj się od reakcji kiedy jesteś zła

5. Ucz się uspokajać silne emocje

6. Uśmiechaj się do siebie i innych

7. Rób coś, co sprawia ci radość

8. Dbaj o ruch i wypoczynek

9. Rozwijaj wdzięczność do siebie i innych

10. Okazuj miłość i serdeczność

 

  1. Psychologia

Nie bój się błędów

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
„Źle to robisz, zostaw, odłóż. Lepiej sama zrobię… Znowu zepsute, kiedy ty się nareszcie tego nauczysz. Co ja mam z tym dzieckiem!”. To w domu.

„Źle! Znowu nie umiesz! Jedynka. Tylko tyle potrafisz? Wciągnij te kopyta, do baletu nie wstąpisz!”. To w szkole. (Cytat z mojego pana od wf.).

Całe nasze młode życie bywa upstrzone takimi połajankami, ocenami. Zabrałam się do szycia sobie spódnicy ze starych, nienoszonych spodni taty i byłam z siebie bardzo dumna. Dopóki mama nie wykazała mi niezbicie – wytykając, co źle obrąbiłam i gdzie się ciągnie… – że niepotrzebnie zniszczyłam (!) tacie spodnie. Szyć przestałam.

Na studiach spotkałam dziewczynę, która chodziła w fajnych, uszytych przez siebie samą ciuchach. Była oryginalna. Kiedyś zobaczyłam, że dynda jej jakaś nitka i szew jest nadpruty. Doniosłam jej o tym cichutko, z troską – bo pewnie nie zauważyła. „Ha, ha – zaśmiała się Teresa. – Wiem! A co to szkodzi!”. Zamurowało mnie. Moja mama by mnie zabiła – zwierzyłam się z nieudanej kariery krawcowej. „A moja – powiedziała Teresa ku mojej wielkiej zazdrości – w ogóle by się nie przejęła. Kroiłam i szyłam, co chciałam, mama mi dawała wszystkie materiały. Zawsze mnie wspierała i zachwycała się tym, co robię”. Teresa Seda została świetną projektantką.

Mam nadzieję, że pamiętacie nauczyciela ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Kiedy zapytany przez niego uczeń odpowiadał błędnie, on mówił: „Nie, ale dziękuję za odpowiedź!”. Pamiętacie jego szacunek i miłość do uczniów? Pamiętacie, jak rozkwitali, jak stawali się twórczy? Ilu z nas spotkało takich nauczycieli? Ilu miało takich rodziców? Oczywiście sytuacja nie bywa wyłącznie czarna. Byliśmy przecież chwaleni za dobre wyniki w szkole, za posłuszeństwo, za to, że wstydu nie przynieśliśmy. Byliśmy chwaleni i uznawani za to, co dla NICH było dobre. Pomieszało nam się więc z tym, co dobre dla NAS. Co dla nas właściwe. Ciągle jesteśmy nie dość doskonali i ciągle mamy się doskonalić. I w dodatku mamy to robić bezbłędnie, już od razu.

Mój, skądinąd fajny tata, też miewał wpadki. Zawsze byłam bardzo dzielna, ale bałam się głębokiej wody. On uczył mnie pływać. Na płytkiej wodzie pływałam, na głębokiej krztusiłam się ze strachu i robiłam wiatrak. Po kilku takich nieudanych próbach tatę szlag trafił i wepchnął mnie całą pod wodę, przytrzymując mi mocno głowę. Przeraziłam się, że mnie utopi. Trwało to wieczność. I ten straszny żal i zawód, że to ON mi to robi.

A potem w mojej szkole zrobili basen. Jezu, jak mi zależało, żeby pływać! Najpierw zaczęłam ćwiczyć oddechy w misce pełnej wody, a potem noc w noc ćwiczyłam pływanie we śnie. Na raz ramiona do przodu, głowa do wody, wydech pod wodą, na dwa głowa nad wodę, nabranie oddechu, ramiona na boki i do tyłu, a potem znowu głowa do wody, ramiona do przodu, wydech pod wodą… Zaczęłam uwielbiać to nocne pływanie. I któregoś dnia na wf. na basenie stanęłam na słupku, uśmiechnęłam się do siebie i... skoczyłam. Pływanie stało się moim ulubionym zajęciem na zawsze. Tata był ze mnie bardzo dumny, bo pływałam godzinami. Nie wiem, czy wiedział, co mi zrobił. Ja wiedziałam, że uratowałam siebie sama. A moje sny do dziś przychodzą mi z pomocą.

W niektórych sprawach się poddaliśmy, w innych nie. Na szczęście w życiu prawie każdego są takie sfery, za które odpowiadamy sami, nikt nam się tam nie może wedrzeć. Na szczęście spotykamy rówieśników, z którymi budujemy świat według innych praw niż te dane nam przez dorosłych. Na szczęście spotykamy różnych dorosłych.

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów. A potem już możemy przekazać je naszym dzieciom.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Kup kochance męża kwiaty”, „Chcę być kochana tak jak chcę”. Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.