1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Stan flow - jak go osiągnąć?

Stan flow - jak go osiągnąć?

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
Najważniejsza w życiu jest umiejętność pływania, a właściwie zanurzenia się w rzeczywistości, w chwili, która właśnie mija, i płynięcia z tym, co akurat robimy, czego doświadczamy. Tylko tak możemy poczuć, że życie ma smak i głęboki sens, tłumaczy psychoterapeutka Jolanta Berezowska.

Słowo „flow”, czyli przepływ, zrobiło karierę. Nie tylko w kręgach rozwojowych, ale również w biznesie, jako patent na spełnienie zawodowe. Co to jest owe flow?
Słowo „flow” oznacza taki stan psychiczny, w którym osoba wykonująca jakieś zadanie jest w to, co robi, w pełni zaangażowana, jest zanurzona w działanie całym sercem i umysłem. To po prostu bycie w tym, co jest, płynięcie z prądem rzeki. Szukając zdjęcia na swoją nową stronę internetową, które pomogłyby mi wizualnie oddać to uczucie, znalazłam taki obrazek: pusta plaża, morze, kobieta leży w zagłębieniu wypełnionym wodą i czyta książkę. Jest w tę czynność kompletnie zaangażowana. Kiedy z nią potem rozmawiałam, powiedziała mi, że nie zauważyła, kiedy robiłam zdjęcie. Czytała w obcym dla siebie języku, zachwycona, że rozumie trudny tekst. Pomyślałam: „To jest właśnie flow”. W psychologii przepływ można określić jako stan uskrzydlenia, który towarzyszy wykonywaniu skomplikowanych zadań przy jednoczesnym wykorzystywaniu posiadanych już umiejętności. Pełnemu zaangażowaniu towarzyszy uczucie przyjemności i szczęścia.

Przepływ to stan poza nudą i niepokojem. Nuda pojawia się, gdy robimy coś, co jest zbyt łatwe, a niepokój – gdy wykonywane zadanie jest zbyt trudne. W stanie „flow” pojawia się uczucie całkowitego pochłonięcia tym, co się robi. Można powiedzieć: bycia jednym z tym, co się robi. I tutaj dotykamy innego obszaru – stanu medytacji.

Medytacja kojarzy się z oderwaniem od rzeczywistości.
Tak nie jest. Dla mnie medytacja oznacza bycie obecnym. Z tym wiąże się uważność (mindfulness), którą Jon Kabat-Zinn definiuje jako szczególny rodzaj uwagi – świadomej, nieosądzającej i skierowanej na obecną chwilę. To doświadczanie wszystkiego, co się dzieje teraz. W stanie flow oprócz doświadczania pojawia się jeszcze aktywne działanie. Nasz tytułowy króliczek w stanie mindfulness jest, trwa, doświadcza, na przykład, zapachu marchewki, a w stanie flow – trzymając w łapce swój smakołyk – wykonuje najdłuższy skok w życiu. Przez wiele lat wyjeżdżałam na odosobnienia medytacyjne, wiele godzin trwania w nieruchomej pozycji wyzwalało też często stan flow – połączenia z możliwościami, zasobami.

Siedząc w pozycji medytacyjnej, mam całe ciało obolałe. Po co sobie zadawać ból? Życie jest wystarczająco bolesne.
To prawda. Jednak będę bronić tak ważnej formy medytacji, jaką jest nieruchome siedzenie. Kiedy siedzimy i coś nas zaczyna boleć, a my tej pozycji świadomie nie zmieniamy, tylko to obserwujemy, uczymy się lepiej znosić to, że w życiu też bywa niewygodnie i trudno.

Nie lepiej po prostu zmienić pozycję?
Jeżeli można – to dlaczego nie? Tyle że nie zawsze się to udaje. Są ciężkie choroby, sytuacje, na które nie mamy wpływu, tracimy bliskie osoby, wyrzucają nas z pracy itp. Niewygoda, ból są częścią życia. Trwanie w nich z pogodą ducha to wielka sztuka. Jeśli uda nam się nie walczyć, nie opierać, tylko wejść w takie doświadczenie całym sobą, cierpimy mniej. Kiedy nie chcemy zaakceptować tego, co czujemy, boli bardziej. Taki opór potrafi skończyć się depresją.

Wczoraj przyszłam do domu i było mi ciężko, przeżywałam trudną sytuację. Pomyślałam: „O nie, nie będę siedzieć z tym sama!”. Wzięłam za telefon: dodzwoniłam się do przyjaciółki i zaczęłam płakać. A ona powiedziała: „Jestem w pociągu, nie mogę teraz, za pół godziny oddzwonię”. Rozłączyłam się, ale płakałam dalej. Ona oddzwoniła, a ja powiedziałam: „To już minęło”. Ale dzięki temu, że do niej zadzwoniłam, udało mi się otworzyć tę tamę. Pozwoliłam łzom płynąć i w ten sposób puściłam cały smutek związany z tą sytuacją. Teraz go nie czuję. To stało się możliwe, bo zrobiło się miejsce na inne emocje.

Życie to nic innego jak ciągły przepływ, jeśli mu nie przeszkadzamy, wszystko zmienia się z chwili na chwilę. Uczucia, stany, okoliczności, my sami. Stałość to iluzja, którą podtrzymujemy, by zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. A więc można powiedzieć, że są różne znaczenia słowa „przepływ”.

Niby tak, ale puścić się z prądem rzeki nie jest łatwo…
Rzeka życia unosi nas cały czas. Powstają pytania: Jak my płyniemy, świadomie czy nieświadomie? Płyniemy z prądem czy próbujemy zatrzymać bieg tej rzeki? Inną piękną metaforę możemy znaleźć w wierszu Rumiego, w którym porównuje nasze życie do domu, do którego przychodzą goście, a my otwieramy im drzwi. I jednakowo życzliwie ich witamy, czy to smutek, złość, przerażenie, czy radość i wzruszenie. Jeżeli zabarykadujemy drzwi, nasz dom będzie pusty. Jeżeli zechcemy otwierać tylko niektórym, to niechciani goście ciągle będą czekać pod drzwiami niecierpliwie. Ale tylko w domu, który jest otwarty, w którym jest przepływ, jest miejsce na radość i ból – na wszystko – na życie.

Ciekawe, że zaczęłyśmy mówić o rzeczach trudnych: cierpieniu, bólu. Myślałam, że porozmawiamy raczej o radości w działaniu, zatraceniu się w nim, tak jak zdefiniował to najbardziej znany badacz tematu Mihály Csíkszentmihályi.
Definicja to definicja, co nie zmienia faktu, że nadal chodzi o to samo, czyli zanurzenie się w danej chwili. Prawda, że większą część naszego życia stanowi działanie – zwykle rutynowe, nieświadome. Spędzamy życie na automatycznym pilocie, w biegu, czyli w zasadzie nie żyjemy. Dziś rano miałam sesję. Przyszła kobieta, która ma wszystko: dzieci, firmę, pieniądze, dom, wakacje w ciepłych krajach. Rozpłakała się, nic jej nie cieszy, nie czuje, że żyje. Spotykam coraz więcej takich osób.

Mamy intuicyjną świadomość, że żyć to znaczy coś innego, niż robić, mieć. Tęsknimy, ale nie wiemy za czym. Tymczasem to właśnie chodzi o owe flow. Jeśli nigdy go nie doświadczamy, jesteśmy nieszczęśliwi. Praca nie cieszy, czas spędzony z rodziną nie karmi. Jesteśmy jak zombie.

Co pani radzi takim osobom?
Uczyć się na nowo odczuwać, kontaktować z rzeczywistością. To umiejętność, którą się ćwiczy. Do tego służą między innymi kursy mindfulness. Na początek trzeba się na chwilę zatrzymać w biegu. Robimy ćwiczenia typu: myj zęby przez pięć minut i spróbuj utrzymać uwagę na tym, co robisz. Obserwuj impulsy, jakie się pojawiają, myśli. Czy czujesz smak pasty, dotyk szczoteczki, chlupanie wody? Większość osób ma z tym kłopot. Często pojawia się ocena: to głupie, śmieszne, nudne, po co to.

No właśnie, po co?
Żeby nam uświadomić, że ten automatyczny pilot jest włączony. Dopiero kiedy wyhamujemy, zauważamy, jak bardzo coś w środku nas popędza, nie pozwala się skupić na jednej rzeczy. Najszybciej można wrócić do doświadczania chwili dzięki zmysłom.

Niedawno wyszła świetna książka „Powrót do zmysłów”, pełna prostych ćwiczeń tego typu. Podczas kursu robi się też zadania domowe. Na przykład: zapisz, co ci sprawiło przyjemność w tym tygodniu. Nie tylko opis tego, co było przyjemnym zdarzeniem, ale jak zareagowało na to ciało, jakie wzbudziło to odczucia. Czyli doświadcz czegoś świadomie i przeżyj to w pełni. W jakimś sensie to powrót do dzieciństwa. Bo tak wyglądał świat dzieci sprzed ery „uczymy się w przedszkolu francuskiego”. Było dotykanie, smakowanie, doświadczanie, a nie robienie listy zadań.

Mam półroczną siostrzenicę. Ona się cieszy, płacze całym ciałem. Dorosły człowiek może tak żyć?
Trudne pytanie. W każdym razie, nie cały czas. Jeżeli chcemy żyć świadomie, potrzebne nam są różne umiejętności. Jedna z nich to kontakt z otoczeniem i odczuwanie zmysłowe. Na przykład jem teraz ciastko, czuję jego smak, konsystencję, zapach. Ale mogę przenieść uwagę na przykład na panią. To umiejętność, dzięki której skupiam się na tym, na czym chcę. Mogę też dowolnie przenosić uwagę to na panią, to na ciastko. A więc skupianie uwagi, przenoszenie jej, czyli kierowanie nią i utrzymywanie dowolnie długo na jednym obiekcie.

Bardziej zaawansowaną umiejętnością jest uświadomienie sobie, że w tej chwili rozmawiam z panią, muzyka gra, jem ciastko, siedzę na kanapie. Mogę jednocześnie obejmować wszystko uwagą i odczuwać: dźwięki, smaki, głosy, widoki, emocje i myśli – one też są częścią doświadczenia. Nie da się ich wymazać.

To właśnie znaczy zanurzyć się w doświadczeniu chwili, która jest zmienna. Czyli siedzieć na brzegu rzeki i jednocześnie płynąć nią. To przepływ w najgłębszym sensie. Ale można go doświadczyć dopiero, gdy wyćwiczymy poszczególne umiejętności. Takie rzeczy przydarzają się też spontanicznie. W tym sensie Csíkszentmihályi miał rację: najłatwiej się włączyć w ten stan, wykonując jakąś czynność. Jeśli coś nas pochłonie, zajmie bez reszty – bo tak się też o tym mówi – możemy doświadczyć przepływu, radości, spełnienia. Raz doświadczymy – i chcemy więcej. Można się tego nauczyć. Nie tylko czatować na te chwile, ale je stwarzać. Uczynić je swoją praktyką.

Co w tym przeszkadza?
To, że żyjemy nieświadomie, nie panujemy nad umysłem. Nawykowo mamy uwagę rozproszoną i dużą jej część zajmują myśli. Z takim umysłem wszystko jest chaotyczne, emocje nami miotają, biegamy bez celu. Uważność pozwala to zauważyć i zacząć żyć bardziej świadomie. Na przykład kiedy jestem zmęczona, zamiast się wściekać, mogę wyjść z pracy do parku i przełączyć się na czucie. Skupiam się na oddychaniu, robieniu kroków, zanurzam się w tym, co widzę wokół. Wystarczy mi 15 minut na regenerację. Bez umiejętności przełączania się mogę sobie godzinami chodzić po tym parku i niewiele osiągnę, gdy przez cały czas będę myśleć o pracy.

W wejściu w stan flow przeszkadzają nam też przekonania i oceny. Wciąż oceniamy innych, siebie, uczucia, wszystko. Nauka akceptacji jest żmudna, ale bez niej przepływ jest niemożliwy. Kiedy nie akceptujemy czegoś, pojawia się opór. Mówiła pani o swojej siostrzenicy. Niemowlę nie ma jeszcze zestawu ocen, więc nie ocenia, a doświadcza. Ale stopniowo uczy się, co jest mądre, a co głupie, co śmierdzące, co stare, i w związku z tym złe. A skoro złe, to należy tego unikać.

Oceniamy, żeby nawigować w świecie. Da się żyć bez ocen?
Jest ogromna różnica między odróżnianiem a ocenianiem. By przetrwać w świecie, musimy nauczyć się odróżniać, co nam sprzyja, a co zagraża. Oceny nie są potrzebne. Odróżniam, czy jestem głodna, czy najedzona, i reaguję zgodnie z tą informacją. Odróżniam, czy ktoś jest niski, czy wysoki, czy jest kobietą, czy mężczyzną, czy ma czarną skórę, czy białą. Ale odejmuję od tego poziom oceny – że coś jest „obiektywnie” dobre albo złe. Fajnie jest znać pięć języków i studiować na Oksfordzie, ale czy dla każdego taka droga jest dobra? Oceny to podstawa wykluczenia, konfliktów, dyskryminacji. Z nimi przepływ jest niemożliwy. Upraszczając, można powiedzieć, że istnieją jeszcze plemiona, które nie znają pojęcia czasu przyszłego i przeszłego i żyją chwilą obecną. W tych kulturach jest łatwiejszy, naturalny dostęp do stanu flow. W naszej cywilizacji myślenie jest bardziej zadaniowe.

Tym sterowany jest postęp cywilizacyjny. To źle?
Samo w sobie złe to nie jest. Jednak kiedy się zapędzimy, wymyślamy coraz więcej potrzeb. Moim zdaniem w życiu chodzi o pewnego rodzaju równowagę. Nie gnam na oślep, byle więcej posiadać, robić, przeżywać, bo prowadzi to do wypalenia. W uważności jest akceptacja i przytomność. Jestem w tym świecie z wszystkimi tego konsekwencjami.

W każdej pracy można uzyskać stan flow czy raczej trzeba szukać takiej, do jakiej jesteśmy stworzeni?
Na odosobnieniach buddyjskich sprząta się, myje łazienki, gotuje. Ludzie się uczą być w tym, co jest, nie oceniać. To świetne jako praktyka. Ale czy w życiu da się zastosować? Tak, przy pewnym treningu. Na pewno jest jednak jeszcze coś takiego jak tęsknota duszy za robieniem tego, do czego jest stworzona. I póki to pozostaje gdzieś w sferze nienazwanej, człowiek nie czuje się spełniony. Uważnością jest też zauważenie tego i nierobienie niczego wbrew sobie. Jeśli pracując tak, jak pracuję, czuję się źle, mam się zastanowić dlaczego. Tylko wtedy mogę coś zmienić. Albo to, jak to robię, albo to, co robię. Każdą rzecz można wykonywać zarówno w przepływie, jak i w trybie automatycznym. Nawet grać koncert fortepianowy. Ale automatyczna gra jest beznamiętna, czegoś w niej brak. Ducha właśnie. Geniusz to połączenie perfekcji i obecności. W niej przejawia się magia.

Jolanta Berezowska lekarz psychiatra, psychoterapeutka, superwizor, wykładowca w Polskim Instytucie Ericksonowskim, nauczycielka metody MBSR i MBCT. Prywatnie: żona, matka dwóch dorosłych synów, adopcyjna matka dwóch kotów. Czasem ćwiczy jogę, czasem chodzi po górach, uwielbia podróże do Azji, ale też może być to Europa i Ameryka. Ciągle ma za mało czasu na czytanie, kino, spacery i spotkania towarzyskie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy potrafisz zauroczyć się życiem? O sile motywacji

Gdy coś robimy całym sercem, z motywacją nie ma problemu. (Fot. iStock)
Gdy coś robimy całym sercem, z motywacją nie ma problemu. (Fot. iStock)
Dlaczego podejmujemy się jednej czynności, zaniedbując inną? Czemu jednej osobie coś się udaje, a drugiej nie, choć mają te same umiejętności i działają w podobnej sytuacji? Dlaczego pomimo przeciwności wciąż dążymy do celu?

Najwięcej energii i najsilniejszą motywację „do wszystkiego” mają ludzie zauroczeni życiem. Gdy coś robimy całym sercem, z motywacją nie ma problemu. Kiedy coś nam bez przerwy nie wychodzi, zaczynamy powoli popadać w tzw. wyuczoną bezradność. Odbiera ona wiarę w sukces i szacunek dla siebie. Sprawia, że stajemy się bierni.

Tak reagują dwie trzecie ludzi. To demotywacja. Ale istnieje spora grupa, która jest na nią odporna. Jedna trzecia badanych przez psychologów osób oparła się próbom uczynienia ich biernymi – odebrania motywacji. Nie rezygnowali, wciąż podejmowali wysiłek, nie pozwolili odebrać sobie nadziei na sukces.

Co to za grupa? Optymiści! Podczas gdy pesymista mówi: „Nigdy się nie uda i zawsze tak będzie”, optymista twierdzi: „To można zmienić, uda się”. Skłonność do pesymizmu lub optymizmu odbija się na każdej dziedzinie życia. Optymiści mają lepszą motywację nawet do walki z chorobą – badania potwierdzają, że optymistki z rakiem piersi żyją dłużej od pesymistek.

Negatywna, pozytywna

Pierwszą potrzebę działania wyzwala w nas motywacja negatywna, każąca unikać wszystkiego, co zaburza fizyczną lub psychiczną równowagę. Dziecko krzyczy i płacze, gdy jest głodne, jest mu zimno, coś je boli. Z biegiem lat nasze działania stają się bardziej skomplikowane niż krzyk: gdy coś nam grozi zranieniem, uczymy się odsuwać od niebezpieczeństwa, a potem unikać sytuacji, w których mogłoby do niego dojść. W zależności od osobowości i stopnia dojrzałości podejmujemy też różne akcje: ktoś na zranienie reaguje ucieczką, ktoś inny szuka pomocy, następny znosi to spokojnie.

Niezaspokojone podstawowe potrzeby motywują do ekstra wysiłku. Badania wykazały, że studenci lepiej zdawali egzaminy, kiedy mieli puste brzuchy, a głodne sekretarki lepiej pisały na maszynie. Motywacja pozytywna pcha nas ku przyjemności. Mówi: „Brak zaburzeń to za mało”. Pod jej wpływem dziecko chce, by mama je głaskała, a dorosły potrafi przejechać całe miasto, by kupić właśnie to ciastko, które lubi, choć po drodze mijał wiele cukierni. W miarę uczenia się motywacje negatywna i pozytywna zaczynają się łączyć, ich podstawy stają się nierozdzielne (uczymy się, że ucieczka od głodu i przyjemne uczucie sytości to w zasadzie to samo). Motywacja pozytywna stanie się ważną częścią naszego rozwoju: dzięki temu, że polubimy uczucie sytości i czułość matki, rozwiniemy kolejne motywacje: społecznej aprobaty, współistnienia, bezpieczeństwa, panowania nad sytuacją itp.

Zaistnieć w społeczeństwie

Jeśli człowiek nie dostał w dzieciństwie miłości i czułości, najwcześniejsza forma motywacji społecznych nie mogła się rozwinąć, i może on w przyszłości dopuszczać się przestępstw lub innych nieaprobowanych czynów.

Potrzeba bezpieczeństwa motywuje nas, by dostosować się do grupy, w której funkcjonujemy, do przejęcia panujących w niej zwyczajów i wartości. Najpierw rodziny, potem społeczeństwa. W zależności od tych norm będzie kształtować się nasza motywacja. W Anglii mężczyznę zmotywuje do ślubu myśl, że ukochana kobieta mogłaby współżyć z innymi mężczyznami. Inaczej jest z Eskimosami – oni dzielą się swoimi żonami w geście gościnności.

Kolejna społeczna motywacja to potrzeba panowania nad sytuacją. Odgrywa ona tym większą rolę, że odbija się na poczuciu umiejscowienia kontroli. Kiedy mamy poczucie wewnętrznej kontroli (uważamy, że rozwój wypadków zależy od nas), mamy większą motywację, by działać. Przy zewnętrznym poczuciu kontroli (uważamy, że na rozwój wypadków mamy niewielki wpływ) motywacja słabnie (po co się wysilać, skoro nic od nas nie zależy). Ktoś, kto osiągnął kiepską notę na egzaminie i uważa, że to wynik jego zaniedbań, ma większe szanse poprawić stopień. Ale gdy założy, że stopień zależał od nieprzychylnego nastawienia egzaminatora, raczej nie będzie walczyć o lepszą ocenę.

Także przekonanie o własnych zdolnościach będzie dawało lub odbierało motywację. W naszej kulturze wyżej od wysiłku cenione są zdolności, więc kiedy przyczyn porażki upatrujemy w niskich zdolnościach, szybciej rezygnujemy i stawiamy sobie mniej ambitne cele. Wiara we własne zdolności sprawia, że przyczyn porażki szukamy w pechu i braku wysiłku, co pozwala na większą motywację do ponawiania prób.

Więcej nie znaczy lepiej

Konieczność dostosowania poziomu motywacji do poziomu zadania określa tzw. prawo Yerkesa-Dodsona. Mówi ono, że do zadań trudnych lepszy jest niski poziom motywacji. To dlatego, że zbyt duży zapał (za wysoka motywacja) może łatwo „wypalić się” w zderzeniu z trudnością zadania. Natomiast wysoki poziom motywacji sprawia, że łatwe zadania nie wydają się nudne.

I jeszcze jedna zasada: lepiej, żeby stojące przed nami zadanie nie było zbyt trudne (zniechęci nas do wysiłku) ani zbyt łatwe (możemy je zlekceważyć). Co ciekawe – to, czy jest ono łatwe, czy trudne, jest w dużej mierze kwestią uznaniową. Ktoś o niskiej potrzebie osiągnięć okaże więcej wytrwałości, wierząc, że zadanie jest łatwe (choć będzie nierozwiązywalne). Zaś osoby o wysokiej potrzebie osiągnięć nie zmotywuje to, że stojące przed nią zadanie jest łatwe. Trudne doda jej skrzydeł. Czasem potrzeba osiągnięć jest tak silna, że prowadzi do ambicji bycia najlepszym we wszystkim. To frustruje i demotywuje, ponieważ okazuje się zwyczajnie niemożliwe.

Wewnętrznie, zewnętrznie

Motywacja, która pcha nas do działania, może być świadoma lub nie. Najczęściej łączy w sobie oba te motywy. Niepełnosprawny chłopiec, który wybiera się na biegun, działa pod wpływem chęci spełnienia marzenia, ale też kieruje nim potrzeba rywalizacji czy wynagrodzenia za to, że na co dzień czuje się nieprzystosowany. Tych ostatnich motywów może sobie nie uświadamiać. Podobnie kobieta o silnej potrzebie seksualnej, znajdując sobie kochanka, może nazywać przygodną relację miłością. Świadomie kieruje nią poszukiwanie uczucia, nieświadomie – potrzeba seksualna.

Motywacja może być też wewnętrzna i zewnętrzna. Wewnętrzna kieruje nami wtedy, gdy sama czynność sprawia nam przyjemność, np. jedzenie ciastka, zabawa. Zewnętrzną charakteryzuje to, że spodziewamy się jakiejś nagrody, efektu, np. jemy szpinak, bo chcemy być zdrowi. Co ciekawe, nawet największa przyjemność zaczyna być motywowana zewnętrznie, jeśli… stanie się naszą pracą. Gdy pojawia się nagroda, np. ktoś płaci nam za granie w gry komputerowe albo czytanie książek, ulubione dotychczas czynności przestają być tak przyjemne.

Wszechobecny seks

Jedną z najbardziej motywujących do działania potrzeb jest potrzeba seksualna. Występuje niezależnie od deprywacji, to znaczy można uprawiać seks często, a wciąż go pragnąć. Ten rodzaj motywacji łączy potrzeby cielesne ze społecznymi. Bodźca do jej obudzenia może dostarczyć zarówno atrakcyjny partner, jak i samo wspomnienie podniecającej sceny. Popęd seksualny wiąże się bowiem z szeregiem czynności i przedmiotów zastępczych, np. częściami ubrania, obrazkami, opisami. I nie chodzi tu tylko o rozładowanie napięcia seksualnego. Kieruje nami wiele innych czynników: imperatyw przedłużenia gatunku, chęć dominacji, potrzeba panowania nad sytuacją i chęć rywalizacji.

Jak silnie motywuje seks, widać po trudach, jakie sobie zadajemy „w tej sprawie”. Chodzi nie tylko o czas, który poświęcamy, by podobać się płci przeciwnej. Dajemy z siebie więcej. Mężczyzna, choć nie znosi tańczyć, zaprosi na dancing kobietę, na której chce zrobić wrażenie. Kobieta pojedzie do innego miasta, by kupić coś, czym oczaruje mężczyznę. Ale to nie koniec. Potrzeba seksualna potrafi motywować nas do łamania tabu i lęku. W jednym z badań, przeprowadzonych wśród amerykańskich studentów, jedna trzecia przyznała, że posunęliby się do gwałtu, gdyby mieli pewność, że nie zostaną złapani. W innym ponad połowa wyznała, że podczas randki zmuszali kobietę do seksualnych zachowań. Strach przed karą, wychowanie – w obliczu motywacji seksualnej wszystko na chwilę cichło.

Piramida potrzeb

Abraham Maslow, psycholog humanistyczny, w latach 70. przyjrzał się bliżej zagadnieniu motywacji. Obserwując ludzkie zachowania, uznał, że kierują nami dwie motywacje: braku i wzrostu. Ta pierwsza działa wtedy, kiedy coś nam dolega i musimy poświęcić energię na powrót do równowagi. Druga natomiast pcha nas do działania, gdy chodzi o coś więcej niż zaspokojenie deficytu. Pierwszeństwo ma motywacja braku; dopiero gdy wszystko gra na podstawowym poziomie, zaczynamy słuchać podszeptów motywacji wzrostu.

Ułożył tzw. piramidę potrzeb obrazującą ich hierarchię w naszym życiu. U jej podstaw znajdują się potrzeby fizjologiczne (pożywienia, tlenu, seksu), kolejne piętra zajmują: potrzeba bezpieczeństwa (wygody, spokoju), przynależności (więzi, kochania, bycia kochanym), szacunku (zaufania do siebie, poczucia wartości), poznawcze (wiedzy, rozumienia), estetyczne (harmonii i piękna), samorealizacji (posiadania celów, spełnienia swojego potencjału). Na szczycie piramidy znajduje się potrzeba transcendencji – duchowa potrzeba utożsamienia z kosmosem, ale na to piętro docierają nieliczni. Skąd takie, a nie inne usystematyzowanie potrzeb? Maslow uważał, że dopiero zaspokojenie potrzeb na jednym „piętrze” budzi naszą motywację do starań o zaspokojenie kolejnych – oczywiście licząc od dołu. To znaczy, że gdy już nie będziemy głodni, poświęcimy energię na zdobywanie poczucia bezpieczeństwa, a dopiero potem poczujemy motywację, by zadbać o przynależność do grupy itd. Ale zauważył także kilka innych ciekawych zależności. Odkrył, że ludzie działający pod wpływem motywacji wzrostu reagują pozytywnie na wiele niedogodności, np. ból czy głód, jeśli tylko wierzą, że służą one dobrej sprawie. Dlatego alpinista znosi smagające zimno, a głodujący w ramach protestu akceptuje ssanie w żołądku.

Jeśli coś nie tak…

Czy wiedza o motywacji może się przydać? Zauroczonym życiem nie. Ale, jeśli coś idzie nie tak, wówczas można sprawdzić, czy nie zaniedbujemy jakichś swoich podstawowych potrzeb. Jak umiejscawiamy nasze poczucie kontroli? Co z naszą potrzebą osiągnięć? Może warto odkrywać swoje nieświadome motywacje? Można powiedzieć, że bez motywacji nie ma życia. Stawianie sobie pytań dotyczących własnej motywacji może poprawiać jego jakość.

Emocje ściśle wiążą się z motywacją. Wzmacniają i przedłużają jej trwanie. To dlatego, że emocja trwa dłużej niż bodziec. Często, choć sam bodziec do działania już zniknął, emocja sprawia, że wciąż czujemy energię do akcji.

Niemiecki psycholog Kurt Lewin zauważył, że motywuje nas rozbieżność między naszym stanem a np. celem do osiągnięcia, zadaniem czy standardem grupy. Rozbieżność ta sprawia, że pojawia się wewnętrzne napięcie dające nam motywację do osiągnięcia celu, rozwiązania zadania czy wyrównania standardu naszego i grupy. Jednym słowem fakt, że inni „mają lepiej”, może być bardzo motywujący.

Dwa z najsilniej umotywowanych stanów to macierzyństwo i… nałóg. Uzależniony od narkotyków zrobi wszystko, by zdobyć to, co odsunie od niego widmo głodu i da satysfakcję. Gotów jest przekroczyć każdą granicę. Matka jest także gotowa przekraczać granice dla dobra dzieci. W eksperymencie, w którym szczur musiał pokonać kratkę pod napięciem, by wydostać się z pomieszczenia, najszybciej i najwięcej prób podejmowały samice odłączone od młodych. Popęd macierzyński motywował samicę czterokrotnie silniej niż popęd eksploracyjny, czyli potrzeba poznania otoczenia (okazała się silniejsza od głodu).

Motywacja osiągnięć często jest zorientowana „na przyszłość”. Mniejszą rolę odgrywają tu bieżące przyjemności, a większą planowanie. Przykładem są studia: ktoś, kto pragnie być dobrym prawnikiem, będzie unikał prywatek i marnowania czasu, a będzie się uczył przez wiele lat, by osiągnąć cel.

Amerykańscy psychologowie Murray i McClelland stworzyli specjalną technikę, zwaną testem apercepcji tematycznej służącą do odkrywania najważniejszych motywów kierujących naszym działaniem. Badanym osobom pokazuje się obrazki przedstawiające wieloznaczne scenki i prosi o ułożenie związanej z nimi historii. Ponieważ mamy skłonność do projektowania na postaci własnych motywów i potrzeb, z opowieści osoby badanej można wywnioskować, co ją pcha do działania.

  1. Psychologia

Czy potrafisz pielęgnować kontakt ze swoimi zmysłami?

Często zapominamy o tym, że zmysłowej radości doznajemy wtedy, gdy chodzimy boso po trawie, zanurzamy na chwilę stopy w Bałtyku, słuchamy tykania zegarka lub szumu muszli, dotykamy konopnego sznurka albo poczujemy zapach psiej sierści. (Fot. iStock)
Często zapominamy o tym, że zmysłowej radości doznajemy wtedy, gdy chodzimy boso po trawie, zanurzamy na chwilę stopy w Bałtyku, słuchamy tykania zegarka lub szumu muszli, dotykamy konopnego sznurka albo poczujemy zapach psiej sierści. (Fot. iStock)
Kiedy słyszymy: „zmysłowość”, myślimy: „erotyka”. To bardzo zubaża jej prawdziwe znaczenie, które mocno wykracza poza obszar sypialni.

Zmysłowość łączymy z erotyką niejako „z klucza”, bo w naszej rozpędzonej i skupionej na świecie zewnętrznym rzeczywistości seks jest najlepszą – a często jedyną – okazją do kontaktu ze zmysłami. To właśnie w sypialni pozwalamy sobie za nimi podążać, a wręcz się w nich zatracić. W ten sposób korzystamy tylko z maleńkiej cząstki naszych możliwości. Zmysłowość to coś znacznie więcej niż tylko intymność we dwoje.

Pierwszy kontakt ze światem

Zmysłowość w kontekście pozaerotycznym to pojęcie dość… ekskluzywne. Rzadkością jest pielęgnowanie kontaktu z własnymi zmysłami, podtrzymywanie świadomości ich przekazu. Dlaczego tak się dzieje? Przecież kiedy przychodzimy na świat, niczego nie odczuwamy bardziej intensywnie niż doznań, które płyną za pośrednictwem zmysłów. Dla maleńkiego dziecka zmysły to podstawowy komunikator ze światem. Tuż po narodzeniu jeszcze nic o świecie nie wie, nie umie go interpretować i wyciągać wniosków. Wszystko, co potrafi, to odczuwać. Dzieci są nieskażone i cieszy je każda rzecz, której dotykają, smakują, widzą. Ciepło powietrza, zapach skóry matki, smak mleka, głos opiekuna, który cicho nuci – to wszystko są zmysłowe informacje o tym, czy świat jest dobry czy zły. Dlatego tak ważny jest rodzicielski dotyk: przyjemny, opiekuńczy, ciepły i pełen miłości, za którego pośrednictwem rodzice przekazują dziecku tysiące informacji! Bo chodzi nie tylko o to, by zmienić maluchowi pieluszkę, ale też, by zrobić to z miłością. To, w jakim nastroju i z jakim nastawieniem czyni to matka, też dociera do dziecka. Jeśli jest zdenerwowana, podminowana i zła – wszystko jedno, czy na dziecko, bo to już trzecia pieluszka w ciągu godziny, czy na cokolwiek innego – ono czuje, że matczyna opieka niesie ze sobą szorstkość. W ten sposób, bez słowa, matka przekazuje dziecku sporo negatywnych emocji i dezaprobaty, które maluch musi jakoś ogarnąć. Może się czuć odrzucony czy przestraszony. Jeśli na tym pierwszym, zmysłowym etapie zaprzyjaźniania się ze światem będzie dotykany często, ale głównie szorstko, chłodno i mało delikatnie, to w przyszłości może mieć ze zmysłami gorszy kontakt, cenzurować je, zaprzeczać im – nawet doznając pozytywnych emocji – bo nie będzie ich znać i umieć interpretować. Jako dorosły może mieć też problemy w kontakcie z drugą osobą i własnym dzieckiem – bo kiedy ktoś będzie chciał go przytulić, poczuje się dziwnie: z jednej strony przyjemnie, z drugiej – niekomfortowo. Bo jeśli ktoś nie ufa swoim zmysłom, nie ufa też czyimś i przekazywanym za ich pośrednictwem informacjom.

Fałszywe, niewarte uwagi…

W toku wychowania jesteśmy oduczani zmysłowości, w znaczeniu pełnego wykorzystywania naszych zmysłów, ufania im. Kiedy dzieci mówią rodzicom o tym, co widziały czy słyszały, często na różne sposoby otrzymują sygnał przeczący ich zmysłowym doznaniom. Na przykład maluch gniotąc suchy liść mówi: „Mamo, zobacz jak fajnie chrupie”. Na to mama: „E tam, każdy liść tak chrupie, to nic nadzwyczajnego, nie ma się czym zachwycać”. To zaprzeczenie sposobu, w jaki dziecko odbiera bodźce. Jeśli często spotyka się z tym, że to, co widzi lub słyszy, nie jest warte jego uwagi albo jest nieprawdą, dostaje komunikat, że kontakt ze zmysłami nie jest istotny. A przecież dzieciństwo jest tak piękne i pełne przygód dlatego, że opiera się głównie na wiedzy zdobytej za pomocą zmysłów. Bo zarówno zimna woda w styczniu, jak gorący piasek w lipcu są doznaniami, które sprawiają, że czujemy smak życia. Niestety, na skutek takich negujących odczucia uwag, wyrastamy na dorosłych, którzy gubią kontakt ze zmysłowością. Wiemy na przykład, że smakowanie czekolady to wspaniałe zmysłowe doznanie, bo tak podpowiada nam reklama. Podobnie jak zapach żelu, którym myjemy ciało, jest ucztą dla zmysłów. Ale zapominamy, że zmysłowej radości doznajemy także wtedy, gdy chodzimy boso po trawie, przesypujemy piasek z ręki do ręki, zmywamy naczynia, w styczniu zanurzamy na chwilę stopy w Bałtyku, słuchamy tykania zegarka lub szumu muszli, dotykamy konopnego sznurka albo poczujemy zapach psiej sierści.

W służbie ludzkości

Zmysłom zawdzięczamy nie tylko przyjemności, ale także życie. Węch, dotyk, wzrok, smak, słuch – to nasi wierni słudzy. Przyjemność, jaką daje nam na przykład smaczne jedzenie czy piękna muzyka, jest z punktu widzenia natury drugorzędna. Zmysły od tysięcy lat zapewniają nam przetrwanie. Dzięki zmysłowi smaku czy węchu potrafimy wybrać świeże i zdrowe pożywienie, a uniknąć zepsutego, powodującego chorobę i zatrucie. Dzięki czujnemu wzrokowi czy słuchowi mogliśmy w przeszłości umknąć atakującym drapieżnikom, dziś – nadjeżdżającym samochodom. Wzrok pozwala nam wybrać na rodzica naszych dzieci zdrowego i najlepszego z punktu widzenia przedłużenia gatunku osobnika.

Ale człowiek to zabawna istota: zamiast czuć wobec zmysłów wdzięczność, postanowił je... okiełznać. Silny wpływ wielu religii, zwłaszcza chrześcijańskich, sprawiał, że zmysły długo były „na cenzurowanym”. Kościół przez wieki dyktował podejście surowe, ascetyczne i purytańskie. Zmysły jako źródło doznań traktowano jak narzędzie Złego; coś, co nas zwodzi, odwracając uwagę od tego, co ważne (myślenia o zbawieniu, umartwiania ciała i doskonalenia duszy) i wiodąc ku ziemskim rozkoszom. Przed laty ludzi, którzy ulegali zmysłowości, karano i napiętnowano. Największą cnotą była asceza, czyli odmawianie sobie wszystkiego, co przyjemne.

Skąd ten lęk przed zmysłowością? Zapewne stąd, że przecież od najwcześniejszego dzieciństwa zmysły są nierozerwalnie powiązane ze światem uczuć. Lęk przed nimi to tak naprawdę strach przed tym, co dzieje się z nami pod ich wpływem. Bo zmysły rzeczywiście są w stanie odciągnąć nas od rzeczy głębszych, duchowych wartości. Łatwo jest za nimi podążyć, bo korzystanie ze zmysłów daje ogromną przyjemność, a to może zrodzić nieumiarkowanie, ale tylko w przypadku, gdy brak nam wewnętrznej cenzury. Dzieci jej nie mają, więc w roli ich cenzora muszą wystąpić rodzice, którzy powiedzą: „Nie jedz tyle cukierków, bo roboli cię brzuch”. Jako dorośli już wiemy, że nadmiar słodyczy grozi żołądkowymi dolegliwościami i sami zatrzymujemy pociąg ku rozkoszom podniebienia. Najlepszym przykładem na nasze panowanie nad zmysłami jest fakt, że ludzie chorobliwie otyli lub seksoholicy nie objadają się czy nie uprawiają seksu dlatego, że daje im to zmysłową przyjemność. U podstaw ich zachowania leżą głębokie problemy emocjonalne, a nie zmysłowe rozpasanie. Jedzenie jest zmysłowe wtedy, kiedy jest przyjemne, co więcej, objadanie się może świadczyć o braku kontaktu ze zmysłami, bo nie potrafimy wyczuć momentu, kiedy jesteśmy nasyceni, kiedy mamy dość.

Jeśli wychowano nas w pewnych wartościach i sami umiemy zachowywać normy i granice, zmysły nie będą nam w niczym zagrażać, zachowamy właściwe proporcje między przyjemnością a nasyceniem, a instynkt będzie nas chronić przed nadmiarem. Zadbamy i o duchowość, i o cielesność.

W zgodzie ze zmysłami

W podeszłym wieku nasze zmysły funkcjonują gorzej: słabnie smak, wzrok i słuch. Być może dlatego starsi ludzie cenią sobie te momenty w życiu, kiedy czują się radośni, które sprawiają im wiele przyjemności i już tak łatwo nie przechodzą nad nimi do porządku dziennego. Kontakt z własnymi zmysłami utrudnia też życie w mieście, w ciągłej obecności mediów, które bardzo „nakręcają” potrzebę zmysłowych przyjemności. Bombardują nas informacjami o rzeczach, które mogą nam sprawić przyjemność, ale nie biorą pod uwagę tego, że nie każdemu wszystko smakuje czy podoba się w takim samym stopniu. W ten sposób tracimy kontakt z tym, czego tak naprawdę chcą nasze zmysły i oddajemy się konsumpcji tego, co podobno czyni szczęśliwym każdego.

Współczesny świat wykorzystuje naszą zmysłową wrażliwość, by zmusić nas do różnych zachowań. Na przykład w niektórych japońskich korporacjach są rozpylane przez urządzenia klimatyzacyjne różne zapachy: w czasie pracy – pobudzające i ułatwiające koncentrację, w porze lunchu – relaksujące. W sklepach sączy się przyjemna, rytmiczna muzyka, przy czym najlepiej, by jej rytm był zgodny z rytmem bicia serca. To sprawia, że czujemy się lepiej, chce nam się żyć, a to zachęca nas do bardziej energicznego wybierania towarów i odważniejszych zakupowych decyzji. W wielu supermarketach otwiera się piekarnie – bo już dawno udowodniono, że zapach świeżego chleba do kupowania większej ilości jedzenia.

Pod wpływem zmysłów budzą się w nas pragnienia. Zwierzę przy wodopoju pije tyle, ile potrzebuje; człowiek powodowany zasadą przyjemności i chęcią posiadania weźmie więcej niż potrzebuje.

Zmysły są tylko narzędziem. Co z nich wyniknie, decyduje nasze „centrum dowodzenia”, czyli umysł, świadomość i wolna wola. Kiedy małe dziecko odczuwa przykrość czy coś mu dolega, natychmiast uderza w głośny płacz i krzyk. My, dorośli, umiemy znaleźć złoty środek pomiędzy akceptacją przyjemności i nieprzyjemności. Natomiast w podeszłym wieku nasza tolerancja nieprzyjemnych bodźców znacznie wzrasta. Potrafimy ze stoickim spokojem znosić uciążliwy ból krzyża, kręgosłupa czy stawów, który nie zamierza wcale odpuścić. Życie nas hartuje cierpieniem.

We dwoje

Z osobą zmysłową fajnie robić wszystko, nie tylko uprawiać seks. Miło zjeść z nią posiłek, bo jedzenie sprawia jej wyraźną frajdę. Przyjemnie pójść z taką osobą na koncert, by patrzeć, jak wspaniale przeżywa każdy dźwięk. Cudownie wybrać się razem na spacer, ponieważ obcowanie z przyrodą sprawia jej wielką radość. Fantastycznie się do niej przytulić, bo z takiego kontaktu czerpie radość i siłę, a nie sztywnieje w ramionach partnera.

  1. Psychologia

Echoizm – przeciwieństwo narcyzmu. Kim są echoiści? 

Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Zapewne prawie wszyscy wiemy, kim jest narcyz. Wiemy to z różnych publikacji, bo dużo mówi się i pisze o tym typie człowieka. Wiemy to także z codziennego doświadczenia, z życia po prostu, bo dość często spotykamy na swojej drodze ludzi bezgranicznie zapatrzonych w siebie. Ale zdecydowanie mniej wiemy o człowieku, który jest przeciwieństwem narcyza. Chodzi o echoistę.

Echoista - bez głosu

Narcyza kojarzymy również z greckiej mitologii, jednak znowu niekoniecznie kojarzymy już postać dalszego planu, nimfę Echo. Pozbawioną głosu, skoncentrowaną na narcyzie, bez skutku próbującą zdobyć jego miłość. Otóż, ta postać także znalazła swoje miejsce w psychologii. Postawę tę charakteryzują przede wszystkim totalna uległość oraz rezygnacja z własnych potrzeb.

Jednym z pierwszych, który pisał o echoizmie był psycholog kliniczny i wykładowca Harvard Medical School, Craig Malkin. W swojej książce „Rethinking Narcissism” wyjaśnia, że echoizm to także strach przed uczuciem wyjątkowości czy wyróżnianiem się w jakikolwiek dziedzinie. To obawa przed byciem zauważonym, a przez to potencjalnie oskarżonym o… narcyzm! Określenie „echoizm” używane jest głównie w kontekście związku z narcyzem.

Echoista to człowiek, który pasuje do narcyza jak puzzel, gotowy do rezygnacji z siebie, własnych potrzeb, chętny do koncentrowania się w stu procentach na oczekiwaniach drugiego człowieka, jest „idealnym” partnerem dla narcyza. Nietrudno się domyślić, że spotkanie tych dwóch „pasujących do siebie” połówek jest bardzo niebezpieczne.

„Mit o Narcyzie i Echo bardzo dużo mówi o relacjach dwojga ludzi”, pisze Craig Malkin. „Kiedy myślałem o tym, jak Echo reagowała na potrzeby i uczucia ukochanego, przeżyłem tzw. moment „aha!”. Zdałem sobie sprawę, że ludzie, którzy utrzymują bliskie relacje z osobami narcystycznymi, w pewnym momencie rezygnują ze swoich potrzeb na rzecz i dla „dobra” związku, koncentrują się tym, jak czuje się druga strona.”, dodaje psycholog. Ale bez wątpienia, by w taką rolę wejść trzeba mieć w sobie odpowiedni potencjał…


Z domu echoista

„Większość ludzi, którzy zmagają się z echoizmem, nienawidzi własnych potrzeb. Nie czuje się z nimi dobrze, ponieważ z ich dotychczasowych doświadczeń wynika, że gdy za bardzo skupili na sobie uwagę, tracili kontakt z ludźmi, na których im zależało.”, tłumaczy Malkin. Zresztą on sam ma za sobą takie doświadczenie. Jak wspomina był wrażliwym dzieckiem wychowywanym przez matkę, która skupiała na sobie całą uwagę. Mały Malkin chcąc nawiązać z nią jakąkolwiek relację, sam musiał zejść na daleki plan. Zrobił to i niczym echo powtarzał jej potrzeby oraz pragnienia. Nauczył się rezygnować z własnej przestrzeni, potrzeb, zwłaszcza potrzeby uwagi, bycia dostrzeżonym. Nauczył się, że to, co w nim, jest nieistotne. Jeśli zyskuje cokolwiek, to tylko wtedy, kiedy wsłuchuje się w to, co czuje i czego potrzebuje matka. Tylko w ten sposób może „ugrać” okruch uczucia, zainteresowania. Do takiego przekazu dziecko bardzo szybko się adaptuje, to pozwala mu „żyć”. Ale jedynie tu i teraz. Bo w dorosłym życiu ta sama broń go niszczy. Zatem Malkin znalazł sposób na to, by poczuć bliskość z matką, ale stało się to dużym kosztem. Wykształcił w sobie mechanizmy, które w dorosłym życiu są dla człowieka krzywdzące.

Innym potencjalnym źródłem wykształcenia się w człowieku echoizmu jest sytuacja, w której rodzice czy rodzic powtarzają swoim dzieciom, że nie wolno koncentrować się w życiu na sobie. Ten niepozorny komunikat powtarzany często i regularnie potrafi skutecznie zabić w dziecku poczucie wyjątkowości.

Dorosły echoista działa wedle silnego wewnętrznego schematu, który zna. Zakładając, że mamy skłonność do odtwarzania nie tylko swoich zachowań, ale także rodzaju relacji, które znamy, echoista szybko odnajdzie się na przykład, kiedy u jego boku pojawi się narcyz. On to zna, więc wie, jak narcyza „obłaskawić”. I wszystko gra. Jest komplementarnie, pozornie bezpiecznie. Echoista u boku narcyza może nadal ignorować swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń.

Przełamać schemat

Co mogłoby sprawić, żeby echoista dostrzeże siebie? Pierwszy krok, to zauważyć swój wdrukowany schemat, że bycie z drugim człowiekiem jest jednoznaczne z zaprzedaniem samego siebie. Bo przecież nie jest! Prawdziwa relacja oznacza być z kimś, przy kimś, ale jednocześnie być przy sobie. Bycie empatycznym, a echoista ma w sobie tony empatii, nie oznacza absolutnie całkowitego porzucenia samego siebie. I to dotyczy nie tylko związków partnerskich, miłości, ale także choćby przyjaźni. Mogłoby się wydawać, że echoista jest doskonałym materiałem na świetnego przyjaciela – potrafi słuchać, poradzić, pomóc, pobyć blisko, itd. Otóż, psychologowie twierdzą zgodnie, że to absolutnie nie jest rys dobrego przyjaciela, bo przyjaźń, jak każda interakcja z drugim człowiekiem, wymaga od nas jednocześnie umiejętności dawania, ale i brania. Trzeba umieć jedno i drugie. Inaczej każdy związek staje się sztuczny, a wtedy nie ma mowy o bliskości. By być naprawdę blisko z drugim człowiekiem trzeba umieć być elastycznym, dopasowywać swoje reakcje do zewnętrznych okoliczności, i tego musi nauczyć się echoista.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Styl Życia

Książka do medytacji – „Butterflies” Sylvii Pogody

Sylvia Pogoda:
Sylvia Pogoda: "Moja książka to również hołd złożony ulotnym momentom, które niezauważone rozpływają przed naszymi oczami. Momentom, które, jak perły na naszyjniku, tworzą krąg energii, krąg życia i umierania". (Fot. archiwum prywatne)
Żyjmy ze świadomością, że mamy jedno życie – apeluje Sylvia Pogoda, fotografka, autorka książki „Butterflies” – opowieści o wewnętrznej podróży, którą odbyła w dalekiej Japonii.

Sylvia Pogoda to fotografka, ilustratorka i felietonistka. Od wielu lat prowadzi życie nomadki. Dzieli życie między trzema krajami Polską, Słowacją i Chorwacją, podróżuje też w odległe rejony świata. Jej pierwsza książka „Butterflies” to zbiór fotograficznych zapisków z wypraw do Japonii – kraju, który od lat ją fascynuje. Nie jest to jednak album z podróży, a przynajmniej nie z podróży w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Dlaczego właśnie Japonia?
Podróżując po Japonii czuję szczególne połączenie samej ze sobą. To wyjątkowe uczucie, które nie towarzyszy mi nigdzie indziej. W Polsce, gdzie mieszkam z mężem i dziećmi, jestem stale zajęta codziennością. A tam potrafię usłyszeć siebie.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Ciekawe, bo stereotypowy obraz Japonii to pędzące i hałaśliwe Tokio…
Bardzo żałuję, że Japonia jest tak postrzegana. Bo nawet w samym Tokio, nie mówiąc już o japońskiej prowincji, są miejsca ustronne, gdzie można się wyciszyć i znaleźć spokój. Ale tak naprawdę to nie miejsca przykuwały moją uwagę, ale Japończycy. Obserwując ich, ma się wrażenie absolutnego „tu i teraz”. Gdy wykonują swoją pracę – niezależnie czy to jest zamiatanie ulicy, czy kierowanie ruchem – są uważni i skupieni; wydają się w pełni zanurzeni w tym, co robią. Będąc wśród nich, w naturalny sposób się zwalnia. Właściwie mogę powiedzieć, że to Japończycy zaprosili mnie do tej wewnętrznej podróży, niezwykłego doświadczenia, którego każdemu bym szczerze życzyła.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Książkę tworzą niezwykłe fotografie, nieokreślone, niezdefiniowane, układające się w krąg życia i śmierci.
Ta książka jest historią o pięknie i jego degradacji, ale też o pięknie degradacji. Chciałabym, abyśmy umieli dostrzec cud życia, w którym z natury istnieje śmierć, rozkład, rozpad... To również hołd złożony ulotnym momentom, które niezauważone rozpływają przed naszymi oczami. Momentom, które, jak perły na naszyjniku, tworzą krąg energii, krąg życia i umierania.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Uderzyło mnie, że na wielu Pani zdjęciach pierwszy plan jest nieostry, tak jakby chciała Pani podkreślić, że to co z pozoru jest ważne, wcale takie ważne nie jest.
To co widzimy na pierwszy rzut oka, co znajduje się na pierwszym planie, może nas zwieść, może spowodować, że nie szukamy już dalej. Nie zaglądamy głębiej. Tymczasem bywa, że to co najważniejsze rozgrywa się w tle.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Podobnie jak w portretach, na których zazwyczaj głównym bohaterem jest twarz. Tymczasem Pani często fotografuje ludzi od tyłu, zza pleców.
Tak, często fotografuję w ten sposób, może nawet kiedyś powstanie z tego cała książka. Staram się spojrzeć na człowieka z innej strony, obejść go dookoła, ze wszystkich stron. Dostrzec nie tylko jego twarz, ale całą postawę, sposób poruszania się, przeczesywania dłonią włosów… Myślę, że człowiek jest kompletem takich ulotnych momentów, z pozoru mniej ważnych, a tak naprawdę stanowiących o tym, jacy jesteśmy.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Fotografiom towarzyszą w książce krótkie, kilkuzdaniowe teksty, w których dzieli się Pani swoimi przemyśleniami i emocjami.
Teksty w książce to moja rozmowa z samą sobą, dialog wewnętrzny na który nie ma się na co dzień czasu. Ja w Japonii znalazłam przestrzeń, a właściwie sama ją sobie dałam, aby siebie dostrzec i usłyszeć.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

To jednocześnie trop dla widzów, który pomaga w interpretacji zdjęć, pozostawiając im jednocześnie swobodę osobistej refleksji. A także zachęta do wewnętrznej medytacji, która jest nam wszystkim niezwykle potrzebna. Uzmysłowiłam to sobie wiosną 2020 roku, kiedy nagle okazało się jak bardzo krucha może być nasza rzeczywistość. Pomyślałam, że to chyba ten czas kiedy chciałabym żeby ten projekt ujrzał światło dzienne. Dzięki tej książce mogłam przekazać mój apel, a może bardziej moje życzenie, żebyśmy przeżywali to życie ze świadomością, że jest jedyne.

Silvia Pogoda, fotografka, ilustratorka, felietonistka. Na Słowacji skończyła studia doktoranckie na kierunku Nauki Polityczne na Uniwersytecie Mateja Bela w Bańskiej Bystrzycy. Studiowała w Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opawie w Czechach i równocześnie na Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, gdzie mieszkała. Od wielu lat prowadzi życie nomadki mieszkając pomiędzy trzema krajami Polską, Słowacją i Chorwacją. Obok realizowania projektów osobistych fotografuje też zawodowo, tworzy rysunki dla magazynów, pisze teksty oraz prowadzi wykłady. Jej prace były wystawiane na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w Serbii, Rumunii, Austrii, Słowacji, Czechach i Polsce.(Fot. archiwum prywatne)Silvia Pogoda, fotografka, ilustratorka, felietonistka. Na Słowacji skończyła studia doktoranckie na kierunku Nauki Polityczne na Uniwersytecie Mateja Bela w Bańskiej Bystrzycy. Studiowała w Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opawie w Czechach i równocześnie na Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, gdzie mieszkała. Od wielu lat prowadzi życie nomadki mieszkając pomiędzy trzema krajami Polską, Słowacją i Chorwacją. Obok realizowania projektów osobistych fotografuje też zawodowo, tworzy rysunki dla magazynów, pisze teksty oraz prowadzi wykłady. Jej prace były wystawiane na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w Serbii, Rumunii, Austrii, Słowacji, Czechach i Polsce.(Fot. archiwum prywatne)

Książkę „Butterflies” można kupić na stronie wszyscyjestesmyfotografami.pl oraz w dobrych księgarniach.