1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. „Zacznę wszystko od nowa!” - Gdy chęć zmiany jest tylko ucieczką...

„Zacznę wszystko od nowa!” - Gdy chęć zmiany jest tylko ucieczką...

Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kiedy tęsknota za nowym jest ucieczką od problemów, starych błędów i siebie? Wtedy właśnie, gdy czujemy, że chcemy zmienić wszystko. Bo to znaczy, że nie chcemy zmienić niczego. Zobacz, jak nie wpaść w pułapkę wiecznego zaczynania od nowa.

Kiedy słyszę: „Nigdy nie jest za późno, by zacząć wszystko od nowa”, przypomina mi się mój mały wnuk, który, jak każde dziecko, nie umie przegrywać. Gdy kolejny raz ma w ręku Czarnego Piotrusia, rzuca karty i woła: „To się nie liczy, gramy od początku”.

„To się nie liczy”, „Nieważne, co było”, „Wymazujemy przeszłość” – każdy z nas czasami odczuwa taką pokusę. Chcemy wierzyć, że w dorosłym życiu także uda nam się wymazać stare błędy, wytrzeć gumką myszką porażki, zapomnieć o niepowodzeniach. Zacząć od nowa, z czystą kartą. Ja to pragnienie rozumiem, przestrzegam tylko przed wpadnięciem w pułapkę kompulsywnego resetowania starej wersji życia.

Życie na próbę

Przeciętny ośmiolatek co tydzień ma nową pasję: najpierw pływanie, potem konie, tenis, rower… Do dziś psychologowie rozwojowi nie są zgodni w kwestii, czy pozwalać na to, czy zabraniać. Zwolennicy uważają, że próbując, dziecko ma szansę lepiej poznać siebie, swoje talenty, predyspozycje. Obawiam się, że to próbowanie życia to jakaś epidemia. Ostatnio do mojego gabinetu trafia coraz więcej 30-, 40-latków, którzy ciągle są na etapie prób i błędów, i to w bardzo istotnych obszarach swojego życia. Jak Iza, 33 lata i 7 prac na koncie. – Będę zmieniać pracę dotąd, aż trafię na zajęcie mojego życia – mówi podczas pierwszej wizyty. Cel szczytny, ale… Iza wcale nie szuka pracy szytej na miarę, tylko dobrego szefa – ojca, bo swojego biologicznego nie zna, a żaden dotychczasowy szef nie był wystarczająco wspierający, motywujący i dbający.

Co roku w styczniu, w lutym, a nawet jeszcze w marcu pojawiają się u mnie pacjenci chcący pracować nad swoimi noworocznymi postanowieniami, które z roku na rok są coraz bardziej globalne: „Chcę zmienić wszystko w moim życiu”, a to „wszystko” to m.in. schudnięcie 30 kg, rzucenie palenia, zmiana pracy i partnera, zerwanie relacji z rodzicami… i to najlepiej wszystko naraz. Trafiają też do mnie tacy, którzy od progu mówią: „Słyszałam, że pani nie grzebie się w przeszłości. To mi pasuje. Poprzedni terapeuci ciągle wypytywali mnie o mamusię i tatusia, a je zerwałam z przeszłością i chcę zacząć wszystko od nowa. Dziś jestem zupełnie kimś innym”. Świetnie – mówię wtedy. Jeśli masz pełną świadomość tego, kim jesteś, jaki jest twój mit życiowy, masz rozliczoną i zamkniętą przeszłość i wiesz, co chcesz zrobić ze swoim życiem – będziemy pracować nad tym, co tu i teraz. Jeśli trafnie oceniasz swoje możliwości i czujesz, że jesteś gotowa do zmiany – to doskonale. Ale by zmiana była naprawdę zaczęciem wszystkiego od nowa, a nie jedynie ucieczką od starego, musisz wiedzieć, kto chce się zmienić, kto chce zacząć jeszcze raz. Nawet jednak wtedy nowe nie kasuje starego, nie wymazuje twoich genów, nie zmienia temperamentu, nie zwalnia cię z konsekwencji popełnionych błędów. Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić. Nowe bez bilansu starego bardzo szybko zacznie przypominać stare.

Pokolenie fast

„Czy jesteś gotowa do zmiany całego swojego życia?” – to jedno z ważniejszych pytań podczas rozmów kwalifikacyjnych. Chcesz być na topie, nie wypaść z obiegu – odetnij swoje korzenie, bądź jak wirtualna roślina, która wszędzie się przyjmie, na chwilę, a potem zobaczymy co dalej. Konsekwencje? Powszechnie panujący lęk przed bliskością, nieumiejętność budowania i podtrzymywania więzi. I przede wszystkim potworny stres, bo zaczynanie wszystkiego od nowa to dla organizmu konieczność ogromnej mobilizacji i wydatkowania energii, którą trudno rozładować, będąc w ciągłym biegu i czujności, czy za chwilę znowu nie trzeba będzie powtórzyć tego od początku.

Ilona ma wspaniałą pracę, nowoczesne mieszkanie i cudowną rodzinę. Pół roku temu jej mąż stracił zatrudnienie. Choć ma bardzo wysokie kwalifikacje, od miesięcy nie może znaleźć pracy na porównywalnym poziomie. Tydzień temu poinformował rodzinę, że wyjeżdżają z Polski, bo nie ma zamiaru tyrać za grosze. „Zaczniemy wszystko od początku gdzieś, gdzie ludzi nie traktuje się jak wyrobników” – powiedział Ilonie. – A co z twoją pracą, szkołami dzieci, przyjaciółmi, no i starzejącymi się rodzicami? – zapytałam. – Nie będę się teraz nad tym zastanawiać – odpowiedziała. – Takie jest życie, zmiany są jego nieodłącznym elementem. Cały świat emigruje za pracą.

Nowa praca, nowy związek, nowi przyjaciele, kolejna przeprowadzka do nowego mieszkania – proszę bardzo. A wszystko w zawrotnym tempie, żeby zdążyć, nie przegapić szansy życia. To nic, że bez namysłu, bez refleksji, czasami na wariackich papierach, byle do przodu, byle nie wypaść z rynku, nie dać się wyprzedzić.

Wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie, a wewnętrzna odporność na zmiany została okrzyknięta największym gwarantem sukcesu.

Progres czy regres?

Niektórzy twierdzą, że jeśli w naszym życiu pojawia się propozycja nowego, to oznacza postęp, no i naszą gotowość do zmian. Jednak całkiem często zdarza się, że diabeł kusi nas w chwilach słabości, utknięcia w martwym punkcie. Pojawia się oferta nowej pracy, a ty… No cóż, nie myślałaś o zmianie miejsca zatrudnienia, ale ostatnio nie jesteś w najlepszej formie, brakuje ci energii, wszystko cię nudzi, czujesz się ogólnie zniechęcona – jednym słowem drobny kryzys. A tu taka propozycja – grzech nie skorzystać. Myślisz: a może tego mi właśnie potrzeba? Po co naprawiać stare, skoro pojawia się nowe?

Poczucie braku spełnienia i sensu życia rodzi pokusę, by zacząć wszystko od nowa. Łudzisz się, że trzeba koniecznie zmienić otoczenie, żeby życie zmieniło się na bardziej ekscytujące, rozwijające, odkrywcze. Czujesz, że zmiana zawsze oznacza jakiś progres, powiew świeżości, daje nową energię. Zgoda, to działa, dopóki nie straci statusu nowości. Ale zaczynanie od nowa, bez refleksji nad tym, co masz tu i teraz, oraz domknięcia przeszłości jest jak kupno nowych butów w starym (za małym) rozmiarze. Stare cię cisnęły, ale ty wierzysz, że nowe, przez sam fakt nowości, na pewno będą w sam raz.

Życie według scenariusza fast nakłania nas do szybkich zmian, ale te zmiany mają drugie, niezbyt chlubne dno. Młodych odciążają z poczucia odpowiedzialności: „Pobierzmy się, a jak nam się nie uda, to się najwyżej rozwiedziemy”. Starszym dają iluzję pozbycia się lęku przed śmiercią: „Dopóki mogę zacząć wszystko od początku, starość i śmierć mnie nie dotyczy”. Pokusa zaczynania wszystkiego od nowa w dowolnym momencie życia to często ucieczka od problemów, popełnianych błędów (stale tych samych) i od uczuć, czyli od samego siebie.

Zacznij od zmiany nawyków

Przyjrzyj się niemowlęciu, które leży na podłodze i próbuje sięgnąć po grzechotkę. Jest maksymalnie skupione, ale nie usztywnione w ruchach, konsekwentne, cierpliwe, gotowe do wielu prób. Gdy przyjrzysz się uważnie, odkryjesz dzięki niemu, że po grzechotkę można sięgnąć na bardzo wiele sposobów. To właśnie ten moment rozwojowy, kiedy spontanicznie, kierowani ciekawością, próbujemy życia. Obserwacja niemowlęcia jest bazą do metody Feldenkraisa, czyli poszerzania świadomości własnego ciała. Główną tezą metody jest: „Rób to samo inaczej i w konsekwencji odkryj najlepszą wersję siebie”.

Na początku może to brzmieć skomplikowanie. Chodzi o to, by wyjść ze swoich nawyków. Zamiast zaczynać stale od nowa całe swoje życie, prościej i bardziej bezpiecznie jest zacząć od zmiany drobiazgów: przez tydzień myć zęby inną ręką niż zwykle albo wracać z pracy do domu każdego dnia nową drogą, a po tygodniu wybrać tę, która najbardziej ci pasuje. To prawda, że mamy nieograniczoną ilość możliwości i to nie tylko w świecie zewnętrznym, ale przede wszystkim we własnych ciałach, a dokładnie w możliwościach ruchowych. Analizowanie sposobu, w jaki zwykle wstajesz z krzesła, i próba wykonania tej czynności powoli, tak by wydatkować jak najmniej energii – to w efekcie ogromna zmiana, na dodatek o wiele bardziej efektywna niż nagłe rzucenie wszystkiego i wyjechanie na drugi koniec świata.

Jesteśmy nawykowcami w ruchach, myślach i czuciu. To są właśnie te stare, niewygodne buty, które powodują, że tu strzyka, tam łamie, w pracy nudy, w relacji obojętność, a diabeł kusiciel tylko na to czeka.

Nie musisz zmieniać wszystkiego, zrób to samo tylko inaczej, a efekty będą niewyobrażalne. Nie satysfakcjonuje cię związek, w jakim jesteś? Zamiast oczekiwać, że partner się zmieni, albo zmienić partnera – zmień swoje zachowanie w relacji, a wcześniej przeanalizuj wasz skrypt relacyjny, który, choć nie działa, ty stale powtarzasz.

Moshe Feldenkrais, twórca metody, powiedział: „Jeśli wiesz (masz świadomość), co robisz, wszystko, co robisz, jest dobre”.

Ewa Klepacka-Gryz: psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Nie bój sie zmian

Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zmiany pojawiają się zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Są jak znajomi, którzy zaskakują cię wizytą, kiedy chcesz iść spać. Dlatego spokojnie nastaw wodę na herbatę, a zanim się zagotuje, będziesz wiedziała, co robić.

Wiosna, koniec studiów, 18. czy 40. urodziny – to momenty, które jednoznacznie kojarzymy ze zmianą, z końcem czegoś starego i początkiem nowego i, jak chcemy wierzyć, lepszego. Nieuchronne, ale konieczne zamknięcie jednego etapu, po to, by móc rozpocząć drugi. Często nie rozumiemy jednak zmian, jakich doświadczamy.

Nie widzimy sensu w tym, że zwalniają nas z pracy albo że partner decyduje się na rozstanie. Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. Być może obecna sytuacja życiowa przestała służyć naszemu rozwojowi. I właśnie dlatego los stawia przed nami nowe wyzwanie. Oczywiście, boimy się utraty tego wszystkiego, do czego się przyzwyczailiśmy: np. miejsca pracy czy długoletniej relacji. Aby zminimalizować poziom strachu, warto krok po kroku i z uważnością rozszerzać perspektywę widzenia całej sytuacji. Zwłaszcza, że zwykle to, co na początku wydaje się trudne, przestaje takie być, kiedy poziom adrenaliny się obniży i zaczniemy patrzeć na nową sytuację bez silnych emocji.

Zmiany to oznaka postępu. Jeśli właśnie ich doświadczasz, to znaczy, że przechodzisz teraz przyspieszony kurs rozwoju osobistego. Sęk w tym, że zwykle wolimy święty spokój od karuzeli zdarzeń, która zmusza do działania. Opieramy się zmianom, a czasami nawet udajemy, że ich nie widzimy. Dotyczy to szczególnie takich sytuacji, kiedy nie chcemy się przyznać, że np. praca od lat odbiera nam radość życia, a w związku od dawna nie doświadczamy miłości i zrozumienia. Zmiana odbywa się zatem pod powierzchnią codziennego życia, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu…

Przyzwyczajenie do życia w tym samym miejscu, w tej samej pracy i z tym samym partnerem zawęża perspektywę widzenia. Czasami z lęku przed wzięciem życia we własne ręce wolimy trwać w iluzji, że możemy być szczęśliwi tylko w takim układzie, w jakim jesteśmy. Zużywamy więc mnóstwo energii na podtrzymywanie status quo. Ale jeśli jakaś część ciebie bardzo pragnie zmiany, będzie ci za wszelką cenę dawała o tym znać. Możesz odczuwać apatię, a niekiedy frustrację i złość. Możesz zazdrościć znajomym, że powodzi im się w życiu lepiej niż tobie. Możesz zaczytywać się w książkach z wartką akcją i marzyć o wielkich podróżach. Pytanie tylko, czy robisz coś, aby przekuć marzenia w rzeczywistość.

Otwarcie na zmiany

Warto wysłuchać głosu tej części siebie, która potrzebuje zmian. Zamiast na siłę ratować tonący statek i tkwić w starym schemacie, dobrze jest zapytać samej siebie: „Czego tak naprawdę pragnę i co mogę zrobić, aby zacząć realizować swoje marzenia?”. Statek musi zatonąć, aby na horyzoncie mogło pojawić się coś innego. Albo abyśmy mogli w ogóle to zobaczyć. Dlatego zamiast zużywać energię życiową na wtłaczanie życia w stare koleiny, sprawdź, co się stanie, jeśli po prosu pozwolisz zmianie się dopełnić. Życie nie przebiega jak długa, pozioma linia. Jest jak ocean, czasem spokojny, a czasami burzliwy. Fale to wyzwania, które dają ci możliwość dalszego rozwoju. Pomyśl o tym, jak twoje życie może się przeobrazić, jeśli każdą zmianę będziesz witać z uważnością, bez oceniania, czy jest dobra, czy zła. Zarówno tę, której doświadczasz niespodziewanie, jak i tę, która zachodzi niepostrzeżenie, pod osłoną codziennego życia. Każda zmiana to ruch energii, a ruch to impuls życia. Płyń więc z nurtem rzeki, a nie pod prąd. Kiedy płyniesz z nurtem, zmiany nie muszą być trudne do przeprowadzenia. Wręcz przeciwnie, otworzą cię na ocean nowych możliwości.

Pomogą ci w tym poniższe ćwiczenia.

Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie kroki, jakie powinnaś podjąć, aby jak najlepiej przygotować się do przeprowadzenia zmiany. Podkreśl pięć najważniejszych, od których powinnaś zacząć. Wypisz również wszystkie znajome osoby, które przechodziły podobną zmianę i mogą pomóc ci się z nią oswoić. Skontaktuj się z trzema z nich i zaproponuj spotkanie. Rozmowa może ci pomóc w lepszym oswojeniu się z życiową zmianą.

Twórcza wizualizacja

Wyobraź sobie, że przenosisz się teraz na piękną plażę. To szczególne miejsce – tu spotkasz się z tym aspektem siebie, który jest bardzo kreatywny i posiada narzędzia do harmonijnego przeprowadzania zmian. Wyobraź sobie, że możesz teraz zadać mu wszystkie potrzebne pytania i poprosić o wskazówki. Możesz też zapytać, czy mógłby przekazać ci jakiś symbol, który pomoże ci aktywizować własną moc (może to być np. kamień lub pióro). Po wykonaniu ćwiczenia zapisz wszystkie wskazówki i postaraj się znaleźć realny kamień, pióro lub cokolwiek innego, co możesz utożsamić z tym aspektem siebie, by przypominał ci o tym, że moc i odwaga są w tobie.

Powiedz sobie, że…

Jeśli doświadczasz zmiany, spróbuj uwierzyć, że masz w sobie wszystkie narzędzia potrzebne do tego, by znaleźć się w nowej sytuacji i dać sobie ze wszystkim radę. Wewnętrzna moc aktywizuje się w sytuacjach, które określamy jako wyzwania. Zmiana może zatem zmotywować do obudzenia uśpionych dotąd potencjałów. Każdy koniec jest zapowiedzią początku. Kiedy coś się kończy, co innego się rozpoczyna. Jest jeszcze moment „pomiędzy”, w którym asymilujemy zmianę i zbieramy potrzebną energię. Ten czas nie musi być tylko trudny i stresujący, jest również ciekawy i rozwojowy. Pamiętaj o tym!

  1. Psychologia

Etapy życia kobiety - co wnosi każdy z nich?

Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. (fot. iStock)
Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Etapy życia kobiety niekoniecznie zależą od wieku. Odchodzą i powracają, uczą. Nie ma faz lepszych lub gorszych. Na każdym etapie rozwoju odkrywamy inny kawałek siebie.

Przez pierwszych trzydzieści parę lat my, kobiety, jesteśmy w rolach, które często zbytnio nas „zagarniają”. Jesteś przed trzydziestką, a czujesz, jakby twoje życie nie należało do ciebie: zapracowana, nadmiernie oddana mężowi, dzieciom albo korporacji, gubisz po drodze sens tego wszystkiego i uwiera cię własna dusza. Około 35. urodzin wchodzisz w etap matkowania… własnej tożsamości. Kierowana potężną energią od środka, nabierasz dystansu do swojej fizyczności, ról, które odgrywasz. W twoim życiu krystalizuje się perspektywa ,,ja”, zadajesz sobie pytania: „kim jestem poza tymi rolami?”, „czego chcę?”, „dokąd zmierzam?”. Jeśli w naturalny sposób zaakceptujesz ten etap, perspektywa ,,ja” zacznie ustępować miejsca ,,byciu dla świata”, czyli służeniu ludziom swoją mądrością i życiowym doświadczeniem.

29-letnia Iwona została szefową zespołu w dużej agencji reklamowej. Kilka dni później zachorowała na grypę. – Nie pamiętam już, kiedy byłam tak poważnie chora – mówi. – Gorączka około 40 stopni nie spadała mi prawie przez tydzień. W malignie miałam wizję siebie jako małej dziewczynki, która zgubiła się w supermarkecie. To było przerażające doświadczenie.

Po chorobie Iwona długo nie mogła dojść do siebie. Minął miesiąc, a praca, która do tej pory tak ją cieszyła, przestała dawać dobrą energię. – Nie pomagały przepisane przez lekarza witaminy ani ziołowe preparaty na wzmocnienie. Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się, czy moje życie ma sens. Najpierw prestiżowa szkoła średnia, potem elitarne studia, praca w korporacji, czasami po 12 godzin na dobę. Nie miałam czasu na poważny związek, na przyjaciół. Nie wiedziałam nawet, czy kiedykolwiek chcę mieć rodzinę, dzieci. Przyjaciółka namówiła ją na wzięcie bezpłatnego urlopu i samotny wyjazd w góry. Iwona wiedziała, że potrzebuje czasu, by zrobić bilans swojego życia i zastanowić się, co dalej.

Zatrzymaj się w biegu

Jolanta Włoch, psycholożka, terapeutka: Choroba pojawia się często na pewnym etapie rozwoju kobiety jako eskalacja wewnętrznego kryzysu. Jakby ciało było ostatnim głosem zmuszającym do zatrzymania się w biegu, wsłuchania w wewnętrzne potrzeby.

Współczesny świat zerwał z naturalnym przechodzeniem ludzkiego życia przez jego kolejne fazy: od długiego dzieciństwa, przez dojrzewanie połączone z oczekiwaniem na przywileje dorosłości, poprzez dojrzałość, aż do starości przygotowującej do śmierci. Teraz od dzieci szybko oczekuje się samodzielności, realizacji zadań, a równocześnie, dużo wcześniej niż kiedyś, dopuszcza się je do obszarów dawniej zarezerwowanych dla dorosłych (moda, zarabianie i posiadanie pieniędzy, kontakt z „dorosłymi” tematami w telewizji, internecie). Wcześniej też zaczyna się faza młodości, w której niemal wszystko już wolno (dochodzi do inicjacji seksualnej i alkoholowej). Zaczyna i zdaje się nie mieć końca, jakby broniła się przed przejściem w dojrzałość. Na randki bez zobowiązań, shopping i imprezki z zarywaniem nocy chodzą zarówno gimnazjaliści, jak i 40-latkowie.

Teresa Raczkowska, psycholożka, psychoterapeutka: Rozwój to scalanie wszystkich aspektów naszej osobowości. Żeby być w dobrej relacji ze światem, nie trzeba wyrzekać się samej siebie. Najczęstsze przeszkody stojące na drodze rozwoju wynikają z: braku akceptacji kobiecości przez matkę, oczekiwania szybkich rezultatów, przekonania o braku wpływu czy znaczenia naszych działań z powodu doznanych porażek oraz niezrozumienia, a przez to niechęci do samych siebie i ucieczki od tego, co w nas prawdziwe.

A tymczasem na każdym etapie życia, bez względu na wiek, warto raz na jakiś czas się zatrzymać, odsunąć wszystko, co zagłusza, i odkryć swoje miejsce błogości – czyli z czym lub kim i kiedy jest ci naprawdę dobrze, szczęśliwie, autentycznie.

38-letnia Agnieszka przyszła do gabinetu z powodu alkoholizmu męża, ale szybko okazało się, że nie to jest jej największym problemem. – Przez 15 lat małżeństwa byłam praczką, kucharką, pielęgniarką, terapeutką, ale mam tego dość – powiedziała. – Chcę wreszcie zacząć żyć swoim życiem, dbać o siebie, realizować marzenia, wyleczyć zęby, kupić sobie modny ciuch. Coraz mniej mnie obchodzi, czy on przestanie pić. Czy jestem wstrętną egoistką?

Kobieta w kryzysie

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka: Doskonale rozumiem obawy Agnieszki. Dla wielu z nas, od dzieciństwa wtłaczanych w rolę altruistek (uległych, podporządkowanych, zależnych), wewnętrzna potrzeba zadbania o siebie to proces, który trudno zaakceptować. Każdego tygodnia przychodzą do mnie kobiety około czterdziestki, które z przerażeniem odkrywają, że coś się w nich zmieniło, że przestały być takie jak dawniej, że stary scenariusz na życie przestał się sprawdzać, a nowego jeszcze nie mają...

Męskie kryzysy zwykle przychodzą ze świata: strata pracy, bankructwo firmy, konflikty w małżeństwie. W takich chwilach mężczyzna rzuca się w wir działania, analizuje sytuację, opracowuje strategię, zawsze ma plan B. Nasze kobiece kryzysy czają się w duszach, wywodzą się z wnętrza i w końcu, jeśli je bagatelizujemy, materializują się w zewnętrznym świecie. Mężczyźni po czterdziestce, po czasie pogoni za młodością (szalonym romansie z młodą sekretarką, kupnie sportowego samochodu) w końcu godzą się z upływającym czasem, zaczynają czerpać satysfakcję z tego, co udało im się osiągnąć, a od życia oczekują stabilizacji i spokoju. Kobiety mają odwrotnie. Budzą się nagle jak księżniczki ze stuletniego snu, mniej lub bardziej zbuntowane.

Maria jest znaną aktorką. Wkrótce skończy 55 lat. Wygląda na osobę znacznie młodszą. – Wie pani, w tym zawodzie wygląd to podstawa – tłumaczy. – Mówią, że masz tyle lat, na ile się czujesz. A ja niczego nie czuję, jestem w środku pusta. Kiedy gram na scenie, podziw fanów odejmuje mi lat. Gdy wieczorem wracam do wielkiego, pustego mieszkania, dopadają mnie demony realnego życia. Mąż, starszy o 20 lat. Jedyne, czego pragnie od życia, to spokojnie doczekać śmierci. Córka, niby dorosła kobieta, nie zasypia bez kilku drinków i ciągle jest na moim utrzymaniu. Na drugim końcu Polski mam kochanka, młodszego od mojej córki, który oczekuje ode mnie seksu, a ja nie wiem, czy tego chcę.

Kilka miesięcy temu odezwał się do mnie dawny narzeczony. Trzydzieści lat temu planowaliśmy wspólne życie. Tydzień przed ślubem zniknął. Dlaczego pojawił się właśnie teraz?

W pogoni za młodością

Ewa Klepacka-Gryz: Maria kompletnie pogubiła się w życiu. Nie wie, kim jest, czego potrzebuje, dokąd zmierza. Nieustanna walka z upływającym czasem przysłania jej prawdziwe pragnienia. Pod maską scenicznego makijażu ukryła prawdziwą twarz. Dramat tej sytuacji polega na tym, że ukrywa ją także przed sobą. Dopóki nie będzie gotowa skonfrontować się ze swoimi demonami, zatrzymać się w gonitwie za umykającą młodością, pomieścić w sobie swój ból, rozczarowania i cierpienie, żaden terapeuta jej nie pomoże.

Jolanta Włoch: Zgodnie z fazami życia kobiety, według Joan Borysenko, autorki książki ,,Księga życia kobiety”, rozwój nigdy się nie kończy i każda faza życia ma swój sens i urok. Nie warto trzymać się kurczowo i w nieskończoność młodości, bo kiedy będzie czas na smaki dojrzałości i starości? Gdy dziś patrzę na swoją twarz, na której jest milion zmarszczek, cieszę się z każdej z nich i nie zamieniłabym dojrzałej fazy życia na żadną wcześniejszą. Każda z moich zmarszczek na twarzy i duszy przyczynia się do bycia szczęśliwą kobietą. Mojej rocznej wnuczce życzę właśnie takiego harmonijnego, niespiesznego przechodzenia przez wszystkie fazy kobiecego rozwoju.

Recepta na zmiany

Kiedy pewnego dnia dysonans pomiędzy wyglądem, samopoczuciem i powinnościami obudzi cię o czwartej nad ranem – ogarnie cię paniczny lęk. Coś ci podpowie, że zabrnęłaś w ślepą uliczkę i dalej tak być nie może. Wewnętrzny głos szepcze: „stój, zatrzymaj się, posłuchaj, co ci w duszy gra”. Role, jakie narzuciło ci życie: bycie matką, perfekcyjnym pracownikiem, gospodarną żoną – sprawiają, że nie wiesz, kim naprawdę jesteś. Na dodatek dobija się do ciebie twoja przeszłość; pojawia się dawny narzeczony, wracają niezrealizowane marzenia, wątpliwości, czy twoje małżeństwo albo praca, ta sama od lat, to na pewno to, o co ci w życiu chodzi. Nagle ożywa w tobie bunt nastolatki; chcesz tańczyć, myślisz o zmianie zawodu, partnera, miejsca zamieszkania. Właśnie owa potrzeba zmian najbardziej cię przeraża. Co się dzieje? Tkwisz w teraźniejszości i pragniesz zmian, jednocześnie bardzo się ich bojąc.

– Tymczasem rozpoznanie, kim jesteś, i akceptacja własnych potrzeb są warunkiem rozwoju – mówi Jolanta Włoch. – Odpowiedz sobie choćby na proste pytania, np. „Czy jesteś introwertyczką czy ekstrawertyczką?”. Czyli: czy lepiej czujesz się sama ze sobą lub w kameralnym gronie, czy wśród bardzo hałaśliwego tłumu? Czy potrzebujesz wciąż nowych bodźców, bo inaczej się nudzisz, czy też możesz spędzać kolejne wakacje w tym samym odludnym miejscu, z książką? Jeśli jesteś – jak ja – introwertyczką z małą potrzebą stymulacji, nie powinnaś żyć w stylu ciągle głodnej wrażeń ekstrawertyczki, bo się unieszczęśliwisz.

Jeśli rozpoznasz, który etap, bez względu na metrykę, właśnie przechodzisz, znajdziesz się bliżej siebie. Twoi przyjaciele jadą całą bandą w Himalaje? Jeśli jesteś „z innej bajki”, miej odwagę z tego zrezygnować.

Dla świata czy dla siebie?

Mężczyzna określa swoją wartość poprzez sprawczość, działanie w świecie zewnętrznym, natomiast kobieta – poprzez relacje.

Kiedy jesteś małą dziewczynką, to matka (przekonaniami czy zachowaniami) pokazuje ci, jak to jest być kobietą. Przez pierwszych 20 lat życia szukasz autonomii, a podstawowe pytanie, jakie sobie zadajesz, to: „Czy chcę być miła, grzeczna i uległa (tak jak chciała matka) czy raczej autentyczna?”. Przez kolejnych 10 lat szukasz partnera na życie, który nauczy cię, jaką masz być kobietą dla niego (bo matka właśnie tego nauczyła cię oczekiwać od mężczyzny). Dodatkowo próbujesz odnaleźć swoją tożsamość zawodową – dobry pracownik, czyli jaki? Spełniający bez sprzeciwu polecenia szefa czy kreatywny, twórczy, niezależny? W imię dbania o relacje twój wewnętrzny system wartości często zostaje wystawiony na bolesne próby, no bo czy masz być wierna sobie czy innym? Dopóki nie znajdziesz kompromisu w tej sprawie, wewnętrzny głód domagać się będzie zaspokojenia, a lęk przed nieznanym zakłóci twój spokój. Zaczniesz sama siebie sabotować, pojawią się wątpliwości: ,,Czy ja nie zwariowałam?” i rozdźwięk pomiędzy tym, kim jesteś, a kim chciałabyś być.

Rozwój kobiety nie jest wyznaczany metryką urodzenia, wyglądem, stanem posiadania, stażem w związku czy ilością ról do spełnienia. Czasy, kiedy dokładnie było określone, co wypada 20-latce, a czego nie powinna robić 40-latka, na szczęście powoli odchodzą do lamusa. Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. Jak pisze Joan Borysenko w „Księdze życia kobiety”, rozwój zmierza do ostatecznego końca, czyli do odkrycia własnej tożsamości.

Od nigredo do coniunctio

Rozwój kobiety to – według Moniki Gajdzińskiej, autorki książki ,,Jestem kobietą. Prawdziwe historie. O związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni” – alchemiczny proces przemiany. Na początku drogi jesteś prima materią – pierwotną materią, która wymaga obróbki, uszlachetnienia. Nie wiesz jeszcze, jaka jest twoja osobista droga, rola w większym planie.

Kiedy jesteś na to gotowa – pojawia się ZMIANA. Wydarza się coś, co wywraca życie do góry nogami (choroba, śmierć kogoś bliskiego, bolesny rozwód, utrata pracy). To (zgodnie z alchemicznym nazewnictwem) faza podgrzewania materii, czernienia – faza nigredo. Nie masz pojęcia, co ze sobą zrobić. Płaczesz, dopada cię depresja, czujesz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia. Wtedy najlepiej nie robić nic, cierpliwie poczekać.

To kryzys – moment, kiedy stare przestaje działać, a nowe jeszcze się nie pojawiło. Ważne, byś powstrzymała się od działania na oślep, nie wybierała pierwszego lepszego rozwiązania. Jeśli wsłuchasz się w siebie, pozwolisz sobie na przeżycie wszystkich emocji, nawet tych najtrudniejszych, pojawi się kolejna faza – faza albedo (wybielenie, srebrzenie).

Z pustki zacznie wyłaniać się nowy porządek. Jeśli całą sobą poczujesz, że nadeszła odpowiednia pora, że jakaś propozycja czy nawet najbardziej zaskakujący pomysł jest tym, czego potrzebujesz, by odbić się od dna – działaj. Wkroczysz wtedy w fazę rubedo – czerwienienia.

Zaczniesz wprowadzać w życie wielką zmianę. Podejmiesz nową pracę, otworzysz się na nową miłość, zaczniesz malować, wyjdziesz do ludzi. Jeśli wytrwasz na tej drodze pomimo chwil zwątpienia, może uda ci się osiągnąć ostatnią fazę alchemicznego procesu – fazę coniunctio, czyli najczystszego złota.

Umów się na darcie pierza

Kiedy świat przestaje cię rozumieć, ba, ty sama siebie nie rozumiesz, szukaj… innych kobiet!

„Kobiety zawsze spotykały się i dzieliły doświadczeniem” – pisze Monika Gajdzińska – „Ta potrzeba jest częścią naszej natury. W wielu z nas do dzisiaj pozostała tęsknota za bliskością płynącą z godzin spędzanych wspólnie przy darciu pierza, opiece nad dziećmi, codziennych obowiązkach i pracy”.

  1. Psychologia

Nigdy nie jest za późno...

Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. (Fot. iStock)
Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
...by rzucić pracę, nauczyć się języka, odbić się od dna, pojechać w podróż życia. Jedną z najpowszechniejszych wymówek, którą odżegnujemy się od jakiejkolwiek próby zmiany, jest czas. Jesteśmy za starzy, by się zakochać; za starzy, by podróżować, uprawiać sporty, odkrywać nowe pasje. Nie zdobędziemy już przecież mistrzostwa w danej dyscyplinie, a tylko wygłupimy się, ośmieszymy. Prawda? Nieprawda! 

Artykuł archiwalny.

Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. A jednak wielu z nas unika zmian jak ognia. Wolimy zamknąć się w trybach codziennej rutyny, choćby znienawidzonej, bo jest stała, okiełznana, oswojona. Boimy się tego, co nowe, bo każdy początek zmusza nas do zadawania pytań i ponownego szukania odpowiedzi. Do wysiłku, który wiele kosztuje, ale jest przecież kluczem do rozwoju. Sama myśl, że ktoś mógłby próbować przekonać nas do nowych wyzwań, przeraża, paraliżuje. Jednak zmiana nie musi być czymś narzuconym z zewnątrz: zamiast tego, może wypływać z nas samych, wynikać z naszej decyzji, z naszego postanowienia. Jest wówczas dużo łatwiejsza do przyjęcia, wzbudza mniejszy lęk i niepokój.

Rzadko kiedy pamięta się fejsbukowe posty sprzed wielu miesięcy, a ten inspiruje mnie do dzisiaj, choć przeczytałam go niemal przed rokiem. Miguel jest z zawodu notariuszem. Jakiś czas temu skończył 80 lat, ma sześcioro wnuków i wielką pasję życia. Przeszedł atak serca, wszczepiono mu poczwórne bypassy, a po tym wszystkim zapisał się na uniwersytet w Walencji, by studiować ukochaną historię. W minionym roku akademickim Hiszpan udał się też na Erasmusa do malowniczej włoskiej Werony. Bo przecież każdy moment jest dobry, by zacząć spełniać marzenia. Czego powinniśmy bać się ty czy ja, skoro Miguel, mimo problemów zdrowotnych i mocno zaawansowanego wieku, zdecydował się na studencką przygodę?

Szczelina na zmianę

Moja teściowa skończy lada dzień 72 lata. Kiedy odwiedzam na dłużej dom rodzinny męża i akurat uda mi się ją tam zastać, rankami przeklinam ją serdecznie. Wstaje przed piątą i zaczyna dzień od energicznej gimnastyki, sprawiając, że czuję się jak truteń wylegujący się do południa, choć przecież rzadko wstaję później niż o ósmej. Kiedy półprzytomna gramolę się na śniadanie, ona zwykle przerzuca już przewodniki albo szuka informacji w Internecie. W skupieniu notuje ciekawostki, sprawdza godziny otwarcia, przegląda fotografie. Od kilku lat pracuje jako przewodniczka i pilotka wycieczek, a portfolio krajów, do których zabiera turystów, rozszerza się z dnia na dzień. W ostatnich miesiącach odwiedziła m.in. Gwatemalę, Rosję, Tunezję, Uzbekistan, Grecję i Ukrainę. – Nie byłam jeszcze wszędzie, ale jest to na mojej liście – cytuje słynne zdanie Susan Sontag, a ja stwierdzam, że brakuje jej chyba niewiele, bo większą część roku spędza w podróży. Nie zawsze tak było – z wykształcenia jest mikrobiologiem, przez lata pracowała w przyszpitalnym laboratorium. Pomysł na zmianę trybu życia i zawodu przyszedł po sześćdziesiątce. – Pomyślałam, że skoro zmianą, której oczekuje ode mnie otoczenie, jest emerytura i siedzenie w domu, a ja sama mogę wprowadzić zupełnie inną, wybierając aktywność i poznawanie świata, to zdecydowanie wolę tę drugą opcję – esemesuje do mnie z lotniska. W ramach odpoczynku od pilotowania wybiera się właśnie z moim teściem do Etiopii.

Z lotniska pędzi do mnie natomiast Łucja, lat 50, nieustannie kursująca między Warszawą a Malagą. W Andaluzji mieszka Steven, jej wielka miłość, poznana przed laty. – Naszą historię opowiadam chętnie ku pokrzepieniu serc – uśmiecha się Łucja, dolewając mi mrożonej herbaty z dodatkiem kwiatu hiszpańskiej pomarańczy. – Jesteśmy żywym dowodem na to, że wszystko, co piękne, może wydarzyć się w dowolnym momencie, niespodziewanie. Co więcej, jedno piękne zdarzenie rodzi kolejne, które z niego pączkują. Trzeba tylko uwierzyć w dobro, piękno, w drugiego człowieka.

Ze Stevenem poznali się w Londynie na początku lat 90. Mieli po 20 lat, strzała Amora trafiła ich na pierwszej randce, planowali wspólne życie w Wielkiej Brytanii. Na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności, który zaistniał, gdy Łucja wróciła na chwilę do Polski, by przedłużyć wizę – stracili kontakt na ponad 20 lat. W międzyczasie on wyjechał do Hiszpanii; oboje założyli rodziny, pojawiły się dzieci, ale też kłopoty, poczucie niedopasowania, niespełnienia. Usłyszeli się ponownie pięć lat temu. Decyzję podjęli w tym samym czasie – kończą niesatysfakcjonujące związki, wracają do siebie, zaczynają od nowa, bo ich historia domaga się, by pisać ją dalej.

– Po czterdziestce często pojawia się w człowieku szczelina, przez którą może prześlizgnąć się zmiana – tłumaczy Łucja. – Od nas zależy, czy zdecydujemy się na szczerą rozmowę ze swoim wnętrzem, przestaniemy oszukiwać się, że jest nam dobrze, chociaż nie jest, i otworzymy się na to, co szykuje dla nas świat. Kiedy raz powiemy zmianie „tak” – rusza lawina. Decyzja jest oczywiście trudna, towarzyszy jej wiele lęku, ale gdy już ją podejmiemy, ogarnie nas wielki spokój. Zresztą, jak powiedział Wojciech Eichelberger, lęk to coś, za czym warto podążać – podkreśla. – Wszystko, czego naprawdę chcemy, jest po drugiej stronie lęku. To stały element życia, który pokazuje, co jest dla nas ważne; nie powinien nas paraliżować, a służyć za drogowskaz.

Tak też zrobiła Łucja. Weszła w nowy związek, sprzedała dom, jest w trakcie przeprowadzki do Hiszpanii. Promieniuje szczęściem.

Status quo rzadko cieszy

Podobne wrażenie robi na mnie Marcin. Czterdzieste urodziny ma już dawno za sobą. Obchodził je na południu Polski, gdzie mieszka wraz z żoną Anią i dziećmi. Przez wiele lat pracował jako policjant. – Wtedy chyba nie promieniałem – śmieje się – a już na pewno nie w ostatnim okresie służby. W mundurze spędziłem 18 lat, ale ostatnie osiem rozmyślałem o zmianie. Ostateczną decyzję podjął za mnie ktoś inny. Głupota ludzka kosztowała mnie kalectwo w lewej dłoni i nadmiar lęku w sercu. Przestałem być policjantem.

Wypadek z bronią, której nie zabezpieczył kolega po fachu, wymusił na nim nowy początek. Marcin otworzył slowfoodową cukiernię, w której realizował swoje kulinarne pasje, a z żoną nauczycielką założyli pogotowie rodzinne. Jednak i ta droga okazała się niewłaściwa – cukierniczego interesu nie udało się wystarczająco rozkręcić, zaś prowadzenie rodziny zastępczej zetknęło ich z niewyobrażalną ilością cierpienia i ludzkiego okrucieństwa, malwersacji i nadużyć, których nie chcieli tolerować. Zdecydowali, że zaczną raz jeszcze, daleko od wszystkiego, co znają. Za kilka tygodni wyjeżdżają na stałe na Sardynię, gdzie planują pracować w małej lokalnej kawiarni.

– Przekroczyliśmy smugę cienia – tłumaczy Marcin. – W pewnym momencie nastąpiło jakieś przebudzenie z marazmu, uświadomienie sobie, co dla nas ważne. Nie jest to złudne bezpieczeństwo finansowe, etat Ani w szkole czy przymykanie oczu na zło tego świata. Wybieramy piękno przyrody, wiejską społeczność, życie skromne, ale szczere, oparte na wolności. Oczywiście, że się boimy. Prawdopodobnie łatwiej byłoby odłożyć wyjazd „na potem”. Ale kiedy to wypadnie? Kiedy będzie „lepszy czas”? Życia nie da się cofnąć, a właściwy moment jest wtedy, kiedy my go takim wybierzemy.

Marcinowi i Łucji przytakuje Ania Chmura, właścicielka warszawskiego studia Kameralnyfitness.pl. Jej klientkami są zarówno młode dziewczyny, zabiegane mamy, jak i osoby po sześćdziesiątce. Te ostatnie okazują się często szalenie inspirujące. Wiele z nich rozpoczyna przygodę ze sportem dopiero teraz; z różnych powodów właśnie ten moment, już na bardzo dojrzałym etapie życia, uznają za przełomowy, za właściwy, by zaopiekować się sobą. Zgodnie ze słowami Łucji, postanawiają podążać za lękiem, choć czują się onieśmielone, niedoświadczone, nieporadne.

– Lęk przed zmianą odczuwamy wszyscy; warto jednak zadać sobie pytanie, co daje mi stan obecny, czym ten lęk karmi, jak go zasila – zauważa trenerka. – Przecież status quo rzadko kiedy jest idealne. Jeśli na przykład prowadzę siedzący tryb życia, mam nadwagę, cierpię na bóle kręgosłupa, a mimo to wzbraniam się przed podjęciem aktywności fizycznej – oznacza to, że ten ból, ta nadwaga, to cierpienie są mi do czegoś potrzebne. Do moich klientek dociera jednak, że aby dbać o innych, jak robiły przez lata, pielęgnując dzieci, wspierając męża – muszą zająć się także sobą. Nie chodzi tu o katorgę diet, wyczynowy sport i wyrzeczenia, ale o poświęcenie sobie uwagi, wsłuchanie się w siebie. I o zrozumienie, że każda porażka, każda przegrana może zostać przekuta w sukces, jeśli wykorzystamy ją jako przyczynek do szukania nowych rozwiązań. Jeśli zdecydujemy, że to my, dzięki naszym decyzjom, będziemy mieć moc sprawczą i będziemy mogli czerpać z życia pełnymi garściami.

Nie ma chwili do stracenia

Tak właśnie robi pani Ela (dobrze po sześćdziesiątce), z którą umawiam się w żoliborskiej kawiarni. Kiedy wchodzę, czeka już przy stoliku. Na głowie ma jak zwykle wielki słomkowy kapelusz, który sprawia, że zawsze wygląda elegancko i wyrafinowanie, a zarazem tak, jakby właśnie wróciła z egzotycznej podróży – lub się do niej szykowała. Zamawiamy same pyszności, nie bacząc na kalorie i indeksy glikemiczne. Pytając, co słychać, szykuję się na listę niezwykłości. Pani Ela robi rzeczy niesamowite, a do wszystkiego, nawet do najprostszych życiowych czynności, podchodzi z zaraźliwym entuzjazmem, i opowiada o nich, jakby stanowiły nie lada przygodę. – Właśnie zasadziłam nowe róże w ogrodzie – oznajmia triumfująco, bo choć z zawodu jest prawniczką, to ogrodnictwo pochłonęło ją do tego stopnia, że już na emeryturze pokończyła liczne kursy i dziś jest wspólniczką w firmie oferującej szkolenia dla aspirujących ogrodników. – Poza tym wróciłam z Chile – dodaje – a już nie mogę doczekać się Argentyny. Przede mną jeszcze kilka miesięcy przygotowań do wyjazdu. Lubię przyszykować się do podróży, poczytać, posłuchać innych podróżników. Dla takich jak ja napisałam książkę o Nepalu, którą udało mi się wydać kilka miesięcy temu – mam więc sporo spotkań autorskich, gdzie poznaję osoby równie aktywne jak ja. Do tego dochodzi czwarta wystawa moich akwarel. Malarstwo ogromnie dużo mnie nauczyło – inaczej widzę teraz kolory, światło, wszystko to, czego doświadczam w podróży i na co dzień, a czego wcześniej prawie nie zauważałam – wylicza.

Kiedy pytam o zdrowie, wspomina, że pobolewa ją kolano; lekarz orzekł, że swoje zrobiły lata intensywnego trekkingu. Na jej twarz szybko wraca jednak uśmiech. – Co ciekawe, kolano boli mnie najmniej, gdy wkładam buty na obcasach. I całe szczęście, bo dzięki temu mogę dalej w każdy piątek biegać na zajęcia z tanga argentyńskiego. Życie ucieka, nie mam ani chwili do stracenia. Chcę pić pyszną kawę w najładniejszych filiżankach, poznawać świat i smakować każdą chwilę. Na nic innego nie mam przecież czasu.

  1. Psychologia

Klimakterium – czas goryczy czy rozwoju?

Pogodzenie się – nie w sensie biernego poddania i smutku - ale akceptacji tego, że tak jest, że właśnie oto przechodzimy klimakterium - jest kluczem do otwarcia się na potencjalne dary tego czasu. (Fot. iStock)
Pogodzenie się – nie w sensie biernego poddania i smutku - ale akceptacji tego, że tak jest, że właśnie oto przechodzimy klimakterium - jest kluczem do otwarcia się na potencjalne dary tego czasu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Nie! To już? - Tak najczęściej my, kobiety, witamy ten czas naszego życia. Niedowierzanie, niechęć, przerażenie, opór. Czasem ulga, że skończy się uciążliwe miesiączkowanie. Ale głównie widzimy go poprzez pryzmat ponoszonych strat: starzenie się ciała, odchodzenie dorosłych dzieci, często odchodzenie partnera. Dolegliwości: zmiany nastrojów, wahania hormonalne, zmęczenie, uderzenia gorąca. Różne myśli: Już nie będę "kobietą"? A co z moim partnerem? Co z seksem? To już koniec blisko?! Nie chcę o tym myśleć, nie chcę się starzeć! 

Istnieje wiele mitów, przekonań i uprzedzeń dotyczących tego okresu. Kobiety mierzą się ze swoimi ograniczeniami, stratami, wstydem, odrzuceniem przez mężczyzn. Często zostają same. Czasem gorzknieją i zamykają się w poczuciu krzywdy. Wokół klimakterium dużo jest kulturowo zakorzenionego wstydu. Nawet nie wypada się do TEGO przyznawać, a już – nie daj Boże – przy mężczyznach. Nawet jeśli robi mi się słabo, bo mam palpitacje czy rozbieram się lub wachluję gwałtownie, bo „uderzyło mnie gorąco”. Więc wstydzimy się, uciekamy, wychodzimy, milczymy na ten temat.

W różnych źródłach podaje się trzy terminy: przekwitanie, klimakterium i menopauza.  Menopauza jest trwałym fizjologicznym zatrzymaniem cyklu miesiączkowego w związku ze zmianami hormonalnymi i ustaniem czynności narządów rozrodczych. Klimakterium natomiast to okres kilku lat przed i kilku lat po menopauzie, obejmujący wszystkie zmiany w fizjologii cyklu miesięcznego, samopoczuciu i organizmie kobiety. W literaturze znajdujemy informację, że okres ten może zacząć się, kiedy kobieta dobiega czterdziestki i trwać do jej wczesnych lat sześćdziesiątych. Już sam ten fakt uzmysławia, jak długotrwały jest to okres zmian, przez które przechodzimy i że może warto uprzytomnić sobie wybór, jakiego wtedy dokonujemy: bardziej świadomie z nimi żyć i czerpać z nich lub starać się je marginalizować i zaprzeczać im, dopóki można.

Istnieje niewypowiedziana potrzeba odczarowywania systemu negatywnych przekonań, które posiadamy na temat klimakterium. Przekonań, które nie pozwalają dostrzegać możliwości rozwoju, tkwiących w tym okresie i których nie mamy szans zobaczyć, jeśli marginalizujemy zachodzące w nas zmiany lub czujemy się wyłącznie ofiarami tego, co dzieje się w naszych ciałach. Pogodzenie się – nie w sensie biernego poddania i smutku - ale akceptacji tego, że tak jest, że właśnie oto przechodzimy klimakterium - jest kluczem do otwarcia się na potencjalne dary tego czasu. Może warto popatrzeć na klimakterium jako wielką przemianę tożsamościową oraz spróbować oswoić i doceniać ten czas, poddać mu się, smakować go, a nawet - afirmować.

Czy to w ogóle jest możliwe? Czy spróbujemy zmienić swoje nastawienie? Co to właściwie znaczy świadomie żyć z tymi zmianami? Zatrzymajmy się nad paroma wybranymi aspektami.

Zacznijmy od symptomów klimakterium: w związku ze zmianami hormonalnymi przybieramy lub tracimy na wadze, cierpimy na palpitacje serca, uderzenia gorąca, zmiany nastroju, dopada nas bezsenność i zmęczenie, mamy potrzebę izolacji. Świadome podejście oznacza odkrywanie, czego nowego możemy dowiedzieć się o sobie na poziomie psychologicznym lub duchowym. Na przykład zmęczenie - w zależności od tego, jak go doświadczamy - może oznaczać zmianę stylu życia – świadome zostawianie niektórych spraw lub wołanie naszej duszy o zatrzymanie się i cieszenie się tymi momentami życia, które nam dotąd umykały. Psychologiczne podejście do doświadczenia palpitacji może nas doprowadzić do wniosku, że warto zmienić swoje priorytety i hierarchię wartości. Joan Borysenko w swojej książce „Księga życia kobiety” pisze o uderzeniach gorąca, o których za każdym razem myśli i przeżywa jako spalanie aspektów życia, które odchodzą. To tylko kilka przykładów pogłębionej refleksji nad sobą, dokonywanej samodzielnie, z pomocą przyjaciółki czy psychoterapeuty.

Istotne jest także uważne zadbanie o siebie od strony fizycznej i medycznej. Niektóre z nas decydują się na hormonalną terapię zastępczą, która łagodzi te objawy, ale też może stanowić zagrożenie związane podwyższonym ryzykiem powstania nowotworów. Dlatego za każdym razem jest to indywidualnie podejmowana decyzja i im więcej wiemy o sobie i swoich potrzebach, priorytetach i hierarchii wartości w tym okresie – tym lepiej. Często pomaga zmiana stylu życia – na przykład rozpoczęcie ćwiczeń jogi hormonalnej, zmiana diety i używanie ziół lub leków homeopatycznych. I tu znów uwaga i świadomość pomoże nam wybierać najlepsze na ten moment dla nas rozwiązania i formy.

Warto też świadomie popatrzeć na siebie i swoje życie pod kątem zmiany ról i nie mam tu na myśli tylko ról społecznych, ale także role w znaczeniu psychologicznym – cenna jest refleksja na temat tego, jaka rola już się dla mnie kończy (na przykład rola matki czy bycie młodą kobietą), a jaka zaczyna (bycie doradczynią, babcią czy działaczką społeczną lub wolontariuszką). Często pojawia się poczucie zmiany roli matki w bycie Matką-Całego-Świata. Rodzi się głębsze poczucie odpowiedzialności za świat, w którym żyjemy. Wraz ze świadomością doświadczeń życiowych i zawodowych, ale też większym zaufaniem do siebie i swojej intuicji stajemy się powoli Wiedźmami. Wiedźma – czyli Ta-Która-Wie. Słowo „wiedźma” ma w naszej kulturze prawie wyłącznie negatywne skojarzenia, ale coraz liczniejsza jest grupa kobiet, świadomie budującej pozytywny wizerunek Wiedźmy, kobiety o silnej duchowości, przewodniczki dla innych.

Otwarcie się na przemianę tożsamościową czasu klimakterium pozwala na uświadomienie sobie i rozwój niedocenianych dotąd aspektów swojego życia. Osobistymi korzyściami mogą być, między innymi:

  • poczucie wolności wyboru, które odczuwamy wobec kurczącego się czasu i fizycznej energii;
  • łatwiejszy wybór tego, co naprawdę ważne, najistotniejsze;
  • uważne gospodarowanie energią życiową: na co ją przeznaczam – Tu i Teraz;
  • patrzenie z perspektywy starości na swoje życie i z tego miejsca weryfikacja wyborów oraz podejmowanych decyzji;
  • godzenie się ze sobą i rezygnacja w walki czy nadmiernych ambicji w różnych aspektach życia;
  • poczucie dystansu do spraw, często połączone z żartobliwością;
  • docenianie chwil, które NAPRAWDĘ już mogą się nie powtórzyć;
  • zaufanie intuicji i sobie;
  • szukanie wskazówek do rozwoju w czasie teraźniejszym: w ludziach, snach, przyrodzie;
  • dbanie o ciało, utrzymywanie go w dobrej kondycji i szanowanie ciała (jedzenie, gimnastyka, joga) po to, by jak najdłużej być samowystarczalną i cieszyć się ruchem czyli Życiem;
  • branie odpowiedzialności za swoje wybory, a w konsekwencji porzucanie iluzji, że to inni są winni;
  • przyglądanie się swojej historii osobistej – zamykanie odchodzących spraw;
  • rozumienie różnych punktów widzenia i opinii, porzucanie stronniczości;
  • poszukiwania duchowe, poczucie bycia połączoną z Siłą Wyższą (rozumianą i przeżywaną w osobisty sposób).
I wiele innych…

Kiedy mamy świadomość połączenia z czymś większym -  nie musimy być wyłącznie ofiarami symptomów klimakterium – możemy przeżywać to, co się z nami dzieje na głębszym poziomie i z głębszym zrozumieniem toczącej się w nas przemiany. Podsumowując – okres klimakterium trwa wiele lat i od nas zależy, z jakiej perspektywy będziemy go przeżywać.

Na koniec refleksja osobista. Coraz częściej zagadują mnie młodsze kobiety, mówiąc: Myślę o tym, żeby przyjść i z Tobą porozmawiać o tym, jak to jest. Czekam na nie z radością, z gotowością do dzielenia się tym, czego się sama dowiedziałam i ciągle odkrywam w pracy osobistej nad sobą i w pracy z moimi klientkami na sesjach indywidualnych i na warsztatach. Widzę głęboki sens poszerzania świadomości i rozmawiania na ten temat.

Pomocna literatura:

W języku polskim:

  • Borysenko J., Księga życia kobiety. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 1999.
  • Rodrigues D., Joga hormonalna. Jak zachować hormonalną równowagę w okresie przekwitania. Wydawnictwo KOS, Katowice 2006.

W języku angielskim:

  • Weed S.S., New Menopausal Years. The Wise Woman Way, Ash Tree Publishing. Woodstock, New York 2002.
  • Northrup C., The Wisdom of Menopayse. The Complete Guide to Physical and Emotional Health During the Change. Piatkus, London 2012.
Jadwiga Bytniewska: jest psychologiem i psychoterapeutką, członkiem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Prowadzi terapię indywidualną, par i grupową oraz warsztaty rozwoju osobistego.

  1. Styl Życia

Zmiana jest podstawą naszego życia – tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön

</a> Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Budda nauczał, że istnieją trzy główne cechy ludzkiej egzystencji: nietrwałość, bezinteresowność oraz cierpienie lub niezadowolenie. Według Buddy życie wszystkich istot jest naznaczone przez te trzy cechy. Uznanie ich za prawdziwe poprzez własne doświadczenia pomaga nam odnaleźć spokój w tym, co jest – pisze Pema Chödrön w najnowszej książce „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

Kiedy po raz pierwszy wysłuchałam tego nauczania, wydało mi się akademickie i odległe. Gdy jednak zachęcono mnie do skupienia uwagi – do zaciekawienia się tym, co dzieje się z  moim ciałem i  moim umysłem – coś się zmieniło. Na podstawie własnego doświadczenia mogłam zaobserwować, że nic nie jest statyczne. Moje nastroje zmieniają się nieustannie jak pogoda. Zdecydowanie nie mam kontroli nad tym, jakie myśli lub emocje pojawiają się, ani nie mogę powstrzymać ich przepływu. Po bezruchu następuje ruch, a  ruch wraca do bezruchu. Nawet najbardziej uporczywy ból fizyczny zmienia się, jak przypływy i odpływy, gdy skupiam na nim uwagę.

Nowe nastawienie pojawia się wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że wczoraj było wczoraj, a teraz już go nie ma; dziś jest dziś i teraz jest nowe. Tak jest – każda godzina, każda minuta się zmienia. Jeśli przestajemy obserwować zmiany, to przestajemy postrzegać wszystko jak nowe. Dzigar Kongtrul Rinpocze
Czuję wdzięczność dla Buddy za wskazanie, że to, z czym zmagamy się przez całe życie, można traktować jako zwykłe doświadczenie. Życie nieustannie przynosi wzloty i upadki. Ludzie są nieprzewidywalni, podobnie jak sytuacje i jak wszystko inne. Święci, grzesznicy, zwycięzcy, przegrani – wszyscy znamy ten ból, gdy przytrafia nam się to, czego nie chcemy. Czuję wdzięczność za to, że ktoś zobaczył prawdę i wykazał, że nie odczuwamy bólu z powodu naszej osobistej niemożności naprawienia sytuacji.

Pierwszą oznaką istnienia jest to, że nic nie jest statyczne i  niezmienne, że wszystko jest ulotne i  nietrwałe. Wszystko jest w toku. Wszystko – każde drzewo, każde źdźbło trawy, wszystkie zwierzęta, owady, ludzie, budynki, to, co żywe i nieożywione, cały czas się zmienia, z minuty na minutę. Nie musimy być ani mistykami, ani fizykami, żeby to wiedzieć. Jednak na poziomie osobistego doświadczenia nie przyjmujemy do wiadomości tego podstawowego faktu. Oznacza to, że życie nie zawsze toczy się po naszej myśli. Oznacza to, że jest strata, ale jest i zysk. Ale nam się to nie podoba.

Kiedyś zmieniałam pracę i dom w tym samym czasie. Odczuwałam niepewność, niepokój, bezzasadność. Pożaliłam się Trungpie Rinpocze, że mam problem ze zmianami, w  nadziei, że powie coś, co pomoże mi w  pracy nad tym. Popatrzył na mnie jakby pustym wzrokiem i powiedział: „Zawsze jesteśmy w procesie zmiany”. A potem dodał: „Jeśli możesz się z tym zwyczajnie pogodzić, nie będziesz miała żadnych problemów”.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe) Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)

Wiemy, że wszystko jest nietrwałe, wiemy, że wszystko się kończy. Chociaż tę prawdę jesteśmy w  stanie zaakceptować na poziomie intelektualnym, to jednak w sferze emocjonalnej odczuwamy głęboko zakorzenioną niechęć. Chcemy stabilności, oczekujemy jej. W  naturalny sposób poszukujemy bezpieczeństwa. Wierzymy, że możemy je znaleźć. Doświadczanie nietrwałości w życiu codziennym jest źródłem frustracji.

Każdego dnia wykorzystujemy naszą aktywność jak tarczę chroniącą nas przed fundamentalną niejednoznacznością sytuacji, w  jakiej się znajdujemy. Zużywamy ogromną ilość energii, próbując uchronić się przed nietrwałością i śmiercią. Nie podoba nam się, że nasze ciała zmieniają się z  upływem czasu. Nie podoba nam się, że się starzejemy. Boimy się zmarszczek i zwiotczałej skóry. Używamy kosmetyków pielęgnacyjnych tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że nasza skóra, włosy, oczy i zęby mogą w jakiś cudowny sposób uciec od prawdy o nietrwałości.

Nauki buddyjskie mają na celu uwolnienie nas od tego ograniczonego sposobu odnoszenia się do rzeczywistości. Zachęcają nas, żeby stopniowo i w pełni zanurzyć się w zwyczajną i oczywistą prawdę o zmianie. Uznanie tej prawdy nie oznacza, że widzimy tylko to, co ponure. Oznacza, że zaczynamy rozumieć, że nie tylko my przestajemy się z tym wszystkim wyrabiać. Już nie wierzymy, że są ludzie, którym udało się uniknąć niepewności.

Inną oznaką istnienia jest brak niezmiennego ja. Jako istoty ludzkie przemijamy tak samo jak wszystko inne. Każda komórka naszego ciała podlega ciągłym zmianom. Myśli i  emocje nieustannie pojawiają się i znikają. Na czym opieramy przekonanie, że jesteśmy kompetentni lub że jesteśmy beznadziejni? Na tej ulotnej chwili? Na wczorajszym sukcesie czy porażce? Trzymamy się utrwalonego przekonania o tym, kim jesteśmy, i to nas paraliżuje. Tymczasem nic i nikt nie jest niezmienne. To, czy zmiany są dla nas źródłem wolności, czy też źródłem straszliwego niepokoju, robi istotną różnicę. Czy mijające dni przynoszą coraz więcej cierpienia, czy też zwiększają naszą zdolność do odczuwania radości? To jest ważne pytanie.

Czasami brak niezmiennego ja nazywany jest brakiem duszy. Te słowa mogą wprowadzać w błąd. Budda nie sugerował, że znikamy albo że możemy wymazać naszą osobowość. Pewien uczeń zapytał kiedyś: „Czy doświadczanie braku niezmiennego ja nie sprawia, że życie traci blask?”. To nie jest tak. Budda zwracał uwagę na to, że twarde przekonania, jakie mamy na swój temat, mianowicie, że jesteśmy niezmienni i oddzieleni od innych, są boleśnie ograniczające. Możemy przez to występować na scenie naszego życia, nie wierząc aż tak gorliwie w  postać, którą gramy.

Kłopot polega na tym, że traktujemy siebie tak poważnie, że nadajemy sobie aż tak absurdalne poczucie ważności. Uważamy, że mamy prawo irytować się na wszystko, poniżać siebie lub myśleć, że jesteśmy mądrzejsi od innych. Poczucie własnej ważności wyrządza nam krzywdę, zamyka w ciasnym świecie naszych upodobań i niechęci. W końcu znudzimy się na śmierć sobą i naszym światem. W końcu nigdy nie znajdziemy zadowolenia.

Mamy dwie możliwości do wyboru: albo zakwestionujemy nasze przekonania, albo nie. Albo zaakceptujemy nasze dotychczasowe wersje rzeczywistości, albo zaczniemy je odrzucać. W  opinii Buddy ćwiczenie się w otwartości i ciekawości, a także w rezygnacji z założeń i przekonań to najlepszy sposób, w jaki możemy przeżyć nasze życie.

Mówiąc wprost, brak niezmiennego ja oznacza elastyczną tożsamość, która przejawia się w dociekliwości, zdolności do adaptacji, poczuciu humoru, chęci do zabawy. To nasza umiejętność odnalezienia spokoju bez wiedzy o wszystkim, bez rozgrywania wszystkiego, bez żadnej pewności co do tego, kim jesteśmy ani kim są inni. (…)

Jak mamy zamiar przeżyć to krótkie życie? Czy będziemy doprowadzać do perfekcji umiejętność walki z niepewnością, czy też będziemy doskonalić się w odpuszczaniu? Czy będziemy uparcie trzymać się przekonania „Ja jestem taki, a ty taki”? Czy też mamy zamiar wyjść poza ten ograniczony sposób myślenia? Czy możemy rozpocząć trening wojownika, aspirując do ponownego połączenia się z  naturalną elastycznością naszego bytu i pomagając innym robić to samo? Jeśli zaczniemy iść w tym kierunku, otworzą się przed nami nieograniczone możliwości.

Nauczanie o  braku niezmiennego ja podkreśla znaczenie naszej dynamicznej, zmieniającej się natury. To ciało nigdy nie czuło się dokładnie tak samo jak teraz. Ten umysł kreuje myśl, która, chociaż może wydawać się powtarzalna, nigdy więcej się nie pojawi. Mogę powiedzieć: „Czyż to nie wspaniałe?”. Ale zazwyczaj nie doświadczamy tego jako czegoś wspaniałego, lecz raczej jako coś denerwującego, co sprawia, że walczymy o swoje. Budda w swej szczodrości pokazał nam alternatywę. Nie jesteśmy uwięzieni w tożsamości sukcesu lub porażki ani w żadnej innej tożsamości, ani w tym, jak widzą nas inni, ani w tym, jak widzimy siebie sami. Każda chwila jest wyjątkowa, nieznana, zupełnie nowa. Dla praktykującego wojownika brak niezmiennego ja jest powodem do radości, a nie strachu.