1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co zrobić, żeby dziecko polubiło matematykę?

Co zrobić, żeby dziecko polubiło matematykę?

Matematyka przydaje się w życiu. Umiejętności matematyczne podnoszą też samoocenę dziecka. Jak postępować więc, aby przekonać dziecko do przedmiotów ścisłych? (fot. iStock)
Matematyka przydaje się w życiu. Umiejętności matematyczne podnoszą też samoocenę dziecka. Jak postępować więc, aby przekonać dziecko do przedmiotów ścisłych? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Za to, że dzieci są słabe z matematyki, prawie zawsze odpowiadają ich rodzice. I to wcale nie w sensie genetycznym.

W szkole najbardziej nie cierpiałem matematyki – choć to nawet prawda, zastanów się, zanim powiesz to swojemu dziecku. Dlaczego? W ten sposób nieświadomie przekazujesz mu następujące informacje: że matematyka jest trudna i nieciekawa, do niczego mu się w życiu nie przyda oraz – być może najważniejsza – skoro ty jej nie lubiłeś, to ono też nie będzie, dlatego spokojnie może być z niej słabe. Zapominasz, że matematyka to nie liczby czy figury geometryczne, tylko myślenie abstrakcyjne, które przydaje się we wszystkich dziedzinach życia. Rozwija nasz mózg, pomaga znaleźć wyjście z wielu sytuacji i dodaje pewności siebie. Dziecko dobre z przedmiotów ścisłych znacznie mniej się denerwuje szkołą, niestraszna mu nowa klasa czy zmiana nauczyciela, nie boi się testów ani klasówek. Natomiast to, które radzi sobie z matmą gorzej, ma ograniczony wybór przyszłej drogi zawodowej. Nie może pójść na studia medyczne, ekonomiczne czy farmaceutyczne, nawet takie kierunki jak żywienie człowieka czy weterynaria zawierają w sobie jej elementy. Dlatego wychowując dziecko na dobrego matematyka, dajesz mu większą szansę na odnalezienie się w przyszłym życiu.

Jak zachęcać dziecko do matematyki?

Zacznij od zmiany nastawienia. Chwal dziecko za postępy w nauce, na przykład za dobre opanowanie tabliczki mnożenia. To zresztą najlepsze z ćwiczeń rozwijających pamięć. Twój maluch ma z nią trudności? Możesz mu pomóc, dzieląc cały system tabliczki na kawałki, najlepiej na osobne działania. Przygotujcie razem karteczki (fiszki). Na jednej stronie zapisz działanie, na drugiej jego wynik. Niech opanuje kolejno wszystkie. Ty też bierz w tym udział.

Wprowadzanie dziecka w świat matematyki możesz zacząć już, kiedy jest w przedszkolu. Złym pomysłem jest wręczenie mu zeszytu i ołówka, by przepisywało rzędy cyfr. Jego mała motoryka jest do tego jeszcze nieprzyzwyczajona, a koordynacja oko–ręka niewykształcona. Natomiast nigdy nie jest za wcześnie na zabawy. Poniżej pięć przykładowych.

  1. Co ma wspólnego klucz z gwoździem? To główne pytanie w kształceniu myślenia abstrakcyjnego. Staraj się szukać okazji, podczas których dziecko może dostrzec cechy wspólne pomiędzy dwoma przedmiotami, zjawiskami, zwierzętami, samochodami, różnymi urządzeniami…
  2. Policz pionki! Mów tak zawsze po skończonej grze, gdy chowasz ją do pudełka. Pokaż dziecku, że układając pionki parami, można łatwiej sprawdzić, czy jest ich tyle, ile potrzeba.
  3. Podaj mi żółtą czwórkę. Już trzylatka można nauczyć, by posługiwał się konkretnymi nazwami klocków lego, budując z nich różne konstrukcje. Nawet dziecko, które jeszcze nie mówi, umie zareagować na: „podaj mamie rączkę”, będzie wiedziało, co znaczy: „podaj mi żółtą czwórkę”. Zobaczysz, jak szybko nauczy się precyzyjnego nazywania klocków.
  4. Co jest dłuższe? Przy każdej okazji proś dziecko, by porównywało różne rzeczy (na przykład buty, sznurowadła, butelki, lalki) poprzez położenie czy postawienie ich obok siebie.
  5. A teraz borsuk idzie w lewo… Jeśli masz w łazience kafelki, dysponujesz wspaniałym przyrządem do nauki. Weź do ręki małą zabawkę. Niech wędruje wolno po kafelkach, a ty mów: „Teraz borsuk skręca w prawo, potem idzie dwa kafelki w górę, potem dwa kafelki w dół, teraz trzy w bok…”. Zobaczysz, jak szybko dziecko nauczy się bezbłędnego poruszania się po… niczym innym jak po układzie współrzędnych.

Sześciolatek, czyli ważny moment

W tym wieku dziecko idzie zwykle do szkoły, co nie znaczy, że przestaje mieć czas na zabawę. Wprost przeciwnie, teraz właśnie potrzebuje jej bardziej niż wcześniej. To wspaniale rozwinie jego matematyczne zdolności. W co się bawić?
  • Statki. Na tej starej poczciwej grze wyobraźnię przestrzenną, koncentrację i abstrakcyjne myślenie wykształciło już wiele pokoleń.
  • Warcaby. A może nawet szachy… Nie ma znaczenia, jeśli nawet grasz w nie słabo lub wcale. Już samo opanowanie zasad będzie dla dziecka wyjątkowo twórcze. Postaw skoczka na dowolnym polu i zademonstruj, jakie ruchy są dopuszczalne. Przesuń go na inne pole i poproś, żeby teraz dziecko pokazało, gdzie można go przestawić.
  • Memo, czyli kartki lub klocki z obrazkami. Wybierz temat obrazków zgodny z zainteresowaniami dziecka i grajcie przy każdej okazji. Prowadź specjalne zapiski, róbcie domowe turnieje. Pamięć sześciolatka jest niemal fotograficzna, więc będzie mieć sporo satysfakcji, zapamiętując miejsce położenia par obrazków i ogrywając wszystkich dorosłych. Oprócz ćwiczenia pamięci ta genialna gra rozwija koncentrację, upór, pozytywne nastawienie do wysiłku intelektualnego oraz chęć rywalizacji.
Pamiętaj: nigdy nie dawaj dziecku forów, bo tym wyrządzisz mu więcej złego niż dobrego.

Starsze dziecko

Gdy wracasz do domu lub dzwonisz z pracy, najczęściej pytasz dziecko: „co tam w szkole?”. A ono odpowiada zawsze tak samo: „w porządku”. Zamień to pytanie na konkret, w tym przypadku interesujący nas przedmiot szkolny. Ktoś, kto chce mieć w domu mistrza olimpijskiego, zawsze pyta: „co robiłeś na wuefie?”, ty mów: „co robiliście na matmie?”. Ważne, żeby twoje zainteresowanie zajęciami w szkole było szczere, a nie pro forma. Przyjrzyj się też uważnie rzeczom, którymi otacza się twój uczeń, i postaraj się, by miały „matematyczne” zastosowanie. Jeśli twoje dziecko lubi grać na komputerze, podsuń mu znakomite gry kształcące wyobraźnię przestrzenną, czyli np. takie, w których musi poukładać w coraz szybszym tempie bryły nieforemne. Najlepszą zachętą będzie, jeśli sam zaczniesz w nie grać, a najlepiej razem z nim. Podobnie rób ze wszystkimi prezentami, które przywozisz mu z podróży lub kupujesz na urodziny – niech rozwijają je umysłowo.

Możesz wykorzystać to, co już macie. Wręcz dziecku miarkę budowlaną – niech zmierzy wszystko, co jest w domu, i zapisze wyniki pomiarów. Potem poproś, by wskazało najdłuższą i najkrótszą rzecz. Gdy ma więcej niż sześć lat, powiedz, by zmierzyło fotel i kanapę i pokazało na miarce, o ile kanapa jest dłuższa, a fotel krótszy. O tyle samo?! Albo weźmy taki zegar. To jedno z najlepszych naturalnych narzędzi kształcenia zdolności matematycznych. Gdy tylko dziecko nauczy się trochę nim posługiwać, pytaj: „Która godzina będzie za osiem minut? Cztery minuty, to ile sekund? Dwie godziny i pięć minut — ile to minut? Mój zegarek późni się sześć minut, czyli którą godzinę teraz pokazuje?”. Jeśli zrobisz z tego domową zabawę, być może za pomocą zwykłego czasomierza, ku swojemu zaskoczeniu, wychowasz laureata olimpiady matematycznej. Miej jednak świadomość, że twoje dziecko wcale nie musi zostać świetnym inżynierem czy profesorem. Najważniejsze, by było człowiekiem bez kompleksów, który korzysta w pełni z możliwości, jakie daje mu jego mózg. Umiejącym radzić sobie w banku, w sklepie i rozumiejącym, na czym polega procent składany.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Matematyka miłości - czy można obliczyć szansę na udany związek?

To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Wydaje się, że nie ma dwóch bardziej odmiennych dziedzin. Jedna jest królową nauk, druga – serc, a przecież każdy powie, że emocje nie mają nic wspólnego z logiką. Okazuje się jednak, że miłość może zadziwiająco wiele zawdzięczać matematyce.

Matematyka otacza nas niewidzialnym kokonem. Pewnie o tym nie wiesz, ale gdy patrzysz na Drogę Mleczną, liście paproci albo muszlę ślimaka czy własne odbicie w lustrze, widzisz proporcje liczbowe, wyrażone odkrytą już przez starożytnych Greków złotą liczbą – fi (1,618). A jeśli matematyczny porządek można odkryć zarówno w budowie płatków śniegu, jak i gigantycznych galaktyk, dlaczego nie miałby istnieć także w naszych uczuciach?

Ciekawość, pierwszy stopień do wiedzy

Matematyka to wspaniała dziedzina, ale nawet gdy ją kochasz, po sześciu godzinach wykładu możesz mieć serdecznie dosyć. Jak więc zainteresować studentów równaniami różniczkowymi? Kazać im policzyć, jakie szanse na przetrwanie miłosnych zmagań mieli Romeo i Julia! Na ten genialny pomysł wpadł w latach 80. XX wieku amerykański matematyk Steven Strogatz. Zachwyceni studenci zaprzęgli do opisu relacji między najsłynniejszymi kochankami świata układy dynamiczne (struktury matematyczne pozwalające przewidzieć stan układu w przyszłości, jeśli znamy jego stan w bieżącej chwili, oraz jego – chwilowe – tendencje zmian). Badali, jak na trwałość związku wpływają nastroje partnerów. – Romeo kocha Julię, ale Julia jest kapryśna. Im bardziej on okazuje miłość, tym bardziej ona usiłuje od niego uciec. Wtedy zniechęcony Romeo wycofuje się, a Julia zaczyna dostrzegać jego atrakcyjność. Romeo działa jak echo Julii: pozytywne emocje rosną, gdy Julia go kocha, a kiedy nienawidzi, narastają negatywne – wyjaśnia model tego układu dynamicznego dr Urszula Foryś z Instytutu Matematyki Stosowanej i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Miłosnomatematyczne zmagania tak spodobały się studentom, że zaczęli liczyć szanse przetrwania związków kolejnych ikonicznych par, od Pięknej i Bestii po Cyrana de Bergerac i jego umiłowaną kuzynkę. Do zabawy dołączyli wkrótce kolejni naukowcy (m.in. profesor teorii systemów Sergio Rinaldi, który pisał o równaniach miłosnej dynamiki u Petrarki, i fizyk Clint Sprott, zajmujący się matematycznymi modelami miłości i szczęścia). Bo choć nie da się wyczuć, kogo, gdzie i kiedy porazi strzałą ten mały drań Amor, skutki jego działań są już dużo łatwiejsze do przewidzenia. Zakochanie, miłość, ślub, rodzicielstwo – to jeden z kilku schematów, według których przebiega nasze miłosne życie. A matematycy kochają schematy. I potrafią zrobić z nimi prawdziwe cuda.

Mózg elektronowy

– Matematyka może zaproponować nowy sposób spojrzenia na niemal wszystko – przekonywała uczestników konferencji TED na Binghamton University w Nowym Jorku Hannah Fry. Płomiennie rudowłosa i uroczo zaróżowiona przypominała bardziej irlandzkiego elfa z ciętym poczuciem humoru niż poważną brytyjską matematyczkę: – Chyba wszyscy się zgodzimy, że matematycy są znani z trafnego doboru partnerów. Nie tylko dzięki naszym wspaniałym osobowościom, wyjątkowym umiejętnościom konwersacji oraz schludnym piórnikom. Zawdzięczamy to również ogromnej ilości obliczeń wykonanych w poszukiwaniu sposobu na znalezienie idealnego partnera. W brawurowym wykładzie (ponad 5 mln wyświetleń) Fry zaprezentowała matematyczne wskazówki mogące ułatwić XXI-wieczne poszukiwania drugiej połówki, statystycznie najczęściej odbywające się przez Internet. Bazowała m.in. na badaniach twórców kultowego portalu randkowego OkCupid (założonego przez… matematyków, którzy przez blisko dekadę szukali schematów, według jakich działali randkowicze w sieci). Fry przekonywała, że szansę na wymarzoną miłosną interakcję ma każdy, bo najbardziej popularni nie są wcale ci superatrakcyjni (co udowodniła stosownym działaniem). Wyjaśniła też, że z matematycznego punktu widzenia nie powinniśmy wiązać się z pierwszą osobą, która się nami zainteresuje, ale też lepiej nie zwlekać zbyt długo z wyborem partnera. Posługując się metodą optymalnego punktowania: jeśli zaczynamy randkować w wieku 15 lat i chcemy wziąć ślub około 35. roku życia, przez pierwszy okres (stanowiący 37 proc. czasu randkowania) powinniśmy odrzucić wszystkich kandydatów, a potem wybrać pierwszą osobę, która wydaje się lepsza od poprzedników. – Matematyka udowadnia, że takie postępowanie maksymalizuje szanse na znalezienie idealnego partnera – twierdzi Hannah Fry. I zaraz dodaje, że całe wyliczenie bierze w łeb, jeśli trafimy na Pana Idealnego podczas pierwszych 37 proc. czasu. Nie jest to więc stuprocentowo pewna, ale za to statystycznie dająca najlepsze rezultaty metoda. Najważniejsze jednak, że stosujemy się do niej nieświadomie, randkując ostro koło dwudziestki, a szukając życiowego partnera, gdy zbliżamy się do trzydziestki. To według Fry, która jest również autorką książki „Matematyka miłości”, potwierdza zasadność użycia równań i algorytmów w służbie uczuć. – To dowód, że nasze mózgi są zawczasu skonstruowane tak, by działać według matematycznych schematów.

https://www.ted.com/talks/hannah_fry_the_mathematics_of_love?utm_campaign=tedspread&utm_medium=referral&utm_source=tedcomshare

Komputerowy model miłości

Dr Urszula Foryś zajmuje się głównie zastosowaniami matematyki w biologii i medycynie. I podobnie jak Hannah Fry uważa, że matematyka to wszechstronne narzędzie, które może pomóc nam niemal w każdej dziedzinie życia. Od leczenia nowotworów po miłość. – Nauki przyrodnicze i społeczne są wciąż empiryczne. Jeśli czegoś nie zobaczymy w doświadczeniu, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy może się zdarzyć. Gdy pracujemy nad modelowaniem dynamiki terapii nowotworów, sprawdzamy m.in., jak łączyć terapie, kiedy i jak wprowadzać leczenie niestandardowe. Eksperymentalista nie jest w stanie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji, a co dopiero zbadać ich w praktyce, bo przecież musiałby eksperymentować na ludziach. My robimy to w komputerach – tłumaczy.  Kilka lat temu, zainspirowana m.in. pracami Stevena Strogatza, postanowiła również swoim studentom zadać miłosne równania. Wybór padł na stworzenie matematycznego modelu związku romantycznego, który pozwoli prognozować, czy dana relacja przetrwa, czy się rozpadnie – z uwzględnieniem tego, jak rzutują przeżycia jednego z partnerów na reakcje drugiego, czyli tzw. zjawisko opóźnienia. Okazało się, że może mieć ono spore znaczenie dla przyszłości kochanków. – Poprzez modelowanie matematyczne możemy opisać każdy proces, który nas interesuje. Na przykład relację między dwojgiem ludzi i jej możliwe wyniki – tłumaczy dr Foryś. – W modelu możemy jednemu partnerowi zmienić jakąś cechę – uznając, że popracuje z psychologiem nad jej zmianą – i zobaczyć, jaki będzie miało to wpływ na cały związek. Wyliczymy, czy warto pracować nad zmianą tej cechy, bo co, jeśli lepiej skupić się na innej? Możemy zbadać efekty wszystkich możliwych zmian i wybrać najlepszą strategię. Polskim matematykom przyszło do głowy stworzenie serwisu internetowego, w którym na podstawie badania zachowań partnerów można oszacować, jakie reakcje będą dla związku optymalne: – Moglibyśmy informować partnerów, które z nich powinno być bardziej refleksyjne, a które musi reagować szybciej. Serwis miałby służyć tym związkom, którym grozi rozpad. Niestety, pozostaje tylko bytem teoretycznym, bo nie udało się zdobyć grantu na dalsze prace. Na razie polscy zakochani nie będą więc mieli osobistego pożytku z prac matematyków. – Jeśli chcemy przekładać wyniki modelowania matematycznego na rzeczywistość konkretnej pary, zmienne używane w równaniach muszą być zmierzone. I tu matematyk potrzebuje psychologa, który pomoże mu zmierzyć i usystematyzować ludzkie reakcje – mówi dr Foryś.

Równania przeciw rozwodom

Jak dotąd jedynym psychologiem, który przeprowadził badania ilościowe i we współpracy z matematykiem przełożył równania na konkretne porady dla par, jest amerykański terapeuta John Gottman. Od ponad 30 lat prowadzi Instytut Badania Związków, instytucję, która zaprzęgła matematykę do walki z plagą rozwodów (w USA rozstaje się co drugie małżeństwo). Jak wspomina w książce „Principia Amoris. The New Science of Love”, opisującej matematyczne reguły życia uczuciowego, Gottman w młodości sam nie miał szczęścia w miłości. Zaczął więc badać małżeństwa w nadziei, że znajdzie w ich zachowaniach złoty wzór na to, jak żyć długo i szczęśliwie (chyba mu się udało, bo dr Julie Schwartz Gottman, którą poślubił ponad 30 lat temu, nazywa „swoim klejnotem, genialną i przepiękną żoną”. Trzecią, jeśli mamy być skrupulatni). Wraz z Robertem Levensonem, najlepszym przyjacielem i podobnym miłosnym nieudacznikiem, przebadał setki par, nie tylko przysłuchując się ich rozmowom, lecz także nagrywając je, monitorując badanym tętno, ciśnienie krwi, przewodnictwo skóry, mimikę. Odkryli, że najważniejszym wskaźnikiem rozwodu jest nastawienie partnerów w rozmowie: negatywne – zwiększało ryzyko rozstania aż o 90 proc. Ale w odkryciu, jak i dlaczego pary wpadają w spiralę negatywnej energii, pomógł im dopiero matematyk James Murray. Stworzył równania rozpisujące szanse na to, jakie nastawienie w następnej rozmowie będą mieli małżonkowie, biorąc pod uwagę takie zmienne, jak ich nastrój (gdy są sami i kiedy przebywają z partnerem) i to, jak wpływa na nich osoba współmałżonka.

Dziś pary stojące na krawędzi są w instytucie Gottmana badane jak kosmonauci przed startem. Ich emocje, kodowane za pomocą systemu liczb, są przepuszczane przez skomplikowany wzór matematyczny, w wyniku czego powstaje unikalny wzorzec interakcji pary, „DNA małżeństwa”. Wystawiana na jego podstawie prognoza trwałości związku sprawdza się z dokładnością do 94 procent! Gottman chwali się oszałamiającymi wynikami – aż 70 procent par, które wprowadziły w życie otrzymane w jego instytucie zalecenia, zawraca znad rozwodowej przepaści i żyje dalej długo i szczęśliwie. Okazuje się więc, że matematyka może naprawdę pomóc miłości. Jak mówiła Hannah Fry: – Równania i symbole mają głos, który wyraża ogromny urodzaj natury i oszałamiającą prostotę w schematach, które kręcą się, zaginają i ewoluują wokół nas. I opisują wszystko, od sposobu, w jaki działa świat, po nasze zachowanie. Już Galileusz uważał matematykę za alfabet, za pomocą którego Bóg opisał wszechświat. Być może, by miłość trwała, nie wystarczy kochać, ale trzeba też jasno i logicznie myśleć. I dostrzegać schematy i równania nie tylko w książkach, lecz także we wszystkim, co nas otacza. Zwłaszcza w naszych związkach.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku rozwinąć jego potencjał?

Wszyscy uczymy się w charakterystyczny dla siebie sposób. Zauważył to już Howard Gardner, amerykanski psycholog, profesor Harvardu, który w swojej teorii inteligencji wielorakiej (zwanej też wielokrotną) wyodrębnił aż 8 typów inteligencji. Według niego rowijanie właściwych sobie predyspozycji idzie w parze ze stanem uskrzydlenia (flow). Fot. iStock
Wszyscy uczymy się w charakterystyczny dla siebie sposób. Zauważył to już Howard Gardner, amerykanski psycholog, profesor Harvardu, który w swojej teorii inteligencji wielorakiej (zwanej też wielokrotną) wyodrębnił aż 8 typów inteligencji. Według niego rowijanie właściwych sobie predyspozycji idzie w parze ze stanem uskrzydlenia (flow). Fot. iStock
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dziecko spontanicznie powinno zajmować się tym, co przynosi mu radość. Wówczas motywacja, by być w tym coraz lepszym, będzie naturalna. Dająca rozwój i szczęście.

Na czym polega uskrzydlenie intelektualne i dlaczego jest tak ważne?

Stan uskrzydlenia (inaczej flow) może być niezwykle istotny w edukacji dziecka. Przepływ (czyli ang. flow, a inaczej doznanie uniesienia, uskrzydlenia) to pojęcie z pogranicza psychologii pozytywnej i psychologii motywacji. Według Mihály Csíkszentmihályi, twórcy tej koncepcji, flow to stan między satysfakcją a euforią, wywołany całkowitym oddaniem się jakiejś czynności.

Uskrzydlenie jest stanem, w którym zapominamy o wszystkim oprócz tego, co akurat robimy. Dajemy z siebie wszystko, nie myśląc ani o sukcesie, ani o porażce, motywuje nas czysta przyjemność działania. Jesteśmy spokojni, skupieni, zadowoleni, twórczy, wynalazczy. Jesteśmy głęboko przekonani o swoich znakomitych umiejętnościach. Najpierw ogarnia nas błogi spokój, a potem pojawia się spontaniczna radość, a nawet upojenie. O takich odczuciach często mówią sportowcy, kompozytorzy, alpiniści, ale też urzędnicy wykonujący papierkową pracę. Zadanie, które mogłoby wydawać się trudne, okazuje się łatwe, wręcz zwykłe i naturalne. Płynnie pokonujemy kolejne stopnie trudności, nie myśląc o tym. Taki stan od czasu do czasu osiąga każdy z nas. Wspinamy się wtedy na szczyty swoich możliwości, wykraczamy poza to, co dotychczas osiągnęliśmy. Uskrzydlenie jest szczytem inteligencji emocjonalnej. To najdoskonalsza postać okiełznania emocji i wykorzystania ich do pracy i nauki.

Stan ten można osiągnąć np. poprzez celowe skoncentrowanie się na zadaniu. Skuteczna koncentracja jest samoistnie działającą siłą, która uśmierza inne emocje i sprawia, że zadanie staje się dziecinnie łatwe. Ubocznym skutkiem koncentracji jest ekstaza. Dlatego, żeby się dobrze skoncentrować musimy podjąć wysiłek i potrzebna nam będzie dyscyplina. Najskuteczniej koncentrujemy się, gdy zadanie wymaga od nas nieco większego niż zwykle wysiłku, ale jesteśmy w stanie się na niego zdobyć. Jeśli nas przerasta, zaczynamy się niepokoić, stresować. Gdy jest zbyt łatwe, dopada nas znużenie. Uskrzydlenie mieści się w strefie między niepokojem a znużeniem. Gdy je osiągamy, paradoksalnie mózg jest „zimny”, zmniejsza się aktywność jego kory. To klucz do uskrzydlenia – mózg nie musi „za bardzo się wysilać”, gdyż stojące przed nami zadanie mieści się w granicach szczytu naszych możliwości a obwody nerwowe pracują najefektywniej. A my, tak jak one, działamy optymalnie.

Jak motywować dziecko? - Wykorzystaj uskrzydlenie w jego edukacji!

Howard Gardner, psycholog z Harvardu, który stworzył teorię inteligencji wielorakiej, uważa uskrzydlenie za najzdrowszą metodę uczenia dzieci. Motywuje ona od wewnątrz, a nie za pomocą kar i nagród. Według Gardnera uskrzydlenie jest stanem psychicznym, który oznacza, że dziecko zajmuje się właściwym zadaniem. Nie osiągnie tego, jeśli zadania przed którymi staje, nudzą go lub przerastają. Dziecko, żeby osiągnać stan flow,  spontanicznie powinno zajmować się tym, co przynosi mu radość. Wówczas motywacja, by być w tym coraz lepszym, będzie naturalna. Dająca rozwój i szczęście. Podstawą edukacji zatem powinno być określenie profilu naturalnych zdolności dziecka, rozwinięcie ich oraz próba wzmocnienia słabszych punktów. Chodzi o to, żeby zaproponować mu lekcje i zajęcia na różnych poziomach, które będą stwarzać optymalne dla niego wyzwania. Dzięki temu nauka staje się przyjemniejsza, nie budzi ani uczucia znudzenia, ani lęku. Uczucie uskrzydlenia, jakiego dzięki temu doznaje, doprowadzić je może do wybitnych osiągnięć.

Jak rodzice i nauczyciele mogą pomóc dziecku odnaleźć klucz do uskrzydlenia?

  • Dzieciom trzeba dostarczać dużo bodźców, potrzebnych do rozwoju. Im więcej, tym lepiej. Dobrze, gdy dziecko ma możliwość angażowania się w wiele rodzajów ekspresji twórczej, bo to rozwija je kompleksowo. Ekspresja twórcza może być słowem, dźwiękiem, ruchem, wyobraźnią. W praktyce chodzi tu o wiele dziedzin działania, takich jak malowanie, pisanie, śpiewanie, taniec, sport. Najlepiej jest, jeśli dziecko ma do tych wszystkich aktywności łatwy dostęp.
  • Stawiajmy na różnorodność. Jeśli widzimy, że dziecko na przykład lubi rysować, pokażmy mu różne rodzaje kredek, ołówków, farb. Odkryjmy przed nim rozmaite techniki, w jakich mogą powstawać prace plastyczne, chociażby malowanie palcami.
  • Nie zapominajmy też o swobodnej ekspresji twórczej, która może się ujawniać w wielu codziennych sytuacjach. Przykłady: wyjście z mamą do sklepu łączy się z odnajdywaniem kolorów produktów spożywczych, rodzinny spacer do lasu jest okazją do podskakiwania, czy ćwiczenia spostrzegawczości, czas przed zaśnięciem wspólnym wymyślaniem historii, każdego dnia związanych z innym z innym skojarzeniem.
  • Dziecko rozwija to, co jest kojarzone z zabawą i pozwala na swobodę (bez oceniania) oraz włącza wszystkie zmysły. Ważne jest, by dziecko traktowało zajęcia jak przyjemność, było podczas nich swobodne - niech rysuje to, co samo chce a niekoniecznie zadany temat. I co istotne – małe dzieci zawsze chwalmy za ich zaangażowanie i tworzenie, a nie zawsze za rezultat. Unikajmy porównywania i oceniania. Pochwały jednak muszą być konkretne i prawdziwe. Szczególnie ważny jest okres przedszkolny, bo potem pojawiają się oceny, rywalizacja z innymi dziećmi, standardy w które trzeba się wpasować. Jeśli wcześniej dziecko ma możliwość odczucia radości tworzenia to potem wzmacnia to jego poczucie wartości.
  • Rozwijajmy dziecko na wszelkich polach dostępnych zmysłom. To jest naturalny sposób uczenia się, który gubimy przez tradycyjny system nauczania. Małe dziecko uczy się widząc, słysząc, dotykając, poznając świat za pomocą smaku i węchu.
  • Starsze dziecko zwykle samo już wybiera to, czym chce się zająć. Pozwalajmy na te wybory. Są dzieci, które do różnych czynności podchodzą ze słomianym zapałem, ciągle zmieniając swe zainteresowania. Nie traktujmy tego jako czegoś złego. Im więcej szans stworzymy mu, by znalazło coś, co je uskrzydli, tym będziemy bliżej sukcesu. Pozwolimy na rozwój naturalnych zdolności, kształtowanie pasji, realizowanie celów i przezwyciężanie przeszkód.
  • Dziecko, które jest prawdziwie zaangażowane w to, co robi, jest jednocześnie idealnie skoncentrowane. Zdolność koncentracji może być osłabiona przez zbyt wiele godzin spędzanych przed komputerem czy telewizorem. Dlatego tak ważne jest rozwijanie dziecka na wielu poziomach, zwłaszcza ruchowym. Są sposoby na łatwiejsze osiągnięcie koncentracji, na przykład przez: słuchanie muzyki relaksacyjnej, żonglowanie, zabawy słowne angażujące w konkretny temat. W ćwiczeniu koncentracji należy wykorzystywać preferowany przez dziecko sposób przetwarzania informacji - zwykle jest wzrokowy, słuchowy albo kinestetyczny. Pokój czy biurko dziecka wzrokowca powinno mieć wiele obrazów, zdjęć, wykresów. Słuchowiec często potrzebuje muzyki przy nauce, a kinestetyk najchętniej uczy się przez działanie, to zwykle kinestetycy lubią kiedy ktoś towarzyszy im przy nauce.
Warto przypomnieć, że w 2011 r. prof. Gardner odwiedził trzy polskie miasta w związku z podsumowaniem projektu, który przeprowadziła Grupa Edukacyjna S.A. wśród nauczycieli i uczniów szkół podstawowych z całej Polski. Podstawą teoretyczną projektu była właśnie teoria inteligencji wielorakich Howarda Gardnera. Użyto ją, aby dostosować sposób nauczania w klasie pierwszej do indywidualnych zainteresowań, umiejętności i możliwości każdego dziecka.

  1. Psychologia

Jak zachęcić dziecko do nauki?

Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Zwykle barkuje im odpowiedniej motywacji. (fot. iStock)
Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Zwykle barkuje im odpowiedniej motywacji. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Można dziecko zmusić, żeby siedziało przy biurku, żeby wpatrywało się godzinami w podręcznik czy nawet żeby odrobiło lekcje, ale do nauki – nigdy. Maluch czy nastolatek będzie się pilnie uczyć tylko wtedy, gdy będzie mu to sprawiać przyjemność, gdy ta potrzeba zakotwiczy się na poziomie automotywacji. Jak zatem zachęcić dziecko do nauki?

Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Otóż wcale nie dlatego, że są leniwe czy mało pojętne. Przyczyn należy szukać w ich otoczeniu, a bardziej  konkretnie – w postawie dorosłych. Każde dziecko ma naturalną potrzebę zdobywania wiedzy. Rola rodzica polega tylko na tym, żeby go do tego nie zniechęcać. Oto wskazówki, które pomogą zachęcić dziecko do nauki:

Traktuj naukę dziecka jako rzecz świętą

Nie przerywaj mu, nie wołaj do telefonu, wyłącz wszelkie źródła dźwięku. Możesz mówić, że: dajesz mu kanapki z rybą, że musi spać dziewięć godzin, być dotleniony itp., żeby mógł się lepiej skoncentrować w szkole. Niech dziecko widzi, że traktujesz to bardzo poważnie.

Wprowadź zasadę, że wszystkie dzieci uczą się w tym samym czasie

Niech żadne wtedy nie ogląda telewizji i nie gra na komputerze, a telefony najlepiej jeśli zostaną wyciszone. To podstawowy błąd rodziców: pozwolić, by jedno z dzieci się bawiło, gdy drugie się uczy.

Pokaż mu, jak bardzo cenisz rozwijanie pasji

Samodzielnie napisany referat, research w książkach i internecie, zrobienie makiety – takie działania przyniosą dziecku więcej korzyści i satysfakcji niż przesiedzenie ośmiu lekcji w szkole.

W dni wolne staraj się rozszerzać wiedzę dziecka

Daj mu okazję, żeby błysnęło w domu tym, czego się nauczyło w szkole. Zabierz je do muzeum (nawet wirtualnie). Jeśli teraz uczy się o skałach, niech to będzie Muzeum Ziemi. Poznaje muzykę Chopina? Wykorzystaj to jako okazję do poznania Żelazowej Woli.

Naucz dziecko traktować naukę jak wyzwanie

Pokazuj mu, jak wartościowe jest robienie czegoś, czego jeszcze nigdy się nie robiło, a co wydaje się trudne. Np. piecz ciasta, które wydają się skomplikowane do zrobienia, rozwiązuj najtrudniejsze krzyżówki.

Wpajaj mu pogląd, że mądrość to coś, nad czym trzeba pracować

Jeśli uważasz, że ludzie po prostu rodzą się inteligentni albo nie, nie licz na to, że twoje dziecko będzie lubiło się uczyć. Po co ma to robić, skoro i tak od tego IQ mu nie wzrośnie?

Oceniając ludzi zmień kryterium

Na kryterium mądrości. „Marek jest bardzo mądry, prawda? Dużo czyta”. Kładź nacisk na wytrwałość, którą widzisz u innych, a nie na efekty.

Chwal dziecko za prawdziwy wysiłek i upór

Nigdy nie szafuj lekko rozdawanymi pochwałami, bo dziecko do nich przywyknie. Nie zachęcaj też dziecka do "oszukiwania" dla uśpienia poczucia winy.

Nie chwal dziecka za byle co, bo zrozumie, że masz niskie oczekiwania i nie cenisz wysiłku

W Europie mamy prawdziwą obsesję na punkcie poczucia wartości i chwalimy dzieci bez opamiętania, za wszystko. Gdy coś im przychodzi łatwo albo zrobiły byle jak i zostaną pochwalone – zniechęcą się do nauki.

Uważaj, jakie bajki czytasz maluchowi

Większość naszych tradycyjnych bajek swoją fabułę opiera na szczęśliwym przypadku, czyli sukces bohatera zależy od ślepego losu. Nie czytaj dziecku, że księżniczkę uwiezioną w wieży uwolnił książę, ale o tym, że przez wiele lat plotła linę z pajęczyny i sama się uwolniła.

Jak najczęściej mów dziecku o swoich błędach

I o tym, jak bardzo pomogły ci się nauczyć czegoś nowego. Wspominaj je z przyjemnością i mów, że były szansą do pokazania twojej wytrwałości.

Podkreślaj sukcesy, zamiast braków

Jeśli dziecko ma ogromne problemy z jednym przedmiotem, zachęć je, by na lodówce pojawiła się kartka: „Co już umiem”. Codziennie przed snem zapiszcie na niej to, czego dziś dziecko się dobrze nauczyło oraz to, w czym już jest kompetentne. Nawet jeśli to będą tylko dwie daty lub cztery słówka czy jedna definicja. Zwróć uwagę dziecka, jak szybko kartka się zapełniała, o ile stał się mądrzejszy przez te kilka dni.

  1. Psychologia

Wyobraźnia działa non stop

Wyobraźnia wiedzie tam, gdzie prowadzą nas w danej chwili silne emocje. (Fot. Getty Images)
Wyobraźnia wiedzie tam, gdzie prowadzą nas w danej chwili silne emocje. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Albert Einstein powiedział: „wyobraźnia jest ważniejsza nawet od wiedzy”. Dlaczego? Bo wiedza jest ograniczona, a wyobraźnią można ogarnąć cały świat.

Wyobraźnia to pomysłowość, zdolność kreacji obrazów w umyśle, możliwa dzięki umiejętności przypominania sobie doznanych bodźców, a także stwarzania nowych. Wykraczanie myślą poza to, co już znamy. Wyobraźnia działa non stop. Tworzeniu scenariuszy, wizji przyszłości czy rekonstrukcji wydarzeń nie ma końca. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że ten proces w naszych głowach trwa. Możemy weń wkraczać i starać się nim kierować – wtedy nazywamy to marzeniami.

Pramatka ceniła kreatywność

Wyobraźnia wiedzie tam, gdzie prowadzą nas w danej chwili silne emocje. Jest rodzajem wzmacniacza tego, co się dzieje w naszej głowie. Jeśli jesteś poruszony spotkaniem z kimś, jest wielce prawdopodobne, że wciąż będziesz wyobrażać sobie to spotkanie. Im ważniejsze zdarzenie, tym żywiej pracuje wyobraźnia, bo wysokie napięcie emocjonalne pobudza imaginację, inspiruje do budowania różnych scenariuszy dotyczących obiektu napięcia. Trudno jest też wyzwolić się od tych wyobrażeń; najlepszym przykładem są sytuacje budzące w nas lęk (np. trudny egzamin) czy emocjonalne podniecenie (np. kiedy jesteśmy zakochani).

Wyobraźnia wykształciła się jako cecha mózgu w toku ewolucji. Była kolejnym instrumentem umożliwiającym przetrwanie – dzięki niej człowiek potrafił przewidzieć, że np. uderzenie kamieniem o kamień pozwoli wykrzesać iskrę. Ale ta cecha przez wieki rozwijała się także z innego powodu: według niektórych koncepcji antropologicznych ogromną rolę w rozwoju wyobraźni, szczególnie jej męskiego, bardzo kreatywnego odpowiednika odegrały... kobiety! Zgodnie z tą tezą kobiety wybierały mężczyzn bardziej twórczych, taki mężczyzna nie tylko umiał szybko rozpalić ognisko, a więc zagwarantować kobiecie i jej potomstwu bezpieczeństwo, ale też potrafił pięknie przyozdobić ciało – a może ozdabiał ściany jaskini rysunkami bawołów? To był dla kobiety sygnał, że ten mężczyzna coś szczególnego umie. Kreatywność była cechą preferowaną w trakcie rozwoju gatunku.

Nie zmieniło się to od epoki kamienia łupanego: człowiek wciąż nieźle prosperuje dzięki temu, że może w wyobraźni przygotować się do różnych zdarzeń, że może „na sucho” sprawdzać różne scenariusze; prześledzić, co się może zdarzyć i jak się do tego przygotować. Wyobraźnia pozwala nam „bez brudzenia sobie rąk” dotknąć czegoś, co może nadejść; zaplanować, przygotować się, zabezpieczyć. Dzięki temu procesowi tworzymy wizję przyszłości, obserwujemy ją wewnętrznym okiem i… możemy zmniejszyć nasze lęki. Bo jeśli ktoś potrafi spokojnie, siedząc w fotelu, przy herbatce wyobrazić sobie w detalach przyszłą nieprzyjemną okoliczność, w pewnym stopniu ma tę sprawę za sobą. Uzmysłowienie sobie najgorszych rzeczy, które być może nastąpią, pozwala przetrwać je w „laboratoryjnych”, bezpiecznych warunkach i powoduje efekt znużenia lękiem. Najgorsze są nowe sytuacje, kiedy nie wiemy, jak się zachować. Przeżycie czegoś w wyobraźni sprawia, że warunki już nie są nowe, a przez to stają się mniej przerażające. To znacznie przytępia lękowi jego ostrze.

Wyobraźnia, rozumiana jako fantazja lub kreatywność, to więcej niż tylko praktyczne zastosowanie zdolności imaginacyjnych. Fantazja jest czymś nad wyobraźnią nadbudowanym; jest efektem rozwijania wyobraźni w kierunku jej nietypowego używania. To owoc oderwania wyobraźni od codzienności, od przewidywania tego, co jest najbardziej prawdopodobne, i krok w stronę konstruowania czegoś nowego,  mniej realnego.

Wszyscy mają wyobraźnię…

…ale nie wszyscy jednakową. To, jak jej używamy, zależy od wielu czynników. Wpływa na to typ pracy naszego układu nerwowego, dotychczasowe doświadczenia, rozwój emocjonalny, ale też mniej „znaczące” zjawiska, jak choćby ciśnienie czy wilgotność powietrza albo to, co zjedliśmy poprzedniego dnia. Na pracę wyobraźni wpływa to samo co na ogólny stan emocjonalny. Mamy obniżony nastrój? Wyobraźnia będzie nam podsuwać ponure wizje. Mamy świetny humor? Wizje będą energiczne i optymistyczne.

Dlaczego o jednej osobie można powiedzieć „człowiek z wyobraźnią”, a inna wydaje się jej pozbawiona? Żywiołowość i sposób pracy wyobraźni są po części cechami wrodzonymi. Ale obserwacje psychologów nie pozostawiają też żadnych wątpliwości, że ogromny wpływ na rozwój zdolności imaginacyjnych dziecka ma środowisko, w którym dorastamy. Większą zdolność i skłonność do zabaw z wyobraźnią wykazują dzieci, które spędzają więcej czasu na wspólnych zabawach z rodzicami, w tym także na opowiadaniu sobie bajek i historyjek (przez obie strony).

Wymagania wobec fantazjowania

Wszyscy przechodzimy trening społeczny, który służy temu, by ukrócić fantazjowanie. Dla społeczeństwa ważne jest bowiem, by każdy jego członek wykorzystywał swój fantastyczny potencjał dla dobra społeczności. Życie społeczne, codzienność, przyjmowanie różnych ról ograniczają i ukierunkowują używanie wyobraźni. W dorosłym rozumieniu powinna czemuś służyć. Czy pójdziemy drogą artysty, naukowca, czy konstruktora, znajdziemy mnóstwo możliwości użycia wyobraźni w społecznie twórczy, uznany sposób. Jeśli wyobraźnia niczemu nie służy i w dorosłym życiu zachowuje cechy dziecięcej fantazyjności, daje pewną lekkość, ale nie daje szczęścia.

Kiedy dojrzewamy, maleje rozdźwięk między tym, co możliwe, a tym, co prawdopodobne. Jeśli nie ma takiego rozróżnienia, fantazja spycha nas w życie pełne nierealnych pomysłów i oczekiwań – i w efekcie nieszczęśliwe. Wymykająca się spod kontroli wyobraźnia może stać się źródłem udręki, gdy w pewnym momencie postrzegasz coś groźnego w zwykłej kupce liści. Taką tendencję mają wszyscy ludzie, ale gdy staje się tak silna, że zaczyna utrudniać życie, kiedy wszystko wydaje się ponurym znakiem, należy zachować czujność, zasięgnąć porady lub nawet zwrócić się o pomoc fachowca. W przeciwnym razie można się zbliżyć do psychozy czy urojeń i wchodząc do tramwaju, słyszeć, jak szum głosów rozmawiających ludzi układa się w szept, w którym wyraźnie powtarza się nasze imię...

Zenon Iwanowski psycholog o specjalności psychologia kliniczna – neuropsychologia, interesuje się szczególnie filozoficznymi i psychologicznymi podstawami badań nad świadomością. Jeden z założycieli Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces.

  1. Psychologia

Fantazjowanie pomaga nam w życiu - przekonują twórcy psychologii zorientowanej na proces

Fantazjowanie wpływa na empatię i kreatywność, niesie też wiele cennych dla nas informacji. (fot. iStock)
Fantazjowanie wpływa na empatię i kreatywność, niesie też wiele cennych dla nas informacji. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Zdarza ci się odpływać myślami podczas zebrania? Nie karć się za dziecięce roztargnienie. Według Amy i Arnolda Mindellów, propagatorów psychologii procesu, śnienie na jawie sprawia, że stajemy się bardziej kreatywni i lepiej rozwiązujemy konflikty.

Według badań naukowców z Izraela ludzie, którzy dużo fantazjują, są bardziej empatyczni. Arnold: Ja bym ujął to tak: ludzie, którzy dużo śnią na jawie i cieszą się z tego, mają wysoki poziom empatii. Generalnie wszyscy śnimy na jawie, chociaż większość z nas ten fakt wypiera. Amy: Nie wszyscy też zauważają swoje śnienia albo dochodzą do wniosku, że nie mają one żadnego znaczenia. Arnold: Powiem więcej, im mniej fantazjujemy, tym bardziej jesteśmy podatni na różne uzależnienia. Narkotyki czy alkohol pomagają oderwać się od rzeczywistości tym, którzy nie potrafią tego zrobić w inny sposób.

Czy sytuacja, w której zawieszam się, gapiąc się bezmyślnie w jakiś punkt, to także śnienie na jawie? Arnold: Tak. Twój mózg wyłącza się i zaczynasz fantazjować.

Jak często to robimy? Arnold: Wielokrotnie w ciągu dnia. Prawdopodobnie przynajmniej raz na dwie godziny.

A czy nie jest tak, że śnimy na jawie wtedy, gdy się nudzimy? Arnold: To prawda. Śnienie może przegonić nudę. Dodałbym też, że każdy śni na jawie, bez względu na to, czy lubi swoją pracę, czy też nie. Fantazjowanie jest spontaniczne. Ktoś może być bardzo zainteresowany pisaniem artykułu na komputerze i nagle, nie zdając sobie z tego w pełni sprawy, zacząć bujać w obłokach. W efekcie tego np. sprawdza coś na Facebooku.

Dlaczego to robimy? Arnold: Ponieważ jesteśmy świadomymi istotami ludzkimi. Część z nas robi to notorycznie, cały długi dzień.

Jak to cały!? Arnold: Jeśli żołądek boli cię od rana i myślisz, że to tylko ból i nic więcej, to jesteś w błędzie. To może być związane z kwasem żołądkowym, zaś ten może wydzielić się w wyniku śnienia w nocy o czymś ostrym, spiczastym, wręcz bolesnym. Czujesz ten sen w swoim żołądku, więc śnisz na jawie cały ten czas. Jeśli nie spoglądasz w swoje sny, nie analizujesz ich, to szybko przekształcają się one w sygnały płynące z ciała.

Czy to sny wywołują dolegliwości w organizmie, czy też problemy zdrowotne wywołują sny? Arnold: I tak, i tak. Czasami trudno stwierdzić, co było pierwsze.

O czym ludzie fantazjują? Amy: Jest wiele odpowiedzi na to pytanie. Postrzegamy siebie jako osobę, która np. w danej chwili jest bardzo zajęta albo zmęczona. Proces śnienia wywołuje w głowie stany lub rzeczy, których w danej chwili potrzebujemy. Przykładowo po naszym wywiadzie pan może zacząć fantazjować o obiedzie albo o pięknych kwiatach, które przypadkowo zwróciły pana uwagę.

Czyli fantazjujemy o zwykłych, codziennych rzeczach? Amy: Tak. Tych, których w danej chwili potrzebujemy. Część naszego ja może być zmęczona albo głodna – stąd ten obiad czy coś wesołego, relaksującego. A część, której nie jesteśmy świadomi, może mieć potrzebę piękna – stąd te kwiaty. Tego, czego nam brakuje, próbujemy doświadczyć właśnie poprzez śnienie na jawie.

Jestem zaskoczony, bo myślałem, że śnimy na jawie o rzeczach, które są dla nas nieosiągalne. Że śnienie na jawie to także forma wyrzucania z siebie jakichś złych emocji – jako dziecko kiedyś fantazjowałem o sprawiedliwości wymierzonej starszym chłopakom, którzy krzywdzili słabszych. Arnold: Niektórzy fantazjują o rozwiązaniu problemów, np. ktoś został okradziony i fantazjuje o tym, że odzyskuje te rzeczy w zdecydowany sposób. Ale śnienie na jawie wychodzi daleko poza to myślenie życzeniowe. Jest ono kształtowane przez pierwsze sny z dzieciństwa. Najwcześniejszy sen, jaki pamiętasz, organizuje – jak jakiś system w mózgu – wiele snów i śnień na jawie. Aż po ostatnie pięć minut twojego życia. I w ten sposób na nie wpływa.

Naprawdę? Skąd pan to wie? Arnold: Bo pracujemy z ludźmi, którzy są bardzo bliscy śmierci. Oni wspominają wówczas te pierwsze sny z dzieciństwa. Przykład: pewien mężczyzna pamiętał, że w jego pierwszym śnie dwie siostry podeszły do jego łóżka, a on się wtedy obudził. Jak pan sądzi, co wydarzyło się tuż przed śmiercią tego mężczyzny?

Pewnie coś, co ma związek z tymi siostrami. Arnold: Tylko on nie miał sióstr. Sprowadził więc dwie kobiety do swojego łóżka tylko po to, by potrzymać je za ręce. I krótko potem zmarł. Byliśmy przy tym z Amy. Podobnych sytuacji widzieliśmy wiele. Stąd wniosek – pierwszy sen, który pamiętasz, organizuje wiele z twoich fantazji, śnień. Jest jak mityczny wzorzec.

Byłem kiedyś na warsztatach Instytutu Eriksonowskiego, organizowanych dla menedżerów, biznesmenów. Tam powiedziano mi, że sytuacje, w których nagle zapatrujemy się ślepo w przestrzeń, odpływamy od rzeczywistości, można wykorzystać do zwiększania swojego potencjału, np. w pracy. Czy psychologia zorientowana na proces także potrafi spożytkować takie chwile do zwiększania naszych możliwości? Amy: Oczywiście. Pracujemy często z terapeutami. Jeśli są mocno zablokowani, to wprawdzie starają się dobrze wykonywać swoją pracę, ale im się to nie udaje. Muszą coś zmienić w sobie. W takiej sytuacji prosimy ich, by na chwilę dali odpocząć swojemu mózgowi, poczuli Ziemię, Wszechświat, to, co krąży wokół ich umysłów. By wyłapywali te myśli, marzenia, fantazje, które się pojawią, wszelkie nowe pomysły, idee, które do nich napłyną. Takie ćwiczenie jest dobrym źródłem kreatywności. Arnold: Podam przykład ćwiczenia, które zastosowałem, pracując z wysokiej rangi urzędnikami. Chcieli mojej pomocy, bo narastał pomiędzy nimi konflikt. Poprosiłem, by co najmniej przez minutę rozluźniali mięśnie szyi i ramion, zrelaksowali się. Takie warunki sprzyjają śnieniu na jawie. Powiedziałem im, by zwrócili uwagę na myśli, jakie pojawiają się w ich głowach podczas tej chwili relaksu. Jeden z nich stwierdził, że faktycznie rozmarzył się i zobaczył siebie siedzącego nad rzeką. Wtedy poprosiłem wszystkich, by zaczęli udawać, że są nad rzeką i łowią ryby. Podczas tego ćwiczenia z przyjemnością udawali wędkarzy i zapomnieli na pewien czas o konflikcie. Dopiero wówczas wróciliśmy do tematu i w dyskusji znaleźliśmy rozwiązanie problemu.

Jeśli dobrze rozumiem, opowiadając innym o swoich snach na jawie, otwieramy się na nich i zacieśniamy relację, bo mówimy o rzeczach bardzo prywatnych? Arnold: Śnienie jest dla ciebie, ale jeśli używasz go w biznesie albo innych relacjach, to wtedy otwierasz przestrzeń między sobą a innymi.

Dzieci fantazjują znacznie częściej niż dorośli. Dlaczego? Amy: Gdy dorastamy, zakładamy, że będziemy taką a taką osobą. Dzieci jeszcze tego w sobie nie zbudowały, więc mają łatwiejszy dostęp do snów, dość swobodnie płyną od jednego śnienia do drugiego. Robią to szybko i bardziej świadomie niż dorośli. Arnold: Dlatego też odmianą rodzicielskiego napomnienia „dorośnij wreszcie” jest: „przestań marzyć”. Czyli: bądź realistą, stań twardo na ziemi! W Australii nauczyciele zwykli karać aborygeńskie dzieci za to, że te śniły na jawie. Bo, w przeciwieństwie do Aborygenów, kultura europejska nie rozumie potrzeby fantazjowania.

Czyli rodzice powinni pozwalać dzieciom na bujanie w obłokach, bo to im pomaga? Arnold: Nie tylko im. Także rodzicom. Oni również potrzebują takich fantazji. Śniąc na jawie, dzieci otwierają przestrzeń między sobą a rodzicami. Dzieci mogą też pokazać dorosłym, jak to robić – to także może poprawić ich relacje.

W latach 50. w USA mówiono rodzicom, by nie pozwalali dzieciom na fantazjowanie, bo to może doprowadzić je do psychozy lub neurozy. Amy: Pamiętam przypadek małego dziecka, które leczyliśmy w naszej klinice na wybrzeżu w stanie Oregon. Kilkulatek miał tak ciężką astmę, że gdy dostawał ataku, od razu musiał jechać do szpitala. Posadziliśmy go w środku koła dużej grupy i poprosiliśmy, by bawił się zebranymi tam zabawkami. Wybrał pacynkę Dartha Vadera (negatywny bohater „Gwiezdnych wojen”, usosobienie zła i siły – przyp. red.). Z początku trochę się bał. Zachęcaliśmy go do fantazjowania, że jest Darthem Vaderem, że ma w sobie dużo siły. I tak się stało – podczas śnienia na jawie poczuł tę siłę. Po tym ćwiczeniu jego napady astmy osłabły. Doświadczał tej choroby jako siły, która naciskała na jego klatkę piersiową, utrudniała mu oddychanie. Dzięki śnieniu na jawie w trakcie zabawy odzyskał swoją siłę i uwolnił się od tego nacisku.

Czytałem, że śnienie na jawie może także pomóc w utrwalaniu nauki. Arnold: Stan zrelaksowania na pewno pomaga w nauce. Zanim stworzyłem POP, moim terapeutą był siostrzeniec Junga. Nim został lekarzem, strasznie obawiał się egzaminów na studiach. Zapytał więc wuja, co zrobić, by się nie denerwować. „Weź apteczkę i połóż ją pod poduszką”. Zrobił tak i zdał wszystkie egzaminy z doskonałymi notami. Ale nie zapewniam, że ten sposób daje 100 proc. gwarancji sukcesu (śmiech).

Dr Arnold Mindell: amerykański fizyk i psychoterapeuta, w latach 70. stworzył psychologię zorientowaną na proces (POP), obecnie popularną metodę psychoterapeutyczną. O POP, snach i pracy z ludźmi napisał 21 książek, które przetłumaczono na 27 języków.

Dr Amy Mindell: psychoterapeutka, propagatorka POP, znana z pracy z ludźmi w stanie śpiączki oraz wykorzystywania sztuki w terapii. Poświęciła temu kilka książek. Prywatnie żona Arnolda Mindella. Razem prowadzą warsztaty i szkolenia na całym świecie.