1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego dziecko nie chce się uczyć?

Dlaczego dziecko nie chce się uczyć?

Gdy dziecko nie chce się uczyć, przyczyna często leży po stronie rodzica, w jego nastawieniu, zachowaniu, w przekazywanych wzorcach. (fot. iStock)
Gdy dziecko nie chce się uczyć, przyczyna często leży po stronie rodzica, w jego nastawieniu, zachowaniu, w przekazywanych wzorcach. (fot. iStock)
Są rodziny, w których wszystkie dzieci mają wysokie osiągnięcia w nauce. Czy to dlatego, że dorośli skrupulatnie rozliczają je ze szkolnych obowiązków? A może to kwestia genów? Co zrobić, gdy dziecko nie chce się uczyć? Jak twierdzi ekspertka magazynu Sens - Ewa Nowak, najważniejsze jest to, czy rodzice zaszczepią w domu kult nauki i wysiłku.

Jestem mamą trójki nastolatków. Syn ma 15 lat, córki bliźniaczki po 12. W tym roku dziewczynki kończą podstawówkę i zdają egzamin szóstoklasisty, syn jest w gimnazjum i również ma egzaminy. Niestety, nie widzę, żeby dzieci przykładały się jakoś szczególnie do nauki, a ja jestem już zmęczona dbaniem o ich szkołę. Wyczytałam gdzieś, że wewnętrzna potrzeba nauki wytwarza się po 15. roku życia. Czy to prawda? Kiedy tej kontroli jest za dużo? A może powinnam w ogóle odpuścić i dać im wolną rękę w dbaniu o szkolne sprawy? Proszę o pomoc.

Wszelkie zmiany w wychowywaniu dzieci, podobnie jak w innych obszarach życia, warto zaczynać nie od rewolucji, lecz od małych, prawie niezauważalnych kroków. Ale na początek zachęcam do tego, żeby zaczęła Pani od siebie, a dokładniej – od sprawdzenia, czy do tej pory robiła Pani którąkolwiek z poniższych sześciu rzeczy:

1. Utyskiwanie na nauczycieli, że źle uczą, są niekompetentni, rekrutują się spośród nieudaczników (dyskredytowanie autorytetu nauczycieli to prosta droga do odcięcia się od ich wsparcia).

2. Opowiadanie, jak to sama nigdy nie lubiła Pani matematyki i wdrukowywanie dzieciom, że brak zdolności do przedmiotów ścisłych, języków lub pisania mają po rodzicach (wiele mam z dumą obnosi się z tym, że miały kłopoty w szkole, tym samym dając przyzwolenie, żeby dziecko również „odpuściło sobie” te przedmioty, bo jest to genetycznie usprawiedliwione).

3. Branie na siebie odpowiedzialności za naukę dziecka; przejmowanie jego obowiązków – wypożyczanie mu książek, pilnowanie, żeby się spakowało, siedzenie razem z nim przy stole, gdy ma odrabiać lekcje.

4. Obrażanie się, krzyki, pozbawienie przywilejów, gdy dzieci nie spełniają naukowych ambicji (to zachowania wyjątkowo krzywdzące emocjonalnie, bo sygnalizują, że dziecko będzie kochane tylko pod warunkiem bycia najlepszym w klasie).

5. Porównywanie własnego dziecka z innymi uczniami.

6. Dyskredytowanie pozaszkolnych zainteresowań dzieci, np. „Wziąłbyś się do chemii, zamiast słuchać tego jazgotu” (nastolatki potrzebują dokonywać spontanicznych wyborów rodzaju aktywności).

7. Mówienie: „Weź się wreszcie do roboty”, bo ma Pani już dość wiecznego przypominania (dzieci będą myśleć, że celem nauki jest to, żeby Pani miała święty spokój).

Jeśli chociaż jedno z powyższych zachowań jest Pani udziałem, proszę nie dziwić się, że dzieci nie garną się do nauki. Można to jednak zmienić i nie warto czekać do 15. roku życia. Wtedy może być już za późno. Jeśli zdarza się Pani mówić: „Twoi nauczyciele to nieuki, lenie, nieudacznicy” – proszę zmienić front. Niech się Pani nie obawia, że zostanie to odebrane jako przejaw braku konsekwencji. Po prostu od dziś proszę głośno komunikować szacunek do osób wykształconych, specjalistów, naukowców, a z czasem Pani poglądami przesiąkną również dzieci. Proszę jednak nie sygnalizować dzieciom w żaden sposób, że właśnie zaczęła Pani pracę nad motywowaniem ich do nauki.

Wracając do Pani pytania, dlaczego dzieci nie czują potrzeby uczenia się? Często powód jest prosty: nie mają z tego żadnych osobistych korzyści. Proszę nie mylić ich z Pani korzyściami – pochwalenie się w pracy i przed babciami, jak dzieci wspaniale się uczą, to nagroda dla rodziców, nie dla dzieci. Drugą przyczyną może być to, że po prostu nie widzą sensu nauki. Dzieci w Polsce wyrastają w poczuciu, że liczą się znajomości albo szczęście, zaś wykształcenie nie decyduje o niczym. Może też być tak, że przejęły od otoczenia pogardę dla pracowitości. Wszechobecny kult wrodzonych zdolności pozbawia dzieci chęci wysiłku. Bywa też tak, że młodzi ludzie nie umieją się uczyć, bo nie mają sprawdzonych technik przyswajania wiedzy. Czasem jest to wina braku dobrego przykładu. Dorośli w ich otoczeniu, nawet wykształceni, sami niczego się nie uczą. To sygnalizuje, że nauka to ciężki obowiązek młodości, który na szczęście mija. Spore znaczenie ma również środowisko rówieśnicze – bywają klasy, w których dokucza się uczniom odrabiającym lekcje i przygotowującym się do zajęć. Poniżej znajdzie Pani kilka cennych wskazówek do wykorzystania od zaraz.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru  magazynu SENS.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nadgorliwe i zbyt dokładne - jak pomóc dziecku, które za bardzo się stara?

Z perfekcjonizmem u dziecka warto rozprawić się za wczasu, zanim zacznie dziecku poważnie utrudniać życie. (fot. iStock)
Z perfekcjonizmem u dziecka warto rozprawić się za wczasu, zanim zacznie dziecku poważnie utrudniać życie. (fot. iStock)
Skrupulatność, rzetelność, dokładność – to styl pracy z gruntu pozytywny. Ale czy zawsze? W edukacji szkolnej dziecko obarczone nadmiernym perfekcjonizmem, nazbyt dokładne, a nawet nazbyt rzetelne, nie ma lekkiego życia i wymaga solidnego wsparcia domu i szkoły.

Przed dzieckiem, które zaczyna edukację, stawia się wiele rozmaitych zadań. Jednym z nich jest praca w określonym tempie. Gotowość szkolna dziecka to nie tylko dojrzałość inteligencji, poziom abstrakcyjnego myślenia, zasób słownictwa, ale właśnie wykonywanie zadań w określonym czasie. Z tym nasze dzieci mają ogromy problem.

Jeśli twoje dziecko ma problem nadmiernie perfekcyjnego wykonywania poleceń w szkole, postaraj się mu pomóc. W jaki sposób?

1. Przede wszystkim nie prowokuj

•    Nie nagradzaj za perfekcjonizm. Nie zachwycaj się, że pięknie wykonał kolorowankę, nad którą siedział cztery godziny. •    Nie opowiadaj, że najbardziej cenisz prace staranne. Takie uwagi są wskazane tylko dla niektórych dzieci – bałaganiarzy, rozproszonych i chaotycznych; małemu perfekcjoniście wyrządzą tylko krzywdę. •    Zapytaj swoich znajomych i rodzinę, czy ty jesteś perfekcjonistką. Jeśli tak, nie wymagaj od dziecka tego, czego wymagasz od siebie.

2. Zdiagnozuj problem

Najważniejsze to poznać przyczynę – odkryć, co składnia twoje dziecko do poświęcania się, żeby dopracować szczegóły. Etiologia tego zjawiska może być różna i często pozornie zupełnie niezwiązana z tym, co określmy dziecięcym perfekcjonizmem.

Obserwuj życie towarzyskie swojego dziecka. Czy ono jest lubiane? Czy ma kolegów? Tylko pozornie perfekcjonizm i popularność nie mają ze sobą nic wspólnego. W rzeczywistości dzieci nadmiernie skrupulatne często są samotne, czują się odtrącone i perfekcjonizmem rozładowują wynikającą z tego frustrację. Perfekcjonizm pozwala również dzieciom odrzuconym unikać kontaktu z rówieśnikami.

Dzieci popularne towarzysko nie popadają w przesadny perfekcjonizm, bo szkoda im na to czasu.

3. Pomóż, ale mądrze

To będzie bardzo trudne, ale nie pomagaj mu w wykonywaniu prac domowych. Trzymaj się z daleka od jego zeszytów. Uważaj, byś nie wpadła w pułapkę rodziców małego perfekcjonisty: „Jak mam mu nie pomagać, skoro on sam z niczym nie może zdążyć?”. Właśnie niech ma niezrobione, niech nauczycielka zobaczy, że tempo pracy klasy przekracza możliwości twojego dziecka. Jeśli ty będziesz kończyła za dziecko, nauczycielka będzie myślała, że twoje dziecko nie ma problemów z tempem pracy. Jeśli masz wątpliwości co do słuszności tej strategii, zadaj nauczycielce pytania: „Skoro on nie daje rady, to czy ja mam to za niego robić?”.

W domu koniecznie wyznacz dziecku obowiązki. Podlewanie kwiatów, ścieranie kurzy, odkurzanie, nakrywanie do stołu – to zajęcia wspaniale rozładowujące napięcie, wykształcające sprawność motoryczną. Pamiętaj też, że w przypadku dzieci starszych perfekcjonizm może być ucieczką od obowiązków: „Jak mam ci pomóc, skoro jeszcze nie dokończyłem pracy domowej?”.

Egzekwuj obowiązki domowe właśnie u dziecka, które ma problem z pracą w tempie, nie zwalniaj z prac domowych tylko dlatego, że ono pracuje wolno.
Mały perfekcjonista potrzebuje też ćwiczeń ukierunkowanych na usprawnienie motoryki drobnej. Ciastolina, plastelina, masa solna, szycie, wszelkie nawlekania przedmiotów drobnych na drucik czy igłę, układanie puzzli, majsterkowanie, a nade wszystko prace kuchenne. Jedno samodzielne obranie marchewki zastępuje kilka godzin rysowania szlaczków.

Zadbaj o jego dłonie. Dzieci mają coraz mniej okazji do wypracowania koordynacji ruchów. Nie skupiaj się na tym, żeby dokończyło. Wręcz przeciwnie – postaw na sport. Wszelkie gry z piłką znakomicie rozwijają dzieci ruchowo.

W domu wciąż wymyślaj zabawy na czas. Kto szybciej założy buty, kto szybciej zbiegnie na dół, kto szybciej zmieni powłoczkę na jaśku. Nie mów dziecku, czemu to służy, ale pamiętaj, że w ten sposób dyskretnie wysyłasz dziecku informację, że czas jest równie ważny jak styl wykonania zadania.

4. Poszukaj pomocy

Nie ukrywaj przed szkołą tego problemu, nie maskuj go. Obowiązkowo poinformuj nauczycielkę, że twoje dziecko nie może nadążyć z wykonywaniem poleceń, bo skupia się na idealnym wykonaniu graficznym. Pokaż zeszyty z niekończonymi pracami. Zapytaj, jak ona chce rozwiązać ten problem. Czasem wystarczy tylko pół linijki szlaczka (zamiast całej) i perfekcjonista wykona zadanie równo z innymi dziećmi.

Poproś nauczycielkę, żeby nie szafowała poleceniem „dokończyć w domu”; brzmi ono niewinnie, a twojemu dziecku zabiera trzy godziny dzieciństwa. Ustal, żeby nagradzała twoje dziecko za zadania o innym charakterze niż te, w których istotą jest perfekcyjne wykonanie.

Dowiedz się od pani, w czym twoje dziecko jest dobre. Jeśli tylko w dokładności, masz odpowiedź, dlaczego na tym się skupia – perfekcjonizm chroni je przed wykonywaniem zadań, w których nie czuje się pewnie. Być może słabo liczy, ma problemy z czytaniem, nie rozumie poleceń…

5. W ostateczności… poproś o radę psychologa

Jeśli twoje dziecko nie chce podejmować żadnych innych zadań poza ponadprzeciętnym wykonywaniem prostych, ale żmudnych zadań, skonsultuj się z psychologiem. Nie popadaj od razu w przerażenie, że to cechy autyzmu wczesnodziecięcego. Tak nie musi być. Pamiętaj, że strach przed kolegami, matematyką, czy nawet czytaniem na głos, może przyjąć formę ucieczki w perfekcjonizm.

  1. Psychologia

Co zrobić, żeby dziecko polubiło matematykę?

Matematyka przydaje się w życiu. Umiejętności matematyczne podnoszą też samoocenę dziecka. Jak postępować więc, aby przekonać dziecko do przedmiotów ścisłych? (fot. iStock)
Matematyka przydaje się w życiu. Umiejętności matematyczne podnoszą też samoocenę dziecka. Jak postępować więc, aby przekonać dziecko do przedmiotów ścisłych? (fot. iStock)
Za to, że dzieci są słabe z matematyki, prawie zawsze odpowiadają ich rodzice. I to wcale nie w sensie genetycznym.

W szkole najbardziej nie cierpiałem matematyki – choć to nawet prawda, zastanów się, zanim powiesz to swojemu dziecku. Dlaczego? W ten sposób nieświadomie przekazujesz mu następujące informacje: że matematyka jest trudna i nieciekawa, do niczego mu się w życiu nie przyda oraz – być może najważniejsza – skoro ty jej nie lubiłeś, to ono też nie będzie, dlatego spokojnie może być z niej słabe. Zapominasz, że matematyka to nie liczby czy figury geometryczne, tylko myślenie abstrakcyjne, które przydaje się we wszystkich dziedzinach życia. Rozwija nasz mózg, pomaga znaleźć wyjście z wielu sytuacji i dodaje pewności siebie. Dziecko dobre z przedmiotów ścisłych znacznie mniej się denerwuje szkołą, niestraszna mu nowa klasa czy zmiana nauczyciela, nie boi się testów ani klasówek. Natomiast to, które radzi sobie z matmą gorzej, ma ograniczony wybór przyszłej drogi zawodowej. Nie może pójść na studia medyczne, ekonomiczne czy farmaceutyczne, nawet takie kierunki jak żywienie człowieka czy weterynaria zawierają w sobie jej elementy. Dlatego wychowując dziecko na dobrego matematyka, dajesz mu większą szansę na odnalezienie się w przyszłym życiu.

Jak zachęcać dziecko do matematyki?

Zacznij od zmiany nastawienia. Chwal dziecko za postępy w nauce, na przykład za dobre opanowanie tabliczki mnożenia. To zresztą najlepsze z ćwiczeń rozwijających pamięć. Twój maluch ma z nią trudności? Możesz mu pomóc, dzieląc cały system tabliczki na kawałki, najlepiej na osobne działania. Przygotujcie razem karteczki (fiszki). Na jednej stronie zapisz działanie, na drugiej jego wynik. Niech opanuje kolejno wszystkie. Ty też bierz w tym udział.

Wprowadzanie dziecka w świat matematyki możesz zacząć już, kiedy jest w przedszkolu. Złym pomysłem jest wręczenie mu zeszytu i ołówka, by przepisywało rzędy cyfr. Jego mała motoryka jest do tego jeszcze nieprzyzwyczajona, a koordynacja oko–ręka niewykształcona. Natomiast nigdy nie jest za wcześnie na zabawy. Poniżej pięć przykładowych.

  1. Co ma wspólnego klucz z gwoździem? To główne pytanie w kształceniu myślenia abstrakcyjnego. Staraj się szukać okazji, podczas których dziecko może dostrzec cechy wspólne pomiędzy dwoma przedmiotami, zjawiskami, zwierzętami, samochodami, różnymi urządzeniami…
  2. Policz pionki! Mów tak zawsze po skończonej grze, gdy chowasz ją do pudełka. Pokaż dziecku, że układając pionki parami, można łatwiej sprawdzić, czy jest ich tyle, ile potrzeba.
  3. Podaj mi żółtą czwórkę. Już trzylatka można nauczyć, by posługiwał się konkretnymi nazwami klocków lego, budując z nich różne konstrukcje. Nawet dziecko, które jeszcze nie mówi, umie zareagować na: „podaj mamie rączkę”, będzie wiedziało, co znaczy: „podaj mi żółtą czwórkę”. Zobaczysz, jak szybko nauczy się precyzyjnego nazywania klocków.
  4. Co jest dłuższe? Przy każdej okazji proś dziecko, by porównywało różne rzeczy (na przykład buty, sznurowadła, butelki, lalki) poprzez położenie czy postawienie ich obok siebie.
  5. A teraz borsuk idzie w lewo… Jeśli masz w łazience kafelki, dysponujesz wspaniałym przyrządem do nauki. Weź do ręki małą zabawkę. Niech wędruje wolno po kafelkach, a ty mów: „Teraz borsuk skręca w prawo, potem idzie dwa kafelki w górę, potem dwa kafelki w dół, teraz trzy w bok…”. Zobaczysz, jak szybko dziecko nauczy się bezbłędnego poruszania się po… niczym innym jak po układzie współrzędnych.

Sześciolatek, czyli ważny moment

W tym wieku dziecko idzie zwykle do szkoły, co nie znaczy, że przestaje mieć czas na zabawę. Wprost przeciwnie, teraz właśnie potrzebuje jej bardziej niż wcześniej. To wspaniale rozwinie jego matematyczne zdolności. W co się bawić?
  • Statki. Na tej starej poczciwej grze wyobraźnię przestrzenną, koncentrację i abstrakcyjne myślenie wykształciło już wiele pokoleń.
  • Warcaby. A może nawet szachy… Nie ma znaczenia, jeśli nawet grasz w nie słabo lub wcale. Już samo opanowanie zasad będzie dla dziecka wyjątkowo twórcze. Postaw skoczka na dowolnym polu i zademonstruj, jakie ruchy są dopuszczalne. Przesuń go na inne pole i poproś, żeby teraz dziecko pokazało, gdzie można go przestawić.
  • Memo, czyli kartki lub klocki z obrazkami. Wybierz temat obrazków zgodny z zainteresowaniami dziecka i grajcie przy każdej okazji. Prowadź specjalne zapiski, róbcie domowe turnieje. Pamięć sześciolatka jest niemal fotograficzna, więc będzie mieć sporo satysfakcji, zapamiętując miejsce położenia par obrazków i ogrywając wszystkich dorosłych. Oprócz ćwiczenia pamięci ta genialna gra rozwija koncentrację, upór, pozytywne nastawienie do wysiłku intelektualnego oraz chęć rywalizacji.
Pamiętaj: nigdy nie dawaj dziecku forów, bo tym wyrządzisz mu więcej złego niż dobrego.

Starsze dziecko

Gdy wracasz do domu lub dzwonisz z pracy, najczęściej pytasz dziecko: „co tam w szkole?”. A ono odpowiada zawsze tak samo: „w porządku”. Zamień to pytanie na konkret, w tym przypadku interesujący nas przedmiot szkolny. Ktoś, kto chce mieć w domu mistrza olimpijskiego, zawsze pyta: „co robiłeś na wuefie?”, ty mów: „co robiliście na matmie?”. Ważne, żeby twoje zainteresowanie zajęciami w szkole było szczere, a nie pro forma. Przyjrzyj się też uważnie rzeczom, którymi otacza się twój uczeń, i postaraj się, by miały „matematyczne” zastosowanie. Jeśli twoje dziecko lubi grać na komputerze, podsuń mu znakomite gry kształcące wyobraźnię przestrzenną, czyli np. takie, w których musi poukładać w coraz szybszym tempie bryły nieforemne. Najlepszą zachętą będzie, jeśli sam zaczniesz w nie grać, a najlepiej razem z nim. Podobnie rób ze wszystkimi prezentami, które przywozisz mu z podróży lub kupujesz na urodziny – niech rozwijają je umysłowo.

Możesz wykorzystać to, co już macie. Wręcz dziecku miarkę budowlaną – niech zmierzy wszystko, co jest w domu, i zapisze wyniki pomiarów. Potem poproś, by wskazało najdłuższą i najkrótszą rzecz. Gdy ma więcej niż sześć lat, powiedz, by zmierzyło fotel i kanapę i pokazało na miarce, o ile kanapa jest dłuższa, a fotel krótszy. O tyle samo?! Albo weźmy taki zegar. To jedno z najlepszych naturalnych narzędzi kształcenia zdolności matematycznych. Gdy tylko dziecko nauczy się trochę nim posługiwać, pytaj: „Która godzina będzie za osiem minut? Cztery minuty, to ile sekund? Dwie godziny i pięć minut — ile to minut? Mój zegarek późni się sześć minut, czyli którą godzinę teraz pokazuje?”. Jeśli zrobisz z tego domową zabawę, być może za pomocą zwykłego czasomierza, ku swojemu zaskoczeniu, wychowasz laureata olimpiady matematycznej. Miej jednak świadomość, że twoje dziecko wcale nie musi zostać świetnym inżynierem czy profesorem. Najważniejsze, by było człowiekiem bez kompleksów, który korzysta w pełni z możliwości, jakie daje mu jego mózg. Umiejącym radzić sobie w banku, w sklepie i rozumiejącym, na czym polega procent składany.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku rozwinąć jego potencjał?

Wszyscy uczymy się w charakterystyczny dla siebie sposób. Zauważył to już Howard Gardner, amerykanski psycholog, profesor Harvardu, który w swojej teorii inteligencji wielorakiej (zwanej też wielokrotną) wyodrębnił aż 8 typów inteligencji. Według niego rowijanie właściwych sobie predyspozycji idzie w parze ze stanem uskrzydlenia (flow). Fot. iStock
Wszyscy uczymy się w charakterystyczny dla siebie sposób. Zauważył to już Howard Gardner, amerykanski psycholog, profesor Harvardu, który w swojej teorii inteligencji wielorakiej (zwanej też wielokrotną) wyodrębnił aż 8 typów inteligencji. Według niego rowijanie właściwych sobie predyspozycji idzie w parze ze stanem uskrzydlenia (flow). Fot. iStock
Dziecko spontanicznie powinno zajmować się tym, co przynosi mu radość. Wówczas motywacja, by być w tym coraz lepszym, będzie naturalna. Dająca rozwój i szczęście.

Na czym polega uskrzydlenie intelektualne i dlaczego jest tak ważne?

Stan uskrzydlenia (inaczej flow) może być niezwykle istotny w edukacji dziecka. Przepływ (czyli ang. flow, a inaczej doznanie uniesienia, uskrzydlenia) to pojęcie z pogranicza psychologii pozytywnej i psychologii motywacji. Według Mihály Csíkszentmihályi, twórcy tej koncepcji, flow to stan między satysfakcją a euforią, wywołany całkowitym oddaniem się jakiejś czynności.

Uskrzydlenie jest stanem, w którym zapominamy o wszystkim oprócz tego, co akurat robimy. Dajemy z siebie wszystko, nie myśląc ani o sukcesie, ani o porażce, motywuje nas czysta przyjemność działania. Jesteśmy spokojni, skupieni, zadowoleni, twórczy, wynalazczy. Jesteśmy głęboko przekonani o swoich znakomitych umiejętnościach. Najpierw ogarnia nas błogi spokój, a potem pojawia się spontaniczna radość, a nawet upojenie. O takich odczuciach często mówią sportowcy, kompozytorzy, alpiniści, ale też urzędnicy wykonujący papierkową pracę. Zadanie, które mogłoby wydawać się trudne, okazuje się łatwe, wręcz zwykłe i naturalne. Płynnie pokonujemy kolejne stopnie trudności, nie myśląc o tym. Taki stan od czasu do czasu osiąga każdy z nas. Wspinamy się wtedy na szczyty swoich możliwości, wykraczamy poza to, co dotychczas osiągnęliśmy. Uskrzydlenie jest szczytem inteligencji emocjonalnej. To najdoskonalsza postać okiełznania emocji i wykorzystania ich do pracy i nauki.

Stan ten można osiągnąć np. poprzez celowe skoncentrowanie się na zadaniu. Skuteczna koncentracja jest samoistnie działającą siłą, która uśmierza inne emocje i sprawia, że zadanie staje się dziecinnie łatwe. Ubocznym skutkiem koncentracji jest ekstaza. Dlatego, żeby się dobrze skoncentrować musimy podjąć wysiłek i potrzebna nam będzie dyscyplina. Najskuteczniej koncentrujemy się, gdy zadanie wymaga od nas nieco większego niż zwykle wysiłku, ale jesteśmy w stanie się na niego zdobyć. Jeśli nas przerasta, zaczynamy się niepokoić, stresować. Gdy jest zbyt łatwe, dopada nas znużenie. Uskrzydlenie mieści się w strefie między niepokojem a znużeniem. Gdy je osiągamy, paradoksalnie mózg jest „zimny”, zmniejsza się aktywność jego kory. To klucz do uskrzydlenia – mózg nie musi „za bardzo się wysilać”, gdyż stojące przed nami zadanie mieści się w granicach szczytu naszych możliwości a obwody nerwowe pracują najefektywniej. A my, tak jak one, działamy optymalnie.

Jak motywować dziecko? - Wykorzystaj uskrzydlenie w jego edukacji!

Howard Gardner, psycholog z Harvardu, który stworzył teorię inteligencji wielorakiej, uważa uskrzydlenie za najzdrowszą metodę uczenia dzieci. Motywuje ona od wewnątrz, a nie za pomocą kar i nagród. Według Gardnera uskrzydlenie jest stanem psychicznym, który oznacza, że dziecko zajmuje się właściwym zadaniem. Nie osiągnie tego, jeśli zadania przed którymi staje, nudzą go lub przerastają. Dziecko, żeby osiągnać stan flow,  spontanicznie powinno zajmować się tym, co przynosi mu radość. Wówczas motywacja, by być w tym coraz lepszym, będzie naturalna. Dająca rozwój i szczęście. Podstawą edukacji zatem powinno być określenie profilu naturalnych zdolności dziecka, rozwinięcie ich oraz próba wzmocnienia słabszych punktów. Chodzi o to, żeby zaproponować mu lekcje i zajęcia na różnych poziomach, które będą stwarzać optymalne dla niego wyzwania. Dzięki temu nauka staje się przyjemniejsza, nie budzi ani uczucia znudzenia, ani lęku. Uczucie uskrzydlenia, jakiego dzięki temu doznaje, doprowadzić je może do wybitnych osiągnięć.

Jak rodzice i nauczyciele mogą pomóc dziecku odnaleźć klucz do uskrzydlenia?

  • Dzieciom trzeba dostarczać dużo bodźców, potrzebnych do rozwoju. Im więcej, tym lepiej. Dobrze, gdy dziecko ma możliwość angażowania się w wiele rodzajów ekspresji twórczej, bo to rozwija je kompleksowo. Ekspresja twórcza może być słowem, dźwiękiem, ruchem, wyobraźnią. W praktyce chodzi tu o wiele dziedzin działania, takich jak malowanie, pisanie, śpiewanie, taniec, sport. Najlepiej jest, jeśli dziecko ma do tych wszystkich aktywności łatwy dostęp.
  • Stawiajmy na różnorodność. Jeśli widzimy, że dziecko na przykład lubi rysować, pokażmy mu różne rodzaje kredek, ołówków, farb. Odkryjmy przed nim rozmaite techniki, w jakich mogą powstawać prace plastyczne, chociażby malowanie palcami.
  • Nie zapominajmy też o swobodnej ekspresji twórczej, która może się ujawniać w wielu codziennych sytuacjach. Przykłady: wyjście z mamą do sklepu łączy się z odnajdywaniem kolorów produktów spożywczych, rodzinny spacer do lasu jest okazją do podskakiwania, czy ćwiczenia spostrzegawczości, czas przed zaśnięciem wspólnym wymyślaniem historii, każdego dnia związanych z innym z innym skojarzeniem.
  • Dziecko rozwija to, co jest kojarzone z zabawą i pozwala na swobodę (bez oceniania) oraz włącza wszystkie zmysły. Ważne jest, by dziecko traktowało zajęcia jak przyjemność, było podczas nich swobodne - niech rysuje to, co samo chce a niekoniecznie zadany temat. I co istotne – małe dzieci zawsze chwalmy za ich zaangażowanie i tworzenie, a nie zawsze za rezultat. Unikajmy porównywania i oceniania. Pochwały jednak muszą być konkretne i prawdziwe. Szczególnie ważny jest okres przedszkolny, bo potem pojawiają się oceny, rywalizacja z innymi dziećmi, standardy w które trzeba się wpasować. Jeśli wcześniej dziecko ma możliwość odczucia radości tworzenia to potem wzmacnia to jego poczucie wartości.
  • Rozwijajmy dziecko na wszelkich polach dostępnych zmysłom. To jest naturalny sposób uczenia się, który gubimy przez tradycyjny system nauczania. Małe dziecko uczy się widząc, słysząc, dotykając, poznając świat za pomocą smaku i węchu.
  • Starsze dziecko zwykle samo już wybiera to, czym chce się zająć. Pozwalajmy na te wybory. Są dzieci, które do różnych czynności podchodzą ze słomianym zapałem, ciągle zmieniając swe zainteresowania. Nie traktujmy tego jako czegoś złego. Im więcej szans stworzymy mu, by znalazło coś, co je uskrzydli, tym będziemy bliżej sukcesu. Pozwolimy na rozwój naturalnych zdolności, kształtowanie pasji, realizowanie celów i przezwyciężanie przeszkód.
  • Dziecko, które jest prawdziwie zaangażowane w to, co robi, jest jednocześnie idealnie skoncentrowane. Zdolność koncentracji może być osłabiona przez zbyt wiele godzin spędzanych przed komputerem czy telewizorem. Dlatego tak ważne jest rozwijanie dziecka na wielu poziomach, zwłaszcza ruchowym. Są sposoby na łatwiejsze osiągnięcie koncentracji, na przykład przez: słuchanie muzyki relaksacyjnej, żonglowanie, zabawy słowne angażujące w konkretny temat. W ćwiczeniu koncentracji należy wykorzystywać preferowany przez dziecko sposób przetwarzania informacji - zwykle jest wzrokowy, słuchowy albo kinestetyczny. Pokój czy biurko dziecka wzrokowca powinno mieć wiele obrazów, zdjęć, wykresów. Słuchowiec często potrzebuje muzyki przy nauce, a kinestetyk najchętniej uczy się przez działanie, to zwykle kinestetycy lubią kiedy ktoś towarzyszy im przy nauce.
Warto przypomnieć, że w 2011 r. prof. Gardner odwiedził trzy polskie miasta w związku z podsumowaniem projektu, który przeprowadziła Grupa Edukacyjna S.A. wśród nauczycieli i uczniów szkół podstawowych z całej Polski. Podstawą teoretyczną projektu była właśnie teoria inteligencji wielorakich Howarda Gardnera. Użyto ją, aby dostosować sposób nauczania w klasie pierwszej do indywidualnych zainteresowań, umiejętności i możliwości każdego dziecka.

  1. Psychologia

Kompleksy u dziecka - jak mądrze pomóc małemu człowiekowi?

Kompleksy potrafią bardzo negatywnie wpłynąć na rozwój dziecka, blokując jego chęć poznawania świata i kontaktów z rówieśnikami. (fot. iStock)
Kompleksy potrafią bardzo negatywnie wpłynąć na rozwój dziecka, blokując jego chęć poznawania świata i kontaktów z rówieśnikami. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zaczyna się niewinnie. Od czyjeś opinii, żartu. Że jest powolne, ma krzywe zęby… Czasem rzekoma wada przybiera tak wielkie rozmiary, że dziecko zaczyna wierzyć, że determinuje jego osobowość. I wtedy trzeba mu pomóc.

Żyjemy w czasach, gdy coraz trudniej lubić samego siebie, a co dopiero cenić. I dotyczy to nie tylko dorosłych. Już małym dzieciom stawia się tak różnorodne i tak wysokie wymagania na wielu, wciąż zmiennych polach, że trzeba wyjątkowo silnej osobowości, żeby nie nabawić się kompleksów.

Kiedyś kompleksy były uznawane za domenę nastolatków, obecnie dotykają już coraz młodszych dzieci. Czteroletnia Ania nie chce w przedszkolu zdejmować czapki, bo uważa, że ma brzydkie włosy… Sześcioletni Kamil wstydzi się tego, że nie ma swojego pokoju, i za żadne skarby nie chce, żeby koledzy odwiedzali go w domu. Bartek ma dziewięć lat i nie odzywa się do nikogo spoza rodziny, bo dziadek mu kiedyś w żartach powiedział, że ma żółte zęby…

Wydaje nam się, że dzieciństwo to cudowny czas niewinności i beztroski. Tymczasem dla dziecka to przede wszystkim okres kształtowania opinii o świecie i sobie. Ono jeszcze nie umie samo siebie ocenić i dlatego bezkrytycznie słucha wszystkich uwag. Wiedzę na temat tego, jakie jest, czerpie nie z przemyśleń, ale z informacji pochodzących ze środowiska społecznego, czyli od innych ludzi (w tym wszelkich mediów, z którymi ma kontakt, także z pisemek dla dzieci). Najważniejsze w obszarze nabywania wiedzy o tym, jakie jest, są wypowiedziane wprost opinie, nawet te rzucone w żartach, oraz porównywanie się z ważnymi dla niego osobami, czyli przede wszystkim z rówieśnikami.

Kiedy myśl staje się groźna?

Kompleksów nabywamy zwykle w wyniku zdobycia niepochlebnej informacji na temat nas samych. Bywa, że ktoś, z kogo opinią się liczymy, wypowiada jakąś krytyczną uwagę, albo stale słyszymy, że w czymś jesteśmy słabi, lub sami – porównując się z innymi, w jakimś konkretnym obszarze lepszymi od nas ludźmi – zrozumieliśmy, że jesteśmy w czymś gorsi. Mimo że posiadanie kompleksów jest w sumie dość powszechne i naturalne, każda silnie utrwalona przykra myśl na własny temat może stać się jednak niebezpieczną emocją. Zwłaszcza u dziecka.

Gdy kompleks steruje jego zachowaniem, powoduje to reakcje nieadekwatne do bodźca (płacz, obrażanie się, histeria) oraz zachowania nieracjonalne (chowanie się przed kolegami w łazience, celowe wywoływanie przeziębienia), nie wolno go już bagatelizować i zostawiać malucha z ogromnym problemem, z którym sam sobie nie poradzi.

Zanim mały człowiek trwale zaakceptuje siebie, musi poczuć siłę akceptacji ważnych dla siebie ludzi. Dzieci otoczone mądrą czułością, mające absolutną pewność, że są kochane i w pełni akceptowane, mają tak silny punkt oparcia emocjonalnego w domu, że łatwiej im pogodzić się z tym, że zawsze w czymś ktoś będzie od nich lepszy. Im ta akceptacja jest mniejsza, tym dziecko staje się bardziej podatne na popadanie w kompleksy. Jak we wszystkich ważnych obszarach rozwoju, to my, rodzice, budujemy siłę naszego dziecka lub podcinamy mu skrzydła.

Co zrobić, żeby dziecko nie popadało w kompleksy?

Samo z siebie dziecko długo nie ma świadomości, że można mieć jakieś słabe strony. Warto jak najdłużej chronić je przed poczuciem, że jest w czymś gorsze od innych. Każde dziecko jest w czymś „słabsze”, i wcześniej czy później to odkryje. Ale im później, tym dla jego zdrowia emocjonalnego lepiej. Dlatego, aby wzmacniać w maluchu poczucie własnej wartości, jak najwcześniej nastaw się na pozytywne i szczere komunikaty:

Stwarzaj dziecku okazje, żeby zabłysnęło. Niech próbuje jak najwięcej rozmaitych form aktywności. Gdy wyrecytuje wierszyk, zrobi rysunek, ułoży piosenkę albo samodzielnie zeskoczy z murku, chwal je na różne możliwe sposoby. Warto też przy każdej możliwej okazji zachwycać się wyglądem dziecka, chwalić jego ładny głos, miękkość włosów i mówić, że uwielbiasz je przytulać. Twoje zachwyty to rodzaj „szczepionki” przeciwko krytycznym opiniom innych ludzi.

Manifestuj wyraźnie, że kochasz swoje dziecko. Ponieważ aparycja jest zarówno dla maluchów, jak i młodzieży szczególnie ważna, mów swojemu dziecku, że jest piękne, ma gładką skórę, że uwielbiasz jego włosy, oczy. Rób mu zdjęcia i zachwycaj się nimi; nie odkładaj tych zachowań na potem, bo w okresie dojrzewania będzie już za późno.

Nie wykonuj kreciej roboty i nie uświadamiaj dziecku jego „słabych” stron – że brzydko rysuje, nie ma słuchu muzycznego, jest kiepskie z matematyki, ma małą zdolność koncentracji, za krótkie nogi lub skłonność do próchnicy. Nawet jeśli widzisz wyraźnie, że tak jest, dziecko ma prawo jak najdłużej o tym nie wiedzieć.

Pozwól mu się wyżalić, gdy samo przychodzi do ciebie ze skargą, że ma odstające uszy, brzydkie zęby czy że nie umie grać w piłkę. Nie zaprzeczaj, tylko słuchaj. Pozwól mu dokładnie opowiedzieć, w czym czuje się (bo wcale niekoniecznie jest) gorsze od innych dzieci. Jeśli to tylko możliwe – wzmocnij je. Pomóż skorygować wszelkie wady rozwojowe.

Pilnuj, by nie przebywało w środowisku ludzi, którzy patrzą na nie krytycznie. Nie ma żadnej potrzeby, żeby słyszało, że chłopcy są zdolniejsi lub że dziewczynki są bardziej pracowite. Chroń swoje dziecko przed wszelkim wdrukowywaniem negatywnych opinii. Jeśli twoje dziecko trafiło w jakieś krytycznie do niego nastawione środowisko – zabierz je stamtąd. Utnij kontakty. Nie zmuszaj dziecka, żeby samo radziło sobie z krytyką.

Nie obciążaj go swoimi kompleksami. Nigdy w jego obecności nie opowiadaj, że masz grube ramiona, piskliwy głos czy jesteś słaba w liczeniu. Dzieci lubią „przejąć” od rodzica, zwłaszcza tej samej płci, jego kompleksy. Gdy twoja córka zauważy, że często skarżysz się na swoje ułomności, może podświadomie, chcąc cię naśladować, przejąć twoje wady. Dość często obserwuje się, jak kompleks krzywego nosa czy braku zdolności do tańca przechodzi z pokolenia na pokolenie. Nawet gdy aparycja wnuczki nie ma już nic wspólnego z aparycją prababci, nadal ma ona wdrukowane, że jest w czymś gorsza od innych.

Nigdy nie porównuj swojego dziecka z jego rówieśnikami. Wręcz przeciwnie – na każdym kroku podkreślaj fakt, że ludzie są bardzo różni i że każda cecha charakteru jest w pewnych okolicznościach potrzebna.

Kieruj uwagę dziecka na różnorodność świata. Zawsze podkreślaj, że zgrana grupa musi składać się z osób różnorodnych. Każdy musi mieć inne mocne i słabe strony. Gdyby wszyscy byli tacy sami, świat by nie funkcjonował. Łatwo to zaobserwować w filmach dla dzieci lub przygodowych.

Nie stawiaj zbyt wysokich wymagań i nie zmuszaj, żeby dziecko musiało konkurować z osobami od niego zdolniejszymi. My, dorośli, często nakłaniamy nasze dzieci do uczestnictwa w zajęciach muzycznych, sportowych, językowych, których one jawnie nienawidzą, a powód jest zazwyczaj jeden: są najsłabsze, najgorsze. Dzieci zmuszane do przebywania w środowisku osób od nich zdolniejszych są skazane na kompleksy. Nikt z nas nie lubi być w grupie najgorszy. Jako dorośli unikamy tych aktywności, w których jesteśmy słabi, dlaczego więc nakłaniamy do tego nasze dzieci?

Gdy dziecko ma już kompleksy

Być może twoje dziecko nabawiło się już jakiegoś kompleksu. Co wtedy? Przede wszystkim nie rozmawiajcie o tym obszernie. Niech dziecko jak najdłużej nie umie nazwać swojego problemu. Gdy zaczniesz mówić: „Mój Jaś ma taki kompleks…”, utrwalisz jego problem.

Zawsze pamiętaj też, by nosić w portfelu i oprawiać w ramki aktualne zdjęcia swojego dziecka. Gdy otaczasz się jego dawnymi fotografiami, wysyłasz mu sygnał, że kiedyś było ładniejsze, słodsze, bardziej kochane. Zwłaszcza nastolatek ostro widzi tę zależność. Zwalczanie kompleksów dziecka zacznij od tego, że uaktualniasz w otoczeniu jego zdjęcia.

Jedną z bardzo skutecznych metod spontanicznego (bez pomocy profesjonalisty) uwolnienia się od kompleksu jest udział w zajęciach odpowiedniej wiekowo grupy teatralnej. Dobrze dobrany spektakl wymaga najróżniejszych typów ludzkich. Każdy rodzaj aparycji jest potrzebny w sztukach teatralnych. Grupa teatralna uczy samoakceptacji. Samo przebieranie się, występowanie w kostiumie, ma ogromną moc terapeutyczną. Dobrym sposobem jest też poszukanie dziecku przyjaciela. Kompleksy, także te dziecięce, nie mają związku z wiekiem, często nasilają się, gdy dziecko dotyka samotność. Gdy maluch spędza dużo czasu z dorosłymi, jego brak samoakceptacji przybiera na sile. Nowy kolega potrafi w jednej chwili zmienić postrzeganie samego siebie.

Jak najczęściej pytaj dziecko o zdanie. Interesuj się jego opinią. W ten sposób bardzo je wzmocnisz, zbudujesz obraz samego siebie oparty na psychice, zdolnościach umysłowych, a nie na wyglądzie, który w okresie dzieciństwa i dojrzewania jest najczęściej desygnatem kompleksu. Dzieci, których nikt nie pyta o zdanie, mają negatywny obraz samych siebie i z łatwością potrafią wmówić sobie, że mają najbardziej na świecie odstające uszy albo krzywe nogi. Wyzbądź się też nadopiekuńczości. Maluch, który nic nie umie, będzie miał kompleksy. Takie umiejętności, jak pływanie, jazda na rowerze, samodzielne robienie prostego posiłku, sprzątanie po sobie, aktywne uczestnictwo w zakupach, szycie, włączanie pralki, sznurowanie butów, zapinanie suwaka, otwieranie kłódki oraz wszystkie umiejętności odpowiednie dla wieku, budują pewność siebie. Gdy nic nie umiesz, nie lubisz siebie – musisz czuć się gorszy. Ta zasada dotyczy człowieka w każdym wieku.

Dziecko, jeśli nie posiada zbyt wielu umiejętności, nie czuje się pewnie. Dlatego warto kształtować jego samodzielność. (fot. iStock) Dziecko, jeśli nie posiada zbyt wielu umiejętności, nie czuje się pewnie. Dlatego warto kształtować jego samodzielność. (fot. iStock)

Jak pomóc nastolatkowi

Wielu rodziców walkę z kompleksami swojego dziecka próbuje ograniczyć do deklarowania pełnej akceptacji: „Kocham cię, jesteś najładniejszy ze wszystkich”, „On ci powiedział, że jesteś gruby? To jakiś głupek”. Tymczasem jeśli twoje dziecko ma 30 kilogramów nadwagi, pilnie potrzebuje korekcji zgryzu, ma wadę wymowy lub problemy skórne – w miarę możliwości pomóż mu przezwyciężyć wady i słabości.

Kiedy wychowawca czy psycholog zwraca ci uwagę, że twoje dziecko potrzebuje konsultacji z lekarzem, dietetykiem, psychologiem, fryzjerem – nie obrażaj się. Potraktuj to jako cenne wsparcie. Ty kochasz swoje dziecko i jest oczywiste, że możesz nie zauważyć, że jego rozwój wymaga wsparcia specjalisty. Nadal zbyt często nasze dzieci nie otrzymują w domu zwyczajnej pomocy, czego przykładem jest list Karoliny: Mam 12 lat i straszne krosty na policzkach. To wygląda okropnie i bardzo się tego wstydzę. Moja koleżanka poszła do lekarza i teraz ma gładszą twarz. A moja mama mówi, że też miała pryszcze i że to mi kiedyś przejdzie, wygląd zresztą nie jest najważniejszy.

Otóż najważniejszą cechą człowieka jest wygląd, zanim tej funkcji nie przejmie osobowość. Nie zapominajmy, że w środowisku szkolnym w hierarchii ważności na pierwszym miejscu stoją uroda i strój, potem osobowość atrakcyjna towarzysko, a dopiero na końcu cenione przez dorosłych przymioty charakteru, w rodzaju pracowitości, rzetelności, słowności i rozsądku. Pomóż swojemu dziecku zadbać o wygląd. Zrób wszystko, żeby czuło się dobrze, żeby nie wyróżniało się w zły sposób. Zaprowadź je do kosmetyczki, dermatologa. Pomóż dobrać środki pielęgnacyjne. Kup szampon, dezodorant. Pozwól nastolatce używać fluidu. Cera problemowa jest jedną z najczęstszych przyczyn kompleksów, i warto zrobić wszystko, żeby dziewczynka nie musiała wychodzić z domu z poczuciem wstydu. Powtarzanie: „Musisz zaakceptować siebie. Ja cię kocham taką, jaką jesteś” – nie pomoże twojemu dziecku. Uzna, że ty go kompletnie nie rozumiesz.

W okresie dojrzewania człowiek nabywa wielu wdrukowanych na całe życie kompleksów, dlatego warto zrobić wszystko, żeby pomóc dziecku w tym czasie szczególnej drażliwości – zadbać o to, żeby podobało się sobie i zyskało aprobatę rówieśniczą. Twoja miłość jest bardzo ważna, ale… w okresie dorastania młodego człowieka nieco traci na znaczeniu.

  1. Psychologia

Jak nawiązać porozumienie z dzieckiem i zrozumieć jego emocje?

Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Ryczący niemowlak? Zbuntowany dwulatek? Obrażony nastolatek? W tej metodzie rada dla wszystkich jest jedna. Zaakceptować jego uczucia i znaleźć nić porozumienia.

„Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, i jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły” – dla rodziców to pytanie na całe życie. Nic dziwnego, że książka o tym tytule w wielu domach stoi na półce wymięta, pozakreślana, z pozaginanymi rogami, mnóstwem dopisków i ze śladami wielokrotnego czytania. Biblia? Raczej wysłużony przewodnik. Na polskim rynku od ponad 30 lat, wcześniej podbiła Amerykę (ponad trzy miliony sprzedanych egzemplarzy od 1980 roku) i rozeszła się po całym świecie (tłumaczenie na ponad 30 języków). Klasyka, a jednocześnie ciągle nowość i gwiazdka z nieba dla pokoleń młodych rodziców. „Byłam wspaniałą matką, zanim jeszcze miałam własne dzieci – tymi słowami zaczyna się ta kultowa pozycja. – Doskonale wówczas wiedziałam, dlaczego inni mają z nimi problemy. Później zostałam matką trojga urwisów”.

Który rodzic nie pokiwa głową ze zrozumieniem na to wyznanie? A jednak autorki, psycholożki Adele Faber i Elaine Mazlish, obiecują, że znalazły sposób na dotarcie do największego nawet urwisa. W dodatku metoda „szukania porozumienia” działa nie tylko w odniesieniu do starszych (bo już mówiących) dzieci. Są psycholożki, które na założeniu podobnym do tego z książki Faber i Mazlish opierają wzorce postępowania nawet z niemowlakami.

O co chodzi? O podejście do emocji dziecka. Założenie jest pozornie proste: trzeba te emocje zrozumieć i spróbować zaakceptować. Utrudnienie: to dotyczy wszystkich emocji. Nawet tych najgorszych.

Jak odczytać płacz dziecka?

Pierwsza myśl rodzica, którego niemowlę ryczy wniebogłosy? Jak najszybciej, jak najskuteczniej je uspokoić. Odwrócić uwagę, ukołysać, szeptać czule: „Nie płacz, nic się nie stało...”.

„Błąd” – powiedziałyby nestorki metody „szukania porozumienia”. Jeżeli dziecko płacze, to z jego punktu widzenia nieprawda, że nic się nie stało. I rodzic powinien uszanować jego uczucia.

Życzliwe, empatyczne wysłuchanie niemowlęcych żalów zaleca szkoła rodzicielstwa uwagi. Stworzyła je szwajcarsko-amerykańska doktor psychologii rozwojowej Aletha Solter. Jednak myliłby się ten, kto utożsamia jej metodę z „pozwoleniem na wypłakanie się”. To strategia rodem z XIX wieku, spopularyzował ją jako pierwszy doktor Luther Emmett Holt w bestsellerowej książce z 1894 roku. Przekonywał, że dziecku nie można pobłażać; jeśli płacze, należy je zostawić, aż samo się uspokoi. Za pierwszym razem może mu to zająć nawet dwie, trzy godziny, za drugim będzie to godzina, potem kilkanaście minut, aż w końcu dziecko przestanie urządzać awantury. Ta strategia, potem opisywana jeszcze przez wielu pediatrów (między innymi popularnego w Polsce od lat 70. doktora Benjamina Spocka), ma swoich zwolenników do dziś – zwłaszcza wśród przedstawicieli starszego pokolenia. Doczekała się też twórczej modyfikacji w postaci metody „kontrolowanego wypłakiwania się” autorstwa profesora Richarda Ferbera. Radzi on, aby nie zostawiać płaczącego dziecka zupełnie samego, tylko co jakiś czas przychodzić do niego i starać się je uspokoić. Najpierw co trzy minuty, potem co pięć, siedem, dziewięć... Tak, aby wiedziało, że rodzic jest gdzieś w pobliżu – a jednocześnie ze swoim żalem poradziło sobie samo. I zrozumiało, że płaczem nic nie wskóra.

Ta praktyka spotkała się z druzgocącą krytyką ze strony obozu rodzicielstwa bliskości. Już pisaliśmy – w tej koncepcji dziecko w zasadzie nie ma powodów do płaczu. Rodzice budują z nim tak mocną, bezpieczną więź – poprzez wspólne spanie, karmienie piersią, noszenie w chuście, przytulanie, bycie blisko – że na wielogodzinne histerie po prostu nie ma miejsca.

Jednak Solter uważa, że przy takim podejściu też traci się coś cennego.

– Rodzicielstwo bliskości to zdrowy trend i ruch w dobrym kierunku – twierdzi psycholożka w swoich tekstach. – Jednak możliwe, że w tym wysiłku, aby przeciwdziałać szkodom wyrządzonym przez taktykę „wypłakiwania”, rodzice przegapią ważną funkcję płaczu. W naszych staraniach, aby uspokoić dziecko, tracimy okazję do umożliwienia mu uporania się ze stresem czy przezwyciężenia jakiejś traumy – przekonuje.

Rodzicielstwo uwagi to zatem trzecia droga, dystansująca się zarówno od pomysłu rodem z metody zimnego wychowu, jak i od strategii rodzicielstwa bliskości. Instrukcja Solter: przede wszystkim upewnij się, że wszystkie potrzeby płaczącego niemowlęcia są zaspokojone. Nie jest ono głodne ani śpiące? Nie ma może brudnej pieluszki? Jeśli wszystko wydaje się w porządku, a dziecko nadal płacze, nie ma sensu wypróbowywać w panice kolejnych metod uciszania. Najlepiej pomożemy niemowlęciu, trzymając je po prostu w ramionach i empatycznie słuchając. Bo czy my sami nie potrzebujemy czasem ramienia, na którym można się bezpiecznie wypłakać? Czy nie miewamy czasem nastroju, w którym ulgę przyniesie tylko danie upustu swojemu żalowi, smutkowi, frustracji i zalanie się łzami? I czy próby uciszania nas, zdania typu: „Nie płacz, nic się nie stało”, nie powiększają tylko naszego poczucia osamotnienia? No bo jeśli zebrał się tak wielki żal, że trzeba go z siebie wypłakać – potrzebujemy wsparcia, a nie zaprzeczenia naszych uczuć. Kochająca osoba może nas wspierać, będąc blisko. Tuląc, pokazuje, że rozumie. Według Solter tego właśnie oczekuje od nas dziecko. Po takim wypłakaniu się w bliskości będzie odprężone, spokojne i pełne ulgi. Tak jak my, gdy wreszcie z siebie wyrzucimy coś, co nas dręczyło.

To o niemowlęciu, jednak towarzyszenie w płaczu ma też zbawienny wpływ na starsze dziecko. O tym pisze kolejna nestorka metody „szukania porozumienia”, amerykańska psycholożka Patty Wipfler. Przekonuje, że empatyczne słuchanie to najwłaściwsza metoda działania zarówno w płaczu pełnym żalu czy bólu, jak i we wściekłym ataku buntu czy histerii. Ba, według Wipfler to naturalne, że dziecko urządza scenę wobec mamy, mimo że przedtem pół dnia było anielsko grzeczne w przedszkolu. Albo że atak histerii może nastąpić po udanym, harmonijnym dniu. Dziecko pozwala sobie na oczyszczający płacz wówczas, gdy czuje się bezpieczne. – Płacz to część procesu uzdrowienia. Można w nim pozbyć się zranionych uczuć – twierdzi Wipfler w tekście „Bunty i histerie”. I podaje przykład: po całym popołudniu, gdy mama była zajęta, synek prosi ją o tosty na kolację. Dostaje je – i urządza scenę. Wybucha rykiem, rzuca się na ziemię. Tosty są pocięte w trójkąty, a on chciał prostokąty! – Jeśli w odpowiedzi po prostu uklękniesz, obejmiesz go i zaczniesz słuchać, płacz może potrwać długo – zapowiada psycholożka. – Trójkątne tosty to dla chłopca tragedia, bo to kropla, która przelała czarę goryczy po godzinach odbierania sygnału „nie chcę cię tu, odejdź!”. Jednak potem chłopiec poczuje się lepiej.

Innymi słowy: jeśli latorośl zaczyna marudzić, że nie chce tego soku, chce inny; jeśli awanturuje się, że ta piżamka uwiera, zakładasz inną, i znowu źle; gdy dziecko zaczyna przechodzić samo siebie w wymyślaniu, co by tu jeszcze spsocić w supermarkecie – to niechybna oznaka, że zbiera się żal, frustracja lub bunt. I że tak naprawdę nie chodzi ani o tę piżamkę, ani o smak soku, tylko o coś głębszego, co trzeba z siebie wyrzucić. Zupełnie jak u dorosłych: gdy coś nas gnębi, nawet stłuczenie szklanki może wywołać falę rozpaczy. I wiadomo, że prawdziwym powodem nie będzie stłuczona szklanka.

Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com) Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com)

Co jest przyczyną tak wielkich żalów u dzieci? No cóż, czasami nie mamy zielonego pojęcia. – My, rodzice, bardzo chcemy wiedzieć, co wywołało tak wielką rozpacz, ale często dzieci nie mają słów, aby opisać uczucia. Na szczęście wystarczy, że będziemy słuchać – przekonuje Patty Wipfler. Wystarczy, że zaakceptujemy emocje.

Tu dochodzimy do momentu, w którym to samo założenie sprawdza się w odniesieniu do starszych dzieci. Dobrze mówiących kilkulatków, a nawet nastolatków. Wracamy do kultowej książki autorek Faber i Mazlish – i do przekonania, że metoda „szukania porozumienia” potrafi uzdrowić relacje w rodzinie.

Zdobądź się na empatię

„Mamo, nie chcę iść do przedszkola”. „Chcesz, przecież dobrze się tam bawisz”. „Nie cierpię mojego małego brata”. „Bzdura, na pewno go kochasz”. „Nie będę już jeść tej zupy, jest niesmaczna”. „No co ty, przecież zawsze ci smakowała”.

Ile podobnych dialogów prowadzą ze swoimi dziećmi rodzice? Wspólny mianownik jest jeden: tata lub mama uważają, że wiedzą lepiej, co czuje ich potomek.

Adele Faber i Elaine Mazlish przekonują, że to droga donikąd. Zazwyczaj tak stanowcze zaprzeczenie dorosłego zamyka rozmowę, może nawet prowadzić do awantury. Zamiast więc odruchowo się sprzeciwiać – nawet w sprawach tak drażliwych, jak uczucia względem rodzeństwa – autorki radzą zdobyć się na empatię. A więc: najpierw wysłuchać uważnie, co dziecko ma do powiedzenia. Potem dać wyraz akceptacji jego uczuć, choćby przez nieoceniające „yhy”, „mmm”, „rozumiem”. Wreszcie spróbować nazwać te uczucia. Na deklarację: „mam ochotę dać Michałowi w nos”, proponują konstatację: „Wygląda na to, że jesteś na niego zły”. Faber i Mazlish przekonują, że dziecko w tak poprowadzonej rozmowie chętnie opowie cały incydent, który doprowadził do chęci rozbicia nosa. Dużo chętniej niż zasypane pytaniami w stylu: „dlaczego?”, „co się stało” i innymi, które sprawią, że poczuje się jak na przesłuchaniu. No i oczywiście nieporównywalnie chętniej niż w sytuacji, w której rodzic skwitowałby: „Zapomnij o tym, nie wolno bić nikogo w nos”.

A więc rozmowa. To już dużo. Jednak zalet tego stylu komunikacji jest więcej. Autorki twierdzą, że dzięki empatycznemu wysłuchaniu dziecko samo wymyśli rozwiązanie swojego problemu. Nie trzeba więc zaraz wyrywać się z dobrą radą. Nie doceniamy inwencji dzieci i ich gotowości do współpracy. Trzeba tylko potraktować ich pomysły poważnie – przekonują.

Książka „Jak mówić...” obfituje w scenki i przykłady dialogów, które prowadzą do skutecznego porozumienia. Są też relacje rodziców, którzy uczestniczyli w warsztatach prowadzonych przez autorki i wcielali ich instrukcje w życie. Niektóre świadectwa cudownych przemian dzieci wyglądają wręcz niewiarygodnie. Zmiana stylu komunikowania się ma pomóc nie tylko uniknąć histerii, ale wręcz w ogóle przezwyciężyć problemy wychowawcze z najtrudniejszym nawet egzemplarzem i wprowadzić do rodziny szczęście. Utopia? Raczej trudna sztuka. To prawda, wszystkie wymienione psycholożki obiecują spektakularny sukces: dobre relacje z dzieckiem. Żadna z nich jednak nie pisze, że będzie łatwo. No cóż, może w wychowaniu po prostu nie może być łatwo. Ważne jednak, żeby było dobrze.