1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego warto być miłym?

Dlaczego warto być miłym?

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Brzmi jak trucie zrzędliwej ciotki, ale psycholog Doktor Steve Taylor udowadnia, że bycie miłym to bardzo cenna i potrzebna w dzisiejszym świecie postawa.

Doktor podkreśla, że bycie miłym nie jest równoznaczne z pozwoleniem na to, by inni tobą pomiatali. Możesz być miła i mocno stać na nogach. Wtóruje mu psychoanalityk Jacques Arènes, który uważa, że złośliwość to forma obrony własnej. Ktoś, kto czuje się niepewnie i boi się zranienia, w ten sposób trzyma innych na dystans. Według niego ludzie są niegrzeczni i nieuprzejmi wtedy, gdy są nieszczęśliwi sami ze sobą. Mili ludzie wolą zaryzykować odrzucenie i zranienie niż zamykać się na świat. Doktor Taylor grzeczność określa nawet mianem codziennego heroizmu. – W trudnych czasach bycie miłym wymaga jeszcze więcej odwagi, ale tym bardziej się opłaca – przekonuje. – Potrzebujemy wokół siebie ludzi, na których możemy liczyć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Grzeczne słówka, czyli co jesteśmy w stanie zrobić, by nie usłyszeć "nie"

Ilustracja: Michał Stachowiak
Ilustracja: Michał Stachowiak
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kiedy ludzie się lubią, jest miło, wszyscy się ze sobą zgadzają i nikt nikomu nie robi nic złego… Choć dla niektórych taka niebiańska wizja relacji międzyludzkich może być pociągająca, to w realnym świecie nie występuje.

Po sposobie formułowania wypowiedzi można rozpoznać skłonność do uległości, agresji, asertywności czy empatii w kontaktach z innymi. Ludzie odbierają takie komunikaty podświadomie, nie muszą być specjalistami od mowy ciała czy komunikacji. Zobaczmy, o czym świadczą poniższe fragmenty e-maili:

„Pozwoliłem sobie napisać w kwestii możliwości wydawniczej w temacie poezji. Przy czym nadmienię, że temat imprintu jest mi znany, jednakże interesuje mnie umiarkowanie. Pytam bardziej o możliwość tradycyjnego wydawnictwa. Jestem ukształtowanym poetą, choć to ciągły proces, działającym w Internecie i zajmującym się poezją od lat. Do tej pory sieciowe działania były dla mnie wystarczające, ale nadchodzi taki czas, kiedy chce się wrócić do klasyki. Zamarzyło mi się słowo drukowane, pachnąca książka, która przejdzie kurzem i patyną”.

„Zwracam się uprzejmie z pytaniem, czy istnieje możliwość przesłania fragmentu pisanej przeze mnie powieści? W celu hipotetycznej oceny lub oszacowania, że powieść, nad jaką pracuję, ma szansę na zainteresowanie ze strony wydawnictwa”.

Czy mnie polubisz?

Jedną z najbardziej typowych cech ludzkich jest strach przed oceną. Jeśli jesteśmy niepewni, jak nasze słowa zostaną odebrane, obawiamy się odmowy i chcemy, żeby inni nas lubili, mamy tendencję do tworzenia barokowych konstrukcji językowych i nadużywania zwrotów: „jeżeli”, „być może”, „nie całkiem”, „w kwestii możliwości”, „marzy mi się” czy „jeślibyś zechciał”… Niechęć do konfliktów to chlubna cecha, dążenie do zgody rzeczywiście spowoduje, że część osób – o podobnych skłonnościach – będzie nas lubić. Jednak z pewnością w bliskim otoczeniu znajdą się również tacy, którzy taką zgodność potraktują jako zaproszenie do tego, żeby nas wykorzystywać. Jeszcze inni będą zastanawiać się, czy nie jesteśmy fałszywi, skoro rzadko bywamy asertywni. Niektórzy uznają nas za „naturalne ofiary”, które nie mają własnego zdania i trzeba nimi zarządzać, bo inaczej sobie w życiu nie poradzą. Tak więc nasze zachowania oparte na dążeniu do zgody mogą przynieść całkiem niespodziewane skutki.

Żeby było miło

Uwewnętrzniony zazwyczaj w dzieciństwie komunikat „bądź grzeczny” (czyli „słuchaj mnie i rób, czego ja chcę”) działa długoterminowo. Podstawowym pewnikiem, na którym – zazwyczaj nieświadomie – opieramy nasz system komunikowania się z otaczającym światem, jest założenie, że musimy być mili i zgodni, żeby inni nas lubi. A jest to założenie błędne.

Można cieszyć się sympatią innych, kiedy wypowiada się odmienne poglądy i prezentuje inne postawy. Świat nie rozpadnie się w gruzy, jeżeli powiemy „nie”, gdy nie będziemy chcieli zrobić tego, czego ktoś się właśnie od nas domaga. Może się natomiast zmniejszyć odsetek znajomych i „przyjaciół”, którzy zadają się z nami, bo dobrze nadajemy się do wykorzystywania i zaspokajania ich potrzeb. Ludzie, którzy chcą, żeby się z nimi zgadzać i robić to, czego sobie życzą (i którzy lubią nas, kiedy się z nimi zgadzamy), chcą, żeby zaspokajać ich potrzeby bez względu na koszty, jakie przy tym ponosimy.

Tylko nie mów „nie”!

Dlaczego uduchowiony poeta i wrażliwy prawdopodobnie pisarz tak „dookoła” zwracają się do wydawnictwa, przedstawiając propozycję wydania ich dzieł? Jakby chcieli poprosić, aby wydawnictwo zrobiło to „mimo wszystko”, jakby zakładali, że druga strona będzie niechętna przystać na ich propozycję. Jeśli rzeczywiście uważają, że ich prace nie nadają się do druku, to brakiem rozsądku jest proponowanie próbek. Więc prawdopodobnie uznają, że materiał jest dobry, ale wydawnictwo może nie chcieć. I tu zaczynają się schody. Piszący nie chcą usłyszeć odpowiedzi odmownej, a jednocześnie podświadomie zakładają, że może ona nastąpić. Więc z jednej strony zachowują się trochę tak, jakby wcale nie prosili: „Pozwoliłem sobie napisać w kwestii możliwości wydawniczej w temacie poezji”, „Zwracam się uprzejmie z pytaniem, czy istnieje możliwość przesłania fragmentu pisanej przeze mnie powieści? W celu hipotetycznej oceny lub oszacowania (…)”. No cóż, skoro sobie ktoś pozwolił, to mu wolno. A pytanie o to, czy istnieje możliwość przesłania czegoś do wydawnictwa, jest zaiste zadziwiające. Sytuacja zaczyna więc wymykać się logice. A to budzi podejrzenie, że kierownicę działań przejęły emocje. W tym wypadku strach.

Kiedy nie chcemy usłyszeć odpowiedzi odmownej? Wtedy, gdy chcemy, by sprawy toczyły się po naszej myśli, bo obawiamy się tego, co się może zdarzyć, gdy wymkną się spod kontroli. Wizja świata w gruzach przesłania zdolność do rozsądnego myślenia. Paradoks sytuacji polega na tym, że za miłymi, nadmiernie ostrożnymi słowami stoi strach przed usłyszeniem „nie”. Boimy się, więc informujemy drugą stronę, że nie jesteśmy agresywni, poddajemy się, tylko niech nie robi nam krzywdy. Czyli niech nie mówi „nie”. Manipulacja? Tak. Pod płaszczykiem zgodności kryje się brak przyzwolenia na odmowę.

Zaproszenie do tańca

Znajomość działania tego procesu pozwala zastanowić się i świadomie wybrać, czy iść dalej drogą nadmiernej grzeczności, czy może coś zmienić w swoim sposobie komunikowania się ze światem. A właściwie z tą częścią świata, która ma podobne zasady porozumiewania się. Zaliczają się do niej: nadmiernie grzeczni, którzy nie ranią się słowami nawzajem, ale też nie są w stosunku do siebie do końca szczerzy; ludzie, którzy chętnie przyjmą naszą grzeczność i uległość, ale w żadnym razie nie czują się zobowiązani do wzajemności; a także osoby nadopiekuńcze, które wyczuwszy niepewność w naszym zachowaniu, zaczną nam matkować, zarządzać nami i skłaniać do realizowania ich pomysłów. Co ciekawsze: takie właśnie cechy uaktywniamy u naszych rozmówców, którzy w innych sytuacjach są w stanie zachowywać się asertywnie i partnersko, ale skoro zapraszamy ich do tańca na naszych zasadach, tańczą w narzuconym przez nas rytmie.

Odcienie szarości

Nadmierna ostrożność w słowach wynikająca z nadmiernej zachowawczości w życiu łączy się przeważnie z pewnego rodzaju głuchotą komunikacyjną: nie umiemy odróżniać zdrowej asertywności od agresji, bo sami mieszamy te dwa pojęcia. Obawiamy się, że zachowując się asertywnie, stajemy się „niemili”, a to już pierwszy krok do bycia odrzuconym przez tych, na których nam zależy. Dlatego dobrze jest zacząć od rozpoznania swoich nawykowych zachowań i sprawdzić, na ile kieruje nami rozsądek, a na ile zachowujemy się nawykowo, bo „zawsze tak robiliśmy”. Poważnym wyzwaniem dla tchórzliwych reakcji może być zgoda na niepowodzenie. Pomyślmy, ile to nam da wolności, kiedy przyjmiemy postawę: „tak, może się nie udać w ten sposób, wtedy poszukam innego rozwiązania. A im szybciej dowiem się, że coś nie może być przeprowadzone według proponowanego przeze mnie scenariusza, tym więcej czasu mogę przeznaczyć na znalezienie alternatywnego”.

Nieskuteczna nadgorliwość

Redaktorka wydawnictwa, które otrzymało zapytania od poety i pisarza, nie była nastawiona na współpracę. Spytała: „A kto ich nauczył tak pisać?”. Skutek barokowych ostrożności w słowach okazał się przeciwny do zamierzonego. Ciekawe, jak by zareagowała na komunikaty przedstawiające konkretną prośbę i dopuszczające możliwość odmowy. Na przykład takie:

„Piszę, żeby zapytać, czy widzicie Państwo możliwość wydania moich wierszy. Dotychczas publikowałem swoje utwory w sieci, jednak pragnę, by zostały wydane drukiem w tradycyjny sposób. Załączam wybrane wiersze z prośbą o opinię i określenie możliwości ich wydania przez Państwa”.

„Chciałbym przesłać Państwu fragment swojej powieści – do oceny i określenia, czy widzicie Państwo możliwość jej wydania. Proszę o informację, jak obszerny powinien być fragment i w jakiej formie ma być przygotowany plik z jego zapisem, żeby na jego podstawie mogli Państwo wyrazić swoją opinię”.

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie? Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie. Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi. Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu? Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła? To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi. A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej? Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie? Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców? Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem. Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”… Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć? Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej. To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny. Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina? Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia? Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa. Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda? Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo! Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.

  1. Psychologia

Sztuka umiejętnego słuchania. Czy to potrafisz?

Podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli. (Ilustracja: iStock)
Podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Słowa, słowa, słowa… Ludzie mówią ich do nas tysiące, połowę z nich puszczamy mimo uszu. Zagłębiamy się w swoich myślach, przekonaniach, nastrojach. Sztuka umiejętnego słuchania wymaga cierpliwości, ale jest jedyną drogą do autentycznych relacji.

Ile razy w życiu zdarzyło ci się, że ktoś cię słuchał? Tak naprawdę? Bez przerywania, bez rozpraszania, bez kończenia zdań za ciebie, bez pospieszania? Najczęściej jesteśmy słuchani pozornie i doskonale to czujemy, chociaż nie zawsze jesteśmy tego w pełni świadomi. Wystarczy, że podczas rozmowy twoja przyjaciółka pisze SMS-a, a koleżanka z pracy sprawdza skrzynkę e-mailową, i już wiesz, że twoje zdanie nie jest istotne dla rozmówcy. Umiejętność uważnego słuchania jest podstawą dobrych relacji, zarówno prywatnych, jak i zawodowych.

Budowanie relacji jest zjawiskiem biologicznym i psychologicznym, procesem w znacznie większym stopniu emocjonalnym niż intelektualnym. Dlatego podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli.

Na czym polega dobry kontakt?

Oznacza całkowitą koncentrację na rozmówcy. Gdy jej brakuje, między pracownikiem a szefem lub między dwojgiem znajomych nie pojawia się zaufanie. A kiedy nie ufamy sobie, nie jesteśmy w stanie wnosić do tej relacji autentyzmu. Nie ma porozumienia, które wynika z prawdziwego słuchania. Kiedy rozmówcy są na siebie uważni, przyjmują podobną postawę ciała: nachylają się do siebie, zbliżają, niemal równocześnie poruszają w podobny sposób. Dlatego podczas rozmowy delikatnie sprawdzaj, czy jesteś dopasowana do drugiej osoby postawą ciała, a także głośnością, szybkością i energią mówienia. Neurobiologia potwierdza, że w czasie autentycznego, dobrego kontaktu aktywują się te same miejsca w mózgu obu osób (neurony lustrzane). Wówczas język ciała samoistnie podąża za odczuciami i wyraża zgodność z tym, co czuje rozmówca.

Oznaki niedopasowania to sytuacje, w których np. jedno z was siedzi rozparte w fotelu, a drugie wyprostowane, ty mówisz głośno, a twój rozmówca szepcze, unikacie kontaktu wzrokowego lub robi to jedno z was, ty mówisz szybko i dużo, a koleżanka niewiele. Gdy zauważysz symptomy niedopasowania, zadaj sobie pytanie, co jest tego przyczyną. Jeśli tracisz uważność, postaraj się skoncentrować na rozmówczyni, nawiązując z nią kontakt wzrokowy. Jeżeli to ona unika słuchania, zapytaj: „Widzę, że czujesz się niekomfortowo. Co się dzieje?”.

Dowody na słuchanie

Jednym z najbardziej konstruktywnych sposobów na danie dowodu, że uważnie słuchaliśmy, jest podsumowanie, czyli krótkie zebranie tego, co ktoś do nas powiedział. Nie chodzi tu jednak o mechaniczne powtórzenie konkretnych słów, ale przytoczenie esencji wypowiedzi przy jednoczesnym braku interpretacji czy wydawania opinii. Podsumować można także wtedy, kiedy wypowiedź rozmówcy trwa już długo lub pogubiliśmy się z powodu dygresji. Jest to elegancki sposób przerwania drugiej osobie. Oto kilka przydatnych zwrotów: „Podsumowując…”, „Jak rozumiem, mówisz, że…”, „Trochę się zgubiłam, czy mogę w tym miejscu podsumować, co powiedziałeś?”. Zawsze kończ pytaniem: „Czy dobrze rozumiem?”. Nawet gdy okaże się, że niezbyt dobrze podążyłaś za wypowiedzią, okażesz zaangażowanie i chęć zrozumienia. To najważniejszy sygnał świadczący o uważnym słuchaniu.

Mając poczucie, że jest ktoś, kto słucha, rozumie i okazuje wsparcie, chętnie budujemy z tą osobą relację. Czujemy się silniejsi i mocą tą chcemy się dzielić.

  1. Zwierciadło poleca

Halina Żelaska: Umierać łatwo, trudniej żyć

Zobacz galerię 3 Zdjęć
Tak sobie chwilkę rozmawialiśmy i Baczyński w pewnym momencie mówi: Jak tak dalej pójdzie, to powstania nie skończymy i w cholerę rozwalą nam całe miasto. Zdawał sobie sprawę z bezsensu nierównej walki – mówi uczestniczka powstania, Halina Żelaska (lat 97).

Mało kto wspomina, że pierwszą zbiórkę ogłoszono 27 lipca, ale powstanie odwołano, więc wracaliśmy ze swoich punktów przeszczęśliwi. Mój chłopak, a potem mąż, miał zbiórkę u Żywiciela na Żoliborzu, ja w Ratuszu, ponieważ należałam do tamtejszej konspiracji. De nomine byłam pracownikiem Ratusza, a de facto – tłumaczką w Pałacu Blanka. Konspiracją Ratusza dyrygował intendent Roman Dawidowski, podlegaliśmy szefostwu AK. 

Pewnego dnia przyszedł do mnie do pracy Dawidowski z jakąś listą w ręku i mówi: Musisz załatwić do jutra, żeby wszyscy z tej listy, którzy po ostatniej łapance siedzą w obozie przejściowym na Skaryszewskiej, zostali zwolnieni. Pytam: Ale jak mam to zrobić? On: Nie obchodzi mnie jak, to rozkaz. Chodziłam lekko nieprzytomna, zastanawiałam się, jak to załatwić. Wiedziałam, że muszę to zrobić tego dnia, żeby mój szef, niemiecki burmistrz Warszawy, Leist, nazajutrz rano załatwił zwolnienie w SS na Szucha, bo przecież nie on zwalniał ludzi, tylko SS na Szucha. Leist miał wspaniałą sekretarkę, pochodziła z Monachium, on z Murnau, czyli oboje byli Bawarczykami i katolikami. Przyszłam do niej i mówię, że mam problem, bo muszę poprosić szefa, żeby coś mi załatwił, a nie wiem, jak mam to zrobić. A ona mówi tak: Po prostu wejdź i powiedz mu zwyczajnie, że masz problem. Otworzyła drzwi i wepchnęła mnie do jego gabinetu. Stanęłam przed nim i po chwili mówię: W ostatnich łapankach ucierpiało bardzo dużo ludzi z Ratusza. Jeżeli nie zwolnimy ich ze Skaryszewskiej, to pojadą  do Niemiec, a nam zabraknie świetnych fachowców. Miałam na sobie niebieski fartuszek z białym kołnierzykiem, zrobiłam wielkie oczy, wyglądałam jak dziecko. Pokazałam mu tę listę, on ją przeczytał i mówi: Jeżeli chcesz, żeby to było jutro załatwione, to ta lista musi być zmieniona. Mam wrażenie, że nie ty ją pisałaś, bo ty jesteś inteligentniejsza. Chodziło mu o to, że było na niej równo 40 nazwisk, co mogło budzić podejrzenia. Poradził, żeby umieścić na niej 36, 37 i przynieść ją jeszcze tego dnia, żeby mógł nazajutrz wszystko załatwić. Oczywiście, że wiedział, jaki był rzeczywisty powód mojej prośby. To był inteligentny, życzliwy człowiek, jako jedyny Niemiec wysokiej rangi chodził po Warszawie bez obstawy, tylko na niego nie było żadnego zamachu. Potem były jeszcze trzy takie listy.

Miałam do czynienia ze złymi Niemcami i bardzo dobrymi, takimi, jak Leist, czy Jungmayerowa (szefowa kantyny w Pałacu Blanka), która pomagała Polakom, także aktorom w Teatrze Polskim. 

Na studiach medycznych przeszłam szkolenie, jak robić zastrzyki, ale w powstaniu robiłam absolutnie wszystko: nosiłam rannych do szpitala, drukowałam odezwy do mieszkańców Warszawy. Dostałam też zadanie opiekowania się panią Stefanią (nie chodziła), ikoną prezydenta Starzyńskiego, świetną sekretarką. 

W nocy z 3 na 4 sierpnia drukowałam odezwę do ludności Warszawy, setki egzemplarzy. Byłam tak bardzo zmęczona, że ledwo stałam na nogach. Nagle usłyszałam jakieś kroki. Pomyślałam, że to Dawidowski, a tu wchodzi trzech młodych mężczyzn, między innymi Baczyński, o którym słyszałam od Dawidowskiego, że on i jego dwaj koledzy nie dostali się na swój punkt na Wolę, bo za późno zawiadomiono ich o zbiórce, no i teraz szukają zajęcia. Moim zdaniem Baczyński absolutnie nie nadawał się na żołnierza, był wrażliwy i wątły. Nigdy w życiu nie powinien walczyć. Przypuszczam że był wielkim patriotą. Tak, jak mój chłopak, który po latach mówił, że gdyby nie wychowanie w duchu patriotycznym, to bez broni do powstania by nie poszedł. Mój chłopak dwukrotnie był na Dworcu Gdańskim. Gdy szedł po raz drugi, jego szef, major Rzeszotarski powiedział: Janusz, chroń  ludzi, przecież Niemcy są w bunkrach, mają karabiny maszynowe, a wy na całkowicie odkrytym terenie nie macie żadnych szans. Major sprzeciwił się wysyłaniu swoich żołnierzy na pewną śmierć, więc dowództwo AK z Żoliborza zdjęło go z funkcji dowódcy, co było tym straszniejsze, że pierwszego dnia powstania Niemcy rozstrzelali jego żonę i dwoje dzieci, a major mimo wszystko dowodził dalej…

No więc kiedy Baczyński i dwóch jego kolegów weszli do pokoju, w którym drukowałam, na rotaprincie, takiej starej, bardzo głośnej maszynie, któryś z nich powiedział: No to nareszcie ustaliliśmy, skąd ten hałas pochodzi. Zauważyłam głośno, że Baczyński ma odznakę Agrykoli. A on mnie pyta, skąd wiem, że to Agrykola. Odpowiedziałam, że mój chłopak ma taką samą. Kiedy poznał jego pseudonim, ucieszył się: O, to mój nauczyciel, on mnie minerki uczył. (Rozminowania, robienia małych min, bo powstańcy idąc do walki nie mieli ani pistoletu ani karabinu, nic, dopiero potem, jak Anglicy zrzucili całe skrzynie broni, to powstańcy z Żoliborza zostali po zęby uzbrojeni, ale było już za późno). 

Tak sobie chwilkę rozmawialiśmy i Baczyński w pewnym momencie mówi: Jak tak dalej pójdzie, to powstania nie skończymy i w cholerę rozwalą nam całe miasto. Zdawał sobie sprawę z bezsensu nierównej walki. Zapytałam, jak dostać się na Mazowiecką, bo nie wiem, co z matką, boję się o nią. Baczyński na to: Też chciałbym wiedzieć, jak się tam dostać. Ale to raczej niemożliwe, bo cały plac wokół pałacu Brühlla obstawiony jest niemieckim wojskiem, z drugiej strony jest Pasta (jeszcze nie została zdobyta). Kiedy zaczęłam mówić, że albo nasze dowództwo nie ma rozeznania jak dużo jest niemieckiego wojska albo nie chce mieć, Baczyński uciął rozmowę: Nie mówmy na ten temat, to sprawa dowództwa. Byłam bardzo zmęczona, marzyłam, żeby chociaż godzinkę się przespać, więc poprosiłam całą trójkę: Pomóżcie, to prosta robota, ja bym na podłodze się przespała, dosłownie 15 minut, to by mi wystarczyło. Na co oni, że z przyjemnością. No więc ja natychmiast skuliłam się i zasnęłam jak kamień. Nie wiem jak długo spałam. Obudzili mnie, kiedy prawie wszystko wydrukowali.  

Następnego dnia, 4 sierpnia, rozmawiam z kucharzem Koperskim, który z resztek żywności w magazynach gotował zupę dla powstańców i narzekał, że oddałam klucze do Ratusza, gdzie było więcej jedzenia, bo można by wyżywić więcej ludzi. I w pewnym momencie widzę przechodzących korytarzem tych samych trzech mężczyzn, w tym Baczyńskiego. Koperski krzyknął do nich: Panowie, tylko uwaga na okno, bo snajper zabił już tutaj dwie osoby. Dosłownie za chwilę widzę ich siedzących na parapecie, nie wiem, czy okno było otwarte, czy sami otworzyli. Ledwo ich zobaczyłam, a już słyszę krzyk, widzę, jak Baczyński pada. Stało się tak, jak mówił Koperski - snajper strzelił z dachu z naprzeciwka. Pobiegłam. Baczyński leżał na czerwonym dywanie, po lewej stronie głowy miał dziurę, nawet krew specjalnie nie leciała. Miał na sobie szaro - brązową marynarkę, zielone z sukna spodnie i buty z cholewami. Natychmiast przybiegł lekarz, siostry, ale nic nie dało się zrobić.

Nosiłyśmy z koleżankami rannych do szpitala. Byłyśmy tak głodne, że za którymś razem zaproponowałam, żebyśmy wpadły coś zjeść do państwa Koperskich na Senatorską. Pani Koperska nalała do słoika zupę dla pani Stefanii, zakręcała wieczko i w tym momencie, pamiętam to bardzo dokładnie, usłyszałam „alles raus”. Byliśmy wtedy w piwnicy. Niektórzy nie chcieli wyjść, ale tłumaczyłam, że trzeba wyjść, bo na pewno wrzucą tu granat. Kazano ustawić się nam pod ścianą, rzędem, z rękami do góry. Niemcy stali za nami, repetowali broń. Byłam przekonana, że za chwilę nas rozstrzelają. Rzucili w dom zapalające pociski, więc cały budynek natychmiast ogarnęły płomienie. Musieliśmy odsuwać się od ściany, bo żar płomieni był tak mocny, że nie dało się wytrzymać…

Muszę pani powiedzieć, że na filmie „Powstanie Warszawskie” jest jeden taki moment, kiedy Niemcy podpalają budynek i słychać ten sam przerażający krzyk ludzi, którzy zostali wewnątrz. To był potworny ryk, przypominający ryk rannego zwierzęcia. Kiedy usłyszałam ten ryk w filmie, zamarłam…Jak usłyszałam te straszne głosy, to tak jakbym obudziła się znowu w powstaniu, to było coś wstrząsającego... 

Kiedy stałam tak z rękami do góry, pod płonącym domem, bardzo się bałam. Tak bardzo, że dostałem drgawek całego ciała. Po chwili, nagle, uspokoiłam się. Popatrzyłam w górę, a niebo było tego dnia takie cudownie niebieskie, bez jednej chmurki. Pomyślałam: Boże, szkoda, że takiego nieba już nigdy nie zobaczę. I w tym momencie przeleciał mi przez głowę film, to jest coś, czego się nie da zapomnieć, właśnie tego filmu. Klatka po klatce. Skończył się na ostatnim koncercie w Teatrze Polskim. Zobaczyłam jeszcze raz wszystko to, co pięknego przeżyłam. Chwile, gdy miałam może trzy latka, kiedy wujek brał mnie do ogrodu, częstował chlebem maczanym w oleju lnianym. Całe życie szukam takiego oleju. Miał tak cudowny zapach, że ślinka ciekła. Następna klatka: Siedzę na kołysce, w której leży mój mały braciszek, kołyszę się i lecę na dół… 

Potem kazano nam odwrócić się i uformować czwórki, tłumaczyłam z niemieckiego, co należy robić. Ludzie przepychali się, bo chcieli stać obok swoich, ale robili to błyskawicznie. Niemcy, idąc po kolei od pierwszej czwórki, wyciągali mężczyzn i ustawiali po lewej stronie. Pana Koperskiego również. Potem dowiedziałam się, że wywieziono ich do Niemiec. Kobiety i dzieci, kolumnami, pędzono Wolską. Szłyśmy razem z panią Koperską i jej dwójką dzieci pod płonącymi domami, z których spadały palące się kawałki, tu i tam buchały płomienie, więc zakładałam fartuch na głowę. Niektóre domy były już całkowicie spalone. 

Już na końcu Wolskiej zapytałam panią Koperską: Czy pamięta pani, żeby była tu fabryka zabawek? Ona zdziwiona pyta: O co ci chodzi? Mówię: No niech pani popatrzy, ile tu spalonych zabawek, całe stosy. Popatrzyła na mnie jak na wariatkę: Dziecko, przecież to są spaleni ludzie. Po raz pierwszy widziałam spalonych ludzi. Widać było na przykład, że to mężczyzna, bo ubrany w garnitur, koloru już nie da się określić, wszystko szare, ale faktura materiału widoczna. Pozostał malutki człowieczek…Dalej widzę zwęglone ciało, a obok wystaje cała ręka, niespalona. Przestałam patrzeć, bo zrobiło mi się słabo, niedobrze. Wiele rzeczy strasznych widziałam, ale ten widok to było coś nieprawdopodobnego. Szaniec usypany ze spalonych ciał, które wyglądały jak zwęglone zabawki. 

Pędzono nas do Pruszkowa. To była masa ludzka, która ciągnęła się kilometrami. Zrobiono na chwilę przystanek w kościele na Woli, gdzie opatrzyłam sobie ranę na kolanie, napiliśmy się po łyku wody i kiedy padła komenda „idziemy”, musieliśmy się poderwać i maszerować dalej. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że podjeżdżają duże ciężarowe samochody, z których spuszczano klapę i po niej wpędzano ludzi. Wiadomo było, że ich wywożą, tylko nie wiadomo było dokąd. My szłyśmy pod koniec kolumny. Z lewej strony rosło wysokie żyto, a troszkę dalej znajdowała się prostopadła ulica, przy której okoliczne kobiety, z założonymi rękami, przyglądały się temu potokowi ludzi, było ich może dwadzieścia kilka. Niemcy w ogóle na nie nie reagowali. Miałam na sobie tylko fartuch sanitarny i majtki. Panowała wtedy okropna wszawica, ubraniowa, pierwszy raz w życiu widziałam coś tak obrzydliwego. Myślałam, że wszy giną w wodzie, ale gdzie tam. Dlatego jeszcze jak nosiłyśmy rannych, zdjęłam ubranie i włożyłam fartuch sanitarny. A tak na marginesie - na  filmach pokazują, że czterech ludzi niesie jednego rannego. A myśmy we dwie nosiły. Raz snajper strzelił prosto w człowieka na noszach, przestrzelił mu kręgosłup, on zmarł, a myśmy leżały koło niego i udawały zabite.

W tej kolumnie pilnowali nas żołnierze, tacy z blachami, z Wermachtu, ale byli również Ukraińcy, którzy zaciągali się do niemieckiego wojska. I w pewnym momencie doskoczył do mnie Ukrainiec i zabrał mi zegarek. To była jedyna rzecz, jaką miałam. Kiedy zbliżył się do nas żołnierz „z blachą”, mówię do niego po niemiecku: Proszę pana, miałam zegarek, ale zabrał mi go Ukrainiec, czy mógłby pan mu odebrać? I pokazałam, który Ukrainiec to zrobił. Niemiec przyprowadził go i kazał oddać mi zegarek, natychmiast. Ten łypnął na mnie okiem i oddał. Podziękowałam Niemcowi i szybko wtopiłyśmy się w tłum. Pani  Koperska strasznie panikowała: Pani Halusiu, po co pani to zrobiła, on nas zabije, my nie dojdziemy. Na co ja miałam radę: Trzymamy się cały czas tego Niemca, nigdzie się nie oddalamy. I w  pewnym  momencie zobaczyłam te kobiety, to zboże, ten samochód z opuszczoną klapą. Podeszłam do owego Niemca i mówię: mam do pana jeszcze jedną prośbę, wielką. Chcemy się załatwić, niech pan pozwoli zrobić nam to nie na oczach całego tłumu, tylko odejść dalej z dziećmi. Popatrzył na mnie i mówi: proszę iść. On doskonale wiedział, że chcemy uciec. Kiedy doszłyśmy do ulicy, na której stały owe kobiety, jedna z nich powiedziała: Proszę iść spokojnie za nami, wolno, nie oglądać się. A pani Koperska od nowa w płacz. W końcu jedna z kobiet krzyknęła: niechże się pani uspokoi, bo dobrze zrobiła ta panienka, czyli ja. No i ona wreszcie zamilkła. 

Zorientowałam się, że jesteśmy we Włochach. Kobieta, która kazała nam iść za nią przyprowadziła nas do swojego mieszkania. Ja zostałam w pokoju z kuchnią wynajmowanym przez ową panią (Perełkę) i jej siostrę (Zosię), a pani Koperska z dziećmi u gospodarzy, bo oni mieli duże mieszkanie. Mąż Perełki był w powstaniu i ona chciała do niego się dostać. Postanowiłyśmy, że pójdziemy obie, a pani Koperska zamieszka wtedy z jej siostrą. I ledwośmy się zainstalowały, coś  zjadły (one normalnie gotowały), a tu jakaś kawalkada wozów wjeżdża na plac. Kto? Ukraińcy. Zamarłyśmy. To, co oni wyprawiali na tym placu, to się w głowie nie mieści. W dzień jechali na akcje, a po południu wracali na kwaterunek, czyli na plac przed naszymi oknami. Pomyślałam: Z deszczu pod rynnę. Zjeżdżali z całymi walizami pokradzionych rzeczy.

Jeszcze chcę pani powiedzieć, że zanim zobaczyłam ten szaniec spalonych ludzkich ciał, to widziałam na trasie pełno porzuconych waliz. Widocznie ludzie przygotowali się na to, że opuszczą domy i pakowali co najcenniejsze, ale potem nie mieli siły tego nieść, więc rzucali cały ten bagaż. Mało tego - na wierzchu leżały pieniądze i nikt się nie schylał, wszyscy szli obojętnie, jedni płacząc, utykając, inni w milczeniu.

Ukraińcy otwierali te – jak oni to mówili – czemadany, przebierali się, na przykład w piękne damskie nocne koszule, szlafroki, peniuary. Jak dorwali kurę, to rozpalali ognisko, przebijali jeszcze żywą i nad ogniem, w tych piórach, piekli. Zachowywali się jak dzicz. A my z okien to wszystko widzieliśmy. Wychodziliśmy na dwór wtedy, kiedy oni wyjeżdżali na akcję do Warszawy. Któregoś wieczoru przyszedł do nas ukraiński oficer Wermachtu z informacją, że jeśli w nocy któryś z jego podwładnych by nas napadł, trzeba głośno krzyczeć, to wtedy on na pewno ucieknie, bo wszyscy żołnierze wiedzą, że za coś takiego grozi rozstrzelanie. 

Zosia błagała, żebyśmy nie odchodziły do powstania, bo ona boi się zostać sama. Miałyśmy mimo wszystko pójść, ja już nawet wybrałam się do kościoła po coś cieplejszego do ubrania, bo zaczynało być zimno. W noc poprzedzającą nasze wyjście, napadli  na nas Ukraińcy. Zosię zgwałcili, jeden zaczął dobierać się do Perełki, a na mnie mówi: eta rebionok, czyli dziecko. Na co inny: kak rebionok! I dawaj dobierać się do mnie. A ja wtedy niewiele myśląc otworzyłam okno i zaczęłam strasznie krzyczeć, nie wiem, jak można tyle krzyku z siebie wydobyć. I napastnicy wybiegli. Następnego dnia przyszedł oficer z prośbą, żebyśmy przyszły wieczorem na plac i rozpoznały gwałcicieli, wtedy on ich rozstrzela.  

Stwierdziłyśmy, że tego nie zrobimy. Bałyśmy się, że koledzy rozstrzelanych się zemszczą. Wieczorem oficer znów do nas przyszedł i pyta, dlaczego myśmy nie przyszły. Wytłumaczyłam, że zgwałcona Zosia jest w  szoku, że nie może zostać sama, że musi być otoczona opieką lekarską. Od tej pory zaczął przychodzić do nas na herbatę. Jak zorientowałam się, że on zaczyna mnie adorować, to powiedziałam do Perełki: Chcę, czy nie, ale muszę stąd uciekać. Postanowiłam pojechać pociągiem do mojego rodzinnego domu w Przedborzu. Ale w Gorzkowicach wygarnęli nas Niemcy do kopania rowów. Nie pracowałam długo, ponieważ otworzyła mi się rana po operacji wyrostka, której poddałam się przed powstaniem, żeby uniknąć wyjazdu do Niemiec, więc mnie zwolniono. 

W Przedborzu dostałam list od mojego serdecznego przyjaciela, z którego dowiedziałam się o śmierci mamy. Uparła się, żeby nie wyjeżdżać z Warszawy. Gotowała dla powstańców, opiekowała się małą dziewczynka, która straciła w powstaniu rodziców. Zginęły razem trzymając się za ręce. Od wybuchu „krowy”, która rąbnęła w Filharmonię, gdy wracały z kościoła. Przyjaciel pochował obie na skwerku przy Sienkiewicza.. Nie odnalazłam jej ciała…

Słyszę często, jak jakaś starsza pani mówi: myśmy szli do powstania trzymając się za ręce i wołając: „wolna Warszawa, wolna Polska”. A ja się zastanawiam, gdzie to mogło być, bo nic takiego nie widziałam. Albo inna pani twierdzi, że gdyby dowództwo zrezygnowało z Powstania, to ono i tak by wybuchło, bo młodzi ludzie byli tak napaleni na walkę. Myślę sobie wtedy, że ta pani nigdy w żadnej konspiracji nie działała, bo gdyby działała, to by wiedziała, że w konspiracji istniało coś takiego, jak rozkaz. Nie można było samemu decydować o czymkolwiek, to było w ogóle nie do pomyślenia.

Uważam, że decyzja dowództwa o wybuchu powstania była ogromnym błędem, bo oznaczała pewną śmierć 20 tysięcy młodzieży. Nie wolno powtarzać, że patriotyzm polega na byciu gotowym na śmierć dla Polski. A dlaczego nie na byciu gotowym na życie dla Polski?
Dopiero okrągły stół postawił na życie dla Polski. Dla mnie to było najważniejsze wydarzenie w naszej powojennej historii, bo nareszcie Polacy zaczęli myśleć o tym, jak żyć dla kraju, a nie jak za kraj umierać. Bo umrzeć łatwo, ale żyć - bardzo trudno. 

Według mnie nasi dowódcy byli kompletnie pozbawieni racjonalnego myślenia. Nie można odmówić im patriotyzmu, bo nie uwierzę, że ot, tak sobie, wysłali ludzi na śmierć. To na pewno byli patrioci, ale bez sensu, bez myślenia, co dalej. Przecież wiedzieliśmy z nasłuchów, nasze dowództwo tym bardziej wiedziało, co robią Churchill, Roosevelt, mieliśmy do nich szalone pretensje, szczególnie do Roosevelta, który był zakochany w Stalinie. Dlaczego generał Andres tak mocno sprzeciwiał się powstaniu? Bo uważał, że nie wystarczy mieć do walki ludzi, trzeba także mieć broń. Co z tego, że mój mąż robił ręcznie te maleńkie filipinki, przecież nimi nie dało się rozwalić czołgów. 

Pierwszego dnia powstania Dawidowski opowiedział mi o planach ataku na wartowników Pałacu Blanka. Zaproponowałam, żeby akcja odbyła się w porze obiadu, kiedy wszyscy Niemcy będą w jednym miejscu: Założymy białe fartuchy, żeby nie wzięli nas za Niemców, rozłożę obrusy na schodach, żeby nasi wiedzieli, gdzie mają iść. Część przejdzie parterem i wyskoczy na wartownię, Niemcy będą zaskoczeni. Plan się powiódł, ani jeden nasz chłopak nie zginął. Ale dowództwo wpadło jeszcze na pomysł, żeby od podwórka spuścić żołnierzy na linach. Proszę pani…To było coś strasznego…Przecież na dachach stali niemieccy snajperzy z ostrą bronią. Strzelali do naszych jak do kaczek, a ci tylko bach…bach na beton, wszyscy zginęli. Łapaliśmy się w tej piwnicy za głowy, płakaliśmy jak bobry. Dlatego mam prawo uważać, że nie tylko nie mieliśmy broni, ale również myślących rozsądnie dowódców.

Tak straszny żal pozostaje po tym zniszczonym cudownym mieście, 200 tysiącach ludzi, którzy zginęli za nic, bez powodu, tylko dlatego, że mieszkali w Warszawie. Jestem absolutnie przekonana, że to, jaką tragedią było powstanie, wiedzą tylko ci, którzy je przeżyli. Bo opowiedzieć się tego nie da…

Artykuł ukazał się w „Zwierciadle” we wrześniu 2014 roku. Halina Żelaska ma dziś 97 lat.

  1. Zwierciadło poleca

Fenomen 63 dni. Powstanie Warszawskie

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Szczyt heroizmu i bohaterstwa czy tragedia i wierzchołek głupoty? Dowód na bezprzykładne umiłowanie wolności czy błąd i zbrodnia na własnym narodzie? Dyskusja o tym, czym było Powstanie Warszawskie, zaczęła się już w jego trakcie. A jej napięcie właśnie sięga zenitu.

31 sierpnia, dokładnie w połowie trwania Powstania Warszawskiego, było już wiadomo, że polskiemu dowództwu nie uda się połączyć walczącej Starówki ze Śródmieściem. Atak na Niemców, mimo że skoordynowany z obu stron, nie powiódł się. Część oddziałów, te najbardziej elitarne, bo składające się z ubranych w niemieckie panterki żołnierzy Kedywu czy Zośki, postanowiła zatem przebijać się inaczej. Nie jak pozostałe formacje kanałami, ale górą, przez Ogród Saski. W praktyce oznaczało to przejście przez pozycje niemieckie z karabinami przewieszonymi przez ramię. Fortel ten uznawany jest dziś za najsprytniejszą akcję powstania. Za logistyczny majstersztyk i dowód na brawurową odwagę żołnierzy AK. Uczestnikiem tej akcji był Stanisław Likiernik pseudonim „Staszek”.

Gdy razem z Emilem Maratem (współautorem wywiadu rzeki z tym żołnierzem Kedywu pt. „Made in Poland”) mówimy mu, że akcja uchodzi za legendarną, że mówi się o niej jak o dowodzie na genialną umiejętność improwizacji w warunkach bojowych, wzrusza tylko ramionami. – Genialna? Była beznadziejna, ale tylko to mogliśmy zrobić – mówi poruszony.

Dziś – przyznali to i inni powstańcy – wiadomo, że aby akcja się udała, trzeba było uciszyć jednego z żołnierzy Kedywu. Na słynnym zdjęciu, zrobionym 2 sierpnia 1944 r., reprodukowanym w wielu opracowaniach Powstania Warszawskiego, stoi on w pierwszym szeregu z chojracko przewieszonym karabinem. Cztery tygodnie później został ciężko ranny i głośno wył z bólu. Nie dałby rady iść. Koledzy musieli go dobić. Zrobili to. – To też waszym zdaniem jest „genialne”? – pyta pan Stanisław.

Utracona szansa Stalina

Powstanie Warszawskie to fenomen. Zgodni co do tego są zwolennicy jego wybuchu, jak i zdeklarowani przeciwnicy. Gdy streszczamy panu Stanisławowi dyskusję publicystyczną, jaka toczy się na ten temat w Polsce i na emigracji od lat, wzrusza ramionami. To mitologizowanie warszawskiego zrywu, rocznicowe celebry, a zwłaszcza zapatrzenie młodych ludzi w powstańcze biografie wywołuje w nim lekką irytację. A już z równowagi wyprowadza go coraz bardziej prężny ruch rekonstruktorów historycznych. Co roku w rocznicę walk hobbyści ci odgrywają sceny ataków i odwrotów na stołecznych ulicach.

– Kiedyś miałem prelekcję dla młodych ludzi w szkole i połowa z nich była poprzebierana w panterki. Organizator nawet mnie zapytał: „Czy to panu nie przeszkadza?”. „Przeszkadza – odpowiedziałem – ale niech tam. Niech sobie noszą”. Primo: to nie jest ten sam kolor, to nie wygląda tak jak tamte panterki. Secundo: kochani, jaki to przebieranie ma sens? Jak mam się przebrać, to wolę od razu za Napoleona, a nie za jakiegoś pętaka z Kedywu takiego jak ja.

Ten „pętak z Kedywu” ma na koncie kilkanaście akcji w podziemiu. Brał udział w likwidacji postrachu Warszawy Karla Schmalza „Panienki”. Władysław Bartoszewski uznał tę akcję za najlepiej przeprowadzoną przez AK w stolicy. W powstaniu przeszedł cały szlak bojowy z Kedywem, a potem Zośką, był wiele razy ranny. W trakcie wspomnianego przechodzenia przez Ogród Saski szedł, krzywiąc się z bólu, bo miał przestrzelone pośladki. – Siadałem „półgębkiem” – kpi z tej rany. Zgadza się jednak, że powstanie to fenomen. Z wielu powodów, przede wszystkim historycznych. W dziejach całej drugiej wojny światowej żadna podziemna armia żadnego z okupowanych krajów nie wpłynęła tak totalnie na rozwój wypadków. Przyznał to nawet marszałek Wasyl Czujkow. Po upadku ZSRR napisał: „Gdyby nie Powstanie Warszawskie, wojnę można było zakończyć pół roku wcześniej, nie w maju 1945 r., ale do grudnia 1944, gdyby nie decyzja Stalina wstrzymująca 1. Front Białoruski w sierpniu 1944 […]. Mogliśmy dojść dalej na zachód, nie do Berlina i nad Łabę, ale aż do Renu”. Te wypowiedziane dopiero w latach 90. słowa potwierdzali również emerytowani dowódcy powstania. Idąc tym tokiem rozumowania, można powiedzieć, że Europa zawdzięcza „szalonym” Polakom to, że Armia Czerwona nie zajęła całych Niemiec i nie przesunęła żelaznej kurtyny bardziej na Zachód. W słowach Czujkowa pobrzmiewa żal za startą z powierzchni ziemi Warszawą i żal czerwonoarmisty. „Mogliśmy mieć więcej!” – mówił marszałek, żałując że Stalin skupił się na upokorzeniu Polski, a nie na podboju Europy.

Golgota i Reduta Ordona

Czy powstanie to jednak fenomen militarny? Pan Stanisław ma co do tego wiele wątpliwości, twierdzi, że tak naprawdę strzelać w powstaniu potrafiło kilkuset profesjonalistów, reszta to były – jego zdaniem – dzieciaki. Tymczasem wśród historyków panuje przekonanie, że pod nosem okupanta do walki przygotowało się prawie 37 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy. Wprawdzie tylko co 25. był uzbrojony w broń ręczną, zaś amunicji starczyło im na dwa, trzy dni, ale po wybuchu walk przyłączyli się do nich cywile. Czyli o tym, że czysto wojskowa akcja stała się insurekcją narodową, zdecydowali bezbronni warszawiacy. „Dopiero kiedy ludność cywilna stanęła do walki, zaczęto tę walkę nazywać Powstaniem Warszawskim” – wspominał w 1973 r. faktyczny dowódca powstania gen. Tadeusz Pełczyński w słynnym wywiadzie z francuskim dziennikarzem Jeanem-François Steinerem. „To leży w psychice polskiej, że o wyzwolenie, o niepodległość naród chce sam walczyć” – mówił. A zatem fenomenem było to, że pół miliona ludzi stanęło do otwartej walki na bardzo małym terenie, zdobywając broń w zasadzie na wrogu.

„Tymi, którzy wystawiają najwyższą ocenę powstaniu, uważając, że była to akcja na najwyższym poziomie, są Niemcy” – mówił były powstaniec Władysław Bartoszewski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2002 r.: „[…] książki niemieckich sztabowców to pieśń ku czci Polaków. Dla nich powstanie to był niepojęty fenomen. 63 dni! Stłumiła je dopiero specjalnie sprowadzona do Warszawy po ośmiu tygodniach elitarna 19. Dywizja Pancerna Wehrmachtu, bo tysiące policjantów, esesmanów, oddziały międzynarodowe nie były w stanie powstania stłumić. Palono dom po domu, wyrzynano mieszkańców, a powstanie trwało”. Ten ostatni tragiczny czynnik również buduje niezwykłość tego zrywu. Ogółem w ciągu 63 dni zginęło ok. 180 tys. ludzi. Niektóre kraje zaangażowane w wojnę nie straciły tylu obywateli w ciągu sześciu lat.

Właśnie ta gigantyczna skala ofiar, ten ogrom zniszczenia: zburzone miasto, zniszczone muzea, kolekcje, wypalone do cna bezcenne księgozbiory, zrównane z ziemią – budowane przez pokolenia – warszawskie domy i pałace budzą chyba największe emocje. To dziś też największa trudność w zrozumieniu fenomenu powstania. Tadeusz Sobolewski zwrócił uwagę na poczucie uczestniczenia w święcie nawet przez uwięzionych w piwnicach cywili. Bo powstanie miało aurę karnawału. Ludzie byli – przynajmniej na początku – w narkotycznej euforii. Czuli się jak główni bohaterowie polskiej historii. „Frajda przeżycia” – jak pisał Białoszewski – to bycie razem, na kupie, w centrum „dziania się” dało warszawiakom pewność, że uczestniczą w najważniejszym momencie dziejowym. To poczucie działa zresztą do dziś. Warszawa w tym kontekście to i Golgota, i Termopile, i święty szaniec, i jedna wielka reduta Ordona w walce ze wszystkimi. I mimo że powstanie zakończyło się klęską – jest drugim, tym razem szalonym i obłędnym, cudem nad Wisłą. Dlaczego? Z tego można się dziś śmiać i wiele osób śmieje się gorzkim śmiechem coraz głośniej, ale powstanie w głębi serc milionów Polaków uratowało coś dla pokoleń najcenniejszego. Lapidarnie ujęła to w powstańczych wspomnieniach Barbara Wyrzykowska, rocznik 1925. Na pytanie, co zyskało jej pokolenie na powstaniu, odpowiedziała: „Honor to rzecz bezcenna”.

Konserwy i koniak

Jeden z najodważniejszych powstańców Jan Więckowski pseudonim „Drogosław”, szef kompanii w batalionie „Zośka”, wyznał w jednym z wywiadów: „[…]w tym skondensowanym idealizmie, jakim było powstanie, wszystko, co materialne, zostało odłożone na bok. Byliśmy odurzeni idealizmem”. I być może właśnie to „odurzenie idealizmem” to klucz do zrozumienia, czym było powstanie dla samych jego uczestników. W bardzo wielu wspomnieniach przebija świadomość, że dni walki były latami świetlnymi w rozwoju emocjonalnym młodziutkich żołnierzy AK. To była inicjacja i przyspieszony kurs dojrzałości. Młodzi ludzie nagle wyszli spod kurateli rodziców i musieli decydować o życiu i śmierci, o losie swoim i tysięcy cywili, o losie miasta w końcu i – w ich poczuciu – o losie „świętej polskiej sprawy”. Jak się to przekładało na emocje? Skutkiem była między innymi eksplozja uczuć.

Halina Degórska „Iga”, łączniczka pułku „Broda 53”, w rozmowie z historykiem Januszem Zawodnym wyznała: „Kiedy byłam ranna, to mojemu dowódcy zebrało się na miłość. Odmówiłam mu – on później zginął, a ja miałam wyrzuty sumienia! Inny chłopiec też zaczął mówić do mnie namiętnie, że mnie chce. Ja byłam ranna. Jakoś nie mogłam tych spraw pogodzić. Mężczyznom było łatwiej emocjonalnie […]”.

Potwierdza to Jerzy Janczewski „Glinka”: „Pod presją walki wybuchła intensywność uczuć. Istniało pewne rozluźnienie norm. Znałem 18-letnią sanitariuszkę, która uważała mnie za bohatera. Alkoholu nie piliśmy, ale jak w nocy znaleźliśmy puste mieszkanie, to się kochaliśmy, oddając się sobie bez opamiętania”. Każdy zresztą pamięta swoje powstanie inaczej. Intensywność uczuć? Tak. Abstynencja? Skąd! Kazimierz Tuleja „Góral”, lekarz z batalionu „Chrobry II”, wspomina moment, gdy na Starówce żołnierze znaleźli skład butelek z alkoholem. Dowódca kazał je potłuc i wylać do rynsztoka. „Kilku chłopców położyło się na ulicy i piło rozlany płyn”. Zresztą o rozluźnieniu norm związanych z piciem wspomina wielu powstańców, pisze o tym historyk Janusz Marszalec w książce o porządku publicznym w powstaniu. Dowództwo widziało problem, alkoholu było sporo, więc okazji do picia i upijania się nie brakowało. Powstaniec i pisarz Jan Kurdwanowski przyznawał zresztą, że większe spożycie nie wynikało tylko z chęci i wolnej woli. W powstaniu po prostu panował głód. Może nie na początku, ale im bliżej kapitulacji, tym większe były kłopoty ze zdobyciem czegokolwiek do jedzenia i picia. „Z kulinarnego punktu widzenia podzieliłbym powstanie na następujące okresy – pisał. – Okres wolski – grochówka i papierosy, okres wczesnostaromiejski – konserwy i koniak [...]”.

Powstańcze wspomnienia to również obraz pękania obyczajowych barier. Bliskość związana z ciągłym przebywaniem obok siebie, ramię w ramię, przy jednoczesnym stałym zagrożeniu śmiercią i kalectwem powodowała przyspieszone emocjonalne dojrzewanie.

Irena Turkowska „Danka”, sanitariuszka, zwróciła na przykład uwagę, że do powstania szła przede wszystkim patriotyczna młodzież z dobrych domów. „Jeden z chłopców prał na kwaterze swoją osobistą bieliznę. Weszłam do pokoju w towarzystwie pchor. »Słonia« – chłopak był tak zażenowany, że przepraszał mnie, całując w rękę – i w zakłopotaniu pocałował w rękę także »Słonia«!”.

Łączniczka Jadwiga Gac wspominała, że oprócz opatrywania rannych brała także udział w wyprawach zaopatrzeniowych po jęczmień z browarów Haberbusch i Schiele na Grzybowskiej. „Nie miałam spodni i martwiłam się w czasie tych przepraw nie o to, że mogę być zabita, ale o to, czy przy przeskakiwaniu przez mur chłopcy nie zobaczą moich majtek”. Po kilku tygodniach frontowego życia razem młodzi zmieniali się nie do poznania. Dobrze to ilustruje wspomnienie łączniczki Bohdany Marii Domańskiej pseudonim „Czarna”. Ewakuując się ze swoim oddziałem z Żoliborza, zdecydowała się wejść do kanałów w samej bieliźnie. Po dramatycznych próbach ominięcia niemieckich pozycji, gdy dowódca zdecydował jednak, że oddział wyjdzie w okolicach Dworca Gdańskiego wprost pod lufy karabinów, ta uprosiła go, że wyjdzie pierwsza. „Dlaczego? – wspominała. – Bo kobieta. To będzie zupełnie co innego, jak pierwsza wyjdzie kobieta”. I wyszła ku zdumieniu Niemców w samym biustonoszu i majtkach!

W powstaniu według oficjalnych statystyk zawarto 256 małżeństw. Dziś trudno to sprawdzić, ale zapewne większość z nich została zawarta spontanicznie. Maria Huber i Kazimierz Piechotka, legendarna skądinąd para, pobrali się 30 sierpnia w kościele Dzieciątka Jezus przy ul. Moniuszki po wyjściu Kazimierza z kanałów. Pani Maria wspominała to bez cienia ironii: „Pojawił się na Bartoszewicza w mundurze esesmańskim, znaczy w panterce. Powiedział : »Słuchaj, to jest jedyny moment, żebyśmy się pobrali, bo ja mam wreszcie całe spodnie«”.

Pretekst, by wykończyć

Jest taka znana anegdota dotycząca spotkania wspomnianego już generała Pełczyńskiego ze znanym pisarzem Stefanem Kisielewskim. Do ich zabawnej rozmowy doszło w 1957 r. w Londynie. „Spotkaliśmy się, a że on był z »dwójki« – oficer wywiadu – to zaczął mnie wywiadowczo traktować” – relacjonował potem Kisiel.
Pełczyński pyta: Czy pan służył w wojsku? Mówię: Służyłem. Pełczyński: A w którym pułku? Mówię: W takim a takim. Pełczyński: A kto to jest Jerzy Turowicz? Mówię: Redaktor »Tygodnika Powszechnego«. Pełczyński: Czy on służył w wojsku? Mówię: O ile wiem, to nie. Pełczyński: A dlaczego nie? Mówię: Nie wiem, dlaczego nie służył. Pełczyński: A Stanisław Stomma służył w wojsku? W końcu mnie to zdenerwowało i mówię: Panie generale, teraz ja chcę panu zadać pytanie. Pełczyński: Proszę bardzo. Więc ja mówię: Fortepian. Smoking. Biblioteka po ojcu. Pełczyński: Co? Mówię: Przepadły mi w Powstaniu Warszawskim 1944 roku i chcę wiedzieć dlaczego. Tadeusz Pełczyński wściekł się, wyzywał mnie od demagogów. Rozstaliśmy się niedobrze. Był to porządny człowiek, ale ewidentnie Warszawę zburzył.
Powyższa rozmowa nie tyle pokazuje kłopot z dogadaniem się wojskowego z cywilem, ile głównie obrazuje trudności interpretacyjne powstania. Widać to również dziś. Powstanie to jeden z niewielu polskich tematów, które rozpalają emocje między przedstawicielami tego samego pokolenia, ale również między pokoleniami.

To, co dla jednych stanowiło szczyt patriotyzmu, dla drugich było odmętami głupoty. To również fenomen chyba na skalę światową. Mało jest w dziejach ostatniej wojny tak zażartych sporów o sensowność inicjowania walk w mieście i trwania w oporze za cenę życia setek tysięcy ludzi. Dyskusja o sensowność wojny w Warszawie zaczęła się… zanim wybuchły walki.

Stanisław Likiernik wspomina, że w przeddzień wybuchu powstania usiadł na dachu kamienicy ze swoim przyjacielem Romanem Bratnym. Rozmawiali o powodzeniu akcji. Bratny wyśmiał entuzjazm „Staszka”: „Ruscy nawołują do walki z Niemcami – miał mu powiedzieć – a kiedy już zaczniemy, zatrzymają się i pozwolą Niemcom nas wykończyć”. Miał rację, jak się okazało. I dlatego pan Stanisław jest dziś wielkim przeciwnikiem powstania. Ale na przeciwległej szali jego krytycznego zdania umieścić można tak samo uprawniony, choć inny sąd.

Matka Antoniego Szczęsnego Godlewskiego, legendarnego Antka Rozpylacza, tak wiele lat po wojnie wspominała pogrzeb syna: „Koledzy nieśli go na ramionach, szłam obok, ludzie płakali, a ja nie potrafiłam. Nie płakałam, bo ja w sercu czułam dumę… Tak, byłam dumna z mojego syna”. Obok dumy z powstania istnieje również świadomość fatalnej klęski i wyboru samobójstwa jako opcji politycznej.

Sowieckie świństwo

Co ciekawe, świadomość fatalnej sytuacji, w jakiej się znaleźli, mieli również dowódcy powstania, uczestnicy słynnych narad na najwyższym szczeblu AK tuż przed ogłoszeniem godziny W w lipcu 1944 r. „Niemcy nas zmiażdżą” – uczciwie przyznał wtedy gen. Pełczyński pytany, co się stanie, jeśli Sowieci wstrzymają swoje natarcie na Warszawę na początku sierpnia. Znając przebieg tych rozmów, a także ich ostateczne konsekwencje, gen. Władysław Anders w znanej rozmowie z Januszem Zawodnym eksplodował: „Jestem na kolanach przed powstaniem, ale to było nieszczęście”. Gdzie indziej dodał nawet, że dowódcy powstania za swoją lekkomyślność powinni trafić pod sąd. Z kolei Adam Ciołkosz, członek Rady Narodowej w Londynie, uważał, że decyzja o wybuchu powstania była „naturalna i poprawna”. „Kosztowało strasznie dużo, setki tysięcy poległych, zrównanie z ziemią całej Warszawy, ale to było konieczne” – powiedział Zawodnemu. Podobnie premier Stanisław Mikołajczyk. Choć w wielu wywiadach odżegnywał się od odpowiedzialności za rozpoczęcie walk, przyznał, że „powstanie było nie do uniknięcia”. Chyba najdobitniej wytłumaczył to we wspomnianej rozmowie gen. Pełczyński. Po klęsce powstania przyznał, że ono osiągnęło swój cel. Ten cel to było światło, które trzeba było zapalić przy wejściu do czarnego tunelu, jakim była komunistyczna okupacja. „Dramatem Polski jest, że Polacy muszą umierać, żeby Polska mogła żyć” – mówił i w zasadzie zgadzał się z nim cały polski emigracyjny Londyn.

Zgadzał się, ponieważ generał zrzucił odpowiedzialność za zniszczenie Warszawy jako centrum polskości na Sowietów. „Stalin był policjantem, a nie politykiem, i miał zamiar zniszczyć AK” – powiedział Steinerowi. I dodał, że powstanie musiało wybuchnąć, bo „[…]gdyby Rosjanie zajęli Warszawę i nas wytaszczyli do Irkucka, i głosili, że byliśmy tchórzami, bo nie zaczęliśmy walki – to byłaby dla nas i dla Armii Krajowej klęska sięgająca w historię […]. Sowieci nigdy się nie wyplączą aż do momentu, kiedy padną na kolana i powiedzą: zrobiliśmy Warszawie świństwo”.

A jednak nie wszyscy dziś zgadzają się z dowódcą powstania. Już wcześniej polemizowali z nim publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz i historyk Władysław Pobóg-Malinowski. Ich argumenty powtarzane są dziś jak mantra przez przeciwników zrywu. A tych, za sprawą książki „Obłęd ’44” Piotra Zychowicza, jakby przybywa. Ich guru, nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz, krytycznie oceniał w zasadzie każdy aspekt powstania. Przede wszystkim oskarżał dowódców. „[…] kto tak naprawdę dowodził powstaniem. Bór-Komorowski modlił się. Okulicki, jak twierdzą świadkowie, głównie pił, a w polu teoretycznie dowodził Chruściel, który nie miał mocy wykonawczej. Ale Chruściel nie chciał się poddać, chciał do końca walczyć. I przez ten bałagan zginęło ponad sto tysięcy ludzi” – mówił w rozmowie z Rafałem Jabłońskim dla „Rzeczpospolitej”.

Jego zdaniem polityczna głupota, fałszywe ambicje i rachuby, a także mały format dowódców sprawiły, że powstanie należy oceniać jako zbrodnię na własnym narodzie. Zbrodnię przy jednoczesnym osobistym tchórzostwie. „Znana jest historia jednego z dowódców oddziałów, któremu „Monter”, Antoni Chruściel, zarzucił tchórzostwo. Gdy potem przyniesiono go z rozpłatanym brzuchem, spytał: „Kto tu jest tchórzem, panie pułkowniku?”. I to jest pytanie, które trzeba by zadać Chruścielowi, Pełczyńskiemu i Okulickiemu. Nie zginął żaden ze sztabowych oficerów w myśl koncepcji, że walką dowodzi się z tyłów”.

Wieczorkiewicz wytoczył na koniec działo najcięższego kalibru. Powstanie było klęską, wszyscy uczestnicy mieli po niej gigantycznego moralnego kaca i dlatego „sztuką stało się przekucie klęski w legendę. Bo jeśli jest klęska, to jedyną korzyścią, jaką można z niej mieć, staje się legenda”. A obok legendy używane bardzo często jako argument za sensownością powstania – moralne zwycięstwo.

Dziś na młodym pokoleniu takie argumenty nie robią wrażenia. Jest tak jak na spotkaniu w jednym z  warszawskich liceów. Gdy prelegent cytował słynne słowa Stalina, które ten skierował 3 sierpnia 1944 r. do premiera Stanisława Mikołajczyka: „Cóż to jest ta wasza Armia Krajowa? Co to za armia bez artylerii, bez czołgów, bez lotnictwa? Nawet broni ręcznej nie ma dosyć […]” – uczniowie spontanicznie odpowiedzieli i Stalinowi, i prelegentowi, śpiewając hymn Parasola: „[…] choć na »tygrysy« mają visy, bo warszawiaki fajne chłopaki są, tarara!”.

Błogosławię, bo nas zamordujesz

Ten zdumiewający kult powstania dostrzega również dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Jan Ołdakowski: „Myśmy ten spór o polską pamięć wygrali. Z opowieści o Armii Krajowej i powstaniu wyrosła samoświadomość kolejnego pokolenia, które teraz nie może się od historii oderwać” – powiedział w jednym z wywiadów. Wtórował mu Dariusz Gawin, jego zastępca. On z kolei zwrócił uwagę, że komunistyczne kłamstwa o powstaniu oraz zatajanie prawdy o Katyniu były kłamstwami założycielskimi Polski Ludowej, czymś w rodzaju kamieni węgielnych nowego systemu. Ten fałsz był nie do zniesienia. Umiłowanie wolności u Polaków jest tak samo duże jak umiłowanie prawdy.

Dziś PRL to myślowy skansen. Młode pokolenie powstańców co najmniej szanuje. Władysław Bartoszewski z kolei uważa, że powstanie było punktem odniesienia dla wszystkich powojennych pokoleń. Jego zdaniem „syndrom powstania powstrzymał społeczeństwo od skrajnych form działania w latach zrywów 1956, 1970 i 1980 roku”. Dzięki hekatombie 63 dni Polacy nie byli już tak hojni w rozlewaniu krwi w walce o wolność. Z tego chyba najbardziej cieszy się Stanisław Likiernik.

– Co wy ciągle z tym fenomenem? – wypala w końcu. – Fenomenalne to były jedynie konkretne momenty. I opowiada. Tak samo jak opowiadał Romanowi Bratnemu 60 lat temu. Wtedy jego wspomnienia złożyły się na przeżycia głównego bohatera powieści „Kolumbowie. Rocznik 20”. Pan Stanisław jest prototypem tej postaci, zresztą razem z nieżyjącym już Krzysztofem Sobieszczańskim, który nosił pseudonim „Kolumb”. Czy zatem to, co dziś twierdzi pan Stanisław, jest głosem legendarnego pokolenia Kolumbów?

– To są tylko moje słowa tak jak rana w moim tyłku! – mówi.

2 września 1944 r. Starówka była już opanowana przez nieprzyjaciela. Niemcy kazali wyjść wszystkim pacjentom szpitala Pod Krzywą Latarnią, którzy mogli to zrobić o własnych siłach. Z piwnic wyszło 20 osób, resztę Niemcy podpalili. A potem chcieli rozstrzelać tych, którzy byli już na powierzchni. Gdy niemiecki oficer wyciągnął broń, leżący na noszach ranny żołnierz Kedywu Olgierd Cemerski „Remec” pobłogosławił go znakiem krzyża. Niemca zamurowało. Stanął jak wryty i krzyknął: „Co pan robi!?”.

Stanisław Likiernik opowiada to, co jemu z kolei opowiedział kolega z oddziału: – Remec powiedział: „Jestem księdzem. Wiem, że nas rozstrzelacie, ale was błogosławię i przebaczam z góry...”. Ten genialny podstęp uratował całą grupę. Nawet hitlerowski oficer był pod wrażeniem odwagi i miłosierdzia polskiego kapłana. Ewakuowano ich po tej scenie do szpitala na Woli. I wiecie, co tu jest mądre i głupie, śmieszne i tragiczne? Że Remec ani nie był księdzem, ani nawet nie był wierzący.

Artykuł ukazał się w „Zwierciadle” we wrześniu 2014 roku. Stanisław Bolesław Likiernik (ps. „Staszek”, „Stach”), podpułkownik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik powstania warszawskiego, politolog, zmarł 17 kwietnia 2018 w Wersalu.