1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak osiągnąć cel? Zmierz się z nawykami!

Jak osiągnąć cel? Zmierz się z nawykami!

Wykształcenie sprawdzonych nawyków jest znacznie skuteczniejszą drogą do celu, niż ciągłe wystawianie swojej siły woli na próby. (Ilustracja Getty Images)
Wykształcenie sprawdzonych nawyków jest znacznie skuteczniejszą drogą do celu, niż ciągłe wystawianie swojej siły woli na próby. (Ilustracja Getty Images)
Chcesz realizować marzenia i osiągać zamierzone cele? Uwierz w moc wewnętrznej dyscypliny. Jeśli pozbędziesz się stereotypowych skojarzeń, zmodyfikujesz stare nawyki i wprowadzisz kilka nowych – słowo „niemożliwe” zniknie z twojego słownika.

Marzenie i dyscyplina wydają się od siebie bardzo odległe. No bo co mają ze sobą wspólnego bujanie w obłokach i wojskowy rygor? Nic, dopóki nie postanowisz, że przestajesz marzyć, a zaczynasz spełniać marzenia. Wtedy szybko dostrzeżesz, że jedno bez drugiego nie jest możliwe.

– Dyscyplina często źle nam się kojarzy: z więzieniem, ograniczeniem, nudną powtarzalnością, a przecież dziś chcemy ciągłych zmian i rozrywek – mówi dr Rafał Albiński, psycholog poznawczy z USWPS specjalizujący się m.in. w zagadnieniach związanych z zarządzaniem czasem i zwlekaniem. – Ale to właśnie ona pozwala realizować długoterminowe cele. Podnosi poczucie własnej wartości i sprawstwa. Dzięki niej czujemy, że mamy kontrolę nad własnym życiem. A co za tym idzie, jesteśmy szczęśliwsi.

Walka o marzenie

W 2013 roku po czwartej nieudanej próbie 64-letnia Amerykanka Diana Nyad ponownie stanęła na przystani w Hawanie, szykując się do pokonania wpław 177 kilometrów dzielących Kubę od Florydy. Chociaż współpracujący z nią lekarze i trenerzy twierdzili, że nie może jej się udać, Diana zdecydowała się jeszcze raz zawalczyć o realizację swojego marzenia. Diana 38 godzin po starcie dostrzegła światło na Key West. Wiedziała więc, że przed nią jeszcze 15 godzin w wodzie. „Dla większości pływaków byłoby to dużo, ale nie macie pojęcia, ile 15-godzinnych treningów mam za sobą” – mówiła Nyad na konferencji TED zatytułowanej „Nigdy, przenigdy się nie poddawaj”.

Słuchając jej, trudno nie uwierzyć, jak bardzo marzenia oraz dyscyplina łączą się w całość. Diana opowiada o śpiewaniu w myślach 1000 razy „Imagine” Johna Lennona – co, jak już wielokrotnie sprawdziła, trwa 9 godzin i 45 minut; o halucynacjach – na środku oceanu widziała Tadż Mahal; o masce, która poza tym, że chroniła przed meduzami, raniła wnętrze jej ust, i o wielogodzinnych ćwiczeniach.

Podążanie za marzeniami wcale nie oznacza robienia tego, na co się ma w danej chwili ochotę. Gdybyśmy nie poznali tej historii z jej wszystkimi bolesnymi szczegółami, pewnie mówilibyśmy, że „64-latka miała odwagę”, „wiedziała, czego chce i potrafiła przekonać do tego innych”. Jesteśmy świetni w znajdowaniu przyczyn sukcesu wszędzie, tylko nie w żelaznej dyscyplinie. A gdy nie chce nam się iść na trening czy na stole pojawia się kusząca babeczka, niwecząca naszą kilkutygodniową dietę, potrafimy wytoczyć naprawdę ciężkie działo w stylu: „Jeśli się do tego zmuszam, znaczy, że to nie jest w zgodzie ze mną”.

– Nikt nie kwestionuje tego, że warto żyć w zgodzie ze sobą, tylko zależy, jak to rozumiemy – tłumaczy dr Rafał Albiński. – Czy chodzi o pozwolenie: „Możesz stać tam, gdzie jesteś i nic nie robić, bo tak jest przyjemniej i łatwiej” czy o zachętę: „Osiągaj swoje cele”. Spełniając marzenia, też przecież się realizujemy. Jednak bez kiwnięcia palcem czy poświęcenia czegoś, to się nie uda. Odwiecznym ludzkim pragnieniem jest dochodzenie do wszystkiego bez wysiłku, dlatego szukamy wymówek, by nie podejmować działania. „Życie w zgodzie ze sobą” może być jedną z nich.

Warto uwierzyć w moc dyscypliny, zaakceptować fakt, że bez niej nie da się osiągnąć ważnych celów. Jeśli trudno ci to przełknąć, pomyśl, że utrzymywanie dyscypliny nie musi być takie trudne. Trzeba tylko znaleźć jej sprzymierzeńców, czyli odpowiednie nawyki. Wykształcenie sprawdzonych nawyków jest znacznie skuteczniejszą drogą do celu, niż ciągłe wystawianie swojej siły woli na próby i bezustanne zadawanie sobie pytań: „Czy będzie dla mnie lepiej, jak to zrobię czy jak tego nie zrobię?”. Naukowcy odkryli, że siła woli nie jest niewyczerpana. Porównali ją do mięśnia, który może się zmęczyć, więc należy go trenować z rozsądkiem.

Zabawa z nawykami

Płyną dwie młode rybki i spotykają starszą rybę, która podąża w odwrotnym kierunku i pyta: „Cześć, chłopaki, jaka woda?”. Rybki płyną dalej. Po chwili jedna mówi do drugiej: „Co to, do diabła, jest woda?”. Charles Duhigg przytacza ten żart w książce „Siła nawyku”, by pokazać, że często nawet nie zdajemy sobie sprawy z istnienia nawyków. Wypełniają nasze życie, bo mózg bezwzględnie dąży do przekształcenia w nie każdą rutynową czynność. Dzięki temu nie musimy za każdym razem zastanawiać się, jak zrobić kanapkę, prowadzić samochód czy wziąć prysznic, i możemy skoncentrować się na ważniejszych sprawach.

Załóżmy więc, że twoim marzeniem jest schudnięcie. Jeśli od rana do wieczora walczysz ze sobą: rezygnujesz z obfitego śniadania, zmuszasz się do ćwiczeń na siłowni czy powrotu pieszo z pracy, prawdopodobnie wkrótce porzucisz swój plan. Lepiej wypracować jeden silny nawyk, np. biegania po powrocie z pracy. Na początku będzie trudno, ale jeśli wytrwasz w dyscyplinie, po miesiącu niemal automatycznie przebierzesz się w dres, nie wystawiając na próbę swojej silnej woli – warto ją zachować na wypadek niespodzianki, np. koleżanki, która wpadnie z pączkami.

Łatwo powiedzieć, ale jak dotrwać do końca tego pierwszego miesiąca? Każdy z nas chętnie poznałby tajemną formułę. „Problem polega jednak na tym, że nie istnieje jedna formuła zmiany nawyków. Istnieją ich tysiące” – pisze Charles Duhigg. Żeby znaleźć tę dla siebie, trzeba poznać dwa fakty o nawykach.

Po pierwsze, cykl utrwalania nawyku zawsze jest taki sam: wskazówka – działanie – nagroda. Po drugie, możesz tworzyć nowe nawyki, ale nie zlikwidujesz starych. Jesteś w stanie jedynie zamieniać je na inne, lepsze dla ciebie, pozostawiając starą wskazówkę i starą nagrodę. W tym celu musisz zidentyfikować wskazówkę, czyli odkryć, dlaczego mózg wysyła sygnał „zjedz coś słodkiego”. Dobrą metodą jest zapisywanie, kiedy sięgasz po słodycze, w jakich okolicznościach, w czyim towarzystwie, co czujesz i co się wydarzyło kilka minut wcześniej. Szybko wyłoni się schemat, np. że zawsze jesz cukierka lub kawałek czekolady po zebraniu z szefem. Wtedy czas się dowiedzieć, co ci to daje, czyli jaka jest nagroda. Duhigg radzi szukać jej, eksperymentując: po pojawieniu się wskazówki, spróbuj zrobić coś innego niż zwykle, np. po zebraniu zjedz jabłko. Jeśli po 15 minutach nadal masz ochotę na słodycze, szukaj dalej. Po wyjściu z zebrania, zanim wróciłaś do obowiązków, pożartowałaś z kolegą i poczułaś się zrelaksowana, a kwadrans później nie chciałaś już jeść czekolady? Bingo! Właśnie odkryłaś swoją nagrodę. Chodziło o obniżenie poziomu stresu. Teraz w miejsce starego nawyku wstawisz nowy, czyli np. po zebraniu z szefem chwilę pożartujesz z kolegami. Tworzenie zupełnie nowego nawyku jest łatwiejsze, bo świadomie sama określasz wskazówkę i nagrodę. Im bardziej precyzyjnie, tym lepiej, np. kiedy zadzwoni budzik, od razu wstanę z łóżka, wyjdę z domu i pół godziny pobiegam, a po powrocie będę mieć pół godziny na czytanie gazety.

Wprowadzając w życie nowe nawyki, krok po kroku zbliżysz się do upragnionego celu. Po drodze z pewnością zdarzą ci się porażki: lekkomyślnie wydasz pieniądze, opuścisz trening, zjesz górę ciastek, ale jak powiedziała Diana Nyad: „Nikt nie przeszedł przez życie bez złamanego serca i niepokoju, ale jeśli ufasz i masz wiarę, że możesz upaść i się podnieść, wierzysz w wytrwałość – wspaniałą ludzką cechę, to znajdziesz drogę”.

Instrukcja obsługi nawyków

Wprowadzając nowy nawyk, nie działaj pochopnie. Zastanów się „Czy to jest to, o co mi chodzi?”, „Czy do tego dążę?”, „Czy to jest dla mnie dobre?”, „Czy to jest dla mnie wykonalne?”. Zadawanie sobie tych pytań dopiero, kiedy pojawi się pokusa, by wybrać bezczynność zamiast działania, rzadko przynosi wartościową odpowiedź.

Szukaj tzw. nawyków kluczowych, czyli takich, które niczym kula śnieżna pociągną za sobą lawinę zmian. Jeśli np. chcesz poprawić swoją kondycję, nawykiem kluczowym może być wstawanie godzinę wcześniej niż zwykle. Dzięki temu znajdzie się czas na ćwiczenia i przygotowanie zdrowego posiłku do pracy. To z kolei pomoże ci zerwać ze śmieciowym jedzeniem.

Jeśli kusi cię, żeby sobie odpuścić i np. zrobić przerwę w ćwiczeniach, zadaj sobie pytanie: „Czy rzeczywiście potrzebuję dnia odpoczynku od treningu, żeby zregenerować organizm, czy tylko mam ochotę na ten odpoczynek?”. – Jest też teoria, która mówi, że w takich chwilach trzeba wybierać to, czego najbardziej nam się nie chce – tłumaczy dr Rafał Albiński.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Sylwia Wilkos - obywatelka świata

Sylwia Wilkos: W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom. (Fot. Weronika Ławniczak)
Sylwia Wilkos: W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom. (Fot. Weronika Ławniczak)
Wyjechała do Los Angeles z powodu polskiego filmu, a rozkręca amerykańskie produkcje inspirowane tamtejszymi autorami i bohaterami. Weszła w świat, którym rządzą wielkie pieniądze i mężczyźni. Bez kompleksów, na swoich zasadach. Dziewczyna z Biłgoraja, producentka i scenarzystka, Sylwia Wilkos.

Mieszkasz od czterech lat w LA, mieście, które jawi się nam jako raj na Ziemi. Bo ocean, słońce, ciepło. Jesteś w raju?
Rzeczywiście mamy tu wiecznie niebieskie niebo, rześkość oceanu, ciepło. Mało jest miejsc na Ziemi, które zawierają jednocześnie tak mocne energie. Nie bez powodu wiele globalnych projektów zmieniających świat powstaje właśnie tu. Można powiedzieć, że Kalifornia generuje energię latania, bo człowiek ma poczucie, że cały czas fruwa. Ale można zafruwać się na śmierć.

Co cię przed tym „zafruwaniem się” uratowało?
To, że jestem z Polski i dzielę sobie świat pomiędzy tu i tam. Według Tybetańczyków człowiek osiąga swój największy potencjał w miejscu, w którym się urodził. A ja urodziłam się w Polsce – w kraju cierpienia, nostalgii, gdzie jednak łatwo się zakorzenić. Natomiast tu żyje się trochę w odrealnieniu, co jest trudne na dłuższą metę. Kiedy czekałam na zieloną kartę i nie mogłam wyjechać stąd przez siedem miesięcy, to każdy kolejny dzień był już dla mnie udręką.

Za czym wtedy tęskniłaś?
Za czterema porami roku, za naturalnymi cyklami przyrody, w których się wychowałam. Dla mnie wiosna to kaczeńce, łąki pełne kwiatów. Lato to wysyp chabrów, bławatków, maków. Potem w Polsce jest przygaszona jesień i hartująca zima. W LA mam cały rok te same palmy, błękit nieba, co wydaje się totalnym rajem, ale jak wychowało się gdzie indziej, w innym rytmie, to brakuje tych cykli przyrody i związanych z nimi zmian. Nie narzekam oczywiście, ale gdy za długo jestem w LA, mam poczucie, że oto pojawia się, jak na EKG, ciągła linia [śmiech]. I podobnie czuję się, gdy za długo jestem w Polsce. Potrzebuję tej drugiej nogi.

Jak to się stało, że tam pracujesz?
Tak naprawdę to było trochę tak, że najpierw chciałam wyjechać do Oksfordu, nawet szukałam tam mieszkania. I w czasie kiedy właśnie byłam w Anglii, odezwał się ktoś z Paramountu w sprawie remake’u „Jacka Stronga”, filmu, który wyprodukowaliśmy w Scorpio Studio w Polsce.

Ameryka cię zawołała?
Na to wygląda. Bo kiedy właśnie postanowiłam coś zmienić, to kosmos powiedział mi: „Okej, ale to nie jest ta zmiana, którą planujesz, pojedziesz do Stanów”. Nigdy nie chciałam mieszkać w Stanach. No, ale dzwonił sam szef produkcji z Paramountu. Najpierw w ogóle nie uwierzyłam, że może chodzić o propozycję współpracy. Taka nasza polska niewiara. Paramount proponował kupno licencji do filmu, ale nas to nie interesowało, zatrzymaliśmy prawa, zostaliśmy współproducentami. Pomyślałam, że będę pracować w Stanach i wracać do Polski. I tak na początku się działo. A potem okazało się, że jak wyjeżdżałam do Polski, to oni zajmowali się innymi projektami. W pewnym momencie podjęłam więc decyzję o kupieniu biletu w jedną stronę. Postanowiłam mieszkać w Stanach dopóty, dopóki nie zrobię filmu. Niestety, kiedy prace były już zaawansowane, Paramount zaczął się borykać z poważnymi problemami.

Masz teraz nowych amerykańskich wspólników. Jak ich do siebie przekonałaś?
Wszystko stało się naturalnie. Mojego wspólnika, Dana Chubę, doświadczonego producenta, poznałam przy okazji pracy z Paramountem. Kiedy okazało się, że wytwórnia ma problemy, Dan zapytał mnie, co robimy z „Jackiem Strongiem”. Odpowiedziałam: wycofujemy. Dan na to, że cokolwiek zrobię, pójdzie ze mną. I od tej pory pracujemy razem. Założyliśmy firmę, która nazywa się Sun Dragon, czyli Słoneczny Smok, w Polsce moja firma to Moon Dragon, czyli mamy dwa smoki [śmiech]. Pracujemy równolegle nad kilkoma projektami. Dawno temu kupiłam prawa do książki Edmunda Wnuka-Lipińskiego „Apostezjon”, wspaniałej trylogii o totalitaryzmie. Mamy już tłumaczenie na angielski, koncepcję projektu oraz partnera amerykańskiego. Z każdej części powstanie serial. Kolejnym pomysłem bliskim realizacji jest serial o Coco Chanel.

Skąd ten pomysł?
Zawsze podziwiałam CC i jako kobietę, i jako markę. Czekałam na filmy o niej, ale denerwowało mnie, że opowiadane są z pozycji mężczyzn, poprzez kolejne romanse Coco. Pomysł filmu o niej przyszedł – znów – naturalnie. Weszłam kiedyś do księgarni w Brentwood i widzę książkę o Coco Chanel: „Pearls, Perfume, and the Little Black Dress”. Dowiedziałam się, że za pół godziny odbędzie się tu spotkanie z autorką, Susan Goldman Rubin. Długo z nią rozmawiałam, spodobało mi się to, co mówiła o CC. Na przykład to, że CC dała kobietom wygodę, a dopiero potem wolność, że wyzwoliła je nie tylko od gorsetów, ale i od męskiego spojrzenia. Kiedy Susan dowiedziała się, że robię filmy, zaproponowała mi prawa do książki. I tak zaczęła się nasza przygoda z CC. Ten projekt to prawdziwy diament, ja chcę go oszlifować i pokazać światu.

Masz na oku też inną mocną kobietę.
Tak, Tamarę Łempicką. Od lat się nią interesowałam, chcieliśmy nakręcić fabułę, ale uznaliśmy z Danem, że tak bogate życie lepiej opowiedzieć w serialu. Skontaktowaliśmy się z prawnuczką Tamary, Marisą, która jest szefową Fundacji Tamary Łempickiej. W sumie mamy, na różnych etapach pracy, osiem projektów, w tym, bliski realizacji, serial o Zbigu Brzezińskim, jednej z najważniejszych postaci amerykańskiej polityki. Zagra go Patrick Wilson, który będzie też współprodukował film.

Jednak najbardziej spektakularny wydaje się projekt według dzieł amerykańskiej ikony literatury, Trumana Capote’a.
Dan zapytał kiedyś, czy byłabym zainteresowana jego twórczością. Nie wiedziałam, czy mam poważnie o tym myśleć, bo Capote to gigant, sądziłam, że jest poza naszym zasięgiem. A potem okazało się, że jego spadkobierca to przyjaciel Dana, Alan Schwartz. Kupiliśmy prawa do 16 opowiadań Capote’a, nakręcimy na ich podstawie dwa sezony serialu, po osiem odcinków każdy. Mamy prawa między innymi do legendarnej „Miriam”, „Dzieci w dniu urodzin” czy „Pięknego dziecka” o Marilyn Monroe.

Czy to nie bezczelność, że Polka chce opowiadać Amerykanom świat jednego z najbardziej amerykańskich pisarzy?
Teraz, jak o tym mówisz, to myślę, że jest to trochę zuchwałe. Ale wszystko przychodzi do mnie przez zupełny przypadek, choć wiem, że nie ma przypadków. Dan mówił wielokrotnie o Capote’em, a ja to puszczałam mimo uszu. Aż w pewnym momencie, trochę z inspiracji amsterdamskiego Netflixa, z którym rozmawialiśmy o zupełnie innym projekcie, ułożyła mi się w głowie cała koncepcja serialu według jego opowiadań. Z drugiej strony Capote, mimo sławy i chwały, całe życie pozostał outsiderem, więc myślę, że fajnie spojrzeć na niego oczami kogoś z zewnątrz.

Jak wpłynęła na ciebie praca w Ameryce?
Dzisiaj z perspektywy czasu widzę, że to najlepsze, co mi się przytrafiło w ostatnim czasie. Pamiętam, jak Ula Dudziak, która ma za sobą doświadczenie emigrantki, powiedziała mi kiedyś, że najgorsze to utknąć w tęsknocie za tą drugą stroną oceanu. Myślę, że już się od tej tęsknoty uwolniłam. Ale wtedy, kiedy wyjeżdżałam z Polski i oddawałam najemcy klucze do swojego warszawskiego mieszkania, poczułam, że czeka mnie wielka niewiadoma. To był moment krytyczny. Pamiętam rozmowę z moim amerykańskim kumplem, któremu zwierzyłam się, że czuję się jak imigrantka. Na co on: „Możesz myśleć o sobie jako »imigrantka« albo »obywatelka świata«, to twój wybór”. Więc wybrałam to drugie. Pomyślałam sobie: „Mogę mieć najlepsze tam i najlepsze tu”. I tak się dzieje. Jadę sobie tam i cieszę się oceanem, słońcem, przyjeżdżam tu i mam cztery pory roku. I wszędzie jestem w domu, co uświadomił mi COVID-19 – mogłam korzystać z lotów „do domu” w Ameryce i Polsce.

Starasz się być ambasadorką Polski?
Nie myślę w tych kategoriach. Pewnie gdybym usiadła i się zastanawiała, jak tu zaszczepić polskość za granicą, toby nic z tego nie wyszło. Po prostu robię tam filmy o wspaniałych ludziach: pułkowniku Kuklińskim, Zbigu Brzezińskim, Tamarze Łempickiej.

Pracujesz w filmowym centrum świata. Czujesz respekt?
Zawsze czuję respekt wobec osiągnięć innych. Ale nie jechałam tam jak do jakiejś Mekki. Podróżowałam wcześniej po całym świecie, studiowałam w Oksfordzie, nie idealizowałam Ameryki. Teraz uczę się tamtego rynku, mam świetnych przewodników, staram się robić to, co jest tam przyjęte, ale też szukam swojej drogi. Na przykład w Ameryce fukcjonuje określony sposób pitchowania projektów [przekonywania do nich innych – przyp. red.]. Pytam: „Dlaczego mam pitchować w ten sposób?”. Słyszę: „Bo takie są zasady”. A ja zdecydowałam, że będę to robić po swojemu.

I?
Przekonałam się, że to mi nie przeszkadza, tylko pomaga. Gdybym musiała wejść w schemat, czułabym się nienaturalnie. To kwestia wyboru, decyzji, czy bycie Polką przeszkadza, czy pomaga. W gruncie rzeczy wszystko może pomagać: to, że studiowałam w Anglii, pracowałam w Europie, że teraz pracuję w Stanach, że robię to z szacunkiem dla tego, co oni wypracowali, ale też po swojemu. Pamiętam, jak razem z Danem spotkaliśmy się z Basilem Iwanykiem, producentem między innymi „Johna Wicka”. Pytam, skąd ma takie nazwisko, a on: „Mój ojciec pochodzi ze Lwowa”. „Mój dziadek też” – odpowiadam. Na co Dan: Polish mafia. Po czterech latach pracy ze mną Dan zaczął doszukiwać się polskich korzeni i znalazł je w szóstym pokoleniu. Bardzo mnie tym rozbawił. Spotykam na przykład producentkę, która tak jak ja studiowała w Oksfordzie, i potem wszystko jest łatwiejsze.

Z tego, co mówisz, wynika, że procentuje bycie sobą, a jednocześnie otwartość na innych. Uczenie się na dobrych wzorcach, ale także odwaga przekonywania do swoich racji. Co jeszcze?
To, żeby się nie napinać, żeby dać się życiu prowadzić. Wtedy czasem trzeba zawrócić, a czasem przyśpieszyć. W takim podejściu jest zaufanie do świata i tego, co on nam przynosi.

Oprócz tego, że zajmujesz się produkcją filmów, jesteś także scenarzystką, między innymi filmu o Krzysztofie Baczyńskim.
Ten scenariusz jest już gotowy do produkcji. Krzysztof Baczyński to była moja fascynacja od podstawówki, chodziłam wszędzie z jego poezją. Jak czytałam jego słowa: „nie bój się nocy”, to czułam, że mówił do mnie. Tak naprawdę założyłam swoje pierwsze studio filmowe, Scorpio Studio, żeby zrobić film o Krzysztofie, a potem pojawiły się następne pomysły.

To była odważna wolta w twoim życiu, bo nie znałaś się na robieniu filmów.
Zawsze mnie ciągnęło do opowiadania historii, kreowania świata, bo też film i literatura bardzo pomagały mi w życiu. Myślałam o dziennikarstwie, reżyserii, szukałam po omacku. Studiowałam prawo, nauki polityczne i socjologię. Potem pracowałam w dużych korporacjach. Na szczęście uświadomiłam sobie, że największą pułapką, jaka na mnie czyha, jest stać się niewolnikiem tego świata. Ktoś powiedział, że niewolnik nie chce być człowiekiem wolnym, tylko chce być panem innych niewolników. Jestem ogromnie wdzięczna kosmosowi, że dał mi potężne dążenie do wolności. W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom, głębokiemu poczuciu przynależności do świata przyrody.

'Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans'. (Fot. Weronika Ławniczak) "Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans". (Fot. Weronika Ławniczak)

Masz chyba też szczęście do ludzi.
O tak, zwłaszcza starszych. Dużo zawdzięczam Heniowi Wujcowi, mojemu wujkowi, za którym nosiłam teczkę po Sejmie jako jego asystentka. W Oksfordzie poznałam Leszka Kołakowskiego, który był opiekunem mojej pracy doktorskiej. To mój Mistrz, tak się zresztą do niego zwracałam, potem zrobiłam o nim dokument pod tytułem „Rozmowy z Mistrzem”. Mistrz polecał mi różne lektury niezwiązane z doktoratem, między innymi: Milla, Rousseau, Webera, potem o nich dyskutowaliśmy w jego domu i było przy tym mnóstwo śmiechu. Żona Mistrza, pani Tamara, wtedy komentowała: „Nie wiem, jak napiszecie ten doktorat, skoro tylko się śmiejecie”. Mistrz dał mi niesamowitą odwagę bycia sobą, życia w prawdzie, choć może zabrzmi to patetycznie. Miałam też szczęście poznać Zbigniewa Brzezińskiego, wybitnego stratega i wspaniałego człowieka. W sumie jestem niezłą szczęściarą [śmiech].

No tak, na prywatnej audiencji, w Tybecie, przyjął cię sam Dalajlama.
To spotkanie dotyczyło projektu Partia Ziemi, nad którym pracuję od kilku lat. Nie ma nic wspólnego z polityką w tradycyjnym rozumieniu. To globalny ruch, który poprzez Internet będzie zajmować się sprawami Ziemi, ekosystemami. Potrzebna jest zmiana paradygmatu globalnego decydowania o jej sprawach. Ten projekt to moje oczko w głowie.

Jak go pogodzisz z produkowaniem filmów?
Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans. Moja przyjaciółka powiedziała kiedyś, że ona zawsze miała poczucie sukcesu, ale nie czuła się wypełniona wewnętrznie. Ten projekt daje mi to „wypełnienie” i także wielką frajdę. Tworzę go z udziałem wielu ludzi na całym świecie. Nie wiem, czy się uda, ale zamierzam spróbować.

Masz megaciekawe życie, wiele osób ci zazdrości tego, co robisz, gdzie bywasz, kogo spotykasz. Ale przecież, gdy coś się zyskuje, to coś się też traci. Masz poczucie, że coś ważnego straciłaś?
Na pewno uporządkowane życie. Zapytałam kiedyś psycho­terapeutkę, dlaczego moje życie układa się tak nieschematycznie. Odpowiedziała pytaniem: „Dlaczego chce pani schematycznego życia, skoro jest pani nieschematyczna?”. Miałam kiedyś superstanowisko, duże pieniądze, służbowy samochód, a strasznie się męczyłam. Czułam, że muszę coś zmienić, ale nie miałam odwagi. I wtedy zadzwonił do mnie mój przyjaciel, profesor geografii w Oksfordzie. Powiedział: „Zawsze jak coś wybierzesz, to będziesz musiała z czegoś zrezygnować”. Następnego dnia złożyłam wymówienie. Poczułam moc. Jak mówi Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”: lekarstwo poznajesz po tym, że cię wzmacnia, a nie osłabia. 

Sylwia Wilkos, producentka filmowa (między innymi: „Jack Strong”, „Sęp”, „Kurier”, „Rozmowy z Mistrzem”), scenarzystka. Ukończyła prawo na UW oraz nauki polityczne i socjologię w Oksfordzie. Doktorantka profesora Leszka Kołakowskiego. Działaczka na rzecz Ziemi.

  1. Psychologia

Jak spełniać marzenia? Metoda: Radykalna Manifestacja Marzeń

Autorem Radykalnej Manifestacji Marzeń jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. (Fot. iStock)
Autorem Radykalnej Manifestacji Marzeń jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcesz czegoś bardzo. Przywołujesz, wizualizujesz – bo wierzysz w prawo przyciągania. I nic… Może w twojej podświadomości tkwi jakiś sabotujący program? Spróbuj Radykalnej Manifestacji Marzeń.

Autorem metody jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. Wybaczenie to ważny krok, żeby oczyścić się z trudnych emocji: złości, żalu, poczucia krzywdy, winy, wstydu. Uwalniając się od świadomości bycia ofiarą, otwieramy się na nowe doświadczenia, na przyjmowanie „darów losu”.

Więc załóżmy, że wybaczyłaś, a dawne urazy nie blokują już twojej manifestacji. Twoje świadome intencje są jasne – wiesz, czego chcesz. Przeszłość została odkreślona grubą kreską, wszystko gotowe na stworzenie wymarzonej przyszłości. A mimo to twoja twórcza moc wydaje się mało skuteczna... Frustrujące, prawda?

Rzecz w tym, że jest jeszcze podświadomość, wypełniona różnymi informacjami na temat otaczającego świata i nas samych. Jeśli tkwią w niej takie przekonania jak: „nie zasługuję”, „nie jestem w tym dobra”, „nie starczy dla innych”, to sprawy znacznie się skomplikują. Co zrobić? Możesz zacząć nurkować w głąb, odkrywać kolejne sabotujące przekonania i zamieniać je na bardziej wspierające. Ale możesz też ominąć podświadomość i pójść dalej! Wcześniej jednak poznaj teorię dwóch światów. Sprawdź, w który bardziej wierzysz...

Na jakim świecie żyjesz?

Zdaniem Colina Tippinga żyjemy obecnie pomiędzy dwoma modelami świata. Przejmujemy stopniowo niektóre idee nowego modelu, ale stary wciąż mocno się trzyma... Więc odczuwamy euforię, nadzieję, zaczynamy wszystko od nowa, po czym coś ściąga nas w dół. O co chodzi z tymi modelami?

Colin Tipping twierdzi, że większość ludzi próbuje wykorzystać prawo przyciągania do zdobycia tego, czego im brakuje, a to jest właśnie myślenie przynależne staremu modelowi. Opiera się on na świadomości niedostatku. Zdaniem autora Radykalnej Manifestacji Marzeń poczucie braku tworzone jest celowo – żeby podnieść wartość różnych rzeczy. Tak działa system gospodarczy. Dlatego tak trudno nam przyjąć inną perspektywę, uwierzyć w nieograniczoną obfitość wszechświata, o której zapewniają nauczyciele duchowi (przejście do nowego modelu zwykli oni nazywać „przebudzeniem”).

Stary model każe walczyć, nowy zachęca, by ufać. Stary oparty jest na podziałach, dualizmach, na obwinianiu, lęku, konfliktach. Nowy – na jedności, miłości, na przekonaniu, że wszechświat działa w sposób doskonały. Że nie ma czego wybaczać, bo świat zewnętrzny jest jedynie projekcją naszego świata wewnętrznego. Że wszystko dzieje się po coś – wciąż zmierzamy do podniesienia jakości życia, do uzdrowienia. I choć fizyka kwantowa dostarcza dowodów na poparcie nowego modelu, stosujemy go w dość ograniczonym zakresie – w około 10 proc. sytuacji, jak uważa Tipping. Ale nie ma powodu przeskakiwać do niego na siłę czy wyrzucać sobie, że zostajemy z tyłu. Paradoksalnie, możliwe jest funkcjonowanie w obu modelach i korzystanie – w zależności od okoliczności – z tego, co proponują. Jeśli więc czujesz zew walki i wiesz, że to jedyny sposób, żeby dopiąć swego – walcz! A potem medytuj, proś i dziękuj. Jedno nie wyklucza drugiego. Ważna jest świadomość, jakiego wyboru dokonujesz w danym momencie.

To dzieje się teraz

A wracając do marzeń i przekonań blokujących ich realizację... – Jeśli chcesz wiedzieć, jakie są te ostatnie, co tkwi w twojej podświadomości, po prostu przyjrzyj się uważniej swojemu życiu, temu, co ci się przydarza – podpowiada Tipping. Za najbardziej szkodliwe (i absurdalne) uważa przekonania dotyczące niezasługiwania.
Wszechświat jest całkowicie neutralny, nie ocenia, nie przesądza, czy jesteśmy czegoś warci.
To jedno z podstawowych założeń Radykalnej Manifestacji Marzeń: przestajesz zajmować się osądami, kolekcjonować urazy i zasługi. Rezygnujesz z usprawiedliwiania się i krytykowania innych. I wciąż dbasz o podnoszenie poziomu wibracji: o to, by odczuwać akceptację, miłość, radość, spokój...

Nowy model rzeczywistości ma w dużej mierze charakter metafizyczny i zakłada istnienie inteligencji duchowej. I to jest właśnie sposób na poradzenie sobie z zapisanymi w podświadomości programami. Świadomy umysł z najszlachetniejszymi intencjami zwykle okazuje się za słaby. To dlatego często skarżymy się, że afirmacje nie działają... Podświadomość odrzuca zapewnienia w rodzaju „kocham siebie”, „jestem bogata” i realizuje stary program. W starciu dwóch umysłów – świadomego i podświadomego – musimy liczyć się z tym, że wygra ten drugi. Chyba że włączymy do procesu manifestacji inne jakości – serce, ducha...

Jak to wygląda w praktyce?

  • Przede wszystkim uświadom sobie potrzebę. Czego chcesz i dlaczego to dla ciebie takie ważne? Co ma z tego wyniknąć? Na ile to pragnienie jest prawdziwe, czy nie jest tylko chwilową zachcianką?
  • Kiedy już wybrałaś to, co chcesz zamanifestować, nadaj swojemu pragnieniu formę. Po prostu nazwij rzecz po imieniu – niezależnie od tego, czy ma to być rower, ogródek, nowa praca czy partner. Napisz na kartce, zadbaj o niezbędne szczegóły. Nie pisz: „chcę”, tylko np.: „mam”. Używaj czasu teraźniejszego – jakby manifestacja już nastąpiła – a jednocześnie wyznacz limit czasowy. Może gramatyka na tym ucierpi, ale zdanie „cieszę się ze znalezienia idealnej dla mnie pracy do końca roku” da się chyba zaakceptować...
  • A teraz wypowiedz swoje pragnienie na głos. Tak, to ważne – w ten sposób nadajesz mu moc. Może też zechcesz przeczytać te słowa komuś życzliwemu – to dobry sposób na podniesienie energii życzenia. Dobrze, jeśli temu „odpalaniu rakiety” towarzyszą emocje. Zaufaj im, to dobry nośnik...
  • I jeszcze obraz, czyli wizualizacja. Wprowadź do niej elementy, które już są w twoim życiu – niech twoja wizja mówi: „to dzieje się teraz”. Poczuj radość, wdzięczność, zachwyt...
  • A teraz krok, który przez wielu jest pomijany – przejście na poziom wiary, nowego modelu, duchowej inteligencji. Co robisz? Dziękujesz za wsparcie podświadomości i przekazujesz sprawę odpowiednio „wyżej”. Ufasz, odpuszczasz kontrolowanie procesu. Oczywiście, pozostajesz współodpowiedzialna za tworzenie twojego życia, ale bez wymuszania, oczekiwania. Nie przywiązujesz się do rezultatu.

Ruch i otwartość

Najważniejsze więc to wyruszyć w podróż, a deklarując światu potrzebę zmiany, właśnie w tę podróż wyruszyłaś. Tipping przywołuje na tę okoliczność termin „precesja”, ukuty przez amerykańskiego konstruktora i filozofa Buckminstera Fullera. Chodzi o to, że – kiedy do poruszającego się obiektu przyłożymy siłę – powstaną inne ruchy, być może również niespodziewane. Wyruszamy więc z punktu A do B, a po drodze przydarza nam się C. I być może to właśnie C, którego wcześniej nie braliśmy pod uwagę, o którego istnieniu być może nie wiedzieliśmy, jest prawdziwym celem naszej podróży... Żeby go jednak odkryć, trzeba być w ruchu. Trzeba czegoś chcieć!

W Manifestowaniu Marzeń Tipping zaleca taktykę małych kroków. Na początku możesz nie wierzyć, że to działa – po prostu udajesz. Tak długo, aż stanie się prawdą. Może zechcesz codziennie rano postawić sobie za cel zamanifestowanie czegoś – niekoniecznie zaraz wielkiego marzenia, ale czegoś, co sprawi ci przyjemność. Niektórzy potrafią „wyczarowywać” sobie w ten sposób miejsca parkingowe, inni – ludzką życzliwość. Oczywiście, liczy się też realistyczne podejście – jeśli jeździsz do pracy metrem, raczej mało prawdopodobne jest, że spotkasz po drodze wiewiórkę...

Uważaj, żebyś sama nie zaczęła sabotować swoich manifestacji, np. zniecierpliwieniem i sprawdzaniem, tworzeniem czarnych scenariuszy, rozmową z nieodpowiednimi (sceptycznie nastawionymi) ludźmi czy tłumaczeniem własnych sukcesów jako zwykłego zbiegu okoliczności. Najważniejsze, żeby utrzymać wysokie wibracje. Otwartość i pogodę ducha. Nikt nie twierdzi, że jest to łatwe. Ale na pewno jesteś jedną z tych osób, które przekonały się już, że to możliwe.

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Psychologia

Klucz do sukcesu? - Znajdź wzorzec postępowania zgodny z twoimi wartościami

Mamy zwykle swój własny sposób widzenia rzeczywistości - własny paradygmat. Dlatego sposobem na zmianę może być ustalenie takiego paradygmatu, za którym będziemy chętnie podążać. (fot. iStock)
Mamy zwykle swój własny sposób widzenia rzeczywistości - własny paradygmat. Dlatego sposobem na zmianę może być ustalenie takiego paradygmatu, za którym będziemy chętnie podążać. (fot. iStock)
Jeśli zdarza ci się nie realizować celów, które sobie wyznaczyłaś i powracać do złych nawyków – zapraszamy do treningu. Chcesz zostać panią swojego życia? Krok pierwszy: zmień paradygmat.

Gdy Joanna spotkała dawno niewidzianą koleżankę, która w szkole nie znosiła sportu i ciągle walczyła z nadwagą, przeżyła prawdziwy szok. Okazało się, że Kaśka została instruktorką fitness i wcieliła w życie zasady zdrowego żywienia, dzięki czemu schudła 15 kilogramów i zaczęła wprost emanować pozytywną energią! W dodatku jest niezależną finansowo kobietą, chociaż zawsze tonęła w długach. „Jak tego dokonałaś?” – spytała Joanna, od razu zakładając, że taka zmiana musiała wymagać sporego wysiłku.

Fundamentalne życiowe zmiany oczywiście mogą być wynikiem wielu działań: rzetelnej, ciężkiej pracy nad sobą, powolnej zmiany nawyków, setek godzin spędzonych w siłowni, drogiej psychoterapii, ukończenia wielu kursów lub… wyciągnięcia wniosków z dotychczas powtarzanych błędów. Jak ciężko jest wcielać w życie nowe postanowienia, wiedzą szczególnie dobrze osoby, które przeszły wiele nieskutecznych prób zmiany. Wyznaczanie celów, robienie szczegółowych planów, szukanie kolejnych metod i skrupulatne ocenianie postępów jest bardzo wyczerpujące. Zazwyczaj, jeśli nie przynosi to spodziewanych efektów, przychodzi moment rezygnacji, kiedy brakuje już sił na podjęcie decyzji o kolejnej próbie rozpoczęcia pracy nad sobą. Niewątpliwie niepowodzenia podkopują wiarę we własne możliwości. Kończą się wtedy rezerwy psychiczne i zapał, by po raz kolejny mierzyć się z tym samym wrogiem. Potrzeba wtedy nie dobrego planu czy systemu wysokiej motywacji, ale czegoś, co zadziała natychmiast. Czy jest to możliwe? Owszem – pora po prostu zmienić dotychczasowy paradygmat.

Paradygmat to soczewka, styl widzenia. Patrzenie nie „tu i teraz”, doraźne, ale odwoływanie się do wyższej zasady, zgodnej z szerszym widzeniem świata. To podejmowanie decyzji w zgodzie z twoimi głównymi postanowieniami. Głęboko indywidualnie i prawdziwie wybrany paradygmat jest najlepszą, skuteczną i trwałą motywacją. Co może być takim paradygmatem? Na przykład postanowienie: „Jeśli coś szkodzi mnie i moim bliskim, to tego nie robię” albo: „Zawsze daję z siebie wszystko, więc nie godzę się na powierzchowność i prowizorkę”. Oczywiście ty sama musisz ustalić, co jest twoim własnym paradygmatem. Paradygmaty innych, nawet jeśli ci się podobają, nie zadziałają, bo po prostu nie będą zgodne z tobą.

Jak to działa?

Magda zawsze miała problemy z nadwagą. Lubiła jeść, wieczorami zwykle zajadała problemy minionego dnia. Często powtarzała: „Nie umiem żyć bez słodyczy”. W drugim miesiącu ciąży okazało się, że ma cukrzycę ciążową. Aby urodzić zdrowe dziecko, musiała wyeliminować ze swojej diety wszelkie cukry proste. Czyli zrobić coś, co do tej pory wydawało jej się nieosiągalne. Ku zaskoczeniu wszystkich, okazało się, że była w stanie wykonać to praktycznie z dnia na dzień, i to bez większego problemu. Dobro córeczki stało się celem nadrzędnym.

Beata nigdy nie przepadała za domowymi porządkami. Nudziły ją i wydawały się bezcelowe – przecież i tak za parę dni bałagan zrobi się na nowo. Pewnego razu wpadła jej w ręce książka na temat życia według zasad feng shui i sprawiła, że kobieta zaczęła sprzątać z inną myślą. Nie, jak dotychczas – że mieszkanie świadczy o gospodyni, ale że porządkując przestrzeń, odgania problemy.

Masz w pracy koleżankę, która zawsze, niezależnie od aury, samopoczucia czy ilości spraw do załatwienia wygląda nienagannie? Jej paradygmatem najwidoczniej jest estetyka wyglądu. Myślisz w duchu: „Jak ona to robi? Ja bym tak nie potrafiła”. No cóż, wszystko zależy od tego, co przyjmiesz za swoją zasadę nadrzędną. Może dla niej perfekcyjny wygląd to wyraz szacunku do siebie i innych? Rozmaite paradygmaty determinują codzienne zachowania ludzi i sprawiają, że nawet wymagające wysiłku czynności wykonują z łatwością, bezproblemowo, w oczywisty sposób stawiając je w roli swoich najważniejszych priorytetów.

Wprowadź zmianę

Jeśli do tej pory nie udało ci się zrealizować celu, który od lat wypisujesz jako postanowienie noworoczne, to znaczy, że paradygmat, według którego działasz, zdezaktualizował się albo nigdy nie był prawdziwie twój. Być może przejęłaś go w procesie socjalizacji albo po prostu spodobał ci się jako ciekawa idea. Jeżeli naprawdę chcesz coś zmienić w swoim życiu, zacznij nie od strategii, czyli pomysłu, jak to zrobić, jakimi metodami, według jakiego planu, tylko od wzięcia pod lupę dotychczasowego paradygmatu, bo najwyraźniej się wyczerpał.

Przytoczone przykłady pokazują jasno: to nieprawda, że trudno się zmienić. Odchudzanie się, nauka, zmiana pracy, lepsze gospodarowanie pieniędzmi… – przedmiot zmian nie ma znaczenia. Gdy zmienia się paradygmat, w jednej chwili wszystko się zmienia – bez wysiłku, bez żadnych wyrzeczeń. Mając inne dane, inną wiedzę i hołdując innym zasadom, zaczynasz inaczej żyć. Jeśli wiesz, że jedzenie czegoś zrobi krzywdę twojemu dziecku lub tobie – nie jesz tego. Jeśli coś cię brzydzi, mierzi, narusza twoje życiowe zasady – nie godzisz się na to i nie jest to związane z żadnym wysiłkiem emocjonalnym. Paradygmat to potęga zmian. Choroba, dramat, tragedia, a także nowa miłość czy zauroczenie wcale nie są jedynymi skutecznymi okolicznościami przekształcenia dotychczasowego paradygmatu. Nowy możesz zwyczajnie wypracować. Na przykład wybierz dwa spośród noworocznych postanowień (wszystko jedno, czy ich realizację już zarzuciłaś, czy jeszcze resztkami sił walczysz). Pomyśl, jak do tej pory patrzyłaś na te zadania. Jaki był dotychczasowy mianownik twoich działań? Co tobą kierowało? Zmień te dane, bo jak widać, są zupełnie nieskuteczne.Weźmy takie postanowienie: „Będę czytać więcej książek”. Dotychczasowy argument: „bo inteligentni ludzie tak robią” zamień na świadomość, że każda przeczytana powieść przedłuży sprawność twojego mózgu i ochroni cię przed demencją starczą. Czytanie rozwinie także twoje tzw. miękkie umiejętności (soft skills), ponieważ sprawi, że np. łatwiej znajdziesz temat do rozmowy z koleżanką z pracy, z którą nie masz dobrego kontaktu.

Napisz teraz dwa wciąż niezrealizowane postanowienia i popracuj nad nowym osobistym i skutecznym paradygmatem.

  1. Psychologia

Męska radość. Czym dla mężczyzn jest szczęście?

Umiejętność cieszenia się i świętowania - to nawyk, który można wypracować. (fot. iStock)
Umiejętność cieszenia się i świętowania - to nawyk, który można wypracować. (fot. iStock)
Po raz pierwszy udało nam się ugotować jakąś potrawę, coś naprawić, kupić. Przeszliśmy przez sezon zimowy w zdrowiu. Cieszmy się tym! – mówi Benedykt Peczko, psychoterapeuta.

Drobne zwycięstwa, miłe chwile, rocznice, wspomnienia… Życie domaga się świętowania.
To się mężczyznom w głowie nie mieści.

„Będę się cieszył jak głupi?”
„Z powodu jakichś dupereli?” – mężczyźni przyzwyczaili się, że oczekuje się od nich nadzwyczajnych rzeczy, osiągnięć. Są wobec siebie bardzo wymagający. Mogą świętować awans albo zarobiony milion, dokonanie odkrycia w nauce, zdobycie pucharu w sporcie, złowienie naprawdę potężnego suma… Potrzebny jest jakiś rzeczywisty powód. No i żyją w permanentnym napięciu i stresie, ze ściśniętym sercem walczą o byt, a świętowanie to przecież odprężenie, przyjemność, zanurzenie się w radości, w tej chwili, która trwa. Trudno czuć napięcie i świętować.

A jednak mentorzy namawiają do świętowania. Doktor Rick Hanson, neuropsycholog, mówił, że bez ćwiczenia się w radości, docenianiu i wdzięczności skazujemy nasz mózg na kurczenie się i stagnację. Świętowanie jest wyzwaniem ewolucyjnym.
Hanson mówi i pisze o „zanurzaniu się w dobru” lub „nasycaniu się dobrem”. To jest rozwijanie w sobie postawy wobec życia, wobec siebie i wobec innych. Gdy robimy to konsekwentnie, rozwijamy swój „szczęśliwy mózg”. To bardzo atrakcyjny cel.

Kłopot w tym, że na razie nasz mózg jest – jak pisze Hanson – rzepem na złe wiadomości, a teflonem na dobre. Wystarczy kilka sekund, aby zła wiadomość przeszła do pamięci długotrwałej i aż 30 sekund, żeby utrwaliła się dobra informacja.
To jest spuścizna ewolucyjna związana z przetrwaniem. Nasz mózg, a konkretnie ciało migdałowate, ma tendencje do wychwytywania wszelkich zagrożeń, ponieważ nasi przodkowie musieli szybko i dobrze zapamiętać to, czego unikać, aby przetrwać. Nasza ewolucja cywilizacyjna i kulturowa dokonała się w tempie szybszym niż rozwój naszych mózgów.

Na poziomie fizjologicznym i psychologicznym pozostaliśmy w jaskiniach.
To, co proponuje Hanson, jest metodą nasycania mózgu, ale też całego organizmu, ciała, biologii tym, co dobre. Właśnie tak się dzieje, gdy świętujemy; nasycamy się przyjemnością i odprężeniem. Ważne, abyśmy ćwiczyli się w świętowaniu drobnych rzeczy, nabrali odruchu i nawyku zwracania uwagi na to, co pozytywne. Im łatwiej i częściej zanurzamy się w radości, tym bardziej rozwijamy neuroplastyczność mózgu, czyli zdolność do tworzenia nowych połączeń między komórkami nerwowymi. Świętując, dosłownie tworzymy nowe neurony. Mózg staje się coraz szczęśliwszy. Zdolność neuroplastyczności zachowujemy do końca życia. Stale więc jesteśmy twórcami naszych szczęśliwych mózgów.

Z czego więc mężczyzna może się ucieszyć?
Możemy świętować, bo po raz pierwszy udało nam się ugotować jakąś potrawę. Udało się coś naprawić, kupić. Przeszliśmy przez sezon zimowy w zdrowiu. A nawet, jeżeli zachorowaliśmy, to wyzdrowieliśmy.

Siły życia znowu zwyciężyły.
Jeśli myślimy w taki sposób, zdarzenia nabierają nowego znaczenia, a my utrwalamy nawyk dostrzegania tego, co pozytywne. Praktyka czyni mistrza; za chwilę w sposób naturalny i spontaniczny zaczniemy widzieć coraz więcej dobra i się nim cieszyć. Właściwie wszystko może być powodem do świętowania. Miałem klienta, który postawił sobie cel – zarobić 200 tysięcy dolarów. Stracił pracę i celu nie osiągnął. Był zdruzgotany: „przegrałem!”. A przecież w tym czasie miał kochające go osoby, udany związek z kobietą, świetne dzieci. Miał co świętować także w sensie materialnym – dom, samochód.

Dzieci kochają wspólne z rodzicami świętowanie.
Możemy świętować w rodzinie to, co wydarzyło się w pracy, w szkole, między nami. Dobrze jest znaleźć przestrzeń do rodzinnego świętowania – jakiś miły kącik w domu, pokój. To miejsce z czasem staje się pozytywną kotwicą. Wystarczy, że się tu znajdziemy, i już odczuwamy przyjemność i radość.

Od czego zacząć budowanie nawyku świętowania?
Zapisujmy to, z czego jesteśmy zadowoleni; zdarzenia, osiągnięcia. Nienotowane umykają, ponieważ w międzyczasie napływa wiele różnych tematów, które wypierają z naszej świadomości te znacznie bardziej subtelne, delikatne. Do zapisków zawsze możemy powrócić. Przez tydzień całkiem sporo może się tego uzbierać. Teraz podzielmy się z bliskimi tym, co chcemy uświęcić, świadomie zanurzając się w radości i przyjemności. Odczuwanie jest tu kluczowe. Mówiąc, odczuwając, skupiamy uwagę – jeśli zrobimy to przez co najmniej pół minuty, wewnętrzny stan radości utrwali się; zostaną zbudowane nowe połączenia neurologiczne w mózgu. To jest kształtowanie postawy i jakości życia.

Można też świętować w samotności.
Gdy jednak jesteśmy z bliskimi, energia staje się o wiele mocniejsza, spotęgowana wspólną radością. Łączymy serca i umysły, a wtedy przyjemne drobiazgi nabierają większych rozmiarów; nawyk świętowania szybciej się utrwala.

Odcinek dokumentalnej serii „Droga na skraju nieba” o mieszkańcach Himalajów otwiera na celebrowanie życia.
Przez kilkanaście dni, narażając życie, mężczyźni wędrują przez Himalaje z setką objuczonych workami z solą zwierząt – jaków. Wreszcie docierają do odbiorców soli, mieszkańców innych himalajskich wiosek. Wymieniają sól na herbatę, fasolę, ziemniaki. To, co w tym filmie najbardziej poruszające, to sposób, w jaki ci ludzie traktują siebie nawzajem: serdecznie się witają, cieszą się ze spotkania, śpiewają przy ognisku, ucztują, opowiadają o podróży, uśmiechnięci, odprężeni. Żegnają się i wiedzą, że za rok, gdy dobrze pójdzie, spotkają się znów, więc posyłają sobie dobre życzenia, żeby się spotkać i znów poświętować. Tak, sposób, w jaki celebrują życie, istnienie, może odmienić nasze postrzeganie biedy i bogactwa.

Nam, mieszkańcom Zachodu, trudno sobie nawet wyobrazić, w jakim materialnym ubóstwie żyją ci ludzie. A przecież patrzymy na nich z zachwytem.
Czym jest świętowanie? Zatrzymaniem się. Bez zmartwień, planów, bez myślenia o tym, co zrobimy, żeby sobie poradzić, przetrwać. Zatrzymujemy się i doceniamy właśnie tę chwilę – że jesteśmy razem, że coś się udało, że rozmawiamy o tym.

Świętujemy ludzi.
Z jaką intencją przychodzimy do kogoś? Czy myślimy o tym, żeby mieć przyjemny wieczór i relaks – pogadamy, pośmiejemy się, coś obejrzymy. Czy to dla nas jedynie miła forma spędzenia czasu, czy raczej chcemy uświęcić tę osobę, naszą znajomość, więź, kontakt, przyjaźń, to, co wzajemnie sobie dajemy, kim dla siebie jesteśmy; jak nasza relacja nas rozwija, wpływa na wybory, postawy, przeżywanie życia. A przy okazji, oczywiście, mile spędzamy czas.

Znam młodego mężczyznę, który co kilka dni przynosi swojej żonie kwiaty.
Te kwiaty to niewerbalny wyraz pamięci, uwagi, adoracji, potwierdzenia – tak, moje uczucia trwają. Moglibyśmy powiedzieć, że ta para codziennie ćwiczy ciało migdałowate w mózgu. Tworzy się nawyk widzenia, odczuwania i wzmacniania miłości w ich małżeństwie. Jeden z moich klientów, 40-latek, uczył się widzieć i wyrażać dobre rzeczy w stosunku do kobiet. Zaczął od koleżanek w pracy, w rodzinie. To radykalnie zmieniło jakość jego życia. Wreszcie związał się z dziewczyną, którą pokochał.

Taki jest też sens świętowania kolejnych rocznic poznania się, ślubu, urodzin dzieci – odświeżamy związek i uczucia.
Powracamy do chwil składających się na historię naszej relacji. Przywołujemy najpiękniejsze wspomnienia. Pojawia się radość, wdzięczność. W ten sposób związek jest nieustannie ożywiany.

Jest jeszcze jeden rodzaj świętowania – tak zwanych porażek. Wyobraźmy sobie: mężczyzna traci pracę, a rodzina urządza z tego powodu święto…
Dlaczego nie? Możemy rodzinnie świętować przepracowane w firmie lata: to wszystko, co się wydarzyło, dokonało, co było ważne dla nas i dla rodziny. Możemy świętować też następną pracę, której jeszcze nie znamy. I okazję do czegoś, czego być może na razie nie rozumiemy. Tak naprawdę świętujemy tu siły życia, które zapraszają w nowe miejsca, dają szansę na nowe doświadczenia. I co najważniejsze: świętujemy naszą otwartość i zaufanie.

Przyjemności na zdrowie.
Kiedy odnajdujemy w życiu przyjemność, to nie znaczy, że wypieramy rzeczy, które są trudne lub bolesne. Otwieramy się po prostu na te wspaniałości, które już nas otaczają, a następnie się w nich zanurzamy, pławimy i nimi rozkoszujemy. Nie szczędźmy na to czasu! Pozwólmy im wypełnić ciało i umysł. Niech przyjemność przesiąknie nas na wskroś. Zwróćmy uwagę na wszelki opór wobec świetnego samopoczucia, na myśli, że to głupie czy złe; spróbujmy odpuścić te myśli. W ten sposób aktywujemy, uspokajamy i koimy przywspółczulną część autonomicznego układu nerwowego oraz wyciszamy część współczulną odpowiedzialną za reakcję walcz – uciekaj i jej hormony stresu. Poprawiamy swój nastrój, koimy lęki. Zanurzanie się w przyjemności niesie także korzyści zdrowotne: wzmacnia układ odpornościowy, poprawia trawienie i równoważy hormony.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.