1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Władza a podległość – jak zmieniają ludzi?

Władza a podległość – jak zmieniają ludzi?

Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
W jaki sposób miejsce w hierarchii służbowej wpływa na kreatywność? O decyzyjności, zarządzaniu i ich oddziaływaniu na pełnienie ról społecznych w organizacji mówi dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS, ekspertka od zagadnień związanych z władzą i przywództwem.

Zrób prosty eksperyment. Narysuj kredką literę „E” na własnym czole. Wykonaj tę czynność i dopiero wtedy zacznij dalej czytać ten tekst. Już? Jeśli na co dzień sprawujesz władzę, to prawdopodobnie narysowałeś literę „E” z kreskami poziomymi skierowanymi w lewo.

No cóż, nie ułatwiłeś zadania obserwatorom. Nic dziwnego. Osoby zarządzające innymi koncentrują się na sobie i swojej perspektywie. Gdy w laboratorium badacze poprosili o narysowanie „E” uczestników, u których za pomocą wspomnień aktywizowano władzę lub podwładność, to aż trzy razy więcej osób kierujących personelem rysowało ją z własnego punktu widzenia. Badacze pod przewodnictwem Adama Galinsky’ego z Columbia Business School udowodnili, że sprawowanie funkcji kierowniczej znacząco podwyższa egocentryzm i zniechęca do patrzenia na rzeczywistość z innej perspektywy niż własna. Osoby uprawnione do kontroli podwładnych (nawet przez chwilę wzbudzoną w badaniach) automatycznie przyjmują założenie, że inni mają taką samą wiedzę, jak oni i taki sam dostęp do informacji. Gdyby przeanalizować sytuację osób pełniących role związane z władzą to często efekt „czołówki E” występuje w codziennej pracy i może prowadzić do uprzedmiotowienia podległych pracowników, niezauważania potrzeb innych oraz realizowania osobistych celów. Władza nie tylko obniża empatię. Prowadzi do wzrostu pewności własnych opinii i ogranicza skłonność do uwzględniania rad innych. Kierując innymi tracimy motywację do tego, aby ich rozumieć. Jak wykazały amerykańskie badaczki Jennifer Overbeck i Bernadette Park, staramy się zrozumieć inne osoby dopiero wówczas, gdy uświadamiamy sobie, że bez ich pomocy nie osiągniemy założonych celów zawodowych.

Podwładność zabija kreatywność

Władza to jednak nie tylko duże ego. Jedną z najbardziej poszukiwanych i najważniejszych kompetencji szefa jest umiejętność wprowadzania zmian i innowacji w firmie. Do tego również potrzebne jest poczucie mocy i wpływu, a przy tym takie postępowanie, by inni nie czuli się podwładnymi. Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. Pozwala widzieć świat czy cele z lotu ptaka, z pominięciem nieważnych szczegółów. Jak z kolei wykazali Keltner, Gruenfeld i Anderson psychologowie społeczni z Uniwersytetu Stanforda przyjmowanie roli podwładnego uruchamia system hamowania, który prowadzi do skupienia na analizie detali, blokuje kreatywne myślenie i utrudnia działania, a tym samym wprowadzanie zmian w swoim otoczeniu.

Dobry kierownik

Aby rozwijać ludzi trzeba znać ich potrzeby i dobrze rozpoznać potencjał. Wiedzieć, do czego ten proces ma doprowadzić w dłuższej perspektywie szefa i jego pracowników. Wtedy pojawia się prawdziwa współzależność celów. Władza jest dobra i warto ją mieć, by skutecznie zarządzać zespołem. Przywództwo też jest ważne, by inni widzieli, że wiesz dokąd i po co razem zmierzacie. Warto pamiętać o słowach Monteskiusza, który mawiał, że „By dokonać wielkich rzeczy, nie trzeba być wielkim geniuszem, nie trzeba być ponad ludźmi, trzeba być z nimi", Najważniejsze jest zarządzanie, które sprawia, że jesteś blisko ludzi, ich problemów.

Jak to osiągnąć w praktyce? Oto kilka rad wynikających z wielu badań. Przede wszystkim nie przestawaj zarządzać, czyli planować, delegować, egzekwować. Bądź blisko ludzi, pamiętaj o ich zawodowej codzienności i ich potrzebach. Nie jesteś sam. Masz zespół. Gdy go budujesz nie rób tego tylko dla siebie, ale też dla jego członków. Przywództwo uwodzi, bo szef lub kierownik czuje, że staje ponad innymi, czuje się lepszy i ważniejszy, co powoduje, że zaczyna myśleć, że może pozwolić sobie na więcej. Uważa, że ma większe prawa, co może prowadzić do łamania norm lub działań niezgodnych z zasadami. To zasługa systemu dążenia, który włącza się w sytuacji sprawowania władzy. Dlatego, gdy pojawi się poczucie wyższości, dla dobra zatrudnionych ludzi warto natychmiast wyjść z gabinetu i pójść do stołówki dwa piętra niżej, by posłuchać jakie problemy mają członkowie zespołu, co ich trapi, co interesuje. Warto dać się wypowiedzieć swoim ludziom i posłuchać o tym jakie mają pomysły. Wziąć pod uwagę perspektywę innych i szukać rozwiązań, które naprawdę wychodzą naprzeciw zgłaszanym przez nich potrzebom. Poddawać się ocenie i reagować konstruktywnie na otrzymywane komunikaty zwrotne. To ochroni szefa przed egocentryzmem, efektem „czołówki E”, przed upadkiem i wreszcie przed samą utratą władzy. Badania pokazują, że zespoły działają najlepiej – to oznacza także efektywność w realizacji zadań - gdy energia, którą daje zwierzchnictwo, połączona jest z treningiem przyjmowania perspektywy – u szefów, nie u podwładnych.

Gdy zatem słyszę, że menedżer zarządzający zespołem twierdzi, że nie chce sprawować władzy, to zaczynam się martwić o jego ludzi. Pozycja w firmie, która umożliwia kierowanie pracą ludzi, daje możliwość wywierania wpływu, a bez tego nie ma skutecznego zarządzania. Władza sprawowana z odpowiedzialnością za innych ma sens.

Dr Dorota Wiśniewska-Juszczak w pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem. Prowadzi badania nad konsekwencjami stosowania różnych strategii wpływu w relacji z osobami poddanymi władzy. Jako praktyk – trener i konsultant – specjalizuje się w budowaniu efektywnych zespołów i komunikacji w ich obrębie. Jest autorką innowacyjnej metody pomiaru potencjału przywódczego menedżerów, akredytowanym trenerem Insights Discovery oraz trenerem najwyższego stopnia terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach.

Materiały prasowe SWPS

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Odporność psychiczna - da się ją wyćwiczyć

Wewnętrzną moc jest nam potrzebna, aby pokonywać codzienne trudności. (Fot. iStock)
Wewnętrzną moc jest nam potrzebna, aby pokonywać codzienne trudności. (Fot. iStock)
Co zrobić, aby nie tracąc nadziei na lepsze jutro, znaleźć w sobie wewnętrzną moc, by pokonywać trudności i zamieniać je na swoją korzyść? Joe Wilner, amerykański coach, instruktor medytacji i znawca psychologii pozytywnej, daje wskazówki jak być psychicznie odpornym. 

5 wskazówek mocy

Przejmij kontrolę. Gdy przydarza ci się coś, czego nie chcesz, nie pytaj „Dlaczego ja?”, tylko „Po co mi się to przydarzyło?”. W ten sposób nie poczujesz się przytłoczona przeciwnościami losu, tylko przejmiesz  zdrową kontrolę nad losem. Jeśli nauczysz się z takich zdarzeń wyciągać wnioski i działać w trudnych warunkach, odzyskasz poczucie własnej mocy.

Żyj wśród ludzi.
Elastyczni, szczęśliwi ludzie nie izolują się od innych, kiedy jest im ciężko. Nie boją się korzystać z wsparcia bliskich, ich pomocy i obecności. Otaczaj się bliskimi ludźmi, z którymi jest ci po drodze.

Zauważaj dobro, które cię w życiu spotykają.
Pomimo zawirowań dostajemy od losu dary, za które często zapominamy dziękować. Kwestią perspektywy jest to, czy jesteśmy uważni na nieszczęścia czy na błogosławieństwa. Poświęć trochę czasu każdego dnia, aby skupić się na trzech rzeczach, za które jesteś wdzięczna, a które właśnie się wydarzyły.

Wykorzystaj swoje atuty.
Każdy je ma, tylko nie każdy zauważa. Umiesz przebaczać, jesteś odważna, masz zmysł estetyczny, dobrze uprawiasz jogging albo układasz bukiety? Doceń siebie i zastanów się, jak swoje talenty użyć w życiu, by zmienić je na lepsze, na takie jaki chcesz.

Pomyśl o swoim ostatnim sukcesie.
Nawet jeśli znajdujesz się w momencie, kiedy wydaje ci się że nic znaczącego nie osiągnęłaś, na pewno jest coś, z czego jesteś z siebie dumna. Zrób listę swoich dotychczasowych osiągnięć. Przypomnij sobie o swoich zwycięstwach. Wiosna to dobry czas, żeby zwyciężać znowu.

  1. Psychologia

Talent - na czym polega według ekspertów od testu Gallupa?

Jak odkryć w sobie talent? Talenty posiada każdy człowiek. Instytut Gallupa stworzył mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami. Są wśród nich m.in.: empatia, współzależność, rywalizacja i dyscyplina. (fot. iStock)
Jak odkryć w sobie talent? Talenty posiada każdy człowiek. Instytut Gallupa stworzył mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami. Są wśród nich m.in.: empatia, współzależność, rywalizacja i dyscyplina. (fot. iStock)
„Ja się wcale nie chwalę, ja po prostu, niestety, mam talent!”. Niesłusznie traktujemy ten kabaretowy hit jako żart. Tak, każdy z nas ma wiele talentów, w tym pięć dominujących. I na nich powinniśmy się skupić.

Amerykański Instytut Gallupa (The Gallup Organization) od ponad 80 lat bada zachowania i naturę człowieka, wykorzystując najnowsze osiągnięcia ekonomii, psychologii, neurobiologii i antropologii oraz wyniki własnych badań demograficznych. Jedne z innowacji dotyczą ludzkiego umysłu i umiejętności.

Zaczęło się od tego, że naukowcy dostrzegli dwie powtarzające się cechy najlepszych menedżerów: potrafią określić talenty swoich pracowników i stworzyć w organizacji miejsce, gdzie cechy te będą się rozwijać. W wyniku podobnych obserwacji Instytut Gallupa stworzył mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami. Są wśród nich m.in.: empatia, współzależność, rywalizacja i dyscyplina. Każdy człowiek posiada wiele talentów - natomiast pięć z nich jest określanych jako dominujące, ponieważ to one w największym stopniu decydują o tym, jacy jesteśmy. Najlepszą rzeczą, jaką każdy z nas może sobie sprezentować w życiu, jest odkrycie swoich dominujących talentów, podążanie za nimi i ich rozwijanie.

Narodziny mistrza

Renata Gut, trenerka rozwoju osobistego i biznesu, coach, konsultant i wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, w swoich szkoleniach posługująca się wiedzą popularyzowaną przez amerykański Instytut, wierzy głęboko, że tym, co potrafi diametralnie odmienić nasze postrzeganie rzeczywistości, jest właśnie świadomość własnych talentów. Jeśli czujesz, że coś, co robisz, sprawia ci wielką przyjemność, to szybko się tego uczysz. Gdy po wykonaniu zadania odczuwasz zadowolenie i masz ochotę dalej rozwijać ten obszar, to prawdopodobnie odkryłeś swój talent - mówi. Człowiek, który postępuje zgodnie ze swoimi talentami, robi to, co lubi, więc robi to coraz lepiej. Widzi postępy, tym samym wzrasta jego poczucie własnej wartości. Ono z kolei daje mu siłę napędową, by jeszcze bardziej przykładać się do tego, co lubi najbardziej. Tak rodzi się mistrz.

Brzmi to pięknie i prosto, tymczasem w życiu bywa inaczej. Dlaczego? Blokadą jest czasem wychowanie. Od najmłodszych lat jesteśmy programowani tak, żeby skupiać się na swoich słabościach i tym samym je pielęgnować. We wszystkich placówkach edukacyjnych świata i znakomitej większości miejsc pracy jesteśmy nieustannie zachęcani do zwalczania własnych niedociągnięć i doskonalenia tzw. słabych stron. Rodzice rzadko koncentrują się na silnych stronach swoich dzieci. Za wszelką cenę chcą sprawić, żeby ich pociechy były jednakowo dobre ze wszystkich przedmiotów, wiec zamiast: „skup się na tym, co kochasz”,  mówimy: „to umiesz i tak, musisz nadrobić tamto”. Szefowie wytykają podwładnym słabości („jeszcze nad tym musisz popracować”), wymagając dążenia do perfekcji we wszystkich dziedzinach, również w tych, które nie są elementem najistotniejszym w ich zadaniach.  A droga walki ze słabościami może prowadzić do zagubienia się w nich.

- Aby przełamać tę powszechną i samonakręcającą się spiralę, Instytut skupił się na dwóch założeniach - wyjaśnia Renata Gut. - Po pierwsze, talenty każdego człowieka są trwałe i wyjątkowe. Po drugie, największy potencjał do zmian na lepsze stanowią obszary naszych mocnych stron, a nie słabości.

Marcus Buckingham z Instytutu Gallupa przez blisko 20 lat badał ludzkie cechy, pod kątem tych najlepszych. To on zapoczątkował odkrywanie swoich talentów i budowanie na nich kariery zawodowej. Wnioski opisał w bestsellerowych poradnikach, m.in.: „Po pierwsze: złam wszelkie zasady”, „Teraz odkryj swoje silne strony” i „To jedno, co powinieneś wiedzieć”.

Podczas badania zadano proste pytanie 1,7 mln pracownikom ze 101 firm z 36 krajów: „Czy w pracy masz codziennie możliwość wykonywania tego, co potrafisz najlepiej?”. Co się okazało? Jedynie 20% badanych uznało, że ich talenty są w pełni wykorzystywane w codziennej pracy. Mówiąc inaczej, aż ośmiu na dziesięciu pracowników uznaje, że przypisano im nieodpowiednie role i stanowiska.

Talent, czyli wzorzec

Czym jest talent? Buckingham definiuje go następująco: „Talent to każdy powtarzający się wzorzec myślenia, odczuwania lub zachowania, który może znaleźć praktyczne zastosowanie”. Skąd w takim razie biorą się takie, a nie inne wzorce? Otóż tworzą się przez wykorzystanie połączeń istniejących w ludzkim mózgu.
 
Około czterdzieści dni po zapłodnieniu komórki jajowej powstają pierwsze nerwowe komórki macierzyste. Następnie przekształcają się w dojrzałe komórki nerwowe, nazywane neuronami. Sto dwadzieścia dni później neuronów jest już około 40 miliardów. Łączą się, wysuwając wypustki, zwane aksonami. Gdy połączenie zostanie zawiązane, powstaje synapsa. Przez pierwsze trzy lata życia człowieka każdy z 40 mld neuronów może mieć po piętnaście tysięcy połączeń synaptycznych z pozostałymi neuronami. Zachodzi zjawisko „nadprodukcji” neuronów i ich połączeń. Dzieje się tak dlatego, że w miarę nabywania doświadczeń, zachowane zostają tylko używane komórki i połączenia. Tak właśnie zostaje utkany indywidualny synaptyczny wzór każdego z nas.

- Między trzecim a piętnastym rokiem życia dochodzi do nowego zjawiska: wiele z tych starannie uplecionych powiązań ulega bezpowrotnemu zniszczeniu - wyjaśnia Renata Gut. - W dniu szesnastych urodzin mamy w mózgu jedynie połowę owych połączeń. Dlaczego tak się dzieje? W pierwszych dniach naszego życia przyjmujemy ogromne ilości nowych informacji. Cały układ nerwowy jest potencjalnie przygotowany na przyjęcie wszystkich możliwych bodźców. Do każdego z nas docierają jednak tylko te istniejące w jego otoczeniu i one właśnie odwzorowują się w układzie nerwowym w postaci połączeń między neuronami. Przez kolejnych dziesięć lat połączenia, które pozostały, umacniają się. W tym procesie naturę wspiera genetyka, środowisko naturalne i kultura. Buckingham pisze: „I tak właśnie powstajesz Ty - utalentowana, niepowtarzalna osoba, obdarzona zdolnością reagowania na świat w swój wyjątkowy sposób”.

5 z 34

Szczegółową mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami, pozwoliły stworzyć pracownikom Instytutu rozmowy przeprowadzone z blisko dwoma milionami ludzi na świecie. Te talenty to raczej typy zachowań społecznych czy też wzorce myślowe, a nie konkretne umiejętności. Pięć spośród nich dominuje i zasadniczo nie zmienia się przez całe życie człowieka.

- Z doświadczenia wiem, że wiele osób ma problem z uzmysłowieniem sobie tego, że jesteśmy zdeterminowani przez własne niezmienne i trwałe połączenia synaptyczne - wyjaśnia Renata Gut. - Obserwujemy rzeczywistość przez filtr własnych talentów i jesteśmy przekonani, że wszyscy mają tak samo. A tak przecież nie jest.

Nasze wzorce myślenia, działania, odczuwania są jak kolorowe okulary, które sortują i przesiewają docierające do naszego mózgu wrażenia i bodźce, dzięki czemu reagujemy na jedne, lekceważąc inne. Każdy dla każdego jest zatem w pewnym sensie zagadką, bo każdy z nas patrzy na świat w swój własny sposób.

Więzy nie do zerwania

- Ludzie świadomi tego, co nimi kieruje, łatwiej mogą zrozumieć i zaakceptować siebie - wyjaśnia trenerka. - Z jednej strony wzrasta w nich poczucie wiary w siebie, sprawstwa, a z drugiej - zanika chęć zmieniania i „naprawiania” ludzi, których spotykają na swojej ścieżce. Kiedy się wie, że wszystkie nasze reakcje zależą od połączeń synaptycznych, łatwiej zrozumieć i zaakceptować innych, a samoświadomość wynikająca z owej wiedzy bardzo często pomaga nam w podejmowaniu życiowych decyzji. Dotyczy to także zmiany ścieżki zawodowej.

Najważniejsze w rozumieniu teorii talentów jest to, że talent nie określa umiejętności realizacji konkretnego zadania. Nie jest ściśle związany z kontekstem zadania. Talent jest bardziej ogólnym wzorcem, który przenosi się z sytuacji na sytuację. Dla przykładu, ktoś obdarzony talentem rywalizacji może go realizować w sporcie, w pracy sprzedawcy czy też biorąc udział w konkursach na najlepszego barmana na świecie. Osoba z dominującym talentem współzależności będzie w sposób szerszy, pewniejszy i szybszy niż inni dostrzegać powiązania różnych element—w, niezależnie od tego, czy pracuje w organizacji ekolog—w badających przyczyny ocieplania klimatu, czy będzie logistykiem organizującym system dostaw w najbardziej zatruwającym środowisko zakładzie przemysłowym.

  1. Styl Życia

„Wychodź poza schematy myślowe” – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Za każdym razem, gdy ktoś pytał pewnego mistrza zen, jak się ma, ten zawsze odpowiadał: „Dobrze”. W końcu jeden z jego uczniów powiedział: „Roshi, jak to możliwe, że zawsze dobrze się czujesz? Czy ty nigdy nie masz złego dnia?”. Mistrz zen odpowiedział: „Pewnie, że mam. W złe dni czuję się dobrze. W dobre dni też czuję się dobrze”. Na tym polega równowaga.

Praktykując maitri (miłującą życzliwość), współczucie i radość, szkolimy się w wychodzeniu poza schematy myślowe, w otwieraniu się całym sercem na siebie, na naszych przyjaciół, a nawet na ludzi, których nie lubimy. Rozwijamy obiektywny stan równowagi. Bez tej czwartej niezmierzoności pozostałe trzy są ograniczone przez nawykowe lubienie i nielubienie, akceptowanie i odrzucanie.

Praktykuj bez uprzedzeń we wszystkich obszarach. Ważne jest, aby zawsze robić to dogłębnie i z oddaniem. - Wskazanie treningu umysłu Atiszy
Tradycyjnym wyobrażeniem równowagi jest bankiet, na który zaproszeni są wszyscy. To znaczy, że wszyscy i wszystko bez wyjątku jest na liście gości. Pomyśl o twoim najgorszym wrogu. Pomyśl o kimś, kto mógłby cię skrzywdzić. Pomyśl o Pol Pocie i Hitlerze oraz dilerach narkotykowych zaczepiających młodych ludzi. Wyobraź sobie, że zapraszasz ich na tę ucztę.

Trening równowagi to nauka otwierania drzwi wszystkim, przyjmowania z radością wszystkich istot, zapraszania życia w odwiedziny. Oczywiście będziemy odczuwać strach i niechęć w stosunku do niektórych gości. Na początek pozwalamy sobie tylko na uchylenie drzwi, jeśli to wszystko, co możemy obecnie zrobić, i pozwalamy sobie na zamykanie drzwi, gdy jest to konieczne. Rozwijanie równowagi jest pracą w toku. Dążymy do tego, aby spędzić nasze życie, ćwicząc się w miłości i odwadze, które są potrzebne, żeby przyjąć wszystko, co przychodzi – chorobę, zdrowie, ubóstwo, bogactwo, smutek i radość. Z radością przyjmujemy i poznajemy wszystko.

Równowaga obejmuje coś więcej niż naszą zwykłą ograniczoną perspektywę. Mamy nadzieję, że dostaniemy to, co chcemy, i boimy się stracić to, co mamy – to opisuje nasze trudne jak zawsze położenie. Nauki buddyjskie wskazują na osiem odmian skłonności do odczuwania nadziei i strachu jednocześnie: przyjemność i ból, pochwała i potępienie, zysk i strata, sława i hańba. Dopóki dajemy się wkręcać w którekolwiek z tych skrajnych uczuć, dopóty potencjał drugiego zawsze istnieje. Te skrajności cały czas podążają jedna za drugą. Żaden rodzaj trwałego szczęścia nie jest możliwy do osiągnięcia, gdy tkwimy w  tym cyklu pragnienia i niechęci. Życia nam nie starczy, żeby po ­ zbyć się wszystkiego, co wywołuje w nas lęk, i na koniec zostać tylko z tym, co dobre. Dlatego bodhisattwa pielęgnuje równowagę, szeroki umysł, który nie zawęża rzeczywistości do za i przeciw, lubienia i nie ­ lubienia.

W celu rozwijania równowagi uczymy się, jak uchwycić moment, w  którym zaczynamy czuć pragnienie lub niechęć, zanim zamienią się odpowiednio w zaborczość lub negację. Uczymy się pozostawać w miękkim miejscu i wykorzystujemy nasze uprzedzenia jako pomosty łączące nas z  zamętem, którego doświadczają inni. Silne emocje są pod tym względem bardzo przydatne. Cokolwiek się pojawi – bez względu na to, jak przykre jest to uczucie – może być wykorzystane do zwiększenia poczucia pokrewieństwa łączącego nas z innymi, którzy cierpią z powodu tego samego rodzaju agresji lub pragnienia, którzy tak jak my wpadają w sidła nadziei i strachu. Właśnie w ten sposób dociera do nas, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Wszyscy mamy dramatyczną potrzebę rozpoznania, co prowadzi do szczęścia, a co do cierpienia.

Ostatnio odwiedziłam przyjaciółkę w ośrodku medytacyjnym. Każdego dnia wiele osób narzekało, że moja przyjaciółka ciągle się spóźnia. Byli z tego powodu niezadowoleni i poirytowani. Za każdym razem używała argumentów, które jej zdaniem usprawiedliwiały spóźnienie. Jej egoizm dawał się wszystkim we znaki. Pewnego dnia podeszłam do niej, kiedy siedziała na ławce. Miała czerwoną twarz i trzęsła się z wściekłości. Była z kimś umówiona i czekała już piętnaście minut, a ta osoba się nie pojawiła. Z trudem powstrzymałam się od komentarza, że jej reakcja jest co najmniej zabawna. Czekałam jednak, by sprawdzić, czy potrafi dostrzec, że role właśnie się odwróciły, że przez wiele lat to ona stawiała innych w takiej sytuacji. Ale nie było żadnej refleksji. Jeszcze nie potrafiła postawić się na ich miejscu. Zamiast tego trwała w gniewie i potęgowała swoją złość, robiąc przesycone wściekłością notatki. Nie była jeszcze gotowa, by poczuć więź z tymi wszystkimi ludźmi, którym kazała na siebie czekać. Tak jak większość z nas nieświadomie zintensyfikowała własne cierpienie. Zamiast pozwolić, by to doświadczenie ją zmiękczyło, wykorzystała je do wzmocnienia swojej zatwardziałości i obojętności.

Trwanie w gniewie i oburzeniu przychodzi z łatwością nawet po latach praktyki. Jeśli jednak uda nam się skontaktować z bezbronnością i bezradnością żalu czy wściekłości lub jeszcze innego uczucia, może pojawić się szersza perspektywa. W momencie, gdy zdecydujemy trzymać się tej energii, zamiast ją odrzucić lub stłumić, ćwiczymy się w równowadze, w myśleniu wykraczającym poza dobro i zło. W ten sposób wszystkie cztery niezmierzoności ewoluują z ograniczonych do bezgranicznych: ćwiczymy się w wychwytywaniu momentów, kiedy nasze myśli zmieniają się w twarde przekonania, i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby je zmiękczyć. Bariery znikają dzięki zmiękczaniu.

Praktykowanie równowagi

Praktykowanie równowagi na miejscu polega na chodzeniu ulicami z intencją pozostania jak najbardziej świadomym wobec każdego, kogo spotykamy. Jest to szkolenie się w emocjonalnej uczciwości wobec siebie i stawaniu się bardziej przystępnym dla innych. Kiedy mijamy ludzi, skupiamy uwagę na tym, czy się otwieramy, czy zamykamy. Zauważamy, czy czujemy zainteresowanie, niechęć, czy obojętność, bez dodawania niczego więcej, bez oceniania.

Możemy współczuć komuś, kto wygląda na przygnębionego, lub radować się z kimś, kto uśmiecha się do siebie. Możemy odczuwać strach i niechęć do drugiej osoby, nawet nie wiedząc dlaczego. Zauważanie, gdzie się otwieramy i gdzie zamykamy – bez pochwał i obwiniania – jest podstawą naszej praktyki. Ten sposób praktykowania, choćby w czasie krótkiego spaceru, otworzy nam oczy na wiele spraw. Możemy w  tej praktyce pójść jeszcze dalej, wykorzystując to, co się pojawia, jako podstawę do odczuwania empatii i zrozumienia. Zamknięte uczucia, takie jak strach czy wstręt, pozwalają zrozumieć, że inni również dają się w ten sposób złapać. Otwarte stany, takie jak życzliwość i radość, również pozwalają na bardzo osobisty kontakt z ludźmi, których mijamy na ulicach. Tak czy inaczej, rozszerzamy nasze serca.

Podobnie jak w przypadku pozostałych niezmierzoności, formalna praktyka równowagi składa się z siedmiu etapów. Równowaga pojawia się wtedy, kiedy mamy poczucie przestronności i swobody, które nie tkwi w pułapce preferencji lub uprzedzeń. Możemy życzyć sobie i tym, których kochamy, abyśmy przebywali w tym poczuciu wolności. Następnie rozszerzamy tę aspirację na naszego przyjaciela, na osoby neutralne i na naszego wroga. Wtedy naszą aspiracją jest, abyśmy my i pozostali mogli żyć w równowadze. W końcu możemy rozszerzyć tę aspirację na wszystkie istoty w czasie i  przestrzeni. „Oby wszystkie istoty żyły w wielkiej równowadze, wolne od namiętności, agresji i uprzedzeń”.

Możemy również praktykować równowagę przed rozpoczęciem praktyki miłującej życzliwości czy współczucia. Po prostu zastanawiamy się, ile cierpienia wynika z pragnień i z niechęci, ile jest wynikiem strachu przed utratą szczęścia, a ile jest wyrazem przekonania, że niektórzy ludzie nie są godni naszego współczucia czy miłości. Potem możemy wyrazić życzenie, aby mieć siłę i odwagę, żeby odczuwać nieograniczone maitri i nieograniczone współczucie dla wszystkich istot bez wyjątku – łącznie z tymi, których nie lubimy i których się boimy. Z taką intencją rozpoczynamy siedmioetapową praktykę.

Jak mówi Sutra maitri: „Nieograniczony umysł pozwala otoczyć opieką wszystkie żywe istoty, promieniując życzliwością na cały świat, powyżej, poniżej i dookoła, bez żadnych ograniczeń”. Praktykując równowagę, ćwiczymy się w poszerzaniu naszego kręgu zrozumienia i współczucia na tyle, żeby objąć dobro i zło, piękno i brzydotę. Jednakże bezgraniczna równowaga, wolna od jakichkolwiek uprzedzeń, nie jest tym samym, co ostateczna harmonia, gdzie wszystko w końcu się zrówna. Jest to bardziej kwestia bycia w pełni zaangażowanym we wszystko, co nas spotyka. Możemy nazwać to życiem w pełni.

Ćwiczenie się w równowadze wymaga zostawienia za sobą pewnego bagażu: na przykład komfortu odrzucania jakiejś części naszego doświadczenia oraz negowania bezpieczeństwa wynikającego z przyjmowania tylko tego, co przyjemne. Odwaga niezbędna do kontynuowania tego rozwijającego się procesu wynika ze współczucia dla siebie i z dania sobie tyle czasu, ile potrzeba. Jeśli będziemy praktykować w ten sposób przez kolejne miesiące i lata, poczujemy, że nasze serca i umysły się powiększają. Kiedy ludzie pytają mnie, jak długo to trwa, mówię: „Co najmniej tak długo, jak długo będziesz żył”.

  1. Psychologia

Egoizm to pułapka. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Naruszając uniwersalne zasady sumienia, płacimy za to zdrowiem, a w konsekwencji cierpi na tym nasze życie. (Fot. iStock)
Naruszając uniwersalne zasady sumienia, płacimy za to zdrowiem, a w konsekwencji cierpi na tym nasze życie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nasze cele i działania powinny służyć nie tylko nam, ale i światu. Wtedy odniesiemy życiowy sukces i odnajdziemy głęboką satysfakcję. Aby nam się to udało, musimy tylko... wyjść poza egoizm. Jak go w sobie pokonać? – mówi Wojciech Eichelberger.

Jak walczyć z egoizmem, kiedy uczy się nas myśleć tylko o sobie? Wmawia, że życie to rywalizacja, a myślenie z troską o innych to domena społeczników i... nieudaczników.
Jak przebić się przez nasz egocentryzm? Dopóki tego nie zrobimy, nasz interes będzie w sprzeczności z interesem innych, w konflikcie z interesem przyrody, a nawet nabywców naszych usług czy produktów. Taki sposób widzenia uniemożliwia osiągnięcie prawdziwego sukcesu. A egoizm, który poprzedza zdobycie wglądu w zasadę jedności, jest ciągle udziałem większości i niechętnie rezygnuje z zarządzania naszym umysłem i życiem.

Bo każdy z nas chce być wyjątkowy i wierzy, że właśnie to przyniesie mu sukces.
W obowiązującej definicji sukcesu wyjątkowość uznaje się za coś, co go warunkuje. Wydaje się, że im bardziej rozdęte jest nasze ego, im mocniejsze przekonanie, że jesteśmy wybrańcem – tym pewniej osiągniemy to, co zamierzyliśmy. Jednak nieuchronną konsekwencją i końcem tej drogi jest pycha, która doprowadza nasze życie do katastrofy.

Wstydzić się egocentrycznego sukcesu? Do tego potrzebne jest sumienie, a dziś mówi się: bądź cwany, nie uczciwy…
To zasadnicze elementy egocentrycznej wizji świata opartej na przekonaniu, że nasz sukces musi dokonać się kosztem innych. Na szczęście wzrasta liczba świadomych ludzi, którzy ostrzegają, że w naszych relacjach – zarówno biznesowych, jak i prywatnych, a nawet tych z przyrodą – jest niezbędna znana od lat strategia „win – win” (wygrana – wygrana). Obie egocentrycznie rywalizujące strony znajdują dzięki niej rozwiązanie, które uwzględnia ich żywotne interesy. Mamy więc narzędzie, które umożliwia świadome, niedualistyczne wyznaczanie celów i dróg ich osiągania.

Ale potrzebne nam też sumienie…
Sumienie ma każdy. Choć jeśli się postaramy, możemy je w sobie zagłuszyć. Ale nawet wtedy wcześniej czy później odezwie się: w snach, w przebłyskach intuicji, a w wypadku zatwardzialców – w godzinie śmierci. To, co nazywamy sumieniem, nie należy do świadomości indywidualnej. Jest przejawem świadomości pozaosobistej, jednoczącej. Można więc powiedzieć, że odruchy sumienia są bezcennymi przebłyskami prawdziwej świadomości. Dlatego zawsze gdy naruszamy uniwersalne zasady sumienia, płacimy za to zdrowiem, a w konsekwencji cierpi na tym nasze życie.

Jak oddzielić dobre dbanie o siebie od szkodliwego egoizmu?
Na poziomie egoizmu rządzą nami trzy motywacje. Pierwsza to przetrwać jako organizm. Gdy zachowanie jest motywowane przekonaniem, że nasza egzystencja jest całkowicie uwarunkowana istnieniem ciała, to wszystko i wszyscy stają się zagrożeniem. Naszym wrogiem staje się też nieustanny proces przemiany, umierania i odradzania, który jest sposobem przejawiania się życia. A więc – paradoksalnie – nasz wróg to życie jako takie. W konsekwencji wszyscy, których potrzeby powinniśmy uwzględniać i z którymi powinniśmy wchodzić w naturalny proces wymiany, stają się  zagrożeniem. Żyjemy w iluzji; „albo ja, albo inni”, „albo ja, albo świat”. To przekonanie tak zaślepia, że nie zauważamy, że to innym zawdzięczamy istnienie i że bez przyrody i subtelnej mechaniki wszechświata nie bylibyśmy w stanie przeżyć. Wtedy jesteśmy najbardziej bezkompromisowi, bezwzględni i nieetyczni w realizacji naszych celów.

Nie chciałabym spotykać takich ludzi, ale mam wrażenie, że spotykam.
Wielu z nas utyka w tym „tunelu świadomości”. Na szczęście kolejna motywacja egocentryczna już nie wszystkich traktuje jak wrogów. Pozwala dostrzec coś ważnego w niektórych ludziach, lecz też nakazuje używać ich w celu maksymalizowania własnej przyjemności. Inni są po to, żeby nam było ślicznie, bezpiecznie, mięciutko. Uważamy się za kogoś, komu należy się komfortowe życie. Taka motywacja to potężny motor sukcesu materialnego. Otaczamy się pięknymi przedmiotami, mamy pięknych partnerów i dzieci, pięknie jemy i mamy piękne, wiecznie młode i zdrowe ciała.

Co w tym złego?
Taki iluzoryczny świat może przetrwać jedynie jako wyidealizowana, wydzielona z rzeczywistości enklawa. Jeśli cokolwiek go zaburza, musimy się całkowicie od tego odciąć. Tak więc odwracamy się od wszystkiego, co trudne, co jest cierpieniem, co nieestetyczne. Manipulujemy światem i ludźmi, ignorując ich prawdziwe, niewygodne dla nas potrzeby. Oczywiście przejawia się to też w naszych relacjach osobistych. Wystarczy, że zrobi się w nich choć trochę trudno czy nieprzyjemnie, zabieramy nasze zabawki i przenosimy się do innej, przyjemniejszej piaskownicy.

Hm, coraz bardziej podoba mi się ta motywacja. Jestem zmęczona sprzątaniem piaskownicy…
Uważaj, bo ogromną ilość życiowej energii gotowi jesteśmy zaangażować w podtrzymywanie iluzji takiego pseudonieba. No i sumienie prędzej czy później się też odezwie. Trzecia z kolei motywacja, która nas egocentryzuje, to wszechogarniająca potrzeba autokreacji, budowania własnego znaczenia, popularności i wizerunku w celu osiągnięcia mocy, władzy i wpływu. Wtedy nieświadomie kreujemy taką wizję samych siebie, naszej historii i życiowej misji, która uzasadnia realizację tej potrzeby.

Jak można kreować iluzje władzy i mocy?
Wystarczy stworzyć środowisko klakierów – miernych, biernych, ale wiernych – którzy zawsze chętnie potwierdzą, że jesteśmy kimś wielkim, wspaniałym, opatrznościowym. Taka sytuacja skłaniać nas będzie do tyranii, do robienia wszystkiego, co uznamy za właściwe, byle tylko podtrzymać iluzję naszej wyjątkowości, a tym samym prawo do sprawowania rządu dusz. To smutny los wielu politycznych dyktatorów. Zwykle już za życia odbierają oni bolesną lekcję pokory: zostają obaleni lub giną z rąk pokrzywdzonych. A jeśli – dzięki terrorowi – dożywają naturalnej śmierci, to już w chwilę po niej okazuje się, kim naprawdę byli.

Łatwo zauważyć, że żadna z trzech egocentrycznych motywacji nie może być źródłem prawdziwego sukcesu. Nie można go osiągnąć, koncentrując się na budowaniu iluzorycznego „ja”, które usiłuje zabezpieczyć się przed obnażeniem jego iluzoryczności. Nie można też osiągnąć sukcesu w izolacji, w oblężonej twierdzy, wszystkich traktując jak wrogów. Podobnie jak nie da się dotrzeć tam, gdzie naprawdę byśmy chcieli, podążając ślepo za potrzebą przyjemności.

Ale dzięki tym motywacjom można osiągnąć sukces finansowy. A wielu uzna to za wystarczający cel.
Prawdziwego sukcesu nie osiągniemy, obsesyjnie dążąc do bezpieczeństwa, komfortu, władzy, lecz tylko dzięki takiemu działaniu, które pozostaje w zgodzie z naszymi najgłębszymi potrzebami i sumieniem. Prawdziwy sukces zapewniają poczynania w niewielkim stopniu inspirowane przez egocentryczne przekonania i potrzeby – one służą innemu celowi, który można by zdefiniować w kategoriach dobra wspólnego, i są realizowane poprzez strategię „win – win”. Choć w rezultacie często zarabiamy tyle pieniędzy, że stać nas na zaspokojenie egocentrycznych potrzeb. Lecz nie mają one charakteru obsesji – nie jesteśmy już bowiem przywiązani ani do bezpieczeństwa, ani do komfortu i przyjemności, ani do władzy i wpływu. Jeśli w imię realizacji nieegocentrycznych celów przyjdzie nam z nich zrezygnować, zrobimy to bez trudu.

  1. Psychologia

Wyluzuj – rady dla perfekcjonisty

Perfekcjonista zawsze patrzy do góry, na poprzeczkę. Tylko problem polega na tym, że on nigdy jej nie dosięgnie, bo gdy robi krok wzwyż, ona również się przesunie. (Fot. iStock)
Perfekcjonista zawsze patrzy do góry, na poprzeczkę. Tylko problem polega na tym, że on nigdy jej nie dosięgnie, bo gdy robi krok wzwyż, ona również się przesunie. (Fot. iStock)
Przez jakiś czas miałem w sobie coś, co określiłbym jako rys perfekcjonistyczny. Dzisiaj już wiem, że to droga donikąd – mówi psycholog Paweł Fortuna.

Łatwo rozpoznaje pan perfekcjonistę?
Od razu. Spotykam ich najczęściej w korporacjach, w trakcie wspólnych warsztatów i konferencji. Są zawsze akuratni. Ci z nich, którzy są perfekcjonistami skierowanymi na innych, a więc wymagają poprawności od współpracowników, elektryzują atmosferę, a w konsekwencji ochładzają klimat.

Jakiś przykład?
W jednej z firm spotkałem menedżera perfekcjonistę. W takich instytucjach wszystko jest jak w pudełeczku – na czas, na miejscu i na pewno. Ten menedżer robił cykliczne egzaminy swoim handlowcom z wiedzy o produkcie, podczas których kazał im używać szablonowej argumentacji. Sprzedawcy karnie wykonywali swoje zadanie, po czym szli do klientów i podpisywali umowy na spore dostawy, w ogóle nie stosując formułek, z których byli egzaminowani. Żyli w dwóch innych światach.

Od wielu lat pracuje pan jako wykładowca akademicki i trener biznesu. Ale przyznam szczerze – Pawła Fortunę kojarzyłam jako autora tekstów i kompozytora, między innymi albumu „Dziewczyna Szamana”. Dlaczego zajął się pan perfekcjonizmem?
Przez jakiś czas miałem w sobie coś, co określiłbym jako rys perfekcjonistyczny. Stawiałem sobie bardzo wysokie wymagania. Na przykład w liceum miałem zespół Revolutio Cordis, w którym wokalistką była Justyna Steczkowska, ale nie można usłyszeć żadnych nagrań tej formacji, ponieważ wciąż uważałem, że jeszcze jest sto detali, które należy w nich dopracować. Dzisiaj już wiem, że to droga donikąd. Potrafię określić próg wystarczalności i w pewnym momencie kończę każdy projekt – również muzyczny. Dzisiaj zamieszczam w Internecie utwory, które wiele lat temu pewnie bym się wstydził komukolwiek pokazać.

Jak udało się panu pozbyć tego perfekcjonistycznego rysu?
Przede wszystkim trzeba tego chcieć. Bardzo pomogło mi wspólne mieszkanie z osobami, które podchodziły z dystansem do życia. Zobaczyłem, że w stwierdzeniu „świat się nie zawali, jeśli tego nie zrobisz” jest wiele prawdy. Można być punktualnym i pilnować priorytetów, jednocześnie nie zamęczając się każdym detalem. Podróżowałem po Europie autostopem, a potem wyjeżdżałem na wyprawy zupełnie bez planu – znałem tylko pierwszy punkt programu. Potem każdego dnia wybierałem spontanicznie kierunek podróży. W ten sposób poznałem spokój płynący z doświadczenia, że zawsze dam sobie radę. Zrozumiałem też, że najciekawsze rzeczy na świecie spotkamy w jego „bocznych uliczkach”. I w końcu wiele zawdzięczam moim nauczycielom. Jeden z profesorów, widząc, jak męczę się nad znalezieniem najlepszego z możliwych początku artykułu, podszepnął: „Zacznij od drugiego zdania”. Uff… Jak dobrze jest się wyzwolić z tyranii doskonałości. Dbałość o detale pozostaje, ale napięcie ustępuje miejsca radości życia.

To doświadczenie pomaga panu w pracy z biznesem?
Na pewno. Dla perfekcjonistów mam wiele zrozumienia, ale też współczucia. Dzięki nim świat jest piękniejszy, „dokładniejszy”, bardziej wypolerowany. Płacą jednak za tę doskonałość własnym życiem i ogromnym stresem. Można się pokusić o metaforyczne stwierdzenie, że nasz mózg wcale nie chce, żebyśmy byli perfekcyjni.

Dlaczego w takim razie hodujemy w sobie takiego wewnętrznego krytyka? Przecież nikt nie rodzi się perfekcjonistą.
To prawda, ale na nasze dyspozycje znacząco wpływa sposób wychowania. Dlatego w trudnej sytuacji jest dziecko, które rodzice często krytykują, a mało chwalą, jednocześnie wysoko zawieszając poprzeczkę. Chce sprostać ich oczekiwaniom i w mig wychwytuje wszystkie sygnały dezaprobaty. To może być spojrzenie, syk, wyraz twarzy, nawet głębszy oddech. Rodzic może jeszcze dodać: „Co ja z tobą mam! Ile razy ci powtarzałem!”. Dziecko wie, że musi działać bardzo poprawnie. Tylko że rodzic nie pompuje równocześnie wiary w siebie przez pokazywanie mocnych stron i sił psychicznych. Nie mówi na przykład: „Zobacz, nie dawałeś rady, a teraz świetnie sobie poradziłeś. Jestem z ciebie dumny!”. W dziecku uruchamia się więc motywacja defensywna: nie chodzi o to, żeby osiągnąć nagrodę, ale żeby uniknąć kary. I to się utrwala, dzień po dniu. Dlatego perfekcjonizm jest tak oporny na zmiany w dorosłym życiu.

Przypomina mi to scenę z filmu „Whiplash”, w której nauczyciel mówi: „Nie ma nic gorszego, jak powiedzenie komuś: »dobra robota«”.
Wiele osób uważa, że tak zwany zimny chów daje najlepsze efekty. Fakt, takie dziecko przyniesie dużo dumy rodzicom: będzie genialnym perkusistą, zagra w najlepszej orkiestrze, zostanie pierwszym skrzypkiem. Często płaci za to własnym życiem, tylko na to już nikt nie zwraca uwagi. Wielu rodziców, którzy „hodują” perfekcjonistę, ma takie założenie, że dziecko będzie miało dobre życie, jeśli będzie ulepszoną wersją ich samych. Skoro ja znam jeden język, to żeby ono znało pięć; jeśli się nie dostałem na medycynę, to niech ono się dostanie z pierwszej lokaty. To będzie wtedy świadczyło dobrze o nas jako rodzinie. Co ciekawe, rodzice perfekcjonistów zawsze wiedzą, co jest najlepsze dla ich dziecka. Dlatego w dorosłym życiu perfekcjoniści zachowują się trochę jak ludzie, którzy zatracili instynkt, stali się zewnątrzsterowni. Trudno im podejmować decyzje, ogromną wagę przywiązują do autorytetów, uwielbiają przewodniki czy gwiazdki na Filmwebie. Perfekcjonista często musiał odczytywać z otoczenia, jakim być, żeby nie zostać odrzuconym. Rzadko zadaje sobie pytanie: A jakie ja mam w ogóle potrzeby?

Uderzyła mnie ostatnio analiza wyników prawie 80 badań przeprowadzonych na świecie, które pokazują, że milenialsi mają dużo większe skłonności do perfekcjonizmu niż poprzednie pokolenia. Wielu przypięło im łatkę wyluzowanego „pokolenia sojowego latte”, a to są alarmujące dane.
Badania pokazują, że studenci w Polsce też cierpią na wysoki poziom stresu. Do tego często mają zaniżone poczucie własnej wartości i stawiają sobie nierealistyczne cele. I to jest bardzo niepokojące, bo zbyt wysokie standardy są tak samo złe jak zbyt niskie. Najważniejsze jest optimum – dla każdej osoby inne. W psychologii rozwojowej mówi się o sferze najbliższego rozwoju. Dziecko, które raczkuje, powinno ćwiczyć stawanie z podparciem, potem bez niego, a potem dopiero pierwsze kroki. Jeśli od razu będziemy zachęcali je do chodzenia, wtedy każdy upadek może je zniechęcić do dalszych starań. Taki model jest destrukcyjny także z innego powodu – nie uczy, jak radzić sobie z porażką.

Ilustracja Magdalena Chołaścińska 'Autogrzywa'. Ilustracja Magdalena Chołaścińska "Autogrzywa".

Pokolenie dzisiejszych nastoletnich perfekcjonistów za kilka lat wejdzie na rynek pracy. Jak poradzą sobie w dorosłym życiu? Wyobraźmy sobie, jak wygląda rozmowa kwalifikacyjna, na którą przychodzi perfekcjonista.
Zachowuje się jak student na egzaminie, który musi mieć świadectwo z czerwonym paskiem. Jest bardzo dobrze ubrany, spięty, wcześniej przećwiczył odpowiedzi na potencjalne pytania, uważnie słucha i generalnie wypada dobrze – sprawia wrażenie, że będzie rzetelnym pracownikiem.

I rzeczywiście może nim być?
Oczywiście. Perfekcjonistów porównałbym do robotów, którym trzeba wgrać program i wtedy pracują lepiej niż jakakolwiek inna osoba, która w połowie by się rozkojarzyła i powiedziała, że to nuda. Każdy szef szybko zauważy, że taka osoba może być bardzo użyteczna dla firmy, bo jest konsekwentna, wytrwała, co prawda potrzebuje więcej czasu niż inni, bo wszystko musi dokładnie sprawdzić, ale jest niewiarygodnie rzetelna. Jest wiele działów, w których cenione są stabilność, przewidywalność i rutyna – tam perfekcjonista wcale nie musi się męczyć.

Ale – jak pokazują szczególnie ostatnie miesiące – żyjemy w mało stabilnym i przewidywalnym świecie.
A perfekcjoniści są mało elastyczni. Gdy tylko pojawia się widmo zmiany, typu fuzja firm, rotacja stanowisk albo szef zaprosi go do jakiegoś nowatorskiego działania – zupełnie się gubią. Szefa, który myśli szybko i wizjonersko, może to doprowadzić do szaleństwa. Będzie przekazywał informacje w stylu: „Proszę zrobić tak, żeby było dobrze”. Wyśle e-mail o treści: „Popraw to jeszcze”. A perfekcjonista spyta: „Ale co mam poprawić?”. On oczekuje bardzo precyzyjnej instrukcji. Podobno dyrygent Jerzy Maksymiuk usłyszał kiedyś od skrzypaczki: „Ja nie potrzebuję informacji, że gramy »Jezioro łabędzie«, ja potrzebuję wiedzieć, jaki ma być nacisk smyczka na strunę”.

Zaczynają się bezsenne noce?
Metaforycznie rzecz ujmując, to jest walka z pościelą. Wrzucony w niepewną sytuację perfekcjonista zamiast spać, w głowie będzie odtwarzał ten sam film: sytuacje z pracy, rozmowy z przełożonymi, jakieś uwagi. Przyjmie różne strategie: zacznie odkładać rzeczy na później albo będzie się ciągle doszkalać – zrobi kolejnego MBA, zapisze się na dziesiątki weekendowych warsztatów. Nie ma odpoczynku, nie ma relaksu. Za to często są bóle brzucha, zaburzenia nastroju, niekiedy konieczna jest terapia.

Znam związek, w którym rozgrywa się właśnie taki scenariusz. Tylko tu on – perfekcjonista o analitycznym i ścisłym umyśle – awansował i jest odpowiedzialny za kreowanie strategii. Po niezliczonych kursach doszkalających ma już bóle brzucha. Jak ona może mu pomóc?
Związki z perfekcjonistami są bardzo trudne. To jest tak, jakby sąsiad ciągle wiercił wiertarką. Zawsze coś: kolejne studia, kolejne szkolenie, a nadal jest na początku drogi. Perfekcjonista zawsze patrzy do góry, na poprzeczkę. Tylko problem polega na tym, że on nigdy jej nie dosięgnie, bo gdy robi krok wzwyż, ona również się przesunie. Perfekcjoniści często słuchają wszystkich, tylko nie najbliższych: bo coś ważniejszego powiedział profesor w jednej z przeczytanych książek. I jak ktoś zauważa, że jego wsparcie do perfekcjonisty nie dociera, to ma trzy wyjścia: może machnąć ręką i zacząć prowadzić równoległe życie, pójść z nim na terapię albo odejść.

Załóżmy, że pójdą na terapię.
Jest duża szansa, że to pozwoli mu odzyskać kontakt z samym sobą. Może zacznie zadawać sobie proste pytania: Co lubię? Co mi sprawia przyjemność? On potrzebuje „uwalnianki od życia”. Musi zobaczyć, że są ludzie, przy których nie trzeba się gimnastykować i niczego udowadniać. Druga sprawa: potrzebna jest zmiana optyki. Nie może ciągle patrzeć na tę poprzeczkę, tylko spojrzeć za siebie i zobaczyć, jaką drogę już przeszedł i ile już wie. Może też nauczyć siebie innych ludzi. Tak jak robi osoba, która jest wegetarianinem. W firmie wszyscy się o tym dowiedzą: ty potrzebujesz konkretnych komunikatów i więcej czasu. Tak samo jak dla wegetarianina jest osobna potrawa.

A prywatnie? Wakacje bez planu?
Tak, spontaniczność jest bardzo ważna! Szef jednej firmy, w której było dużo rutynowo działających perfekcjonistów, spytał, czy mógłbym przeprowadzić dla nich warsztat, który pomógłby im obudzić w sobie dzieci.

I co pan zrobił?
Powiedziałem, że zaczynamy od tego, żeby każdy przyszedł w takich ciuchach, jakie nosił, kiedy był nastolatkiem. Przyszło sporo hipisów. Zaproponowałem im różne typowo harcerskie zadania. Chodziło o to, żeby przestali pytać o cel, korzyści, a bawili się tym, co robią. Bo zarówno proces, jak i cel są ważne. Perfekcjoniści skupiają się tylko na efekcie. A przecież jak gotujemy, dobrze by było, żeby było smacznie i żeby się nam fajnie gotowało. Efekt był taki, że ze spotkania na spotkanie stawali się coraz bardziej „wyluzowani”, pozwalali sobie na eksperymentowanie i improwizację. Zaczęli się spontanicznie uśmiechać. Ot tak, bez klarownego dla całego świata powodu! To jakby widzieć czyjeś narodziny.

Paweł Fortuna, psycholog, trener biznesu, autor nagradzanych książek z zakresu psychologii, także kompozytor.