1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zazdrość w związku może pomóc - rozmowa z Katarzyną Miller

Zazdrość w związku może pomóc - rozmowa z Katarzyną Miller

Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
"Mam dobrą wiadomość. Z zazdrości można odbić się jak z trampoliny i zanurkować w dobrą miłość" - zapewnia psychoterapeutka Katarzyna Miller w rozmowie z Beatą Pawłowicz. 

Czasem, by poczuć niepokój, wystarczy mało wiarygodny news portalowy: najczęściej romansują i zdradzają w pracy analitycy giełdowi, brokerzy, finansiści. A twój partner pracuje w finansach, i to po 12 godzin na dobę.
Jeśli ktoś czuje niepokój z takiego powodu, to znaczy, że jest zajączkiem, czyli siedzi na strachu. A ten strach więcej mówi o wierze tegoż zajączka w siebie, a raczej o braku tejże wiary, niż o apetycie na seks jego drugiej połowy. Więcej mówi o zajączka samoocenie – raczej mizernej jak zwiędnięta kapusta – niż o tym, co wyczynia, jakie ma ekscesy seksualne w godzinach pracy jego partner czy partnerka.

Zajączek też człowiek! Co ma zrobić, żeby zazdrość schrupać? Na przykład jeździć w przerwie lunchowej do swojej drugiej połowy na seks?
Eeee... Jak ma taką ochotę, niech jeździ. Ale po co cokolwiek robić? Jak ona czy on chce się w pracy splątać z kimś, to niech to robi. Namawianie partnera do zmiany profesji na taką, w której zdrada statystycznie zdarza się rzadko, też nie ma sensu. Nauczyciel polskiego wbrew statystykom też może mieć kochankę, a nawet parę, jak będzie chciał... Moim zdaniem niech sobie zdradza, jak mu tak zależy.

Nigdy nie byłaś zazdrosna?
Tak solidnie – raz. Dawno temu, jak pozwoliłam sobie zapragnąć mężczyzny, który mi się naprawdę bardzo podobał. Przedtem nie czułam zazdrości, bo byłam z mężczyznami, którzy mnie wybierali i o mnie bardzo zabiegali. A więc wiedziałam, że się im podobam, że mnie bardzo chcą i nie musiałam być zazdrosna. Ten też mnie chciał, ale że on mi się tak bardzo podobał jak dotąd nikt, poczułam, że dookoła jest wiele atrakcyjnych kobiet. A skoro on mi się aż tak podoba, to im pewnie też aż tak i będą chciały razem z nim odlecieć.

I co? Pozwoliłaś mu na zdradę, pokonując swoją zazdrość?
Gdzie tam! Zwołałam zebranie wszystkich dziewczyn, z jakimi się kolegowałam, i kazałam im sobie pomóc w zmaganiach z tą zazdrością. Powiedziałam, że chcę wiedzieć, jak one się czują w tym temacie. To zwołanie przyjaciółek było wielkim krokiem dla mnie i prywatnym, i zawodowym, bo wtedy przyznałam się przed nimi do czegoś, czego bardzo się wstydziłam: że wcale nie jestem taka pewna siebie, jak udaję. Odwrotnie – nie jestem i dlatego każda ładna dziewczyna, jaką widzę na ulicy, idąc z nim na spacer czy do sklepu, budzi we mnie lęk, że on mnie zostawi i zaraz za nią poleci.

Koleżanki jako lek na zazdrość o mężczyznę?
Pomogły bardzo, bo powiedziały prawdę o sobie. Jedne przyznały, że są zazdrosne, drugie powiedziały, że nie. I już samo to, że szczerze pogadałyśmy, bardzo pomogło. Wtedy też samą siebie zaskoczyłam, zadziwiłam tym, że oto mogę o sobie samej czegoś nie wiedzieć. A więc pomyślała: „Jest tak, że człowiek nie spotyka się ze swoimi ważnymi, a trudnymi uczuciami, myślami, dopóki nie poczuje konieczności, żeby się z nimi spotkać. Tak jak ja!”. Ja się wtedy dopiero spotkałam ze swoją niepewnością, kiedy poczułam zazdrość, bo ona bardzo mnie bolała. Bardzo mi więc ta moja zazdrość pomogła także w pracy, bo wiedziałam, o co chodzi, kiedy na różnych grupach, które prowadziłam już jako terapeutka, słyszałam, jak dziewczyny mówiły: „Ośmieliłam się na najbardziej atrakcyjnego faceta i nawet z nim jestem, i co?! I dostaję spazmów lęku, że on mnie zostawi. Przy poprzednich nie miałam czegoś takiego...”. Mówię wtedy naprawę szczerze: „Bardzo cię rozumiem”.

Rozumiesz, ale też co radzisz, kiedy kobiety mówią ci o tym, jak bardzo boli je zazdrość?
Radzę zacząć od zdania sobie sprawy, że jest to bardzo ważny moment w ich życiu! Bo oto spotykają się same z sobą. A to ogromna szansa na poznawanie siebie. Czując zazdrość, docieramy bowiem do najbardziej głębokiego punktu intymności, czyli do naszej potrzeby bycia przyjętym, akceptowanym, kochanym, wybranym przez ważnych dla nas ludzi na kogoś bardzo szczególnego. To jest ten punkt, wokół którego rozgrywają się wszelkie nasze cierpienia, pragnienia, tęsknoty, marzenia. Szczególnie te związane ze związkami, z tą intymną przestrzenią, która jest ukryta przed ludźmi, nienazwana. Którą się nie dzielimy i nie wiemy, co z nią zrobić, bo tam w tej zazdrości stajemy się bezradnymi, małymi dziećmi.

Zazdrość jako drzwi do prawdy o mnie?
Tak, bo czując ją, dochodzimy do sedna siebie, do najbardziej głęboko ukrytego lęku – lęku przed odrzuceniem. Siła tego lęku zasadza się na tym, na ile zostaliśmy przez rodziców przyjęci tacy, jacy jesteśmy. Na ile zostaliśmy przez nich zaakceptowani, a więc też na ile zostaliśmy wyposażeni w poczucie wartości, w wiarę w siebie, a na ile nie.

Zazdrość mówi, że chyba nie za dużo tej miłości bezwarunkowej dostaliśmy jako dzieci od naszych opiekunów?
Jest na pewno sygnałem, że znów wydani jesteśmy na pastwę tego, czy ktoś nas przyjmie, czy się nami zachwyci, czy nie zachwyci, i znów w kącie będziemy gryźć paznokcie i nie będziemy mogli ruszyć z naszym życiem dalej. Kiedy ja sama poczułam zazdrość, podjęłam decyzję, że skoro to jest taki ważny moment, bo tak dalece sama spotykam się ze sobą, muszę go uszanować. A więc już nie ten mężczyzna jest najważniejszy, tylko ja i moje uczucia. On jest ważny, ale głównie jako ktoś, kto te uczucia we mnie wywołuje.

No właśnie, te uczucia to przede wszystkim lęk przed odrzuceniem, który bywa nad siły.
I właśnie! Pierwsza rzecz, którą zrobiłam, a która była dla mnie bardzo trudna, to powiedziałam mu coś, co by mi kiedyś przez usta nie przeszło: „Boję się, że mnie zostawisz”. Byłam do tego dnia neurotycznie ambitna, bo też ambicja jest osią neurozy, i nigdy nie pokazywałam tego, co mnie boli. Udawałam mocniejszą, niż jestem. Ale wtedy postawiłam na prawdę. I dobrze, bo on powiedział: „Nie chcę cię zostawiać”. Wtedy zabrałam się do intensywnej pracy nad sobą, zapisałam tony papieru, nazywając swoje uczucia, wzmacniając się afirmacjami, pisząc listy do wszystkich ważnych dla mnie osób o tym, co czuję, co mi zrobili, zapisując sny. Chodziłam też na terapie, kursy, warsztaty, wykłady. A więc przeorałam się przez siebie. To był czas nie tylko zazdrości, ale też bezradności, którą przy tym mężczyźnie poczułam.

Bezradność obok zazdrości? Oj...
Tak, byłam jak mała dziewczynka, bo oto rycerz się pojawił na białym koniu, ale zamiast wspaniałej królewny, w której się zakochał, spotkał dzidzię płaczącą ze strachu, że on będzie kolejną osobą, która ją opuści. Albo nie ukocha tak, jak ona tego potrzebuje. Moi rodzice mnie nie porzucili, a więc bałam się nie tyle tego, że będę porzucona, ile tego, że nie będę przyjęta taka, jaka jestem. Że mężczyzna, którego pokocham, nie potraktuje mnie tak, jak tego potrzebuję. A na to nie miałam wpływu. Wszystko wydawało mi się zależne od niego.

Gdzie tu pozytywne doświadczenie, które pomogło ci nie czuć już nigdy potem zazdrości?
Przeżyłam dużo lęku, bezradności, dużo zwątpień, ale też zobaczyłam, jak potrafię się sobą zajmować, jaka jestem wobec siebie uczciwa. Ile mogę zrobić dzięki ludziom, o ile jestem wobec nich otwarta i nic nie udaję. Postawiłam na siebie i na prawdę, a nie na „zwycięstwo”. Kobiety często poprzestają na tym „zwycięstwie”, a ma nim być to: „Mam go! I wszyscy to widzą, ja sama też”. Kobiety myślą, że to im wystarczy – mieć tego mężczyznę. Myślą, że miłość je uleczy. Ale nie uleczy, bo nie chodzi o miłość, która płynie z zewnątrz, tylko o miłość do siebie, o to wewnętrzne uczucie.

Niektórzy zazdrośnicy robią jednak coś innego, wolą wynająć detektywa.
Tropienie? Po co? To ja mam sobie zagwarantować dobrostan, odrzucić kompleksy i lęk przed zdradą, wypełnić się wiarą w siebie. Jeśli zacznę śledzić swojego mężczyznę, nigdy nie pokocham siebie, nie poczuję się pewna swojej wartości, nie uniezależnię się od oceny i akceptacji innych. A chodzi w tej zazdrości o to, by już nie być zewnątrzsterowną, czyli już nie oceniać siebie na podstawie opinii innych. Ani nie podejmować działań dla innych, tylko dla siebie. A tego, żeby tak robić, nauczyli nas rodzice. Rodzice przeważnie chcą, na szczęście nie wszyscy, żeby dziecko ich słuchało, a nie żeby słuchało siebie. Wydaje im się, że to potwierdzi ich ważność. To iluzja. A dzieci uczą się w ten sposób niesamodzielności życiowej. Szczególnie kobiety jej nabywają, bo są często przekazywane z rąk rodziców do rąk męża i nie mają gdzie nabrać wiary w swoje siły. I są urządzone! Na amen, bo zewnątrz sterowność polega na budowaniu swojej wartości na tym, że on mnie chce. Ale nawet jeśli chce, to co z tego? Nie wiadomo przecież, jak długo będzie mnie chciał?

Może będzie chciał mnie całe życie?
A co ze mną, jeśli nie? Kiedy spotkamy kogoś, o kogo jesteśmy tak zazdrosne, że nie możemy tego znieść, sięgnijmy nie po portfel, by zapłacić detektywowi, ale głęboko w siebie. Szczerość to nasza droga. Ja wtedy myślałam tak: „Skoro aż tak się boję, że moje wewnętrzne dziecko się obudziło, to czy jest szansa na to, by dowiedzieć się, kim naprawdę jestem?”. Poszłam trudną drogą poznania siebie, ale skoro już zaczynałam wtedy pracować jako psychoterapeutka, chciałam wiedzieć, co jest pod spodem zazdrości. To mi się udało, ta wiedza stała się bazą dla mojego życia i dla pracy.

Można być szczęśliwą z tym, kto zdradza, bo dzięki zazdrości zdobywamy się na samopoznanie?
Nie było zdrady, a już zaistniała zazdrość i obawa, że może zdradzić, bo było tyle niepewności. Ważne, żeby się zdobyć na samopoznanie, postawić na siebie. To ze sobą spędzę na pewno całe życie. A przede wszystkim myślę, że nie ma sensu zajmować się tym, czy on „to” robi, czy nie. Dlaczego ja mam się tym zajmować? Po co? Jeśli uprawia seks z kimś innym, to znaczy, że mu to potrzebne. Ja się nauczyłam nie brać wszystkiego, co ludzie robią, do siebie. Nie wszystko ma przyczynę we mnie. I to ja tego pana, o którego byłam tak zazdrosna, zdradziłam, bo mi było z nim smutno. Potrzebny mi był ktoś radosny i fajny. I powiedziałam mu, że nie zamierzam go za to przepraszać, bo zrobiłam to dla siebie. Potrzebowałam tego, ale też nie wymagam od niego, żeby był kimś innym, niż jest.

A może nie ma co walczyć z zazdrością, bo wtedy walczymy z samą miłością? Może to jej cena? Mówi się przecież, że kto nie jest zazdrosny, to nie kocha.
Zazdrosny trzyma na smyczy, chce zawłaszczyć, a nie kochać. Mówi: „Ja ci nie pozwalam!”, ale czy to jest miłość?! Sama powiedz.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, autorka książek, filozofka i poetka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Porozmawiajmy o zachwycie – karty emocji Katarzyny Miller

Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Wyrywają się z naszych ust, a nawet wprost z serc, kiedy odurza nas jakiś widok, zapach, dźwięk lub dotyk. Bo zachwyt ma wiele wspólnego ze zmysłami, z ich budzeniem, ale i traceniem. A nie każdy jest na to gotowy. Pora na kolejną kartę emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Zachwyt…

…to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Mówi się przecież o mdleniu z zachwytu, o byciu posągiem zachwytu czy cielęcym zachwycie. Zachwyt wprawia nas więc w stan odurzenia, oczarowania kimś lub czymś do tego stopnia, że tracimy przytomność, rozum czy możliwość ruchu – zastygamy oniemiali, zaskoczeni, a nawet wstrząśnięci tym, że coś może na nas tak silnie pozytywnie oddziaływać. Zachwyt jest mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły – kiedy jesteśmy w stanie zachwytu, są one wytężone do granic możliwości i w pełni zaspokojone. Zachwyt jest emanacją radości i przyjemności, ale też ma w sobie chęć podporządkowania się temu, co nas zachwyca, oddania się temu kompletnie we władanie, a nawet uznania swojej mniejszości wobec obiektu wzbudzającego w nas to uczucie.

Po co nam to uczucie?

Ukazuje nam bogactwo i piękno otaczającego świata, ale też naszego świata wewnętrznego. Pokazuje, że coś może spełniać wszystkie nasze wymagania zarówno estetyczne, jak i intelektualne, poruszać każdy z naszych zmysłów. Duża w tym rola naszej woli – zachwyt pojawia się bowiem wtedy, gdy to my uznamy coś za idealne, mamy więc moc, by samemu się wprawiać w ten stan.

Zadania

  • Przypomnij sobie, co ostatnio wprawiło cię w największy zachwyt albo co zwykle cię w niego wprawia? Sztuka? Muzyka? Przyroda? A może ktoś? Zastanów się, co sprawia, że się czymś zachwycasz. Czy zawsze jest to ten sam element?
  • Jak zwykle wyraża się twój zachwyt? Poprzez wow? Okrzyk? A może przymknięcie oczu i głębokie westchnienie? Czy to uczucie jest tak silne, że tobą włada, czy może jest intensywne, ale na tyle, by cały czas być go świadomym?
  • Czy łatwo się czymś zachwycasz? Czy jesteś w stanie wzniecić w sobie to uczucie w obliczu elementów swojego codziennego życia: zachowania bliskiej ci osoby, krajobrazu mijanego w drodze do pracy, smacznego obiadu? Jeśli nie, spróbuj…

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Jak znaleźć miłość, gdy boimy się zaangażowania?

Osoby z dysfunkcją emocjonalną doświadczają stałego napięcia emocjonalnego, które jest efektem konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie się tego obawiają. (Fot. iStock)
Osoby z dysfunkcją emocjonalną doświadczają stałego napięcia emocjonalnego, które jest efektem konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie się tego obawiają. (Fot. iStock)
Z Robertem twórczo się jej pracowało i kłóciło, z Miłoszem lubiła całować się w deszczu, a Krzysio ją rozczulał. Z żadnym z tych mężczyzn nie była naprawdę. Dlaczego bała się bliskości, wyjaśnia psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Weronice zebrało się na podsumowania. Panna, 34 lata, dziewczęca uroda, w sumie zgrabna. Współpraca z fundacją promującą ekologiczny sposób życia nie daje jej wprawdzie stabilizacji finansowej, za to adrenalinę i poczucie, że robi coś dla świata. Jest jeszcze małe mieszkanie z wielkim materacem na środku i z każdym meblem z innej parafii. Niewielka kolekcja filiżanek do espresso, trochę prostych ubrań w ciemnych kolorach, rower w stylu holenderskim. I Stefan, legwan milcząco godzący się na jej częste wyjazdy. No i jeszcze mężczyźni. „Weekendu bez seksu nie wytrzymasz, uwodzicielko! Mogę tylko zgadywać, który będzie tym razem” – mówi jej ze śmiechem Andzia. „Naprawdę jest wyrozumiałą przyjaciółką” – myśli Weronika. „Ostatnio pocieszała mnie, kiedy znowu czułam się fatalnie po wieczorze z Robertem”.

Lekka i bezwolna

„Niesamowite, że w lot odgadujemy swoje myśli, czuję to, gdy piszemy teksty o ekologii czy organizujemy akcje. Robert nadąża za moim tokiem rozumowania, motywujemy się do działania, twórczo kłócimy i od czasu do czasu zrywamy współpracę oraz relację. Dlaczego do niego wracam?” – zastanawia się Weronika.

Przy Robercie czuje się bezpiecznie, jakby przejmowała od niego trochę jego stabilności, mają też wspólne zainteresowania. Podziwia go, bo działa z siłą wozu pancernego, jest w nim pasja, uwielbia zwierzęta, z taką czułością mówi o wilkach białowieskich… Poza tym ma do niego słabość. Zanim wylądowali w łóżku, nie wiedziała, że można kochać się z kimś niemal bez dotykania i bez ciepła w słowach. W jego mocnych rękach czuła się lekka i bezwolna.

Zawsze wychodzi od niej w środku nocy, zostawiając jedynie zapach dobrych kosmetyków. Gdy przestają rozmawiać o ekologii, coś ją mrozi, gesty nie rodzą się do końca. Czasem mówią o życiu, ale tak jakoś teoretycznie. Weronika boi się podzielić z nim smutkiem czy lękiem, bo gdy próbuje, Robert częstuje ją zdaniem wytrącającym z poczucia pewności. I jeszcze te jego nagłe zniknięcia. Wyjeżdża bez pożegnania, a potem dzwoni ze słabo ukrywaną pretensją: „Wczoraj po południu wysłałem ci mejla, nie odpowiedziałaś” – dopytuje na drugi dzień rano, o dziewiątej sześć.

A Weronika tęskni. Gdy Robert wraca, nie wie, jaka iskra się między nimi rozpali i czy w ogóle będzie miał dla niej czas. Czy znów zadzwoni w momencie, kiedy on gra na gitarze albo ogląda film, i usłyszy, że przekracza jego granice? Robert jest mistrzem w bolesnym zbliżaniu się i oddalaniu.

1001 pocałunków

Odżywa przy Miłoszu. Zmysłowym, ekstrawertycznym, radosnym muzyku młodszym od niej o kilka lat. Poznali się w knajpce nad Wisłą. Zaczęło się od niezwykle ekscytujacego flirtu wzrokowego. Przyciągała ich do siebie jakaś dziwna siła. Od tego czasu spotykają się w miarę regularnie. Miłosz zachwyca się nią, całują się na ulicy, w deszczu. Pieści każdy centymetr jej ciała. „Jesteś słodka” – szepcze jej do ucha, a Weronika zasypia bezpiecznie w jego ramionach.

Pewnego ranka, kiedy pili kawę po namiętnej nocy, powiedział jej: „Wreszcie zaczęłaś mówić o sobie. Czuję, że to dla ciebie trudne, bywasz taka zamknięta. Wiele nas różni, ale zakochałem się w tobie, bo jesteś... nieważne kim, nieważne czym się zajmujesz i ile masz lat. Będziemy razem?” – zapytał na koniec. „Znamy się od tak niedawna” – przystopowała go.

Miłosz nie zna się na ekologii, a ona nie ma pojęcia o jego muzyce. Nie toczą ze sobą dyskusji do późna w nocy, za to doskonale się razem bawią – jak ostatnio, kiedy jeździli nocą na rowerach po lesie.

Tamtego wieczoru nie przyszedł, jak się umawiali i nie odbierał telefonu. Zaczęła się martwić, że coś mu się stało. A potem poczuła się porzucona. Po trzech dniach o drugiej w nocy obudził ją dźwięk esemesa. „Hej! Gdzie jesteś? Ja pod twoim blokiem” – napisał.

Chwilę potem zobaczyła go w drzwiach: „Zniknąłeś…” – zaczęła, ale dalej nie mogła mówić, bo straciła oddech... tak mocno ją przytulił. Okazało się, że wyjechał do Poznania, bo znajomi załatwili szybkie nagranie, potem była dwudniowa impreza, dużo marihuany i browaru, no i zgubił gdzieś telefon. „Zobacz, teraz jestem tu, cały z tobą, cały twój” – śpiewał jej piosenkę Iry. Chciał, żeby razem zamieszkali. „Nie teraz, ja też podróżuję” – powiedziała.

Rozczulająco bezradny

Gdy Miłosz przepada w oparach marihuany, a Robert zaszywa się w puszczy, Weronika puka do Krzysia. To sąsiad z góry, programista komputerowy. Kiedyś szarmancko pozbierał jabłka, które jej wypadły z siatki na schodach, potem zaprosił na herbatę. „Umiesz słuchać” – stwierdził po pierwszej rozmowie.

Chłopak od dłuższego czasu szuka stałej pracy. Bezskutecznie. Jest dość niezaradny i to ją rozczula. Weronika pożycza mu małe sumy pieniędzy, czasem nawet lubi ugotować dla niego zupę lub pozmywać mu naczynia. Chwilami z Krzysiem jest jej niemal tak, jak w prawdziwym domu. Kiedy wyłączyli mu ciepłą wodę, bo nie zapłacił za czynsz, brał u niej prysznic. I tak zaczęła się ich przygoda seksualna. Jest romantyczny, mówi, że może godzinami trzymać ją za rękę. W ogóle ma taką filozofię życiową, że nie trzeba pić drogiego wina, tylko kakao i siedzieć sobie na kanapie.

Krzyś ją trochę nudzi, ale w sumie niewiele od niej wymaga, nawet do Stefana zajrzy, jak nie ma jej w domu. Ostatnio jednak ją rozczarował. Przyszła do niego zdołowana, sama nie wie dlaczego. Pewnie dlatego, że znów pokłóciła się z Robertem, a może chodziło o coś innego. I powiedziała: „Źle mi jest, czegoś się boję, nie mogę spać”. A Krzyś odparł tylko, że na pewno sobie poradzi, i że nie ma dla niej czasu, bo opracowuje nowy program. Nie chciał z nią nawet porozmawiać, a ona tyle razy go wysłuchiwała….

Jest już powoli zmęczona wszystkimi „jej” mężczyznami, a poza tym Miłosz nadal nalega na wspólne mieszkanie i Weronika czuje, że nie może dłużej wymawiać się częstymi wyjazdami.

Komentarz psychologa: Relacje Weroniki z mężczyznami są przelotne i okazyjne, zawierają się tylko w jakimś wycinku przestrzeni życiowej: seksie, pracy czy wspólnej pasji. Utrzymane są na pewnym poziomie powierzchowności, w bezpiecznych ramach chroniących przed zaangażowaniem. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające ukryć trudność, jaką sprawia bycie w pełnym związku.

Z tym problemem można sobie radzić w różny sposób – podróżować, działać w fundacjach, przepracowywać się… Wreszcie wchodzić w wiele relacji, w których odgrywa się jedynie role i którymi wypełnia się sobie czas. Tak jak robi to Weronika.

Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Czy zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, czy raczej oznaką wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Bo co się dzieje w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, których dotyka, doświadczają stałego napięcia emocjonalnego, które jest efektem konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie się tego obawiają. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie się kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. Ale to nie jedyne zagrożenie.

Lękiem napawa też możliwość odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i zaproszę ją do swojego świata, powie: „Nie chcę cię”. Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi z przeszłości.

Osoby, które w ten sposób reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyły zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika, najczęściej w relacji z rodzicem, opartej na przykład na dominacji i nadmiernej symbiozie – rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Ktoś taki, już jako osoba dorosła, może bać się „pochłonięcia” przez partnera, będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem. I z tego właśnie powodu będzie unikać bliskości.

Podczas terapii Weronika uświadomiła sobie, że boi się deklaracji. Nawet w żadnej z dotychczasowych prac nie podpisała stałej umowy. Tak naprawdę lęka się, że w stałym związku ktoś ją będzie kontrolować, a ona nie zdąży przed tym uciec. Zrozumiała, że podobnie jak jej mężczyźni, ona też im znika. Robert nie wie, kiedy znowu z nim zerwie i który ze swoich pomysłów zrealizuje z innym mężczyzną. Krzyś nie ma pojęcia, kiedy zapuka do niego ze swoim wsparciem. A Miłosz nie jest pewny jej uczuć.

Wreszcie, po trudnej i długotrwałej pracy nad sobą, poczuła, że jest gotowa, by sprawdzić, jak smakuje życie z ukochanym mężczyzną od poniedziałku do niedzieli. Postanowiła wynająć z Miłoszem mieszkanie...

  1. Psychologia

Dlaczego grzeczne dziewczynki nie wiedzą, czego pragną w miłości?

Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
O czym marzą grzeczne dziewczynki? O tym, czego nigdy nie dostaną. Co zatem zrobić, by nie być grzeczną, ale szczęśliwą? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Przychodzą do pani kobiety, które mówią: „Pani Kasiu, ja nie wiem, czego chcę”?
Ależ oczywiście! Masami (śmiech). Tylko one nie mówią tego na początku spotkania. Po prostu podczas rozmowy czy terapii dochodzimy do takiego punktu, w którym padają słowa: „No tak, ale ja nie wiem, czego ja chcę”. Kobiety zwykle nie mają świadomości, że ich problemem jest to, że nie wiedzą, czego chcą. Mówią, że jest im źle, że nie mają tego, co by chciały, że są smutne albo zrozpaczone, bo jedną rzucił facet, a druga sama rzuciła, albo się wyniosły od rodziców, albo nie mogą się od nich wynieść… Wszystkie są niezadowolone. I bierze się to z wychowania czy też tresowania, jakiego doświadczyły w rodzinnym domu. Oczywiście, jest znaczna część oświeconych, nowoczesnych rodziców, którzy traktują swoje dzieci z dużą uważnością, jednak większość leci tym starym ściegiem pt. „dzieci i ryby głosu nie mają”.

Dzieci i ryby, a zwłaszcza dziewczynki.
Oj tak, nadal jest ogromna różnica między wychowaniem chłopców i dziewczynek. I Miłosz Brzeziński, z którym pisaliśmy „Jak pies z kotem”, mi to potwierdził. Chłopiec to książę. On twierdzi, że każdy młody chłopak jest tak pewny siebie, że jest przekonany, że gdyby tylko Angelina Jolie dowiedziała się, gdzie on mieszka, to od razu zaciągnęłaby go do łóżka. Może to więcej mówi o pewności siebie Miłosza niż każdego młodego chłopca, ale brzmi mocno, prawda? Warto to przeczytać, naprawdę! A co do dziewczyn – rodzice przynajmniej już się nauczyli, że dziewczyna ma mieć wykształcenie, fach, pieniądze i mieszkanie, czyli ten cudowny, napisany kiedyś przez Virginię Woolf dezyderat, że kobiecie wystarczy własny pokój i 500 funtów rocznego dochodu. Owszem, niech córka spotka fajnego faceta, niech wyjdzie za mąż, ale jeśli będzie miała swoje mieszkanie i zarobki, to zawsze sobie poradzi. I ona rzeczywiście sobie radzi. Mało tego, ona radzi sobie nawet świetnie, znacznie lepiej niż facet. Uczy się, jest zdolna, szybko pnie się po szczeblach kariery, dobrze zarabia, bardzo dobrze wyrabia się w sytuacjach społeczno obyczajowych. Jest miła, uprzejma, potrafi się kolegować, bawić. Chodzi do fajnych knajp, wyjeżdża za granicę, kupuje sobie ładne rzeczy… a w środku dzidzia maleńka marzy o miłości. I to jest nieprawdopodobna przepaść. Bo dzidzia tak naprawdę nic o tej miłości nie wie. Spytam panią: ile pani zna naprawdę szczęśliwych małżeństw?

Nie no, kilka znam. Dwa-trzy…
Ho, ho, dwa-trzy?! Zawsze pada taka odpowiedź. A ile pani zna w ogóle małżeństw? Setki, prawda?! Jest naprawdę niewielki procent par, które są pogodne, lubią się, nie marudzą i cieszą się z tego, co mają. Jest ich mało, ale są i na szczęście jakiś ułamek dzieci z takich domów wychodzi. A co zwykle znamy z domów? Mama i tata kłócą się, dogryzają sobie nawzajem, nie mówiąc już o tym, że niektórzy też stosują przemoc i nadużywają alkoholu, ale to już osobny rozdział. Ludzie nie wiedzą, jak żyć ze sobą w małżeństwie. Ich się tego nie uczy. W ogóle nie uczy się ich o emocjach, a powinno się to robić już w przedszkolach. Potem ci ludzie dobierają się w pary na szast-prast i rodzą dzieci – no bo trzeba. W typowym polskim domu dzieci nasiąkają przekazem, że tylko rodzina jest bliska i życzliwa człowiekowi, a to jest – za przeproszeniem – gówno prawda. Rodzina jest źródłem całej patologii. Oczywiście, jeśli jest dobra – to tylko dziękować Bogu, bo to skarb na całe życie. Natomiast bezsprzecznie jest miejscem, gdzie jest najwięcej nieszczęść, toksyn, bólu i złych emocji. Dziecko się rodzi skazane na rodziców i nawet nie ma się komu na nich poskarżyć. Ba, ono nie wie, że można się na nich skarżyć. A zwłaszcza jeśli jest grzeczną dziewczynką. I tu wracamy do tematu, który nas najbardziej interesuje.

Czyli dlaczego nie wiemy, czego chcemy.
A dlaczego nie wiemy? Bo rodzice wiedzą to za nas. Chcą mieć święty spokój. Grzeczną córeczkę, która robi to, czego od niej oczekują. Wtedy ją chwalą i kochają lub tolerują. Dziewczynka siedzi w pokoju i płacze – nikogo to nie obchodzi, dziewczynka się głodzi – rodzice reagują dopiero, gdy waży 30 kg. Rzyga po każdym posiłku? Nikt nie słyszy, nie zauważa. To są wstrząsające rzeczy! Dziecko coś przeżywa, ale to nie jest ważne. Ono ma być cicho i nie przeszkadzać. Mama zwraca uwagę jedynie, czy się nie pobrudziło, czy ma co jeść i – ewentualnie – czy nie mówi brzydkich słów. Jak słyszę taki tekst: „Moje dziecko ma cudownie, ja tak nigdy nie miałam, ono ma tylko siedzieć i się uczyć”, to mnie coś strzela. Myślę sobie, że dla tej kobiety dziecko jest tylko robotem do uczenia, ono nie ma cech człowieka. Zgroza! To oczywiście oznacza, że ona sama siebie tak traktuje i że tak była traktowana. Rodzice są tubą kultury, byli przez nią kształtowani i przekazują to dalej. Nie wiedzą, co się dzieje w ich dzieciach, bo nie wiedzą, co się dzieje w nich samych. My w Polsce jesteśmy analfabetami emocjonalnymi. Nie umiemy przekazywać sobie wsparcia, jesteśmy specjalistami w komunikacji nie wprost. Fajne cechy też mamy, jasne, na przykład jesteśmy dowcipni, ale nie z siebie się śmiejemy. Jak ktoś się z nas śmieje, to zaraz robi się nam przykro. Poza tym jesteśmy ironiczni. Skrywamy złość i sprzedajemy ją w postaci ironii.

Można się tej właściwej komunikacji nauczyć?
Ależ oczywiście! To nawet nie jest trudne. W szkołach i na wszystkich studiach powinna być obowiązkowo podstawowa psychologia komunikacji! Czyli: jak się kłócić, jak się godzić, jak negocjować. Weźmy taką dziewczynę, która w pracy fantastycznie negocjuje umowy, a w domu nie potrafi dogadać się ze swoim partnerem w sprawie podziału obowiązków. Nikt jej nie nauczył, że to jest ta sama umiejętność. Na szczęście ta nasza głupia cywilizacja przynajmniej wymyśliła psychoterapeutów. I Bogu za to dzięki! Ale powiem pani, że ja na przykład wolałabym się zajmować ogrodem. Naprawdę. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby świat umiał się naprawdę komunikować. Bo byśmy gadali ze sobą jak normalni ludzie. Nie tak jak teraz: „Co u ciebie?”. „A, beznadziejnie” albo: „A, słuchaj, świetnie, cudownie”. A gdzie jest prawda?

Wróćmy do tej kobiety, która mówi: „Nie wiem, czego chcę”. Jak rozumiem, w tym momencie zaczyna się praca…
W tym momencie zaczyna się nauka chodzenia. Oczywiście ona dużo umie i wie, ale po pierwsze, nie w kwestii emocji i komunikacji, tylko jakiejś konkretnej profesji, a po drugie – ona tego w ogóle nie docenia. To też jest typowa kobieca przypadłość: nie cenimy siebie. I jeszcze jedno: dlatego nie wiemy, czego chcemy, bo od dziecka mamy być prymuskami we wszystkim. Mnie to doprowadza do szewskiej pasji, bo wszędzie się pisze, że prymusi nie są szczęśliwi, nie mają frajdy z życia i nie robią kariery – a rodzice swoje. Jeżeli kobitka jest we wszystkim dobra, to skąd ma wiedzieć, czego chce? Jeżeli jest dla wszystkich miła, to skąd ma wiedzieć, kogo lubi? Mało tego, wychodzi za mąż za pierwszego, który będzie się o nią wystarczająco długo starał. Ile razy ja to słyszałam: „on sobie mnie wychodził”! Albo: „pierwszy, który mnie wyrwał z domu”. A potem ma pretensje, że on nie jest tym wymarzonym. Ależ żaden nie jest twoim wymarzonym, bo twoje marzenia są nierealne! Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. Ona zna tylko swój dom rodzinny. Więc chce, żeby było inaczej. Na przykład wymyśla sobie, że on zawsze będzie czuły. „Przecież on ma mnie rozumieć” – mówią dziewczyny, które do mnie przychodzą. Ale jak on ma ciebie rozumieć, skoro ty sama siebie nie rozumiesz i na dodatek on też siebie nie rozumie? Grzeczne dziewczynki wynoszą z domu mnóstwo błędnych przekonań. Na przykład: „Żeby się z nim puknąć, muszę go kochać”. I wie pani, ile one potem robią, żeby go pokochać i wreszcie móc się puknąć?! Taki typowy facet myśli: „Nie no, fajna z ciebie dupa, kręcisz mnie, ładnie wyglądasz, podobasz się moim kolegom i jest z tobą nawet o czym porozmawiać”. A że ona w środku jest zagubioną dziewczynką, to on już tego nie wie.

A ona, mimo że obiecywała sobie, że będzie inaczej, traktuje go dokładnie tak samo, jak jej matka traktowała ojca.
Albo odwrotnie. Co jest przecież tym samym. Ona nie jest sobą, bo nie wie, kim jest. Poza tym nie wierzy w siebie, no bo jak ma wierzyć w siebie – ona wierzy w grzeczną dziewczynkę! Rodzice obiecywali, że jak będzie miła, to wszystko się jej w życiu ułoży. Owszem, ułożyło jej się w takich dziedzinach jak praca i ładny dom. Bo to są rzeczy, którymi ona może władać. Ale nie włada sobą, swoimi potrzebami, intymnością, czyli tym, co nadaje kolor życiu. Przytoczę pani taką metaforę, którą lubię się posługiwać w pracy. Przypuśćmy, że masz bardzo dużo pieniędzy i stawiasz dom, ile kuchni w nim zrobisz? Jedną! Możesz zrobić kilka łazienek czy pokoi, ale salon, w którym przyjmujesz gości, też będzie tylko jeden. A teraz proszę zobaczyć: gdy kobieta chce miłości, to odda wszystko. A przecież na miłość ma być jeden pokój! Niech on będzie wielki, przestronny, bogato urządzony, z ładnym widokiem, ale dlaczego całość?! I tak on ma przyjaciół, pracę, hobby, podróżuje, interesuje się nowinkami, a ona w kółko tylko: miłość, miłość, miłość. Mała głupia dziewczynka. Oczywiście mam tu na myśli głupotę emocjonalną.

No ale od czego ona ma zacząć, żeby to zmienić?
Tak jak powiedziałam, musi nauczyć się chodzić. Czyli podpierając się o coś, co zna, zacząć stawiać nowe kroki. I sprawdzać podstawowe rzeczy: co mi smakuje, kiedy mi zimno, a kiedy ciepło, czego lubię słuchać, z kim lubię rozmawiać, na co lubię patrzeć, po spotkaniu z kim czuję się fajnie, a po jakim boli mnie brzuch. Bo ona odcięła się od takich oczywistości. Małe dzieci doskonale to wiedzą. Mówią przecież: „Ale ja tego nie chcę”. Tylko że w zamian słyszą: „Ale musisz”, „Ja się ciebie nie pytam o zdanie. Ty masz to zrobić”. I jeszcze tata dorzuca: „Słuchaj matki”, bo chce mieć święty spokój. Tylko że takich rzeczy, które lepiej wie matka, takich zasad, powinno być maksymalnie pięć. Czyli: nie bijesz, nie kradniesz, nie robisz ludziom krzywdy (chyba że się bronisz), pomagasz w domu w tym zakresie, jaki razem ustalimy, plus wszyscy w stosunku do siebie wyrażamy miłość. I tyle! A poza tym rób, co chcesz. Dlatego w nauce chodzenia na nowo dobrze skupić się na tym, co sprawia ci największą przyjemność, nie co musisz, ale co lubisz robić.

A stworzenie listy priorytetów – to dobry pomysł?
Oczywiście. I sprawdzanie, bez czego sobie nie wyobrażasz nawet nie życia, ale siebie. Do tego zapisywanie wszystkiego, co cię trapi i nurtuje. Na przykład: czego nie powiedziałaś wczoraj w tej rozmowie, po której byłaś w złym nastroju. Połknęłaś żabę, prawda? Chciałaś powiedzieć coś innego, ale nie powiedziałaś. Nie chciałaś się umówić, ale się umówiłaś. Przecież my bez przerwy to robimy! Dlaczego? Bo rodzice i szkoły w Polsce kształtują w dzieciach głównie Rodzica Wewnętrznego – surowego, poganiającego, pilnującego („Skończyłaś? To teraz zabierz się za coś innego!”. „No tak, znowu tego nie zrobiłaś”) zamiast Rodzica Kochającego, życzliwego, wspierającego, dumnego z Dziecka. No i to wieczne obwinianie się. „Boże, co ze mną jest nie tak, że przyciągam samych dupków?”. Nie z tobą jest coś nie tak, tylko po prostu jest tylu dupków. Dupków w sensie emocjonalnych analfabetów, syneczków mamusi.

Słyszałam, że kobiety, żeby wiedzieć, co sądzą na dany temat, muszą odbyć liczne konsultacje. Pogadać. Mężczyźni szybciej wyrabiają sobie opinię.
Bo kobiety lubią rozmawiać, potrzebują kontaktu, bliskości. Lubią też zbierać się w kupki. Chłopcy, jak już się zbiorą w kupkę, to zaraz gdzieś pędzą albo zaczynają w coś grać. Dziewczynki – przeciwnie. Siedzą sobie, oglądają się wzajemnie, śmieją się, płaczą, coś sobie opowiadają. Oczywiście, są przykłady na zupełnie inne sytuacje. Motoryczne dziewczyny trzymają się z chłopakami, a wrażliwi chłopcy – z dziewczętami, mawia się nawet o nich „babski król”. Dziewczyny lubią się z nimi przyjaźnić, ja też, bo łatwiej się z nimi dogadać.

A co by pani poradziła mojej znajomej? Zawsze ma problem z tym, komu przyznać rację w konflikcie. Słucha jednej strony i się z nią zgadza, słucha drugiej, i też się z nią zgadza…
Według bardzo fajnej koncepcji Enneagramu pani znajoma jest Dwójeczką, czyli Dawcą. Rodzice ją tak wychowali – bo początek jest zawsze w domu – że chce zadowalać wszystkich. To częsty typ wśród kobiet. Taka dziewczyna będzie miała trzech chłopaków i z jednym będzie chodzić na mecze i będzie jej się to podobać, z drugim – na wystawy, a z trzecim będzie gotować w domu – i też będzie zadowolona. I gdyby oni się wszyscy razem spotkali, to nie wiedziałaby, jak się wobec nich zachować. Bo ona jest jak plaster, który się przylepia do innych, przyjmuje kształt przystosowujący. A jak tylko się rozstanie z tym od piłki, to przestanie lubić mecze. Bo jej tak naprawdę zależało na tym, żeby on ją chciał. I żeby był z niej zadowolony.

A jak to było z panią? Zawsze pani wiedziała, czego chce?
Jestem nietypową jednostką damską. I byłam nietypowym dzieckiem. Dużo wynikało z ogromnego napięcia między moją mamą a moim ojcem. Urodziłam się dobrze wyposażona i za to jestem im wdzięczna. Ale różnice między moimi rodzicami były wielkie. Mama była lękliwa, bardzo prowincjonalna wewnętrznie i bardzo źle traktowana przez swoją matkę. Nie lubiła siebie, nie lubiła mnie i chyba też nie lubiła mojego ojca. Do tego była piękną, wytworną i elegancką kobietą, po której tego w ogóle nie było widać, bo to siedziało w środku. Natomiast tata był ciepłym, pogodnym i bardzo naturalnym facetem. Podczas wojny wybili mu prawie całą rodzinę, był w AK, był w obozie koncentracyjnym. Miał na życie spojrzenie filozoficzne – głębokie i mądre. I ja to jego spojrzenie od razu poczułam. Myśmy mieli z ojcem kontakt tak bliski i wyjątkowy i tak obca nam była mama, że to musiało rodzić napięcia. Na szczęście mama zafundowała mi wielki prezent, czyli kochaną, cudowną nianię. Nianię, która jednak nie była mamą... Więc były nieporozumienia, ale z drugiej strony od początku miałam bardzo wysoką samoświadomość. Od małego, kiedy mnie pytano: „A kogo ty najbardziej kochasz? Czyja ty jesteś?”, odpowiadałam: „Ja jestem swoja”. Bardzo dużo rozumiałam, widziałam, myślałam. Czytałam wszystko. Oczywiście rodzice wpuszczali mnie też w maliny. To, co było fajne, to to, że od dziecka przebywałam dużo z dorosłymi i że oni mnie fajnie traktowali i lubili ze mną rozmawiać. Kolegowałam się i z chłopakami, i z dziewczynami. Zawsze czułam ludzi, rozumiałam ich, lubiłam, kochałam. Ale nad sobą musiałam solidnie popracować i ciągle to robię. Im jestem starsza, tym mi lepiej. A więc dobra matka mówi: „Próbuj, sprawdzaj, co lubisz. Chcesz się puknąć z tym chłopakiem, to się puknij, chcesz z tamtym, to też. Próbuj, szukaj, masz wszystko, co trzeba”. I ja tak mówię kobietom, z którymi się spotykam: „Macie wszystko, co trzeba. Próbujcie, ale róbcie to świadomie. Jak chcesz stąd wyjść, to po cholerę tu siedzisz?!”.

Chyba myślimy, że skoro już coś zaczęłyśmy, to nie wypada przerywać, bo wyjdziemy na niezdecydowane.
A co ma wspólnego zdecydowanie z tkwieniem w czymś, czego nie chcemy?! W czymś, co nam źle robi? Powinnyśmy się chwalić za to, co nam się udaje i nie ganić za to, co nie wyszło. Tylko mówić sobie: „dziś nie wyszło, wyjdzie jutro lub pojutrze”. Bo złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

"Wyluzuj wszystko, co się da" – radzi psycholożka Katarzyna Miller

– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A co się da, ty sama dobrze wiesz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, nie odpuszczaj. Ale reszta? Po co ci toksyczne relacje, opinia tych, na których ci nie zależy, czy dowalanie sobie albo wstyd? Pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller. Ale najpierw o tym, czym się różni praca nad sobą od umniejszania sobie.

Pomyślałam, że zacznę od wątku, który może się wydawać daleki od umniejszania sobie, ale moim zdaniem ma z nim wiele wspólnego. Chodzi mi o to, co dzieje się teraz na uczelniach artystycznych, w jaki sposób łamie się tam studentów, jak się nimi poniewiera, jak się im ubliża i ciągle przekracza ich granice. Bardzo to smutne, że nadal w wielu szkołach, ale i wielu domach uważa się, że tak trzeba hartować charaktery.
Nie powiedziałabym, że celem takiej pedagogiki czy wychowania jest nas złamać, tylko że to bezmyślne powtarzanie wzorów. Jeśli już, to powszechnym celem jest posłuszeństwo rodzicom czy wyższym celom, w tym wypadku, jak rozumiem, sztuce. Świadome łamanie bardziej jest związane ze sportem, wojskiem – czyli wszędzie tam, gdzie wymaga się żelaznej dyscypliny. Choć pamiętam jednego nauczyciela z czasów, kiedy uczyłam się psychoterapii, którego do dzisiaj szczerze nienawidzę – on właśnie tak nas traktował. Mieliśmy nie paść, być dzielni i znieść wszystko. Długo się potem z tego wyzwalałam. Kolejni pedagodzy mnie trochę „rozluźnili”, a już najbardziej zrobiło to spotkanie z Carlem Rogersem, który pokazał nam szkołę pracy z ludźmi opartą na empatii. Zrozumiałam, że najlepsze wyniki można osiągnąć, traktując ludzi po ludzku.

Przypomina mi się scena z serialu „The Crown”, w której książę Filip posyła delikatnego Karola do surowej szkoły w Szkocji. Uważa, że skoro zahartowała jego charakter, to samo zrobi z charakterem jego syna. Mimo że Karol błaga, protestuje i bardzo tam cierpi. Tak à propos bezmyślnie powtarzanych wzorców...
Kiedy się trochę poczyta o potomkach rodów królewskich czy wielkiej arystokracji, to naprawdę nie ma im czego zazdrościć. Przez swoje rodziny byli przeważnie traktowani w sposób nieludzki, od maleńkiego przystosowywano ich do pełnienia roli kogoś, kogo nic nie dotyka i kto jest ponad wszystko. A ponieważ żadne dziecko nie może być ponad wszystko, więc głównie musi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, zacząć je tłamsić, ukrywać. Królowa Elżbieta II też jest wytworem takiego wychowania.

No ale czy to słuszne jest myśleć, że najbardziej uodporni nas na krytykę ciągłe bycie jej poddawanym?
Niektórzy stają się wtedy na nią odporni, a inni się łamią – tak się zawsze dzieje. Pewne aspekty treningu wytrwałości, dzielności czy odporności się przydają, ale jedynie wtedy, gdy mamy życzliwą wiedzę o możliwościach danej osoby, o jej wytrzymałości – psychicznej i fizycznej. Są ojcowie, którzy wrzucają swoje dzieci na głęboką wodę, nie patrząc na to, jaką mają wrażliwość, odporność na stres, jakie lęki...

Wrzucają nawet dosłownie, mam tu na myśli naukę pływania.
Tak, ja też mam to na myśli. Mnie tak zrobił kiedyś mój tatuś. Nie był głupim facetem i naprawdę dużo dobrego mu zawdzięczam, natomiast wepchnął mnie pod wodę w taki sposób, że mało się nie utopiłam i przeraziłam się strasznie. Ale też się wtedy zaparłam, że się nauczę pływać sama, i się nauczyłam. Nocami wyobrażałam sobie, że pływam i tak sobie to przyswoiłam. Serio, to jedno z moich większych osiągnięć. Choć mogłam się też nauczyć pływać bez tego. Ja dałam radę, ktoś inny może by się nie zaparł, tylko pozostał z lękiem przed wodą.

Wracając do szkół aktorskich, to pomyślałam sobie, że jeśli takie rzeczy dzieją się przed całą grupą, to ci pedagodzy robią coś jeszcze – uczą chamstwa, prostactwa, braku empatii, niehumanitarnych wartości. A przecież żadna szkoła, nie tylko artystyczna, nie tego powinna uczyć. Zobacz, co chwila docierają do nas ze świata informacje o tym, że ludzie pokazują swoją nieludzką twarz. I jeszcze mają dla swojego zachowania bardzo dużo uzasadnień i wyższych racji. Jestem za tym, by uczyć dzieci dawania sobie rady, ale nie w ten sposób, że podpala się im mieszkanie, żeby umiały uciec z pożaru.

Czasem już malutkim dzieciom mówi się, chcąc je zmotywować: „A ja myślę, że ci się nie uda, że nie dasz rady”. Jedno dziecko się zaprze i będzie chciało udowodnić, że jest inaczej, a inne uzna, że skoro mama, tata czy pani w przedszkolu uważają, że nie dam rady, to może mają rację.
Akurat jestem po weekendowej grupie terapeutycznej, gdzie wspólny mianownik wszystkich uczestniczek był następujący: „mama we mnie nie wierzyła i cały czas mnie sekowała”. Owszem, te dziewczyny pokazały, że potrafią – pokończyły studia, świetnie zarabiają i wyglądają, ale w środku są bardzo powichrowane. Nie połamane, bo przecież w końcu sobie radzą i umieją szukać pomocy, skoro na takie warsztaty przyjeżdżają, ale niewątpliwie cierpią. A przecież ta ich energia mogłaby się cudownie przydać przy innych rzeczach, niekoniecznie przy wychodzeniu z ciemnego dołka. Powinniśmy się opierać w życiu na czymś pozytywnym, nie negatywnym.

Mówiłam już kiedyś o pewnych warsztatach, w których brałam udział jako młoda dziewczyna. Prowadzący poprosił, żebyśmy dobrali się w pary i sprawdzili na sobie to, co chcemy, tylko oczywiście musimy to wcześniej między sobą ustalić, żeby dla wszystkich było to bezpieczne. I pamiętam, że wybrałam sobie taką drobniutką dziewczynkę i powiedziałam: „Pokaż mi, że się mnie boisz”. Po czym zaczęłam iść na nią jak jakiś potwór, i ona weszła pod stolik, zakryła sobie głowę. Przerwałam to i powiedziałam: „Wystarczy, dziękuję ci bardzo, wiem, że tego nie chcę”. Zrozumiałam, że ani mnie to bawi, ani cieszy, ani karmi, ani buduje poczucie wartości. Ale ważne było, że mogłam to zrobić i że to było umówione.

Bo ona tylko udawała.
Oczywiście. Obie strony były na to przygotowane. A ja bałam się mojej mamy i chciałam sprawdzić, czy może poczuję się lepiej, kiedy ktoś mnie będzie się bał. Działanie motywowane strachem nie jest dobre dla nikogo, dlatego rodzice mogliby swoim dzieciom, a zwłaszcza dziewczynkom, częściej wpajać pewność siebie, przekonanie, że mają się czym obronić i że mają prawo siebie bronić oraz wspierać innych. Tego też uczę na moich warsztatach – budowania swojej siły na przykład poprzez mówienie „nie”. Znajomym, partnerowi, szefom, rodzicom. Choćby takiemu nauczycielowi, który bez uprzedzenia daje mi w twarz, żeby pokazać, jak trzeba zagrać.

Podajemy te przykłady krytykujących i umniejszających nauczycieli i rodziców, by powiedzieć też o tym, że i my często ich uwewnętrzniamy i sami sobie dowalamy: „Znowu ci się nie udało”, „Nie nadajesz się do tego”.
W dodatku robimy to niezwykle celnie, bo najlepiej wiemy, w co uderzyć, by najbardziej bolało. Oczywiście nauczyli nas tego nasi wychowawcy czy opiekunowie, ale my to ciągniemy, co więcej – my to udoskonalamy, cyzelujemy. Jesteśmy w tym dobrzy, to nam wychodzi i ma to swój diabelski urok. Zobacz, ile ludzie sobie mówią nieprzyjemnych rzeczy, a ile dobrych. A nawet jest taki zwyczaj, że jeśli masz powiedzieć o sobie coś dobrego, to trzeba zastrzec, „Przepraszam, że to powiem, ale dlatego, że się na tym znam”, „Nie chcę wyjść na nieskromną, ale naprawdę mi to wychodzi”. Rzadko kto mówi: „Jestem w tym najlepszy, świetny; jestem genialna” i jeszcze się sobie w tym podoba.

Jako młoda dziewczyna często wyrzucałam sobie coś, co zrobiłam komuś kilka lat wcześniej i czego się bardzo wstydziłam.
O, to szalenie powszechne. Masami do mnie przychodzą ludzie ze wstydem dotyczącym czegoś, co kiedyś zrobili. Ludzie hołubią wstyd, podlewają go, pielęgnują, trudno im się z nim rozstać. Pytam czasem: „Taka jesteś do tego przywiązana, a co będzie, kiedy to stracisz?”. „No dobrze będzie”. „To skoro chcesz, by było dobrze, czemu tego nie puszczasz?”. Naprawdę czasem wystarczy puścić.

Ale jeśli zawstydzano cię w dzieciństwie, nic dziwnego, że nie wierzysz, że wolno. Jakby się przyjrzeć temu, co rodzice robią dzieciom w tej materii, to aż się włos na głowie jeży: obgadują ich, mówią tak, jakby ich nie było, wyśmiewają się z nich, krytykują, klepią po pupie albo chwalą tak, że dziecko nie wie, co z tym zrobić. W ogóle nie ma szacunku do dzieci jako do osób. Dziecko też trzeba spytać o to, czy mu to odpowiada i pasuje. A nie: przynieś, podaj, pozamiataj. Albo: jak ty wyglądasz?; nie podsłuchuj; chodź tu w tej chwili; a czego ty chcesz?; wyjdź stąd natychmiast, nie przeszkadzaj. Dzieci wiedzą, kiedy się mówi do nich jak do osoby, a kiedy się je lekceważy.

Krytykują ci, którzy byli krytykowani, a poniżają ci, których poniżano...
Ależ oczywiście, wyłącznie ci.

Powiedziałaś niedawno, że zrobiłaś sobie życiowy bilans i rozprawiłaś się z kilkoma rzeczami, które się tobie w sobie nie podobały, że było to trudne, ale ostatecznie dało ci oczyszczenie i nowy początek. Myślę, że to świetna sprawa, ale i ryzykowna. Jak nie przegiąć z takim bilansem czy rachunkiem sumienia?
Jest wielka różnica między świadomym rachunkiem sumienia a wyrzucaniem sobie czegoś i gnębieniem samego siebie. W ogóle uważam, że warto raz na jakiś czas zatrzymać się i zastanowić, czy jestem zadowolona z kierunku, w którym zmierza moje życie; czy moje relacje mi się podobają; czy to, co ostatnio osiągnęłam, jest tym, co chciałam osiągnąć. Z tym że nad czymś takim zastanawiają się tylko osoby z refleksją, bo dużo ludzi po prostu żyje z dnia na dzień. Niektórzy żyją z wielką prostotą, wręcz filozoficznie, ale większość żyje bezrefleksyjnie. Również jest tak, że wielu ludziom się wydaje, że spojrzenie na siebie warto mieć wyłącznie bardzo krytyczne. I że jeżeli mówisz o sobie, że jesteś fajna, to znaczy, żeś zepsuta albo kretynka.

Ja na przykład jednej dziewczynie z grupy warsztatowej powiedziałam: „Kochana, na razie to ty przestań pracować nad sobą, bo ty siebie nadwyrężasz. Masz spać, jeść, leżeć, siusiu robić, śmiać się i robić najprostsze rzeczy”. Bo trzeba powiedzieć, że są osoby, które tak się przepracowują na swój temat, że nie ma już tam wręcz powietrza. Ledwo żyją i ciągle nie są szczęśliwe ani spokojne. Nie mają w sobie takiej pogody, stanu pod tytułem „jest OK”.

Bo ciągle nie jest OK.
I to przykład, że tego rachunku jest za dużo i że idzie w złym kierunku. Głównie – perfekcjonizmu. Wiesz, co mi odpowiedziała ta dziewczyna? „Marzę, by być wreszcie zadowoloną z siebie”. Ale perfekcjonista nigdy nie jest z siebie zadowolony, dlatego trzeba rozstać się z perfekcjonizmem. Są oczywiście bardzo różne powody, dla których ludzie się katują. Z pozoru bardzo pozytywne, no bo przecież ja się rozwijam – kolejne książki czytam, na kolejną terapię poszłam, kolejny warsztat zaliczam... Ale co z tego? Uspokój się i usiądź na pupie, oddychaj. Tyle wystarczy.

Czasem myślę, że można podzielić ludzi na tych, co obwiniają o wszystko świat i innych, oraz na tych, którzy za wszystko obwiniają siebie.
A są jeszcze ci, którzy obwiniają i świat, i siebie. Nic im się nie podoba. Ale na pewno na próżno ich szukać na grupach terapeutycznych, już prędzej na wysokich stołkach (śmiech).

A dałoby się to ująć w proporcje: ile sobie mówić dobrych rzeczy, a ile tych sprowadzających do pionu?
Najfajniej oczywiście być adekwatnym, ale do tego potrzeba albo mądrego wychowania, albo dobrej pracy nad sobą, żeby się dopracować takiego poczucia, że po pierwsze, nie wszystko muszę, po drugie, to, co potrafię i dobrze robię, mam jak najczęściej robić i mam z tego czerpać satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – i mam ich za to szanować, podziwiać i dziękować im za to. Natomiast jest jakiś procent rzeczy, nad którymi warto popracować. W ogóle warto pracować nad sobą całe życie, żeby się nie zaśniedzieć, nie zmurszeć, nie zestarzeć w ten niedobry sposób – czyli kiedy myślisz, że wszystko się skończyło, a świat zszedł na psy. I nie chodzi o to, by mieć sobie coś za złe, ale by mieć przed sobą jakieś cele. Na przykład: jeszcze się nauczę tego, żeby wobec mojej rodziny zachowywać się w sposób uprzejmy, z klasą, ale też taki, który mnie nie kosztuje emocjonalnie. Albo: jeszcze się nauczę być asertywnym, najpierw wobec znajomych, potem wobec przyjaciół, a potem wobec męża.

Chodzi o cele, które dają nam więcej luzu w życiu?
I czynią je lepszym, a tym samym też czynią lepszym życie osób wokół nas. Bo na przykład uczę się być bardziej tolerancyjna, a jednocześnie nie mówić sobie w kółko: „Boże, jak on mógł mi to powiedzieć?!”. No skoro powiedział, to znaczy, że mógł. To jest tak proste, ale wpaść na to trudno, a przestać się tym przejmować – jeszcze trudniej. Albo to słynne: „A może ja robię błąd? I za parę lat będę żałowała?”. Kochana, a gdzie ty jesteś? W którym miejscu? I jaki błąd? Robisz coś, co w tej chwili wybierasz. Jeżeli ci się to nie spodoba, zmienisz to i już. Jeżeli weszłaś nie w tę uliczkę, to z niej wyjdź. Jak poszłaś na złe studia, to je zmień. Jak jesteś nie z tym facetem, to przestań z nim być. Czujesz, że terapia ci nie odpowiada, zmień terapeutę. Oczywiście nie w sekundę, trzeba to najpierw sprawdzić, przetestować, porozmawiać...

W jakich kwestiach warto jeszcze wrzucić sobie na luz?
Ja w ogóle mówię: wyluzuj wszystko, co się da. A co to znaczy? To, co się da. Ty już wiesz, co należy do tej kategorii. Jeśli coś jest dla ciebie cholernie ważne, to tego za nic nie puścisz. Natomiast zdecydowanie warto puścić toksyczne relacje. Najpierw zastanawiając się, czy to może ja nie jestem w nich toksyczna. Oraz warto odpuścić „co sobie ludzie pomyślą”. Oczywiście jeśli są to ważni dla mnie ludzie i mówią coś dla mnie cennego – to nie odpuszczać. To wszystko jest do sprawdzenia i wyważenia. Znów to powtórzę: mamy być adekwatni, czyli obecni w tym, co się dzieje, a jednocześnie umieć spojrzeć na to z boku.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Seks

Kiedy on mówi jej "nie". Dlaczego mężczyźni odmawiają seksu?

Mówienie „nie” to ważna część gry seksualnej. I choć zbliżenia odmawiają głównie kobiety, mężczyźni robią to równie często. (Fot. iStock)
Mówienie „nie” to ważna część gry seksualnej. I choć zbliżenia odmawiają głównie kobiety, mężczyźni robią to równie często. (Fot. iStock)
Ważną, ale też trudną częścią gry seksualnej jest mówienie „nie”. To zwykle kobiety odmawiają seksu, w tej grze mężczyźni tradycyjnie są bardziej aktywni. Czy tak jest też w małżeństwie? Okazuje się, że równie często, może nawet częściej, to mężowie odmawiają żonom. By uniknąć seksu, używają pokrętnych strategii. Poznacie je w tej rozmowie, może więc nie padniecie ich ofiarą. A trudno o dobry związek bez dobrego porozumienia, także w erotyce – przyznaje psychoterapeuta Krzysztof Korona.

Proponowanie seksu mężczyźnie przez kobietę, jeśli nie jest się pewnym swego, to emocjonalnie wielkie ryzyko. Faceci często próbują, więc równie często są odtrącani, jakoś się przyzwyczaili. Wielu ma grubą skórę. Dla kobiet odmowa mężczyzny to bolesne odtrącenie i wielkie poniżenie. Także dlatego mężczyznom bywa czasami trudno powiedzieć kobiecie „nie”.
W sytuacjach pozamałżeńskich on próbuje, ona często odmawia. A jeśli ona jemu proponuje, to już różnie bywa... Jednak mało która kobieta będzie ryzykować. Dziś Internet to zmienia, tam zyskujemy więcej pewności wzajemnej. Zupełnie inaczej jest w stałym związku.

W małżeństwie ta niesymetryczność nie obowiązuje?
Nie. I o tym chciałem mówić. Na odmowę faceta w małżeństwie należy patrzeć na tle statystyk dotyczących kondycji fizycznej polskiego mężczyzny. Raport z 2003 roku mówi, że kiepsko u niego z tym, co odpowiada za erekcję, za libido, czyli z układem krążenia. Dlatego wielu umrze na zawał lub wylew. Jeżeli zaczyna szwankować zdrowie, odmowa seksu nie musi mieć związku ze stanem małżeństwa, raczej z lękiem przed porażką. Jeżeli on odmawia, mądra kobieta powinna pomyśleć: „Czy nie czas zatroszczyć się o zdrowie partnera?”.

Niestety, edukacja seksualna kobiet (nie inaczej mężczyzn) opiera się na uproszczonej edukacji internetowej. Ostatnie badania prof. Izdebskiego wskazują, że w Internecie staramy się szukać rozwiązania każdego problemu. Odtrącenie przez męża kobiety często interpretują tak: „on ma inną”. Albo: „znudziłam mu się”. Czasami tak jest, ale częściej to błąd, który pogłębia problem. Żony, którym mąż odmawia, bywają złośliwe albo mówią: „Już mnie nie kochasz, nie podobam ci się”. Wtedy pojawia się męski lęk, co to będzie następnym razem. Jeżeli on podejmie aktywność seksualną, to już na progu będzie obciążona lękiem, że się nie uda. Faceci, którzy obawiają się zaczepek seksualnych swoich partnerek, mają swój system zachowań unikowych.

Chyba obie strony stosują podobną taktykę. Ona: „Jestem zmęczona, nie mam nastroju”, on: „Nie widzisz, jaki jestem zagoniony?”.
To akurat niezła strategia, bo jest wprost. Gorsze są te unikowe. Mężczyźni i kobiety mają odmienne, wiele z nich wielce pokrętnych. Najwięcej pracy w gabinecie mam z unikowymi strategiami kobiet.

One zwykle mówią: „Muszę mieć nastrój, jestem niewyspana, małe dzieci”. Brak nastroju czasami trwa całymi latami, zdarza się, że w końcu traci się go na zawsze. A przy okazji traci się męża.
Czasami tak. Ale sytuacja, kiedy w ogóle pojawia się dialog, jest już niezła. Bo najczęściej go nie ma. On kładzie się, ona rozpoczyna prasowanie, on czeka w sypialni, ona jest na etapie pieczenia placka, gotowania ogórkowej bądź robienia porządków, przecież jutro przychodzą goście. To unikowe strategie najczęściej stosowane przez kobiety. Dzisiaj coraz rzadziej kobieta powie: „boli mnie głowa”. To się zbanalizowało. Faceci są inni: nie prasują, nie sprzątają, jeżeli chcą unikać seksu, to kombinują w dwojaki sposób: angażują się w pracę, późno przychodzą do domu, przynoszą papiery z pracy, odbierają setki telefonów. Mówią: „Nie mam czasu, jestem zapracowany”. Albo: „Słuchaj, ledwie żyję, potrzebne są nam pieniądze”. To strategie ucieczkowe spod znaku „praca”.

Jest jeszcze inny system stosowany przez facetów. Mężczyzna, który potrzebuje argumentów, dzięki którym nie podejmuje współżycia, zachowuje się czasami jak detektyw. Rozpoczyna w domu szpiclowanie. Szuka notatek, przegląda Internet, sprawdza telefon: gdzie ona jest, co robi. Motywem jest wytwarzanie konfliktu, stworzenie poczucia winy. Tak może ją ukarać. To strategia, kiedy on nie podejmuje aktywności seksualnej, boi się, że nie będzie miał erekcji bądź ma problem z wytryskiem. Przypominam, mówimy cały czas o związku małżeńskim. Jeśli chce się uniknąć seksu wieczorem, można doprowadzać do porannego konfliktu. To bywa skuteczne. Kolejna strategia: „ona mnie zdradza”. Zaczynają się więc przesłuchania: „ty chyba kogoś masz”.

Robi się zimno. A wystarczy ochłodzić stosunki, by seks był dla kobiety trudny lub niemożliwy. Efektem jest obopólna niechęć. Konflikty, nieuchronne w związku, nie są łagodzone przez bliskość, jaką daje erotyka. Seks nieprokreacyjny właśnie też jest po to, by łagodzić. Jak sobie z tym radzisz jako terapeuta?
Ujawniamy przyczyny uruchamiania uników. Im ludzie byli bardziej wstrzemięźliwi przed ślubem, tym bardziej prawdopodobne jest uruchomienie tego typu strategii w okresie małżeńskim. Im mniej mieli różnorodnej aktywności na początku związku, bardziej ograniczali pieszczoty, tym większe prawdopodobieństwo, że strategie unikowe będą podejmowane przez mężczyzn. Im mniej są seksualnie wyedukowani, mało czytali, mniej rozmawiali, tym takie strategie będą się nasilały jako pretekst odmowy seksu.

Borykającym się z problemem radzę, aby sobie wyobrazili, że są nad rzeką. Mogą przez nią przejść na drugi brzeg, na którym napisane jest: „satysfakcja i orgazm”. Mają do wyboru dwa mosty. Jeden bardzo szeroki, gdzie da się bezpiecznie przejść we dwoje. Ale jest też kładka, mogą się na niej zmieścić, jednak trzeba postępować bardzo ostrożnie, by nie wpaść do wody.

Te pary, o których rozmawialiśmy wcześniej, zamiast mostu wybierają kładkę, czyli uważają, że uprawianie seksu powinno się odbywać tylko w ramach określonych norm. Seks ma polegać na tym, że najpierw powinien być pocałunek, chwila gry miłosnej, wprowadzenie członka do pochwy, wykonywanie nim ruchów frykcyjnych, by doszło do osiągnięcia orgazmów przez nią i przez niego. I powinna następować pięciominutowa gra w czułość po zakończeniu stosunku – to seks według receptury seksuologów sprzed iluś tam lat. Jeżeli mężczyzna czuje, że ma jakiś problem z erekcją, to nie wejdzie na szeroki most. Nie ma umiejętności i pomysłu, by używać miłości francuskiej, czy korzystać z pieszczot, aby tak doprowadzić kobietę do orgazmu. To wykracza poza jego myślenie, co to jest normalny seks.

Jaki typ mężczyzny tak postępuje?
Będzie to „przywódca” – nie poddaje się, nie cierpi porażki. Typ gościa, który ma niską samoocenę, dużo kompleksów, myśli o sobie jako o mężczyźnie nieatrakcyjnym fizycznie. Myśli: „Ona zrobiła mi łaskę, że za mnie wyszła”. Takie strategie stosują również mężczyźni, których partnerki są zafiksowane na myśleniu, że orgazm jest kluczem do satysfakcji seksualnej. Aktywność jej mężczyzny ma ją doprowadzić do jednego bądź wielu orgazmów, i to pochwowych, sztywnym penisem. Mężczyzna, który nie jest w stanie takiej aktywności podjąć, zacznie uruchamiać takie strategie unikowe, o których rozmawialiśmy.

Ale są też inne powody, dla których facet unika seksu, dosyć oczywiste.
Zdrada rzeczywista, gdy facet ma inną kobietę. Ale też w ramach nowych czasów należy wspomnieć zdradę wirtualną – on zdradza żonę w Internecie. I sytuacja, kiedy facet nie otrzymuje w seksie tego, czego pragnie. Wtedy często spotyka się z kobietami, które moi pacjenci ładnie nazywają „sponsorkami”, czyli kobietami, które oni sponsorują.

Wielu jest tych sponsorów?
Tego dokładnie nie wiem, ale wiem, że wzrasta liczba mężczyzn, którzy nie są w stanie z kobietami porozmawiać na temat swoich potrzeb seksualnych. Boją się, że zostaną wyśmiani lub uznani za dewiantów. W Polsce na temat dewiacji seksualnych mówi się coraz więcej: o pedofilach, o różnych zachowaniach seksualnych, które wykraczają poza normy, i mężczyzna, który ma specyficzne upodobania do prowadzenia na przykład gry wstępnej, samego stosunku seksualnego, jeśli jest otoczony taką atmosferą – o, tego robić nie wolno, bo to świadczy o twoich dewiacjach – będzie unikał rozmowy, w związku z czym nie otrzyma w łóżku tego, co chciałby otrzymać.

Częściej ona czy on odmawiają seksu?
Wiem tylko, że o wiele częściej kobiety skarżą się na mężczyzn. Często nie wprost. Pytają: „Co mam zrobić, on nie chce ze mną współżyć, podejrzewam, że mnie zdradza?”. Albo: „Mój mąż jest pracoholikiem, jest uzależniony od komputera, gier...” itp. Dopiero w dalszej rozmowie odsłania się część dotycząca seksu. Dlatego nie bardzo wierzę w badania prowadzone na dużych grupach, kiepsko tam ze szczerością.

Jak traktujesz jako terapeuta zjawisko unikania seksu?
Jeżeli obydwoje nie mają potrzeb seksualnych, najczęściej nie ma też problemu. Zwykle odmawianie seksu w małżeństwie jest dramatem co najmniej jednego z partnerów. Jeśli on odmawia kobiecie, to ona musi sobie dać radę z napięciem seksualnym. Korzysta z Internetu i próbuje nawiązywać relacje. Wtedy pojawia się poczucie winy, bo korzysta z wibratora, masturbuje się. Próbuje zaspokajać swoje potrzeby seksualne poza związkiem? Jeszcze gorzej. Jeśli tego wszystkiego nie robi, to zaczyna myśleć źle o sobie. Czasami obniża poczcie atrakcyjności seksualnej partnera. Jeśli chce ochronić siebie, musi z niego zrobić wroga. Albo pracuje, by ostudzić swe libido.

Są myśli, które zabijają miłość: „ile on mi krzywdy zrobił!”. Wspomina same złe rzeczy. Tak buduje się w głowie fortecę. I nawet jeśli on będzie próbował, to ona nie będzie w stanie zareagować na niego seksualnie.

Zawsze podejrzewałem, że w takiej sytuacji może to nie najlepiej się skończyć.
Albo nawet całkiem źle. U kobiety odtrącanej (u faceta zresztą też) łatwo o depresję, sięganie po używki, aby rozładować napięcie. Tak zaczyna się proces niszczenia miłości i autodestrukcja.