1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wrażliwość - piękno ukryte głęboko wewnątrz nas

Wrażliwość - piękno ukryte głęboko wewnątrz nas

Wysokiej wrażliwości nie można się pozbyć. I nie warto! Kluczowe jest zrozumienie, czym jest, zaakceptowanie jej i nauczenie się obsługiwania. (Fot. iStock)
Wysokiej wrażliwości nie można się pozbyć. I nie warto! Kluczowe jest zrozumienie, czym jest, zaakceptowanie jej i nauczenie się obsługiwania. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Zmysłowość, pasja, sumienność, wyobraźnia, kreatywność, oryginalność, niezwykła intuicja, bardzo czułe sumienie, silna empatia - czyli po prostu wrażliwość. Co tak naprawdę kryją w sobie osoby wysoko wrażliwe

Świat jest pełen bodźców. Być może niektóre dźwięki, dla innych neutralne, wywołują w tobie silną irytację. Albo światło, neony, krzykliwe reklamy. Zapachy, które wwiercają się w nos, przenikają przez skórę. Wiatr, zimno. Być może męczysz się z powodu palaczy, piskliwego głosu koleżanki, muzyki w lokalu, czy radia w samochodzie. Nie znosisz tłumów, ścisku. Kiedy dopada cię głód, jesteś wyprowadzony z równowagi. A ból? Lepiej nie mówić... Wyczuwasz też wszelkie napięcia w otoczeniu, ciężka atmosfera (na przykład po kłótni, nawet jeśli nie brałeś w niej udziału) może cię całkowicie rozstroić, przytłoczyć. Podobnie jak napastliwość telemarketera czy egzaltacja znajomej zalewającej cię potokiem słów. A przecież są jeszcze bodźce wewnętrzne: myśli, rozliczne analizy i dociekania, fantazje.

Niewykluczone, że usłyszałeś od kogoś, że jesteś nieśmiały, wycofany, zahamowany czy znerwicowany. A ty czułeś się po prostu... niezrozumiany. Być może jesteś wrażliwy. I chcesz o tę wrażliwość zadbać (tym bardziej że inni nie zawsze potrafią ją uszanować). Elaine N. Aron i Ilse Sand – dwie amerykańskie psycholożki, które zgłębiały temat wrażliwości – proszą i ostrzegają: nie pozwól sobie wmówić, że jesteś gorszy. Dysponujesz ogromnym potencjałem. Uwierz w to wreszcie. Tak jak i w to, że jest więcej takich jak ty – osób, które czują mocniej, pełniej. Nie zmienisz tego, jaki jesteś, ale możesz nauczyć się z tym żyć. I czerpać z tego siłę.

Nic vs huragan

„Wrażliwość: dar czy przekleństwo?” – pyta już w tytule swojej książki Ilse Sand (wyd. Laurum). Można powiedzieć, że i jedno, i drugie. Ostatecznie wybór należy do ciebie. Zależy od tego, co z tą cechą zrobisz. Ponieważ w naszej kulturze uważana jest za problematyczną, prawdopodobnie spotkałeś się z próbami „naprawienia” cię – przez rodziców, nauczycieli, a nawet mniej wrażliwych czy kompetentnych terapeutów. Nie umieli dostrzec twoich potrzeb i wyjątkowości.

Psycholog Jerome Kagan z Harvardu twierdzi, że osoby o wysokiej wrażliwości stanowią – ze względu na swoje wyposażenie genetyczne – szczególną odmianę ludzi. Jako pierwszy na przełomie XIX i XX wieku opisał temat Iwan Pawłow. Zauważył, że silna stymulacja prowadzi do punktu przeciążenia zwanego hamowaniem transmarginalnym. Według rosyjskiego uczonego jedną z kluczowych różnic między ludźmi jest szybkość, z jaką osiągają ten punkt. Ci, którzy trafiają tam wcześniej, wyróżniają się odmiennym typem układu nerwowego. Jak podkreśla w książce „Wysoko wrażliwi” (wyd. Feeria) psycholożka Elaine Aron, nie chodzi tu bynajmniej o tworzenie jakiejś elity. Zresztą pycha raczej ci nie grozi, bardziej prawdopodobne jest, że po latach myślenia o sobie jako o kimś nieprzystosowanym masz dość niską samoocenę. I że w ramach kompensacji bardzo wysoko stawiasz sobie poprzeczkę. Chcesz dogonić tych przebojowych, którzy radzą sobie dużo lepiej. Nie widzisz, że w pewnych kwestiach jesteś wiele kroków przed nimi.

Elaine Aron, która jest pionierką badań nad wysoką wrażliwością i szczegółowo opisała tę cechę, wychodzi od dwóch faktów. Po pierwsze, każdy człowiek – niezależnie od stopnia wrażliwości – najlepiej czuje się, gdy nie jest ani zbyt znudzony, ani zbyt pobudzony. Przy niedostatecznym pobudzeniu jesteśmy przytępieni, nieskuteczni. Zbyt silne pobudzenie układu nerwowego prowadzi z kolei do stresu. Potrzeba optymalnego poziomu pobudzenia jest jednym z najlepiej ugruntowanych praw psychologii. Dotyczy wszystkich. Po drugie, ludzie różnią się pod względem poziomu pobudzenia układu nerwowego w określonej sytuacji. Różnice te są normalne i naturalne (w dużej mierze dziedziczne). Odsetek osobników szczególnie czułych na stymulację szacuje się na 15–20 procent.

Holenderscy biolodzy pod kierownictwem Maksa Wolfa badali, jak doszło do ewolucji wrażliwości. Otóż natura nie przypadkiem tak zarządziła – wiąże się to z odmiennymi strategiami przetrwania. Osobnicy o wysokiej wrażliwości w nowych sytuacjach przyjmują bardzo zachowawczą postawę. Zamiast dać się ponieść fali, wolą wycofać się i bez pośpiechu przetworzyć wszystkie dostępne dane. Najpierw jednak trzeba je zgromadzić. A wrażliwcy robią to nieustannie: ich umysł zaprogramowany jest na rejestrowanie i analizę najdrobniejszych niuansów, detali. Ich organizm przypomina niezwykle czuły odbiornik. Wyobrażasz sobie, jakie to obciążenie dla układu nerwowego? Czy można się dziwić, że takie osoby potrzebują czasem się odciąć? Powiedzieć: „Dość! Ani słowa więcej! Nie zniosę tego dłużej!”. Gdyby jeszcze miały odwagę to zrobić... Przecież zwykle w takich sytuacjach słyszą, że przesadzają, są przewrażliwione. I że nic takiego się nie dzieje. Jak mają wytłumaczyć, że to „nic” w ich wnętrzu wygląda jak huragan?

Co za pakiet!

Osoby wrażliwe przez to, że czują głębiej i widzą więcej, potrafią zdemaskować niewygodne prawdy. Z łatwością wyłapują różne błędy i nieprawidłowości. Do tego mają szósty zmysł, głęboki kontakt z duchowością, ze światem snów. Carl Jung twierdził, że wrażliwi ludzie w naturalny sposób podlegają silniejszym wpływom nieświadomości, która przekazuje im informacje „najwyższej wagi”. Nazwał to nawet „proroczym wglądem”.

Elaine Aron zwraca uwagę, że w większości sprawnie funkcjonujących kultur indoeuropejskich rządy opierały się na współdziałaniu dwóch klas: ekspansywnych monarchów oraz równoważących ich poczynania mądrych kapłanów-doradców. Rolę tych drugich pełnią dziś (o ile im się na to pozwoli) osoby wysoko wrażliwe. Aron podkreśla też, że osoby wysoko wrażliwe to idealni pracownicy, potrzebni w każdej firmie. W pracy najbardziej interesuje ich sama praca i jak najlepsze wykonanie zadania. Nie intrygują, nie przepychają się łokciami. Mają bardzo wysokie standardy etyczne i zawodowe. Wyjątkową zdolność do wykonywania zadań wymagających czujności, precyzji i prędkości. Potrafią przyswoić sobie wiele rzeczy niejako mimochodem. Jednak przez to, że trzymają się z boku, nie udzielają się towarzysko i nie krzyczą „ja, ja!”, łatwo można takich ludzi przegapić. Co więcej – ponieważ często jako pierwsi zwracają uwagę na jakąś niezdrową sytuację w pracy – bywają traktowani jako źródło problemu.

A przecież natura pokazuje, że bez wrażliwców nie da się przetrwać. Podobnie jak strażacy, wysoko wrażliwi odbierają głównie fałszywe alarmy. Ale wystarczy, by taka wrażliwość uratowała życie zaledwie raz, a z genetycznego punktu widzenia cecha ta jest opłacalna – pisze Elaine Aron. Można więc powiedzieć, że w przypadkach, gdy wrażliwość prowadzi do nadpobudzenia, jest niezaprzeczalnie kłopotliwa, ale to część pakietu, na który składa się także mnóstwo zalet. Ich lista jest bardzo długa: zmysłowość, pasja, sumienność, wyobraźnia, pomysłowość, kreatywność, zdolność do głębokiej koncentracji (dopóki nie pojawi się czynnik zakłócający), oryginalność, niezwykła intuicja, bardzo czułe sumienie, silna empatia.

Oczywiście, wiele z tych cech może prowadzić do kłopotów. Osoby wrażliwe często nie potrafią stanąć za sobą – dbają o dobre samopoczucie innych, unikają za wszelką cenę konfliktu i... pozwalają się wykorzystywać. Są bardzo samokrytyczne i gotowe brać na siebie odpowiedzialność za cały świat. A kiedy dotrą do punktu przeciążenia i tracą kontakt z własnym wnętrzem, przypominają dzieci we mgle. Może wówczas dojść do głosu ich impulsywność: żeby uwolnić się od sytuacji, w której się duszą, zrywają przyjaźnie, rezygnują z pracy, robią awanturę rodzicom albo rzucają się na jakieś doraźne remedium (alkohol, jedzenie). Przy tym wszystkim jednak wrażliwy układ nerwowy to nieocenione źródło radości, szczęścia i błogości. Elaine Aron i Ilse Sand twierdzą wręcz, że mocniejsze reakcje osób wysoko wrażliwych dotyczą przede wszystkim pozytywnych emocji. Sand pisze o rozkoszy i błogostanie, jakie stają się udziałem wrażliwca, kiedy zanurzy się całym sobą w odbierane wrażenia. To, co stracisz na szerokości, możesz zawsze zyskać na głębokości – podsumowuje.

Chronić czy mobilizować?

Jak już wiesz, wysokiej wrażliwości nie można się pozbyć. I nie warto! Kluczowe jest zrozumienie, czym jest, zaakceptowanie jej i nauczenie się obsługiwania. Jeśli rozpoznajesz się w powyższych opisach, być może już się w tobie coś zmienia... Zaczynasz oswajać swoją odmienność. Elaine Aron sugeruje, by osoby o wysokiej wrażliwości spojrzały na swoje życie przez jej pryzmat. By zreinterpretowały część doświadczeń. Pamiętaj, że wrażliwy system nerwowy łączony jest często z traumą, a nie z dziedziczoną cechą. Jedno nie wyklucza drugiego, działaj więc wielotorowo.

Zdaniem Aron prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem wrażliwca jest ustalenie, w jakim stopniu ma się chronić, a w jakim łagodnie mobilizować. Życie pod kloszem na dłuższą metę nie jest satysfakcjonujące. No i byłaby to niepowetowana strata dla świata. Co jakiś czas wycofuj się jednak, ograniczaj dopływ bodźców. Nie możesz pozwolić sobie na lekceważenie potrzeb organizmu związanych z regeneracją. Ilse Sand nazywa to wręcz czasem wegetacji. Nie chodzi tu o całkowitą bierność – raczej o zajęcie się takimi czynnościami (uprawianie sportu czy ogródka, sprzątanie), które pomogą odpocząć głowie, uporządkować doznania i odzyskać równowagę. Twoim sprzymierzeńcem jest woda – możesz ją pić, patrzeć na nią (staw, rzeka, jezioro, morze!), słuchać jej odgłosów, zanurzać się w niej. Pamiętaj też o możliwościach, jakie daje medytacja i muzyka, pozwalająca kształtować nastrój. Wreszcie o tzw. własnych przystaniach, w których znajdziesz schronienie. Mogą to być osoby, miejsca.

Wysoko wrażliwi mają wyjątkowy talent do nawiązywania głębokich, intensywnych relacji. Wybierając między jakością a ilością, zawsze postawią na tę pierwszą. Nie zmienia to faktu, że powinni dbać o granice: mniej angażować się w pewne sytuacje, nauczyć się asertywności i wybiórczości. Ponieważ często czują się niezrozumiani, szukają w otoczeniu sojusznika. Dzielą się sobą, a potem często żałują. Dlatego zastanów się, czy warto opowiadać o twojej wrażliwości. Jeśli jest to ktoś zaufany – przyjaciel, terapeuta – w porządku. Co do innych – cóż... Może lepiej powiedzieć: „Tego nie lubię”, „Wolę, kiedy...”, „Zależy mi, żeby...”. Nie musisz przekonywać innych o tym, że jesteś normalny. Grunt, że sam już to wiesz.

Co robić, gdy bodźców jest za dużo:

  • Zmień miejsce, wyjdź (choćby do łazienki),
  • Zamknij oczy,
  • Rób sobie częste przerwy (może to mieć zastosowanie również podczas spotkania z przyjaciółką),
  • Pójdź na spacer,
  • Uspokój oddech,
  • Wypij kilka łyków wody,
  • Zmień postawę ciała, by przyjąć bardziej zrelaksowaną i pewną siebie,
  • Poruszaj się!
  • Lekko się uśmiechnij.

Czy jesteś wysoko wrażliwy?

Elaine N. Aron w książce „Wysoko wrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza” podaje kilka stwierdzeń, które pozwolą ci ustalić, czy ta cecha jest ci bliska. Sprawdź, w jakim stopniu dotyczą cię poniższe stwierdzenia:
  • Wydaje mi się, że docierają do mnie różne subtelne szczegóły otoczenia.
  • Podlegam wpływowi nastrojów innych ludzi.
  • Mam skłonność do dużej wrażliwości na ból.
  • W dni, kiedy dużo się dzieje, miewam potrzebę znalezienia chwili dla siebie, chowając się do łóżka, zaciemnionego pokoju czy gdziekolwiek indziej, gdzie mogę zaznać trochę spokoju i uciec od bodźców.
  • Jestem bardzo czuły na działanie kofeiny.
  • Łatwo przytłaczają mnie takie bodźce jak: ostre światło, silne zapachy, szorstkie tkaniny czy syreny przejeżdżających karetek.
  • Mam bogate, skomplikowane życie wewnętrzne.
  • Głośne dźwięki sprawiają mi dyskomfort.
  • Do głębi porusza mnie sztuka i muzyka.
  • Jestem sumienny.
  • Łatwo mnie przestraszyć.
  • Czuję się roztrzęsiony, gdy mam dużo do zrobienia w krótkim czasie.
  • Gdy ludzie nie czują się komfortowo w miejscu, w którym przebywają, zwykle wiem, jak temu zaradzić (przez zmianę oświetlenia, przestawienie foteli itp.).
  • Irytuje mnie, gdy ludzie wymagają ode mnie zrobienia zbyt wielu rzeczy jednocześnie.
  • Bardzo dbam o to, by unikać pomyłek czy zapominania o czymś.
  • Celowo unikam filmów i programów telewizyjnych pokazujących sceny przemocy.
  • Odczuwam nieprzyjemne pobudzenie, kiedy wokół mnie dużo się dzieje.
  • Głód wywołuje u mnie silną reakcję, tak że tracę koncentrację czy pogarsza się mój nastrój.
  • Zmiany w moim życiu wytrącają mnie z równowagi.
  • Zauważam i cenię sobie delikatne czy wysublimowane zapachy, smaki, dźwięki, dzieła sztuki.
  • Ważne jest dla mnie takie ułożenie sobie życia, by unikać sytuacji denerwujących i rozstrajających.
  • Kiedy podczas wykonywania zadania muszę z kimś rywalizować lub jestem obserwowany, bardzo się denerwuję i radzę sobie o wiele gorzej niż normalnie.
  • Mam wrażenie, że w dzieciństwie rodzice lub nauczyciele postrzegali mnie jako wrażliwego czy nieśmiałego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Miejski szamanizm, czyli jak w erze technologii żyć zgodnie z duchowością

Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. (Fot. iStock)
Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Cztery żywioły, cztery pory roku, cztery fazy Księżyca... Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. Jak w erze technologii żyć zgodnie z duchowością przyrody - pytamy terapeutę i praktyczkę szamanizmu Ranjanę A. Pomar.

Szamanizm kojarzy się z animizmem, który postrzega naturalne obiekty, takie jak woda, góry czy drzewa, przez pryzmat mieszkających w nich duchów. Życie w mieście wydaje się zaprzeczeniem takiej wizji świata, a jednak proponuje pani też praktyki szamańskie dla mieszkańców dużych miast. Tradycja szamańska, której jestem wierna, wywodzi się od plemienia Mapuczów, ta nazwa oznacza „ludzie z ziemi”. Inkowie mają Machu Picchu, Majowie – piramidy w Meksyku, a Mapucze, którzy żyli na terenie dzisiejszego Chile, nie wybudowali żadnych świętych miejsc. Uzasadniali to dbałością o naturę. Ona jest ich rajem, a świątynią – ziemia.

Zaczęłam uczyć się szamanizmu, gdy miałam 21 lat. Co roku, przez 17 lat, jeździłam na trzy miesiące w Andy i żyłam wśród tamtejszej społeczności. Spędzaliśmy wiele godzin na rytuałach oczyszczających w tzw. szałasach potów, wspinaliśmy się, nurkowaliśmy w zimnych górskich strumieniach, przeprowadzaliśmy ceremonie z ogniem, śpiewem i tańcami. Braliśmy też udział w tzw. poszukiwaniach wizji, polegających na czterodniowych wyprawach do lasu bez sprzętu, bez jedzenia, piliśmy tylko wodę. A po powrocie prowadziłam normalne życie: studiowałam, pracowałam, wyszłam za mąż. Nie traciłam kontaktu z naturą, ale jednocześnie lubiłam swoje miejskie przyzwyczajenia: lampkę wina wieczorem, wyjście do restauracji. Nie chciałam rezygnować ani z jednego, ani z drugiego, więc zaczęłam praktykować szamanizm tam, gdzie mieszkałam. Dużo wtedy podróżowałam i zauważyłam, że wiele osób żyjących w miastach nie jest zadowolonych z tego, że są odcięci od przyrody i całymi dniami wpatrują się w monitor czy telewizor. Chcą coś zmienić, więc ćwiczą jogę, medytują, a niektórzy interesują się szamanizmem. I dla nich zaczęłam prowadzić codzienne praktyki, które pozwalają zrównoważyć poziom hormonów w ciele. Wpływają również na emocje. Nazwałam je miejskim szamanizmem.

Na czym on się opiera? Na podziale życia na cztery sfery związane z żywiołami: z ziemią, wodą, ogniem i powietrzem. Ziemia wiąże się z jedzeniem, ciałem, kośćmi, pieniędzmi, ćwiczeniami fizycznymi. Powietrze u mężczyzn łączy się z inteligencją i racjonalnym myśleniem, a u kobiet – z intuicją. Ogień oznacza działanie, ochronę, łowiectwo i wiąże się głównie z mężczyznami. Jeśli nie jest opanowany, wzmaga zachowania rywalizacyjne, a nawet prowadzi do agresji. Z kolei woda to bardzo kobiecy element. A że na wodę wpływa Księżyc, to kobiety są bardziej „księżycowe”.

Co to oznacza? Księżyc ma cztery fazy: nów, pierwsza kwadra, pełnia, ostatnia kwadra – i warto, by kobiety poznały ich wpływ na swoje funkcjonowanie, bo także żyją w czterofazowym cyklu miesiączkowym. Na warsztatach uczę więc, jak, zwiększając wrażliwość i słuchanie swojego ciała, zsynchronizować fazy cyklu z tym księżycowym. Nie przez przypadek oba trwają tyle samo. Najlepiej jeśli owulacja przypadnie na pełnię, bo wtedy cykl synchronizuje się z analogicznymi fazami Księżyca: gdy księżyca przybywa, to zalążek rośnie, gdy księżyca ubywa – zmniejsza się. W pełni będzie czas płodny, a podczas nowiu niezapłodniona komórka jajowa zostanie wydalona, wracając do Matki Ziemi. Jeśli kobieta owuluje w czasie pełni Księżyca, to jej układ hormonalny wytwarza więcej oksytocyny, a ta odgrywa pozytywną rolę m.in. w tworzeniu więzi społecznych i rozmnażaniu płciowym. W tym czasie ciało kobiety jest bardziej otwarte na seks niż w pozostałych dniach. Kobieta jak księżyc zmienia się cztery razy w miesiącu. Mężczyźni są bardziej stabilni, bo są powiązani z porami roku.

Także czterema... Tak, w wielu częściach świata mamy wyraźne cztery pory w skali roku, a z tym związana jest ilość energii słonecznej, jaka do nas dociera. Energia słoneczna ma  bardzo duży wpływ na mężczyzn – to dzięki niej są praktyczni, racjonalni, nakierowani na cel. Energia słoneczna wspomaga też inteligencję, aktywność i pracę. Mężczyźni z miast pracują zazwyczaj w pomieszczeniach zamkniętych i są oderwani od sygnałów natury, na przykład tego, że zachód słońca daje organizmowi znak do spowolnienia i przygotowania się do snu. Stąd biorą się problemy z produkcją melatoniny, regulującej czas snu i czuwania, i w rezultacie z nadmiarem kortyzolu, tzw. hormonu stresu. Pory roku mają też znaczenie dla diety. Kiedyś jedliśmy sezonowe potrawy, teraz, wraz z globalizacją, mamy dostęp do warzyw i owoców w każdym miesiącu. I nawet nie widzimy w tym nic nienaturalnego...

Praktyki, które pani proponuje, pozwalają to dostrzec? Szamanizm miejski pomaga przywrócić w nas równowagę. Mieszkam teraz w Barcelonie, codziennie chodzę nad morze, by obejrzeć wschód słońca, i medytuję przynajmniej przez pięć minut na powitanie dnia. Wiosną tego roku przez pandemię i dwumiesięczną kwarantannę nie mogliśmy tego robić. Pamiętam pierwszy poranek, gdy po zniesieniu obostrzeń wyszliśmy wreszcie na zewnątrz. Ludzie, którzy przyszli tego dnia rano na plażę, by obejrzeć słońce, mieli łzy w oczach. Dopiero wtedy doceniliśmy, jakimi szczęściarzami jesteśmy, że możemy podziwiać świat, wcześniej uważaliśmy to za niepodważalne prawo.

Wywiad przeprowadzono na Festiwalu Tantry, Szamanizmu, Świadomości i Relacji w ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie k. Olsztyna. 

Ranjana A. Pomar, terapeutka, praktykuje szamanizm, medytacje, tantrę. Prowadzi warsztaty samorozwoju na świecie, w Polsce w ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie.

Szamanizm w wielkim mieście

Oto ćwiczenia, które pozwolą ci na lepszy kontakt z czterema żywiołami.

Ziemia

  • Co rano po przebudzeniu przynajmniej przez minutę rozkoszuj się porankiem. Dotykaj swojego ciała (ono jest elementem ziemi), podziękuj w duchu lub na głos za kolejny dzień twojego życia. Jeśli to możliwe, obserwuj słońce jeszcze z łóżka. Następnie weź prysznic: najpierw polej się gorącym strumieniem, potem bardzo zimnym – to rozbudzi wszystkie komórki organizmu i lepiej przygotuje cię do aktywności całego dnia. Wiele osób pobudza ciało porannymi ćwiczeniami, na przykład jogą.
  • Jeśli masz ogród, latem spaceruj na bosaka po trawie, tak by poczuć rosę, chłód ziemi, źdźbła trawy. Ten zwyczaj nie tylko sprawia dużo przyjemności, ale też łączy cię z ziemią i uwalnia wiele napięć. Ostatni efekt możesz wesprzeć w prosty sposób: stojąc na trawie, potrząsaj energicznie ciałem przez 5 minut (tak jak podczas praktyki TRE). Ćwiczenie można dodatkowo powtarzać po południu.
  • Żywioł ziemi dobrze wzmacniać praktyką wdzięczności: dziękuj za każdy miniony dzień, za otrzymane pieniądze, za pyszny posiłek.
Woda
  • W czasie nowiu zrób sobie kąpiel z ziołami, np. miętą, szałwią, które wydzielają silny zapach; to oczyści twoją aurę. Zaparz je w dzbanku, odcedź i wlej do wanny z wodą.
  • Podczas pełni Księżyca polecana jest kąpiel w płatkach róży (symbolizują miłość, dawanie siebie) albo w lawendzie (przynosi spokój i odprężenie, uwalnia od stresu).
Powietrze 
  • Jeśli masz w sobie wiele napięć, podnoś ręce, wdychając silnie powietrze przez nos. Wypuszczaj je ustami, wydając głośny dźwięk i strzepując energicznie ręce w dół – jakby otrzepując je z czegoś.
  • Jeśli odczuwasz lęk, oddychaj głęboko i głośno przez nos. To uspokaja, uwalnia napięcia, złość, pomoże ci się zrelaksować.
  • Gdy jesteś smutny, oddychaj przez usta, w średnim tempie, nie w pośpiechu.
  • Gdy ogarnie cię złość, oddychaj bardzo szybko przez nos.
Ogień
  • Wiosną, latem i jesienią pamiętaj o korzystaniu z kąpieli słonecznych. Jeśli pozwala na to pogoda, połóż się bezpośrednio na ziemi na 10 min. Zimą przed pójściem spać usiądź wygodnie i obserwuj przez kilka minut płomień świecy. W ten sposób ciepło ogrzeje twoją duszę.

  1. Styl Życia

To nie oczy widzą, tylko mózg. O niezwykłych zdolnościach naszego mózgu

Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie. (Ilustracja: iStock)
Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nasz umysł potrafi się rozwijać, przebudowywać sieci szarych komórek, a niedomaganie jednego zmysłu rekompensować innymi zdolnościami. Często fenomenalnymi.

O niezwykłych zdolnościach słuchowych Bena Underwooda z Sacramento mówiło na całym świecie. Niewidomy kilkunastoletni chłopiec sprawnie poruszał się po ulicach dzięki... echolokacji, którą wykorzystują delfiny i nietoperze. Chłopiec potrafił dokładnie umiejscowić i rozróżnić wszystkie obiekty otoczenia dzięki własnemu głosowi i wyczuleniu na echo. Słysząc różnicę w wysokości i barwie powracających dźwięków, odróżniał od siebie ludzi, drzewa, domy i zaparkowane auta. Znany okulista profesor Gordon Dutton z Royal Hospital w Glasgow uważa, że każdy z nas jest w stanie opanować echolokację. I zamierza uczyć tej sztuki niewidomych w Wielkiej Brytanii.

Można już odłożyć do lamusa teorię, że zebrane przez każdy ze zmysłów wrażenia: dotykowe, wzrokowe, słuchowe, zapachowe i smakowe, są przetwarzane w oddzielnych ośrodkach mózgu – twierdzi dr Colin Blakemore z University of Oxford. Nasz umysł postrzega świat jako całość i nie dzieli jej na poszczególne sfery zmysłowe. Mózg uzupełnia niepełne dane o obrazie świata informacjami płynącymi także np. z dotyku czy słuchu. A gdy jeden ze zmysłów szwankuje, zapełnia powstałą lukę innymi sposobami. Wynika to z tego, że dowolny bodziec zmysłowy po „wejściu” do układu nerwowego zawsze zamienia się w impulsy elektryczne. Mózg, dysponując jednorodnymi nośnikami, może kierować je do różnych swoich ośrodków.

Na przykład mamy dwie drogi przesyłania impulsów wzrokowych, nie tylko tę, z której zwykle korzystamy (siatkówka – ciało kolankowate boczne – wzrokowa kora mózgowa). Drugi szlak wiedzie od siatkówki do wzgórków górnych pokryw śródmózgowia (używają go ssaki). U człowieka w szczególnych przypadkach, m.in. przy niedowidzeniu czy ślepocie, mózg może skorzystać ze starego szlaku zwierzęcego, przesyłając impuls do śródmózgowia, a następnie do takiego ośrodka zmysłowego, który związany jest z wyjątkowymi talentami lub umiejętnościami. Dlatego właśnie osoby, które mają gorszy wzrok, często rekompensują swoje niedomaganie znakomitą empatią, słuchem albo pamięcią. Dzięki aktywniejszemu ośrodkowi słuchu lepiej rozpoznają odgłosy i oceniają odległość źródła dźwięku, a także wcześniej mogą się zorientować, które osoby (i o czym) rozmawiają w oddali. Najbardziej rozbudowany ośrodek słuchu mają niewidomi i niedowidzący, gdyż nie mogą oni opierać odbioru świata na wzroku.

Neurobiolog Ehud Zohary z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie odkrył, że osoby słabowidzące nie tylko świetnie słyszą, ale także zapamiętują więcej niż najdoskonalsi wzrokowcy. Ich pamięć jest wyćwiczona z konieczności, bo często zastępuje widzenie szczegółów. By nie tracić czasu na szukanie np. produktów w supermarkecie, niedowidzący używają tzw. mentalnych metek. Osoba o sokolim oku bez problemu dostrzega nazwy towarów leżących na półce. Ktoś obdarzony złym wzrokiem bierze pod uwagę logikę rozmieszczenia produktów, szybciej zapamiętuje ich układ w sklepie i natychmiast je odnajduje. Z tego też powodu niewidomi mają o 30 proc. lepszą pamięć od widzących – używają mózgu do większej liczby zadań pamięciowych i przestrzennych.

W odbiorze świata bardzo pomagają nam dłonie. Naukowcy z Washington University w St. Louis udowodnili, że ludzie zbierają najlepsze informacje o przedmiocie wtedy, gdy trzymają go w rękach lub... w pobliżu rąk. Możliwość „widzenia” rękami jest bardzo ważna m.in. dla kierowców, uważa profesor Richard A. Abrams. Osoba trzymająca obie dłonie na kierownicy ma wyostrzoną świadomość wskazań tablicy rozdzielczej i położenia auta wobec innych samochodów na jezdni. Jest w stanie szybciej i przytomniej zareagować na zmieniające się sytuacje na drodze. Ta właściwość mózgu przydaje się także w pracy. Gdy robota leży w zasięgu rąk, nasz umysł sprawniej funkcjonuje.

Odkrycie naukowców z Washington University lekarze zaczynają wykorzystywać już w rehabilitacji sparaliżowanych po udarze osób. Ktoś, kto pracuje nad odzyskaniem władzy w ręce, powinien położyć przedmiot, który chce uchwycić, tuż obok dłoni. Ten prosty trik pobudza mózg i pomaga szybciej odzyskać sprawność manualną.

Jak rodzą się neurony

Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie! Dziś wiadomo już, że mózg jest bardzo plastyczny, umie się rozwijać i przekraczać granice percepcji.

Przełomem w dziedzinie neurofizjologii było odkrycie Petera Erikssona z kliniki Uniwersytetu Sahlgrenska w Szwecji, który w 1998 roku udowodnił, że mózg dorosłego człowieka przez cały czas tworzy nowe komórki nerwowe. Oprócz dojrzałych neuronów znajdują się w nim także multipotencjalne komórki macierzyste, które potrafią przekształcać się w dowolne komórki układu nerwowego. NSCs – neuronalne komórki macierzyste dzielą się i dojrzewają, tworząc neurony lub komórki glejowe, czyli astrocyty i oligodendrocyty. O przeznaczeniu NSCs decyduje mózg. Jeśli jakiś nerwowy ośrodek zmysłowy musi zastąpić pracę innego, jego struktura stopniowo się zagęszcza, powstają nowe neurony albo kolejne połączenia między tymi komórkami nerwowymi, które już istnieją. Tworzący się w podkorowych warstwach neuron noworodek migruje do miejsca, gdzie jest potrzebny, a następnie uczy się współpracować z innymi komórkami ośrodka, by zasilić jego działanie. Dlatego aby odczuć efekty doskonalenia zdolności, potrzeba czasu.

 
Badania naukowców z Uniwersytetu Arizona i Uniwersytetu Toronto z ubiegłego roku wskazują, że taki proces zachodzi właśnie wtedy, kiedy zaczynamy używać naszych nowych umiejętności i wdrażać je w życie. Na razie odkryto kilka miejsc, w których rodzą się neurony. Są to opuszka węchowa (do której docierają wrażenia węchowe), hipokamp (przywołuje wspomnienia) oraz trzy obszary kory: przedczołowa (bierze udział w tworzeniu krótkotrwałej pamięci roboczej, tworzy plany działania), niższa skroniowa (interpretuje działania) i tylna ciemieniowa (odpowiada za wyobrażenia). Proces tworzenia się komórek nerwowych jest wspomagany przez kilka neuroprzekaźników (kwas glutaminowy, serotoninę, noradrenalinę i dopaminę) oraz hormony płciowe. Codziennie powstają tysiące nowych komórek, ale niestety większość z nich natychmiast umiera. Żeby żyć, potrzebują połączenia z istniejącymi i pracującymi neuronami. Gdy nie są potrzebne, zanikają. W naszym mózgu tkwi wielki potencjał, który czeka na wykorzystanie.

Błysnąć umysłem

Przeciętny człowiek wykorzystuje tylko 3 proc. swojego mózgu, geniusz – około 10 proc. Powiększmy własny potencjał umysłowy i zmysłowy. Przebieg neurogenezy zależy od naszej aktywności i można go stymulować.

Trzeba tylko zastosować odpowiednio dobraną strategię:

  • Używaj lewej ręki (przy leworęczności – prawej). Wykonuj nią różne czynności, takie jak otwieranie drzwi czy zapalanie światła. Neurobiolog Lawrentze Katz uważa, że w ten sposób uruchamiają się połączenia neuronalne drugiej półkuli mózgowej.
  • Zamykaj oczy. Wykonywanie prostych rzeczy – np. mycie zębów czy jedzenie posiłku – z zamkniętymi oczami uaktywnia wiele ośrodków mózgowych związanych z pamięcią, słuchem i dotykiem.
  • Nuć melodię w myśli. Słuchaj „trudnej” muzyki. Zwiększa się wtedy ilość istoty szarej w mózgu, uważa Gottfried Schlaug, profesor neurologii z Harvard Medical School w Bostonie. Pogrubia się spoidło wielkie łączące obie półkule.
  • Ćwicz vipassanę (technika medytacyjna). Uczy mózg zapamiętywać szczegóły, zwiększa ilość szarych komórek – mówi prof. Richard Davidson z University of Wisconsin w USA.
  • Szydełkuj. To poprawia koordynację. Neuropsychiatrzy uważają, że może ochronić nas przed demencją. Problemy z koordynacją, jak przypuszczają uczeni, przekładają się na trudności z koncentracją, nadmierne napięcie i złą ocenę odległości.
  • Śpij, ile możesz. Naukowcy z Princeton University udowodnili, że niedosypianie zwiększa produkcję hormonu stresu – kortykosteronu, który hamuje neurogenezę.
  • Ćwicz aerobik. Trzy godziny i więcej aerobiku tygodniowo zwiększa ilość istoty szarej i białej mózgu. Już po trzech miesiącach osiąga się objętość mózgu osoby o trzy lata młodszej! Poprawia się pamięć, zdolność „przełączania się” na różne zadania, mniej przeszkadzają nam rozpraszające bodźce.
  • Biegaj. Bieganie ma na mózg podobny wpływ jak leczenie inhibitorami zwrotnego wychwytu serotoniny przy depresji. Powoduje rozrost neuronów hipokampa, który u osób z depresją wyraźnie się kurczy – uważają naukowcy z Karolinska Institute.
  • Graj. Zapisz się do klubu brydżowego, szachowego lub przynajmniej dwa razy w tygodniu rozwiązuj krzyżówkę. To pobudza analityczne właściwości mózgu – efektem jest lepsze kojarzenie i szersze widzenie problemów.

  1. Psychologia

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum. Jak rozwijać inteligencję duchową?

Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W kulturach tradycyjnych świętością było niemal wszystko: praca, jedzenie, seks. Dzisiaj desakralizacji ulegają nawet święta. Ale z drugiej strony rozpaczliwie poszukujemy sensu życia, harmonii, czegoś trwałego i niezmiennego. Czy naszym ratunkiem jest rozwijanie duchowej inteligencji?

Piotr, lat 47, był jednym z pierwszych biznesmenów rozkręcających w Polsce rynek informatyczny. Zaczynał pod koniec lat 80. Od małego fiata, którym jeździł instalować komputery znajomym. Dość szybko przesiadł się do zachodniego samochodu, klientów indywidualnych zamienił na wielkie korporacje, w zawrotnym tempie rozwinął swoją firmę, dorobił się. W wieku 35 lat miał wszystko. Wygodny dom pod Warszawą, malowniczo położone działki na Mazurach i w Bieszczadach, luksusowy samochód, pokaźne konto w banku. Korzystał z życia – bawił się, zmieniał kobiety, jeździł po świecie. Ale nic nie sprawiało mu prawdziwej radości. Wciąż był nienasycony: próbował nurkowania, wspinaczki wysokogórskiej, nawet skoków ze spadochronem. Gdy brakowało adrenaliny, sięgał po alkohol.

– No i stało się to, co się stać musiało – wspomina. – Któregoś dnia miałem wypadek, tylko cudem z niego wyszedłem. Leżałem w szpitalu, cierpiałem, ale miałem też czas, żeby przemyśleć całe swoje życie. To były bardzo bolesne chwile, przede wszystkim dlatego, że musiałem skonfrontować się sam ze sobą, tak naprawdę po raz pierwszy zajrzeć do swojej duszy. Zobaczyłem w niej rozdzierającą pustkę. Zacząłem prowadzić długie rozmowy ze sobą, z Bogiem i po raz pierwszy ja, wychowany w wierze katolickiej, sięgnąłem do Biblii.

Dzisiaj Piotr, choć ma ugruntowaną pozycję w biznesie, żonę, troje dzieci, choć mógłby sobie pozwolić na wiele, żyje skromnie, nie pomnaża już majątku. Cały wolny czas poświęca rodzinie i pracy charytatywnej.

Podobną drogę przechodzi dziś wielu ludzi. Osiągają szczyty, ale nie czują się szczęśliwi. Szukają czegoś więcej, czasami kompletnie przewartościowują swoje życie.

Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy znaczenia

Jak podkreślają zgodnie filozofowie i antropologowie, życie pozbawione kontekstu sacrum doprowadziło człowieka do największego kryzysu naszych czasów, czyli do kryzysu duchowego.

Danah Zohar i Ian Marshall w „Inteligencji duchowej” piszą: „Rozum oddalił nas od przyrody, bliźnich i religii. Dokonując postępu w technologii, odrzuciliśmy tradycyjną kulturę i osadzone w niej wartości. Inteligencja racjonalna sprawiła, że mniej pracujemy, jesteśmy zdrowsi i dłużej żyjemy. Dzięki niej stworzyliśmy mnóstwo gadżetów, z których wiele zagraża naszemu środowisku i nam samym. Wciąż jednak nie wiemy, jak nadać temu wszystkiemu sens. Duchowe otępienie uwidacznia się nie tylko na Zachodzie, ale coraz częściej również w tych państwach azjatyckich, które przejęły zachodnie wzorce”.

Naukowa diagnoza naszego stanu ducha na progu nowego tysiąclecia jest bezlitosna: Dostrzegamy i przeżywamy tylko to, co bezpośrednie, widoczne i praktyczne. Jesteśmy ślepi na głębsze poziomy symboliki i znaczenia, które tworzą egzystencjalny kontekst dla otaczających nas obiektów, wykonywanych czynności i nas samych. Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy sensu. Optymistyczne jest tylko jedno – że coraz częściej pytamy samych siebie: O co chodzi w moim życiu? Po co mi to wszystko? Dlaczego biorę udział w tym wyścigu? Czego tak naprawdę pragnę?

Dawniej w ogóle nie zadawano by sobie takich pytań. Rytm życia narzucany przez naturę i kulturę był uporządkowany i przewidywalny. Tradycja, społeczność, w jakiej się żyło, religia – wszystko to wyznaczało niezmienne granice zachowania człowieka. Funkcjonowały jasne kodeksy moralne, a cele życia były z góry ustalone.

 
Mircea Eliade, religioznawca, filozof kultury, eseista, w książce „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem” pisze: „Na najbardziej pierwotnym i archaicznym poziomie kultury życie ludzkie było samo w sobie aktem religijnym – odżywianie, życie płciowe, praca miały wartość sakramentu. […] W skrócie można by rzec, że świat archaiczny nie znał czynności »świeckich«: każda czynność, która miała określony sens, uczestniczyła w pewien sposób w sacrum. Świeckie były tylko czynności niemające znaczenia mitycznego, czyli niemające wzorcowych modeli. Można więc rzec, że każda odpowiedzialna i zmierzająca do precyzyjnie określonego celu czynność była dla świata archaicznego rytuałem”.

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum

Idąc tropem myślenia Eliadego, można powiedzieć, że człowieka współczesnego odróżnia od jego dalekiego przodka doświadczenie sacrum rozumiane – za „Słownikiem etnologicznym” – jako kategoria rzeczy i działań, które są uznawane przez określoną społeczność za święte i z tej racji podlegają religijnej czci, w przeciwieństwie do tego, co codzienne, czyli profanum. Niemiecki teolog i historyk religii Rudolf Otto, aby objaśnić, w jaki sposób człowiek wierzący przeżywa świętość, Boga, wprowadził do religioznawstwa termin „numinosum” (od łac. numen – bóstwo, boskość) oznaczający coś niepoznawalnego i niewyrażalnego. To tajemnica, coś, czego nasz rozum nie jest w stanie pojąć, coś przeczuwane, ale nie rozumiane. Według Otto sacrum z jednej strony przepełnia człowieka trwogą, budzi respekt, a jednocześnie fascynuje i rodzi nieodparte pragnienie.

Dziś desakralizacji ulegają nawet święta. Wielkanoc, Boże Narodzenie traktowane są w kategoriach wydarzeń rodzinnych, świeckich, a msza, która kiedyś była rytuałem w ścisłym tego słowa znaczeniu, postrzegana jest jako coniedzielny ceremoniał bądź też uciążliwy obowiązek. Jednak, jak podkreśla Mircea Eliade, potrzeba przeżywania sacrum jest głębokim pragnieniem człowieka. Dlaczego człowiek miałby pragnąć sacrum?

Dlatego że posiada wrodzoną inteligencję duchową  – odpowiadają Danah Zohar i Ian Marshall. Według nich oprócz siedmiu rodzajów inteligencji opisanych przez Howarda Gardnera w książce „Inteligencje wielorakie” istnieje jeszcze jedna – duchowa, która jest kwintesencją człowieczeństwa. Ani bowiem inteligencja racjonalna, ani emocjonalna, ani nawet ich połączenie nie wystarczą, by w pełni opisać złożoność ludzkich zachowań  i zdolności.

Cóż to takiego owa inteligencja duchowa? To „wewnętrzna, wrodzona zdolność ludzkiego umysłu i psychiki, czerpiąca swe bogactwo z serca i wszechświata”. Tym, co przede wszystkim odróżnia inteligencję duchową od emocjonalnej, jest właśnie zdolność przemiany. O ile inteligencja emocjonalna pozwala nam rozeznać się w swoim położeniu i adekwatnie do niego zachować, o tyle inteligencja duchowa prowokuje do stawiania pytań: Czy w ogóle chcę pozostać w tej sytuacji, czy raczej zdecyduję się ją zmienić?

Autorzy „Inteligencji duchowej” podkreślają, że ten rodzaj inteligencji nie zawsze wiąże się z religią. Owszem, może się poprzez nią wyrażać, ale religijność wcale nie oznacza wysokiego ilorazu inteligencji duchowej. Co więcej – badania przeprowadzone prawie 60 lat temu przez psychologa Gordona Allporta wykazały, że doznania duchowe częściej  występują u osób niezwiązanych z największymi Kościołami.

Tęsknimy za jednością z kosmosem, a słuchamy ego

Inteligencją duchową obdarzeni byliśmy od zarania dziejów, ale dowodów na jej istnienie dostarczyły dopiero badania neuro-biologiczne w latach 90 ubiegłego wieku. Dowód pierwszy – odkrycie w ludzkim mózgu przez neuropsychologa Michaela Persingera tzw. punktu Boga. Gdy badane osoby słyszą rozmowy na tematy religijne lub duchowe, punkt ten na zdjęciach mózgu uzyskanych metodą pozytronową się rozświetla.

Dowód drugi – badania austriackiego neurologa Wolfa Singera, które wykazują, że w mózgu następuje zespalanie naszych doznań i nadawanie im znaczenia, a wszystko to dzięki „trzeciej sile”. Wcześniej znane były tylko dwie formy organizacji nerwowej mózgu: połączenia szeregowe stanowiące podłoże inteligencji racjonalnej i „różnokierunkowe”, które są podstawą inteligencji emocjonalnej. Singer wskazuje na istnienie trzeciego rodzaju myślenia, jednoczącego dwa poprzednie, którym zarządza inteligencja duchowa.

Dowód trzeci – badania nad ludzką mową amerykańskiego neurologa i antropologa Terrence’a Deacona. Dowodzą one, że język jako zjawisko charakterystyczne tylko dla człowieka, symboliczne w swej istocie i operujące znaczeniem ewoluował wraz z szybkim rozwojem płatów czołowych mózgu. Ssaki wyższego rzędu nie umieją mówić, ponieważ nie posiadają odpowiednika płatów czołowych, które powiększały się u człowieka dzięki inteligencji duchowej.

 
Co nam ona daje? Jej dwie bliźniacze siostry: racjonalna i emocjonalna, mogą czasem sprowadzić człowieka na manowce. Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany. Sprawia, że jesteśmy kreatywni, kontaktuje nas z naszą twórczą spontanicznością. Pomaga nam uświadomić sobie problemy egzystencjalne, rozwiązać je albo przynajmniej pogodzić się z nimi. Sprawia, że widzimy sens naszych zmaga  z życiem. Pozwala wniknąć w istotę rzeczy, ujrzeć jedność istniejącą pomimo różnic, dotrzeć do naszych możliwości i wykorzystać je. Dzięki niej możemy wieść bogatsze życie. I wreszcie – pozwala nam odróżnić dobro od zła.

Życie wielu z nas jest dziś boleśnie pokawałkowane. Tęsknimy za tym, co poeta T.S. Eliot nazwał „dalszą jednością, głębszą wspólnotą”, ale nie znajdujemy jej ani w sobie, ani w istniejących symbolach czy instytucjach naszej kultury. Naszym ratunkiem – o co apelują nie tylko duchowi przywódcy, jak Dalajlama, papież, ale co dostrzega także coraz więcej ludzi – jest rozwijanie ducha. (Według słownika Webstera duch to „ożywiająca, życiodajna siła; to, co w odróżnieniu od materialnych elementów organizmu jest źródłem życia; tchnienie życia”).

Dalajlama wyodrębnia dwa poziomy duchowości. Pierwszy związany jest z przekonaniami religijnymi. W książce „Sztuka szczęścia” pisze: „Na świecie żyje pięć miliardów ludzi o różnych umysłowościach, w pewnym sensie potrzebujemy więc pięciu miliardów różnych religii. Wierzę, że każdy człowiek powinien wstąpić na taką ścieżkę duchową, która najlepiej pasuje do jego stanu umysłu, naturalnych skłonności, temperamentu, przekonań, wartości wyniesionych z domu i korzeni kulturowych”.

Szukamy gotowych odpowiedzi, choć powinniśmy pytać

Religijność nie świadczy o inteligencji duchowej, ale głęboka wiara przynosi ludziom wiele korzyści. Badania Instytutu Gallupa wykazały, że wierzący częściej niż niewierzący uważają swoje życie za szczęśliwe. Dowiodły również, że wiara pomaga w osiąganiu sukcesów i radzeniu sobie z kryzysami, traumatycznymi doświadczeniami, starzeniem się. Statystyki pokazują, że w rodzinach o silnych przekonaniach religijnych jest mniej przestępstw, problemów z alkoholizmem, narkomanią. Co więcej – istnieją dowody na to, że wiara może pozytywnie wpływać na zdrowie. Badania Instytutu Medycznego w Pittsburghu wykazały, że głęboko wierzący pacjenci z przeszczepionym sercem szybciej wracają do zdrowia. Z kolei inne badania dowiodły, że po operacji tętnicy wieńcowej lub zastawki prawdopodobieństwo przeżycia jest trzykrotnie większe wśród pacjentów wierzących niż niewierzących.

Każda religia daje poczucie przynależności, akceptacji. Silne przekonania religijne sprawiają, że mamy głęboką świadomość celu, do którego dążymy. Że możemy spojrzeć z dystansu na problemy życia codziennego. Jednak według Dalajlamy ważniejszy jest drugi poziom duchowości, który nazywa podstawowym, bo obejmuje najważniejsze ludzkie wartości, takie jak: dobroć, życzliwość, współczucie, troska. „Bez względu na to, jak wspaniała jest dana religia, przyjmuje ją jedynie ograniczona liczba ludzi – pisze w »Sztuce szczęścia«. – Wszyscy potrzebujemy jednak owych podstawowych wartości duchowych, bez nich życie staje się ciężkie, jałowe, człowiek nie jest szczęśliwy, cierpi rodzina, a w ostatecznym rozrachunku – całe społeczeństwo. Takie wartości jak: współczucie, tolerancja, zdolność wybaczania, opiekuńczość, są najważniejszymi wartościami duchowymi, ponieważ nie mogą współistnieć z negatywnymi stanami umysłu”.

przemia

Jak dotrzeć do owego poziomu, czyli inteligencji duchowej? Poprzez pielęgnowanie tego, co dla nas święte. Dobre uczynki. Praktyki duchowe. Te ostatnie nie mogą opierać się jednak tylko na uczestnictwie w religijnych obrzędach, nawet nie tylko na modlitwie. Według Dalajlamy praktyka duchowa to ćwiczenie, np. poprzez medytacje, odpowiedniego stanu umysłu, nastawienia do ludzi, stanu psychicznego i emocjonalnego. Czasami, aby w pełni dotrzeć do inteligencji duchowej, trzeba zaznać rozpaczy, bólu, cierpienia, straty. Wtedy doświadczamy głęboko ukrytej tęsknoty za sensem swojej ludzkiej egzystencji. Pytamy: Po co żyjemy? Dlaczego właśnie tak? Jaki ma sens nasza praca? Jak powiedział żydowski mistyk Abraham Heschel: „Gdy zadajemy pytania, jesteśmy bliżsi Boga niż wtedy, gdy mamy wrażenie, że znamy odpowiedzi”.

Korzystałam z książek: Mircea Eliade „Sacrum – mit – historia”, PIW, Warszawa 1993; Mircea Eliade „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem”, Sen, Warszawa 1992; Danah Zohar, Ian Marshall, „Inteligencja duchowa”, Rebis, Pozna  2001; Dalajlama „Sztuka szczęścia. Poradnik życia”, Rebis, Pozna  2000; Keith Ward „Bóg”, Rebis, Pozna  2006.

  1. Psychologia

Przyjaciółka męża z pracy - romans czy relacja bezinteresowna?

Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. (Fot. iStock)
Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Partnerki długo tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. W końcu jednak orientują się, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. To już sygnał alarmowy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Partnerki długo tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. W końcu jednak orientują się, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. To już sygnał alarmowy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Ta przyjaźń zaczyna się całkiem niewinnie? Mężczyzna umawia się z koleżanką z pracy, że będą dla siebie nawzajem osobistymi trenerami, konsultantami w sprawach zawodowych. Omawiają więc sprawy działu, współpracy między działami, nowe projekty. Z czasem w tych konsultacjach pojawia się temat równowagi między życiem zawodowym a osobistym. Rozmowy coraz bardziej przekształcają się w intymne zwierzenia. Kamyk został wrzucony do wody. Zatacza kręgi. Nieformalne wsparcie rozwija się w nieformalną relację.

Co mężczyźni mówią, gdy przychodzą po pomoc? „Ona mnie słucha! Patrzy na mnie! Jest taka otwarta, uważna! Zadaje pytania!”. Są oszołomieni, zauroczeni. „Poruszamy takie ważne tematy! Nadajemy na tych samych falach! Spotkałem bratnią duszę!”. Jest tak miło, przyjemnie, ciepło.

Ci mężczyźni mają rodziny? I w tym problem, z tym przychodzą. Życie rodzinne schodzi na dalszy plan. Relacja z koleżanką, a za chwilę już z przyjaciółką jest tak odległa od tego, co dzieje się w domu. W domu są problemy z dziećmi, rachunki, spory, konflikty z sąsiadami, mnóstwo spraw operacyjno-organizacyjnych. W weekendy to samo: trzeba rodzinie coś zorganizować, gdzieś pójść, pojechać, postarać się. Mężczyzna czuje się jak w kieracie. Nie ma chwili spokoju. Nie ma czasu i nastroju na rozmowy o „ważnych sprawach” z żoną. „Kiedyś prowadziliśmy takie rozmowy, ale kiedy to było?!”. To jak w piosence „Nie płacz, Ewka” Perfectu: „Proza życia to przyjaźni kat, pęka cienka nić…”. Mężczyzna oddala się od rodziny, od dzieci. Relacja z przyjaciółką zaczyna być bardzo ważna.

Żona to z pewnością wyczuwa? Jest duże przyzwolenie społeczne na takie przyjaźnie w pracy. Romans to co innego, zdrada, wiadomo. Mężczyzna mówi: „Ona mi tak pomaga, wspiera mnie, tyle mamy pracy, nowe projekty…”. Do czasu to brzmi wiarygodnie.

Jak długo? Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. Praca to podstawa, więc skoro to dla niego ważne, skoro mu tak pomaga… Z czasem jednak widzą, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. Wsparcie przyjacielskie pomału, ale nieuchronnie zmierza w kierunku romansu. Partnerka znajduje niedwuznaczne mejle, SMS-y, ktoś życzliwy z pracy donosi, co się dzieje. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że żona jak burza wpadła do biura i zrobiła awanturę przy pracownikach i klientach. „Konsultacje? Ja ci dam konsultacje…”. Okładała parasolką i męża, i przyjaciółkę. Bywa i tak, że mężczyźni zostawiają swoje rodziny i wiążą się z przyjaciółkami z pracy. Te związki, oczywiście, rzadko się udają.

Oczywiście? Czar szybko pryska. Gdy kończą się konsultacje, a zaczyna codzienne, pełne obowiązków życie rodzinne, mężczyzna budzi się ze snu. Zauroczenie przyjaciółką z pracy przypomina romantyczne zakochanie nastolatka, który patrzy przez różowe okulary, i dopóki ich nie zdejmie, wszystko wydaje się idealne. Wspólny pobyt w pokoju hotelowym nie jest jednak tym samym co zamieszkanie pod jednym dachem. Kończy się czas, gdy firma płaci za hotel, nie ma już służb, które naprawiają zepsuty kran, ani pokojówek wymieniających pościel i ręczniki. Trzeba samemu podołać przeróżnym wyzwaniom.

Po raz kolejny wkrada się proza życia. I co wtedy? Mężczyzna zaczyna szukać nowej przyjaciółki. Wielu powtarza ten schemat, tylko już nie w pracy, ale na przykład na kursie językowym. Tak miło rozmawia się po angielsku, ale ileż można o polityce. Nieśmiało schodzimy na tematy osobiste. Dobrze byłoby się spotkać na kawie, żeby podszkolić konwersację, zwrócić uwagę na błędy językowe, które popełniamy. Jest tak ciepło, serdecznie, może to bratnia dusza?

Znów ryzykuje. Czym przede wszystkim? Obumieraniem życia rodzinnego, to pewne. Ryzykuje, że reanimacja może się nie udać. Nic w przyrodzie nie ginie. To, co powiemy, zrobimy, w jaki sposób się zachowamy, jakie decyzje podejmiemy, ma znaczenie. Na początku wydaje się, że relacja z przyjaciółką jest taka bezinteresowna, bez zobowiązań. To, oczywiście, złudzenie. Przyjaźń, która się rozwija, nawet powoli, nieubłaganie się pogłębia. Im dłuższa relacja, tym więcej zaangażowania, przyzwyczajenia i bliskości. I tym bardziej oddalamy się od naszych rodzin. Nie ma róży bez kolców. To tak jak z piwem bezalkoholowym. Było kiedyś takie piwo Bavaria, o którym mówiło się, że to nie alkohol. Zawierało 0,5 proc., które jednak alkomat wychwytywał. Kierowca po wypiciu dwóch, trzech takich piw mógł mieć kłopoty. Nie mówiąc już o wysokim indeksie glikemicznym, od którego rósł brzuch, tak zwany mięsień piwny.

Taka przyjaźń nie może pozostać niewinna? Może, jednak to wymaga od mężczyzny, ale także od przyjaciółki, dużej dojrzałości i samoświadomości. Coaching zogniskowany na celach mężczyzny, na jego funkcjonowaniu w rodzinie mógłby dać nieocenione pozytywne efekty.

W jaki sposób rozpoznać, czy relacja z przyjaciółką przekracza już próg bezpieczeństwa? Gdy sama myśl o tym, że mam spotkać się z przyjaciółką, budzi emocje, jest źródłem ekscytacji, haju, wtedy lepiej ochłonąć i poszukać wsparcia. Co innego jednak, gdy ekscytacja dotyczy zmierzenia się z własnymi ograniczeniami: „Wreszcie zajmę się tym swoim tematem! Chwycę byka za rogi! Uwolnię stare przekonania i zrealizuję cel!”. Ekscytujemy się wtedy własnym procesem zmiany i to rzeczywiście nas rozwija. Możemy też zapytać siebie, czy rozmowy z przyjaciółką, jej pomoc, wsparcie powodują, że zbliżam się do mojej żony, czy wręcz przeciwnie – oddalam się od niej. Robi się naprawdę niebezpiecznie, jeśli zauważam, że nie mam ochoty na rozmowy z żoną. Przestała mi się podobać. Nie pociąga mnie seksualnie. Zaczynam porównywać żonę do przyjaciółki na niekorzyść żony. Mam poczucie, że przegrałem życie, bo dokonałem niewłaściwego wyboru, wiążąc się z kobietą, z którą teraz mam dzieci. Jeden z mężczyzn powiedział mi tak: „Gdy wracam do domu, nie mam ochoty na seks z żoną, chociaż z przyjaciółką też go nie mam”. Jeśli takie myśli i uczucia się pojawiają, przyszłość rodziny wisi na włosku, a mężczyzna potrzebuje profesjonalnej pomocy.

Wyobraźmy sobie jednak, że on budzi się ze snu i widzi, że sprawy zaszły za daleko. To znaczy, że jest szczery i uczciwy wobec siebie. Moi klienci przyznają, że zbyt długo siebie oszukiwali. Mówili, że tak, oczywiście, relacja z przyjaciółką pomaga im także otwierać się na żonę, a tymczasem atmosfera w domu stawała się nie do zniesienia. Oszukiwanie siebie komplikuje sprawę, przedłuża stres. Szczerość ułatwia wyplątanie się z tego uwikłania.

Także szczerość wobec przyjaciółki? Oczywiście.

Jak by to miało wyglądać? Po prostu uczciwie mówię, co się ze mną dzieje, co czuję; że nasza relacja jest coraz bliższa i rodzi przywiązanie, a to oddala mnie od rodziny. Przyjaciółka także ma swoją rodzinę, więc ona z pewnością czuje podobnie. Więc „co z tym robimy”? Zdarza się i tak, wcale nierzadko, że to przyjaciółka inicjuje rozmowę. Jest tak dużo ciepła, czułości, uścisków w tej relacji, że zaczyna ją to niepokoić. Przestraszona, zawstydzona wycofuje się, wybiera życie rodzinne nawet wtedy, gdy nie do końca czuje się w nim spełniona.

Jak wygląda męski powrót do domu z takiej przygody? Nie jest łatwo. Żona jednoznacznie oskarża o osłabianie rodziny, o brak lojalności, zdradę. Z tego kryzysu można wyjść, pod warunkiem że porozmawiamy o tym, co się stało, czego brakowało, o co nie zadbaliśmy, jakie błędy popełniliśmy. I o tym, co każde z nas może zrobić, żeby odbudować bliskość; żeby nie było potrzeby szukania przyjaciółek. Może być też, niestety, tak, że zbyt długo życie rodzinne kręci się wokół kryzysu: „Zobacz, co mi zrobiłeś!”. Żale i pretensje są odświeżaną wciąż na nowo teraźniejszością. Partnerki przemocowo komunikują brak zaufania: „Żadnych wyjazdów integracyjnych! Zabraniam ci!”. Takie siłowe rozwiązania – szczególnie gdy się powtarzają – niczego, niestety, nie rozwiązują, a wręcz przeciwnie, zniechęcają mężczyznę do powrotu. „Dłużej nie wytrzymam, to nie ma sensu”. Co innego, gdy kobieta mówi: „Bardzo niechętnie myślę o tym twoim wyjeździe integracyjnym. Mam uraz. Boję się o naszą rodzinę…”. Wtedy dzieli się uczuciami. Mężczyzna może się do tego odnieść. To dobry wstęp do rozmowy.

Może być też tak, że mężczyźnie spodoba się życie z przyjaciółkami. Taki styl odpowiada mężczyznom, którzy są przekonani, że wiążąc się z jedną kobietą, wiele tracą. Z moich obserwacji wynika jednak, że nie jest to satysfakcjonująca droga. W pewnym momencie mężczyzna uświadamia sobie, jak bardzo jest samotny. Przyjaciółka wysłucha, poprzytula się, jednak relacja z nią nie jest stabilna i nie daje trwałej satysfakcji. Wbrew pozorom wielu mężczyzn ma potrzebę bycia w stabilnym związku, tęskni za stałością. Przyjaciółki przestają wystarczać. Sparafrazuję sformułowanie Marcina Dańca z jednego z jego monologów: człowiek się rozgląda, a wszyscy znajomi już z GPS-em na palcu. Koledzy mówią o rodzinie, o dzieciach. Narzekają, a jednak wracają do domu, angażują się w uroczystości rodzinne, wyjazdy na wakacje. Do romansujących mężczyzn dociera, że relacjami z przyjaciółkami zastępują niedostatki życia rodzinnego.

Lekarstwem na przyjaciółki z pracy byłoby więc zadbanie o romantyczny klimat w stałym związku? „Gdzie tu miejsce na romantyzm? Między chorobą dziecka a wynoszeniem śmieci?”. Jak najbardziej! To jest kwestia komunikacji: w jaki sposób odnosimy się do siebie? W jaki sposób rozwijamy nasz stosunek do tych przyziemnych spraw? Co stało się z naszą romantyczną miłością? Może jej nie widzimy, nie odczuwamy, a ona – mimo to – w dalszym ciągu istnieje? Przygoda z przyjaciółką może być wyzwalaczem takich właśnie rozmów, które prowadzą do wewnętrznej zmiany. Jeśli tak ją spożytkujemy, możemy być w zgodzie z tym, co się wydarzyło.

  1. Psychologia

Coś większego niż ja. O duchowości bez religii

Choć coraz więcej osób odchodzi od religijności tradycyjnej, to wcale nie rezygnują one z duchowości. (Fot. iStock)
Choć coraz więcej osób odchodzi od religijności tradycyjnej, to wcale nie rezygnują one z duchowości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Religia przez wieki pomagała ludziom żyć. Przynosiła ulgę w cierpieniu, mobilizowała do starań, za które kiedyś zostaną nagrodzeni, zaspokajała ich potrzeby duchowe. I choć coraz więcej osób odchodzi od religijności tradycyjnej, to wcale nie rezygnują one z duchowości. O poszukiwaniach „czegoś większego” pisze psycholożka Hanna Samson.

Do niedawna duchowość była rozumiana jako zjawisko ściśle połączone z religijnością. Ale czy bez religii nie mamy potrzeb duchowych? Mamy. Socjologowie obserwują, że wraz ze wzrostem zeświecczenia współczesnego świata rośnie zainteresowanie metafizyką, które znajduje ujście w medytacji, różnorodnych praktykach duchowych, powrocie do idei ezoterycznych czy sięganiu do mądrości z dawnych epok. Odejście od religii nie oznacza często utraty duchowości, ale wejście na ścieżkę poszukiwań. Problem w tym, że odejść od religii, w której byliśmy wychowani, nie jest łatwo.

– Od dawna czułam, że ta nasza religijna obrzędowość nie zaspokaja moich potrzeb duchowych czy metafizycznych – mówi Elżbieta, którą znam od lat i od lat z podziwem obserwuję jej rozwój. – Religia katolicka kłóciła się z moim intelektem, Kościół wzbudzał coraz większą niechęć, ale nie miałam odwagi odejść. Dzieci „na wszelki wypadek” chodziły na religię, oczywiście była pierwsza komunia, choć nie czułam w tym głębszego sensu. To córka pierwsza powiedziała, że ma dość, potem syn. Rozumiałam ich, ale sama nie potrafiłam zerwać więzi z obrzędowością, w której żyłam od dzieciństwa. Chodzenie do kościoła było dla mnie obowiązkiem, a gdy próbowałam z niego rezygnować, pojawiało się poczucie winy i lęk przed karą. Ta religia mocno nas wiąże, proces odchodzenia czy wyzwalania się bywa chyba tak samo trudny jak odchodzenie z sekty.

Może dlatego wielu z nas tkwi latami w czymś, do czego nie ma przekonania? Niektórzy robią to do końca życia, ale Elżbieta chciała żyć w zgodzie ze sobą. – Po iluś latach w końcu się zbuntowałam – opowiada. – Stałam się wręcz ostentacyjnie antyreligijna, ale moje potrzeby duchowe były niezaspokojone. Brakowało mi poczucia sensu życia, czegoś większego ode mnie i mojego ja.

Cząsteczka bezkresu

W naszej indywidualistycznej kulturze zachodniej od dzieciństwa uczymy się patrzeć na świat z punktu widzenia własnego ego. Z tej perspektywy śmierć jest przerażająca i odbiera sens naszemu życiu. Ratunkiem jest religia, ale nie tylko ona. Medytacja i inne praktyki duchowe pozwalają wyjść poza wąski horyzont ego, zobaczyć, że jesteśmy cząsteczką w bezkresie, za to wszechpołączoną z innymi. Gdy otwieramy się na świadomość niebędącą „ja”, znika samotność, oddzielenie, pojawia się sens, bo czujemy się częścią świata. Wielu z nas ma przebłyski takich doświadczeń, nawet jeśli nie próbujemy świadomie rozwijać swojej duchowości. Czasem zdarza się to, kiedy patrzymy w rozgwieżdżone niebo lub spadające wody wodospadu. Zachwyt i poczucie ogromu świata mogą sprawić, że czas przestaje istnieć, znikają nasze ego, pragnienia, strach przed śmiercią; przez chwilę mamy poczucie wieczności, jakbyśmy byli częścią natury.

Osoby pracujące twórczo również miewają doznania metafizyczne. – Czasem pracuję godzinami przez wiele dni, kawałek po kawałku i ciągle nic z tego nie wynika – opowiada Kasia, wspaniała artystka, jej prace są pokazywane w wielu krajach. – I nagle pojawia się natchnienie. Przez godzinę maluję więcej niż przez te wszystkie dni i wyłania się z tego sens, którego nie wymyśliłam ani nawet nie przewidywałam. Czuję się połączona z jakąś siłą, która jest we mnie albo poza mną, ale która wykracza poza moją świadomość. Te chwile są tak niezwykłe, że choćby tylko dla nich chce mi się codziennie pracować.

Sama też znam takie momenty. Gdy piszę książkę i jestem w to głęboko zaangażowana, zdarza się czasem coś niezwykłego. Nagle pojawia się nowa jakość, słowa same układają się w zdania, które mnie zaskakują. Piszę coś, co przerasta to, o czym myślałam; co nadaje mojej pracy głębszy sens. Notuję w natchnieniu, jakbym była tylko medium, które zapisuje to, co było dotąd poza moją świadomością. Mówię o tych momentach żartobliwie, że złapałam Pana Boga za nogi, bo jak nazwać to poczucie połączenia z czymś potężniejszym ode mnie? Moje „ja” znika, a moja świadomość rozszerza się i obejmuje coś znacznie większego ode mnie.

Ból jest, ale już nie cierpisz

Takie doznania szczytowe bliskie są doświadczeniom opisywanym przez mistyków. Na jakiś czas zmieniają obraz siebie i świata, zostaje po nich ślad, który sprawia, że życie staje się lżejsze niezależnie od tego, co nam się przydarza, a jednocześnie czujemy w nim głębszy sens. Do takiego stanu świadomości można też dążyć świadomie, czego dobrym przykładem jest Elżbieta, która ostatecznie odnalazła się w religii, ale innej niż nasza. Jej ścieżką okazał się buddyzm.

– W buddyzmie nie ma transcendentnej istoty boskiej, nie wierzy się w Buddę, tylko Buddzie – opowiada Elżbieta. – Budda jest nauczycielem, prawdziwość jego nauk możesz sprawdzać na sobie, eksperymentować, doświadczać, nic nie musisz przyjmować na wiarę. Dzięki medytacji Budda doszedł do prawdy o istocie rzeczywistości, w której wszystko jest wszechpowiązane. Każdy z nas może dojść do tego samego miejsca, idąc tą samą ścieżką samopoznania i transformacji, którą szedł Budda. Poprzez medytację, praktyki duchowe, ćwiczenie umysłu w dyscyplinie i nieporuszoności odkrywamy, że nasze „ja” i przywiązanie do niego to złudzenie. Uważność na wnętrze psychiczno-emocjonalne powadzi do transformacji naszych zaburzonych wzorców uczuć i zachowań w mądrość.

Przytomność, uważne bycie w chwili obecnej, objęcie w pełni świadomością „tu i teraz”, skupienie się na oddechu, przepływających myślach, odczuciach płynących z ciała, na innych wrażeniach pochodzących z otoczenia, ale bez przywiązywania się do nich, bez oceniania ich i podążania za nimi – to wszystko brzmi jak mindfulness, czyli trening uważności, który zapewne wielu z nas jest znany. Tak, mindfulness pochodzi z buddyzmu, ale nawet wyrwana z tego kontekstu obserwacja własnego umysłu prowadzi do redukcji stresu, niepokoju, lęku, pomaga wychodzić z depresji, a także zmniejszać cierpienie powodowane bólem.

– Zdystansowanie wobec własnego bólu, obserwowanie go nie powoduje, że ból znika – wyjaśnia Elżbieta, która przez całe życie miała migreny. – Nadal doświadczam bólu, ale nie cierpię z jego powodu.

Ścieżka buddyjska

Droga Elżbiety prowadziła przez kilka przypadkowych zdarzeń. Książka o buddyzmie wpadła jej w ręce, znajomi jechali do Nepalu, więc pojechała z nimi, powodowana impulsem przyjęła schronienie, czyli publicznie ogłosiła, że wchodzi na ścieżkę buddyjską, choć jeszcze wcale nie czuła się gotowa, ale to ją utwierdziło w rodzącym się przekonaniu, że warto spróbować. – Była we mnie tęsknota za czymś większym niż jednostkowe życie – mówi Elżbieta. – Miałam przeczucie, że w naszym rodzeniu się i umieraniu jest jakiś głębszy sens niż tylko indywidualne zmagania. Na swojej drodze duchowej odkryłam, że jest coś więcej niż jednostkowa świadomość. Ścieżka duchowa prowadzi do przebudzenia, możemy wtedy zobaczyć naszą prawdziwą tożsamość. Jesteśmy połączeni ze wszystkim, co istnieje, świat jest wszechpołączony, a nasza jednostkowa tożsamość jest tylko snem, z którego sami możemy się obudzić. Idąc ścieżką duchową, dążymy do tego przebudzenia, oświecenia, ale cała droga ma sens i znaczenie. Stajemy się coraz lepszymi ludźmi. Odłączamy się od przywiązania do swojego ciała, do swojej wyjątkowej tożsamości, pozbywamy się lęku przed śmiercią. Przestajemy walczyć z własnymi demonami, łączymy je z innymi częściami naszej psychiki.

Elżbieta wyjaśniła mi, że nie ma prostego pocieszenia, życie często jest źródłem cierpienia, ale od nas zależy, jak je przeżywamy. Mając świadomość, że jesteśmy częścią świata, wiemy, że wszystkie nasze czyny mają znaczenie, nasze działania wpływają na świat, żyjemy dla dobra większego niż dobro jednostki. – Nawet po śmierci, gdy zniknie moja tożsamość, zostanie strumień energii, karma, zło i dobro, które do tego strumienia wprowadziłam, a który wcieli się w jakąś istotę. Taka świadomość zobowiązuje do tego, żeby robić to, co jest dobre dla świata – powiedziała.

Kiedy zapytałam, czy czuje się lepszym człowiekiem niż kiedyś, Elżbieta powiedziała, że nawet dzieci zauważyły, że jest w niej więcej tolerancji, życzliwości, pogody, luzu i mniej napięcia. – Stałam się bardziej introwertyczna i samowystarczalna. Nie spełniam oczekiwań innych, ale też przestałam udzielać im rad. Bardziej świadomie wchodzę w relacje z ludźmi, jestem bardziej wyrozumiała, nie reaguję złością, co nie znaczy, że ją wypieram. Energię złości transformuję tak, żeby robić z niej dobry użytek – dodała.

Elżbieta codziennie przez półtorej godziny praktykuje buddyjskie medytacje tematyczne, mantry, wizualizacje. Korzysta z tych narzędzi po to, żeby poczuć jedność ze światem i współczuć ze wszystkimi istotami.

Może warto się trochę natrudzić, by też to poczuć?

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.