1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Matka pyta dziecko, jak żyć. Dziecko dyktuje ojcu, co ma robić. Jak zmieniły się role w rodzinie?

Matka pyta dziecko, jak żyć. Dziecko dyktuje ojcu, co ma robić. Jak zmieniły się role w rodzinie?

Zmiany są nieuchronne. Warto jednak mieć świadomość, że się dokonują, dostrzegać ich dobre strony, ale i korygować to, co nie służy ani dzieciom, ani rodzicom. (Fot. iStock)
Zmiany są nieuchronne. Warto jednak mieć świadomość, że się dokonują, dostrzegać ich dobre strony, ale i korygować to, co nie służy ani dzieciom, ani rodzicom. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Świat stanął na głowie? Kiedyś role w rodzinie były jasno określone. Dziś stają się płynne, czasem wydają się karykaturalne, co rodzi niepokój o przyszłość rodziny. Czy istotnie jest się czego bać?

Co jak co, ale zmiany mamy ostatnio jak w banku. To, co wczoraj wydawało się stałe, dzisiaj już nie obowiązuje. Zawirowania, często radykalne i dotąd nie do pomyślenia, to globalny trend we wszystkich dziedzinach życia – od polityki po rodzinę. Zanim zdążymy je oswoić, już musimy konfrontować się z kolejnymi. Bo świat pędzi dziś w niespotykanym dotąd tempie i niespecjalnie ma ochotę się zatrzymać. A wraz z nim galopuje rodzina. No a galopując – co nieuniknione – zbacza z utartego szlaku. To z kolei wywołuje obawy, że oto upada podstawowa komórka społeczna.

Rodzina nie ma końca

Spokojnie. Kasandryczne przepowiednie wieszczące koniec rodziny słychać było już na początku ubiegłego wieku. Słynny przedwojenny socjolog Stanisław Rychliński, stypendysta Fundacji Rockefellera, po powrocie ze Stanów przestrzegał przed amerykańskim trendem, polegającym na rozluźnieniu rodzinnych więzów i na osłabieniu grup oraz instytucji stojących na straży rodziny. Z niepokojem punktował odpowiedzialne za to amerykańskie zjawiska społeczne. Jakie? Dobrze nam teraz znane. Atomizację życia, osłabienie nakazów moralnych i sąsiedzkiej wspólnoty, zawodową pracę kobiet, odciągającą matki i żony od domowych powinności, słabą kontrolę rodziców nad dziećmi, upadek autorytetu matek i ojców. W ten sam ton uderzała w latach 60. Barbara Łobodzińska, autorka książki pod wymownym tytułem „Manowce małżeństwa i rodziny”.

I co? Rodzina przetrwała. Czy ma się dobrze? Ma się inaczej. W tym czasie przeszła długą drogę od modelu wielopokoleniowego do dwupokoleniowego. Musiała przyswoić równouprawnienie kobiet i mężczyzn, rewolucję obyczajową, seksualną i kulturową. Zmieniła formę – kiedyś tworzyło ją małżeństwo, dziś coraz częściej są to luźne związki. Skorygowała też cele – kiedyś chlubiła się licznym potomstwem, dziś w planach jest jedno, co najwyżej dwójka dzieci, a bywa, że para decyduje się na bezdzietność. Dawniej małżeństwa trwały dozgonnie, dziś jedna trzecia kończy się rozwodem. I zmiana zasadnicza, czyli dotycząca ról w rodzinie – kiedyś ojciec decydował, miał posłuch, uczył, jak żyć, matka zajmowała się domem i dziećmi, a dzieci nie miały prawa głosu. Dziś to one są w centrum, one decydują, dyktują warunki, mówią „nie”, a nawet uczą rodziców.

Przełomowa w pojmowaniu roli rodziców okazała się książka amerykańskiego psychologa i psychoterapeuty Thomasa Gordona „Wychowanie bez porażek” i jego słynne zdanie: „Rodzice są ludźmi, a nie bogami”. Gordon napisał coś, co nie mieściło się dotąd w głowie – dziecko nie jest niczyją własnością i jako odrębna jednostka ma prawo do prywatności, samodzielności, rozwoju. Otwarcie skrytykował dotychczasowe sposoby rozwiązywania konfliktów między rodzicami a dziećmi, oparte na schemacie: zwycięzca – pokonany. „Wychowanie bez porażek” to prawdziwa biblia dla rodziców. Wprawdzie bezpowrotnie ich zdetronizowała, ale najważniejsze jest to, że przeorała ich świadomość.

Z kolei współczesny autorytet pedagogiczny Jesper Juul, duński pedagog i terapeuta rodzinny, autor świetnych książek na temat wychowania, uważa, że największą zmianą, jaka kiedykolwiek dokonała się w obrębie rodziny, jest to, że teraz dwoje ludzi ma duże oczekiwania wobec siebie nawzajem. W książce „Przestrzeń dla rodziny” pisze: „To, że życie w parze ma ludzi wzbogacać, jest całkiem nowym wymaganiem, zjawiskiem i miernikiem. Nasi dziadkowie tak nie myśleli”. To dobrze czy źle? Z jednej strony dobrze, bo ludzie dbają o swój rozwój. A z drugiej – niekoniecznie, bo jeśli partner tego oczekiwania nie spełnia, to drugi traci motywację do bycia razem.

Natomiast największą zdaniem Juula zmianą w sytuacji dzieci w ostatnim 30-leciu jest fakt, że nie istnieje dla nich żadna przestrzeń wolna od dorosłych. Dawniej mały człowiek kształtował swoje kompetencje społeczne w zabawie z rówieśnikami. Teraz nie ma już takiej możliwości, bo nawet kiedy przebywa w grupie, to pod czujnym okiem dorosłych, którzy do wszystkiego się wtrącają. „Niewesoło być dzisiaj dzieckiem z takimi dorosłymi, którzy nie odstępują go na krok” – konstatuje Juul.

Ale rodzice zwiększają przecież kontrolę nie bez powodu, między innymi dlatego, że świat staje się mniej bezpieczny. Tak więc zarówno nowy kurs w wychowaniu, jak i w pojmowaniu, praktykowaniu ról w rodzinie wymyka się jednoznacznym ocenom. Jedno jest pewne – zmiany są nieuchronne, nie ma więc co się na nie obrażać. Warto jednak mieć świadomość, że się dokonują, dostrzegać ich dobre strony, ale i korygować to, co nie służy ani dzieciom, ani rodzicom.

Mamo, zacznij mnie wreszcie wychowywać

Relacja matka – córka w naszym przypadku nigdy nie była jednoznaczna. Nieraz dopadała mnie myśl, że nie jestem dobra w swojej roli – mówi Anna Janko, pisarka, matka Andrzeja (35 lat) i Rózi (30 lat).

Urodziłam córkę o bardzo silnym charakterze. Zdecydowaną, mającą od dzieciństwa plan na siebie. Być mamą córki to szczególne uczucie, córkę kocha się zupełnie inaczej niż syna, tak jakby ona była częścią własnej żeńskiej tożsamości… Rózia od urodzenia wydawała mi się kimś bardzo znajomym. Gdy patrzyłam na nią, dwuletniego szkraba biegającego po domu, zadawałam sobie pytanie, skąd ja znam tę dziewczynkę. Bo miałam wrażenie, że znam ją całe swoje życie... Od początku nie chciałam łamać jej charakteru, mimo że jako dziecko impulsywne, z nadmiarem energii bywała naprawdę trudna, a w tamtych czasach nie zajmowano się dziećmi z ADHD. Radziłam sobie intuicyjnie, nie zmuszałam do przepisywania po sto razy zeszytów, nie katowałam siedzeniem cicho. „Najważniejsze, żeby mnie kochała”, tak myślałam. Obawiałam się, że jak będę zakazywać i wymuszać, to zniszczę nasze uczucie. Matka daje na coś szlaban, a dziecko wykrzykuje: „Nienawidzę cię!” – takiego scenariusza nie chciałam najbardziej na świecie.

Zamiana ról między nami polegała na tym, że ona od początku sama decydowała, co będzie robić, jak się ubierze, a ja się na to godziłam. Gdy czegoś chciała, robiła to tak czy owak, od razu albo sposobem. A gdy czegoś nie chciała, to nie było mowy, żeby ją przekonać. Przyszła na świat z gotowym modelem siebie, nie do korekty. A ja się bałam, że jak będę ją chciała prostować, to złamię. Podobało mi się to dziecko takie, jakie było.

Kiedy rozstawałam się z ojcem moich dzieci, podział na role w teatrze życia codziennego okresowo nie działał w ogóle... Najpierw wyprowadziłam się do innego mieszkania i podjęłam pracę w innym mieście, musiałam tam dojeżdżać na dwa dni w tygodniu. Dzieci (miały wtedy 16 i 11 lat) musiały więc radzić sobie same z pomocą sąsiadki. Same rano wybierały się do szkoły, robiły śniadanie, odrabiały lekcje, same się pilnowały… Taka dawka wolności to dla nich była rewolucja. A Rózia, przecież jeszcze mała, tęskniła. Nie zapomnę do końca życia takiej sceny: Wracam z podróży, oni oboje są w szkole, wchodzę do mieszkania, a tam w fotelu ktoś siedzi w moich spodniach, bluzie, adidasach. Szok. Ujrzałam sobowtóra. Zrobili manekina z moich wypchanych ubrań, z włosami z włóczki. To była inicjatywa Rózi. Bardzo za mną tęskniła. Dzisiaj mówi, że nie było mnie rok, a to trwało tylko od 1 maja do 10 czerwca, w poniedziałki i wtorki…

Po tym incydencie zabrałam ją ze sobą na stałe. Jednak nic nie zrobiło się dla mnie prostsze, nie umiałam zdecydować raz na zawsze, że odchodzę od męża, rozbijam rodzinę i zakładam nową z nowym mężczyzną. Wyrzuty sumienia kompletnie mnie demobilizowały. Wahałam się, zmieniałam zdanie, wracałam i uciekałam. Wydawało mi się chwilami, że wariuję. Pamiętam taki poranek, gdy wstałam z przeświadczeniem, że nie mogę tego zrobić, że trzeba wracać do domu, do dawnego życia. Zabrałyśmy swoje rzeczy i poszłyśmy na przystanek tramwaju jadącego na dworzec. Siedzimy tam. Ja w stanie jakiejś pokazowej dezintegracji przepuszczam tramwaj za tramwajem, bo znów nie wiem, bo znów mam wrażenie, że powinnam jednak zostać. Obok na ławce Rózia cierpliwie siedzi, nogami majta. „Dziecko wie – gdy wali się świat, trzeba czekać” – napisałam potem w powieści, w której umieściłam tę scenę. A wtedy wydawało mi się, że tkwię pomiędzy dwiema katastrofami! – Co robić, powiedz, co ja mam robić? – pytam nagle tę dziewczynkę, która jest moją małą córką. A ona odpowiada jak doświadczona kobieta, jak mądra matka: – Zostań z tym, kogo kochasz. Odpowiada spokojnym głosem jak dziecko prorok? Duch świata? Oprzytomniałam w tamtej chwili.

Relacja matka – córka

W naszym przypadku nigdy nie była jednoznaczna. Nieraz dopadała mnie myśl, że nie jestem dobra w swojej roli, że może w poprzednim życiu to ona była moją matką. Albo byłyśmy siostrami… Czasami wyobrażałam sobie siebie na jej miejscu i… nie umiałam być „dla siebie” taka surowa! Pamiętam na przykład, jak kiedyś po powrocie ze szkoły czymś zniecierpliwiona Rózia pyta: „Kiedy ty mnie wreszcie zaczniesz wychowywać?”. To był dla mnie jakiś komunikat. Że ma za małe poczucie bezpieczeństwa? Że wolność jest za trudna? Albo że chciałaby dla urozmaicenia posmakować choćby małej opresyjki…

Pamiętam jeszcze inną sytuację, która coś mi uświadomiła: Jedziemy razem tramwajem, Rózia, wtedy 17-latka, przed chwilą wróciła z podróży, zmęczona, głodna, ledwie żywa, ale mówi: – Jadę do koleżanki na wieś, teraz. Próbuję ją przekonywać: – Całą noc nie spałaś, przyjedziemy do domu, zjesz obiad, wyśpisz się i rano pojedziesz. Ona: – Nie, chcę od razu. Na co ja stanowczo: – Wysiadamy i idziemy do domu.

I wtedy ona wstaje i grzecznie idzie razem ze mną. Oczom nie wierzyłam. Ta wojowniczka! Zrozumiałam, że mogłam inaczej, że jeśli tylko bym pokonała to coś miękkiego, defensywnego w sobie, to byłoby normalne wychowywanie jak u ludzi… Tylko czy naprawdę można coś robić latami wbrew własnej naturze?

Gdy Rózia miała 14 lat, wyjechałam na sześciomiesięczne pisarskie stypendium do Niemiec. Zostawiłam z tatą dziewczynkę z warkoczami, w sukienusi, a po powrocie zastałam zmienioną nie do poznania fighterkę. Ojca owinęła sobie wokół palca, zmieniła szkołę na taką o artystycznym profilu, wolnościową, ścięła włosy i pomalowała je na zielono. Koła w uszach, kolczyk w nosie, glany. Byłam w rozpaczy. A ona mnie pocieszała, jakbym to ja zrobiła sobie krzywdę: – Nie martw się, mamo – powtarzała – przejdzie mi, to taki bunt młodzieńczy, za dwa lata mi przejdzie. (Ona to mówiła mnie!). Nie przeszło.

Nauczyłam się lubić styl, jaki wybrała, nauczyłam się rozumieć także kulturę squatterską. Bo jakby tego było mało – na pięć miesięcy przed maturą zamieszkała na squacie. Zdezerterowałam jako matka? Absolutnie tak. Wiedziałam, że sobie nie radzę, że oddaję pole metr za metrem. Ale przynajmniej starałam się z nią rozmawiać o konsekwencjach kolejnych decyzji. I wkładałam do głowy, że skoro tak, to musi wziąć odpowiedzialność za siebie, że rozsądek ponad wszystko, bo inaczej będzie bolało. Nas obie. Najważniejsze było dla mnie to, żeby nie stracić kontaktu. Dlatego szukałam dobrych stron jej wyborów. No i nic złego się nie stało, choć, wiadomo, obawiałam się narkotyków, alkoholu i wszelkich niebezpieczeństw czyhających na młode dusze. A ona właśnie wtedy prowadziła warsztaty, urządzała koncerty, gotowała dla bezdomnych. Maturę zdała, studia skończyła. Poznałam paru z jej squatterskich przyjaciół. Świetni, twórczy ludzie.

Teraz Rózia jest dojrzałą kobietą (zawsze była?), potrafi spawać, kłaść papę, oprawiać futryny, rąbać drewno. Podróżuje po świecie albo mieszka na wsi. Mamy wspólne zainteresowania: literaturę, kulturę. Piszemy mejle. Gdy przyjeżdża, dużo rozmawiamy. Widać, że czuję dumę, prawda? Że jest właś­nie taka: dzielna, odważna, realizuje swoje pasje, nawet te odlotowe, i zawsze jest sobą. O wiele bardziej niż ja. Zazdroszczę jej charakteru? Właśnie. Z siebie jako matki dumna nie jestem, rzecz jasna. Nie wypełniałam swojej roli wzorcowo… Jednak klęski jakimś cudem nie poniosłam. Z inną córką to by się mogło nie udać…

Gdybym mogła wrócić do początków, postępowałabym chyba tak samo. Bo czy można udawać w relacji z drugim człowiekiem kogoś, kim się nie jest? Nie można. Zresztą akurat dziecko zwykle wyczuwa fałsz szóstym zmysłem. A już życie w fałszu uważam za najbardziej destrukcyjne dla psychiki. Natomiast zrobiłabym wszystko, żeby spędzać z dziećmi więcej czasu. Bo one były puszczone trochę samopas. Teraz na pewno byłabym bardziej skupiona na nich, z większą uważnością współ­byłabym z nimi. Tego mi żal – wspólnego czasu, którego było za mało. Tak, uważność to jest ten klucz, którego nie znałam. Bez niepokoju nie ma rozwoju

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one? A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne. Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba? Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas. Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”. Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych? Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim? Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska? Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka? Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”. To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…? Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców? Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”. Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą? Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”. Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci... A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Kultura

Kultura od kołyski

Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wiadomo, że czym skorupka za młodu… Że im wcześniej zaszczepimy  w dzieciach potrzeby obcowania z kulturą, tym lepiej dla dzieci i kultury. Ale to nie takie proste. Same chęci rodziców nie wystarczą. Potrzebne jest także dostosowanie się instytucji kultury do potrzeb tej grupy odbiorców.

Wiadomo, że czym skorupka za młodu… Że im wcześniej zaszczepimy  w dzieciach potrzeby obcowania z kulturą, tym lepiej dla dzieci i kultury. Ale to nie takie proste. Same chęci rodziców nie wystarczą. Potrzebne jest także dostosowanie się instytucji kultury do potrzeb tej grupy odbiorców.

Takie wnioski wynikają z badań Fundacji Rodzic w mieście, która przebadała  1000 rodziców dzieci w wieku 0-6 lat ze wszystkich województw, o różnej sytuacji materialnej, płci, wykształceniu. Okazało się, że bez względu na dzielące rodziców różnice, wszyscy chcą korzystać z instytucji kultury, bo uznają, że takie placówki, jak muzea, galerie sztuki, teatry, kina, mają wartość edukacyjną i pomagają ich dzieciom się rozwijać. Jednak aż 64 proc. ankietowanych deklaruje, że od kiedy mają dziecko, rzadziej odwiedzają instytucje kultury. Co im to utrudnia?

Najczęściej wymienianą przeszkodą jest strach. 75 proc. badanych uważa, że wizyta w instytucji kultury z małych dzieckiem to źródło stresu. Rodzice boją się, że nie będą mieli gdzie przewinąć dziecka, nakarmić, a nawet usiąść. Aż 61 proc. z nich wyznało, że byli zmuszeni  opuścić wydarzenie bądź wyjść z instytucji kultury, ponieważ potrzeb dzieci nie dało się zaspokoić na miejscu. Obawiając się, że sytuacja się powtórzy, rezygnują z wizyt ze swoimi małymi dziećmi w muzeach, czy galeriach i wybierają inne aktywności.

Do tego dochodzi strach przed reakcją personelu. Rodzice mają obawy, że pracownicy nie rozumieją potrzeb i możliwości dzieci, będą zwracać im uwagę na „niewłaściwe zachowanie”, jak choćby hałas. Miejsca też nie zawsze są zorganizowane zgodnie z potrzebami dzieci i rodziców.

Z badania wynika, że współcześnie aż 3/4 rodziców liczy się ze zdaniem dziecka co do wyboru instytucji kultury, którą odwiedzą. Dla części z nich zdanie dzieci jest decydujące. To powinna być ważna wskazówka dla placówek.  Powinny one tak organizować swoje przedsięwzięcia, żeby były dla dzieci przeżyciem, niosły niepowtarzalne wrażenia. Schematyczne formy i powtarzalne treści na pewno skutecznie zniechęcą dzieci do powrotu. Dlatego Fundacja podkreśla, że projektowanie wydarzeń w instytucjach kultur jako przeżyć ma ogromne znaczenie.

Ważna jest też łatwość korzystania przez dziecko z zasobów danego miejsca, dostosowanie go do możliwości małego odbiorcy. Dobrym pomysłem są podwyższenia, usytuowanie eksponatów na odpowiedniej wysokości, czytelne i łatwe do zrozumienia opisy czy interaktywne ekrany ułatwiają dzieciom korzystanie z zasobów kultury.

Dobra wiadomość jest taka, że instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb, jednak nie wiedzą jak to zrobić lub obawiają się wysokich kosztów. Okazuje się jednak, że w bardzo prosty sposób można rodzicom ułatwić wizytę w muzeum czy galerii. Co postulują rodzice? Najważniejsza jest profesjonalna i pomocna kadra, wyrozumiali i przyjaźni pracownicy – przewodnicy. Ogromnie ważną i w sumie prostą do zorganizowania sprawą, są miejsca do siedzenia: sofy, zwykłe ławki, które wpływają na komfort wizyty w placówce - na takie ułatwienie wskazało aż 51 proc. ankietowanych. Kolejny ważny postulat - możliwość dotykania przedmiotów, bo to wpływa na komfort rodzica, ale też trafia w potrzeby poznawcze najmłodszych gości.

Nowoczesność i uwzględnianie potrzeb dzieci – to jest ten pożądany kierunek, wynikający z badań. Warto nim podążać. Wyjdzie to na dobre i dzieciom i instytucjom kultury.

Rodzic w mieście to fundacja, która powstała z potrzeby reprezentacji w debacie publicznej rodziców żyjących w miastach. Głośno mówi o potrzebach rodziców, pełnym prawie do korzystania z miasta, swobodnego i bezpiecznego poruszania się po nim, godnej pracy, czyli takiej, która pozwala na rozwijanie ambicji zawodowych i jednoczesne życie w rodzinach. Więcej informacji o działaniach Fundacji można znaleźć na stronie: rodzicwmiescie.pl

  1. Styl Życia

Rodzina amiszów w Polsce - jak żyją polscy amisze?

 Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Bogactwo nie ma wielkiego sensu – mówi Jakub. – Przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. Bo w życiu, uważają, są potrzebne tylko trzy rzeczy: jedzenie, ubranie i dach nad głową. Przyjechali tu ze Stanów Zjednoczonych ponad ćwierć wieku temu. Mieli założyć wspólnotę. Nie udało się, ale oni zostali. Martinowie, jedyna rodzina amiszów w Polsce.

Krętą wąską drogą wijącą się przez pagórkowate tereny Roztocza docieram do podlubelskiej gminy Modliborzyce. Na progu domu stoi szczupła kobieta w długim, mocno przymarszczonym w talii fartuchu w kolorze chabrów. Wystają spod niego szarobura spódnica do ziemi i długie rękawy bluzki w zgaszonym kolorze. Ubranie określa tożsamość. Anita macha do mnie energicznie ręką na powitanie, uśmiecha się. Rozglądam się po surowych, skromnych zabudowaniach. Czuję się, jakbym przeniosła się do innej epoki.

Czy to żyd, czy nie żyd?

Niby zwykłe wiejskie gospodarstwo – piętrowy dom, zabudowania gospodarcze, stodoła, obora, na środku podwórka blaszana buda, przy której szczeka uwiązany na łańcuchu pies. W wielkim salonie stoją duży stół i krzesła, pod oknem – kanapy i fotel. Przy ścianie metalowy piec – Jakub dokłada do niego drzewo z lasu. – Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny – mówi. W salonie wita mnie rodzina Martinów. Dwie dorosłe córki – Zosia i Ilona – w długich spódnicach i białych chustkach na głowie. Chłopaki – Ruben, Joshua, Waldemar, Krzysztof i Stefan – w spodniach na szelkach, jak ojciec, Jakub. – Ubieramy się zgodnie z przekazem biblijnym – mówi Anita. – Gdy przed 27 laty przyjechaliśmy do Polski, nosiłam tradycyjny amiszowski biały czepek na głowie i długą suknię jak habit. Wszyscy myśleli, że jestem zakonnicą. – A mnie brali za Żyda – śmieje się Jakub. – Miałem brodę w szpic i nosiłem czarny kapelusz.

– Ubranie służy do zakrywania ciała – tłumaczy Anita. – Dziś kobiety zakładają krótkie sukienki z dekoltem i idą do biura, a po powrocie do domu zmieniają na dresy. Komu chcą się podobać? Bo przecież nie mężowi, myślę. U nas odwrotnie. Rozbieram się dopiero w sypialni, tam mogę być piękna dla męża. Perfum używam w niedzielę, nie farbuję włosów, zresztą amiszki i tak muszą przykryć włosy. Czepek lub chustkę nosimy całe życie, ma podkreślać skromność i czystość kobiety. Anita nie kupuje ubrań. – Szyjemy to, czego potrzebujemy – mówi. Spódnicę, bluzkę czy chabrowy fartuch, który ma na sobie. – W takim chodziliśmy w domu – wyjaśnia. – To tradycja. Podobnie jak to, że amiszki potrafią szyć, haftować, cerować. Anita nauczyła wszystkiego córki.

Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Miłość aż po grób

Martinowie pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach. Anita miała 26 lat, Jakub – 24. Spotykali się pięć miesięcy, zanim uznali, że do siebie pasują. – Trzeba wybierać rozumem, nie tylko sercem – tłumaczy Jakub. – Przecież mąż ma obowiązek miłować żonę do końca życia, podobnie jak ona do końca ma być mu uległa. Małżeństwo to decyzja na zawsze. Między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. – Nigdzie nie jest napisane, że nie mogę się ożenić z nieamiszką, ale po co? – pyta Jakub. – Z tego same problemy – dodaje Anita i wyjaśnia: – Jedno chodzi do kościoła, drugie do zboru, nie wiadomo, co robić z dziećmi, czego ich uczyć. Ludzi łączą podobieństwa, a nie różnice, szczególnie tak fundamentalne jak wiara, obyczajowość, zasady.

Anita i Jakub poznali się w zborze. – Pamiętam to spotkanie – wspomina Anita. – Miał chyba 15 czy 16 lat, nie myślałam, że będzie moim mężem. – Wiem, że w książkach i filmach miłość musi być romantyczna, ale ja uważam, że do małżeństwa potrzebna jest mądrość, a nie fajerwerki – mówi Jakub. Ślub też był bez blichtru. Anita miała długą kobaltową suknię, przypominającą habit, i biały czepek, a Jakub – kobaltową koszulę, spodnie i kamizelkę.

Gdybym umiał czynić cuda

Zaraz po ślubie, w 1993 roku, Martinowie przyjechali do Polski. Był ponury, zimny, dżdżysty listopad, kiedy wylądowali na warszawskim Okęciu. Wynajęli dom pod Mińskiem Mazowieckim. Nie znali języka, miasta, mieli tylko garść dolarów, które dostali od zboru. Dziś Jakub mówi czystą polszczyzną. – No, ale w Polsce jestem dłużej niż w Ameryce – wyjaśnia. Anita mówi z amerykańską melodią, ale swobodnie. Nauczyli się sami. Jakub uczył się z polskich książek – czytał Prusa, Sienkiewicza. Jest zafascynowany Trylogią. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Po co przyjechali do Polski?

– Byliśmy młodzi, mieliśmy ogromną wiarę w to, że założymy tu zbór amiszowski – mówi Jakub. – Były już dwie rodziny, którym mieliśmy pomóc krzewić naszą wiarę. Myślałem, że będę jak Chrystus chodził po kraju i opowiadał o Bogu. Ale Chrystus miał moc uzdrawiania i czynienia cudów. Ja takiej mocy nie mam. Co mogliśmy powiedzieć Polakom? Że nasza religia ma 400 lat tradycji? Przecież odpowiedzą: a nasza 2 tysiące! – tłumaczy Jakub.

Dwie rodziny amiszów poddały się i wyjechały z Polski. Martinowie zostali. Mieli już syna, bo Ruben urodził się dwa lata po ślubie. Potem kilka razy zbierali się do odlotu, ale zawsze coś krzyżowało plany. W końcu pomyśleli, że widocznie Bóg chce, żeby zostali. Przeprowadzili się na Roztocze, do Modliborzyc nieopodal Janowa Lubelskiego. – Ziemia tu tania – mówi Jakub. – Kupiliśmy 13 hektarów. Zbudowałem dom. Amisze są samowystarczalni. Jak rodzina potrzebuje domu, zbierają się wszyscy mężczyźni i wspólnie pracują. Jakubowi pomagają synowie, których wszystkiego nauczył. Bo amisze to nie tylko wiara, to tradycja. – Wiele rzeczy robię tak jak mój ojciec i nie zadaję pytań dlaczego – wyjaśnia Jakub.

W pogoni za luksusem

Życie wypełnia im praca na gospodarstwie. Od wiosny robota w polu jest nie do przerobienia – sianie, sadzenie, zbieranie, żniwa, wykopki. Do tego Martinowie mają bydło, trzeba nakarmić, oporządzić. Potem część sprzedają. Od grudnia jest lżej – można odpocząć. Wieczorami łuskają fasolę albo łupią orzechy, ale w tym roku orzech nie obrodził. Dzieci grają więc w planszówki. Starsi chłopcy remontują pokój na górze, cyklinują podłogi. Schody na górę robił Jakub – solidne, bukowe, pociągnięte dwiema warstwami lakieru. Wszystko w tym domu zrobił sam. Również podłogę, która wygląda na starą, dębową. – Pociągnęliśmy olejem słonecznikowym sosnowe deski, kurz zrobił resztę – śmieje się Anita. – Nie da się wyszorować. Ale kto przychodzi, pyta, skąd mamy taką ładną podłogę. Bo wygląda na rustykalną.
„Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny” – mówi głowa rodziny Martinów, czyli Jakub. W domu w Modliborzycach pod Janowem Lubelskim wszystko robili sami, amisze są samowystarczalni.
Nie mamy tu luksusów, ale nie są nam potrzebne. – Bogactwo nie ma wielkiego sensu – dodaje Jakub. – W tamtym roku kupiliśmy samochód, kosztował 3 tysiące, a jeździ tak samo jak ten za 300 tysięcy. – I nie muszę się bać, że ktoś mi zarysuje lakier. Tego nawet nikt ukraść nie chce – żartuje Anita. Martinowie nie rozumieją pogoni za bogactwem. – Ludzie gonią za luksusem, mylnie utożsamiają go ze szczęściem, a on daje szczęście na chwilę – mówi Martin. – Bogactwo przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. – Są trzy rzeczy potrzebne w życiu: jedzenie, ubranie i dach nad głową – mówi Jakub. – Święty Paweł pisał, że trzeba być zadowolonym, gdy ma się jedzenie i ubranie. Ale on żył w Grecji, tam jest ciepło. Gdyby żył tutaj, musiałby dodać jeszcze dom, który jest schronieniem przed wiatrem, deszczem, mrozem i śniegiem. – Jestem pewna, że Bóg nie ma nic przeciwko temu, że mamy ciepło – mówi Anita.

Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Bez prądu i telefonu

Opowiadam im zabawną historię: – A jak się z nimi skontaktowałaś? – zapytała mnie moja siostra Ewa, która mieszka w Stanach i często kupuje u amiszów organiczne jajka, warzywa czy kaszę. – Jak to jak? Zadzwoniłam na komórkę! – odpowiedziałam. – To co to za amisze, skoro mają komórkę i może jeszcze prąd. Anita i Jakub śmieją się. – I miała rację, bo większość amiszów w Stanach jest ortodoksyjna. Nie mają telefonu, prądu, samochodu – wyjaśnia Jakub. – Jeszcze mój dziadek jeździł bryczką konną, ale już ojciec kupił auto – mówi Anita. Ortodoksyjni amisze do dziś jeżdżą konnymi powozami. – Są różne zbory i niektóre mają bardziej liberalne zasady – wyjaśnia Jakub. – My należymy do tego postępowego nurtu. Jakub podchodzi do własnoręcznie robionej drewnianej etażerki, otwiera drzwiczki i pokazuje komputer. – Nie mamy telewizora i radia, bo to zło – mówi Anita. – A z komputera i telefonu korzystamy tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. – A po co nam smartfon? Jest drogi, będzie żal, gdy się zniszczy w pracy – powiedzieli. Mają laptop, kiedy chcą połączyć się z Internetem, przychodzą do salonu i podłączają kabel. Dzieci nie ciągnie do mediów społecznościowych. Nie grają też w gry komputerowe, jak rówieśnicy. – Mają przyjaciół? – pytam. – Niewielu. Bo i wspólnych tematów mało – odpowiada Anita. – Nie dogadują się, bo mają inny sposób myślenia – dodaje Jakub. Zresztą nie chodzą do szkoły. Amisze uczą się w domu. – Sama nauczyłam ich wszystkiego, co potrzebne do życia – mówi Anita. – Matematyka, historia, przyroda… Anita uważa, że większość rzeczy, których dzieci uczą się w szkole, i tak im potem do niczego się nie przyda. – Ile wykształcenia potrzeba, aby być matką i żoną? Albo ojcem i mężem? Większość zawodów nie przynosi pożytku człowiekowi – uważa Jakub. Jako Amerykanie nie podlegają obowiązkowi szkolnemu, więc edukację skończyli na podstawówce.

Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Najstarszy Ruben dziś ma 25 lat, pracuje na budowie. 23-letni Joshua najpierw pracował u stolarza, a teraz przy produkcji kaszy. Pozostałe dzieci pracują w domu. Żyją z rolnictwa i ogrodnictwa. – I to wam wystarczy? – pytam. – A ile potrzeba? – pyta Anita. – Wszystko mamy swoje: jaja, mięso, warzywa, ser, mleko, mąkę, kaszę, fasolę. W sklepie kupuję tylko cukier, sól, ocet spirytusowy, bo jabłkowy mam własny, olej i drożdże. Chleb wprawdzie piekę na zakwasie, ale drożdże mam na wszelki wypadek. Staramy się używać to, co mamy. Nawet opał mają swój, z lasu. – Za prąd muszę tylko zapłacić – dodaje Jakub. – Ale to 100 zł miesięcznie. Niedawno Martinowie zaczęli płacić składki na KRUS, wcześniej nie mieli ubezpieczenia. – Najlepszym ubezpieczeniem i naszą emeryturą są dzieci – śmieje się Jakub, pokazując palcem na kuchnię, w której dzieci przygotowują obiad. – A nie wyrwą się wam kiedyś w świat? – pytam. – W gruncie rzeczy to jest ich decyzja – mówi Jakub. – Sama musisz zapytać – śmieje się Anita. – Zaraz siadamy do obiadu, to porozmawiasz.

Czym chata bogata

Dzieci ustawiają talerze, układają sztućce. Po chwili na stole stoi parująca miska z kaszą gryczaną, obok druga, z fasolą w sosie, i wielka micha tarkowanej marchwi z brukwią. I dzban wody. Siadamy. Słychać głos Jakuba: – Ojcze Niebieski, dziękujemy ci za ten dzień, dziękujemy ci za wszystko, co nam dajesz, dziękujemy ci za to jedzenie, które jest przed nami… Słychać rytmiczne uderzanie widelców o talerze. Jedzenie szybko znika. – Nie kusi was, żeby wyrwać się w świat? – pytam. – Byliśmy w Ameryce – mówi Joshua. – Ale nie podobało się nam. Zosia i Ilona też wróciły, mówią, że ich dom jest w Polsce. – Ja przez trzy lata tam pracowałem – opowiada najstarszy, Ruben. – Zarobiłem trochę pieniędzy, chcę kupić ziemię i założyć gospodarstwo, jak rodzice. Najlepiej blisko nich. – Anita, a nie chciałabyś, żeby któreś dziecko zostało lekarzem albo adwokatem? – pytam. Amisze są przeciwnikami studiowania, ale nie oni. – To ich decyzja – śmieje się. – Jakby chcieli iść na studia, to pomogę. Dobrze byłoby mieć lekarza w domu. – Ale adwokata nie – dodaje stanowczo. – Jak nie jesteś oszustem, nie jesteś dobrym adwokatem. Dzieci jednak chcą zostać na gospodarce. Dziewczyny, zanim wyjdą za mąż, może pójdą sprzątać albo opiekować się dziećmi. – A nie marzyłyście nigdy o tym, żeby zostać nauczycielką albo… baletnicą? – pytam Zosię i Ilonę. – My chcemy zostać matkami – wyjaśnia Zosia. To największe marzenie amiszek.

(Fot. Radosłąw Kaźmierczak) (Fot. Radosłąw Kaźmierczak)

Amiszowskie dzieci są wychowywane przede wszystkim na żonę, męża i rodzica. – Tak chciał Bóg, to jest napisane w Piśmie Świętym – mówi Jakub. – Ale skoro pobieracie się w gronie wspólnoty, jak wasze dzieci założą rodziny? Nie ma tu, oprócz was, amiszów – pytam. – Dla mnie nie musi być amisz – mówi Zosia. Nie wie, gdzie pozna tego na całe życie. – Może w zborze – mówi. – To jedyne miejsce, gdzie chodzimy. Kiedyś, po filmie o nich na YouTubie, przyjechał kandydat do ręki Zosi. Gotów był nawet zostać amiszem. Ale dziewczynie się nie spodobał.

Życie zapisane w Piśmie Świętym

Jakub wyjaśnia, że życie amisza opiera się na fundamencie wiary: zostałem stworzony przez Boga, żeby mu służyć. A służyć może pobożnym, uczciwym życiem, dobrymi uczynkami. – Ludziom się dziś wszystko pomieszało – dobro ze złem, grzech z cnotą, prawda z fałszem – wyjaśnia Jakub. – Nie mówię, że jesteśmy bez grzechu. Każdego dnia podejmujemy walkę z naszą grzeszną naturą. Codziennie po śniadaniu całą rodziną czytają Pismo Święte. – Nie interpretujemy, wszystko bierzemy dosłownie – tłumaczy. W Polsce nie mają kościoła, w którym mogliby uczestniczyć w nabożeństwie. – Jedziemy do Zboru Kościoła Ewangelicznych Chrześcijan w Lublinie – mówi Jakub. – Kierują się podobnymi zasadami. To otwarty zbór, każdy może przyjść. – Każdy, kto jest ochrzczony – dodaje Anita. – U nas trójka jeszcze nie ma chrztu, bo amisze przyjmują chrzest, gdy są dorośli i świadomie podejmują decyzje. – Do zboru chodzę, żeby nauczyć się więcej o Bogu. Bo im go bardziej znam, tym lepiej wiem, czego ode mnie oczekuje – mówi Martin. Dopytuję: Wiecie, czego chce od was Bóg? – Mamy być jak Chrystus, naśladować go – mówi Anita. – Na przykład trzeba być miłym. Nie tylko dla tych, których lubimy – to akurat proste, ale również dla tych, których nie lubimy. – Bóg nie wymaga od nas wielkich rzeczy – dodaje Jakub.

Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

– Jesteście szczęśliwi? – pytam. – A co to jest szczęście? – odpowiada pytaniem Jakub. – Dla mnie szczęście to bycie zadowolonym z tego, co masz – podaje swoją definicję Anita. – Jak to osiągnąć? – dopytuję. Jakub ma niezawodny sposób – słuchać Boga, bo jest najlepszym drogowskazem. Wszystko opisane jest w Księdze Kaznodziei Salomona [zwanej również Księgą Koheleta – przyp. red.]. – Ten mądry i bogaty człowiek napisał o przemijaniu i względnej wartości dóbr ziemskich – wyjaśnia Jakub. – Salomon miał w życiu wszystko, wciąż próbował nowych rzeczy i wciąż nie był szczęśliwy. W końcu powiedział, że to wszystko, co zdobył, to „marność nad marnościami, wszystko marność”. Słowo „marność” odnosi się do rzeczy tymczasowych, pochodzących z „tego świata”. Na koniec nawet nasze największe sukcesy życiowe przeminą. – Wielkich marzeń nie mam – wtóruje Anita. – Są rzeczy ważniejsze niż życie. Życie to przygotowanie do wieczności. 

Kim są Amisze? Amisze są odłamem anabaptystów, czyli protestanckiej wspólnoty chrześcijańskiej. Szwajcarski biskup menonicki Jacob Amman w 1963 roku uznał, że wyznawcy religii za daleko odeszli od swojej wiary i obyczajowości, i trzeba wrócić do korzeni. Stworzył nową wspólnotę, która od jego nazwiska została nazwami amiszami. Zapisane przez niego przepisy religijne regulowały wszelkie sfery życia społecznego – począwszy od życia rodzinnego, a skończywszy na: sposobie ubierania się, strzyżenia brody, rodzaju kapelusza czy guzików przy kapocie. Większość wyznawców żyje w Stanach Zjednoczonych, największe zwarte ich skupisko znajduje się w hrabstwie Lancaster w stanie Pensylwania.

  1. Psychologia

Zdrowy egoizm w związku - dbamy o siebie i o siebie nawzajem

Aż 90 procent satysfakcji w związku każdy musi dostarczyć sobie sam. Tylko 10 procent zapewnia nam partner. (Fot. iStock)
Aż 90 procent satysfakcji w związku każdy musi dostarczyć sobie sam. Tylko 10 procent zapewnia nam partner. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Z pustego i Salomon nie naleje. Jeżeli nie dbam o siebie, nie sprawiam sobie przyjemności, nie mam dobrego mniemania o sobie, to strasznie trudno będzie mi coś dać partnerowi – mówi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski.

Artykuł archiwalny 

Małe przyjemności przegrywają w małżeństwie z obowiązkiem. Może rzeczywiście nie są tak istotne? Moja żona nauczyła mnie, że małe wzajemne podarunki budują przyjaźń. I ja głęboko wierzę, że tak jest: gdy ludzie o siebie dbają i sobie sprawiają drobne prezenty, to lepiej im się żyje. A te drobne prezenty to niekoniecznie muszą być rzeczy. Mogą to być różnego rodzaju gesty i komunikaty. Mam wrażenie, że to, czego ludziom przychodzącym do mnie na terapię brakuje, to pozytywne informacje zwrotne. Przestają mówić na przykład: „Cieszę się, że coś zrobiłeś, kupiłeś, że o czymś pamiętałeś”.

Mówimy to na początku, potem raczej wytykamy błędy. Gdy rośnie poziom naszej frustracji, zamykamy się we własnej krzywdzie, w tym, że partner nas nie lubi, nie ceni, nie kocha. A im bardziej się zamykamy, tym bardziej zapominamy o takich niby-drobiazgach, jak mówienie i robienie czegoś miłego. A według mnie to strasznie ważne. Dla osób, które przychodzą do mnie, dużym odkryciem jest to, że można do siebie ciepło się odnosić. Na początku wydaje im się to dziwnie nienaturalne, dopiero po jakimś czasie zaczynają dostrzegać, że fajnie jest zaprosić gdzieś partnera, pamiętać o jego urodzinach, powiedzieć mu coś miłego. To niezwykle ważne komunikaty, które sygnalizują, że ta druga osoba jest w kręgu naszej uwagi, że jest dla nas ważna.

John Gray, specjalista od związków, autor książek o Marsjanach i Wenusjankach, twierdzi, że 90 procent satysfakcji w związku każdy musi dostarczyć sobie sam. Tylko 10 procent zapewnia nam partner. W tym twierdzeniu jest dużo prawdy. Podobnie jak prawdziwe jest powiedzenie Seneki: Ludzie są nieszczęśliwi na tyle, na ile się za nieszczęśliwych uważają. W wielu przypadkach my tę nieszczęśliwość tworzymy sami. Myślimy poza tym, że jak on mnie kocha, to odgadnie, co mi potrzebne. Oczywiście, zdarza się, że kochający, atrakcyjni dla siebie ludzie podejmują dużo takich aktywności, które polegają na zgadywaniu, uprzedzaniu życzeń partnera, ale potem takie zachowania zanikają. Myślę, że dużą umiejętnością jest otwarte mówienie partnerowi: „Posiedź ze mną, przytul mnie, porozmawiaj”.

Kobiety mają problem z tym, żeby zadbać o swoje potrzeby. Nie wdając się w szczegóły, kobiety przez całe wieki wychowywane były na masochistycznym wzorcu poświęcania się. Wartością było robienie przyjemności innym, nie sobie. Ale to bardzo się dzisiaj zmienia. Kobiety są dyrektorkami banków, pełnią ważne funkcje w życiu społecznym i coraz częściej uważają, że im się należy coś od swoich partnerów i od siebie. I słusznie, że potrafią o siebie dbać, że przedkładają swój dobrostan nad dobrostan dzieci czy partnera. To duża umiejętność, ja ją nazywam zdrowym egoizmem. Bo – jak w tym powiedzeniu, że z pustego i Salomon nie naleje – jeżeli nie dbam o siebie, nie sprawiam sobie samej przyjemności, nie mam dobrego mniemania o sobie, to strasznie trudno będzie mi coś dać komuś innemu.

Ten egoizm działa i w drugą stronę: skoro ja dbam o siebie, daję też takie samo prawo drugiej osobie. Oczywiście. Bardzo często w trakcie terapii małżeńskiej takim niezwykle leczącym czynnikiem jest doświadczenie przyjemności z tego, że partner przeżywa jakąś radość. Bo przeważnie w skonfliktowanych parach istnieje rodzaj zawiści: jemu dobrze, a ja cierpię. Jeśli ludzie potrafią to pokonać i cieszą się, że ich partner jest zadowolony, to duże osiągniecie.

Przyjemnie jest coś robić razem, a my nie mamy na to czasu. To nie jest prawda. Bo nie trzeba robić jakichś strasznie wielkich rzeczy. Czasami wystarczy sobie posiedzieć razem, poczytać gazetę albo porozmawiać o czymś ciekawym. Uważam, że to taka wymówka, że nie mamy czasu na kontakty z dziećmi, z partnerem. Oczywiście, dużo pracujemy, czas jest ograniczony, ale tak naprawdę nie liczy się ilość, tylko jakość. Można siedzieć godzinami w jednym pomieszczeniu, nudzić się śmiertelnie i marzyć tylko o tym, żeby się rozstać. A można chwilkę, blisko siebie, pomilczeć.

Co robić, żeby to bycie razem było przyjemne? Wystarczy otworzyć pierwszą z brzegu gazetę, gdzie kawa na ławę wyłożone jest, co może być przyjemnością, począwszy od jedzenia, poprzez kino, teatr. Są adresy, telefony. Problem polega na tym, czy ta przyjemność, którą nam oferują, płynie też z naszego wewnętrznego zapotrzebowania. Bo może jest kwestią mody: wszyscy jeżdżą do spa, to ja też. Chodzi o zajrzenie w głąb siebie – czego chcę, potrzebuję, co sprawia mi radość. Czasami przyjemnością może być spacer po lesie, pobieganie, poczytanie, mała rzecz.

Sprawiać przyjemność partnerowi, nawet gdy nam to nie pasuje? Gdy ludzie są zakochani, to sprawianie radości ukochanej osobie jest bardzo przyjemne. Nawet gdy nie mamy na coś ochoty, to robimy coś dla niej i to jest bardzo miłe. Przyjemność niekoniecznie musi polegać na tym, że się coś dostaje, tylko że się daje. Wielu mądrych ludzi uważa, że dawanie jest przyjemniejsze od brania. Przyjemnością może być także konfrontowanie się ze swoim partnerem, obrona własnego, innego zdania, jeśli oczywiście nie zaburza to mojego poczucia wartości. Bo przyjemne jest wszystko to, co w parze emocjonalnie żywe, co wynika z zaangażowania, z chęci budowania bliskości. Uważam, że w ogóle życie jest przyjemne, zwłaszcza w swojej zmienności i trudach.

Andrzej Wiśniewski, psychoterapeuta z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, kierownik Studium Terapii Rodzin, superwizor treningu psychologicznego i psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Doktor filozofii.

  1. Psychologia

Poskromienie teściowej - jak przestać ulegać?

Jeżeli matka stwierdzi urażona: „skrzywdziłaś mnie, córciu” – trzeba dostrzec sprzeczność między tym, co mówi, a tym, co naprawdę się zdarzyło. Dziecko nie skrzywdziło matki, ma prawo żyć po swojemu. (Fot. iStock)
Jeżeli matka stwierdzi urażona: „skrzywdziłaś mnie, córciu” – trzeba dostrzec sprzeczność między tym, co mówi, a tym, co naprawdę się zdarzyło. Dziecko nie skrzywdziło matki, ma prawo żyć po swojemu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Ustala szczegóły ślubu. Potem traktuje dom młodych jak własny – poucza, rządzi, krytykuje... Co robić?! Zrozumieć, czemu tak postępuje. I nie ulegać. Jak? – podpowiada Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta. 

Wesele będzie, hejże, hej! – według ustaleń mam. Matka pana młodego chce tradycyjnego, rodzinnego ślubu w „jej” Gdańsku. Chciała też, by młodzi przeprowadzili się z Krakowa na Wybrzeże, ale ustąpiła, więc młodzi zgadzają się na jej koncepcję wesela, choć dziewczyna płacze, bo marzyła o ślubie tam, gdzie się wychowała, wśród dawnych przyjaciół... Ale mieszkać chcą w Krakowie. Nade wszystko. Jeśli ważny jest dla niej ślub w rodzinnych stronach i zamieszkanie w Krakowie, to tak właśnie powinno być. Zadaniem pary w fazie przedmałżeńskiej jest zasygnalizowanie rodzicom i przyszłym teściom swojej odrębności – właśnie teraz, a nie później, bo spraw wywołujących konflikt interesów wciąż będzie przybywać. Dobrze więc potraktować sytuację sporu o ślub jako okazję, by tę odrębność zademonstrować. Jak? Działając w myśl zasady: „rób to, na co jesteś się w stanie zgodzić, i nie ustępuj ani o krok w sprawach, na które zgodzić się nie chcesz”.

Młodzi mówią: „zgodzimy się na »twój« ślub, ale będziemy żyć po swojemu”. Tak myślą ci, którzy zostali wychowani na osoby uległe, mające poczucie niskiej wartości, braku wpływu na swoje życie. Przejawia się to zwłaszcza w sytuacjach konfliktowych. Wówczas wybierają strategie uległości, bo myślą, że uda się uniknąć negatywnych emocji i trudnych sytuacji. Ale nie uda się, bo strategia uległości...

...to nie jest strategia uległości, tylko wyraz szacunku dla rodziców! Jeśli mylimy uległość z szacunkiem, to prawdopodobnie rodzice wychowali nas w przekonaniu, że powinniśmy być im wdzięczni. Sądzą, że dzieci ma się „po coś”, a głównie po to, by odpłaciły za wychowanie i opiekę. Jako psychoterapeuta powiem: jeśli ktoś tak myśli o dzieciach, to lepiej, by kupił sobie psa, niż starał o dziecko. To ważne, by tę sytuację ujrzeć we właściwym świetle, bo wtedy jasne stanie się, dlaczego wszelkie przejawy odrębności ze strony młodych – rodzice traktują jako zagrożenie. Zagrożenie dla ich nadrzędnego celu – utrzymywania dominacji nad dziećmi, by te im nie uciekły, nie zaczęły żyć własnym życiem, nie zerwały się ze smyczy wdzięczności.

Skoro dzieci nie ma się po to, żeby były wdzięczne, to po co? Właściwa odpowiedź brzmi: „po nic!”. Dziecko się kocha i wychowuje tak, by mogło funkcjonować samodzielnie, a nie, by „osiągnęło to, czego ja nie osiągnąłem, by mnie kochało czy żebym mógł być z niego dumny”. Decydując się na założenie rodziny „po coś”, postępujemy egoistycznie. Tak wychowywane dzieci mają inne przekonania na temat szacunku i uległości niż te, które rodzice mieli, bo chcieli mieć. W rodzinach to „po coś” przenosi się jak infekcja także na kolejne pokolenia.

W sytuacji, o której mówisz, problemem jest nie tylko relacja między młodymi i teściami, ale również pomiędzy samymi młodymi. Ważne, czego oboje chcą. Kobieta, która marzy o ślubie w swoich stronach, a godzi się na inny dla „dobra” swojego narzeczonego – stosuje strategię uległości nie tylko wobec teściowej czy matki, ale i partnera.

Wobec partnera? Tak, jeśli unika wyrażania swojego zdania, czy godzi się na rzeczy tak sprzeczne z jej wizją własnego (!) ślubu. Dlaczego kobiety to robią? Najczęściej po to, żeby wybranek je cenił i kochał. Motywy, które sprawiają, że chcemy być postrzegani jako nadzwyczaj dobrzy, mogą być bardzo różne.
Jeśli na przykład kobieta była kochana w rodzinie za uległość, potem przyjmuje taką postawę wobec partnera, od którego oczekuje miłości. Jeżeli jemu uległość narzeczonej pasuje, to może dlatego, że sam jest uległy wobec matki. Gdyby było inaczej, nie akceptowałby takiego jej zachowania i nie ulegał cudzym pomysłom na własny ślub. A tak, ta patologiczna postawa przenosi się na ich związek.

Młodzi stają się ulegli wobec innych, zamiast ulegać własnym potrzebom i odważnie decydować się na to, czego chcieliby w życiu spróbować.

Znam pary, które są po ślubie już kilka lat, a nadal żyją pod dyktando teściów. Jak zacząć proces separacji? Zgoda na jedno żądanie pociąga kolejne. Sytuacja jest trudna, kiedy matki nie potrafią lub nie chcą zdać sobie sprawy z tego, że ich dzieci są już dorosłe, kiedy mają problem z odcięciem pępowiny. Nie są zdolne do refleksji nad swoim postępowaniem nie dlatego, że są stare i zatwardziałe w swych poglądach. To mit. Przyczyna jest inna: to dzieci nie zmieniły w stosunku do rodziców swojego zachowania. Działają według scenariusza dominacji i uległości, znanego z dzieciństwa. Motywuje je pewnie lęk, że sobie nie poradzą, kiedy matki zaczną wyrażać niezadowolenie. Ale to w ich rękach leży zmiana.

Co młodzi powinni zrobić? Po pierwsze usiąść gdzieś w spokoju i izolacji od mamusiek i pomyśleć, jakie mają cele, np.: jaki chcą mieć ślub, gdzie zamieszkać. Lub: jak wychowywać dzieci, czy żona powinna pracować, czy zajmować się domem... Kiedy już to ustalą, powinni przygotować sposoby obrony na wypadek ataku ze strony teściowych. Bo jeśli zaplanują coś wbrew nim, np. kupią mieszkanie w Jeleniej Górze, to rodzice użyją broni najcięższego kalibru, czyli poczucia winy: „zawiodłaś/zawiodłeś mnie, tego się po tobie nie spodziewałam”. Pojawią się łzy, rozpacz, groźby. Mamuśki będą wypróbowywać wszelkie strategie, jakie dotąd były skuteczne, by nadal pozostać osobami dominującymi. Młodzi powinni wiedzieć, jak sobie poradzić, nawet gdy usłyszą: „do grobu mnie wpędzisz”.

Jak sobie z  tym poradzić? Jeżeli matka stwierdzi urażona: „skrzywdziłaś mnie, córciu” – trzeba dostrzec sprzeczność między tym, co mówi, a tym, co naprawdę się zdarzyło. Dziecko nie skrzywdziło matki, ma prawo żyć po swojemu. Matka tylko poczuła się skrzywdzona. A to duża różnica. Żaden sąd by takiej winy nie uznał.

Gdy zdamy sobie sprawę z tego, że nie odpowiadamy za emocje innych, łatwiej się przed nimi obronić. Gdy matka mówi: „ja się nie zgadzam na taki ślub!” – warto się zastanowić, o co jej właściwie chodzi? I powiedzieć np.: „Mamo rozumiem, że możesz czuć się skrzywdzona, że ślub nie będzie taki, jak ty go sobie wymarzyłaś, ale to przecież mój ślub”. I dodać: „Zależy mi jednak, żebyś na nim była, bo jesteś moją matką”. Wtedy można usłyszeć: „Ale ja już nie mam córki/syna”. Oczywiście, nie jest to prawda, bo ma, a więc dlaczego to mówi? Ano dlatego, że boi się zostać sama. Jak na to zareagować? Najlepiej powiedzieć tak: „Mamo, zależy mi na tym, żebyś była na moim ślubie, a potem żebyśmy się często spotykali”. Rozumieć, o co chodzi, nie znaczy ulegać.

Ale to trudne, kiedy ona cierpi. Tak, ale nie ma innego wyjścia. Trzeba pokazać matkom, że są kochane, ale że nie mogą rządzić naszym życiem. Większość ludzi, niezależnie od tego, jak się zachowuje, chce uzyskać akceptację, bliskość, uwagę, ciepło. Kiedy o tym pamiętamy, łatwiej pozostać przy swoim zdaniu, powiedzieć np.: „Rozumiemy was, ale nie będziemy mieszkać ani w Gdańsku, ani w Krakowie. Możecie nas odwiedzać, my będzie was odwiedzać, ale mieszkać chcemy w Jeleniej Górze”.

Rezygnacja z prawa do własnego życia, godzenie się na to, czego chcą inni, to patologia. Trzeba się też przygotować na to, że przez jakiś czas będziemy odczuwać silne poczucie winy – to koszt przecięcia pępowiny, zdobycia niezależności. Jeśli ulegniemy temu uczuciu, to nic się nie zmieni. Zacznijmy zachowywać się asertywnie. Są piękne teorie, że wszyscy powinni być wygrani. Ale obawiam się, że to niemożliwe. Najważniejsze, by jak najmniej stracili młodzi. To ich test na porozumiewanie się. Jeśli nie odrobią tej lekcji, wzorzec komunikacji, w jakim zostali wychowani, dojdzie do głosu też w ich relacji. Gdy mężczyzna poczuje się silny, zacznie dominować, a kobieta manipulować nim, grając poczuciem winy.

Kobieta stoi, jak widzę, na dole łańcucha uległości. Jak ma się ratować? Stoi na dole do czasu pojawienia się dzieci – potem one ją na tym miejscu zastąpią. Dobrze, by zadała sobie pytanie, dlaczego zgadza się na coś, co jej nie odpowiada. Może myśli, że jej zdanie się nie liczy? Albo boi się, że jeśli czegoś zażąda, skrzywdzi innych? Bycie uległą też przynosi korzyści. Ale jeśli chce się żyć po swojemu, nie ma wyjścia – trzeba być konsekwentnym w swoich dążeniach. Bo to nie teściowie mają się zmienić, tylko młodzi zachowywać jak dorośli i niezależni, a wtedy rodzice będą ich tak traktować.