1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Taka, jaka jesteś - jesteś ok

Taka, jaka jesteś - jesteś ok

Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. (Fot. iStock)
Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. (Fot. iStock)
Przychodzimy na świat z ciałem, które zostało nam dane. Służy nam do odczuwania siebie i świata, ale też wyraża naszą osobowość i unikalność. Nikt drugi na świecie nie ma takich linii papilarnych jak ty, ale też takiego nosa i rąk, takiego błysku w oku. Dlaczego zamiast docenić ten dar, ciągle doszukujemy się w nim rys i pęknięć?

Z badań samooceny kobiet, których komentatorką była terapeutka Joanna Godecka, wynika, że tylko 20 proc. uważa się za ładne czy atrakcyjne. Oznacza to, że 80 proc. ma kompleksy. – Kompleks z psychicznego punktu widzenia jest brakiem samoakceptacji, samoodrzuceniem – mówi Joanna Godecka. – Odrzucamy jakąś część siebie, osądzając ją jako gorszą i ukrywając to, co uważamy za mankamenty.

My, kobiety, mamy w tym sporo praktyki. Nosimy spodnie odpowiednio maskujące krągłe łydki, wkładamy biustonosze typu push-up, by ukryć brak krągłości piersi. Zagęszczamy włosy, pudrujemy piegi, brak talii skrywamy pod luźnymi ubraniami, chociaż wcale nam się nie podobają. Skąd biorą się te kompleksy? – Często z dzieciństwa spędzonego wśród bliskich, którzy sami mieli kompleksy – odpowiada terapeutka. – Z badań wynika, że matki uważające się za niezbyt atrakcyjne indukują swój model myślenia córkom. Jeśli nie czują się dobrze w swoim ciele i komentują jego niedoskonałości, uczą dzieci postrzegania siebie przez pryzmat słabych stron.

Nawet jeśli w domu nie doświadczamy oceny swojego wyglądu, możemy ją usłyszeć od rówieśników, a ci bywają okrutni. Zaszczepione w dzieciństwie kompleksy zwykle ugruntowują się w okresie nastoletnim, kiedy zmienia się i kształtuje nasza sylwetka – dziewczynom rosną piersi, zaokrąglają się biodra, ale też pojawiają się wypryski czy nadmierne owłosienie. Chłopcy mają z kolei pierwszy zarost, przechodzą mutację. W efekcie później bardzo surowo się oceniamy i nie czujemy się ze swoim wyglądem komfortowo.

Jestem za gruba, więc nie wychodzę z domu

Kompleksy rzutują na wiele sfer życia – towarzyską, uczuciową, zawodową. Utrudniają realizację marzeń, blokują sprostanie aspiracjom. Stajemy się defensywni i koncentrujemy się na przewidywaniu negatywnych scenariuszy, zakładając, że nie mamy szans na spełnienie swoich oczekiwań. Że nie jesteśmy warci sukcesu. Czasem niedoskonałości mogą urosnąć do rangi tak wielkich problemów, że bycie szczęśliwym staje się niemal niemożliwe. Długotrwała koncentracja na wadach i słabych stronach wiąże się z obniżeniem nastroju i większą podatnością na depresję.

– Jeśli lęk przed konfrontacją, wynikający z kompleksów, jest tak silny, że zaczynamy się wycofywać z jakiejś aktywności, będzie on zajmował kolejne obszary – mówi Joanna Godecka. – Jeśli nie pójdę na firmową imprezę, ponieważ uważam, że jestem za gruba, to za jakiś czas nie wybiorę się też na spotkanie w małym gronie znajomych i zacznę popadać w niebezpieczną izolację. Skupiając się na lęku i uznając jego przewagę, daję mu moc. Kiedy zaś coraz bardziej się rozpanoszy, utwierdzę się w przekonaniu, że jakieś drzwi są już dla mnie zamknięte. I może mimo że jestem singielką i pragnę związku, przestanę spotykać się z mężczyznami. Lęk nasyca kompleks, który staje się coraz potężniejszy.

Sprowokowane

Joanna Godecka jako terapeutka uczestniczyła w programach telewizyjnych przy metamorfozach wyglądu kobiet i zauważyła, że skutecznym sposobem na kompleksy są prowokacje. Polegają one na obezwładnianiu kompleksu poprzez wyciąganie go na światło dzienne. Od natężenia lęku zależy, na ile warto próbować robić pewne rzeczy trochę na przekór sobie. – Kobiecie, która dopiero w mocnym makijażu, perfekcyjnej fryzurze i eleganckim ubraniu, może wyjść na ulicę, poradziłabym, żeby przespacerowała się po galerii handlowej nieumalowana, w dżinsach i T-shircie, z włosami związanymi gumką – mówi terapeutka. – Ludzie, którzy uważają się za mało atrakcyjnych, żyją w przekonaniu, że ich mankamenty są nie tylko widoczne, ale wręcz wytykane palcami. A podczas takiego eksperymentu okazuje się, że wzbudzamy takie samo zainteresowanie jak bez maskujących zabiegów. To może być uwalniające przeżycie, bo zaczniemy oswajać się z sytuacjami, które wydawały się groźne. Przestaniemy tkwić w pułapce, że musimy coś zrobić, żeby było dobrze, i dojdziemy do wniosku, że nie musimy już odwracać uwagi od kompleksów.

Dlatego kobiecie uważającej się za zbyt wysoką zalecane jest chodzenie w szpilkach, a niskiej – w balerinach. To nam pomoże w akceptacji siebie i zaprzestaniu odrzucania siebie. – Akceptacja jest dłuższym procesem, który trzeba wspierać – mówi Joanna Godecka. – Nie możemy czekać wyłącznie na wyniki pracy wewnętrznej. Na to, aż prawdziwie pogodzimy się z tym, jakie jesteśmy. Tego typu prowokacje przyśpieszają ten proces. Po pewnym czasie potrzeba prowokacyjnych zachowań znika. Nie chodzi o to, żeby właścicielka masywnych ud zawsze chodziła w legginsach, ale żeby mogła bez problemu chodzić na basen i spacerować w kostiumie kąpielowym po plaży, ciesząc się słońcem i wakacjami.

Nie walcz i nie uciekaj

Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. Ucieczka od kompleksów poprzez zabiegi odwracania od nich uwagi tak naprawdę nasila koncentrację na nich. Joanna Godecka sama zmagała się z lękiem przed wystąpieniami publicznymi, zdarzało się, że podczas emisji na żywo była jak sparaliżowana. – Nie chciałam jednak z tej części mojej pracy rezygnować – opowiada. – Najpierw po prostu mówiłam na wizji, że mam tremę i z tego powodu mogę nie wypaść idealnie. Potem odkryłam, że im mniej myślę o lęku, tym słabiej go zasilam i mniej go we mnie jest. Za to starałam się być dobrze przygotowana i skupiałam się na tym, że wiem, co mam powiedzieć. To był mój drugi sposób. Potem wreszcie pomyślałam sobie – czy ja muszę za każdym razem dawać niebywały występ? Jeśli coś nie pójdzie, to trudno.... To też było pomocne. Jeżeli chcemy coś zwalczyć, za bardzo się napinamy i osiągamy efekt odwrotny.

Kompleksy sprawiają, że podświadomie rywalizujemy z osobami wyższymi, o bardziej gładkiej cerze, mądrzejszymi. Wtedy stajemy w kontrze, prowadzimy wojnę, a to osłabia. Według Nathaniela Brandena, autora książki „6 filarów poczucia własnej wartości”, akceptacja jest odmową bycia własnym wrogiem. – To już wystarczy – mówi Joanna Godecka. – Jeśli nie jesteś swoim wrogiem, to znaczy że jesteś życzliwy i wspierający. Jeśli jesteś wrogiem, walczysz. To, co robisz, i to, co myślisz, jest destrukcyjne, niszczy cię.

Jeśli krytykujesz swoje cienkie włosy, zapytaj się, czy jesteś swoim wrogiem czy przyjacielem. Czy powiedziałabyś to samo komuś bliskiemu? Tym, co człowieka wzmacnia, jest bezpieczeństwo emocjonalne. Dlatego mimo kompleksów, a może zwłaszcza z nimi, okazujmy ludziom otwartość i życzliwość. Chociaż boimy się odrzucenia z powodu nadwagi, podejmijmy próbę kontaktu. Wtedy kompleksy stracą swoją moc. – Zaobserwowałam, że tym, co wręcz magicznie działało na kobiety, które zgłosiły się do programu telewizyjnego, żeby przejść metamorfozę wyglądu, było wsparcie całej ekipy pracującej przy programie. Każdy chciał pomóc: fryzjer, makijażystka, stylistka. Ta życzliwość okazała się uzdrawiająca. Dlatego namawiam do zapraszania ludzi do swojego życia – kiedy dostajemy wsparcie, zaczynamy się czuć bezpieczniej. Zapewnijmy je sobie i innym.

Ćwiczenia z akceptacji

Nauczycielka jogi Tiffany Cruikshank w swojej książce „Zredukuj wagę dzięki medytacji” proponuje dwa ćwiczenia ku większej akceptacji swoich niedoskonałości i swoich atutów.

Ćwiczenie 1. Przezwyciężenie perfekcjonizmu

Nasze niedoskonałości są częścią ludzkiej natury, bez nich bylibyśmy jak roboty, a życie byłoby niesamowicie nudne. To niedoskonałości otwierają nas na relacje i dostrzeganie podobieństw w drugim człowieku. Perfekcjonizm i doskonałość każą trzymać się na dystans. Zatem czy mając tego świadomość, możesz zacząć postrzegać swoje wady jako coś, co czyni cię idealnie nieidealną? Jako część siebie, która pozwala ci nawiązać lepszy kontakt ze światem? Niezależnie od tego, czy są to piegi, cellulit, czy przerwa między zębami.

Wybierz jedną niedoskonałość, która twoim zdaniem szczególnie cię wyróżnia, np. kształt nosa. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, że wszyscy ludzie na świecie mają ten sam kształt ciała? Po czym byśmy ich wtedy odróżniali? Może to właśnie niedoskonałości nadają nam charakter? Zastanów się, jak to jest żyć w twoim ciele z twoim nosem. A teraz wybierz trzy cechy, które cię wyróżniają – czy bez nich byłabyś sobą? Cokolwiek wybrałaś: piegi, kształt nosa czy rozstępy po ciąży – zastanów się, jaką rolę te niedoskonałości odegrały w ukształtowaniu ciebie, np. gdyby nie twoje rozstępy, nie byłabyś teraz matką. Jeśli bardzo nie lubisz jakiejś części swojego ciała, spróbuj odpuścić sobie negatywne odczucia na jej temat tylko na jeden dzień. Sprawdź, jak się wtedy poczujesz.

Ćwiczenie 2. Przyjmowanie swojego piękna

Wiele kobiet praktykuje codziennie różne rytuały związane z urodą – robią makijaż, układają włosy, starannie wybierają ubrania. Ale ta rutyna może zamienić się w obowiązkowe przygotowania przed pokazaniem się światu. Przez myśl im nie przejdzie, by wyjść z domu bez makijażu albo z rozczochranymi włosami. Gdy więc zdarzy się im mieć włosy w nieładzie, nie będą czuły się sobą – mimo że nadal sobą będą. A przecież wszystkie mamy w sobie naturalne piękno, które widać też na zewnątrz: uśmiech, blask skóry, długie nogi czy wyraziste oczy. Uwydatnianie naszego piękna i przyciąganie do niego uwagi jest sprytnym sposobem na zaprezentowanie siebie. Kiedyś jednak trzeba powiedzieć „dosyć”. Czy jesteś pewna, że nie możesz pójść do pracy bez makijażu? Przyjrzyj się uważnie swoim nawykom związanym z urodą i zastanów się, czy codzienna rutyna nie stała się obowiązkiem, bez którego wpadasz w panikę. Czy jesteś w stanie bardziej odsłonić swoje naturalne piękno? Zacznij się doskonalić w dostrzeganiu tego piękna – myśl o tych elementach fizyczności, z których jesteś najbardziej zadowolona.

Wymyśl jeden lub dwa sposoby na naturalne podkreślenie urody, które zaczniesz stosować od teraz. Może to być picie większej ilości wody, szczotkowanie włosów aż do połysku czy relaksująca kąpiel z olejkami zapachowymi. Chodzi o metody zupełnie różne od dotychczasowych. Zastanów się też, co możesz wyeliminować z codziennej rutyny dbania o wygląd. Może zrezygnować z jakiegoś kosmetyku? Kupując balsamy i kosmetyki do makijażu, nabywamy jednocześnie przekaz, że nasze piękno zależy od ich użycia. Uświadom sobie, że to, jaka pokazujesz się światu, wysyła innym podświadomy komunikat o tym, czy wierzysz w swoje wrodzone piękno, które kryje się w skórze lub uśmiechu, a nie w warstwie podkładu.

Emocjonalna myśl, która została stłumiona

Pojęcie kompleksu narodziło się na przełomie XIX i XX wieku. Jako pierwszy użył go Josef Breuer, austriacki lekarz i filozof, który współpracował z twórcą psychoanalizy Zygmuntem Freudem. Razem opracowali metodę katartyczną, która polegała na uwalnianiu się od traumatycznego wspomnienia w stanie hipnozy. Zaobserwowali, że po uświadomieniu traumy związanej z konkretnym wydarzeniem i opowiedzeniu o nim, ustępowały objawy nerwicy. W psychologii pojęcie kompleksu rozpowszechnił wybitny szwajcarski psycholog i psychiatra Carl Gustav Jung, dla którego oznaczało ono zbiór ukrytych w nieświadomości myśli, przeżyć i doświadczeń, ujawniających się pod wpływem określonego bodźca. – Dzisiaj kompleks potocznie oznacza dyskomfortowe uczucia, które pojawiają się w związku z ekspozycją społeczną – mówi Joanna Godecka. – Z kompleksem Breuera, Freuda i Junga łączy go to, że najczęściej jest związany z przeżywaniem lęku i wstydu. Kompleksy w jakimś stopniu dotyczą każdego z nas i nikt jeszcze nie wymyślił złotej recepty na ich całkowite uleczenie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć życie. Skąd się bierze wstyd w łóżku?

Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To nie sztuka wstydzić się, ważne, żeby robić to umiejętnie i kiedy trzeba. Wstyd bowiem bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć nam życie i doprowadzić do poważnych zaburzeń w sferze erotycznej – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

To nie sztuka wstydzić się, ważne, żeby robić to umiejętnie i kiedy trzeba. Wstyd bowiem bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć nam życie i doprowadzić do poważnych zaburzeń w sferze erotycznej – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Wstyd potrafi zepsuć każdą przyjemność życia. Najczęściej dotyczy on ciała i seksu. Nadmierny wstyd może doprowadzić do depresji i innych zaburzeń psychicznych, jest przyczyną nieśmiałości, samotności, uzależnień. A też bywa jednym z głównych powodów zaburzeń seksualnych. Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, że jestem niewystarczający, że coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. Pierwotnie wywodzimy się ze stada, a niedopasowanie do stada jest groźne, kończy się często śmiercią. Wstyd zwykle pojawia się, gdy przekraczamy jakieś ustalone normy, robimy coś, czego robić nie wypada.

W języku japońskim nie ma przekleństw pochodzących od nazw narządów płciowych czy od czynności seksualnych. U nas nawet słowo „srom”, termin medyczny używany przez lekarzy i seksuologów, w języku staropolskim znaczył „wstyd”. Są też inne powody tego, że przy całym współczesnym liberalizmie produkujemy rzesze ludzi zawstydzonych. Najważniejszym z nich jest Internet, gdzie internauci próbują siebie pokazać w postaci wyidealizowanej. W sieci odbywa się wielka giełda, kto jak wygląda. Niektórzy są za swój wygląd chwaleni, większość jednak dostaje tak zwane hejty. Wszystko dzieje się wirtualnie, ale emocje są prawdziwe. Z moich doświadczeń jako terapeuty wynika, że kobiety najczęściej wstydzą się, że są za grube, bo wszędzie widzą szczupłe modelki, aktorki. I potem przeciętna kobieta boi się rozebrać przed facetem, który też napatrzył się na idealne sylwetki. Obawia się, że będzie wyśmiana. Ciekawe, że zdarzają się tu skrajne zachowania. Niektórzy, radząc sobie ze wstydem, przekraczają wszelkie normy, inni próbują w normie się zmieścić. Zapytałem swoje koleżanki seksuolożki, czego wstydzą się ich pacjentki. Okazuje się, że można wstydzić się nawet gołych stóp, palców u dłoni, częstym motywem jest pępek.

Czego najbardziej wstydzą się mężczyźni? Narządów płciowych. Że penis jest za mały albo za duży, generalnie nie taki jak powinien. W gabinetach pacjenci opowiadają o przeżywaniu wstydu związanego z obawą i lękiem przed wyrażeniem swoich pragnień w intymnej sytuacji. Ludzie wstydzą się nie tylko wyglądu, ale też zapachu swojego ciała, że będzie obrzydliwy dla partnera. Żyjemy w świecie, który eliminuje naturalne zapachy, królują środki czystości. Ale partner, który pachnie tylko środkami czystości, może okazać się odpychający.

Na basenie faceci nie zdejmują kąpielówek pod prysznicem. Wstydzą się. Jednak o naszych czasach mówi się, że są bezwstydne, w filmach pokazuje seks już praktycznie bez osłonek. Nic z tego nie rozumiem. Ponieważ to jest niekonsekwentne. Film ośmiela się pokazywać już wszystko, ale kochają się tam pary doskonałe. Ludzie porównują swój wygląd z tym idealnym. I do terapeutów coraz częściej przychodzą osoby z problemem nadmiernego skrępowania i wstydu, który pojawia się w czasie współżycia. Boją się, że ich partnerzy napatrzyli się na reklamy i filmy, więc będą wymagać od nich doskonałości. Nie każdy rodzi się piękny, czas również robi swoje. Wstyd rodzi się też z porównywania. Kiedyś ludzie nie wiedzieli za bardzo, jak wygląda nagie ciało. W epoce wiktoriańskiej para przy zbliżeniu nie obnażała się, małżonkowie zakładali nocne koszule z otworami.

Młodzi walczą z niepokojem, niepewnością, ile są warci, i stosują dwie taktyki – albo próbują się dostosować, albo wyróżnić odmiennością. Golą więc głowy, robią tatuaże, dziwnie się ubierają. Niby wszystko jest dzisiaj dozwolone, ale mamy dyktaturę kultu doskonałości ludzkiego ciała. I narcyzm. Przy okazji przegapia się, że seks mamy też w głowie. Jeśli ktoś ma do siebie narcystyczny czy neurotyczny stosunek, często trafia do gabinetu terapeuty. Wstyd możemy podzielić na zdrowy i toksyczny. Toksyczny to taki, który zniewala, a subiektywnie odczuwany jest jak wszechogarniające poczucie własnej niedoskonałości. Jeżeli ktoś odczuwa toksyczny wstyd, to czuje się bezwartościowy, przegrany, że nie stanął na wysokości zadania. Toksyczny wstyd powoduje rozszczepienie „ja”. Rodzi poczucie izolacji i całkowitego osamotnienia.

Ale ryzykiem jest też bezwstyd, który może być powodem szukania coraz mocniejszych bodźców w seksie. Wstyd ostrzega, że być może przekraczamy jakieś granice. Za bezwstyd ciała i obyczajów kobiety były kiedyś surowo karane, nawet palone na stosie. Epoka stosów była podszyta sadystyczną seksualnością inkwizytorów. Leczenie urazów związanych z zawstydzeniem to wielki problem. Silne zawstydzenie w czasie gry miłosnej może na zawsze uszkodzić psychiczny aparat delikatnej męskiej hydrauliki. Kobiety powinny być delikatne dla partnera, zwykle nie zdają sobie sprawy z tego, na jak kruchej podstawie stoi męskość. Czasami wystarczy jedno niezręczne słowo, by zgasić jego erotyczne możliwości. To się utrwala i jest katastrofa. Bliskość narządów płciowych i wydalniczych też stwarza problemy. Zdarza się u kobiet popuszczanie moczu przy orgazmie. Kobiety wstydzą się na przykład dźwięku powietrza wypychanego z pochwy w czasie stosunku.

Jak leczy się seksualne urazy? Często pojawia się paraliżujący lęk przy następnym kontakcie, jeśli poprzedni był zawstydzający. A leczenie trwa miesiącami. Najgorzej, kiedy pierwsze urazy są nabyte już w dzieciństwie. I nie zawsze jest to związane z nadużyciami seksualnymi. Dla mnie nadużycie seksualne to też brutalne zawstydzenie dziecka w sferze intymnej. Była to do niedawna powszechna metoda wychowawcza. Mała dziewczynka onanizuje się, przyłapuje ją matka, więc krzyczy na córkę i ją zawstydza. To może wywołać uraz na całe życie.

Co mają robić rodzice, kiedy widzą, że dziecko dotyka miejsc intymnych? Mam kłopot z prostą odpowiedzią. Dzieci bardzo często dotykają się z ciekawości, ale też szukają przyjemności. Jeżeli dziecko nie stwarza swoimi zachowaniami wielkich problemów, jeśli rozwija się normalnie, a sprawia sobie przyjemność, ocierając się przed zaśnięciem o łóżko lub dotykając miejsc intymnych, to można udawać, że nic się nie dzieje albo upomnieć dziecko, ale tak delikatnie, jak to możliwe: „To nic złego, ale lepiej tego nie robić, na pewno nie w sytuacji publicznej”. Podniesiony głos, trzaskanie drzwiami, kary, zawstydzenie to reakcje o wiele bardziej niebezpieczne. Od tego, czy wywołam w dziecku uraz, zależy jego przyszłość, nawet to, czy stworzy dobrą rodzinę.

Wstyd bywa też pożyteczny, bez cienia wstydu nie ma dobrego seksu. Jeśli w erotyce jest jakaś tajemnica, to warto ją celebrować i dawkować. Wstyd jest częścią seksualnej przyjemności, pokonywanie go, oswajanie, gra nim to ważna część zabawy w seks. Kobieta, która celebruje swoje zawstydzenie i stopniowo się go pozbywa, jest dojrzała i świadoma. Mężczyźni szukają teraz takich kobiet. Wiele z nich czuje intuicyjnie, że lepiej dawkować siebie i nie odsłaniać się za szybko. Pokonywanie małych wstydów jest częścią dobrej erotyki, ale przede wszystkim sposobem na znalezienie partnera na stałe. Kobiety, które na pierwszej randce prezentują dużą swobodę, budzą u niektórych mężczyzn wątpliwości, czy będą wierne w małżeństwie. Mawia się: chcesz mieć wierną żonę, to wybierz sobie wstydliwą i bogobojną. Tylko z pozoru jest to seksualny mit. Kobieta wstydliwa, czytaj zalękniona, zakompleksiona, ma kłopot z nawiązywaniem znajomości. Nic więc dziwnego, że jest wierna i milczy, gdy staje się ofiarą przemocy seksualnej. Wstyd nie pozwala mówić o tym, czego doświadcza w sypialni. Ale to chyba nie jest nasze marzenie. Najlepiej, kiedy jest się gdzieś pośrodku, między wstydem a bezwstydem. Dotyczy to obu płci.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog, właściciel Kliniki Piękna Wewnętrznego „Wellness Psychotherapy”.

  1. Psychologia

W drodze poza kanon urody. Jak postrzegamy piękno swojego ciała?

Co kryje się za kompleksami i pogonią za idealnym pięknem? To, że w swoim ciele czegoś nie akceptujemy, może być cenną informacją, która płynie z naszej psychiki: jakaś wartość została przez nas zaniedbana. (fot. iStock)
Co kryje się za kompleksami i pogonią za idealnym pięknem? To, że w swoim ciele czegoś nie akceptujemy, może być cenną informacją, która płynie z naszej psychiki: jakaś wartość została przez nas zaniedbana. (fot. iStock)
Kanon kobiecej urody, różny na przestrzeni wieków, czy w różnych częściach świata. Niezmienne wydaje się zaś to, że kobiety wprost, lub nie wprost, mierzą się z nim na wielu etapach swojego życia. Większość z nas, choć przez chwilę, staje się niejako zakładniczkami owego kanonu.

Kanon kobiecej urody, różny na przestrzeni wieków, czy w różnych częściach świata. Niezmienne wydaje się zaś to, że kobiety wprost, lub nie wprost, mierzą się z nim na wielu etapach swojego życia. Większość z nas, choć przez chwilę, staje się niejako zakładniczkami owego kanonu.

Stwórz swój kanon

Waga, wzrost, wiek, sylwetka, rysy twarzy, kolor włosów lub odrostów, kształt dłoni, stóp czy płytki paznokciowej, kształt i wielkość piersi, osławiony stosunek talii do bioder – długo można byłoby wymieniać kolejne potencjalne punkty mapy kobiecego ciała, gdzie może manifestować się nasze niezadowolenie. Ale czy jest ono naprawdę „nasze”? Czy postanowiłyśmy je mieć, by w ten sposób „urozmaicić” sobie życie? Czy może zostałyśmy nim „obdarowane” i wciąż wierzymy w jego zniewalającą nas moc?

W odkryciu części prawdy na ten temat pomóc mogą następujące pytania:

  • Kiedy po raz pierwszy pomyślałyśmy lub poczułyśmy się choć trochę niepiękne?
  • Ile miałyśmy lat?
  • Jakie towarzyszyły temu okoliczności?
  • A jeśli do tej pory to się nie zdarzyło, to czy choć przez chwilę nie zagościł w nas strach o to, że któregoś dnia nasza uroda przeminie?
  • Czego się boimy?
Odpowiedzi powiedzą nam bardzo wiele na nasz temat. Mogą uświadomić nam, do jakich strategii uciekamy się w próbach bezskutecznego doścignięcia kanonu piękna.

A może, przewrotnie, w tej próbie bezskutecznego pościgu ku ideałowi kobiecego piękna tkwi ogromny potencjał? Może to szansa, by poznać swoje przekonania na temat własnego ciała? Wyruszyć w podróż, by odkryć ich źródło oraz sposób, w jaki nas krępują tu i teraz? Zaktualizować bazę danych dotyczących naszego ciała? Rozejrzeć się wokół siebie, odnaleźć osoby, które podobnie jak my, w jakimś szczególnym miejscu, mijają się z obowiązującym kanonem urody, a mimo to uznajemy je za piękne? I, co ważne, również odbieramy je jako swobodne, jeśli chodzi o ów „mankament”, bo zamiast ukrywać się przed światem, eksponują go? To okazja, by zamiast dopasowywać się, zacząć tworzyć swój własny kanon piękna – tworzony przez nas i na nasze potrzeby. Jaki może być pierwszy element naszego własnego kanonu? Co w naszym ciele nas zachwyca, choć w uznanym kanonie piękna nie figuruje?

Wybieraj z istniejącego kanonu

Ze stosunku do własnego ciała pośrednio wynika zawartość szaf. Parafrazując pewne powiedzenie, możemy stwierdzić: „pokaż mi swoją szafę, a powiem ci, co o sobie myślisz, choć pewnie o tym, nie wiesz".

Do naszych preferencji odzieżowych możemy podejść w opisany wcześniej już sposób. Możemy sprawdzić, czy nosimy określony krój bluzek, koszul czy spódnic, bo najbardziej je lubimy, czy może dlatego, że w ten sposób dobrze się maskujemy? Czy dobrze się czujemy w szarych ubraniach, czy może w głębi duszy skrywamy chęć, by założyć karmazynową sukienkę, tylko nie starcza nam odwagi, by zrealizować to marzenie? Mamy okazję, by dowiedzieć się, kto w nas jest ubierany, a kto ubiera? Czy ta para przyjaźni się, a może walczy? Kto w tej parze ma decydujące słowo? Na przykład, ktoś w nas chce dziś wyjść w balerinkach, a ten, kto ubiera, zmusza nas do szpilek, bo przecież inaczej nie wypada. To okazja, by poznać tego, kto kupuje ubrania, które spędzają cały swój żywot w szafie, bo ten, kto ubiera, ma ostatnie zdanie i nigdy nie pozwoliłby nam się w nie ubrać.

Kanon urody zdecydowanie nie musi być odniesieniem, w kontrze do którego budujemy swój własny. Może być również nieocenionym źródłem informacji o nas. Informacji, których właśnie w danym momencie życia potrzebujemy. W rzeczywistości nie zamartwiamy się z powodu pełnego wachlarza cech znajdujących się w kanonie. Przy odrobinie uwagi odkryjemy, że na kolejnych etapach życia, różne, ale nieliczne rzeczy zaprzątają naszą uwagę.

Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Przypuśćmy, że wiemy już kto kogo ubiera i choć ubierająca i ubierana razem świetnie się bawią, wciąż marzymy o minimalistycznych sandałkach – podeszwa i trzy sznureczki z ozdobnym koralikiem. Doszłyśmy do perfekcji w pre­cy­zyj­nym, szybkim wyławianiu z otoczenia kobiet w takich sandałkach. Tylko wzdychamy tęsknie, bo nam wciąż coś nie pozwala ani ich kupić, ani nosić, ponieważ nasze stopy są „nietakie” – zbyt duże, zbyt małe, nieproporcjo­nalne palce itd. Zmienić czy wymienić ich nie sposób, a świadomość, że to tylko nasze przekonanie, na niewiele się zdaje.

To, co możemy zrobić, to wykorzystać kanon i odkryć, co się w danej chwili kryje za tym myśleniem o stopach, ponieważ psychologicznie potrzebujemy „idealnych stóp” jak kania dżdżu. Znajdźmy odpowiedź na pytanie: jak wyglądają idealne stopy, których właścicielka nosi takie sandałki? A może w przyrodzie lub świecie baśni znajduje się zwierzę bądź postać o jeszcze bardziej idealnych stopach? Czy możemy na chwilę wyobrazić sobie, że się nimi stajemy, by odkryć, co jest istotą tych stóp i jaka istotna wartość się z nimi łączy? A wszystko to, by zbadać, w jaki sposób potrzebuję wesprzeć te wartości w sobie, zadbać o nie, czy bardziej świadomie z nich korzystać.

Na te pytania nie ma jednej poprawnej odpowiedzi. Nawet jeśli wiele kobiet uzna problem stóp za swój, to każda z nas dokona innego odkrycia, ponieważ każda z nas potrzebuje czegoś innego. Hipotetycznie może okazać się, że jeszcze bardziej idealne stopy ma kot (małe, drobne, delikatne, sprężyste), a ich istotą jest lekkość, gracja, wdzięk i precyzja. Pozostanie odpowiedzieć sobie na pytania: jak mogłybyśmy zadbać o poczucie lekkości, gracji i wdzięku w naszym życiu? Czy i gdzie potrzebujemy być bardziej precyzyjne? Finalnie może okazać się, że nie mamy już problemu z kupnem i noszeniem minimalistycznych sandałków lub stracimy całkowicie zainteresowanie nimi, ponieważ istotne było odebranie wiadomości, która dla nas była ukryta w „idealnych stopach”. Kanon urody? Bądźmy przeciw, a nawet za!

Piękna czyli prawdziwa

Nie musimy być biernymi ofiarami kanonu piękna. Możemy przyjrzeć się, w jaki sposób determinuje on nasze myślenie o sobie i działanie – a potem, przebierać, wybierać i decydować. Możemy świadomie sprzeciwiać się mu, budując własny. Możemy odkrywać informację ukrytą we wszelkich niedoskonałościach, które przyciągają naszą uwagę, by się rozwijać i odkrywać nieznane części nas samych.

Możemy również wyjść poza każdy kanon. I z pewnością każdej z nas przydarzyło się to nie raz, nawet jeśli tylko na chwilę. Odwołajmy się do naszego doświadczenia. Czy nieprzerwanie ubolewamy z powodu wieku, długości i kształtu nóg, gdy robimy to, co kochamy? Czy jakikolwiek kanon piękna dyktuje nam swoje warunki, gdy oddajemy się pasji? Czy czujemy się ograniczone przez naszą wagę, wzrost czy sylwetkę, gdy realizujemy marzenia? Czy w ogóle mamy świadomość istnienia jakiegokolwiek kanonu, gdy spędzamy czas z przyjaciółmi i ukochanymi przez nas ludźmi. I co my na to, że nasz partner lub partnerka kocha w nas również wszystkie niedoskonałości, więcej, że nie miał lub nie miała pojęcia, że to w ogóle jest mankament?

Jesteśmy piękne, gdy jesteśmy prawdziwe, gdy nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Gdy mamy odwagę odkrywać swoje potrzeby i marzenia oraz realizować własne plany. Gdy kochamy i dajemy się kochać. Gdy troszczymy się nie tylko o innych, ale i o siebie, i im także pozwalamy zatroszczyć się o nas. Dbajmy o nasze marzenia i relacje z ważnymi dla nas ludźmi. Ruszmy poza kanon urody – nie ustawajmy w odkrywaniu, kim jesteśmy w ogóle i kim jesteśmy dziś.

Dorota Cendrowska: psychoterapeutka i coach. Od prawie dwudziestu lat zajmuje się pracą z ludźmi. Jest członkiem zespołu psychoterapeutów i coachów PoRozumienie.

  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - czym jest i dlaczego warto je wzmacniać?

Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. (Fot. iStock)
Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. (Fot. iStock)
Nie chodzi o to, aby być idealnym lub zyskać aprobatę wszystkich dokoła. Adekwatne poczucie własnej wartości polega na zaakceptowaniu siebie takiego, jakim się jest, i zyskaniu wewnętrznego przeświadczenia, że jest się dobrą, godną osobą tylko dlatego, że jest się człowiekiem.

Fragment książki „Poznaj, zaakceptuj i pokochaj siebie”

Poczucie własnej wartości to nasze wyobrażenie o nas samych. Od niego zależy, jak dużą wartość przypisujemy własnemu życiu. W związku z tym kluczami do podniesienia go, są szacunek do samego siebie, przekonanie o swoich zaletach oraz praca nad zdolnością czucia się „dostatecznie dobrze” takimi, jakimi jesteśmy, niezależnie od tego, co się dzieje w naszym życiu.

Wysokie lub niskie poczucie własnej wartości odgrywa zasadniczą rolę w tym, jaką drogę obierzemy w obliczu codziennych wyzwań – sprawia, że czujemy się szczęśliwi i spełnieni lub przybici i bezwartościowi w różnych życiowych sytuacjach. Nienaruszalna wartość każdej osoby to koncepcja dość trudna do pojęcia. Niewykluczone, że nigdy wcześniej poważnie się nad nią nie zastanawiałaś. Może być spójna z twoim systemem przekonań albo wydawać ci się całkowicie obca z powodu wieloletnich zmagań z niskim poczuciem wartości. Zamiast rozważać zasadność tej koncepcji, zachęcam cię, abyś odsunęła na bok wszelkie wątpliwości i kolidujące z nią poglądy, które uniemożliwiają ci przyjęcie do wiadomości, że i ty posiadasz wewnętrzną wartość. Zastanów się, jak podeszłabyś do niemowlęcia, dziecka lub bliskiego przyjaciela. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że z łatwością dostrzegłabyś ich fundamentalną wartość, lecz jeśli masz niską samoocenę, to może być ci trudno uwierzyć, że ty też jesteś wartościowa sama z siebie.

Gdy cechuje nas niskie poczucie własnej wartości, to mamy skłonność do oceniania siebie według surowszych kryteriów niż resztę świata.

Warto przełamać opory i zwyczajnie zaufać, że ty także posiadasz wrodzoną wartość. Kiedy porzucisz wątpliwości, będziesz w stanie pełniej się zaangażować w realizację zalecanych działań i skuteczniej zastosować proponowane narzędzia do budowania poczucia własnej wartości. W miarę jak twoje poczucie wartości będzie się podnosić, dostrzeżesz, jak niewidzialna zasłona, która uniemożliwiała ci uznanie własnej wartości, zacznie powoli się rozsuwać.

Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. Wyobraź sobie, o ile łatwiejsze byłoby życie, gdybyśmy po prostu kochali i akceptowali siebie takimi, jakimi jesteśmy. Wszyscy w taki czy inny sposób skorzystamy na podniesieniu własnej samooceny. Niemniej istnieją pewne szczególne wyzwania, przed którymi stają kobiety usiłujące odnaleźć się w delikatnym procesie budowania fundamentów poczucia własnej wartości. W dalszych częściach przyjrzymy się uważnie niektórym czynnikom wpływającym na kobiecą samoocenę, nauczymy się, jak sobie z nimi radzić i jak przejąć kontrolę nad własnym życiem dzięki pewności siebie i przeświadczeniu o własnej wartości.

Istnieje wiele definicji poczucia własnej wartości i pojęć pokrewnych, lecz ta zaprezentowana poniżej została sformułowana specjalnie w odniesieniu do kobiet. Ważne, abyś podczas pracy z książką miała ją zawsze w pamięci.

Zdrowe poczucie własnej wartości oznacza posiadanie pozytywnego, realistycznego i spójnego obrazu siebie, będącego wyrazem szacunku do własnej osoby, niezachwianej wiary we własną wartość oraz przeświadczenia, że zasługujesz na szczęście i spełnienie mimo niedoskonałości, stereotypów, wyzwań i trudności.

Problemy na tle poczucia własnej wartości bywają trudne do zidentyfikowania, gdyż często idą w parze z innymi zaburzeniami, takimi jak depresja, stany lękowe i nieumiejętność radzenia sobie z gniewem. Niska samoocena może także leżeć u podłoża stosowania substancji psychoaktywnych i uzależnień, a nawet kryć się pod pozorami pewności siebie i szczęścia. (…)

Warto zastanowić się czy źródłem twoich oczywistych życiowych niepowodzeń nie jest przypadkiem głębszy problem w postaci niskiej samooceny?

Niskie mniemanie o sobie może się odbijać na twoim życiu.

Czy potrafisz zidentyfikować jakieś trudności w swoim życiu, które mogą mieć związek z niedostatecznym poczuciem własnej wartości?

Poczucie własnej wartości nie jest stałe. Jego poziom może się zmieniać z biegiem czasu, zależy też od aktualnych doświadczeń, grupy ludzi, z którymi akurat przebywamy, oraz innych okoliczności. Dobrze więc postrzegać je jako kontinuum z niską, negatywną lub niezdrową samooceną na jednym końcu skali i wysoką, pozytywną lub zdrową samooceną na drugim. Naszym celem jest stworzenie podstaw zdrowego poczucia własnej wartości, tak aby było ono spójne, stałe i niezachwiane we wszystkich sferach życia, nawet w trakcie najcięższych życiowych zmagań.

Polecamy książkę "Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie" Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. Stanie się również wsparciem dla każdej kobiety, która czuje się zniechęcona lub ma poczucie niespełnienia w jakiejś sferze życia. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny i mogące przynieść korzyść niemal każdemu, niezależnie od tego, z jakiego rodzaju przeciwnościami się mierzy.

  1. Psychologia

Stoicyzm pandemiczny

Każde czasy są dobre dla stoików, a im trudniejsze, tym lepsze - mówi Marcin Fabjański, praktykujący stoik. (Fot. iStock)
Każde czasy są dobre dla stoików, a im trudniejsze, tym lepsze - mówi Marcin Fabjański, praktykujący stoik. (Fot. iStock)
Epiktet, Marek Aureliusz, Seneka – wszyscy oni twierdzili,że dopiero w zderzeniu z trudnościami mamy szansę kształtować swój charakter. I zdaniem filozofa Marcina Fabjańskiego warto brać przykład ze starożytnych stoików. Dziś może nawet bardziej niż kiedyś.

Czy to są dobre czasy dla stoików? Każde czasy są dobre dla stoików, a im trudniejsze, tym lepsze.

Obawiałam się, że pan to powie... A ja domyślałem się, że pani się obawia. Jeśli jednak mam odpowiedzieć prawdziwie, będzie to musiał być banał. Każde czasy są dobre dla stoików. Zaraz powiem dlaczego, i może to będzie mniej banalne. Celem życia stoika jest rozwinięcie pewnych cech charakteru, zwanych w starożytności cnotami. Jeśli przez chwilę spojrzymy na nasze życie z tej perspektywy – jako na materiał szkoleniowy czy pomoc naukową służącą do pracy nad sobą – to zrozumiemy, że jeśli nie byłoby na świecie żadnych problemów, to nie dałoby się tych cnót w ogóle wykształcić, bo nie byłoby do tego pretekstu. Cnoty rozwijają się bowiem w zetknięciu z trudnościami. Ale z drugiej strony, jeśli te trudności są bardzo przygniatające i radykalne, to nie jest to dobra sytuacja dla kogoś, komu bliżej jest do początkującego filozofa, a daleko od bycia mędrcem. Bo podział jest taki: człowiek pospolity, filozof, który dopiero rozwija swoje cnoty, oraz mędrzec, czyli ten, który już je rozwinął – przy czym nie wiemy, czy ów mędrzec istnieje naprawdę, czy jest tylko ideałem, do którego mamy dążyć.

Jakie cnoty stoicy uznawali za najcenniejsze? Cierpliwość? Wstrzemięźliwość? Też, natomiast trzy fundamentalne cnoty w starożytności to: odwaga, mądrość i sprawiedliwość. Stoicy dodawali do tego jeszcze jedną – wytrwałość, choć myślę, że można ją traktować jako cnotę pomocniczą, taką praktyczną podpórkę do osiągnięcia trzech powyższych. Ponieważ o cnotach uczę od lat, logiczne, że po takim wstępie podawałem zwykle, która jest moją ulubioną. Długo myślałem, że jest nią mądrość. Ostatnio to się jednak zmieniło. W rozmowach ze studentami doszliśmy do wniosku, który dzielimy właściwie z antycznymi Grekami, że fundamentalną cnotą jest cnota odwagi, bo bez niej w ogóle nie można zacząć czegoś takiego jak projekt budowania siebie. Bo żeby to zrobić, trzeba się przeciwstawić swojemu środowisku. W łagodnych przypadkach skutkuje to tym, że zostajemy uznani za dziwaków, i by to znieść, też trzeba trochę odwagi. W sytuacjach skrajnych kończymy jednak jak Sokrates, czyli jeśli mamy się trzymać swojego, musimy popełnić samobójstwo, i do tego trzeba tej odwagi już trochę więcej.

Czemu przeciwstawiają się stoicy? Oni buntują się wobec błędów w myśleniu. Stoicyzm to nie jest ideologia ani religia, nie wytacza więc dział przeciwko innym ideologiom czy religiom, tylko przeciwko egzystencjalnej naiwności człowieka pospolitego, czyli człowieka, który nie jest filozofem. Taki ktoś wszystko, co robią inni, i wszystko, co zostało mu zaaplikowane w tym społeczno-kulturowym pakiecie pod tytułem wierzenia, zwyczaje i poglądy, zasysa bezkrytycznie. I wobec tego właśnie buntują się stoicy.

Błędy myślenia, o których pan mówi, to na przykład oczekiwanie, że życie będzie toczyć się tak, jak ja chcę, albo że pewne problemy będą mnie omijać? Są różne kategorie błędów myślenia. To, o czym pani mówi, dotyczy postawy życiowej. Generalizując, błędy myślowe polegają na tym, że ulegamy różnym rozdrażniającym nas emocjom i zamiast stworzyć wobec nich rodzaj dystansu i – jak mówi Epiktet – wejść w dialog ze zdarzeniami, my reagujemy mechanicznie. Tak jak nam każą emocje i tak jak reagują inne osoby z grupy, w której się wychowywaliśmy. Czerpanie z tradycji mechanicznie nie jest krytycznym myśleniem, nie jest budzeniem refleksji.

Czyli chodzi o trwałą zmianę perspektywy. Jak rozumiem, to następuje powoli... A może tylko się pocieszam, bo ciężko mi to na razie przychodzi? To nie jest coś, czego można się nauczyć na weekendowym kursie, to ma być trudne. Dlatego pedagogika stoicka, jak zresztą pedagogika innych szkół filozoficznych, jest pomyślana jako projekt na całe życie. I też nie wiadomo, czy tego życia nam starczy, by doprowadzić go do końca. Ale gdyby to było łatwe i nie wymagało ogromnej odwagi, to nie byłoby takie ekscytujące i nie przyniosłoby owoców, które obiecuje stoicyzm w postaci ataraksji – psychofizycznego stanu, który ja nazywam „dostrojeniem do procesu życia”. To stan, w którym nie podlegamy już żadnym błędom myślenia grupy (pytanie, czy jest osiągalny, czy jest tylko ideałem), tylko czemuś, co jest rozumem w nas, ale jednocześnie jest rozumem we wszechświecie; czyli czemuś, co kieruje nami w bezwysiłkowy, mądry sposób. Z punktu widzenia jednostki, czyli wytrenowanego stoika, który został mędrcem, te trzy cnoty realizują się w nas wtedy w sposób spontaniczny. Taki ktoś nie musi się starać, bo zharmonizował się, dostroił do rozumu i jest jego wyrazem.

A wszyscy inni go nie cierpią... Większość – zapewne tak. Bo jest żywą, chodzącą obelgą dla tych, którzy twierdzą, że posiedli prawdę, że ich ideologia i sposób myślenia są jedynymi właściwymi.

A czy pan ten stan już osiągnął? Jest momentami do niego bliżej? Momentami – tak. I proszę podkreślić słowo „momentami”. Bo to nie jest linearny proces, czasem ten stan przychodzi, a czasem odchodzi. Ale nawet gdyby nie był w pełni osiągalny, warto iść ścieżką cnót, bo samo jej pokonywanie sprzyja refleksji i dodaje nowej perspektywy naszemu życiu. To jest właśnie główny cel istnienia filozofii – przeciągnąć ludzi na stronę świadomego życia. Dla mnie przedsionkiem filozofii było science fiction, które jest opowieścią o innych światach niż ten, który zasysamy automatycznie. Zawsze miałem w sobie impuls, który kazał szukać tajemnicy pod powierzchnią rzeczy.

Czy stoicyzm jest w stanie ograniczyć ilość cierpienia w naszym życiu? Nie jest w stanie zmniejszyć bólu, ale reakcję na ból, czyli cierpienie – już tak. To też jest jedno z fundamentalnych zadań filozofii. Oczywiście filozofia jest umiłowaniem mądrości i zdziwieniem światem, ale jest też odpowiedzią na ludzkie cierpienie. Ktoś kiedyś zauważył, że cierpienie nie jest nam dane, a zależy od naszej postawy. To, jak reagujemy na egzystencjalny ból, jaki nam serwuje świat, może nasze cierpienie zwiększać lub zmniejszać. I tak powstała sztuka bycia, zwana filozofią.

Jaki jest ten świat według stoików? Fascynujący? Logiczny? Sprawiedliwy? Jest rozumny, czyli nie jest chaosem. Jest zbudowany według pewnych reguł i dobrze te reguły poznać, bo wtedy mamy szansę na rozkwitnięcie, na szczęście i na odklejenie się od naszych różnych udręk psychicznych. Kiedy nie znamy reguł, projektujemy na świat rzeczy, których nie ma. Tak naprawdę o wiele częściej walczymy z naszymi konstruktami mentalnymi niż z rzeczywistością. Czyli najpierw budujemy pewną fikcję, a potem nie możemy żyć spontanicznie i spokojnie, bo bez przerwy ją fortyfikujemy. Ale to nie może się udać; nasze fikcje prędzej czy później polegną w starciu z rzeczywistością. A najpewniej wtedy, gdy wydarzy się coś istotnego egzystencjalnie: choroba czy zbliżająca się śmierć, i nie będziemy już w stanie dokarmiać naszych fałszywych przekonań. Na przykład takiego, że jesteśmy nieśmiertelni... Pierwszym krokiem stoickiego rozwoju byłoby więc rozpoznanie tego, czym ta rzeczywistość jest. Drugim – dostrojenie się do niej. Czyli zgoda na to, by ten sam rozum, który rządzi całym wszechświatem, rozświetlił się również w nas.

Jak zatem rozumnie wytłumaczyć pandemię? Pandemia jest rozumna. By to udowodnić, nie musimy odwoływać się wcale do stoicyzmu. Przede wszystkim jest wynikiem naturalnych procesów, a nie skazą na rzeczywistości, jak lubimy teraz myśleć. Wirus SARS-CoV-2 to nie jest złośliwa istota, która przeciwstawia się człowiekowi, tylko efekt dynamiki organicznej rzeczywistości wokół nas. Logiczne następstwo pewnych procesów. Na przykład już teraz wiemy, dzięki rozwiniętej nauce eksperymentalnej, że jedną z przyczyn pandemii jest niszczenie bioróżnorodności na naszej planecie, która pełni funkcję zbiorowego mechanizmu immunologicznego. Stoickie podejście polega na tym, by starać się jak najlepiej zrozumieć ten mechanizm. Natomiast podejście człowieka pospolitego, bezrefleksyjnego jest takie, że pandemia to jakiś kłopot, który sprowadził zły los, źli ludzie, bogowie albo jakiś spisek i który odbieramy jako osobistą obelgę. Co więcej, jeśli się zaszczepimy, będzie po problemie, bo przechytrzymy pandemię. Ja nie jestem przeciwnikiem szczepień, już raczej ich zwolennikiem, chcę tylko zwrócić uwagę na to, że takie myślenie jest bardzo ograniczone. Zaszczepimy teraz rzesze ludzi, które potem pójdą dalej wycinać hektary lasów, budować na ich terenie kolejne osiedla i produkować kolejne miliony dóbr niepotrzebnych. Jeśli jako stoik miałbym już jakoś antropomorfizować tę pandemię, to nie jako wroga, ale nauczyciela. Z punktu widzenia rozwoju cnót jest to doskonała okazja.

W nowym wydaniu pana „Stoicyzmu ulicznego” można znaleźć rozdział o przeziębieniu. Pisze pan, że nie ma co wściekać się na to, że jesteśmy chorzy, bo wirus grypy działa tak, jak został skonstruowany, zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Podobnie komputer psuje się dlatego, że jedną z cech maszyn jest to, że mogą się psuć. Bo to leży w ich naturze. W tym rozdziale cytuję Marka Aureliusza: „Każde zdarzenie jest tak zwykłe i znane jak róża na wiosnę i owoc w jesieni. Czymś takim jest bowiem i choroba, i śmierć, i potwarz, i zasadzka, i wszystko to, co głupców cieszy i smuci”. Marek Aureliusz radzi, żebyśmy nie rozwijali neurotycznej, czyli opartej na namiętności, relacji z takim naturalnym zdarzeniem, jakim jest przeziębienie lub nawet COVID-19. To nie znaczy, że mamy się nie leczyć czy nie szczepić. Wprost przeciwnie, kiedy ujrzymy w wirusie logikę rzeczywistości, będziemy mogli zadziałać na niego w inteligentny sposób. Inaczej będziemy działać w sposób magiczny, przedfilozoficzny, naiwny. Będziemy wymyślać covidowi, uznawać, że jest osobiście skierowany przeciwko nam.

Książka po raz pierwszy ukazała się 11 lat temu, ale na opisane w niej przykłady można też spojrzeć przez pryzmat pandemii albo niezależnie od niej. Nadal się przecież irytujemy, stojąc w korku czy słuchając nieuprzejmej ekspedientki. Nadal pytamy siebie czasem: czemu właśnie mnie to spotyka? Ja łączę to z rozrostem ego w naszych czasach. Mamy problem z ujrzeniem siebie jako kropelki w morzu, do czego namawiają stoicy. To nie jest tak, że w antyku ludzie mieli mądrość na zawołanie. Mimo że stoicy byli podziwiani i stawiani za wzór, to przecież filozofowie są zawsze outsiderami, ułamkiem społeczeństwa. Jak się czyta pisma dawnych stoików, to wydaje się, że tak samo trudno było starożytnym Rzymianom jak nam dzisiaj. Człowiek wyciągnięty z natury, będący władcą samego siebie i udający, że nie podlega żadnym uwarunkowaniom zewnętrznym, jest pewnie dzisiaj bardziej popularny, choć nie był nieznany w starożytności. Wystarczy spojrzeć na niektórych cesarzy rzymskich czy dowódców greckich, jak Aleksander Wielki. Im wydawało się przecież, że są bogami. I to myślenie dzisiaj też jest nam bliskie.

Przypuszczam, że nie zmienił się też bardzo taki obrazek z pana książki: dziecko dopomina się o naszą uwagę, a my przecież jesteśmy bardzo zajęci. Wiele osób zamkniętych w domu z rodziną mogło ostatnio wyjątkowo utożsamić się z tym przykładem. I to jak! Zagonieni w codziennym pędzie sądzimy, że aktywnie uczestniczymy w życiu. Ale bycie zajętym to jest bardzo często strategia służąca temu, by uciekać od życia. Po to mamy obowiązki, by nie musieć stawać twarzą w twarz z naturą, która w tym przypadku ma postać dziecka. Bo dziecko naturalnie żąda naszej uwagi. A dotychczasowe wymówki, że musimy dłużej zostać w pracy czy jechać w podróż służbową, w pandemii już nie obowiązują. Podczas lockdownu zapukała do naszego życia natura, również w takiej fundamentalnej postaci naszej biologiczności, jaką jest ciało. Na co dzień zwykle je ignorujemy: służy nam do tego, by wykonywać zadania, przenosić nas z miejsca na miejsce. Będąc w domu, mamy więcej okazji, by temu ciału przyjrzeć się w lustrze, zobaczyć, ile przybyło mu zmarszczek czy kilogramów, ale też o nie bardziej zadbać.

A czy ta nasza irytacja nie jest spotęgowana tym, że chcemy robić zbyt wiele rzeczy naraz? Jak najbardziej. Mamy przecież naturalną potrzebę, by kończyć rzeczy, a nie tylko je zaczynać. Nasza uwaga też ma potrzebę, by pobyć jakiś czas z jednym przedmiotem. To potrzeba kontemplacyjna, którą kiedyś ludzie realizowali, będąc w lepszym i bliższym kontakcie z przyrodą lub stosując różne techniki kontemplacyjne. Dziś zabieramy naszej uwadze taką możliwość. Idealnym sposobem na jej odbudowanie jest wybranie się do lasu czy do parku. A że rzadko mamy taką okazję, po to jest moja książka. Pozwala zastosować szybkie interwencje przeciwko podrażnieniu, tak szybkie, jak szybkie jest nasze życie. Te interwencje są czasem sekundowe. Moja studentka opowiadała mi, że jedną z nich z powodzeniem stosuje, kiedy jedzie z mężem przez miasto i jakiś samochód wciska się na ich pas. Jej mąż bardzo się na to wkurzał, do momentu aż przypomniała jemu i sobie moją radę, by nie patrzeć na czyjeś denerwujące zachowanie jako na obelgę skierowaną przeciwko nam, tylko jak na schorzenie. Jeśli ktoś jest chory, to nie mamy mu za złe, że kaszle. Zatem jeśli spojrzymy na czyjeś przykre słowa jako na przykład choroby, nie fizycznej, tylko mentalnej, i potraktujemy je jak kaszel wychodzący od tego człowieka – to złość nam minie. Moja książka jest zachętą do zabawy różnymi technikami i sztuczkami stoickimi. Wierzę, że stosując je na co dzień, możemy, ku własnemu zaskoczeniu, za jakiś czas zorientować się, że suma naszych podrażnień życiowych bardzo się zmniejszyła.

A co jeśli taka „chora” osoba jest w naszym życiu na stałe? Spotykamy ją codziennie w pracy, jest członkiem naszej rodziny, sąsiadem... Czy to nie cudowne, że dostarcza nam na co dzień – bez konieczności płacenia za drogie kursy – okazji do samodoskonalenia i rozwijania cnót?! To jedna ze zmian perspektywy, jakie proponują stoicy. Nie każdemu może jednak przypaść do gustu. Prawdopodobnie chcielibyśmy zrobić coś więcej, także ze względu na tę osobę. Bądźmy tego pewni, ona też cierpi, może nawet bardziej niż my, którzy dostajemy „odłamkami” jej cierpienia. Stoicy na pewno by nie założyli, że czyjaś złośliwość bierze się z niczego. Oczywiście nasz wpływ na innych jest znikomy, możemy kontrolować jedynie siebie. Zatem jeśli ta osoba zobaczy, że nie wywołuje w nas już tak łatwo irytacji, a wprost przeciwnie – radość, że możemy rozwijać nasze cnoty, to straci motywację. Jej zachowaniem może bowiem nieświadomie kierować chęć zwrócenia na siebie uwagi. Jeśli jej nie dostaje, traci impet. To coś, co nazywa się pasywną zmianą sytuacji – nie wymaga od nas konkretnej interwencji, zwłaszcza jeśli nie wiemy, jak się zachować, a polega jedynie na zmianie postawy.

W jednym miejscu cytuje pan Senekę, który mówi, że aby nauczyć się życia, potrzeba wysiłku i czasu. Czy zatem postawa stoicka może przyjść do nas z wiekiem? Myślę, że czynnik wieku, starzenia się i nabierania doświadczenia jest uwzględniony w pedagogice stoików, ale radziłbym nie czekać na starość i zacząć wcześniej. Stoicyzm zakłada, że życie jest ewolucyjnym procesem, a postawa, którą mamy w sobie wykształcić – czymś intymnym. To nie jest coś, co możemy sobie przyswoić teoretycznie, to musi się stać naszym instynktem, co wymaga czasu, prób i wielu doświadczeń. Ta umiejętność może w nas rosnąć i słabnąć, dojrzewać i zanikać. Tak długo, jak żyjemy, tak długo uczymy się tego życia. Ale też jak mówi Seneka, „nic nie jest bardziej obce dla człowieka zajętego niż życie”. Czyli możemy być na tej planecie 80 lat i równie dobrze nie pożyć ani dnia, bo tak bardzo byliśmy zajęci. 

Marcin Fabjański, praktykujący stoik, założyciel szkoły filozoficznej we Włoszech, autor bestsellera „Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów”, po ponad dziesięciu latach wraca z kultową już książką „Stoicyzm uliczny”.

  1. Styl Życia

Mądra akceptacja siebie

Prawdziwa akceptacja swojego ciała jest wtedy, kiedy mam świadomość tego, że jestem ideałem, ale właśnie z tymi niedoskonałościami, które mam. (Fot. iStock)
Prawdziwa akceptacja swojego ciała jest wtedy, kiedy mam świadomość tego, że jestem ideałem, ale właśnie z tymi niedoskonałościami, które mam. (Fot. iStock)
Nie odchudzaj się, nie męcz treningami, nie rób operacji plastycznych? Wprost przeciwnie – mówi psycholog Katarzyna Pietroń – ale w granicach zdrowego rozsądku

Co to znaczy akceptować swoje ciało? Zgadzać się na każdą fałdkę tłuszczu, każde znamię – bo jestem ideałem? Jestem ideałem, ale właśnie z tymi niedoskonałościami, które mam.

Ale jak pokochać np. krzywe nogi? Nie znam osoby, która w zupełności akceptowałaby każdy centymetr swojego ciała. Zaakceptować, pokochać nie znaczy, że coś ma mi się nagle spodobać. To bardziej myślenie w stylu: „wiem, że mam mankamenty, cóż zrobić, na szczęście mam też fragmenty, którymi mogę się pochwalić”. W akceptacji jest przecież miejsce na krytykę. Niektóre rzeczy, które się nam mniej podobają, można zmienić. Mogę przecież sobie zrobić trwałą, jeśli zawsze marzyłam o kręconych włosach, mogę sobie kupić zielone soczewki, jeśli zamiast piwnych chciałabym mieć zielone oczy. Pewnych rzeczy jednak się nie poprawi, chociaż bardzo by się chciało i chociaż niektóre kliniki chirurgii plastycznej na świecie podejmują się takich zmian, jak np. wydłużanie nóg. Są to jednak pomysły niemające wiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

Jaki związek ze zdrowym rozsądkiem mają w ogóle operacje plastyczne? Jestem „za” w przypadkach, kiedy problemem są blizny, oparzenia, zajęcze wargi…

A odstające uszy, mały biust…? Zależy od tego, co przypisujemy tym uszom i biustowi. Jeśli traktujemy je jako defekt, ale myślimy: „Mogę mieć mniej odstające uszy, bo wtedy będę mogła wiązać włosy, chodzić z przepaską, nie przejmować się tym, że się na mnie gapią”, to wtedy taka zmiana ma sens. Jeśli jednak odstające uszy obarczam winą za wszystkie moje niepowodzenia: za to, że nie wiedzie mi się w pracy, że nie mogę sobie nikogo znaleźć, to wtedy po operacji może się okazać, że źródło nieszczęścia umieszczę w innej części ciała i też będę chciała ją zmienić. Dobra motywacja jest taka: robię sobie operację plastyczną, żeby zwiększyć komfort życia. Zła: robię sobie operację, żeby odmienić całe życie. W drugim przypadku szybko okaże się, że problem nie leży wcale w ciele i jego defektach, tylko zupełnie gdzie indziej.

Ale czasem lepszy wygląd, a za tym lepsze nastawienie do świata, potrafi naprawdę odmienić życie… Owszem, ale bez głębszej zmiany ta poprawa będzie tylko chwilowa. Jest duże ryzyko, że każda rysa na tym nowym, idealnym wizerunku stanie się prawdziwą katastrofą.

To jaki stosunek do ciała jest najzdrowszy? Poznanie go: jego mocnych i słabych stron i akceptacja obydwu. Do tego szeroko pojęte dbanie o siebie, prowadzenie zdrowego trybu życia, czyli dieta, ruch, codzienna pielęgnacja. Oczywiście, bez specjalnego zaabsorbowania i koncentracji całego życia wokół dobrego wyglądu. Tak naprawdę trudno jest uchwycić ten złoty środek, zwykle albo za bardzo się zaniedbujemy, albo za bardzo skupiamy na tym, jak się prezentujemy, na szczęście co jakiś czas odczuwamy potrzebę złapania równowagi.

Ważne jest, by być po prostu dobrym dla samego siebie, robić coś nie dlatego, że muszę, tylko że chcę. Motywacja zewnętrzna, wynikająca ze społecznego trendu czy czyjejś opinii, na dłuższą metę nie działa. Najsilniejsza jest następująca: „robię coś dla siebie, dla swojego dobra”.

Nie dla opinii innych. Jeżeli nie mogę wyjść na ulicę bez makijażu albo kupuję coraz to nowsze i silniejsze kremy, żeby się odmłodzić, to problem na pewno leży o wiele głębiej.

Lęk przed upływem czasu? To już chyba jakaś tendencja społeczna, że nie wypada się starzeć. Nasz organizm ma swoją wytrzymałość i nie można wymagać od niego, żeby znosił wszystko tak bezproblemowo, jak wtedy, gdy mieliśmy kilkanaście lat. Z tym też trzeba się pogodzić. Całonocna impreza, gdy ma się np. 37 lat, będzie miała bardziej bolesne konsekwencje niż gdy się ma 17. Ale jeśli chcę je ponieść – proszę bardzo. Gorzej, jeśli nie chcę ponosić żadnych konsekwencji, bo się na nie nie zgadzam. To bardzo niedojrzałe podejście.