1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 5 życiodajnych praktyk. Żyj pozytywnie!

5 życiodajnych praktyk. Żyj pozytywnie!

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Psychologowie, ale też najwięksi mędrcy i filozofowie od lat podkreślają, że szczęście kryje się w umiarze – drobnych gestach, dobrych słowach i przyjemnych rytuałach. I że codzienny wysiłek wkładany w to, by czynić nasze życie bardziej pozytywnym, się opłaca. Nie wierzysz? Spróbuj! Dziennikarka Julia Wollner proponuje zacząć od kilku prostych, ale bardzo istotnych zmian. 

Jeśli przyjmiemy, że szczęście to zadowolenie z codzienności połączone z pogodą ducha i pozytywną oceną własnego życia jako udanego, wartościowego i sensownego – to istnieje tylko jeden sposób na jego osiągniecie. Jest nim podjecie decyzji o byciu szczęśliwym oraz regularny wysiłek, który będziemy wkładać w jej realizacje. Bo do szczęścia dużo bardziej niż wielkie wydarzenia prowadza krótkie chwile i proste techniki, które pomogą nam nawiązać dialog z samym sobą oraz z otaczającą nas rzeczywistością. Dzięki temu będziemy mogli wykorzystać swoja sprawczość, cieszyć się powtarzalnością pozytywnych doświadczeń i dbać o to, by płynęły w naszym życiu ciągłym strumieniem.

Oto 5 najważniejszych metod z niezbędnika psychologii pozytywnej. Pomogą wypełnić twoje dni pięknymi chwilami, odzyskać radość życia i poczuć się prawdziwie szczęśliwym.

1. Wyrażaj wdzięczność 

David Steindl-Rast, psycholog i mnich benedyktyński, powiedział, że to nie szczęście prowadzi do wdzięczności. To wdzięczność sprawia, że jesteśmy szczęśliwi! I rzeczywiście – korzyści z codziennej praktyki wyrażania wdzięczności są niezliczone. Podnosi ona poziom dobrego samopoczucia, pozwala uwolnić się od zazdrości, frustracji i strachu przed niepowodzeniami, wpływa na podniesienie poziomu naszej empatii, poprawia relacje osobiste i umacnia poczucie własnej wartości.

Jak to zrobić?

  • Dziękuj w rozmowie lub na piśmie. Podczas spotkania z drugą osobą postaraj się wyrazić wdzięczność przynajmniej za jeden element: poświęconą ci uwagę, czas; za dobre słowo, uśmiech, wspólny posiłek. Możesz też napisać list dziękczynny, w którym podziękujesz za coś, co dana osoba dla ciebie zrobiła. Warto powtarzać ten rytuał regularnie, np. raz w miesiącu. Raz na jakiś czas podziękowania warto skierować także do siebie.
  • Dziękuj w myślach. Pozytywne myśli mają ogromny wpływ na nasz stan psychiczny. Wystarczy dosłownie chwila, by poczuć radość z faktu, że otacza nas dobro i życzliwość. Podróżując autobusem czy stojąc w kolejce do kasy, możemy podziękować w myślach komuś, kto zrobił dla nas coś dobrego.
  • Prowadź dziennik lub skarbonkę wdzięczności. Codziennie wypisz w zeszycie przynajmniej trzy rzeczy, za które jesteś wdzięczny danego dnia. Może to być piękna pogoda, przeczytany artykuł albo uśmiech sąsiadki spotkanej na schodach. Z każdym dniem staraj się zwiększać liczbę zaobserwowanych dobrych elementów, a także świadomie dodawaj do nich kolejne. Pod koniec tygodnia przeczytaj zapiski z ostatnich dni i zauważ, jak wiele dobrego cię spotyka. Pozytywne rzeczy, które zdarzyły ci się w ciągu dnia, możesz tez zapisywać co wieczór na karteczkach papieru, a następnie wrzucać do słoika lub pudełka i sięgać do nich w chwilach smutku.

2. Wybacz krzywdy 

Małe i duże krzywdy, których doznajemy od innych ludzi na przestrzeni całego naszego życia, stanowią ciężki bagaż. Często nie jesteśmy nawet świadomi obciążenia –odczuwamy dyskomfort, jesteśmy poirytowani, przygnębieni, ale nie potrafimy znaleźć przyczyny tego stanu. Cierpimy niejako po raz drugi, bo ból z powodu doznanej krzywdy przeradza się w udrękę spowodowaną pielęgnowaniem urazy. Jak mawiał Budda – trzymanie w sobie gniewu jest jak chwytanie gorących węgielków, by w kogoś nimi rzucić. Parzymy się nimi sami. Jedynym sposobem na pozbycie się ciężaru gniewu i żądzy zemsty jest wybaczenie. I nie chodzi o to, by zapomnieć o przykrych wydarzeniach z przeszłości, usprawiedliwić je lub zbagatelizować. Wybaczanie nie jest też tożsame z pojednaniem – nie wymaga odnowienia relacji z winowajcą. Jest raczej rezygnacją z pielęgnowania urazy, z chęci odpłacenia winowajcy za jego czyn. Oznacza także pogodzenie się z sytuacją obecną, akceptację miejsca, w którym jest się teraz w życiu.

Jak to zrobić?

  • Doceń sytuację, w której ktoś inny wybaczył tobie. Sięgnięcie pamięcią do wydarzeń, w których sam byłeś winowajcą, a osoba krzywdzona nie pielęgnowała do ciebie urazy, pomaga ćwiczyć empatię, dostrzegać rożne motywacje danych uczynków i docenić korzyści płynące z wybaczania.
  • Postaraj się spojrzeć na boląca cię historię z punktu widzenia winowajcy, by zrozumieć, dlaczego cię zranił. Pamiętaj, że ludzie, którzy atakują innych, zwykle sami przepełnieni są strachem lub bólem.
  • Napisz list ze słowami przebaczenia. Szczegółowo opisz, jaka spotkała cię krzywda, a następnie wyraźnie zaakcentuj słowa przebaczenia. Wysyłanie listu nie jest konieczne – już sam akt pisania łagodzi gniew i żal.

3. Bądź życzliwy

Każdy z nas od dzieciństwa słyszał, że bycie życzliwym i współczującym to nasz moralny obowiązek. Dzisiejsi psychologowie dodają do tego nowy aspekt: udowodniony naukowo fakt, ze życzliwość okazywana innym czyni nas szczęśliwszymi i bardziej zadowolonymi z życia. Sonja Lyubomirsky, amerykańska psycholożka rosyjskiego pochodzenia, w książce „Wybierz szczęście” przekonuje, że, aby wyraźnie poprawić samopoczucie, akty dobroci trzeba jednak znacznie zintensyfikować. Co więcej, sposoby okazywania życzliwości warto różnicować. Pierwsza wpłata kilku złotych na cele charytatywne może uskrzydlić; przy dziesiątej nie zauważymy już tego efektu. Co nie oznacza, że powinniśmy zaniechać datków – najważniejszy jej oczywiście aspekt altruistyczny. W czynieniu dobra warto jednak wykazać się pewna kreatywnością – także we własnym interesie.

Jak to zrobić?

  • Rozejrzyj się wokół. Może starsza sąsiadka potrzebuje pomocy w dźwiganiu zakupów na wysokie piętro? Może znajoma z dwójką małych dzieci doceniłaby, gdyby ktoś zabrał je na chwile na plac zabaw? Może warto byłoby wpłacić drobna darowiznę na szczytny cel, uśmiechnąć się do strapionego współpasażera w autobusie, zapytać o samopoczucie koleżankę z pracy? Możliwości są niezliczone, a akty dobrej woli wcale nie musza być skomplikowane.

4. Pracuj nad relacjami

Człowiek jest istota społeczną, a tym, co kształtuje go w najwyższym stopniu są silne i pozytywne relacje z otoczeniem. Dzięki nim otrzymuje wsparcie w trudnych chwilach, a badania potwierdzają, że nie ma lepszego sposobu na zmierzenie się z kłopotami, niż dzielenie się nimi z bliskimi osobami. Naukowcy zaobserwowali także cechy wspólne najdłużej żyjących ludzi na ziemi – większość z nich zgodnie podkreśla, ze rodzina i przyjaciele znajdują się na szczycie list ich priorytetów.

Jak to zrobić?

  • Zaoferuj bliskim swój czas. Dbaj o chwile spędzone z partnerem, dziećmi, przyjaciółka; upewnij się, ze są one regularne i niczym niezakłócone. Pielęgnuj rytuały: cotygodniowy obiad u rodziców, comiesięczny wypad do kina z mężem, wieczorne czytanie bajek maluchom.
  • Wyrażaj podziw i pozytywne emocje. Pomyśl, jaki rezultat mógłbyś osiągnąć, naśladując rzeźbiarzy, którzy wydobywają niezwykłe formy z bezkształtnego bloku marmuru. Nie bez powodu w psychologii działania polegające na poszukiwaniu tego, co najlepsze w drugim człowieku, nazywamy efektem Michała Anioła. Nasze zachowania i komunikaty przekazywane bliskim znacząco wpływają na ich postępowanie i pozwalają wydobyć na wierzch ich najwspanialsze cechy, motywując do samodoskonalenia.
  • Dbaj o komunikację. Wsłuchuj się w to, co mówi bliska osoba; jak najczęściej okazuj empatię, zainteresowanie i troskę zarówno jej radościami, jak i smutkami. W trakcie spotkania skupiaj cała uwagę na rozmówcy, nie przerywaj i powstrzymaj się od osadów. Możesz natomiast sprawdzać, czy słusznie interpretujesz jego słowa, np. pytając: „Czy dobrze rozumiem, że...?”. Dzięki temu w rozmówcy wytworzy się poczucie akceptacji, a to przełoży się na wzmocnienie waszej relacji. – Bądź szczery i otwarty. Nasi bliscy nie mają obowiązku zgadywać, czego potrzebujemy; ich miłość do nas nie oznacza umiejętności czytania w myślach. Pamiętaj, że jedyną osobą odpowiedzialną za wyrażenie swojego zdania i potrzeb jesteś ty sam.

5. Zmień narrację 

Jak pisze światowej sławy psycholog, prof. Martin E.P. Seligman, optymistę spotyka w życiu tyle samo niepowodzeń i tragedii, co pesymistę. Odróżnia ich natomiast styl wyjaśniania sobie tych wydarzeń. „Każdy ma swój mur, każdy kiedyś dochodzi do punktu, w którym ogarnia go zniechęcenie. To, co robisz, kiedy napotkasz na ten mur, wyznacza różnicę miedzy bezradnością a zaradnością, miedzy porażką a sukcesem” – pisze Seligman w książce „Optymizmu można się nauczyć”. Podkreśla, że zarówno optymizmem, jak i pesymizmem warto posługiwać się jak narzędziem, zamiast poddawać im się i stawać ich niewolnikiem. Niebezpieczne dla naszego zdrowia psychicznego jest zwłaszcza zbytnie przywiązanie do narracji pesymistycznej (w tym choćby popularnych sformułowań: „mam pecha”, „jestem do niczego”, „zawsze tak jest”), charakteryzujący się przekonaniem, że to, co niepomyślne, ma przyczyny o stałym charakterze i spowodowane jest naszymi wadami oraz ograniczeniami. W efekcie oczekujemy samych złych zdarzeń i utwierdzamy się w przekonaniu, że nie możemy im zapobiec. Badania potwierdzają, że pesymiści mają mniejszą odporność na choroby i, statystycznie, rzadziej osiągają sukcesy w pracy.

Jak to zrobić?

Martin Seligman jest przekonany, że każdy z nas może nauczyć się być optymistą, opanowując specjalny zestaw technik poznawczych. Ich zastosowanie pozwoli nam postrzegać własne niepowodzenia i sukcesy przez rodzaj filtru, który może stać się zwyczajem myślenia o sobie samym i o świecie.
  • Kiedy spotyka cię jakieś niepowodzenie, jego przyczyn upatruj w zjawiskach przejściowych (złym samopoczuciu, chwilowej niedyspozycji) i zewnętrznych. Spróbuj wytłumaczyć sobie, że spotkał cię nieszczęśliwy, ale chwilowy zbieg okoliczności, który ma swój początek i koniec.
  • W trudnych chwilach zapisz na kartce główne elementy wewnętrznego dialogu, jaki prowadzisz ze sobą odnośnie do przezywanego niepowodzenia. Wykorzystaj schemat zwany TPS: Trudność (co cię martwi, z jaką przeszkoda się borykasz, np. kłótnia z partnerem, problem finansowy), Przekonanie (dlaczego twoim zdaniem dany problem zaistniał?), Skutek (uczucia i reakcje, które problem w tobie budzi). Następnie przyjrzyj się, jakie przekonania wywołują nieprzyjemne skutki w postaci negatywnych emocji, które paraliżują twoje działania mogące prowadzić do rozwiązania problemu.
  • Rozpoznawszy negatywne emocje pojawiające się w trudnych sytuacjach, zastosuj techniki behawioralne mające odwrócić twoją uwagę od przekonań pesymistycznych. Kiedy pojawia się niedobra myśl, możesz tupnąć i krzyknąć „stop!”, uszczypnąć się, uruchomić alarm w telefonie. Następnie odrocz zajmowanie się negatywnymi myślami, omawiając się z sobą, że pozwolisz im się pojawić w określonym czasie (np. miedzy 19 a 20 wieczorem).
  • Kwestionuj swoje myśli i przekonania, starając się od nich zdystansować. Pamiętaj, że są tylko interpretacją rzeczywistości, a nie samą rzeczywistością, zaś proces myślenia nie odbywa się w sposób automatyczny – możesz swoje myśli analizować i zmieniać. Zadaj sobie pytania: Na jakich dowodach oparte jest moje przekonanie względem przyczyn danego problemu? Czy wziąłem pod uwagę wszystkie możliwe przyczyny tego stanu rzeczy? Do czego prowadzi mnie moje przekonanie i jakie mam z niego korzyści?
Weryfikując w ten sposób swoje założenia, zwykle zaczynamy widzieć rzeczywistość jako łagodniejszą i bardziej przyjazną. Odczuwamy ulgę i wzrost chęci do aktywnego pokonania trudności.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Optymizmu można się nauczyć

Rozglądajmy się za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. (Fot. Getty Images)
Rozglądajmy się za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Optymista lepiej sobie radzi ze stresem, mniej choruje, jest lubiany, ma większą szansę na sukces. Lepiej też znosi porażki. Ma poczucie wpływu na wydarzenia. Człowiek pozytywnie nastawiony do świata wie, że wszystkie uczucia są potrzebne, nie boi się nawet tych trudnych, jak strach i rozpacz.

Optymizm to postawa, która powoduje, że człowiek się podnosi ze wszystkich dołków i upadków, odradza jak Feniks z popiołów. Coś się popsuje, popłaczemy, poprzejmujemy się, a potem powiemy sobie: „No dobra, trzeba się zabrać do sprzątania”. A jeżeli coś stracimy, to wiemy, że dzięki tej stracie zrobiło się miejsce na coś nowego. W optymizmie kryje się zaufanie do siebie i do życia. Choć ma on też swoje zagrożenia, jeśli jest bezrefleksyjny, może się na przykład wiązać z podejmowaniem zbyt dużego ryzyka. Ta postawa jest związana z tym, jak sobie wyjaśniamy świat. Budują ją nawyki i wzory myślowe. Buduje ją przekaz, jaki dostaliśmy w dzieciństwie, ale też inteligencja emocjonalna. Bo inteligencji emocjonalnej bliżej do optymizmu niż do pesymizmu. Optymista lepiej sobie radzi ze stresem, mniej choruje, jest lubiany, ma większą szansę na sukces. Lepiej też znosi porażki. Ma poczucie wpływu na wydarzenia. Nie przewiduje nieszczęść, choć wie, że mogą się zdarzyć. To postawa bardziej racjonalna, przecież koncentrowanie się na trudnościach i zagrożeniach nic nie daje. Optymista wie, że wszystkie uczucia są potrzebne, nie boi się nawet tych trudnych, jak strach i rozpacz. Straty, przemijanie – dla pesymisty to koszmar, a optymista wie, że starość jest nieuchronna, ale przecież zdąży się nacieszyć życiem. Śmierć jest dla niego zwieńczeniem, a nie klęską życia. Szkoda, że naszą cechą narodową jest pesymizm, a nie optymizm, często szukamy ukojenia w narzekaniu, które przynosi tylko chwilową ulgę.

Na optymizm wpływają też temperament, biologiczne skłonności. Jednak nie jesteśmy na te predyspozycje skazani. Wszyscy możemy dążyć w stronę optymizmu, choć niektórym przychodzi on łatwiej.

Miałam świadomość, w których momentach mojego życia decydowałam, jaką postawę wybieram. Na przykład: ryczałam naprawdę głośno z powodu jakiegoś czarnego dołka i sąsiadka z góry zadzwoniła z pytaniem, czy nie potrzebuję pomocy. To było bardzo kochane, podziękowałam i wytłumaczyłam jej, że czasem będę tak sobie płakać, bo mi to pomaga, ale gdyby potrzebna była mi jej pomoc, to popukam szczotką w sufit. Spytałam, czy mój płacz jej przeszkadza. Powiedziała, że nie i że teraz już będzie wiedziała. Superkobieta. To było moje pierwsze własne mieszkanie, poczułam wtedy, jak fantastyczne jest to, że mam się gdzie wypłakać i że te moje emocje są przecież chwilowe.

To podejście optymisty: „Bywa mi paskudnie, ale co jakiś czas musi tak być, wiem, że to prędzej czy później minie”. Optymista wie, że wszystkie uczucia mijają. Ja mówię tak: „Złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca”. Pesymista mówi: „Dobre zawsze mija, a złe zawsze wraca”. To ja wybieram, w co chcę wierzyć. Chcę dać priorytet dobremu, więc daję. Optymizmu można się nauczyć, nawet jest książka Martina Seligmana o takim tytule. Rozglądajmy się też za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. Jeśli chcemy. Ja swój optymizm, czyli moją filozofię życiową, przekazuję podczas terapii.

Zdarza się, że psychologia pozytywna staje się rodzajem politycznej poprawności, nie daje przyzwolenia na wyrażanie tych uczuć, które uważamy za złe. Choremu na nowotwór mówimy: „Myśl pozytywnie”. Ale uczucia, których nie wyrażamy, magazynują się w nas, rosną. Optymizm trzeba odróżniać od myślenia życzeniowego. Lepiej uważać z terminem „potęga pozytywnego myślenia”. Bo za przekonaniami musi iść działanie, same afirmacje nie wystarczą. Optymizm to zgoda na to, co jest. Także na cierpienie. Spotykają nas różne rzeczy, czasem bolesne i trudne. Na tyle, na ile umiemy, unikamy tego, czego nie chcemy, i wpływamy na to, na co możemy wpływać. Jestem optymistką, ale to nie znaczy, że nie mam takich stanów, że mi się nic nie chce albo jestem rozczarowana życiem czy ludźmi.

Pesymista próbuje uniknąć przykrych doświadczeń czy zła, a przecież tego całkowicie nie da się uniknąć. Zamiast żyć pełnią, zatruwa się strachem, dopóki wydarzenia, których się boi, się nie pojawią. Strategia: nie będę miała dużych oczekiwań, a więc nie będę miała dużych rozczarowań, nie uchroni od cierpienia. Chcę wam podarować ważne dla mnie przekonanie: Życie jest długie i wszystko w nim się zmieści!

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Psychologia

Przychodząc z pomocą innym, tak naprawdę pomagamy też sobie. Co daje altruizm?

Większość z nas ma problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. (Fot. Getty Images)
Większość z nas ma problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
To, oczywiście, dobrze, że odrobiliśmy lekcję dbania o to, co prywatne i intymne. Że nauczyliśmy się asertywności i zdrowego egoizmu. Ale czy skupianie się wyłącznie na sobie prowadzi do szczęścia?

To, oczywiście, dobrze, że odrobiliśmy lekcję dbania o to, co prywatne i intymne. Że nauczyliśmy się asertywności i zdrowego egoizmu. Ale czy skupianie się wyłącznie na sobie prowadzi do szczęścia?

Daniel Goleman, słynny amerykański psycholog, autor książek o różnych rodzajach inteligencji, twierdzi, że kręcenie się „wokół własnego ogona” nie tylko nie daje szczęścia, ale wręcz je zabija. W książce „Inteligencja społeczna” pisze: „Skupianie się na sobie zabija empatię, nie mówiąc o współczuciu. Kiedy koncentrujemy się na sobie, nasz świat się kurczy, bo nasze problemy i zaabsorbowanie nimi przesłaniają wszystko inne. Kiedy natomiast skupiamy się na innych, nasz świat się powiększa. Nasze własne problemy odsuwają nas na peryferie umysłu, przez co wydają się mniejsze, wzrasta natomiast nasza zdolność do łączenia się z innymi”.

Większość z nas ma jednak problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. Zwłaszcza teraz, w czasach kryzysu, gdy dookoła las takich rąk. Nie wiemy na przykład, jak odróżnić prawdziwie potrzebującego od tego, kto wyłudza. Jak pomagać, a jednocześnie się nie narzucać? Czy wspierając kogoś, nie uczymy go także bezradności?

Ale problem mamy także z reagowaniem w nagłych wypadkach, w sytuacjach zagrożenia, w których trzeba wybierać między pomocą drugiemu człowiekowi a naszym życiem. Gdzie leży granica między odruchem serca a heroizmem? Kiedy interweniować, a kiedy brać nogi za pas?

Kilka lat temu tocyzła się na ten temat dyskusja wywołana orzeczeniem komisji etyki Polskiego Związku Alpinistycznego w sprawie tragicznego wypadku podczas zimowej wyprawy himalaistów na Broad Peak. Dyskusja pełna osądów i moralizowania. Mnie natomiast o wiele ważniejsze wydaje się zrozumienie, dlaczego niektórzy ludzie nie zostawiają drugiego człowieka w potrzebie, bez namysłu rzucają się za nim w ogień, skaczą do wody, angażują w działania charytatywne, a inni nie.    

Niewiedza wielu

Seminarium duchowne w Princeton. Trwa właśnie egzamin z głoszenia kazań.  Połowa z 40 egzaminowanych kleryków ma za zadanie odnieść się do tematów wybranych na chybił trafił z Biblii, druga połowa – do przypowieści o dobrym Samarytaninie, który – jak wiadomo – udzielił pomocy leżącemu przy drodze rannemu, obojętnie mijanemu przez rzekomo pobożnych ludzi. Na wygłoszenie kazania przewidziany jest ściśle określony czas. Egzaminowani zgromadzeni są w pokoju, z którego co 15 minut jeden z nich idzie do sali egzaminacyjnej. Droga prowadzi obok wejścia, przy którym leży jęczący z bólu człowiek. Klerycy nie wiedzą, oczywiście, że biorą udział w eksperymencie. Jak reagują? 24 przechodzi, nie zwracając uwagi na jęczącego. Przy czym ci, którzy przygotowywali kazanie na podstawie przypowieści o dobrym Samarytaninie, nie są ani na jotę bardziej przejęci chorym. Spośród tych, którzy myśleli, że mają mało czasu, zatrzymał się tylko jeden, natomiast spośród przekonanych o tym, że nie muszą się spieszyć, pomoc zaproponowało sześciu.

Jak pokazuje ten eksperyment, opisany potem w wielu pracach z dziedziny psychologii społecznej, o odruchu serca, zwanym uczenie altruizmem, decyduje między innymi czas konieczny do tego, żebyśmy mogli nie tylko zauważyć czyjeś potrzeby, ale i „dostroić się” do nich.

Co jeszcze popycha nas do reagowania? Zaangażowanie innych ludzi. Okazuje się, że bardziej jesteśmy skłonni przyjść z pomocą wtedy, gdy ktoś już tej pomocy udziela. Na przykład chętniej przyłączamy się do akcji charytatywnej, w której bierze udział dużo osób, bardziej zdecydowanie reagujemy na czyjąś krzywdę, gdy wcześniej już ktoś zareagował. Ale uwaga! Obecność innych może czasem utrudnić podjęcie decyzji o udzieleniu pomocy. Jak zauważa profesor psychologii społecznej Wilhelmina Wosińska, w sytuacjach wymagających od nas zaangażowania staramy się zachować zimną krew, bo nie chcemy wyjść na głupka albo być posądzonymi o panikowanie. Dlatego przyglądamy się, co robią inni, a oni kątem oka obserwują nas. Wszyscy nawzajem utwierdzamy się w przekonaniu, że sytuacja nie wymaga interwencji, że wszystko jest pod kontrolą i tak naprawdę ignorujemy zagrożenie. Takie zachowania nazywane są w psychologii „niewiedzą wielu”.

Formy i normy

Z kolei według psychologów ewolucyjnych (mi. in. Davida M. Bussa) pomagamy dlatego, żeby ocalić gatunek, w czym zresztą jesteśmy bardzo podobni do zwierząt. Rzucamy się na pomoc najpierw tym, którzy mają najwięcej podobnych genów, a więc dzieciom, rodzicom, rodzeństwu, a dopiero później wujom, ciotkom, kuzynom. Obcych ratujemy na końcu, i tak jest we wszystkich kulturach. Jednak w Ameryce gotowość do przyjścia z pomocą komuś nieznanemu jest zdecydowanie większa niż na przykład w Chinach. Dlaczego? Ponieważ w kulturach zachodnich podział na swoich i obcych jest bardziej rozmyty (tam przyjezdny szybko może stać się jednym z nas) niż w społecznościach zamkniętych na inne kultury czy religie.  

Spieszymy z pomocą także dlatego, że tak nakazują normy społeczne, tego nas się uczy, za to nagradza. Właściwie nie ma na świecie społeczeństwa, które nie ceniłoby takich postaw. Wynikają one – z grubsza rzecz ujmując – z respektowania dwóch rodzajów norm społecznych: normy wzajemności i odpowiedzialności za słabszych.

Pierwsza nakazuje odwdzięczać się za przysługi, jakie wyświadczyli nam inni. To strategia niezwykle opłacalna z punktu widzenia interesu danej grupy. Bardziej prawdopodobne jest bowiem przetrwanie danej społeczności, jeśli jej członkowie nawzajem wymieniają się jakimiś świadczeniami. I po drugie – norma ta ma charakter edukacyjny, bo pokazuje, że warto pomagać choćby dlatego, że gdy sami znajdziemy się w potrzebie, możemy liczyć na wzajemność. Takie praktyki wprost rozkwitały za komuny, kiedy to wszyscy usiłowali wymieniać się towarami, do których mieli dostęp. Na przykład pani z mięsnego załatwiała kierowniczce kina kilo schabu, a kierowniczka odwdzięczała się jej biletem na film.

W plemionach zamieszkujących zachodnią Kanadę mocno trzyma się tradycja wydawania wielodniowych hucznych przyjęć, na które zaprasza się mnóstwo gości, a oni potem rewanżują się tym samym. W rezultacie tego obyczaju dezorganizuje się życie całych miejscowości, często dochodzi do łamania prawa. Dlatego władze Kanady zakazały takich praktyk. Jak się okazało, bezskutecznie, bo organizowanie przyjęć zeszło do podziemia, tak silna jest potrzeba odwzajemniania zaproszeń i uzyskiwania z tego tytułu społecznego uznania. Ten obyczaj przypomina jako żywo polską weselną tradycję, która nakazuje: postaw się, a zastaw się, spłukaj do cna, ale zaproś całą wieś. Po co? No właśnie po to, aby odwdzięczyć się za to, że wcześniej nas zaproszono, albo zapracować na zaproszenie w przyszłości.

Norma odpowiedzialności za słabszych już na takiej wzajemności się nie opiera. I nic dziwnego – ludzie, którym pomagamy – chorzy, biedni, słabsi – nie mają nic do dania poza wdzięcznością. Ale, co ciekawe, choć norma ta jest odwieczna, uniwersalna, to często jej nie respektujemy. Oto w czasie spaceru w parku widzimy mężczyznę, który słania się nogach, a potem upada. Nie udzielamy mu pomocy, ponieważ z góry zakładamy, że jest pijany.

Profesor Wilhelmina Wosińska konkluduje: To, czy weźmiemy na siebie odpowiedzialność niesienia pomocy, zależy od wyjaśnienia przyczyn, dlaczego ktoś znalazł się w trudnej sytuacji. Może to jego wina albo mu się nie chce. Dość łatwo wtedy o zwolnienie się z odpowiedzialności.   

Zaczyna się od empatii

Czasem podchodzimy do pomagania jak do każdej innej transakcji ekonomicznej opartej na strategii: minimum kosztów, maksimum zysków. Zastanawiamy się wtedy, czy przewidywane nagrody przewyższają włożony wysiłek. Takiej kalkulacji – jak pokazały badania amerykańskiej socjolog Jane Allyn Piliavin – dokonują nawet krwiodawcy, stawiając na jednej szali stratę czasu, dyskomfort, a na drugiej – uznanie społeczne, dobre mniemanie o sobie.

Co zatem takie zachowanie ma wspólnego z altruizmem, definiowanym jako działanie podjęte wyłącznie z myślą o drugiej osobie, a nie dla zdobycia zewnętrznych czy wewnętrznych nagród? Część socjologów twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak „czysty altruizm”, ponieważ za wszystkimi reakcjami prospołecznymi kryje się jakaś korzyść, czasem nieuświadomiona. Ich zdaniem działania altruistyczne są tak naprawdę egoistyczne. Profesor Robert B. Cialdini, autor świetnej książki „Wywieranie wpływu na ludzi”, uważa, że nawet współczucie, czyli dostrojenie się do uczuć i emocji drugiej osoby, nie jest czystym altruizmem, tylko strategią obliczoną na jakieś korzyści.

Inni badacze postaw społecznych dowodzą z kolei, że to właśnie empatia warunkuje reakcje altruistyczne. Amerykański psycholog społeczny Daniel Batson poparł tę hipotezę słynnym, ale brutalnym eksperymentem. Otóż badanym studentom nakazano obserwowanie koleżanki, którą poddano elektrowstrząsom. Dziewczyna z trudem to znosiła, więc poproszono kolegów, aby ją zastąpili. Połowie powiedziano, że jeśli tego nie zrobią, to i tak będą musieli pozostać w laboratorium i dalej przyglądać się cierpieniu koleżanki. Pozostali mogli opuścić pomieszczenie, co też skwapliwie uczynili. Ale co ciekawe – gdy studentom z obu grup powiedziano, że ich koleżanka przeżyła w dzieciństwie tragedię, czyli gdy wzbudzono w nich empatię, niemalże wszyscy studenci gotowi byli ją zastąpić.

Wniosek? Empatia prowadzi do altruizmu, powoduje, że zapominamy o własnym komforcie, że skupiamy się na potrzebach drugiej osoby. Według wielu badaczy to klucz do zachowań altruistycznych. Nakazuje zatrzymać się i zareagować nawet w sytuacji zagrożenia swojego życia. Stanowi sedno tak zwanej osobowości altruistycznej. Skąd bierze się taka postawa? Jak wynika z badań nad bliźniakami jednojajowymi wychowywanymi osobno oraz dwujajowymi wzrastającymi w tym samym domu, aż połowa cech altruistycznych jest wrodzona! Ale jest jeszcze druga, którą na szczęście da się kształtować w procesie wychowania.

Nasz mózg nie znosi cierpienia innych

Psycholog Jarosław Przybylski uważa, że zachowań altruistycznych można się nauczyć: – O tym, czy obchodzi nas los innych, decydują wzorce wyniesione z domu. Przy czym nie chodzi tu bynajmniej o wzorce deklaratywne, o wpajanie teorii, ględzenie, że trzeba być wrażliwym na krzywdę innych i temu podobne gadki. Chodzi o praktyczne działanie, o żywy przykład. Dziecko od najmłodszych lat obserwuje bowiem, jak rodzice odnoszą się do ludzi, zwłaszcza tych postawionych niżej od nich w hierarchii: do sprzątaczki, dozorcy, żebraka. Widzi, czy mama tak samo traktuje jego kolegów niezależnie od tego, czy pochodzą z bogatej rodziny, czy z biednej, czy dobrze się uczą, czy nie. Zachęcone przez tatę pomaga w zbieraniu ubrań dla sierot z domu dziecka, w przygotowaniu paczek świątecznych dla wielodzietnej rodziny z sąsiedztwa. I wszystkie te zdarzenia chowa w pamięci niczym w walizce, z której potem ma co wyciągać. Dlatego rodzice powinni już od najmłodszych lat aranżować sytuacje, w których dziecko może się wykazać drobnymi aktami pomocy na rzecz innych. Może to być sprzątanie podwórka, robienie zakupów chorej sąsiadce. Niezależnie od tego, czy dziecko pomaga dla zabawy, czy na poważnie, może to być dla niego świetna okazja do przekonania się, jak dużo można zrobić dla innych i jaki ma to też wpływ na nas, na nasze samopoczucie.  

Wilhelmina Wosińska przestrzega rodziców przed nagradzaniem za każdy dobry uczynek. Systematyczne nagradzanie powoduje, że pomaga się dla nagród, a nie dlatego, żeby komuś ulżyć. Nagrody powinno się oferować tylko od czasu do czasu, niepublicznie i w formie niematerialnej, na przykład pochwały. Tylko taka nagroda wzmacnia poczucie sensu robienia dobrych uczynków i prowadzi do uwewnętrznienia dobroczynności, która staje się głęboką potrzebą, a nie przymusem, robieniem czegoś, „bo tak wypada”. Jarosław Przybylski zauważa, że wrogiem postaw altruistycznych jest rywalizacja, na którą, niestety, stawia współczesna szkoła. Dzisiaj liczą się stopnie, wyniki testów, miejsca w rankingach. Tymczasem zamiast zagrzewać uczniów do rywalizacji, o wiele rozsądniej byłoby zachęcać ich do współpracy. Co z tego, że Jaś zajmie pierwsze miejsce w olimpiadzie z polskiego, skoro będzie przekonany, że nikt inny poza nim się nie liczy?

Chiński mędrzec Mencjusz już w trzecim wieku przed naszą erą napisał: „Wszyscy ludzie mają umysł, który nie może znieść widoku cierpienia innych”. Daniel Goleman twierdzi podobnie: nasz mózg został zaprogramowany na dobroć. Czyż nie dzieje się tak, że automatycznie przychodzimy z pomocą przestraszonemu dziecku, że chcemy uściskać kogoś, kto płacze? Wiele eksperymentów socjologicznych pokazuje związek między cierpieniem jednego człowieka a odruchem pomocy drugiego. A wszystko to za sprawą mózgu. Jak wynika z badań, kiedy odpowiadamy empatycznie na czyjeś cierpienie, aktywują się te same części mózgu, które biorą udział w doświadczaniu naszego własnego bólu.

Dlaczego zatem nie wszyscy pomagamy cierpiącym? Daniel Goleman twierdzi, że winny jest współczesny tryb życia: pośpiech, izolacja społeczna, odgradzanie się od „tych obcych”. To wszystko sprawia, że świat czekający na naszą pomoc jawi się nam niczym odległa obca wyspa, z którą nie czujemy żadnego związku. Afrykańczycy płynący na tratwach na Lampedusę w poszukiwaniu lepszego życia? Przez chwilę im nawet współczujemy, ale w najmniejszym stopniu nie odczuwamy ich krzywdy. Nas ich dramat nie dotyczy, bo rozgrywa się gdzieś daleko, nie mamy na to wpływu.

Czy aby na pewno? W dobie Internetu każdy może wyrazić swój głos w każdej sprawie. Możemy zaprotestować albo wysłać słowa poparcia. Wspomóc materialnie albo duchowo. Najgorsze, co możemy zrobić, gdy komuś dzieje się krzywda, to nie robić nic. W myśl duchowych teorii wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni na najgłębszym, kwantowym poziomie. Przychodząc więc z pomocą innym, tak naprawdę pomagamy też sobie. Ale nawet ujmując rzecz na wskroś realistycznie, można dostrzec, że gdy dajemy, wcale nam nie ubywa, a nawet wręcz przeciwnie, dużo przybywa, na przykład pomocy odwzajemnionej. Bo szczęście to dziwne uczucie – nie da się go przeżyć indywidualnie, do tego potrzebni są inni.

  1. Psychologia

Bałagan w głowie równa się bałagan w życiu. Jak uprościć życie? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. (Fot. iStock)
Minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Ganiamy z językiem na brodzie wykonując setki czynności, często całkowicie zbędnych. Namiastkę szczęścia znajdujemy kupując gadżety i sprzęty, które „trzeba mieć”. Przestrzeń się kurczy, długi rosną, a my biegniemy dalej, po więcej i lepiej… Czarne myśli się kłębią, życie wymyka z rąk, stres rośnie - jak żyć w tym bałaganie? Z Wojciechem Eichelbergerem rozmawia Joanna Wilgucka-Drymajło.

Często powtarzamy - „nie mam czasu”. Pasje? Spotkania ze znajomymi? Odpoczynek? Jakoś trudno to wcisnąć do grafiku, gdy jest tyle pracy. Co się z tym czasem dzieje? Czyżby doba się skurczyła, a może nam tak obowiązków przybyło? Doba nam się na pewno nie skurczyła, tylko obowiązków, pośpiechu i zamieszania lawinowo przybywa i obawiam się, że nadal przybywać będzie. Skoro więc nie możemy liczyć na to, że rzeczywistość się nad nami ulituje, to jedynym wyjściem i podstawowym zadaniem staje się walka z chaosem w naszej głowie. Bo tylko spokojna, jasna głowa umożliwi nam ustawienie priorytetów i pogodne nadążanie za przyspieszającym życiem. Jeśli nadal nie będziemy mieli ani chwili, ani sposobu, by uspokajać i ukierunkowywać nasz niespokojny, rozpędzony umysł, to nie usłyszymy własnych, istotnych potrzeb ani uczuć. W końcu całkowicie rozminiemy się z tym, co naszym życiu ważne.

W tym całym zagonieniu, w natłoku informacji - nie mamy raczej warunków do refleksji, rozliczenia się i poukładania sobie w głowie różnych spraw. Czy w tej sytuacji można stwierdzić, że nasz umysł zaczyna przypominać zagraconą szafę, w której trudno ustalić, co gdzie jest, że tworzy się jeden wielki chaos? Dobre porównanie. Bałagan w szafie, chaos na biurku, zagracone mieszkanie. Gromadzimy i kolekcjonujemy rzeczy, sprawy i zadania, którym nie jesteśmy w stanie sprostać, ani ich zagospodarować - a o cieszeniu się nimi możemy w ogóle zapomnieć. Robi się tego tak dużo, że coraz więcej odkładamy na później - a zaległości rosną, szafy pękają, półki się uginają. W końcu przytłaczają nas tak, że w głowach, sercach i 24 godzinach doby brakuje miejsca na cokolwiek nowego, świeżego, kreatywnego. Bezmiar niezałatwionych spraw więzi naszą uwagę i energię w przeszłości, a to gwarantowany smutek czy nawet depresja.

Nie sposób pędzić przez współczesne, pokręcone i skomplikowane życie, patrząc we wsteczne lusterko. To musi się skończyć jakąś kolejną kraksą. Uciekamy przed przeszłością, ale nie mamy gdzie uciec. Bo przyszłość też nie rysuje się różowo. Przerażające wyobrażenia o skutkach naszych zaniedbań i niedoróbek każą uciekać także przed przyszłością. Zakleszczeni pomiędzy smutkiem a strachem, nie mamy gdzie i jak się wyrwać, by złapać trochę luzu i oddechu. Tu i teraz nie istniejemy. Nie łapiemy kontaktu. Z nikim nie możemy się spotkać. Bo trzeba by wyhamować, rozejrzeć się, usłyszeć, poczuć. Kto ma na to czas? I jak to zrobić?

Jak taka sytuacja rzutuje na jakość naszego życia, na nasze zdrowie, finanse, relacje z bliskimi? Można mieć bałagan w głowie – a nie mieć go w życiu? Prawie zawsze bałagan w głowie równa się bałagan w szafie, na biurku, w domu - a także w życiu. A ten ostatni jeszcze bardziej nakręca bałagan wewnętrzny. Gonitwa smutnych, lękowych i agresywnych myśli wyzwala bezładne, często skrajne emocje - a te napędzają chaotyczne i destrukcyjne zachowania. W efekcie wzrasta ilość stresu i poczucie braku kierunku w naszych wyborach i działaniach. Błędne koło, które trudno przerwać. Bo stres - gdy staje się chroniczny - prócz zdrowia odbiera nam również możliwość dokonywania inteligentnych wyborów, a także możliwość doświadczania empatii i współczucia. (Za mało krwi dopływa do płatów czołowych mózgu.) To wystarczy, aby nasze relacje z ludźmi dramatycznie się pokomplikowały. Błędne koło stresu generując depresyjne, agresywne, złowrogie myśli i wyobrażenia - utrzymuje nas w narastającym napięciu. Bo ludzki organizm nie jest w stanie odróżnić realnego zagrożenia od wyobrażonego. W realu może być wszystko OK., lecz my i tak tego nie zauważymy.

Czyli potwierdza się przekonanie, że „Ludzie sami komplikują sobie życie”. Czy nie da się wyjść z tego błędnego koła? Na szczęście – da się. Pierwsza lekcja: odróżniamy myślenie od myślactwa". To pomoże zdystansować się nieco od rozgadanego jarmarku w naszych głowach. Myślenie to uporządkowany proces uruchamiany pytaniem czy wątpliwością, prowadzący do rozwiązania. Rozwiązanie kończy myślenie na dany temat. Myślactwo" jest bezładną, samoistną, bezcelową gonitwą myśli. Można je porównać do spamu, który zawala nam skrzynkę mailową. Kradnie czas i energię, których i tak za mało mamy na sprawy naprawdę ważne. By przestać zajmować się mózgowym spamem - myślami, które odciągają naszą uwagę od tego, co w tej chwili rzeczywiście się dzieje i na co mamy realny wpływ - potrzeba wyostrzonej uwagi i dyscypliny.

Gdy choć trochę się tego nauczymy, to umysł zacznie się urealniać i porządkować, jak regularnie sprzątany i resetowany komputer. Wtedy na jego przejrzystym i przestronnym ekranie ujrzymy sprawy naprawdę dla nas istotne. Zrozumiemy, że najważniejszą z nich - bo nadającą naszemu życiu barwę, wyrazistość i sens - jest uważne, świadome i zaangażowane istnienie we wszystkim, co się nam realnie przydarza. Zapragniemy skończyć z przenoszeniem niespełnionej przeszłości w przyszłość, z życiem pomiędzy smutkiem i lękiem, aby w końcu odzyskać kontakt z naszym upragnionym, realnym, prostym życiem - tu i teraz.

„Nic nie poradzę, no taki mam nawyk...” - z uporem maniaka powtarza wiele osób, tłumacząc w ten sposób swoje np. problemy ze zdrowiem wynikające ze złego odżywiania czy długi będące efektem nieprzemyślanych zakupów. Czy raz nabyty nawyk to wyrok do końca życia? Nie. Stosunkowo łatwo - jeśli się naprawdę do tego przyłożymy - możemy zmieniać nasze nawyki. Wystarczy przez 20 minut dziennie posiedzieć w spokoju, skoncentrować uwagę na oddechu, na jakimś harmonijnym dźwięku, na inspirującym symbolu/obrazie, albo na widoku kwiatu czy drzewa - do wyboru. I wtedy tylko patrzeć, tylko słuchać, tylko odczuwać. Te 20 minut to dla mózgu to samo, co resetowanie dla komputera. Uwolniony od nadmiernej, chaotycznej stymulacji umysł, zachowuje się jak pozostawione w spokoju szklane naczynie wypełnione wzburzoną, mętną wodą. Po jakimś czasie zanieczyszczenia opadają na dno, a woda robi się tak przejrzysta, że ku naszej ogromnej radości - można wreszcie zobaczyć przez nią świat. Wtedy to, co dla nas najważniejsze zostanie uświadomione, a szkodliwe nawyki ujawnią swoją szkodliwość z taką mocą, że wyzwolą ogromną, wewnętrzną, autonomiczną motywację i potrzebę zmiany. A to jest już połowa zwycięstwa. Umysł spokojny i prosty - poprowadzi nas prostą drogą do pożądanej zmiany.

Mówi Pan o tym, że warto dążyć do upraszczania swojego życia. Od razu przychodzi mi na myśl - „wyrzeczenia, rezygnacja, post”. Czy rzeczywiście może nam to przynieść jakąś korzyść? Czy sami się w ten sposób nie pozbawiamy czegoś istotnego, wartościowego? Wręcz przeciwnie - minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. No bo na czym polega minimalizm? Na tworzeniu przestrzeni i czasu, w których możemy coś zauważyć w szczegółach, doświadczyć głębiej, przyjrzeć się, wsłuchać, zrozumieć. A to wszystko składa się na smak życia. Podobnie niemowlakowi, lepiej się żyje, gdy ma w swoim kojcu jednego ukochanego misia, a nie 20 kolorowych, konkurujących ze sobą pluszaków - i nie wiadomo, którym się zająć. W końcu rozkojarzone dziecko dostaje napadu wściekłej histerii i wrzeszcząc. wyrzuca z kojca wszystko. Dzieci odruchowo wybierają jedną rzecz, którą chcą się zajmować. Warto brać z nich przykład. Potrafią zająć się na długo najprostszą sprawą, której wagi, piękna i znaczenie zabiegani dorośli nie widzą - np. przez pół godziny z uwagą i zachwytem przyglądać się kałuży, kamykowi, mrówce czy kwiatu. To pouczająca demonstracja wrodzonej człowiekowi potrzeby minimalizmu. Niestety z upływem życia zostaje ona zagłuszona wyuczoną - destrukcyjną dla życia - potrzebą posiadania jak najwięcej i stymulowania się na wszystkie możliwe sposoby jednocześnie.

  1. Styl Życia

Jak uprościć swoje życie? Po prostu

Im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Dominique Loreau, autorka kultowej „Sztuki prostoty”, twierdzi, że prostota uwalnia od uprzedzeń, ograniczeń oraz obciążeń, które nas rozpraszają i stresują. Dlatego jeśli miałabyś zrobić w tym roku tylko jedną rzecz ze swoim życiem, uprość je sobie.

Dominique Loreau, autorka kultowej „Sztuki prostoty”, twierdzi, że prostota uwalnia od uprzedzeń, ograniczeń oraz obciążeń, które nas rozpraszają i stresują. Dlatego jeśli chcesz zrobić ze swoim życiem tylko jedną rzecz - uprość je sobie.

DOM Niech będzie skromnie urządzony, a znajdujące się w nim przedmioty i meble funkcjonalne i piękne: powinny zaspokajać potrzeby ciała i oka. Pozbądź się wszystkich niedziałających sprzętów, niewygodnych krzeseł oraz sztucznych materiałów. Doceń monochromatyczność w kolorach. Dom powinien być miejscem odpoczynku, azylem w otaczającym nas świecie. Miej w nim tylko to, co jest ci niezbędne i co ci odpowiada.

CZAS Rób tylko jedną rzecz naraz. Codziennie wybierz się na półgodzinny spacer, rób sobie krótkie przerwy w pracy. Powoli odbieraj telefon. Naucz się mówić „nie” spokojnie i ze stanowczością. Nie bierz nadgodzin i nie pracuj w czasie wolnym. Bądź w pełni obecna w tym, co robisz. Unikaj rutyny: staraj się zmieniać co jakiś czas drogę do pracy czy to, co jesz na śniadanie. Ułóż harmonogram prac domowych, z podziałem na pomieszczenia i dni tygodnia. Rób listy zakupów. Oszczędzaj pieniądze – nie po to, by więcej wydawać, ale po to, by mniej pracować.

CIAŁO Twoje ciało jest twoim domem. Nie powinnaś zaniedbywać służących mu zabiegów na korzyść troski o innych. Odżywiaj się właściwie, ćwicz i wystarczająco dużo pij, wysypiaj się, myj czystą wodą i myśl pozytywnie. Wypracuj w sobie dyscyplinę codziennej prostej i łagodnej pielęgnacji. Poranną toaletę wykonuj tak, jakby to było ćwiczenie fizyczne.

JEDZENIE Złota reguła: by jak najdłużej zachować zdrowie i młodość, trzeba jeść mało. Inaczej organizm nie przyswoi w pełni składników z pożywienia. Jedz żywność świeżą i dobrej jakości. Staraj się też o przyjemne otoczenie i estetyczne podanie – jeżeli ich zabraknie, będziesz dążyła do tego, by zastąpić je większą ilością jedzenia. Jeść dobrze oznacza też jeść wytwornie, powoli, mieć szacunek do pożywienia i do swojego organizmu. Jedz, kiedy jesteś głodna, i smakuj każdy kęs.

UMYSŁ Jeżeli umysł jest przepełniony, nie możemy normalnie funkcjonować. Kiedy unikasz jednych myśli, robisz miejsce dla innych, a ponieważ negatywnymi myślami wyrządzamy sobie tyle samo krzywdy, co niezdrowym jedzeniem czy paleniem papierosów, wyćwicz w sobie nawyk powracania przed snem do miłych momentów dnia. Ćwicz się także w dystansowaniu się do myśli, nieutożsamianiu się z nimi. Unikaj stresu i nie rozmyślaj nad nękającymi cię problemami. Wystarczy, że znasz ich istotę, by umysł sam znalazł drogę do rozwiązania. Jak najczęściej medytuj, by oczyścić głowę, najlepiej rano, w odosobnionym miejscu.

RELACJE Zerwij bezowocne znajomości, zakończ te, które nie dają ci oparcia. W miłości nie bądź niewolnikiem drugiej osoby. Nie staraj się dostosowywać do niekomfortowych sytuacji i nie wymagaj od innych nadmiernej szczerości. Nie zmieniaj swoich planów, by zadowolić innych. Nie martw się, co pomyślą lub powiedzą na twój temat. Nie bądź osobą odpowiadającą oczekiwaniom innych, ale taką, którą sama chcesz być. Nie czuj się zakłopotana, gdy coś dostajesz, ale sama nie dawaj zbyt dużo. Zdobądź spokój płynący z przekonania, że wszystko, czego potrzebujesz, możesz osiągnąć sama. Mniej mów, więcej słuchaj. Nie krytykuj innych, bo w ten sposób tworzysz problem i umniejszasz swoją wartość. Zamiast zajmować się cudzymi wadami, zajmuj się swoimi, ale też nie zadręczaj się. Odnoś się do siebie z miłością, dzięki temu będziesz traktować innych z większym uczuciem. Wybaczaj dla własnego dobra. Nie próbuj zmieniać innych.

Dlaczego mniej znaczy więcej?

Według Dominique Loreau:
  • im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać,
  • kiedy mamy niewiele, tworzymy miejsce dla spraw najważniejszych,
  • życie wśród małej liczby rzeczy podwyższa jakość egzystencji,
  • nie skupiając się na nadmiarze, masz czas, by skupić się na sobie: dowiedzieć, jaka jesteś,
  • mając mniej, zostawiasz przestrzeń dla kreatywności,
  • twoje decyzje stają się instynktowne, twój styl ubierania bardziej elegancki, dom wygodniejszy, a terminarz mniej zapełniony.

  1. Psychologia

6 ćwiczeń, które pomogą ci dostrzec piękno świata

Póki zachwyt trwa, ty trwaj w nim. (Fot. iStock)
Póki zachwyt trwa, ty trwaj w nim. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
To od nas zależy, jak widzimy świat. Może budzić radość albo przerażać, w zależności od tego, czy kierujemy się miłością, czy lękiem. Oto ćwiczenia, która pomogą ci dostrzegać piękno w małych rzeczach.

1. Bądź jak dziecko

Kilkulatek nawet w kałuży dostrzeże tęczę, policzy kropki na biedronce, będzie przeżywać bajkowych postaci. Nie tłumi ani radości, ani szczęścia, ani też złości – dzieci są autentyczne, ale też otwarte. Uczmy się od nich zachwytu. Kiedyś też tacy byliśmy, ale w procesie socjalizacji przyswoiliśmy sobie wiele przekazów, które nas ograniczają, każą przystosowywać się do norm, budzą nieufność do świata. Luise L. Hay, nauczycielka rozwoju, mówi: Gdy dojrzewamy, przyswajamy sobie błędne idee i tracimy kontakt z wewnętrzną mądrością. Musimy więc uwolnić się od tych przekonań i powrócić do stanu czystości duchowej, w którym naprawdę siebie kochałyśmy. Musimy przywrócić cudowną niewinność życia i stopniowo odzyskać radość istnienia, tę samą, którą czuje dziecko w stanie zachwytu i zadziwienia.

2. Bądź uważna

Staraj się być w stu procentach obecna w tym, co właśnie robisz i przeżywasz. Bogusława M. Andrzejewska mówi: Cała sztuka polega na tym, by podczas czynności, które wykonujemy, dopuścić zachwyt do swojego umysłu. Samo to, że lubisz pływać w jeziorze, nic nie da, jeśli w trakcie nie skupisz uwagi na odczuwaniu przyjemności. Zamiast koncentrować się na tym, czy prawidłowo oddychasz i jak ruszasz nogami, skup się na odczuwaniu zachwytu pięknem wody, na cudzie słonecznego światła tańczącego na powierzchni, zmysłowej wspaniałości tego doświadczenia.

3. Prowadź dziennik zachwytu

Aby wszystkie wspaniałe momenty, których doświadczasz na co dzień, ci nie umknęły, kup piękny zeszyt i wpisuj do niego ważne i piękne momenty – przyda się w chwilach zwątpienia, zagubienia, zmęczenia czy zniechęcenia. Możesz też założyć blog i swoim zachwytem dzielić się z innymi.

4. Dbaj o szczegóły

Pij herbatę z porcelanowej filiżanki, nie chowaj jej na szczególne okazje. To ty decydujesz, kiedy jest wyjątkowa chwila. Otaczaj się ładnymi rzeczami, dbaj o przestrzeń, w której spędzasz czas – niech będzie estetyczna, wygodna, miła. Pisz pięknym długopisem, dobierz do obiadu ładną zastawę, wyrzuć z miejsca, w którym spędzasz dużo czasu, wszelkie szpetne, kumulujące negatywną energię przedmioty. Dbaj o to, jak pachniesz, jak wyglądasz.

5. Rozwijaj wrażliwość

Raz w tygodniu zadbaj o kontakt ze sztuką. Jeśli nie masz dostępu do filharmonii czy teatru, poświęć godzinę na rozwój kulturalny w domu – dzięki łączu internetowemu można przecież obejrzeć przedstawienie czy wysłuchać koncertu na własnej kanapie. Ważne, byś robiła to regularnie, i uczestniczyła w tym uważnie.

6. Delektuj się

Bądź doświadczanym przeżyciem, zjednocz się z nim. Dopuść je do siebie. Zatrzymaj chwilę w sobie, jak w stop-klatce aparatu – zadbaj, by zapamiętać każdy szczegół tego, co widzisz, jak się czujesz, jaki towarzyszy ci nastrój, zapach czy kolor. Póki zachwyt trwa, ty trwaj w nim.