1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak tworzyć od podstaw trwałe i dobre relacje z innymi?

Jak tworzyć od podstaw trwałe i dobre relacje z innymi?

fot.123rf
fot.123rf
Nawiązywanie relacji międzyludzkich to jedna z najważniejszych potrzeb naszego życia. Zaspokojona pozwala nam z radością i otwartością funkcjonować w społeczeństwie, pracy, rodzinie i wśród przyjaciół.

Bardzo często, już jako dzieci słyszeliśmy: bądź miły, uśmiechnij się. Nauczyliśmy się, że jeśli nie mamy ochoty uśmiechać się, a zależy nam na kimś, warto jest zmusić się do wykrzywienia twarzy…

Kiedy w moim gabinecie pojawia się klient, który ma problemem w kontaktach międzyludzkich, proszę go aby dokończył na trzy sposoby zdanie: ludzie to…

Jeśli wszystkie jego skojarzenia mają negatywny kontekst, wówczas przyglądam się, jakie zdarzenia w życiu tej osoby spowodowały ugruntowanie takich przekonań. Następnie, wychodząc poza schematy myślowe klienta, szukam dowodów na niesłuszność takich poglądów, na błąd w rozumowaniu, po to, aby przerwać destrukcyjny sposób postrzegania.

Nasze kluczowe myśli na temat innych ludzi są fundamentem, na którym możemy zacząć budować pozytywne związki w poszczególnych dziedzinach życia. Zawsze otrzymamy od innych to, na czym koncentrujemy naszą uwagą. Jeśli nie stworzymy nowych, korzystnych podstawowych przekonań lub metafor w tym zakresie, życie zacznie dostarczać nam coraz więcej przykładów, że mamy rację, a my staniemy się sarkastyczni, zamknięci w sobie, nieufni - w efekcie nieszczęśliwi.

Komunikacja

Kiedy stary wzorzec zastąpimy nowymi regułami, przychodzi czas na szczegółowe przyglądanie się naszym kontaktom z innymi… i tu napotykamy kolejną przeszkodę, jaką jest brak skutecznej komunikacji.

W relacjach interpersonalnych najważniejszymi elementami dla ludzi jest: poczucie bycia docenianym, kochanym i bezpiecznym. Kiedy, któryś z tych czynników zostaje zakłócony zaczynamy odczuwać dyskomfort, pojawia się chęć wycofania lub odwetu.

Na tym etapie pomocne jest nauczenie się schematu komunikacji – ja: widzę, czuję, potrzebuję.

Tu posłużę się przykładem: wieczorem wraca do domu wściekły mąż, trzaskając drzwiami mruczy złowrogo do siebie. Działając jeszcze na bazie starych przyzwyczajeń, mówimy podniesionym głosem: ,,(TY) zachowujesz się jak prostak, mam tego dosyć,,- oczywiście ten rodzaj reakcji spowoduje eskalacje napięcia między małżonkami i pogłębienie frustracji.

Stosując nowy schemat, powiemy: (JA) widzę, że jesteś zdenerwowany i trzaskasz drzwiami, (JA) czuję w związku z tym niepokój, (JA) potrzebuję abyś wyjaśnił, co się stało?

Chcę tym przykładem zwrócić uwagę, że warto nauczyć się porozumiewać, tak, aby ludzie czuli, że są dla nas ważni, ale z przestrzenią na otwarte wyrażanie naszych uczuć i potrzeb.

Chcę, żeby wszyscy mnie lubili

Kolejnym istotnym aspektem jest tendencja ludzi do niekorzystnego oceniania innych przy równoczesnym pragnieniu bycia ocenianym dobrze.

Niemożliwe jest bycie ocenianym dobrze przez wszystkich! Jeśli skupiamy się na tym, aby wszyscy postrzegali nas pozytywnie przestajemy być sobą.

Kiedy przychodzi do mnie klient z tego typu problemem zadaję mu pytanie: ,, jeśli chcąc podobać się wszystkim zmienisz się dla osoby x, ale zmieniony przestaniesz się podobać osobie y, co wtedy zrobisz? Żałuję, że nie robię zdjęć w oczekiwaniu na odpowiedź, bowiem na twarzy klientów maluje się wielkie zdziwienie.

Nie możemy podobać się wszystkim, mamy jednak wpływ na to, żeby ludzie w naszym otoczeniu czuli się szanowani. Kiedy słyszymy od innych obelgi typu: ,,jesteś głupi, nie masz racji, co za bzdury”,- czujemy się atakowani, budzi się w nas chęć obrony.  Proponuję w takiej sytuacji zabawę w ,,człowieka z klasą” tzn. zapanować nad starym nawykiem przemożnej chęci udowodnienia swojej racji i odpowiedzieć spokojnie: ,,rozumiem, że z punktu widzenia twoich doświadczeń to, co mówię to bzdury jednak moja wiedza na temat jest trochę inna”.

Unikajmy zdań, które oceniają, jeśli sami nie chcemy być oceniani.

Dajmy innym miejsce na wyrażenie uczuć. Warto mieć świadomość, że za agresją, złością i sarkazmem zawsze kryje się lęk, nie przypinajmy więc pochopnie naszym rozmówcom negatywnych etykietek. W zamian za to spójrzmy na nich ze zrozumieniem i współczuciem, ale nie litością.

Kiedy zadbamy, o to, aby nasze kluczowe przekonania na temat ludzi były przyjazne, nauczymy się komunikacji z innymi, przychodzi czas na przyglądanie się sobie, bowiem to jak traktujemy innych jest wypadkową oceny nas samych.

Człowiek z wysoką samooceną to taki, który sam ze sobą czuje się dobrze i inni czują się dobrze w jego towarzystwie. Kiedy mamy poczucie bycia kochanym, docenianym i ważnym to nawet gdy będziemy bardzo starali się być nieuprzejmi dla innych, po prostu nam to nie wyjdzie.

Zobaczmy zatem, czy nie stworzyliśmy zbyt wymagających i niemożliwych do zrealizowania reguł bycia kochanym i docenianym. Jak definiujemy te pojęcia? Co musi wydarzyć się abyśmy czuli się kochani i ważni?

Pamiętajmy, bez względu na to jak tragiczną mamy przeszłość, wystarczy z silnym postanowieniem i determinacją otworzyć się i skierować uwagę na wszystko, co najlepsze.

Jeśli chcesz być wyjątkowym szefem, wspaniałym przyjacielem, człowiekiem wyczekiwanym przez wszystkich? - Bądź uważny w rozmowie z innymi, nie bój się mówić o swoich słabościach, wyrażaj szczere uznanie dla swojego rozmówcy, wypracuj w sobie nawyk akceptacji odmiennego punktu widzenia, nie oceniaj, mów otwarcie o swoich potrzebach i uczuciach, zaakceptuj siebie takim, jaki jesteś, pozwól sobie i innym na popełnianie błędów, interesuj się autentycznie ludźmi, w uścisk dłoni wkładaj całe serce.

A oto recepta na porażkę w relacjach międzyludzkich, autorstwa Dale Carnagie: ,,Nigdy nie słuchaj nikogo dłużej niż tylko chwilę. Mów cały czas o sobie. Rozglądaj się w trakcie rozmowy. Jeśli przyjdzie ci coś do głowy i chcesz o tym powiedzieć, nigdy nie czekaj jak ktoś przestanie mówić. Wal natychmiast, przerywając rozmówcy w pół słowa. Znasz takich ludzi?”

Przeczytaj o kampanii społecznej „Wybieram dobre myśli”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dr Tomasz Sobierajski i jego prognoza dla społecznych relacji

Ilustracja: iStock
Ilustracja: iStock
Fala rozwodów, a może powrót do tradycyjnych ról w związkach? Solidarność czy jednak granie do własnej bramki? Większy szacunek dla lekarzy, a mniejsze uwielbienie dla piłkarzy? Jak zmieni nas pandemia jako społeczeństwo? Oto krótka prognoza socjologa dr. Tomasza Sobierajskiego.

"Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny który nas kształtował przez ostatnie 200 lat: przekonanie, że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas" - napisała Olga Tokarczuk. Jak myślisz, co zmieniło się w tym czasie i co jeszcze się zmieni w naszych relacjach?
Na pewno do tej pory żyliśmy w przeświadczeniu, że nasz dobrostan będzie tylko rósł. Okazało się, że to nieprawda. Zachodni, kapitalistyczny świat w ciągu kilku dni runął jak domek z kart, a dysproporcje pomiędzy bogatymi a biednymi jeszcze bardziej się pogłębiły.

Kto mógł się w tej sytuacji odnaleźć najlepiej?
Ludzie, których styl życia niewiele się zmienił, pracujący w samotności, jak pisarze, artyści czy malarze. A także ci, którzy mają duże pieniądze. Natomiast większość z nas żyła na średniej stopie, miała kredyty, zero oszczędności i była przyzwyczajona do funkcjonowania poza domem. Wydaje mi się też, że najtrudniej było się odnaleźć w tym zamknięciu rodzinom mieszkającym na małych przestrzeniach bez chociażby skrawka ogródka.

A co z osobami żyjącymi w pojedynkę? Przecież samotność jest odczuwalna niemalże tak samo jak ból fizyczny.
Samotność nie jest tożsama z byciem samemu, prowadzeniem pojedynczego gospodarstwa domowego. Czasem samotność może nam dużo bardziej dokuczać w domu pełnym ludzi. Przebywanie z bliskimi 24 godziny na dobę, w zamkniętej przestrzeni, bez możliwości oddechu i odsapnięcia – to jest niebywale trudne i wyczerpujące. Szczególnie kiedy w tym zamknięciu są z nami dzieci, i to te najmłodsze, którym nie da się jeszcze wielu rzeczy wytłumaczyć i które niesamowicie przejmują emocje swoich opiekunów, także niepokój i lęk. Na to nakładają się jeszcze fazy buntu dziecka.

Czy te ciężkie doświadczenia są w stanie nas czegoś nauczyć? Terapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska uważa, że cierpienie niczego nas nie uczy. 
Nie mam co do tego złudzeń, że większych – w rozumieniu globalnym – społecznych zmian po izolacji nie będzie. Jako ludzkość nie staniemy się lepsi. Po pierwsze, dlatego że trwało to za krótko. A po drugie, w większości wypadków jednak zbyt mocno nas nie przeczołgało. Szybko będziemy chcieli zapomnieć o tej traumie. Zmiany będą następować dopiero wskutek pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego.

Uważasz, że społecznie ta sytuacja nie jest w stanie nas niczego nauczyć? A jednak pierwszy raz to dotknęło nas wszystkich - bezpośrednio i namacalnie.
Z jednej strony ta sytuacja dotyczyła wszystkich, ale w różnym stopniu. Nie każdy stosował się do izolacyjnych zaleceń. Było wiele osób, które uważały, że wirus to kłamstwo i ktoś zarabia na tym pieniądze. Inni spędzali odosobnienie na wyciszeniu, jodze, opalaniu się na tarasie. W tym samym czasie jeszcze inni ludzie tracili pracę i dorobek życia. Nie byliśmy wcale równi i w tym samym stopniu poddani izolacji. Tak jak podczas powodzi jest ktoś, kto ma dom położony niżej i woda zabierze mu wszystko, tak problemem tego, który ma dom na górce, będzie jedynie zalana droga i to, że nie może przez kilka dni pojechać na zakupy.

Wydaje mi się, że generalnie jako Polacy nie potrafimy współpracować, każdy gra do własnej bramki. Obudzi się w nas poczucie wspólnoty?
Nie zgadzam się z tym, że nagle nastąpi przełom w świecie zachodnim i z kultury „ja” gładko przejdziemy do kultury „my”. Niemniej jako Polacy możemy być z siebie dumni, bo niejednokrotnie pokazywaliśmy, że jesteśmy skłonni do pomocy i współpracy. Jeśli coś w Polsce działa pod kątem społecznej solidarności, to tylko dzięki oddolnej pracy ludzi, a nie wsparciu państwa.

Wiele straciliśmy: pracę, wolność, sens, plany, cele, tożsamość, być może kogoś bliskiego. Jak się z tego podnieść i odnaleźć sens w tej sytuacji? 
Jestem zwolennikiem przeżywania żałoby. W sytuacji, w której dotyka nas trauma, powinniśmy dać sobie szansę na to, żeby odreagować. Niestety, świat sprzed pandemii negował żałobę. Uważano ją za nietaktowaną i niefajną. Trzeba było szybko stanąć na nogi, iść dalej, nie myśleć o tym, co złe, szukać nowej szansy, nowej drogi. Nie mogłem już tego słuchać. Przecież my, ludzie, składamy się z emocji. Jeżeli ktoś stracił pracę lub kogoś bliskiego, to mówienie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie można w takiej sytuacji powiedzieć. To tak, jakby powiedzieć drugiej osobie: „Nie liczę się z twoimi emocjami, z tym, co w tej chwili przeżywasz. Masz wziąć tyłek w troki i zacząć działać”. To jest nieludzkie! Mamy prawo przeżyć żałobę tak, jak chcemy. U jednych potrwa ona krócej, u innych dłużej. To jest nam bardzo potrzebne po to, żebyśmy z nowymi możliwościami, nową energią, nowym myśleniem weszli w kolejny moment życia.

Myślisz, że zmieni się nasz stosunek do dbania o zdrowie?
Pod kątem systematycznego dbania o siebie – nie sądzę. Nawet jeśli będzie już szczepionka na koronawirusa, znajdzie się mnóstwo osób, które nie będą chciały się zaszczepić. Za to docenimy pracę lekarzy, pielęgniarzy, psychologów, ale też kurierów, nauczycieli, artystów. Mniej będziemy cenić na przykład piłkarzy, którzy – jako grupa zawodowa – są w sytuacji pandemii i izolacji właściwie bezużyteczni.

Głodni bliskości rzucimy się do kontaktu z drugim człowiekiem - do kina, na spotkania, na które nie mieliśmy czasu? Czy raczej będziemy izolować się od innych z lęku?
To jest już kwestia osobowościowa, są ludzie, którzy będą jeszcze bardziej głodni dotyku i bliskości. Ale są też germofobicy, z dużym lękiem przed zarazkami, bakteriami, infekcją, którzy będą trzymać innych na większy dystans. Pojawiają się pomysły dotyczące tego, żeby zrezygnować z podawania ręki na powitanie. Nie uważam, że to dobry pomysł, to nasz kod kulturowy, a co ważniejsze, nasza normalność, do której będziemy chcieli jak najszybciej wrócić, żeby znów poczuć się bezpiecznie.

Jak to wszystko wpłynie na nasze relacje rodzinne? Rodziny z dziećmi będą się szykować na rok bez dziadków i grup wysokiego ryzyka w obawie o ich zdrowie?
Myślę, że medycyna przyjdzie nam z pomocą i nauczymy się reguł nowego wspólnego bycia. Ta sytuacja pokazała zresztą, że jesteśmy zwierzętami społecznymi. Inni ludzie są nam bardzo potrzebni do codziennego, higienicznego (w sensie psychicznym) funkcjonowania.

A jeśli chodzi o związki, wspominałeś o tym, że to właśnie rodziny miały teraz najcięższy czas. Sądzisz, że będzie więcej rozwodów, niż dzieci?
To, czy w związku pojawi się kolejne dziecko, zależy do tego, czy w domu jest już jakieś. Uważam bowiem, że funkcjonowanie w izolacji z maluchem jest najlepszym środkiem antykoncepcyjnym. Myślę, że będzie więcej rozwodów. Ale spróbujmy znaleźć w tym jakiś pozytyw. To, że małżeństwo się rozpada, zawsze jest przykre. Jednak na skutek tej izolacyjnej intensyfikacji przeżyć i spędzanego wspólnie czasu zły związek na pewno zakończy się szybciej. Dzięki temu ludzie nie będą się unieszczęśliwiać przez resztę życia.

Co z ludźmi w podwójnych związkach?
Podwójne życie nigdy nie ustaje, to głębsza, charakterologiczna kwestia. Oczywiście są czasem przykre sytuacje, jak w przypadku mojej znajomej, która ma męża i kochanka. Teraz jest w wielkiej rozpaczy, bo jeden i drugi zbankrutował... A jej głównym kryterium wyboru tych panów na towarzyszy życia była grubość portfela. Co za pech!

To idźmy dalej: jak to wpłynie na nasz sposób randkowania, Tindera i inne aplikacje?
Jeżeli ktoś tylko będzie chciał, to zawsze przeskoczy przez płot. Natomiast co na pewno się zmieni, to podejście do wykorzystania nowych technologii, które w izolacji podtrzymują więzi społeczne, a nie prowadzą do ich erozji, jak powszechnie uważano.

Sądzę, że ta sytuacja jeszcze mocniej pogłębi nierówności między płciami. Kryzys dotknie mocniej kobiety, to one opiekowały się słabszymi, rodzicami, dziećmi... Generalnie najbardziej dostanie się tym, którzy są niżej w hierarchii społecznej: kobietom, seniorom, migrantom, ubogim, osobom wymagającym wsparcia...
Ta sytuacja jeszcze mocniej uświadomiła mi, że tylko kobiety mogą zmienić nasz świat na lepsze. Nie ma innej drogi. Niestety, wyczuwam podobne tendencje jak i ty, czyli odgórne polityczne dążenie do cofnięcia ruchu emancypacyjnego kobiet o kilkadziesiąt lat. Być może to dobry moment na czwartą falę feminizmu? Dlatego potrzebujemy teraz niebywale silnej, solidarnościowej pracy kobiet i mężczyzn, żeby tak się nie stało.

Jak myślisz, co może być teraz tym nowym priorytetem, wartością dla społeczeństwa, zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn? 
Chciałbym, żeby izolacja spowodowała, że największą wartością staną się dla nas inni ludzie i relacje z nimi. Czyli to, o czym zapomnieliśmy w pogoni za pieniądzem. W czasie izolacji nasze rozmowy z bliskimi – rodziną, przyjaciółmi – wydłużyły się i nie traktujemy tego jako zmarnowanego czasu. Okazało się, że właśnie to daje nam największą siłę.

dr Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista z zakresu socjologii zdrowia, socjologii edukacji i wakcynologii społecznej.

  1. Zwierciadło poleca

Polityka dzieli, ale czy musi? Rozmowa z prof. Krystyną Skarżyńską

Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje
Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje "okoliczności łagodzących" dla politycznych sporów. (Fot. Forum)
Co może sprawić, że zamiast się kłócić albo unikać rozmowy, zdołamy się zrozumieć? Zaufanie? Szacunek? Podmiotowość? Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje "okoliczności łagodzących" dla politycznych sporów.

Polityka i sposób jej uprawiania na pewno wpływają na codzienne relacje międzyludzkie. Jak?
Nie mam prostej odpowiedzi na to pytanie. Związki między polityką a emocjami i zachowaniem się obywateli mogą być bardzo różne. Czy jest coś takiego, co widzą wszyscy (choć może inaczej interpretują, zależnie od sympatii i wiedzy o świecie)? Czymś dość powszechnie odbieranym jest ogólny klimat uprawiania polityki – jego dwie „wersje”: względny spokój, kompromis i włączanie do rozwiązywania problemów ludzi z różnych opcji politycznych albo walka z przeciwnikami politycznymi plus protesty różnych grup społecznych. Im bardziej przeciwnik staje się wrogiem i im bardziej rozszerza się krąg osób uznawanych za wrogów, tym wpływ polityki na relacje międzyludzkie, na funkcjonowanie instytucji publicznych, samorządów lokalnych, mediów staje się wyraźniejszy.

I ludzie zaczynają od polityki stronić?
Nie do końca. Polityka zaczyna wtedy dotykać wszystkich obywateli, także tych, którzy nie interesują się nią albo celowo chcą od niej uciec, bo wydaje im się brudna, niemoralna, zakłamana. Można próbować ograniczyć „pole rażenia” polityki, udając się na „emigrację wewnętrzną”, rezygnując z kariery zawodowej, uciekając w Bieszczady (wiele osób tak robiło w trudnych latach PRL), wyjeżdżając z kraju; ale niepokój czy poczucie straconych szans rozwoju, zmarnowanego talentu lub rozbicia rodziny – pozostają.

Wszyscy – chcąc nie chcąc – stajemy się „stronami konfliktu”.
Tak. Dodatkowo gdy jawna agresja słowna, groźby, fałszywe oskarżenia, odbieranie głosu stają się chlebem codziennym – następuje w społeczeństwie wzrost gotowości do posługiwania się agresją w codziennym życiu. „Ryba psuje się od głowy”: skoro władza nie kontroluje swoich wrogich emocji, a media bez oporu je multiplikują, to i ja, zwykły człowiek, też nie muszę uważać na to, co mówię i czy kogoś to boli.

Czy ten proces przekłada się także na relacje z najbliższymi? Polityka w agresywnym wydaniu może dotknąć rodzin?
Może. Ostry konflikt polityczny (zwłaszcza polaryzacja polityczna – podziały w wielu różnych sferach życia) może prowadzić albo do próby wyraźnej separacji od polityki przy rodzinnym stole i w małżeńskim łóżku, albo do gwałtownych kłótni, psujących relacje z bliskimi lub tylko świąteczny nastrój, a czasem powodujących zerwanie kontaktów na długie miesiące.

Bo taka wojenna dyskusja nie jest próbą przekonania do swoich poglądów, ale walką o udowodnienie racji.
Rzadko się zdarza – ale jednak jest to możliwe – spokojna rozmowa z żoną, ojcem czy teściową o tym, dlaczego bliska mi osoba ma tak różne od moich poglądy czy oceny danej partii. To nie jest prawda, że emocje zawsze blokują myślenie. Nowe badania przekonują, że gdy o sprawach wzbudzających emocje zaczynamy myśleć, odwołując się do własnych wartości i kryteriów moralnych, nasze myślenie jest logiczne i może doprowadzić do porozumienia. Moje „obserwacje uczestniczące” pozwalają dodać jeszcze jeden czynnik, od którego zależy, czy rozmowa osób o rozmaitych poglądach politycznych poprowadzi do rodzinnej kłótni,  czy do rozwoju: im w rodzinie więcej wzajemnego szacunku i uznawania podmiotowości każdego jej członka, tym mniejsze jest ryzyko podejmowania rozmów o polityce. Myślę, że tak jest nie tylko w rodzinie…

Także wśród przyjaciół i partnerów w pracy.
Od przyjaciół oczekujemy podobieństwa poglądów w ważnych dla nas  sprawach. Co więcej, im jakaś kwestia jest dla nas bardziej istotna, tym nawet niewielka odmienność poglądu przyjaciela staje się denerwująca, budzi niepokój. Często podejmujemy próbę przekonania przyjaciela do naszego stanowiska, wyolbrzymiając różnice, nawet sprowadzając je do absurdu. Przyjaciela to złości, rozstajemy się w gniewie, trudno potem o poważną rozmowę. To nie jest dobra strategia dla osiągnięcia konsensusu. Zwłaszcza wśród osób, dla których polityka i kwestie ideologiczne są bardzo ważne, stanowią część ich tożsamości.

A w pracy?
Tutaj też bywa różnie. Gdy konflikt polityczny między różnymi grupami społeczeństwa jest rozlany i wszechogarniający, pojawiają się tendencje faworyzowania „swoich” (przy okresowych ocenach, zleceniach ważnych i wysoko płatnych zadań, ustalaniu terminów urlopów itp.). Nie zawsze są to decyzje świadome, choć bywają i takie. Z drugiej strony – wiadomo, że środowiska wewnętrznie zróżnicowane (także pod względem orientacji politycznej) są bardziej twórcze niż środowiska jednorodne. Spojrzenie na rozwiązywany problem z różnych perspektyw światopoglądowych czy politycznych (np. lewicowej i prawicowej, liberalnej i konserwatywnej) często przynosi dobre efekty. Jednak wiele zależy od osobowości i kultury bycia współpracowników – czyli tak jak w rodzinie. Gdy w zespole jest osoba, która codziennie mówi o swojej orientacji politycznej czy preferencji partyjnej i podkreśla jej „wyższość moralną” – trudno o dobrą współpracę.

Dzisiaj jest już tak, że polityka staje się kwestią nie tyle poglądów, ile systemu wyznawanych wartości. Zgadza się pani z taką konstatacją?
W wielu kwestiach poglądy są wyrazem uznawanych przez daną osobę kryteriów oceny dobra i zła (czyli zasad moralnych). Ale czasem wypowiadamy poglądy, które nie są ich pochodną.  Są raczej wynikiem tego, że były często powtarzane w mediach lub przez ważną dla nas osobę, albo wyrażają nasze emocje.

Słowo „dialog” ma dziś jakąś wartość w rzeczywistości politycznej?
Wypracowywanie wspólnych stanowisk wobec konkretnych spraw jest możliwe przy spełnieniu pewnych warunków. Jednym z nich jest uważne słuchanie „drugiej strony”, brak pośpiechu, równe traktowanie wszystkich uczestników sporu (np. dawanie wszystkim tego samego czasu na prezentowanie stanowiska), korzystanie z wiedzy ekspertów. Badania psychologów z Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS, prowadzone kilka lat temu, pokazały, że nawet w tak spornych sprawach, jak sposób prowadzenia edukacji seksualnej w szkołach czy miejsce budowania osiedlowej spalarni śmieci, można dojść do porozumienia między ludźmi o skrajnie różnych poglądach na te tematy. Co więcej, nawet w tych grupach, w których nie doszło do uzgodnienia wspólnego stanowiska, uczestnicy debat nabrali przekonania, że warto dyskutować.

Żeby móc z kimś dyskutować sensownie, prowadzić dialog,  potrzebne jest zaufanie – trzeba ufać, że ktoś  nas nie oszuka.
Rola zaufania w życiu społecznym i w polityce to temat rzeka. Ale to nie jest kategoria polityczna, tylko psychologiczna, która dla polityki ma znaczenie i jest w polityce wykorzystywana.

Zaufanie w polityce to coś innego niż w zwykłym życiu?
Jest co najmniej kilka rodzajów zaufania: do bliskich (rodziny, przyjaciół, bliskich znajomych), zaufanie zgeneralizowane (czyli wyjściowa postawa wobec osób, których nie znamy osobiście lub mało znamy, wyrażająca się przekonaniem, że „ludzie w ogóle” zwykle są w porządku, nie mają intencji, by nas oszukać czy w inny sposób skrzywdzić – można więc im ufać), oraz zaufanie do instytucji publicznych (służby zdrowia, szkoły publicznej, administracji, sądów, policji, mediów, partii politycznych). Setki badań prowadzonych w różnych krajach świata wskazują, że zgeneralizowane zaufanie oraz zaufanie do takich instytucji publicznych, jak parlament, partie polityczne, wolne wybory, wiąże się z akceptacją zasad liberalnej demokracji przedstawicielskiej.

Czasami zaufanie zastępuje zrozumienie.
Tak, zaufanie i nieufność – ponieważ są często używanymi, a więc łatwo dostępnymi kategoriami myślowymi – często wpływają na postawy wobec takich ogólnych działań politycznych, co do których ludzie nie mają dużej wiedzy. Polityka prowadząca do wzrostu nieufności i polegająca na straszeniu społeczeństwa przynosi poważne skutki negatywne zarówno dla relacji międzyludzkich, jak i międzygrupowych i międzynarodowych. Daniel Bar-Tal wprowadził do psychologii termin „mentalność oblężonej twierdzy”. Pokazuje, jak emocja strachu, często pojawiająca się w publicznym dyskursie, wywołuje szeroko podzielane przekonania, które są destruktywne dla całego społeczeństwa.

Strach paraliżuje społeczeństwo i uskrzydla polityków...
Oczywiście! Utrwalone poczucie zagrożenia zawęża społeczną perspektywę. Prowadzi do oczekiwania przyszłych zagrożeń na podstawie zapamiętanych ( a czasem błędnie zinterpretowanych) doświadczeń, obniża trafność analizy teraźniejszości, koncentruje uwagę na zagrożeniach, dostrzega je na każdy kroku. Wzmaga to nieufność do potencjalnych przeciwników i w końcu prowadzi do przemocy wobec tych, których za zagrożenie uważa (choć realnych jego oznak nie ma). Politycy nie mogą społecznych zagrożeń lekceważyć, ale nie powinni ich eskalować. Budowanie nadziei społecznych nie polega na myśleniu życzeniowym i nierealistycznym optymizmie polityków; raczej wymaga przedstawiania atrakcyjnych i realistycznych programów osiągania ważnych dla społeczeństwa celów. Niestety, politycy często mają tendencję uważać, że ich osobiste marzenia i cele są powszechnie podzielane. Im dłużej są przy władzy, tym silniej są o tym przekonani.

Krystyna Skarżyńska, prof. dr hab., psycholożka, pracuje w SWPS, zajmuje się postawami wobec agresji w życiu publicznym, rozumieniem wolności i rolą zasad moralnych w polityce. W listopadzie ukaże się jej książka „My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle” (Scholar).

  1. Psychologia

Zemsta czy wybaczenie - co przynosi większą ulgę?

W krótkiej perspektywie czasowej większą ulgę przynosi zemsta. Jednak nie pozwala pozbyć się przykrych emocji, a wywołuje kolejne, np. poczucie winy. (Fot. iStock)
W krótkiej perspektywie czasowej większą ulgę przynosi zemsta. Jednak nie pozwala pozbyć się przykrych emocji, a wywołuje kolejne, np. poczucie winy. (Fot. iStock)

Zranieni, zdradzeni, oszukani – reagujemy zwykle na trzy sposoby. Udajemy, że nic się nie stało, odpłacamy pięknym za nadobne lub cierpimy, a potem zwykle po jakimś czasie wybaczamy. Wychowuje się nas w przekonaniu, że ta ostatnia droga jest najwłaściwsza. Ale czy dla każdego i zawsze? O skomplikowane reakcje na krzywdę prof. Piotra Olesia pyta Martyna Harland.

Zemsta czy wybaczenie — co daje większą ulgę, gdy ktoś nas skrzywdzi?
W krótkiej perspektywie czasowej większą ulgę przynosi zemsta. Jednak nie pozwala pozbyć się przykrych emocji, a wywołuje kolejne, na przykład poczucie winy. Daje świadomość rewanżu, z którym człowiek przez krótki czas czuje się dobrze, ale nie daje on satysfakcji. Z kolei przebaczenie wymaga więcej wysiłku, czasu i przepracowania krzywdy, za to uwalnia od ciężaru tzw. negatywnych emocji, które w sobie nosimy.

Psychologowie twierdzą, że dla własnego dobra warto wybaczać innym. Tyle że wtedy akceptujemy wyrządzoną nam krzywdę i nie przywracamy stanu równowagi w życiu...
Krzywda krzywdzie nierówna. Jeżeli ktoś kolejny raz sprawia nam ból i przewidujemy, że to się powtórzy, wtedy rewanż może być adekwatną reakcją. Powstrzymuje kolejne akty cierpienia. Dlatego przebaczenie nie jest receptą na każdą sytuację. Natomiast ściśle wiąże się z naszymi przekonaniami na temat świata, innych ludzi i nas samych. Jeżeli uważamy, że ludzie generalnie są dobrzy, a złe zachowania tylko się im przydarzają, łatwiej nam przebaczać. Przekonania na temat własnej wartości mają krzywoliniowy związek z naszą zdolnością do przebaczania. Jeśli mamy niską samoocenę i myślimy: „Jestem nic niewart”, wtedy trudniej wznieść się ponad własną krzywdę, żeby przebaczyć. Bardzo wysoka samoocena również utrudnia proces wybaczania. Człowiek czuje wtedy poważny dysonans między tym, co się zdarzyło, a tym, na co jego zdaniem zasługuje.

Uczy się nas też, by brać sprawy w swoje ręce, być sprawczym.
Właśnie, istotne są również nasze przekonania na temat świata. Jeżeli uważamy, że świat jest sprawiedliwy, to łatwiej poruszać się w nim, przebaczając. No, chyba że to sprawiedliwość typu oko za oko, ząb za ząb. Wtedy faktycznie bierzemy sprawy w swoje ręce...

Czy takie przekonania kształtują się już w dzieciństwie? Często największym wyzwaniem w procesie terapii jest przebaczenie bliskim.
Pierwsze przebaczenie, na które człowiek się zdobywa, to to w stosunku do rodziny – rodzeństwa, a znacznie później rodziców. Tak naprawdę rzadko kiedy dochodzi do uświadomienia i ujawnienia wszystkich krzywd powstałych w dzieciństwie. Takie urazy najczęściej mają charakter niezawiniony. Przykładowo nadopiekuńczość i ograniczanie dziecka w rozwoju wynikają z lęku, a nie złych intencji rodzica. Biorąc pod uwagę, jak długotrwałe były te działania, a przez to silne i często nie w pełni uświadamiane, bardzo trudno jest nam wybaczyć, niekiedy wymaga to pomocy terapeuty. Jednocześnie intencje sprawcy – w tym przypadku dobre choć nietrafione – oraz to, czy odczuwa skruchę, to warunki istotnie ułatwiające wybaczenie.

A może istnieje dobra zemsta? Mścić trzeba się na bieżąco. Wtedy złość nie narasta i kierujemy ją wobec właściwej osoby, nie przenosimy na innych. W niektórych sytuacjach, jak zdrada w związku, może warto pokazać drugiej osobie swoje emocje i to, że zostaliśmy skrzywdzeni? Lepiej chyba zniszczyć sukienki niewiernej partnerki, niż udawać, że to nas nie dotknęło.
Pomyślałem, że taka zemsta na sukienkach to w ogóle świetna sprawa. Po pierwsze, nie uderza bezpośrednio w człowieka, tylko w rzecz. Poza tym tkwi w tym potencjał do rozpoczęcia czegoś od nowa. Trzeba kupić nowe sukienki. Niezależnie od tego, czy były ukochane, mogą się łączyć z okresem życia, w którym doszło do zdrady. Natomiast jeżeli zemstą byłaby zdrada, wtedy zaczyna być znacznie trudniej.

Z drugiej strony wtedy sytuacja między partnerami się wyrównuje i mogą zacząć od nowa. Wystarczy wyjechać gdzieś na dłużej, partner lub partnerka mogą się tylko domyślać, czy coś się wtedy wydarzyło. Mogło, ale nie musiało...
Bardzo trudno mi odpowiedzieć, czy w takiej sytuacji warto płacić pięknym za nadobne. Ale faktycznie postawienie drugiego człowieka w sytuacji niepewności i domysłów mogłoby mieć sens. Rzeczywiście dzisiaj usilnie dążymy do równowagi, szczególnie w związkach. Moim zdaniem to skrzywienie typowe dla kultury zachodniej, związane z przeakcentowaniem własnego „ja”. Jeśli ty masz czegoś więcej, czy naprawdę znaczy, że ja jestem gorszy? Jeśli ty możesz, to czemu ja nie? Moim zdaniem to błąd myślenia, związek może nie przetrwać takiej próby.

Może samo wyobrażanie sobie zemsty, planowanie jej, oglądanie na ekranie na przykład w filmach Quentina Tarantina, czytanie książek, jak „Hrabia Monte Christo“ Aleksandra Dumasa – wystarczy i przyniesie ulgę?
Kiedy uczymy ludzi, na przykład psychologów i pedagogów, tego, jak zrozumieć emocje innych, rozgrywamy z nimi psychodramy. Stawiamy ich w różnych sytuacjach i pytamy, dajmy na to, w jaki sposób czuje się uczeń, który jest kozłem ofiarnym w klasie. Ktoś staje się na tę chwilę uczniem, a inni mu dokuczają. Tego rodzaju odgrywanie ról w „wyobrażonym teatrze życia” sprawia, że możemy na chwilę poczuć sytuację samotności, odrzucenia czy napiętnowania. To pewnego rodzaju szczepionka przeciwko krzywdzie i agresji. I najskuteczniejszy sposób uczenia ludzi tego, jak zapobiegać wykluczeniu oraz piętnowaniu innych. A może też wybaczania. Oczywiście przy zdrowej osobowości, bez tendencji sadystycznych.

Tyle że zemsta przychodzi nam naturalnie, w przeciwieństwie do wybaczenia.
A przecież tzw. negatywne emocje wywołane krzywdą to ciężar, który niesiemy w sobie. To nas ogranicza i sprawia, że dużo trudniej jest cieszyć się życiem. Czasem wręcz uniemożliwia. To wszystko niszczy człowieka od środka. Rzutuje na inne, bliskie relacje. Jeśli coś nas gnębi, nie jesteśmy otwarci w kontakcie z naszymi bliskimi. Krzywda przypomina kulę lodową. W normalnych okolicznościach pomału się rozpuszcza i z czasem jest coraz mniejsza. Dlatego rzadko zdarza się, żeby człowiek dokonywał zemsty po latach. Może się tak stać w przypadku zbrodni nie do wybaczenia, na przykład gdy ktoś z zimną krwią wymorduje naszą rodzinę i pozostaje bezkarny.

Nie wszystko jesteśmy w stanie wybaczyć. Ale czy można nie wybaczyć krzywdy, a jednak zaznać spokoju?
Są ludzie, którzy na skutek jakiegoś przykrego doświadczenia zamykają niewygodny rozdział swojego życia. Zrywają kontakt ze sprawcą krzywdy. Izolują się od problemu i osoby. Decydują, że nie będą się tym zajmowali. Nie chcą inwestować w to energii. Bo, żeby przebaczyć, trzeba mieć motywację. To trudny i czasochłonny proces.

Czym różni się „wybaczam i akceptuję”, od „wypieram i zapominam”?
Możemy wybaczyć tylko to, co pamiętamy. Tymczasem „wypieram i zapominam” to w języku psychologii tłumienie. Staramy się odsuwać nasze problemy na różne sposoby, czyli nie pamiętać zdarzeń, które wywołały w nas poczucie krzywdy. Faktyczna niepamieć takich zdarzeń sugeruje wyparcie, czyli wymazanie ich z pamięci, usunięcie ze świadomości w podświadomość. Jeżeli krzywda ma charakter gwałtowny i dramatycznym, tak jak na przykład sytuacja gwałtu, wtedy może dojść do wyparcia lub dysocjacji, czyli oddzielenia emocji od zdarzenia. Człowiek reaguje tak jakby to wszystko nie miało miejsca, jeżeli chodzi o emocje. Ma pamięć zdarzeń, czyli wie, a jednak nie czuje. Niedoświadczony terapeuta, rozmawiając z osobą będącą w stanie dysocjacji, może mieć wątpliwości, czy rzeczywiście doświadczyła krzywdy, bo opowiada o tym zdarzeniu, jakby nie była ofiarą.

Trudniej jest też chyba wybaczyć sobie niż innym.
Też tak czuję, dlatego, że sam tak mam. Natomiast jest wielu ludzi, którzy mają odwrotnie. Musimy wziąć pod uwagę dwa motywy organizujące nasze „ja”: motyw zmierzający do budowania pozytywnego obrazu siebie i ten, który buduje obraz prawdziwy. Jeżeli przeważa pierwszy – pozytywny, nie mamy większego problemu z przebaczaniem sobie. Będziemy chronić samych siebie przed prawdą o tym, że skrzywdziliśmy drugiego człowieka, minimalizować jego krzywdę. Natomiast jeżeli silniej działa u nas motyw budowania „ja” prawdziwego – w tym przypadku sprawcy cierpienia – wówczas możemy mieć kłopot z przebaczeniem sobie różnych rzeczy, nawet takich, które inni ludzie już dawno nam wybaczyli.

W takim razie bardziej adaptacyjne są dla nas różowe okulary. A przecież wydaje się, że lepsze powinno być dążenie do prawdziwego obrazu siebie?
Jeśli chodzi o realizację różnych celów życiowych, to faktycznie różowe okulary lepiej się sprawdzają, bo nie mamy problemu z tym, że popełniliśmy masę błędów, na przykład przy wychowaniu dzieci. Wtedy jest nam łatwiej o pozytywny bilans życia. Pracując na oddziale neurologii, miałem okazję rozmawiać ze starszymi ludźmi i niejednokrotnie zadziwiało mnie to, jak często potrafią wskazywać na różne swoje błędy życiowe, które z mojego punktu widzenia nimi nie były. Ktoś może uważać, że był zbyt surowy dla swoich dzieci, ale gdy go zapytamy, co te dzieci robią w życiu, okazuje się, że świetnie sobie radzą.

Dzieci mogły poradzić sobie w dorosłości, co nie zmienia faktu, że taki rodzic przez swoją surowość nie stworzył z nimi wystarczająco dobrej relacji. Stąd poczucie winy. Może w życiu jednak ważne jest przede wszystkim budowanie dobrych relacji z bliskimi?
Trafiła pani w drugie dno tego zjawiska. W samotność. Jeżeli zbudujemy dobrą, bliską i aktywną relację z dziećmi, wtedy mamy dużo mniej miejsca na to, żeby zastanawiać się nad tym, co w życiu nam nie wyszło. Energię do wybaczania można czerpać od innych. Gdy mamy fajnych, wspierających partnerów życiowych, jest nam łatwiej. Trudności stają się mniejsze, kiedy zostają opowiedziane i ujawnione. Jeżeli człowiek jest emocjonalnie nasycony, to najprawdopodobniej łatwiej jest mu zdobyć się na przebaczenie – sobie i innym.

Co najtrudniej jest nam wybaczyć?
Dotknęła pani nowego pola tematycznego, które jest niełatwe i bardzo złożone. Bo trudność z wybaczaniem może iść w kierunku poczucia winy za to, że nie potrafimy przebaczyć. Inny człowiek już dawno by wybaczył, a ja ciągle nie mogę sobie z tym poradzić. Dlatego, że to cały czas było i jest dla mnie bardzo ważne. Być może podważyło fundamentalny porządek świata, jak to, że z żoną ślubowaliśmy sobie miłość i wierność, a potem okazuje się, że to nie przetrwało na zawsze. Osoba, która ma kłopot z wybaczeniem, może mieć później poczucie winy dlatego, że nie potrafi się wznieść ponad swój ból i uczucia. Dla tej osoby krzywda jest nie do przejścia, przynajmniej na jakimś etapie życia.

Największe wyzwanie to wybaczyć sprawy, które dotyczą naszych wartości?
Zwłaszcza tych związanych z wiernością, miłością, godnością, życiem bliskiej osoby. Zastanówmy się, czy i w jakich okolicznościach można wybaczyć to, że ktoś jazdą po pijaku sprawił, że mamy niepełnosprawne dziecko. W jaki sposób można wybaczyć taką krzywdę? To wymaga wręcz heroizmu. I nie są to procesy związane jedynie z życiem psychicznym. Niektórzy uzyskują siłę do tego, żeby wybaczyć, poprzez zaangażowanie w życie duchowe. Jeżeli człowiek ma kontakt ze sferą duchową, niekoniecznie religijną, wtedy jest otwarty na wymiar transcendencji, który pozwala wznieść się ponad swoje uczucia. Gdy przyjmujemy, że istnieje rzeczywistość wyższa, większa, lepsza, to może ona pomóc nam spojrzeć na naszą krzywdę z dystansu i dokonać aktu przebaczenia. To jednak nie dzieje się szybko, proces przebaczania wymaga motywacji, wysiłku i czasu.

Wybaczenie to wyjście poza siebie i własne ograniczenia? Dzięki niemu się rozwijamy?
Rozwój jest efektem ubocznym lub też skutkiem procesu wybaczania. Rozwijamy się dzięki temu, że byliśmy zdolni przekroczyć własne emocje i przebaczyć. Wbrew sobie i swojej naturze.

Co jeszcze daje nam wybaczenie?
Daje ogromne poczucie wolności i uwolnienia: od ciężaru oskarżeń, od tzw. negatywnych emocji, złorzeczenia lub chęci zemsty. Jeżeli potrafimy się uwolnić od bardzo ciężkich, trudnych emocji, związanych z poważną krzywdą, to na nowo stajemy się wolnymi ludźmi.

W jaki sposób nauczyć się wybaczania? Czy są jakieś techniki, które możemy wprowadzić w życie? Co może nam w tym pomóc?
Drugi człowiek. Zjawisku krzywdy sprzyja samotność. Jedną z najważniejszych rzeczy, najbardziej pomocnych jest bliski kontakt z innymi ludźmi. Wtedy mamy szansę poszerzać własny punkt widzenia. To wyzwala nas od schematów. Nie tkwimy w zaklętym kręgu swoich myśli i uczuć. Sam przerabiam to w ciągu ostatnich miesięcy, po śmierci żony. Czuję, że mam mniej możliwości skonfrontowania swoich myśli i uczuć z bliskim człowiekiem. Teraz widzę, że sam fakt rozmowy z drugą osobą sprawia, że nie wpadamy w pętelki własnego myślenia. Od czasu do czasu, gdy z kimś porozmawiam, tak jak teraz z panią, uświadamiam sobie, że jestem w tym miejscu. Wtedy mogę z niego wyjść lub tam pozostać.

  1. Psychologia

Rewolucja w życiu zawodowym jest możliwa

Fot. materiały prasowe
Fot. materiały prasowe
Wiele osób myśli, że odkrywanie swojej drogi zawodowej odbywa się zaraz po szkole, kiedy zaczynamy życie zawodowe. Nic bardziej mylnego. Odkrywanie własnej drogi to proces, który powinniśmy przechodzić od nowa co kilka lat.

Świat zmienia się błyskawicznie. Jedne zawody znikają, inne powstają. Pojawiają się nowe możliwości i nowe okoliczności w których powinniśmy zadać sobie pytanie o to jakie aktualnie są moje wartości, moje talentu i jak w oparciu o nie prowadzić swoją dalszą drogę.

Wiele osób po latach doświadczenia zawodowego w ogóle nie wierzy, że zmiana kierunku jest możliwa. Wolą tkwić w czymś, co nie jest ich pasją, a potem dziwią się, skąd pojawia się u nich wypalenie zawodowe.

Bez względu na to jaki masz staż zawodowy zawsze możesz na nowo odkryć swoje talenty, aspiracje, wartości i w oparciu o to zbudować nowy pomysł na siebie. Nie tylko możesz - powiedziałabym nawet, że musisz. To nasza odpowiedzialność wobec nas samych, aby pracować z pasją, bo życie mamy tylko jedno - mówi Elżbieta Krokosz, autorka książki „Ty też to masz! Odkryj swoje talenty i zacznij robić w życiu to, co lubisz i potrafisz najlepiej”.

Poniżej publikujemy fragment tej książki, w którym jedna z uczestniczek autorskiego programy Elżbiety Krokosz opowiada o radykalnej zmianie, jakiej dokonała dzięki niemu w swoim życiu - zmieniła miejsce zamieszkania i odnalazła się w zupełnie nowym zawodzie.

Rewolucja w życiu zawodowym jest możliwa

Nic tak nie wspiera naszej odwagi do działania, jak przykład kogoś, kto dokonał tego, o czym my myślimy. I dlatego zaprosiłam tutaj do wywiadu osobę, która jest zdecydowanie przykładem tego, że obranie własnej ścieżki jest możliwe. Co więcej — możliwe jest kompletne przebranżowienie, zaczęcie na nowo po 12 latach pracy w innym zawodzie i osiągnięcie poczucia, że jest się w dobrym miejscu, we właściwej rzece. Przeczytaj, proszę, mój wywiad z Anią — szczerze wierzę, że jej historia może być dla ciebie dowodem, że i tobie starczy odwagi, aby dokonywać zmian, na jakie się zdecydowałeś. Ania realizowała kurs „Odkryj, co chcesz robić w życiu, i zbuduj swój plan”. W dużej mierze wykorzystuje on ćwiczenia, którymi podzieliłam się z tobą w tej książce. Możesz więc mieć pewność, że to, czego nauczyłeś się o sobie, o swojej drodze, czytając tę książkę, możesz całkowicie zastosować w swoim życiu, podobnie jak Ania.

Ela: Witaj, Aniu. Cieszę się, że zgodziłaś się na ten wywiad. Jesteś świetnym, żywym przykładem tego, że swoje życie można zmieniać, ot po prostu, na spokojnie. Mam wrażenie, że na ten temat krążą niepotrzebne legendy i mity.

Ania: To ja dziękuję za zaproszenie.

Ela: Zarówno ja, jak i moi czytelnicy chcielibyśmy poznać twoją historię trochę lepiej. Czy mogłabyś opowiedzieć nam trochę o sobie?

Ania: Prywatnie jestem mamą dwóch chłopców, żoną, a zawodowo przez 12 lat pracowałam w bankowości, zaczynając od recepcji. Potem byłam wsparciem doradcy klienta premium, a następnie trafiłam nagle na stanowisko analityka kredytowego, po jakimś czasie miałam przerwę związaną z urodzeniem dzieci. Praca jako analityk kredytowy nie do końca mi odpowiadała, a po twoim kursie jestem na zupełnie innym poziomie — praca daje mi satysfakcję. Obecnie pracuję jako specjalista ds. HR w firmie szkoleniowo-rekrutacyjnej.

Ela: Chciałabym zwrócić uwagę, że twój przykład jest bardzo ciekawy. Po 12 latach pracy w bankowości zmieniłaś swoje życie o 180 stopni. Zmieniłaś firmę i branżę. Zmieniłaś całkowicie zawód. Powiedz mi, proszę, ile miałaś lat doświadczenia w pracy w dziale HR?

Ania: W branży HR — zero.

Ela: Dokładnie! Zero. A ja non stop spotykam się z tym, że ludzie uważają, że jak pracują w jednej branży 10 czy 15 lat, to już nie ma dla nich szansy na zmianę. Kiedy przyszedł moment, że powiedziałaś sobie: „dość”?

Ania: Patrząc na to z perspektywy czasu, myślę, że cała ta sytuacja się po prostu nawarstwiała. Awans na analityka kredytowego, posadzenie mnie za biurko na 8 godzin, bez kontaktu z ludźmi zaczęło powodować dyskomfort. Po urodzeniu dzieci, po dłuższej przerwie i powrocie do pracy, nie mogłam wejść z powrotem w system korporacji, kiedy byłam przerzucana między jednym zespołem a drugim. Czułam się niedoceniana. A punktem kulminacyjnym były moje problemy zdrowotne. Miałam problemy z kręgosłupem, z biodrem, w pewnym momencie nie byłam w stanie chodzić. Myślę, że fakt, że nie byłam doceniana, wpłynął też negatywnie na mój stan zdrowia.

Ela: Chciałabym podkreślić, że to nie jest tak, że pewnego dnia ot tak stwierdzamy, że coś nam się nie podoba, tylko to jest proces. Tkwimy przez jakiś czas w danej sytuacji, która wydaje nam się później nieodpowiednia. Potrzebujemy czasu na zmianę. U ciebie było podobnie, nie stwierdziłaś po miesiącu, że tu nie pasujesz, bo nie masz kontaktu z ludźmi, tylko dopiero kiedy nałożyły się na siebie dodatkowe czynniki, złożyło się to wszystko na ostateczną decyzję.

Ania: Chciałabym podkreślić, że my naprawdę tkwimy w jakiejś sytuacji, mimo iż podświadomie wiemy, że nie do końca nam to pasuje. Dlaczego ja tkwiłam w tej sytuacji? Czułam, że moja praca jest stabilna, że jest umowa na czas nieokreślony, że może nie daje mi pełnej satysfakcji, ale dzięki niej moja rodzina może normalnie funkcjonować. Podejrzewam, że gdyby nie ta choroba, tkwiłabym w tej pracy do tej pory. Jestem o tym przekonana.

Ela: Podejrzewam, że tę satysfakcję życiową czerpałaś z rodziny, z innych aspektów, a zawodowo, gdzieś w głębi duszy się uspokajałaś, że przynajmniej jest praca, bezpieczeństwo, ta umowa. Gdyby jeszcze cię doceniali, prawdopodobnie nadal robiłabyś to, co może nie daje ci radości, ale jest bezpieczne, prawda?

Ania: Nawet większość dziewczyn z grupy z twojego programu potwierdzała to, że mocno w czymś tkwiły, dopóki się coś nie wydarzyło. My naprawdę lubimy bezpieczeństwo i stabilizację. I ja też tak to sobie tłumaczyłam, że może nie czuję się dobrze jako analityk, ale jest satysfakcja finansowa. Że może jeszcze się rozwinę, a jeśli nie, to przynajmniej jest to bezpieczeństwo.

Ela: Twoja historia przypomina mi moją, którą często wspominam. Ja sama, będąc w Irlandii, tkwiłam w nieodpowiednim miejscu
— dwa lata trwało, zanim zmieniłam swoją sytuację. Opowiedz mi, proszę, co było dalej. Wyjechałaś z Warszawy?

Ania: Tak. Po rozmowie z moim mężem, oboje doszliśmy do wniosku, że ta sytuacja to nie tylko aspekt zawodowy, ale także prywatny. Wpływało to negatywnie na naszą relację. Mąż kazał mi się zastanowić, jak długo jeszcze będziemy tkwić w takiej sytuacji, skoro źle to wpływa na nasze życie rodzinne, są kłótnie, pretensje —jak długo będziemy to wytrzymywać? Na szczęście miałam w nim wielkie wsparcie, był osobą, która mi to uświadomiła, która pociągnęła całą decyzję... i stało się. Postanowiliśmy, że się przeprowadzimy. I w tamtym momencie poczułam, że cały świat nam sprzyja. Wszelkie kroki, które musieliśmy podjąć — sprzedaż mieszkania, znalezienie nowego, miejsce w przedszkolu — wszystko udało się załatwić ekspresowo. Plusy i minusy, to nie jest bajka, lecz życiu.

Ela: Aniu, z perspektywy czasu, co po waszej przeprowadzce do Trójmiasta było super, a czego się nie spodziewałaś? Co okazało się trudne?

Ania: Na pewno super było znalezienie swojego miejsca. Wszystko nam się tam podobało i fakt, że w końcu mieliśmy czas na odbudowanie relacji rodzinnej, był bardzo na plus. Dzieci miały wakacje, a my czas, żeby z nimi pobyć. Natomiast ciężkie było nasze zderzenie z rzeczywistością, jeśli chodzi o rynek pracy. Ogólnie mówiąc, praca za najniższą krajową, umowy śmieciowe albo po prostu problem ze znalezieniem odpowiedniej pracy, która dawałaby satysfakcję, pieniądze i czas dla rodziny. Gdy zaczęłam jeździć na rozmowy kwalifikacyjne, zaczęły się także problemy. Brak pozytywnych odpowiedzi, kiedy to, po tylu latach doświadczenia, nie powinnam mieć w ogóle problemu ze znalezieniem zatrudnienia. Niestety rzeczywistość okazała się dość ciężka. Co ciekawe, mogę powiedzieć, że każda z tych rozmów coś mi uświadomiła. Coś, czego w głębi duszy nie chcę, coś, na co powinnam zwrócić uwagę. Ale tak to właśnie w życiu się zdarza, że ono samo czasem pokazuje i podpowiada, co jest dla nas dobre. Nie chciałam się godzić po raz kolejny na pracę, która nie będzie mi przynosić satysfakcji albo nie pozwoli odebrać dzieci z przedszkola.

Ela: Aniu, muszę cię jeszcze zapytać o kwestię finansową. Pewnie każdy z nas zastanawia się, jakie miałaś zaplecze finansowe
(i czy w ogóle), skoro i ty, i twój mąż mogliście sobie pozwolić, żeby nie pracować przez pewien czas, a jednocześnie mieć za co żyć.

Ania: Tak, to prawda. Mieliśmy mieszkanie na kredyt, które udało nam się sprzedać i wziąć kolejne na kredyt, tylko w tym momencie wzięliśmy je z „górką”, tzn. mieliśmy zapas pieniędzy, z których mogliśmy żyć. W tamtym momencie także, z powodu mojego stanu zdrowia, kiedy tak naprawdę nie wiedziałam jeszcze, co mi jest, miałam przyznane pieniądze z ZUS-u i pieniądze na świadczenie rehabilitacyjne.

Ela: Dziękuję ci, że o tym mówisz. Oczywiście nie chcę ci zaglądać do portfela, ale z doświadczenia wiem, że jeśli jesteśmy w sytuacji, w której nie mamy za co żyć, to ostatnie, o czym myślimy, to to, co chcemy robić w życiu. Bardzo często powtarzam, że jeśli masz naprawdę wszystkiego dość i chcesz trzasnąć drzwiami w swojej obecnej pracy, to wytrzymaj jeszcze trochę i zbuduj sobie poduszkę finansową. Poduszkę, która pozwoli ci coś zmienić i nie myśleć tak bardzo o finansach. Która da ci przestrzeń i możliwość poszukania odpowiedniej pracy. Inaczej, zamiast mieć otwarty umysł, znowu będzie-my się tylko martwić finansami i zgadzać na coś, co wewnętrznie jest dla nas nie do zaakceptowania.

Ania: Gdybym nie miała tej poduszki finansowej, to pewnie znowu zgodziłabym się na pracę poniżej moich oczekiwań. Zgodziłabym się na nią, wiedząc, że to nie jest „to”, i tylko po to, żeby mieć za co żyć i za trzy miesiące znowu poszukać innej. Tylko niestety ten czas byłby bardzo dla mnie ciężki, znowu wymagałby wyrzeczeń. Zaufanie do intuicji i działanie kluczem do sukcesu.

Ela: Przejdźmy do twojej obecnej pracy, bo to także jest bardzo ciekawy moment. Powiedz mi, kiedy zaczęłaś pracę z kursem „Odkryj, co chcesz robić w życiu”? Wiem, że wykonałaś pracę nad sobą, poznałaś swoje talenty, wartości... ale w którym momencie to się wydarzyło?

Ania: Kurs pojawił się, kiedy mieszkaliśmy już w Trójmieście, a kiedy byłam już po kilku rozmowach kwalifikacyjnych, po których nie pojawiły się odpowiedzi. W tamtym momencie podłamałam się już trochę psychicznie, wydawało mi się, że to będzie takie proste, że przecież zmiana pracy z moim doświadczeniem będzie łatwa. Dotarło do mnie, że muszę coś zmienić, skoro nadal nie mogę znaleźć pracy. Któregoś dnia wyświetliła mi się twoja reklama na Facebooku. Poczułam po prostu, że to jest znak. Znakiem było nowe mieszkanie, Gdynia i właśnie ten kurs. Po prostu poczułam, że muszę go zrobić. Mąż dowiedział się później, że go kupiłam, był nastawiony sceptycznie do niego, a ja po prostu wiedziałam, że potrzebuję pomocy. Skoro próbowałam sama, jeździłam na rozmowy i nadal coś się nie udawało, potrzebowałam coś zmienić.

Ela: Co dla ciebie było najistotniejsze w tym kursie? Co najbardziej ci pomogło?

Ania: Po tych wszystkich wydarzeniach, które mnie podłamały —odbudowanie pewności siebie, poznanie siebie lepiej i taki... wewnętrzny spokój.

Ela: A z czego to wynikało? Ta pewność siebie, spokój, przecież to właściwie nie jest kurs o pewności siebie. Czy możesz uściślić, z czego to u ciebie wynikało?

Ania: Bardzo ważny był dla mnie moduł o talentach, był dla mnie zaskoczeniem. Dowiedziałam się o sobie czegoś nowego. Tego, że talentem nie są tylko jakieś zdolności, np. te finansowe czy techniczne, tylko tak zwane „kompetencje miękkie”. Stwierdziłam, że całkowicie porzucam swoje dotychczasowe spojrzenie na siebie, bo mam zupełnie inne atuty. Na kursie odkryłam, że potrafię słuchać, że mam umiejętność szukania rozwiązań, łatwość nawiązywania kontaktów, a do tej pory w ogóle tego nie zauważałam! Dobry plan to dopiero początek,.

Ela: Aniu, chciałabym cię teraz zapytać o bardzo cenną rzecz. Powiedz mi, proszę, jak u ciebie wyglądał moment zaplanowania zmiany. Moment, kiedy już przerobiłaś pewne rzeczy i podjęłaś decyzję, że teraz czas na kolejny krok, co się wtedy wydarzyło?

Ania: To był bardzo ciężki moment. Pamiętam, że kiedyś, w którymś podcaście wspominałaś, że to planowanie jest najcięższe, i po-myślałam wtedy: Planowanie? Ale jak to? Przecież tak ciężko jest mi wydobyć z siebie te talenty! I faktycznie na planowaniu się zatrzymałam. Dałam sobie czas, potrzebowałam odpocząć od tego wszystkiego, bo takie „grzebanie” w sobie jest męczące, pozytywne, ale jednak męczące. Wiedziałam, że teraz nic nie wymyślę i potrzebuję odetchnąć. Zrobiłam sobie trzy tygodnie przerwy i wróciłam do tego wszystkie-go, zaczęłam działać. Zaczęłam chodzić na różne warsztaty, zaczęłam dostrzegać to, co zawsze mnie fascynowało, jak np. budowanie relacji, komunikowanie się ludzi w zespole, ale zupełnie nie patrzyłam na to jak na misję, którą miałam. Podświadomie poszukiwałam czegoś, co mi pokaże jakąś drogę. I tak właśnie było.

Ela: Chciałabym to jeszcze raz podkreślić, bo jest to szalenie istotne. Czasami coś nas blokuje przed działaniem, ale to nie szkodzi, bo na poziomie podświadomości my wiemy, o co nam chodzi, wiemy, co powinniśmy robić. Intuicyjnie idziemy w dobrym kierunku, by wszystko dobrze się potoczyło.

Ania: Wszystkim, którzy działają, a gdzieś się zatrzymali, chciałabym powiedzieć, żeby się nie poddawali. Nawet jeśli czasem nam się wydaje, że coś jest nieistotne, nieodpowiednie, zaskakujące — zaufajcie intuicji, bo w rezultacie gdzieś na końcu okazuje się, że to wszystko podpowiada nam, co robić.

Ela: Zazwyczaj są dwie strategie. Jedna, w której niektórzy mają tę łatwość, że po odkryciu swoich talentów po prostu potrafią zbudować plan. Zakładają, że po pięciu latach osiągną to czy tamto i wydaje nam się, że to jedyna droga. A jest przecież druga, którą ty poszłaś całkiem nieświadomie, że: Dobrze, może nie mam planu na całe pięć lat, ale wiem, co chcę zrobić jutro, intuicyjnie wiem, w jakie działania chcę zacząć wchodzić. Naprawdę polecam mimo wszystko nie zatrzymywać się, tylko zacząć po prostu działać w zgodzie z tym, co ci intuicja podpowiada. Aniu, powiedz nam w takim razie, gdzie te działania cię zaprowadziły?

Ania: To było bardzo ciekawe wydarzenie, ponieważ zupełnie bez jakiegokolwiek konkretnego zamiaru wzięłam udział w warsztatach grupowych, na których zgłosiłam się do przeprowadzenia sesji ze mną. Miałam wskazać obszar, z którym będę pracować, i wtedy po prostu powiedziałam, że ja się nie nadaję do bankowości, i zaczęły się pytania takie jak: Ale czego dokładnie nie chcesz robić w banku? Każda z tamtych osób miała zupełnie inne wyobrażenia na ten temat, a ja tak bardzo skupiłam się na swoich i na tym, że nie chcę pracować w sprzedaży w banku, że nie dostrzegałam tych innych dróg. Ten właśnie moment sprawił, że w mojej głowie w końcu zakiełkował jakiś pomysł, że może będę prowadzić blog, pisać o finansach i pomagać innym. Zaczęłam zmierzać w stronę, która bardziej mi odpowiada, zaczęłam rozumieć, że finanse to nie jestem „ja”, to nie jest „moje”, a bardzo mi zależało na pracy z zarządzaniem talentami. I cudownie na horyzoncie pojawił się staż. Tutaj zaczyna się moja historia. Gdybym nie pojawiła się wtedy na tych warsztatach, to pewnie nawet nie wiedziałabym, że taki pracodawca się pojawi.

Ela: Czyli wszystko jest po coś. A powiedz mi, czy ten staż był bezpłatny?

Ania: Niestety był bezpłatny, przez półtora miesiąca, a po tym czasie dostałam pensję o wysokości ledwo powyżej najniższej krajowej.

Ela: Chciałam tutaj podkreślić i pokazać, że twoja sytuacja była prawdziwa. To nie było tak, że z jednego superpłatnego kwiatka skoczyłaś na drugi, tylko był okres, że pracowałaś za darmo. Powiedz w takim razie, dlaczego się na to zgodziłaś?

Ania: Kiedy zaczęłam się przyglądać tej firmie, poczytałam wpisy na Facebooku, przeczytałam artykuły na blogu, ja w to po prostu wsiąkłam. Poczułam, że to jest „to”, co chcę robić. Te wartości, które zobaczyłam, były tak spójne ze mną, że po prostu nie wyobrażałam sobie pracować w innym miejscu.

Ela: Czyli zadziały się dwie sprawy: poczułaś, że to jest to, co chciałabyś robić, że to jest odpowiednie miejsce, i druga rzecz: poczułaś, że te wartości są spójne z tobą, tym, co dla ciebie jest ważne.

Ania: Nawet bardziej ta druga rzecz, że przychodząc na rozmowę, nie wiedziałam, co dokładnie chcę robić w tej firmie, tylko po prostu czułam bardzo mocno, że to, co oni robią, jest bardzo ze mną zgodne. Ich wartości i moje są ze sobą bardzo spójne. To było
dla mnie zaskoczeniem, że pierwszy raz w życiu na rozmowie kwalifikacyjnej przyznałam, że nie wiem, co chcę robić, ale wiem, że to właśnie w tej firmie chcę się rozwijać.

Ela: Jak przekonałaś do siebie tę firmę, kiedy nie miałaś właściwie żadnego doświadczenia związanego z HR?

Ania: Przedstawię tę odpowiedź z mojego punktu widzenia i z punktu widzenia pracodawcy. Według mnie na pewno ujęłam ich faktem, że wspomniałam o wartościach, które bardzo mi odpowiadały, następnie sama już zaczęłam działać w podobnym obszarze, bo udało mi się zrobić kilka webinarów o podobnej tematyce i wpisałam to w CV. Natomiast kiedy zapytałam o to samo pracodawcę, na potrzebę tego podcastu, to uwaga, usłyszałam, że podobał im się mój entuzjazm i uśmiech, po drugie duża pokora, którą się wykazałam, kiedy zdecydowałam się na bezpłatny staż i zaangażowanie 8 – 9 godzin dziennie. Kolejną rzeczą, która była bardzo ważna, było to, że przejęłam inicjatywę. Musisz wiedzieć, że mnie tak bardzo zależało na pracy w tej konkretnej firmie, że sama wysłałam do nich maila z zapytaniem, a trzy dni później z przypomnieniem. Kiedy nie dostałam odpowiedzi, zadzwoniłam, żeby się przypomnieć, i usłyszałam, że właściwie to dobrze, że dzwonię, bo oni nie zdążyli jeszcze przejrzeć kandydatur, ale mogę przyjechać na rozmowę, na której usłyszałam: Okej, bierzemy Panią.

Ela: Chciałabym zwrócić innym uwagę na jedną ważną rzecz. Ten pracodawca wybrał ciebie, bo widział ten twój entuzjazm, tę determinację i chęć, bo wiedziałaś, czego chcesz. A gdybyś tego nie wiedziała, na pewno twoja determinacja byłaby mniejsza. Naprawdę ważne jest, żeby odkryć to, co chce się robić w życiu, bo to niesamowicie zwiększa szanse na osiągnięcie swojego celu.
Często jestem pytana o to, jak zwiększyć swoje szanse w przypadku, kiedy nie ma się doświadczenia. twój przykład jest odpowiedzią. Ta determinacja, chęć i entuzjazm sprawiają, że pracodawca przymknie oko na jakieś braki, bo wie, że ty szybciej je nadrobisz. To jedna rzecz, a druga — nie możemy pominąć pracy, którą wykonałaś, żeby zwiększyć perspektywę swoich szans w tej firmie. Może nie miałaś doświadczenia, ale już poszłaś trzy kroki do przodu, zaczęłaś prowadzić webinary i budować swoją pozycję w obszarze kompetencji miękkich.

Ania: Bardzo długo patrzyłam na swoje doświadczenie przez pryzmat umiejętności specjalistycznych, a nie brałam pod uwagę np. kompetencji miękkich, które można wykorzystać w dowolnej dziedzinie. Takich jak np. elastyczność.

Ela: Ważna jest też ta pokora, o której wspomniałaś, bo wchodząc trochę w buty pracodawcy, trzeba się postawić w sytuacji, kiedy to on musi zainwestować w pracownika i na pewno zrobi to o wiele chętniej w przypadku osoby, która wykazuje chęć i zaangażowanie. Chciałabym się też ciebie zapytać, z jakimi lękami i sabotażystami miałaś do czynienia?

Ania: Jeśli chodzi o samą zmianę pracy, to pojawił się we mnie taki wewnętrzny lęk o to, czy sobie poradzę w pracy bez doświadczenia, oraz drugi taki ważny — kwestia finansowa. Bałam się, czy w ogóle damy radę wyżywić rodzinę, patrząc na to, że nasza poduszka finansowa powoli się kończyła. Na szczęście mój mąż bardzo mnie wspierał i ustaliliśmy, że warto jeszcze wytrzymać, że warto podjąć te wyrzeczenia na rzecz nowej pracy. Jednak cały czas musiałam sobie uświadamiać, że te wyrzeczenia to tylko na jakiś czas, że będzie lepiej.

Ela: Drugie pytanie z tych powoli kończących nasz wywiad to: jak się teraz czujesz? Co się w twoim życiu zmieniło? Gdzie jesteś teraz?

Ania: Jestem teraz osobą, która ma bardzo dużo satysfakcji. Dużo satysfakcji z pracy, satysfakcji z tego, że mam czas dla rodziny. Mam teraz bardzo duży wewnętrzny spokój, cieszę się, że to, co robię, jest tym, co lubię robić, że pomagam ludziom, czego wcześniej mi brakowało. Ważne jest też to, że umiem ładować energię. W poprzedniej pracy byłam wiecznie zagoniona, wiecznie zmęczona. Aktualnie jest spokojniej, cały tydzień wygląda spokojniej. Codziennie się rozwijam, codziennie rozwijam swoje kompetencje i w końcu zaczęłam żyć w zgodzie ze sobą.

Ela: Bardzo się cieszę, bardzo miło mi to słyszeć. Aniu, jeszcze na sam koniec, co byś poradziła osobom, które szukają swojej drogi?

Ania: Na pewno, żeby zaufać innym, bo ja zaufałam tobie, mogę śmiało polecić twój kurs, który mi dużo dał. Żeby dzielić się wątpliwościami z innymi, bo jeśli gdzieś utkniemy, jeśli z czymś nie będziemy mogli sobie poradzić, to może ta rozmowa z innymi osobami nas uwolni albo ktoś nam pomoże. Moja rada jest też taka, żeby nie odpuszczać i słuchać intuicji. Jeśli czujemy wewnętrznie, że potrzebujemy odpoczynku — to odpocząć, ale później zacząć działać. Nawet jeśli nie czujemy, że idziemy w dobrym kierunku, to ostatecznie działanie zaprowadzi nas tam, gdzie chcemy dojść, tylko jeszcze może o tym nie wiemy.

Ela: Zgadza się, nawet kiedyś Steve Jobs powiedział: Nie możesz połączyć kropek, patrząc do przodu; możesz je połączyć, patrząc wstecz. Musisz więc uwierzyć, że kropki w jakiś sposób się połączą w twojej przyszłości. I coś w tym faktycznie jest.
Aniu, ogromnie ci dziękuję za podzielenie się swoją historią.

Elżbieta Krokosz, Dyrektor Zarządzająca Talent Development Institute. Master Coach, Trener, Ekspert w obszarze przywództwa oraz rozwoju potencjału ludzi, Mówca TEDx, autorka książki pt. „Ty też to masz! Odkryj swoje talenty i zacznij robić w życiu to, co lubisz i potrafisz najlepszej” oraz podcastów: „O rozwoju ludzi profesjonalnie” i „TDI – School of Coaching”. Prekursorka self coachingu oraz autorka programu Self Coaching Program, w którym pomaga zostać najlepszym coachem dla samego siebie.

  1. Psychologia

Sama czy samotna? – Jak poradzić sobie z samotnością?

W natłoku codziennych spraw większość ludzi wciąż gna z miejsca na miejsce. Bardzo niewielu z nas znajduje czas, by przystanąć i rozejrzeć się wokół. W rezultacie tracimy wiele okazji do nawiązania kontaktu. (fot. iStock)
W natłoku codziennych spraw większość ludzi wciąż gna z miejsca na miejsce. Bardzo niewielu z nas znajduje czas, by przystanąć i rozejrzeć się wokół. W rezultacie tracimy wiele okazji do nawiązania kontaktu. (fot. iStock)
Istnieje subtelna różnica pomiędzy byciem samym a czuciem się samotnym i ważne jest, byś umiał odróżnić jedno od drugiego. Bycie samym to przebywanie w pojedynkę – takie doświadczenie może odświeżać i wzmacniać, a dla niektórych osób ma wartość terapeutyczną. Może jednak przerodzić się w poczucie samotności. Przebywanie w pojedynkę staje się wówczas nie do zniesienia i pragniemy nawiązać kontakt z innymi, ale przychodzi nam to z trudem – wyjaśnia Hope Kelaher, psychoterapeutka, autorka książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Każdemu z nas zdarza się być zarówno samym, jak i samotnym. Można jednak doświadczać samotności również w towarzystwie. Pamiętasz sytuację, kiedy byłeś otoczony ludźmi, ale jakoś nie mogłeś znaleźć z nimi wspólnego języka? Takie momenty mogą wiązać się z poczuciem samotności, niekiedy potwornie bolesnym. Niestety, są także bardzo powszechne, doświadczają ich miliony osób. Statystyki wskazują, że niemal w każdej chwili prawie połowa Amerykanów czuje się samotna, przy czym poczucie to jest bardziej dotkliwe dla osób młodszych niż dla starszych.

Samotność w epoce mediów społecznościowych może doprowadzić do przekonania, że więcej znaczy lepiej – obserwowania niezliczonych osób na Instagramie albo przewijania w prawo każdego zdjęcia na Tinderze. Jednak więcej nie zawsze znaczy lepiej. Część osób odczuwa samotność mimo posiadania 5, 15 czy nawet 50 głębokich więzi. Inne skwapliwie korzystają z każdej okazji do znalezienia towarzystwa i w rezultacie spędzają czas z nielubianymi osobami, co tylko nasila u nich poczucie przygnębienia i samotności.

Zdarza się, że uczucie samotności wynika z czynników innych niż brak przyjaciół czy wysokiej jakości relacji. Niekiedy trudno jest określić wyraźny, oczywisty powód. Do odczuwania przez dorosłego samotności może się jednak przyczynić wiele kwestii związanych nie z jego kręgami społecznymi, a z doświadczeniami z wczesnego dzieciństwa, niedostępnymi rodzicami lub traumą w relacji. Takie czynniki najlepiej jest odkrywać i przepracowywać podczas terapii z odpowiednio wykwalifikowanymi specjalistami.

Nie jesteś sam w swojej samotności - badania

Osamotnienie najtrafniej można opisać jako uczucie pojawiające się, kiedy chciałbyś mieć towarzystwo, ale nie jesteś w stanie go zdobyć – na przykład kiedy chcesz spotkać się z przyjaciółmi w piątkowy wieczór, ale wszyscy mają już jakieś plany. Samotne oglądanie Netflixa może być przykre, ale szybko mija.

Samotność różni się od osamotnienia, ponieważ ma charakter przewlekły – utrzymuje się przez cały czas.

Przewlekła samotność to dość powszechne zjawisko. Wyniki badań wskazują, że:

  • Niemal połowa dorosłych w USA skarży się na samotność lub wykluczenie.
  • Najbardziej samotne wydaje się pokolenie Z, urodzone w latach 1997–2013.
  • Na drugim miejscu plasuje się pokolenie Y, urodzone w latach 1981–1996.
  • Starsze pokolenia doświadczają samotności w mniejszym stopniu.

Zmaganie się z samotnością – wskazówki

Zapewne udało ci się już określić, w jakich sytuacjach jesteś sam, a wolałbyś nie być. Kolejny, trudniejszy krok to zaradzenie samotności. Wiadomo, że w przypadku niektórych osób przyczyny tego uczucia leżą głębiej niż w sieci społecznej, a zmierzenie się z głębokim podłożem samotności, wynikającym z traumy lub wczesnego dzieciństwa, może wymagać dłuższego czasu i pomocy specjalisty.

Zapewne zastanawiasz się, jak możesz samodzielnie poradzić sobie z uczuciem samotności w swej wyprawie w poszukiwaniu dobrych, znaczących przyjaźni. Poniżej znajdziesz propozycje sposobów, które pozwolą ci zwalczyć lub złagodzić to uczucie.

  1. Praktykuj samowspółczucie.

Pierwszy krok do pokonania samotności to spojrzenie w głąb siebie i przypomnienie sobie, że nawet w chwilach cierpienia nie jesteś sam. Przypomnij sobie statystyki. Postaraj się nie zadręczać i nie snuć negatywnej narracji na temat przyczyny swoich uczuć. Spróbuj zwrócić uwagę na coś, co się układa. Może ci się wydawać, że nie ma takiej rzeczy, ale to nieprawda. Zawsze da się znaleźć coś takiego. Nie musi to być nic wielkiego, wystarczą dwa drobiazgi. Może dziś rano obudziłeś się punktualnie, zanim zadzwonił budzik. Może dojazd do pracy był mniej koszmarny niż zwykle albo nie ma szefa, więc będziesz mógł wyjść nieco wcześniej. Może po drodze do domu zobaczyłeś uroczego psa i uśmiechnąłeś się na jego widok. Dostrzeganie małych rzeczy, które dają nam radość, pomaga być dla siebie dobrym. Ja na przykład w trudnych sytuacjach – na przykład po tym, jak osoba, z którą miałam zjeść w piątek kolację, odwoła plany, bo umówiła się z kimś innym, albo po kłótni z kolegą z pracy – staram się skupiać na pozytywach, choćby najmniejszych, które dostrzegłam przed negatywnym doświadczeniem. Na słonecznej pogodzie, ulubionej przekąsce albo pozytywnej rozmowie. Zauważam i zapamiętuję takie rzeczy, a później przypominam sobie, jakie uczucia we mnie wywołały. Pomaga mi to łagodzić uczucia negatywne wynikające z odwołanych planów lub kłótni.

  1. Bądź obecny.

To największe wyzwanie dla wszystkich, zwłaszcza w przypadku złego samopoczucia. Kiedy czujemy się przygnębieni, wolelibyśmy zrobić wszystko, byle NIE być tu i teraz.

Wyćwiczenie umiejętności skupiania się na chwili obecnej pozwoli ci jednak lepiej się dostroić do innych ludzi i otaczającego świata. W osiągnięciu tego celu mogą ci pomóc medytacja i codzienna praktyka uważności. Postaraj się codziennie wykonywać ćwiczenie oddechowe lub chodzić w sposób uważny. Niektórym osobom koncentrację na teraźniejszości ułatwia powtarzanie mantr. Moje ulubione to: „Nic nie jest stałe”, „Ani dobre, ani złe”, „Jestem tu i teraz” i „Nie ma dwóch takich samych chwil”.

  1. Choć raz dziennie zrób coś ludzkiego.

Pewna bardzo mądra osoba, godząca naukę, pracę i rodzinę, powiedziała mi kiedyś, że kluczem do ograniczenia ryzyka izolacji społecznej jest „zrobienie czegoś ludzkiego przynajmniej raz dziennie”. Oznaczało to dla niej opuszczenie osobistej przestrzeni. Siedzenie w swojej bańce może być łatwiejsze, ale nasila uczucie samotności. Upewnij się, że chociaż raz dziennie wyjdziesz gdzieś, by dać sobie okazję do osobistych kontaktów w innej fizycznej przestrzeni – choćby robiąc zakupy lub tankując auto.

  1. Zgadzaj się na wszystko (lub chociaż na tyle, na ile dasz radę).

Stare powiedzenie głosi, że jeśli nigdy nie przyjmujesz zaproszeń, to w końcu przestajesz je otrzymywać. Niestety, to prawda. Jeśli będziesz odrzucać okazję za okazją, mogą się one więcej nie powtórzyć. Przyjmowanie zaproszeń może być trudne, jeśli czujesz się samotny lub przygnębiony i instynktownie masz ochotę zagrzebać się w łóżku z Netflixem. Walcz z tym! Tak właśnie zrobiła moja przyjaciółka Ashley, która nie czuła się gotowa wrócić do częstych wyjść na miasto po kilkumiesięcznym pobycie u rodziców, gdzie dochodziła do siebie po poważnej operacji. Mogła wziąć na wstrzymanie i odrzucać zaproszenia – tak byłoby łatwiej. Zaczęła jednak czuć się samotna, a nie chciała pozwolić, by to uczucie i jej rekonwalescencja spowodowały jeszcze większe zaległości. Mimo zmęczenia i braku wprawy zaczęła przyjmować zaproszenia na lunche, mecze tenisa, koncerty i tak dalej. Stanowiło to dla niej wyzwanie, tym większe, że była z natury introwertyczką, ale znalazła w ten sposób chłopaka i troje przyjaciół, poszerzyła także swą sieć społeczną. Trzeba przyznać, że jej nowa mantra, „Po prostu powiedz »tak«”, zadziałała! W dodatku Ashley upiekła dwie pieczenie przy jednym ogniu – jest teraz znacznie mniej introwertyczna niż wcześniej!

  1. Zaplanuj czas.

Harmonogram daje poczucie zorganizowania, a niekiedy również celu. Większą część dnia pochłaniają nam plany zawodowe, ale czas wolny jest równie istotny. Jego planowanie nie musi być uciążliwe, a da ci okazję do uważności, zrobienia co dzień czegoś ludzkiego i kontaktów towarzyskich. Zamiast leniwie zastanawiać się, jak spędzić najbliższą niedzielę, i ryzykować, że za dużo czasu przesiedzisz w internecie lub przed telewizorem, postaraj się zaplanować wyjście do muzeum lub do kina. Znajdź czas, by przyrządzić ulubione danie i przygotować wstępnie lunche na cały tydzień. Gwarantuję, że poczujesz się dzięki temu bardziej produktywny, pewny i, przy odrobinie szczęścia, skuteczny.

  1. Ogranicz siedzenie przed ekranem.

Każdemu zdarza się zatracić w wędrówkach po internecie, a większość z nas spędza zbyt wiele czasu przed ekranem. Dane zebrane przez grupę Nielsen zajmującą się badaniami rynku wskazują, że dorośli Amerykanie spędzają ponad jedenaście godzin dziennie przed urządzeniami multimedialnymi. Sam ten fakt wyjaśnia, dlaczego tak wiele osób ma trudności z nawiązywaniem osobistych kontaktów. Jeśli podobnie jak wiele innych osób zmagasz się z uzależnieniem od elektroniki, możesz złagodzić doskwierającą ci samotność, spędzając mniej czasu przed ekranem. Im krócej będziesz przed nim siedzieć, tym więcej dasz sobie okazji do interakcji z innymi osobami i otoczeniem.

  1. Świadomie wykorzystuj czas przed ekranem.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby jednoczesne ograniczenie czasu spędzanego przed ekranem i wykorzystywanie go w sposób uważniejszy i bardziej świadomy. Jak wspomniałam powyżej, każdemu zdarza się utkwić w błędnym kole bezcelowego surfowania po sieci. Podobnie jak w przypadku uważnego chodzenia, aby świadomie wykorzystywać czas przed ekranem, należy określić jego cel. Zanim ponownie sięgniesz po urządzenie elektroniczne, zadaj sobie poniższe pytania: Co zamierzam osiągnąć za pomocą swojej następnej wizyty w internecie? Czy mógłbym wykorzystać ten czas, aby odnowić z kimś kontakt? Jak wiele czasu poświęcę na przewijanie i klikanie „Lubię to”? Czy mógłbym lub powinienem robić w tym czasie co innego? Czy czułbym się lepiej, gdybym robił to, zamiast błądzić po sieci?

  1. Spraw sobie zwierzaka lub pobaw się z cudzym.

Takie rozwiązanie nie jest odpowiednie dla każdego, ale posiadanie zwierzęcia poprawia nastrój i łagodzi uczucie samotności. Wyniki badań wskazują, że osoby mieszkające samotnie, ale posiadające zwierzę, ogólnie lepiej sobie radzą. Kontakt ze zwierzęciem nie jest w stanie całkowicie zastąpić wsparcia społecznego otrzymywanego podczas interakcji międzyludzkich, jednak z badań wynika, że posiadanie zwierzaka jest pomocne i może w wielu przypadkach zapewniać wsparcie emocjonalne. Wielu właścicieli zwierząt zyskuje dzięki swoim pupilom okazję do kontaktów i sposób na złagodzenie samotności. Posiadanie zwierzęcia oznacza chodzenie do sklepu zoologicznego, do weterynarza, a w przypadku psa – na spacery. Z moich doświadczeń jako właścicielki psa wynika, że samo wyprowadzanie go dostarcza wielu okazji do łatwego, spontanicznego nawiązania rozmowy. Zwierzak pomaga przełamać lody. Nawet jeśli sam nie możesz mieć psa, masz szansę odczuć związane z nim korzyści, pilnując czworonoga sąsiadów, odwiedzając kafejkę przyjazną zwierzętom czy pracując jako wolontariusz w schronisku.

  1. Porozmawiaj z kimś.

Zastanów się nad zwierzeniem się ze swoich uczuć bliskiej osobie. Okazanie w ten sposób wrażliwości może pogłębić waszą więź. Jeśli powiesz, co czujesz, komuś, kto się o ciebie troszczy, możesz też otrzymać od niego wsparcie społeczne i emocjonalne. Wiele lat temu pracowałam z Jonem, młodym człowiekiem, który przeprowadził się do Nowego Jorku po ukończeniu studiów i miał w pracy bardzo napięty grafik. Spędzał w niej tyle czasu, że pozostawało mu bardzo niewiele wolnego. Jon nie potrzebował bardzo intensywnych kontaktów towarzyskich – lubił od czasu do czasu pobyć sam, ale z czasem zbyt częste osamotnienie zmieniło się w samotność. Jon zdobył się na odwagę i opowiedział kilkorgu bliskich przyjaciół ze studiów o swoich problemach. Ku jego zaskoczeniu pospieszyli z pomocą. Zaczęli dbać o to, by częściej esemesować do Jona, odwiedzać go i wciągnąć go do swoich nowojorskich sieci znajomych. Dzięki swoim zwierzeniom mój pacjent nie tylko poczuł się lepiej – odwaga, jaką wykazał, ujawniając swą wrażliwość, pozwoliła mu nawiązać głębsze, bardziej znaczące przyjaźnie.

  1. Zacznij marzyć.

Takie zalecenie może się niektórym wydać nierozsądne, zwłaszcza w chwilach gorszego samopoczucia, ale wyobrażanie sobie, jak chcemy, by wyglądało nasze życie, pomaga. Udowodniono, że śnienie na jawie i fantazjowanie poprawia nastrój. Marzenia mogą mieć bardzo oczyszczające działanie i dawać chwilę wytchnienia w trudnych sytuacjach. Kiedy marzymy lub wizualizujemy, jak inaczej mogłoby wyglądać nasze życie, mózg przez cały dzień wykonuje drobne ćwiczenia z wizualizacji, sprawiając, że wprowadzamy mikrozmiany pomagające w dążeniu do wymarzonego celu. Czy potrafisz wyobrazić sobie, jak byś się czuł, gdybyś przyjął tamto zaproszenie albo poszedł na happy hour z kolegami z pracy? Czy fantazjując o tym, z kim chciałbyś mieć częstszy kontakt, łatwiej zdobyłbyś się na telefon do tej osoby lub odpisanie jej następnym razem, kiedy pierwsza się odezwie?

  1. Pozbądź się negatywnych myśli.

Zanim dowiesz się więcej o negatywnych myślach, musisz uświadomić sobie istnienie pętli przyczynowo-skutkowej pomiędzy myślami, uczuciami i zachowaniami. Terapia poznawczo-behawioralna opiera się na założeniu, że da się wprowadzić zmiany na każdym z tych poziomów: myśli, uczuć i zachowania. Jeśli doskwiera ci samotność, możliwe, że doświadczasz nieświadomych negatywnych myśli, które uznany psycholog i ekspert w dziedzinie szczęścia, dr Elisha Goldstein, określa skrótem NUTs od angielskiej nazwy Negative Unconscious Thoughts.

Negatywne myśli, kryjące się pod powierzchnią naszej świadomości, to między innymi głęboko zakorzenione przekonania. Te powiązane z uczuciem samotności to na przykład: „Nie zasługuję na przyjaciół”, „Kto w ogóle chciałby się ze mną przyjaźnić?” czy „Zawsze będę czuć się sam”. Takie nieświadome negatywne myśli wywołują negatywne uczucia, takie jak przygnębienie, i nasilają zachowania izolujące. Jak można zmienić tę negatywną pętlę przyczynowo-skutkową? Należy zacząć od odwrócenia początkowych negatywnych myśli lub ich przeformułowania w pozytywne. Na przykład negatywną myśl „Kto chciałby się ze mną przyjaźnić?” można przeformułować na „Wiele osób chciałoby się ze mną przyjaźnić”. Zastanów się, jaki wpływ na twoje uczucia i zachowania mogłaby wywrzeć myśl „Wiele osób chciałoby się ze mną przyjaźnić”. Taka automatyczna pozytywna myśl mogłaby wywoływać pozytywne uczucia i pozytywne zachowania.

Pomocne może być na początek nazywanie negatywnych myśli. Nazywając negatywne myśli, nie tylko stajesz się ich świadomy, ale także robisz pierwszy krok do pozbycia się ich. To ważna umiejętność – dopóki nie zrozumiesz swoich negatywnych myśli, nie będziesz w stanie ich zwalczyć ani przeformułować. Kiedy nabierzesz wprawy w przeformułowywaniu myśli, będziesz mógł wyjść ze strefy komfortu w nowe obszary dające sposobność do zawarcia przyjaźni.

Fragment pochodzi z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla osób, które pragną budować szczere i bliskie relacje z ludźmi. Wyposażona w wiele ćwiczeń pomoże poznać i pożegnać rozmaite blokady, stojące na drodze do życia pełnego prawdziwych przyjaciół.