1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczny partner – jak żyć z manipulantem?

Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Spotkałam księcia z bajki. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć.

Spotkałam księcia z bajki. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące.

„To moja druga połówka” – opowiadałam przyjaciółkom, gdy w wieku 37 lat ja, samotna mama ośmiolatki, w końcu z nim zamieszkałam. „Chagall mógłby się od niej uczyć” – pąsowiałam, gdy przechwalał się na Facebooku moimi ilustracjami do książek. Zapłacił czynsz za pół roku, szalał z moją córką na rowerach. Oswajał każdy mój lęk. „Ze wszystkim sobie poradzimy, KMŻ [kobieto mojego życia]” – pisał dziesiątki czułych SMS-ów dziennie. Mam je do dziś.

Piekło i raj

Zanim pojawił się on, przez pięć lat byłam samotną mamą. Zaradną, niezależną optymistką. Samotność? Nie dramatyzowałam. Weekendy i wakacje z przyjaciółkami i ich dzieciakami. Rytuały domowe z córką. Z nim brakowało na nie czasu. „Nic beze mnie” – domagał się. Moja niezależność najpierw go fascynowała, potem doprowadzała do szału. Czułam się winna, gdy nie dość szybko odpowiadałam na SMS-y, za długo rozmawiałam przez telefon albo nie zachwyciłam się jego pomysłem na biznes. „Nie masz pojęcia, co to partnerstwo” – znowu albo awantura, albo milczenie. Jak mantrę powtarzał: „Obchodzą cię tylko twoje bazgroły. Traktujesz mnie jak zabawkę” – i wychodził. Biegłam za nim przekonana, że za mało daję. Był zazdrośnikiem. Deprecjonował moich znajomych, krytykował siostrę. „Chce cię od nas odciąć” – ostrzegały przyjaciółki. A ja myślałam: „Dostaję od niego tyle miłości, że postaram się jeszcze bardziej”. Im bardziej był ze mnie niezadowolony, tym bardziej bałam się go stracić. Powstał między nami dziwny rytuał. Jego foch – moje wycofanie – jego „wybaczenie”. I gorący seks albo rodzinna wyprawa do Kazimierza na zgodę. Jednak wystarczała iskra, by znowu powstał pożar. Krytykował wszystkich wokoło. Przypomniałam sobie, że zauważyłam to już podczas pierwszych randek. Nawet przeszło mi przez myśl, że ma niskie poczucie własnej wartości. Ale zakochana kobieta widzi to, co chce zobaczyć.

Kiedy powiedzieć „dość”?

Lista zarzutów się wydłużała. Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie. Czasem miałam wrażenie, że stanę na rzęsach, a on i tak będzie niezadowolony. Migrenę, rozdrażnienie na córkę zrzucałam na przemęczenie pracą. Pierwszy raz w życiu musiałam poprawiać ilustracje. „Musisz zacząć w siebie wierzyć” – pocieszała redaktorka. Faktycznie, z samooceną było u mnie kiepsko. Marna kucharka – on nie tykał moich dań. Zła matka. Brzydula – za grube uda, odstające uszy.

„On tobą manipuluje, szantażuje odrzuceniem, a sam pewnie drży, że go zostawisz. Postaw mu się, ma cię szanować!” – mówiły przyjaciółki.

Często opowiadał o jakiejś koleżance z pracy. Któregoś wieczoru na jego komórce wyświetliła się od niej wiadomość. Zerknęłam: „Dziękuję za cudowną delegację [serduszko]. Wybacz, jeśli zbyt otwarcie odpowiedziałam na twoją serdeczność [serduszko]”. Wrzeszczałam, płakałam. „Inwigilujesz mnie, zabraniasz rozmawiać nawet z sąsiadem. A ty?!” Śmiał się. „Coś sobie uroiłaś. Musisz się leczyć, ile razy mam ci to powtarzać, ty nie wiesz, jak być z kimś w związku”. On miał prawo na mnie wrzeszczeć. Moja furia została uznana za niepoczytalność. Przez kolejne dni byłam jak zahibernowana. „Umówiłem cię ze świetną terapeutką, pójdziemy razem, chcę ci pomóc”. Chciałam zasłużyć na jego miłość. Nawet za cenę zaburzeń, które mi wmawiał.

Droga na dno

Terapeutka, o dziwo, nie podpisała się pod „diagnozą” , że nie umiem być z kimś blisko, że może mam borderline – jak sugerował, opowiadając o mojej furii. Zaproponowała terapię par.

Podpisaliśmy kontrakt na kilkanaście spotkań. W aucie on obśmiał terapeutkę, powiedział, że poszuka innej, i podarł kontrakt. On nie musi się leczyć, on nie ma problemów, jest zarąbistym facetem – słyszałam. Poszłam sama. Bladłam, odpowiadając na jej pytania. Jak się przy nim czuję? Jak śmieć. Zero szacunku z jego strony. Lęk. Smutek. We wszystkim jestem beznadziejna. Nie umiem się skupić na pracy. No i najgorsze – moja córka też boi się jego reakcji. „Niech pani poczyta o toksycznych mężczyznach” – wręczyła mi książkę. Na kolejną wizytę nie poszłam. Nie miałam siły mierzyć się z prawdą.

Nasz zjazd na dno trwał jeszcze kilka­naście tygodni. Próby ratunku? Był seks – zwierzęcy, bez czułości. Trzymałam się ostatnich iluzji. I sama ze sobą nie wytrzymywałam. Łykałam xanax albo piłam. Finał był tak absurdalny, że aż śmieszny. To on spakował walizki. „Zniszczyłaś mnie jako faceta, oddałem ci się cały, a ty nie umiałaś tego docenić” – powiedział.

Po rozstaniu wróciłam do terapeutki. Lizałam rany przez dwa lata. Dziś jasno widzę, jak mną manipulował, żal mi go, bo zrozumiałam, że sam miał kłopoty ze sobą. Toksyczni ludzie nie wiedzą, że krzywdzą. To mi daje siłę, żeby nie czuć się winną naszej porażki.

  1. Seks

Inteligencja seksualna – na ile jesteśmy świadomi swoich potrzeb?

Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Wbrew pozorom nie po to, by bez zająknięcia wymienić nazwy stu łóżkowych pozycji czy świetnie się orientować w ofercie sex shopów. Raczej po to, by nasze życie erotyczne było udane i naprawdę zgodne z tym, co nam w duszy – a także w zmysłach – gra. 

Znajomość siebie, swoich potrzeb i zahamowań oraz warunków, w których możemy je przekraczać. Odwaga, żeby prosić o to, co nam naprawdę sprawia przyjemność, i gotowość, żeby dawać partnerowi to, czego potrzebuje. Wiedza o tym, co różni mężczyznę i kobietę. Umiejętność odmawiania i otwartej komunikacji w sprawach seksu, także rozumienia drugiej osoby, ale i własnych reakcji. Wszystko to właśnie zawiera w sobie inteligencja seksualna – termin, który robi ostatnio furorę.

– Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. To niezwykle ważne, bo poziom inteligencji seksualnej decyduje o tym, czy jesteśmy zadowoleni z życia erotycznego – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka z Centrum Psychoterapii MAGO w Warszawie. – Im więcej wiemy o seksualności, relacji, bliskości i człowieku, z którym tworzymy parę, tym więcej mamy frajdy w sypialni.

Dobra wiadomość: z inteligencją seksualną jest nieco inaczej niż z poziomem IQ. Ten ostatni jest wrodzony, pierwszy – można skutecznie podnosić. I co ważniejsze – da się go w prosty sposób określić. Poprzez stopień zadowolenia z tego, co robimy w łóżku.

Tylko ty!

Zwolennicy i zwolenniczki wielu przygód i podbojów nie ucieszą się zapewne, ale według fachowców osoby naprawdę inteligentne seksualnie stawiają na jednego partnera. Wierność jest afrodyzjakiem!

– Dla satysfakcji w łóżku ważniejsza od ilości jest jakość – podkreśla Zaryczna. – Chcemy, żeby nasze życie seksualne naprawdę było na wysokim poziomie? Inwestujmy w budowanie dialogu z jedną osobą.

Jednak pogłębianie więzi, dbałość o potrzeby drugiej strony i komunikowanie swoich odczuć, zbyt często przerastają zdolność, motywację i chęć przeciętnych polskich kochanków. Oto typowy obraz współczesnego życia seksualnego: kilka minut stosunku, w tej samej co zwykle pozycji, rozładowanie i… koniec. Nie celebrujemy bliskości.

– Mądrze jest traktować seks nie tylko jako akt fizyczny służący rozładowaniu napięcia czy podreperowaniu poczucia własnej wartości, lecz jako zbliżenie, najgłębszy rodzaj kontaktu pomiędzy dwojgiem ludzi – uważa Zaryczna. – Inteligencja seksualna pomaga nam zrozumieć, że nie możemy stworzyć dającej prawdziwe zadowolenie więzi erotycznej bez emocjonalnej. Potrzeba seksualna leży bowiem blisko potrzeby bezpieczeństwa. A tego nie da nam kontakt z przypadkową osobą.

Potwierdzają to dobitnie badania dr Sharon Hinchcliffe z University of Sheffield, która przeprowadziła 46 wywiadów z kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Okazało się, że tylko 10 proc. z nich odczuwało satysfakcję z przygodnego seksu.

Z kolei z badań dr. Michaela Milburna z University of Massachusetts w Bostonie, autora książki „Sexual Intelligence”, wynika, że najniższy poziom inteligencji seksualnej wykazują osoby często zmieniające partnerów. Mimo przemian obyczajowych dla większości ludzi wciąż najważniejsza jest stabilność i przywiązanie.

Jeśli wizja uprawiania seksu z jednym partnerem do końca życia przeraża nas, to dla sypialnianego dobra powinniśmy przynajmniej w kontaktach miłosnych stawiać na coś więcej niż wakacyjne, krótkotrwałe romanse.

Nie za daleko i nie za blisko

Kolejnym bardzo ważnym składnikiem erotycznej inteligencji jest umiejętne zarządzanie dystansem w związku, a właściwie wypośrodkowanie między wolnością a zażyłością. Powinniśmy się nauczyć dawać sobie przestrzeń bez oddalania się od siebie. Jeśli kontakt będzie zbyt intensywny, nasza erotyka tego nie zniesie: stłamsimy ją.

– Wiele osób chce być z partnerem tak blisko, by stanowić niemal jedno ciało – mówi Zaryczna. – To kiepski pomysł, bo przecież własne ciało raczej nas nie podnieca… Erotyka to obok bliskości także zaskakiwanie siebie nawzajem, nuta niedopowiedzenia, trochę odświeżającego dystansu.

Żeby między nami iskrzyło, nie możemy być ze sobą non stop. Kiedy kobieta idzie z mężczyzną na imprezę i obserwuje, jak on tańczy z innymi kobietami, i wie w dodatku, że one uważają go za atrakcyjnego – sama zaczyna go bardziej pragnąć. Podobnie mężczyzna, który zauważa, że jego partnerka się czymś żywo interesuje, że potrafi zatracić się w swojej pasji tak, że nawet o nim zapomina i trzeba ją „gonić” – widzi ją jako wartą starań, bardziej pociągającą.

Bądźmy inteligentni – nie traktujmy każdej niezależnej inicjatywy ukochanej osoby jako ataku na więź i bliskość. Pozwólmy jej zdobywać doświadczenia poza związkiem – żeby mogła je potem „przynieść” i w ten sposób wzbogacić to, co już mamy.

– Cała sztuka polega na tym, żeby być na tyle blisko, by tworzyć związek, lecz na tyle daleko, by nie wygasło napięcie seksualne – uważa seksuolożka. – Zmęczeni pracą, obowiązkami domowymi i dyskusjami o rachunkach, zapominamy, jak to było nosić podniecającą bieliznę i zawsze mieć ochotę na gorący seks. Warto kilka razy w tygodniu starać się odnaleźć w sobie echo tej kochanki czy kochanka, jakimi kiedyś byliśmy i nadal chcielibyśmy być.

Erotyczna mądrość to także rozmawianie o seksie, umiejętność komunikowania się, zadawania pytań, wsłuchania się w potrzeby partnera. My jednak mamy raczej tendencję do zabawy w jasnowidzenie: jeśli znamy partnera od lat, to uważamy, że nie musimy go o nic pytać, bo doskonale wiemy, co czuje i czego chce, a co mu się nie spodoba. W ten sposób zamykamy się w kręgu własnych wyobrażeń i okradamy z wymiany i możliwości wspólnego odkrywania nowych obszarów.

– Trudno się rozmawia o seksie, a chyba najtrudniej powiedzieć drugiej osobie, czego się chce – mówi Zaryczna. – Nie umiemy prosić o to, czego pragniemy, bo boimy się urazić partnera lub przed nim odsłonić. Poza tym wydaje nam się, że dobra komunikacja polega na tym, by skutecznie przekonać drugą stronę do tego, czego my chcemy. Nic z tych rzeczy! Chodzi raczej o przekazanie w nieofensywny sposób swoich pragnień – z gotowością i otwartością na czyjąś reakcję, nawet jeśli nie będzie po naszej myśli. Gdy ukochana osoba będzie robić dokładnie to, czego chcemy – szybko się tym znudzimy.

Tyle, ile trzeba

Mamy tendencję do myślenia, że udane życie erotyczne można zmierzyć częstotliwością uprawianego seksu. Im więcej, tym lepiej. Ale jeśli sprowadza się ono do kilku minut stosunku – to czy naprawdę warto przyznawać za to laury? Prędzej czy później odczujemy, że kochamy się wprawdzie często, ale dość mechanicznie…

– W wielu związkach przyjmuje to postać pościgu – uważa seksuolożka. – Jeśli nie mamy ochoty na seks, trudno odmówić partnerowi. Boimy się, że to postawi naszą relację nad przepaścią. Wysilamy się, by życie erotyczne nie zamarło, próbujemy nowych pozycji, eksperymentujemy. Tak jakby nasze życie miało stać się jakąś pustynią po tygodniu czy dwóch bez seksu!

A przecież „źródło” seksualności istnieje tak długo, jak długo tworzymy parę i chcemy ze sobą być. Nie staniemy się osobami aseksualnymi – no, chyba, że się znienawidzimy i nie będziemy chcieli mieć ze sobą kontaktu albo gdy tak się zbliżymy, że staniemy niemalże jednym ciałem i zdusimy erotykę. Jeśli nie wpadniemy w żadną z tych skrajności, seksualna pustynia nam nie grozi.

– Zmysłowe IQ to między innymi świadomość, że seksualność podlega naturalnym rytmom i wahaniom – podkreśla dr Zaryczna. – I na szczęście jest tak, że kochankowie, którzy są wrażliwi na potrzeby partnera, także te dotyczące częstotliwości uprawianego seksu, po jakimś czasie potrafią dopasować je do siebie nawzajem.

To, że jedna ze stron ma ochotę na zbliżenie, nie jest ani lepsze, ani gorsze od tego, że druga jej akurat nie ma. Tym bardziej, że brak chęci na seks nie jest jednoznaczny z brakiem miłości. Ważne, żeby szanować odmienne potrzeby seksualne. Interpretowanie ich braku jako ataku lub wycofania jest mało rozsądne. Równie dobrze moglibyśmy mieć do partnera pretensję, że jest głodny albo że nie chce mu się jeść. Niezrozumienie i zarzuty w tej kwestii budują czasem między ludźmi bardzo wysoki mur, bo to bardzo delikatna materia. Dlatego tak ważne jest, żeby je dobrze rozumieć. Odmawiając partnerowi, nie mówmy: „to źle, że mnie pragniesz, bo ja ciebie nie”. Powiedzmy raczej: „ja ciebie kocham, lecz w tej chwili naprawdę nie mam ochoty na seks”.

Inteligencja seksualna zawsze bowiem przyjmuje założenie dobrych intencji z drugiej strony.

  1. Psychologia

Kiedy boimy się bliskości i zaangażowania?

Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy wspólna codzienność może przerażać? Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Na ile zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, a na ile to oznaka wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Decydująca jest tak naprawdę motywacja, dla której wybieramy życie w pojedynkę. Można żyć samemu z miejsca wyboru, ale można również dlatego, że nie potrafi się inaczej.

Co dzieje się w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, które wpisują się w taką charakterystykę, doświadczają wewnętrznego zapętlenia, konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie obawiają się tego. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z czymś niezwykle groźnym: z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. I nie jest to jedyne zagrożenie. Lękiem napawa również możliwość odtrącenia, odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i którą zaproszę do swojego świata powie – nie chcę cię, nie chcę cię takiego, jakim jesteś. - Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi on z przeszłości.

Gdy zabrakło akceptacji

Ci, którzy lękiem reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyli zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika. Najczęściej chodzi o relację z rodzicem, opartą przykładowo na dominacji i nadmiernej symbiozie. W takim układzie autonomia dziecka nie jest szanowana, natomiast funkcjonuje wzorzec niezdrowej zależności, kiedy rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Wówczas niezbędny etap oddzielania się córki czy syna traktuje jako zagrożenie względem siebie, nie zauważa odrębności małego człowieka. Czym to skutkuje dla dziecka? - Ktoś taki, jako dorosły, może bać się tego, żeby zbliżyć do partnera. Będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem.

Równie trudne są konsekwencje wybiórczej akceptacji, doświadczonej w dzieciństwie. To tak naprawdę manipulacja emocjonalna, kiedy rodzic daje siebie w ramach nagrody za spełnienie czegoś, co uważa za słuszne. Jeśli dziecko nie spełnia jego oczekiwań, wycofuje się – emocjonalnie, mentalnie czy fizycznie – w ramach kary. Nie ma tu miejsca na akceptację dziecka takiego, jakie ono jest. Później skutkuje to lękiem przed odrzuceniem, który na nowo przeżywamy w relacjach, gdzie dwie strony co jakiś czas się wycofują.

Działania „zamiast”

Jak wyglądają relacje osób, które boją się bliskości? To spotkania przelotne, okazyjne, dotyczące tylko życia zawodowego czy hobby. Zwykle oparte są na jakiejś zależności, na przykład tylko na seksie, przynależności do grupy, wspólnym biznesie. Właśnie takie pozwalają utrzymywać relację na pewnym poziomie powierzchowności, na zaangażowaniu ograniczonym jedynie do wybranej sfery, wycinka życia. Ktoś, kto funkcjonuje w taki sposób, porusza się w obrębie konwecji, dającej bezpieczne ramy. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające nie schodzić na taki poziom relacji, który jest zagrażający, a jednocześnie pozwalają ukryć trudność, usprawiedliwić przed samym sobą wycofanie.

Ten sposób radzenia sobie, kompensowania rzeczywistości ma bardzo wiele twarzy. Wspinamy się na skałki, podróżujemy, działamy w fundacjach, pracujemy zbyt ciężko, wchodzimy w wiele relacji i znikamy z nich. Jesteśmy osobami niosącymi pomoc, realizującymi wspólne pasje, buntującymi się, odgrywamy role, wypełniamy czas. Po co to wszystko? Po to, aby ochronić się przed pełnym napięcia stanem emocjonalnym, kiedy obawa przed zatraceniem tożsamości miesza się lękiem przed brakiem akceptacji, byciem odrzuconym.

Znikający punkt

Czy wycofywanie się z relacji jest złe? Na pewno jest to mocno rozbudowany mechanizm obronny i zastępczy, czasami jednak nie należy go zwalczać czy omijać. Człowiek może mieć potrzebę doświadczania go i stosowania, po to, aby zbudować w sobie podwaliny poczucia bycia niezależną, integralną jednostką. Zasadnicza jest tutaj świadomość własnych motywacji, samowiedza na temat: co mną kieruje.

Można nie wchodzić w relację z powodu strachu. Można również dlatego, że wszystkie znane sposoby radzenia sobie z problemami, które w nich zwykle występują, zawodzą i potrzeba tak radykalnego rozwiązania jak odejście, aby się obronić. Ten drugi przypadek to rozwój, budowanie siebie. Tego typu niedostępność, bycie świadomym „znikającym punktem” prowadzi do klarowania się wewnętrznego przekonania, że w pokonywaniu problemów nie jest się kimś bezsilnym, bezwolnym, zdanym jedynie na zewnętrzny wpływ. To wzrastające przekonanie pozwoli w przyszłości nie sięgać do ostatecznych rozwiązań polegających na unikaniu.

Paradoksalnie, zrozumienie i świadoma zgoda na to, co jest (czyli w tym momencie zgoda na dysfunkcję) pozwala na pójście dalej, transformuje, umożliwia funkcjonowanie w bardziej zaawansowanych formach współzależności. Podążanie w takim kierunku stopniowo przewartościowuje stan bliskości z zagrożenia w doświadczenie wzbogacające. Relacja coraz bardziej staje się okazją do zaspokojenia ciekawości drugim człowiekiem, odbierania go w rzeczywistym wymiarze, czucia się z kimś dobrze, dzielenia chwilą, codziennym życiem, byciem obok, wzajemnej wymiany. Kolejne dni kojarzą się z więzią, a nie z uwięzieniem.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe. 

  1. Psychologia

Czy dzisiejsi mężczyźni są niedojrzali?

Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Mężczyźni są niedojrzali, ale zawsze tacy byli i… tacy już pozostaną. – Ta ich nieodpowiedzialność czasem pcha świat do przodu, choć bywa, że i w przepaść - mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z Renatą Mazurowską.

Obecnie powszechnie mówi się o kryzysie męskości. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie podobnej dyskusji o „kryzysie kobiecości”… i żeby to mężczyźni skarżyli się, jakie to my, kobiety, jesteśmy beznadziejne.
Każda płeć ma o drugiej jakąś część myśli krytycznych i jeśli to nie przekracza pewnej granicy, nie jest to nic strasznego. Są jednak mężczyźni, którzy naprawdę nienawidzą kobiet, tak samo jak są kobiety, które naprawdę nienawidzą mężczyzn. Czasem ta nienawiść bywa obsesyjna i szalona. Czemu tak się dzieje? To już złożona kwestia kliniczna, ale kobiety i mężczyźni nienawidzący drugiej płci potrafią być bardzo destrukcyjni. Natomiast co do kryzysu męskości, można spróbować umiejscowić jego początek, cofając się w czasie do Wielkiego Kryzysu, drugiej wojny światowej i do jej finału. Wielki Kryzys to był moment, kiedy mężczyźni z dnia na dzień musieli skonfrontować się z tym, że nie będą w stanie utrzymać swoich rodzin. Pierwszą masową reakcją na to doświadczenie była fascynacja totalitaryzmem. Wielu mężczyzn zapragnęło dokonać nadludzkich czynów i wywołali wojnę, w wyniku której zostało wiele rodzin, gdzie to kobieta była jedynym wychowawcą i głową rodziny.

Dzieci wojny wychowywały się bez ojców.
To tak zwane rodziny matryfokalne. W latach 50. i 60., gdy chłopcy wychowani w tych rodzinach stali się mężczyznami, byli już inni niż mężczyźni z lat 20. – prezentowali postawę pokojową, bardziej otwartą, tolerującą odmienności. Z drugiej strony poszukiwali różnych doznań seksualnych, słabo tolerowali monogamię. To są mężczyźni, którzy dorastali bez aktywnego udziału ojca jako męskiego przewodnika, co skutkuje – według rozmaitych badań – wyborem jednej z dwóch dróg: albo reprodukuje się najbardziej prymitywne wzorce, tworząc stereotypową agresywną męskość, albo idzie się drugą drogą – negując typowo męskie cechy charakteru, jak rywalizację, agresywność, aktywność, obronę swojego terytorium czy własności. Więc albo skinhead albo hipis. W tym samym czasie wydarzyło się coś jeszcze – doświadczenie drugiej wojny światowej pokazało, że stereotypowo męska, heroiczna i narodowa ideologia posunięta do skrajności może prowadzić do masowych zbrodni. Holocaust stał się wyrazistym znakiem ostrzegawczym z napisem „nie idź w tę stronę, tam się czai diabeł”. Wcześniej, przed drugą wojną światową, organizowano publiczne defilady wojskowe i ludność cieszyła się tym w sposób zupełnie bezwstydny. Dziś już wiemy, co jest na końcu takiej drogi, i obserwujemy podobne zgromadzenia z mieszanymi uczuciami.

Mężczyźni przestraszyli się własnej agresywności?
To, co najbardziej stereotypowo łączy się z męskością, np. wojowniczość, ma już w tej chwili inny wymiar etyczny niż dawniej. Przed pierwszą wojną światową kobiety z ruchu kobiecego, np. w Anglii, mężczyznom, którzy nie poszli na wojnę, przypinały białe piórko – miało ich zawstydzać: „nie idziesz na wojnę, znaczy jesteś tchórzem”. Po Holocauście nastąpiła kolosalna zmiana – i niewyobrażalna jest teraz sytuacja, żeby feministki chodziły z białymi piórkami i zawstydzały mężczyzn, którzy nie chcą iść na wojnę. Dlaczego? Bo po Holocauście inaczej już postrzegana jest agresywność mężczyzn. Współcześnie mężczyzna nie pozwala sobie na nią, bo przeciętny, ale świadomy Europejczyk wie, że bycie agresywnym to zawód (jest armia zawodowa), a nie atrybut męskości. To powoduje, że wartości pojmowane wcześniej jako typowo męskie znajdują się na indeksie zakazanych.

Ale kobiety nie mają żalu do mężczyzn, że ci nie idą na wojnę, raczej o to, że i tak nie ma ich w domu.
Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. Pierwsze dwie są absolutnie prawdziwe, zawsze takie były i takie zostaną. Trzecie przekonanie jest jednak fałszywe. Mężczyźni wyśmiewani publicznie za chodzenie w podkoszulku i klapkach Kubota czują to samo, co by czuły kobiety czytające szyderstwa z nieatrakcyjnych kobiet. Hejt boli wszystkich tak samo. Ale mężczyźni się do tego nie przyznają.

Kobiety też się zmieniły – nasz obraz społeczny jest zupełnie inny niż naszych babek czy matek. Przejęłyśmy część męskich zachowań, często: bo musiałyśmy, czasem: bo chcemy. Zmiany odnoszą się do obu płci, bo dotyczą też całego świata.
Ostatnio wydarzyło się kilka rzeczy, które muszą zmienić naszą świadomość. Choćby to, że mamy broń masowego rażenia, która potrafi zniszczyć cały świat. Nie możemy doprowadzić konfliktu poza pewną granicę, bo zginie każdy bez wyjątku. Taka świadomość zmienia wszystko. W obrazie własnej osoby u kobiet też zaszła ważna zmiana choćby dlatego, że technologia umożliwiła rozdzielenie seksualności i prokreacji. Dawniej to było niemożliwe: kto uprawiał seks, musiał przyjąć do wiadomości, że prędzej czy później będą z tego dzieci. Dziś można o tym nie myśleć. To zupełnie zmienia optykę. Sprawia, że wygląd stał się ważny jak nigdy, bo rywalizacja o partnera się nie kończy. W dzisiejszym świecie nic nie jest gwarantowane, więc współczesna kobieta czuje o wiele większą presję bycia atrakcyjną niż jej prababka. Mężczyzna natomiast może dowolnie długo, nawet do pięćdziesiątki, pozostawać w stanie niedookreślenia. Matrymonialnego.

A współczesne czasy mu sprzyjają. I to dlatego my jesteśmy tak na was wkurzone?
Może… Ale kobiety zawsze narzekały na mężczyzn. I co gorsza, miały i mają w tym narzekaniu sto procent racji. Tak było 500 lat temu i dwa tysiące, i w wiosce afrykańskiej, i w Nowym Jorku. W polskich wioskach jest dokładnie jak w afrykańskich: kobiety trzęsą domem, a mężczyźni siedzą z piwem pod sklepem – u nas, lub w kucki paląc różne zioła – tam. No i one tak pomstują cały dzień na tych wałkoni, na których nie da się patrzeć, albo na tych obsesyjnych, którzy poszli gdzieś tam za czymś i ich nie ma. To jest odwieczne, niestety.

To jaki jest współczesny mężczyzna?
Znajduje się teraz w wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony cały czas ma te same tendencje w sobie, te same marzenia i pragnienia, ale realizuje je nie na wojnie, a oglądając filmy sensacyjne czy grając w gry komputerowe – jednocześnie ma świadomość, że czasy, kiedy można było się wprost do swojej wojowniczości odnosić, bezpowrotnie minęły. I to też sprawia, że on się wycofuje w fantazje. Albo za kierownicę.

Z relacji z kobietą też się wycofuje.
To częsty przypadek w dynamice par. Mężczyzna, czasem od początku wycofany, spotyka dodatkowe wymagania oraz irytację, i cofa się do swojego świata. Znika. Im więcej wymagań i irytacji, tym znika jeszcze bardziej. Błędne koło.

Więc zgadzasz się z poglądem, że mężczyźni są niedojrzali?
Oczywiście – nie są i nigdy nie byli. Bo co to znaczy „dojrzały”? Mężczyzna dojrzały to całkowicie przystosowany do funkcji społecznych: jest dobrym ojcem, wierny jednej partnerce, konstruktywny w sprawach domowych, dba o przyszłość…

Ironizujesz?
Trochę. Nie pije nadmiernie, odgaduje myśli partnerki, pamięta o urodzinach, cechuje go odpowiedzialność, jest przewidywalny, ma poważne zamiary… Oczywiście, mężczyźni spełniają pewne wymagania z tej listy, ale jeśli traktować je jako całość, to mówimy chyba o jakiejś postaci mitologicznej. Taki mężczyzna, który nie miałby w sobie odrobiny pewnego nieprzystosowania do tego, czego kobieta się od niego domaga, i nie poszedłby od czasu do czasu do lasu, nie wypłynął w rejs albo choćby nie poszedł upić się do baru…

…czy nie zamknął się z samochodem w garażu…
…no taki mężczyzna byłby pozbawiony elementu, który pcha świat do przodu, czyli pewnego rodzaju wariactwa. To mężczyźni wsiedli na drewniany statek szukać nowych lądów, nie mając kompletnie wiedzy, dokąd naprawdę płyną i co się kryje za horyzontem.

I odkryli Amerykę.
Płynęli na konstrukcji z desek, nie mając GPS-a ani pojęcia, jak długo będzie ta podróż trwała. Przeszli granicę, za którą nie starczyłoby prowiantu na powrót, ale płynęli dalej. Z perspektywy dorosłego zrobili coś całkowicie nieodpowiedzialnego. Czy dojrzały mężczyzna dopuściłby się czegoś takiego? To może zrobić tylko kompletny wariat, z którym nie da się żyć! Ale kobieta i tak będzie na niego czekała, narzekając na to, że go nie ma.

I że ze wszystkim jest sama. Niewiele się zmieniło…
Zobacz, co Budda zrobił swojej kobiecie. Wyszedł w nocy, tuż po urodzeniu się własnego syna! Swojemu dziecku dał na imię Przeszkoda (Rahula)! Co ona musiała wtedy czuć? A czy jakaś kobieta chciałaby mieć dzieci z Jezusem? Przychodzi taki pewnego dnia i mówi: „Wiesz, fajnie, że jesteś w ciąży, ale właśnie miałem wizję i jutro tu przyjdą, zabiorą mnie i do krzyża przybiją. A później będziecie musieli chyba gdzieś wyjechać, bo tu nie będziecie mile widziani. Rozumiem, że jesteś zła, ale to dla mnie ważne. Mam misję”. No przecież ona by go chyba na miejscu zabiła. Dojrzały mężczyzna nie tworzy religii, bo jest odpowiedzialny za rodzinę. Jednak w świecie bez religii nie ma gdzie wziąć ślubu, bo nie ma na co przysięgać.

Czyli z jednej strony mężczyzna się zamracza, ale z drugiej odkrywa nowe lądy?
Albo w ogóle nic nie robi. To najbardziej współczesny model. Siedzi w pokoju i klika. W Japonii mają na to już nawet nazwę – hikikomori. Facet, który odmówił wszystkiego w ogóle.

Paweł Droździak psycholog, psychoterapeuta, współautor książki „Blisko nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach”.

  1. Psychologia

Dam ci to, czego pragniesz, ale jeśli wyrzekniesz się siebie

U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
„Będzie jak w bajce. Dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz. Pod jednym warunkiem: wyrzekniesz się siebie”. Tak brzmi niepisana umowa symbiotycznych związków.

Maria była przekonana, że nigdy nic lepszego jej nie spotkało. Zakochała się, ale nie w byle kim i nie byle jak. Czuła to, a uczuć przecież nie można oszukać. Myślała, że taka miłość zdarza się tylko w filmach lub romantycznych książkach, dopóki jej nie doświadczyła. Andrzej był jej uzupełnieniem, całym światem, z każdym dniem kochał coraz bardziej. Pisał do niej kilkanaście razy dziennie SMS-y, zabierał na kolacje, do kina, na weekend nad morzem. Budził rano do pracy i utulał do snu. Maria zrezygnowała z długo planowanego wyjazdu ze znajomymi nad morze, bo Andrzej obiecał, że pojadą razem, ale w góry, bo uwielbiał wspinaczkę. Postanowiła spróbować. Okazało się, że pokochała ten sport tak jak Andrzeja.

Zamieszkali razem, Andrzej znalazł dom pod miastem, miał bliżej do pracy, mógł więcej czasu spędzać z ukochaną. Dla Marii przeprowadzka oznaczała wprawdzie dłuższe dojazdy, ale i tak się cieszyła. Wszystkie koleżanki jej zazdrościły, na spotkaniach towarzyskich nie odstępowali siebie na krok… Po pięciu wspólnych latach Maria czuła tylko i wyłącznie wszechogarniającą nienawiść do Andrzeja.

Pojęcie symbiozy, które idealnie oddaje charakter relacji Marii i Andrzeja, psychologia zaczerpnęła z biologii. Krab pustelnik poszukuje pustej muszli ślimaka, do której może schować swój pozbawiony pancerza odwłok. Na takiej muszli osadza się ukwiał, który wędruje wraz z pustelnikiem i jego mieszkaniem, dzięki czemu może zdobywać pokarm, zapewniając przy okazji pustelnikowi ochronę przed drapieżnikami. Układ idealny.

Erich Fromm używał terminu „psychiczna więź symbiotyczna”, opisując relację dwóch dorosłych osób, które żyją kosztem siebie. Mogą to być kochankowie, przyjaciele, partnerzy w interesach. Chociaż są osobnymi organizmami, w sferze psychicznej łącząca ich więź powoduje zjednoczenie, pomieszanie tożsamości, tworząc specyficznego rodzaju klatkę. Więź symbiotyczna istnieje w stanie naturalnym, kiedy dziecko żyje kosztem matki w jej łonie, i później w początkowym okresie rozwojowym. To właśnie zaburzenia dotyczące relacji dziecka z rodzicami w pierwszych miesiącach życia mogą prowadzić do ukształtowania się w dorosłości tendencji do budowania symbiozy w związku.

Dobre początku symbiozy

Miłość symbiotyczna zazwyczaj rozpoczyna się od fajerwerków, wielkiego „bum”. Tylko zakochani nie wiedzą, że „bum” to odgłos zderzenia dwóch patologii. Zazwyczaj jedno z nich, tak jak Maria, pozostaje uległe, bierne, przekonane o tym, że oto właśnie spotkało je niezwykłe szczęście. Druga osoba sprawia wrażenie niezależnej, silnej, sprawczej, ale aby czuć się tak naprawdę, potrzebuje ciągłego potwierdzenia swojej wspaniałości. Obie postawy są biegunami tej samej osobowości, która napędzana jest siłą w kierunku odrębności, a zarazem bycia razem, czyli zlania się, totalnej fuzji. Początki takiej miłości, dokładnie jak u Marii i Andrzeja, wypełnione są euforią, namiętnością, poczuciem niezwykłego połączenia. Pustka odczuwana prawie każdego dnia znika, bo zostaje wypełniona przez ukochanego.

Maria z łatwością zrezygnuje z wyjazdu nad morze i pokocha wspinaczkę, bo kocha Andrzeja, staje się nim, zlewa z jego potrzebami. Ona nie wie, kim naprawdę jest, co lubi. Rzeczy, które sprawiają jej przyjemność, mogą się szybko zmienić pod wpływem tego, co zasugeruje ukochana osoba. Z kolei Andrzej w końcu znalazł kogoś, kto adoruje go, uwielbia, karmi jego ego. W ten sposób on może wciąż pielęgnować przekonania dotyczące siebie. Obydwoje posiadają głębokie przekonanie o byciu niepełnym, nie całkiem wartościowym.

– Na początku takie osoby mają poczucie ogromnej miłości, której nie zaznał nikt, zrastają się ze sobą, to bywa przyjemne – tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, dziekan Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Gdy po paru latach pojawia się konflikt pomiędzy lękiem przed samozatraceniem i niemożnością odczepienia się od tej osoby, często rodzi się nienawiść.

Bo to właśnie lęk stoi u podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go, zgniecenie, zniszczenie; w sumie traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą. Identyfikowanie się z kimś w takim stopniu, który powoduje zagubienie się, zatopienie własnej tożsamości w tożsamości drugiego człowieka”.

Zdarzeń ciąg dalszy

Partnerów w związku symbiotycznym cechuje stała potrzeba uzależnienia innych od siebie lub bycia uzależnionym. – U jednych wynika ona z przekonania o własnej słabości, u innych – z poczucia wyjątkowości, które będą potwierdzali, wieszając się na ludziach, uzależniając innych od siebie – komentuje prof. Katarzyna Popiołek.

Tacy zakochani nie dokonują racjonalnego wyboru partnera, nie sprawdzają, jaki naprawdę jest ten drugi człowiek. Mogą być ze sobą przez pięć lat i nigdy się nie poznać, ponieważ kreują wyobrażenie człowieka i tego wizerunku się trzymają.

Maria zakochała się w Andrzeju, ponieważ ją od siebie uzależnił: telefonami, rozmowami, wyznaniami. On zaś zakochał się w uległej, adorującej go kobiecie. Zafascynowali się swoimi projekcjami, nie sobą nawzajem. Aby ten układ przetrwał, pielęgnują wizję drugiej osoby, przez to nie mogą jej naprawdę zobaczyć. Przez pewien czas taki układ się sprawdza, ale w pewnym momencie osoba pozostająca w związku symbiotycznym zaczyna się dusić. Wie, że nie poradzi sobie bez drugiej osoby, zarazem czuje, że ta relacja uniemożliwia jej rozwój. Zaczyna przejawiać dwie sprzeczne tendencje: uciec i być bardzo blisko.

Maria, jak większość osób symbiotycznych, nie potrafi zachowywać się asertywnie, nie wyraża złości, gniew kieruje do wewnątrz. Powoli zaczyna pojawiać się u niej tłumiona nienawiść, pretensje do partnera o uzależnienie. Nadal jednak nie posiada własnego zdania, ponieważ przejęła poglądy Andrzeja. Z kolei on żyje w przekonaniu, że jeśli włoży jeszcze trochę wysiłku – to jego partnerka, uległa Maria, będzie doskonała. Ma przy tym tendencję do krytykowania jej, niekiedy poniżania czy wyśmiewania wszelkich jej prób samostanowienia o sobie.

– Prędzej czy później do związków symbiotycznych wkrada się nuda, pojawia się potrzeba poszukiwania przeciwwagi albo nienawiść osiąga siłę wcześniejszej miłości – wyjaśnia dr Aleksandra Sarna, wykładowczyni Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Jedno z partnerów może myśleć: „zmieniam tę drugą osobę tak długo, mam takie dobre intencje, a ona wciąż jest niedoskonała”.

W takich właśnie momentach Andrzej zrywa kontakt, oddala się od Marii, pokazując jej, ale przede wszystkim sobie, jaki jest niezależny i silny. Cierpi w tym czasie męki. Tak samo jak pozbawiona sensu życia Maria, dla której w chwili rozstania umiera nie tylko związek, ale ona sama. Jednocześnie Andrzej czeka na najmniejsze westchnienie Marii, po którym ponownie mógłby do niej wrócić, by się scalić, znów być jednym.

Niekiedy obawa przed samozatraceniem powoduje, że jedno z partnerów zaczyna poszukiwać trzeciej osoby. Jeśli trójkąt rozbije obecny układ, nowy związek powtórzy układ symbiotyczny, a osoba porzucona będzie rozglądała się za nowym partnerem. Co ciekawe, jeśli to Maria byłaby porzucona, a jej nowy partner kochałby nurkowanie, to ona nagle zapomni o wspinaczce. – Osoba żyjąca w związku symbiotycznym bez drugiej osoby nie istnieje w pełni – dodaje dr Aleksandra Sarna. – Tak jak z protezą nogi, może nie jest doskonała, nie jest nogą, ale pasuje.

Niepisana umowa w związku symbiotycznym brzmi: „dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz, pod warunkiem że wyrzekniesz się siebie”. Z tego powodu partnerzy niechętnie patrzą na nowych przyjaciół czy nowe zajęcia ukochanej czy ukochanego, bo zagrażają one symbiozie. Osoba symbiotyczna kurczowo trzyma się partnera, niczym osoba współuzależniona. Na głębokim poziomie czuje, że utrata związku to utrata życia, dokładanie tak jak utrata matki w dzieciństwie. Człowiek taki nie wie, jak dalej żyć, co robić, lubić, nie odnajduje w swoim życiu priorytetów, ponieważ te wyznaczał partner, który nagle odchodzi. Właśnie dlatego podczas rozpadu związku symbiotycznego przynajmniej jedna strona mówi: „nienawidzę cię”. Nie ma możliwości rozejmu, rozstania się z klasą, koniec następuje z hukiem, a partner okazuje nic nie warty.

Symbioza bez happy endu?

Stoi za tym kilka psychologicznych mechanizmów. Rozszczepianie własnego „ja” na część „dobrą” i „złą”, które jest źródłem zmiennych przekonań: „jestem beznadziejny”, „jestem najlepszy”, „mogę wszystko”, „do niczego się nie nadaję”. Inny mechanizm to idealizacja, czyli przypisywanie partnerowi cech, które chcielibyśmy u niego widzieć, i usprawiedliwianie pomyłek. Towarzyszy mu często mechanizm dewaluacji, czyli niedostrzeganie pozytywnych cech u osoby postrzeganej jako „złej”.

Para pozostająca w związku symbiotycznym może iść na terapię. – Jeżeli jednak wyleczymy dwie osoby symbiotyczne, to przestanie istnieć zasada funkcjonowania związku, bo jeśli ten oparty jest o patologię, to gdy ta zniknie, prawdopodobnie rozpadnie się sam związek – dodaje dr Aleksandra Sarna. Osobowość symbiotyczna jest silnie ugruntowana, terapia trwa latami. Ratunkiem jest praca nad sobą, budowanie swojego poczucia bezpieczeństwa i zadowolenia z samego faktu istnienia, a nie bycia z kimś. Pomocne może być danie sobie czasu na sprawdzenie, kogo chcę pokochać, i zadawanie pytań: Jakie cechy ma ta osoba? Co w niej lubię, a czego nie? Czego potrzebuję od tej osoby, a czego na pewno nie chcę? Gdzie znajdują się granice mojej przestrzeni, ciała, pracy, przyjaźni? Szaleństwo i pasja zdarzają się na początku każdej miłości, jednak jeśli ta jest ślepa przez długie miesiące i lata, prawdopodobnie wyprowadzi zakochanych na manowce. Dlatego, że nie spotkały się dwie dorosłe osoby, zainteresowanie poznawaniem siebie i wspieraniem w rozwoju, ale dwójka małych dzieci, przepełnionych lękiem przed zniknięciem.