1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego mężczyźni nie chcą rozmawiać? O wzajemnym wspieraniu w związku

Dlaczego mężczyźni nie chcą rozmawiać? O wzajemnym wspieraniu w związku

Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. (Fot. iStock)
Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czy wiem, czego on potrzebuje, i czy on wie, czego ja pragnę? – Żeby to wiedzieć, trzeba się dobrze poznać. A żeby się poznać, trzeba ze sobą rozmawiać. Kobiety to robią. A mężczyźni – nie twierdzę, że wszyscy – nie uczestniczą w dogadywaniu się. Wobec tego skąd mamy wiedzieć, czego im potrzeba? – mówi psychoterapeutka Ewa Woydyłło.

Wzajemne wspieranie się to ważne zadanie dla związku? Absolutnie, jedno z najważniejszych. Po to w ogóle tworzymy więź, żeby się nie rozsypywać przy trudnościach, bo te wcześniej czy później się pojawią. Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. Oczywiście, mamy także do spełnienia cel ewolucyjny, czyli wychowywanie dzieci, ale ludzie, którzy nie mają zamiaru mieć dzieci, też zawierają związki. To świadczy o tym, że relacja, wspieranie się są nam bardzo potrzebne. 

Dajemy jednak na ogół nie to, czego oczekuje partner. I dostajemy nie to, co chcielibyśmy dostać. Z czego to wynika? A kto od kogo dostaje więcej? Mężczyźni od kobiet czy kobiety od mężczyzn? Kto okazuje wsparcie bardziej adekwatnie, czyli daje naprawdę to, czego potrzebujemy? 

Kobiety. Ale czasami dają za dużo albo to, co same chciałyby dostać. No właśnie. Tu dochodzimy do ważnego wniosku: rozumiemy drugiego człowieka przez pryzmat własnych doświadczeń. Jakbym zobaczyła panią w mroźny dzień w bluzce z krótkim rękawkiem, tobym powiedziała: „Hej, proszę wziąć szal”. Mogłaby pani odpowiedzieć: „Ale mnie nie jest zimno!”. Uznałabym jednak, że ten szal się pani przyda. Jak ubieramy małe dziecko, to wychodzimy na dwór, sprawdzamy, czy nam zimno, czy ciepło. Czyli mierzymy innych swoją miarą. Wiemy, co nas męczy, czego nam brakuje, i na tej podstawie okazujemy innym wsparcie.

Na przykład kobieta chce czułości, więc ją okazuje. Albo chce rozmawiać. Nasza potrzeba biegnie często w taką stronę, że prosimy o rozmowę bądź same ją inicjujemy. I bardzo często słyszymy: „No dobrze, kończ, o co ci chodzi”. Ale nadal uważamy, że rozmowa jest bardzo potrzebna, bo my jej potrzebujemy.

Robimy błąd, dając takie wsparcie, jakiego potrzebujemy? Czy to błąd? Wyobraźmy sobie taką sytuację: Mężczyzna przychodzi do domu, kładzie pieniądze na stole, po czym zamyka się w pokoju. No, przecież daje mi materialne wsparcie, które uważam za ważne. Czy to błąd, że to mi nie wystarcza? 

On może myśleć, że wystarcza. Wymyślono bardzo dobry sposób, żeby się porozumiewać – język. Jeżeli ktoś mówi po angielsku, a ja po niemiecku, to my się nie zrozumiemy. On nie wie, co do niego mówię, a ja nie wiem, co on mówi. A czasem ludzie znają język, ale jedna strona mówi, a druga puszcza jej słowa mimo uszu. Żeby ludzie się porozumieli, po pierwsze, muszą mówić tym samym językiem, a po drugie, komunikacja musi być obustronna, to podstawa.

Ale większość mężczyzn, bo rzecz jasna nie wszyscy, nie komunikuje swoich potrzeb. Skąd kobieta ma wiedzieć, jakiego wsparcia pragnie mężczyzna? Rozumiem, że przechodząc obok jakiegoś pana na ulicy, nie wiem, czego on potrzebuje. Ale jeżeli umawiam się z kimś na wspólną wycieczkę, to muszę wiedzieć, czy lubi morze, góry, narty, czy rower. Tym bardziej powinnam to – i dużo więcej – wiedzieć, kiedy umawiam się z mężczyzną na życie. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Chyba że przyjmuję rolę wyuczoną od swojej matki, babki, że z mężczyzną się nie rozmawia, tylko się go obsługuje. Bo jak mamy obok kobietę, to ona mówi jasno: „Wyłącz radio, chodź, pogadamy”, albo: „Ja robię naleśniki, ty zmywasz”. Kobiety się dogadują. A mężczyźni – nie twierdzę, że wszyscy – nie partycypują w dogadywaniu się. Wobec tego kobiety dają im nie to, czego oni potrzebują. Bo skąd mają to wiedzieć? 

Myślę, że kobiety jednak wiedzą sporo na temat mężczyzn. Chodzą na warsztaty, czytają książki psychologiczne. Żartuje pani. Czy pani czyta książki, żeby dowiedzieć się czegoś o swoim mężu? Książki traktują o jakimś mężczyźnie, a pani ma innego. Aż tak nie jest, że wszystkie kobiety są jednakowe i wszyscy mężczyźni też. To mit. 

Ale dzięki temu, że czytam, to z grubsza wiem, jak on zareaguje. Gdy na przykład ma problem, to o nim nie opowiada, nie żali się, tylko zaczyna działać: dzwoni, naprawia. Muszę go dopytywać, co się stało, bo sam z siebie nie powie. To prawda, mężczyzna nie zawiadamia o swoich potrzebach, a kobieta owszem. I tym się różnimy. Kobieta dużo więcej mówi, ma lepiej niż mężczyzna rozwiniętą prawą półkulę odpowiedzialną za emocje. Tylko do końca nie wiadomo, czy dlatego ma lepiej rozwiniętą, że od małego posługiwała się mową, bo tego była uczona, czy tak jest wyposażona biologicznie. 

Może biologia bardziej pomaga kobietom niż mężczyznom, bo my mamy więcej hormonów więzi – oksytocyny, serotoniny. Panowie są pod tym względem pokrzywdzeni. Jak człowieka uwiera kamyk w bucie, to się zatrzymuje, wytrząsa go, a gdy dalej boli go stopa, to idzie do lekarza. Tak więc gdy czujemy jakiś brak albo gdy coś nam przeszkadza, to sprawdzamy, co nam jest, i o tym zawiadamiamy. Natomiast mężczyzna, jeżeli odczuwa jakiś brak, idzie do innej pani. Uczciwiej byłoby powiedzieć: „Porozmawiaj ze mną o tym, co przeżywam, bo jak nie, to pójdę do innej pani”. 

Kobieta chętnie podjęłaby taką rozmowę, ale na ogół nie ma na nią szans. Dlatego pytanie, kto o kogo bardziej dba, jest retoryczne. Bo wiadomo. Dba lepiej ten, kto wie, czego druga strona potrzebuje. Jak nie wie, to nawet gdy chce dbać, to często robi odwrotnie. Dobrze ilustruje to taka historia: Mężczyzna wraca do domu po kilku tygodniach, wsiada na lotnisku do taksówki i myśli: „Jak tylko wejdę do domu, to porwę żonę w objęcia, pójdziemy do sypialni i będziemy się kochać”. Żona cieszy się na powrót męża, robi porządki, gotuje obiad, ubiera się odświętnie i myśli: „Tyle mam mu do opowiedzenia: Jaś wygrał zawody, Kasia dostała szóstkę, pies zachorował”. Zupełnie inne potrzeby! Tak inne, że jeżeli wcześniej nie zawiadomimy o nich drugiej strony, to spotka nas totalne rozczarowanie.

Tylko różnica polega na tym, że my, kobiety, edukując się na temat relacji, rozumiemy, dlaczego oni tak się zachowują, a oni w ogóle w to nie wnikają. Oni nie dają nam wsparcia, a nasze nie jest skuteczne. Oni dostają od nas tyle, ile trzeba. To nie jest tak, że jak damy im jeszcze więcej, to związek będzie szczęśliwy. Kobiety mają koleżanki, przyjaciółki, siostry, a oni jakoś tych tabunów kolegów nie mają. Czyli im nie chodzi o wsparcie. 

To o co im chodzi? Dla mężczyzny najważniejsze są dwie rzeczy: pierwsza to praca. Na pytanie: „Kim jesteś?”, kobieta odpowiada: „Matką, córką, żoną...”, a na końcu, że fryzjerką, lekarką. Chyba że to jej pasja, wtedy powie na początku. Natomiast mężczyzna odpowie: „Jestem inżynierem, hydraulikiem, profesorem”. On musi być kimś, definiuje się przez pracę. I druga najważniejsza dla mężczyzn sprawa to seks. Chętnie się do tego przyznają. W przeciwieństwie do kobiet, które nawet jak seks lubią, to wymienią go na szarym końcu. 

Panom nie zależy na tym, żeby wiedzieć, jakiego wsparcia potrzebujemy? Niby po co mają wiedzieć? Żeby co? Żebyśmy były bardziej zadowolone?! Co im z tego, kiedy oni nie są zadowoleni? Okazywanie troski, wsparcia wiąże się z tym, że chcemy, żeby związek trwał, a ja znam statystykę, z której wynika, że dużo mniej mężczyzn niż kobiet chce, żeby związek trwał, rozwody wciąż w większości inicjują mężczyźni.

Ale to się zmienia i coraz więcej kobiet odchodzi. To prawda. Bo one wreszcie dochodzą do wniosku, że jak nie dostają od niego wsparcia, to bycie razem nie ma sensu. Coraz więcej kobiet to singielki. Podobnie jak coraz więcej mężczyzn to single. Kiedy potrzebują wsparcia, dzwonią do przyjaciół. 

O wsparcie trzeba prosić? Trzeba zakomunikować, czego mi trzeba. Obawiam się jednak, że nawet gdy mężczyzna powie, czego mu potrzeba, to tego nie da mu stara żona. Znam takie przykłady: pobrali się jako 20-latkowie, on robił karierę naukową, ona w tym czasie wychowywała dzieci, przepisywała mu po nocach teksty, przepytywała przed egzaminami, zajmowała się jego ukochanymi psami, budowała dom. On osiągnął sukces, uznanie, a jego karmicielka i opiekunka zwiotczała, posiwiała. Więc on rozgląda się za inną. To nagminne, w mojej praktyce mam mnóstwo takich przykładów. 

Czyli niewiele się zmieniło? W tej dziedzinie niewiele. Mężczyźni nadal realizują swoje fantazje, często na barkach kobiet. Mamy stulecie praw kobiet, wywalczyły je nasze przodkinie, Piłsudski dał im prawo wyborcze, to był piękny moment w dziejach Polski. Ale właściwie od tego czasu nic się nie zmieniło. Wszystko trzeba wydrapać, wywalczyć: stanowiska, pozycje, równe płace, respekt, szacunek. Nadal, gdy zapyta się dziecko, kim są jego rodzice, słychać odpowiedzi: „Tatuś jest nauczycielem WF-u, buduje domy, a mamusia nie pracuje, tylko siedzi w domu, mam dwie siostry i brata bliźniaka”. No więc jeżeli nadal uważa się, że jeżeli kobieta niechodząca do pracy nie pracuje, to jest w tym coś poniżającego.

Pewien psycholog uważa, że depresje dzieci biorą się stąd, że matki gremialnie poszły do pracy, zamiast się nimi zajmować. Bardzo to oburzające, że kobiety stają się kozłami ofiarnymi. Jak jest jakieś niepokojące zjawisko społeczne, na przykład narkomania, to kto jest winien? Matki. No więc jeżeli matka idzie do pracy, to gdzie jest ojciec? Dlaczego nie udziela jej wsparcia takiego, jakiego ona mu udziela? A z tą epidemią depresji u dzieci to przesada, koncerny farmakologiczne zarabiają na tym biliony. Napisałam na ten temat książkę „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”. Za depresję dzieci odpowiada w dużym stopniu opresyjna szkoła. A czy zastanawiamy się, dlaczego depresja dotyka młode matki? Otóż dlatego, że są nieludzko zmęczone fizycznie, bo ciąża, bezsenność, poród, który bywa katorgą. A wtedy słyszą – to znów przykład z mojego gabinetu – że na czas jej „niesprawności” on musi zorganizować sobie inną kobietę do seksu. Tak poradził mu terapeuta, mężczyzna. Mężczyźni od wieków mieli garsoniery, jak widać nic tu się nie zmieniło. Jeżeli naprawdę potrzebujemy wzajemnego wsparcia, to musimy dobrze się poznać. A kiedy się dobrze poznamy? Gdy będziemy ze sobą rozmawiać. Ale nie mam złudzeń. Mężczyźni nadal mają z tym problem. Na uniwersytetach trzeciego wieku na sto osób 95 to kobiety. Co oni wtedy robią? Przecież wszyscy nie umarli. Kobiety lubią być z ludźmi, rozmawiać, niekoniecznie, jak się upiją.

Jest pani bezlitosna dla mężczyzn. Promuję książkę „Własny pokój” Virginii Woolf. Własny pokój jest, oczywiście, symbolem niezależności kobiecej. Okazuje się, że większość artystek swój pierwszy własny pokój miała wtedy, gdy sama sobie go wywalczyła: wzięła kredyt, kupiła mieszkanie, wybudowała dom. Pokoje mają dzieci, mąż, teściowa, a ona co najwyżej pod schodami ma biureczko.

Ale dzięki niej rodzina trzyma się razem. Są jednak społeczeństwa, gdzie kobieta za to scalanie rodziny nie płaci takiej ceny, gdzie mężczyzna i cały system naprawdę ją wspierają. 

W Polsce też już coś się zmienia. Młodzi ojcowie potrafią świetnie zająć się dzieckiem, a ich partnerki w tym czasie idą na jogę. Ale pojawia się też inne nowe zjawisko: kobiety, które nie otrzymują wsparcia, szukają bardziej satysfakcjonujących związków. 

Nie ma ratunku dla związków? Kiedyś, gdy ludzie się pobierali, to przyrzekali sobie wierność do grobowej deski. Tylko że sto lat temu średnia wieku wynosiła 35 lat. A dzisiaj kobiety żyją średnio 87 lat, a mężczyźni 79. Teraz dla młodych ta grobowa deska jest poza zasięgiem wyobraźni. Nie ma żadnego przepisu, jak żyjąc razem, zawsze iść w tę samą stronę. 

Może tym spoiwem są dzieci? Są, ale wychowuje się je mniej więcej do czterdziestki. Kiedyś kobieta w tym wieku by zginęła bez mężczyzny. Bo kto by ją utrzymywał? A mężczyzna by zginął bez kobiety – bo kto by mu gotował i prał? Teraz ona jest niezależna finansowo, a on idzie do restauracji, oddaje rzeczy do pralni. Zorganizowaliśmy sobie świat, w którym tylko dla więzi warto być razem. Ale największe wsparcie kobiety nadal dostają nie od mężczyzn, tylko od innych kobiet. Kiedyś rozmawiały przy darciu pierza, na polu. Takiej roli mąż nigdy nie spełniał. Bo – powtórzę – żeby dawać adekwatne do potrzeb wsparcie, trzeba dobrze się poznać, a żeby dobrze się poznać, trzeba ze sobą rozmawiać. I drugi wniosek: człowiek oczekuje od partnera nie tylko wsparcia. Wsparcie można kupić u psychoterapeuty, pół Ameryki sięga po profesjonalną pomoc. Partner jest nam potrzebny dla więzi, intymności, wychowywania dzieci. Ale i tak dobre życie każdy powinien zapewnić sobie sam.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczny? Socjopata? Sprawdź mężczyznę na początku związku

Kobieta w toksycznym związku całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.(Fot. iStock)
Kobieta w toksycznym związku całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.(Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Mężczyźni robią tylko to, na co im pozwalamy lub dają nam to, czego chcemy. Naprawdę więc warto wiedzieć, czego chcemy.

  • Socjopata to osobnik, który wie, czego kobiety potrzebują i daje to tylko po to, żeby coś osiągnąć, a nie że po prostu chce to dać. Rachunek za to jest potem bardzo wysoki.
  • Niewinna kobieta, a szczególnie ta bardzo spragniona miłości jest bardzo łatwym łupem – czytaj 90 procent kobiet.
  • Kobieta taka zostaje zaczarowana, upita, zahipnotyzowana tym wszystkim, co chciała usłyszeć na swój temat. Socjopacie bardzo łatwo jest mówić takie rzeczy, słodzić i obiecywać, ponieważ wie, że nic z tego nie da – więc obiecać może wszystko.
  • Normalny facet nie obiecuje, bo by się czuł głupio, gdyby tego nie dał lub czuje, że może tego nie dać, albo nie wie jeszcze lub czułby się zobligowany.
  • Socjopata żeruje na głodzie kobiet i ich braku doświadczenia. Bardzo dobrze by było, żeby każda „poznała” takiego i nauczyła się łatwo rozpoznawać, bo jest ich sporo.
  • Więc po pierwsze, nie spieszyć się. Jest to bardzo trudne dla tej, która tak bardzo już czeka i jest głodna...
  • Więc pierwsza zasada, powściągać siebie i swoje uczucia.
  • Jeśli nie umiesz tego zrobić na początku i wpadasz jak śliwka w kompot, w zakochanie, podaruj sobie ten stan, ale po jakimś czasie bardzo uważnie siebie zapytaj: „No dobrze, już się trochę zanurzyłam, a teraz wychylam głowę na powierzchnię i zaczynam obserwować, co tu się dzieje takiego, że tak bardzo chciałam wpaść?”.
  • Zacznij go sprawdzać, na przykład prośbami o przysługi, zapoznaj go z brzydką koleżanką i zobacz, jak się będzie do niej odnosił, lub z bardzo ładną.
  • Odmów mu parę razy.
  • Sprawdź, ile miał żon i ile dzieci po drodze – sprawdź, co one o nim sądzą (gdy masz okazję – naprawdę tego słuchaj). Słuchaj też, co on mówi o swoich byłych.
  • Socjopata po okresie uwodzenia nudzi się swoją ofiarą i zaczyna sprawiać sobie przyjemności, czyli się znęcać – musi sobie przecież odkuć ten okres inwestycji w nią – kretynkę. Zauważysz wtedy moja droga, że wśród komplementów będą zdania typu: „jesteś za gruba”, „zobacz jak tamta wygląda” i ty nieszczęśnico, zaczniesz się starać – „Boże, on ma rację, jestem głupia i za gruba, muszę nad sobą pracować...”. I co zaczynasz robić? Kopać sobie własny grób. A trzeba jemu spokojnie powiedzieć: „Widziały gały, co brały”.
  • Jak działa psychopata? Mówisz mu: „Jest mi przykro, jak tak do mnie mówisz”, a on ci na to: „To się postaraj, to nie będę musiał tak do ciebie mówić”. Wyjechał, nie wrócił wtedy kiedy miał wrócić, obiecał że się odezwie, nie odezwał się, poniża cię coraz bardziej, raptem jesteś nieinteligentna, gorsza niż inne, on nagle nie ma pieniędzy, nic nie kupuje, nic nie załatwia. Jest coraz bardziej wściekły i niezadowolony, odcina cię od koleżanek, właściwie od wszelkich atrakcji, już nie pomaga ci i nie współczuje, za to ma pretensje, że jesteś wymagająca i leniwa. Jak mówisz, że się źle czujesz, to on mówi, że to twoja wina – i tu niestety ma rację...
  • Jeśli będzie eskalować wymagania – a będzie, to już wie- my, że to jest ten przypadek – psychopata nam się trafił. I jeszcze dwa, trzy sprawdziany dla pewności i pana wysyłamy na drzewo, a same wracamy do domu – do siebie.
  • Psychopaty nie uleczy żadna miłość. On kocha władzę.
  • Kobieta psychopaty gaśnie w oczach. Jak na początku świeciła i rozkwitała i wszystkie jej zazdrościły, to teraz więdnie i to w szybkim tempie. W oczach ma lęk i błaganie – oszczędź... Ale on jest bez litości, ponieważ tym się właśnie karmi – swoją złą mocą. A najgorsze jest to, że ona ciągle czeka, że on będzie taki jak przedtem i w dodatku wierzy, że to się stanie. Całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.
  • Jest to uzależnienie porównywalne do heroiny. Żeby utrzymać swoją władzę kat od czasu do czasu dokarmia swoją ofiarę – dobrym słowem, komplementami, obietnicą ślubu, podziwem – żeby mu starczyła na dłużej i zbyt szybko nie umarła albo się nie zabiła.

Siłę manipulowania świetnie zobrazuje takie doświadczenie: mamy dwie beczki z wodą; w każdej z nich pływa myszka. W jednej z beczek pływa, pływa, pływa aż w końcu się topi. W drugiej beczce wkładamy myszce patyczek, którego ona się chwyta na chwilę, ona odpoczywa, my patyczek wyjmujemy. Wkładamy ten patyczek co jakiś czas, nieregularnie. Myszka bardzo, bardzo długo pływa. Dużo więcej wytrzymuje niż tamta bez patyczka. Rozumiesz, o co tu chodzi? Ona ma nadzieję, że patyczek ją uratuje i że warto czekać. Lepiej szybko sobie zdać sprawę, że patyczek jest właśnie po to, żebyś jak najdłużej wytrzymała w koszmarnej dla ciebie sytuacji, która i tak skończy się tragicznie. Trzeba uciekać i to od razu. Nie można chwytać się patyczka – iluzji. Gdyby miał być ratunkiem, uratowałby od razu i nie kazał się tak długo męczyć. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet zaczynają od doprowadzenia kobiecości do absurdu, reklamiarskiego absurdu. „Jesteś godna najlepszych perfum, jesteś inna niż wszystkie, masz wyjątkowe ciało – żadna takiego nie ma, tylko ty tak potrafisz prezentować luksusowe rzeczy, jesteś mądra, masz starą duszę...”. Taki cwaniak wie, co każda kobieta chce usłyszeć, ponieważ sprawdza twoje reakcje i jest nastawiony na czytanie ciebie – czym cię porazi najbardziej. Jednej powie, że jest najpiękniejsza, a drugiej – że jest najmądrzejsza. A prawda jest taka, że jesteś inna niż wszystkie, ale też jesteś taka jak wszystkie.

Piękna, ale nie najpiękniejsza, mądra, ale nie najmądrzejsza i tak dalej, i tak dalej. On tymi super adoracjami nakręca ciebie na nierealne pragnienia, na nierealną samoocenę i tym mu łatwiej, o ile gorzej o sobie myślisz. Dziewczyny źle myślące o sobie marzą, żeby być naj, a nie żeby być zwykłą, normalną dziewczyną. Wydaje im się, że z dna swojej biedy wewnętrznej muszą się wznieść na wyżyny, żeby tej biedzie zaprzeczyć. Podczas gdy realność jest taka, że jestem OK. Ale to się wydaje takie nudne... Normalny facet chce normalnej dziewczyny; zwyczajnej, średniej, pasującej do niego.

Socjopata nie może mieć normalnej dziewczyny, bo ona go obnaży i zostawi. Jeśli powie: „A jakaż pani jest niezwykła...”, normalna kobieta odpowie: „Niech pan nie przesadza” lub: „Wiem, dziękuję”, a głodna odpowie: „Naprawdę?” z błyskiem w oku... I poczuje się nagle wreszcie doceniona i odkryta... I on to świetnie zobaczy. Ale nie po to władował dziewczynę w dobre samopoczucie, żeby jej było dobrze i żeby z tym została, tylko po to, żeby mieć nad nią władzę. Do czego używa tej władzy? A do czego używają władzy ci, którzy jej pragną? Do manipulowania i wykorzystywania ludzi – i niszczenia ich na końcu. Najłatwiej niszczyć taką, która i tak o sobie źle myśli, bo zrobi to za nas. Wystarczy zagrozić jej, że znowu będzie niezauważona i niczyja, a już służy na dwóch łapkach. Niestety kobiety o takim pokroju obdarzają kata szczególną mocą zamiast go odrzucić.

Najczęściej taka dziewczyna miała ojca tyrana, o którym nie wiedziała, że jest nadmuchanym balonem przez lęk jej matki. Myślała o nim, że jest supersilnym bogiem tylko niedobrym dla niej, bo ona nie spełnia jego oczekiwań. Marzyła, że kiedyś jej bóg zobaczy jak bardzo ona go kocha i jak bardzo czeka na dobre słowo – tatuś tego nie powiedział, ale nasz socjopata tak. Spełnia on jej marzenie i staje się czymś niebywale potrzebnym i istotnym. Nareszcie jej lata męki, udręki i nadziei zwróciły się. Powodem braku samoakceptacji może też być dla dziewczyny, toksyczna, niekochająca matka. Przeczytajcie Suzan Forward „Matki, które nie umieją kochać” i Karyl McBride „Nigdy dość dobra”.

Rozumiecie jak trudno potem z tego zrezygnować, jak trudno to podważyć, jak trudno wrócić z powrotem do bycia nierozpoznaną, niezadowoloną, nieważną, żadną...

Rozwiązanie jest gdzie indziej – nie w mężczyźnie.

Chyba że spotkasz i zgodzisz się na normalnego, poczciwego chłopaka i pozwolisz mu się trochę podleczyć i przyjmiesz jego miłość bez fajerwerków. Trochę się ukoisz, trochę się nakarmisz, ale resztę i tak musisz zrobić sama. Bowiem masz się rozliczyć ze swoją przeszłością, która jest źródłem twojej wewnętrznej biedy – najważniejszym źródłem. Nie możesz zrobić tego sama – bo jakbyś mogła, to byś zrobiła.

Rzecz w tym, że najbliżsi ludzie nas skrzywdzili i potrzeba innych, życzliwych, żeby nas nauczyć miłości do siebie. Część z tego może dać partner, ale na pewno nie wszystko, część z tego mogą dać przyjaciółki, ale nie wszystko, bo nie są terapeutkami. Czasem rodzice przepraszają za przeszłość, ale to rzadkie. Można się tego nigdy nie doczekać, a poza tym nasi rodzice dają nam tyle, ile MOGĄ dać. Potrzebna jest porządna terapia, gdzie uleczymy największe rany z przeszłości i nauczymy się samoakceptacji. Tylko tak możemy wygrać z mężczyznami, którzy nienawidzą kobiet, że nie będziemy czekać na ochłapy od mężczyzny, tylko nauczymy się dawać sobie samej miłość.

Fragment książki "Instrukcja obsługi faceta". 

  1. Styl Życia

Nie jestem macho... Czy zawsze jesteśmy za równouprawnieniem?

Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Anna, 48 lat, elegancka, zadbana, na pierwszy rzut oka widać, że to kobieta sukcesu. I rzeczywiście. Od wielu lat zajmuje coraz wyższe stanowiska w korporacji. Uwielbia swoją pracę, nie wyobraża sobie bez niej życia. Oprócz tego ma dom, kochającego męża, z którym rok temu obchodziła srebrne gody, oraz dwoje dorosłych już dzieci. Zadowolona, pewna siebie, spełniona. A jednak coś ją dręczy.

– Myślę o rozwodzie – wyznaje w końcu, choć jeszcze chwilę wcześniej kreśliła ciepły obraz swojego małżeństwa. Rzecz w tym, że jej mąż od roku nie ma pracy. – Twierdzi, że szuka, ale wszystko, co znajdzie, jest poniżej jego aspiracji. Ja uważam, że nie powinien wybrzydzać. Niech by poszedł choćby do pracy fizycznej. Ale on siedzi w domu.

– I co robi? – pytam, podejrzewając depresję.

– Pierze, gotuje, sprząta, prasuje, czyta, słucha muzyki, uprawia ogródek. To on zawsze zajmował się domem i dziećmi. Ale dzieci są już dorosłe i nie potrzebują opieki.

– A dobrze się nimi zajmował?

– Doskonale. Mogłam spokojnie pracować. Dla niego praca nie była tak ważna jak dla mnie. Naprawdę lubi sprzątać i czekać na mnie z obiadem.

– To świetnie się państwo dobrali.

– Ale przecież mężczyzna powinien pracować, a nie siedzieć w domu.

Tyle się mówi o nieodpłatnej pracy kobiet, że to jak drugi etat, że powinna być opłacana, a my same nie traktujemy jej jak pracy. Oburzamy się na określenie „siedzieć w domu”, bo co to za robota przy dwójce dzieci, ale gładko przechodzi nam ono przez usta, gdy „siedzi” ktoś inny, a nie my.

– Czy mąż powinien pracować ze względów finansowych? – pytam.

– Nie, nie ma takiej potrzeby. Zarabiam dużo, wystarczy na nas dwoje.

Przez kilka lat pracował. Potem na świat przyszły dzieci. Później znów znalazł pracę, ale po kilku miesiącach firma, która go zatrudniała, splajtowała. Założył więc własną, wspólnik go jednak oszukał i został z długami. Ponownie znalazł pracę, ale jak tylko spłacił długi, rzucił ją. Podobno nie odpowiadała mu atmosfera. Potem zatrudniał się jeszcze kilka razy, miał coraz krótsze przebiegi, w każdej firmie coś było nie tak, rezygnował.

– Ma 52 lata i niezbyt zachęcające CV, co chwila przerwy. Właściwie nie dziwię się, że nie może znaleźć nic dobrego. Ale niech znajdzie cokolwiek – mówi Anna.

– Przecież już kilka razy to zrobił, tyle że rzucił – przypominam.

– On nie umie przystosować się, nie umie być ani podwładnym, ani szefem.

– Ale świetnie sprawdza się w domu?

– Wszystko potrafi zrobić. Kobiety narzekają, że wszystko na ich głowie, a ja mogę spokojnie pracować.

Więc skąd te myśli o rozwodzie? Ano stąd, że wszyscy wokół twierdzą, że Anna daje się wykorzystywać. Koleżanki w pracy żartują, że mniej by ją kosztowało, gdyby wzięła Ukrainkę do prowadzenia domu i kochanka. „Jak tam twój Ludwiczek?” – pytają lekceważąco. Mama Ani wciąż się martwi, że córka tak ciężko pracuje, żeby utrzymać męża darmozjada. Ejże, darmozjada?!

Domagamy się równości i partnerstwa, ale co innego kobieta, a co innego mężczyzna. O kobiecie w tej samej sytuacji co ów „darmozjad” mówimy zwykle, że poświęciła się dla męża i dzieci. To wyłącznie kobiecy przywilej, z którego co niektóre potrafią korzystać.

Beata, lat 56. Kiedy trzydzieści lat temu poznała przyszłego męża, od razu wiedziała, że zostanie jego żoną. Nie, nie zakochała się od pierwszego wejrzenia. To on zakochał się w niej bez pamięci. Był wykształcony, zaradny, obrotny, uznała, że przy nim nie zginie. Ona była delikatna, nieśmiała, nie chciała sama mierzyć się z życiem. I przez wiele lat wszystko grało. Beata nie pracowała zawodowo, on zapewniał jej wygodne życie.

Na świecie pojawiły się dzieci, był wspaniałym ojcem. To on je kąpał, opowiadał bajki na dobranoc, Beata wieczorami była zbyt zmęczona. On robił zakupy, a w dodatku obsypywał ją kwiatami.

– Nie kochałam go, ale wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć. Byliśmy dobrym małżeństwem, bardzo o mnie dbał – wspomina.

I nagle się zepsuł. Zaburzenia psychiczne, trafił do szpitala. Beata została sama z trójką dzieci. Była przerażona. Wpadła w depresję. Dziećmi na szczęście zajęła się jej siostra.

Mąż w końcu wrócił do domu, ale odmieniony. Stwierdził, że jej nie kocha, że to wszystko jej wina, że nie będzie więcej pracować. Nie pomogły prośby ani groźby. Przeszedł na rentę i siedzi w domu.

Beata nie może na niego patrzeć. Strasznie ją zawiódł. Gdyby nie jej rodzina, nie miałaby z czego żyć. A miał być opoką. Wzięła rozwód. Z jego winy. Ale co z tego, skoro nie może go wyeksmitować z mieszkania? Gdyby jej się to udało, może jeszcze ułożyłaby sobie życie…

Beata to kobieta w pewnym wieku. Idea partnerstwa nigdy nie była jej bliska. Co innego Eliza, lat 26, inne pokolenie. Atrakcyjna, świetnie wykształcona, stawia na karierę zawodową, ale jest już kobietą po przejściach, o których szybko chciałaby zapomnieć. Nieudane małżeństwo, szybki rozwód z jej inicjatywy. Na szczęście nie mieli dzieci.

Zaciągnęli jednak wspólny kredyt na mieszkanie. Po rozwodzie ona w nim pozostała, bo bardzo je lubi. On powrócił do swojego przedślubnego, lecz dalej spłaca połowę kredytu. Teraz chciałby sprzedać mieszkanie i oddać dług bankowi, ale Eliza się na to nie zgadza. Nadal chce tam mieszkać, a on bez jej zgody nic nie może zrobić.

Kiedy pytam, czy nie boi się, że przestanie płacić, odpowiada: – To komornik wejdzie mu na pensję. Połowa kredytu jest na niego. Ja jego części nie zamierzam płacić.

Nie znam się na tych przepisach, ale faktem jest, że on płaci, a ona mieszka i ani myśli z tego rezygnować.

– Jestem kobietą, byłam jego żoną, nie zamierzam wyjść z małżeństwa tak jak weszłam – Eliza nie ma żadnych wątpliwości.

A ja mam coraz więcej. Chyba nie tylko mężczyźni nie dojrzeli do partnerstwa.

  1. Psychologia

Miłość na skróty? Nie, dziękuję. Jak zbudować solidną i długotrwałą relację?

Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. (Fot. iStock)
Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Szybko, mocno, piorunem. Kochamy się na skróty. Szukamy łatwych błyskotek, szybkich podniet. A potem gryziemy z bólu palce i płaczemy samotni. Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. Ale do tego trzeba mieć odwagę.

Kontakt z Internetu, randka przy butelce wina. Seks jak najbardziej „w porządku”,  a znajomość się nie rozwinęła. Do drugiej randki nie doszło, za daleko trzeba by dojeżdżać. On się już nie odezwał, ona zapomniała, jak miał na imię. Robert chyba.

– Takie znajomości w naszych czasach to nic niezwykłego – uważa psycholog Katarzyna Platowska. – Makdonaldyzacja życia sprawia, że jesteśmy nastawieni do niego konsumpcyjnie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Etap wzajemnego poznawania partnerów i dochodzenia do decyzji: „chcę iść z tobą do łóżka” – uległ w ostatniej dekadzie wyraźnemu skróceniu. Dawniej mężczyznę wybierano z wielką starannością, bo „do żeniaczki”, na wiele lat. Dziś szukamy partnera na… kilka orgazmów. Oczekujemy – jak przystało na członków konsumpcyjnego społeczeństwa – że ma być po prostu przyjemnie. W końcu: „Jesteśmy tego warci!”.

Dorosłe dzieci

Pragnienie miłości? Bycie na topie? Rozładowanie napięcia seksualnego? W szybkiej decyzji o seksie kryje się jeszcze coś – tęsknota za doskonałością dzieciństwa.

– Seks jest podświadomym sposobem dorosłych ludzi na powrót do symbiozy, którą przeżywaliśmy jako dziecko z matką i za którą w głębi duszy tęsknimy – uważa Anna Gawkowska, psycholog i terapeutka. – Aby poczuć tę symbiozę, dostać namiastkę bliskości i miłości, śpieszymy się do łóżka. Tyle że szybkość zdarzeń i fakt, że już na pierwszej randce zanurkujemy pod wspólną kołdrę, tego nie zagwarantuje. Z reguły okazuje się, że po jakimś czasie, zwykle niedługim, związek i tak się rozpada.

– Jeśli nie jesteśmy w stanie być ze sobą blisko emocjonalnie, to osiągnięta przez seks symbioza nie da nam spełnienia, jest tylko fizyczna i na krótko zaspokoi nasze ciało. Kiedy więc pożądanie gaśnie, relacja kuleje i skutecznie się rozpada – podkreśla Gawkowska.

Wniosek? Mało popularny i niemodny: poczekać, bliżej się poznać, iść do łóżka dopiero wtedy, kiedy przekonamy się, że partnerowi naprawdę na nas zależy, że jesteśmy dla niego ważni jako człowiek. W przeciwnym razie będziemy jedynie „zaliczać się nawzajem”, seks będzie wartością samą w sobie, a nie kolejnym krokiem ku relacji i bliskości.

Zawrotna szybkość łóżek

Chcielibyśmy zbudować solidną i długotrwałą relację, ale… zapomnieliśmy, jak to się robi. Oto kolejny problem nowoczesnej miłości. Nie potrafimy budować związku, przejść wszystkich etapów, które są konieczne, by się poznać. Przykład. Beata i Jurek zaczęli bardzo nowocześnie: na randkowym portalu, spodobali się sobie na zdjęciach, potem wymienili się numerami komórek. I już pierwszy sms sprawił, że Beata poczuła się dziwnie: Jurek zaczął zwracać się do niej per „skarbie”. W drugim napisał: „Chciałbym cię zobaczyć, przytulić, dotknąć, pocałować”. Beata stwierdziła, że to nie jej tempo, że on za szybko skraca dystans. I tak mu też odpisała. Jego odpowiedź brzmiała: „dobrze skarbie”. Wycofała się.

– Dojrzałą emocjonalnie kobietę zastanowi taka szybkość i skłoni, by jeszcze bardziej zwolnić rozwój akcji – uważa Gawkowska. – Ale osoba, która długo była samotna lub nie dostała dość ciepła w domu rodzinnym i teraz ma deficyt, zareaguje pozytywnie na taką nadmiarową i nieadekwatnie szybką bliskość. Bo bycie czyimś „skarbem” czy przytulanie i całowanie są czymś intymnym, łączą bliskich sobie ludzi.

Zdrowy człowiek nie powinien dopuszczać do siebie każdego, lecz wybrać osobę, której pozwoli się do siebie zbliżyć. Ale i z tym jest coraz trudniej. Skrócenie dystansu między ludźmi to znak naszych czasów: od razu mówimy sobie na ty, wszyscy jesteśmy kolegami. Powierzamy dość osobiste sprawy nawet nowo poznanej osobie. Poznajemy ludzi wirtualnie i – zanim jeszcze ich zobaczymy – opowiadamy im o bardzo osobistych przeżyciach. To plus pustka, jaką nosimy w sercu, prowadzi nas szybko do łóżka, po trzech miesiącach znajomości zaręczamy się, a pół roku później... jesteśmy już po ślubie.

Zawieranie znajomości przez Internet czy randki online są także symptomem pośpiechu. Już na starcie zdradzamy swoje intencje. Wiadomo przecież, że szukamy partnera. Od razu więc przechodzimy do rozmowy nie o tym, czy i po co chcemy się spotkać, a gdzie i kiedy to spotkanie ma mieć miejsce. To prawdziwy bieg na skróty.

– Ta chęć szybkiego poznania się jest zrozumiała, bo przecież pragniemy stać się częścią czyjegoś życia, być kimś ważnym dla drugiej osoby. Ale gwarantują to raczej związki długotrwałe: ktoś zna nas młodych i starych, wesołych i smutnych, energicznych i zmęczonych – i akceptuje w każdej odsłonie. To pozwala nam podejść do siebie z troską i czułością, bliskością i intymnością, nawet bez pożądania, ale z miłością. To zupełnie inne przeżycia niż te z początku znajomości – twierdzi Anna Gawkowska.

 
Szybkie skracanie dystansu ma jeszcze jedno zadanie: łagodzi napięcie. Poznawaniu się dwojga ludzi towarzyszy spore napięcie, dużo niewiadomych i znaków zapytania. Ludzie mają na to różne sposoby: rzucanie się w relację jak kamikaze jest jednym z nich.

– „Błyskawiczne” związki mogą czasem zadziałać, ale to raczej rzadkość – uważa Gawkowska. – Lepiej przeprowadzić jakąś weryfikację: poznać potencjalnego partnera i wyeliminować tych, którzy szukają tylko łatwego seksu lub są nie z naszej bajki. Bo absurd tkwi właśnie w tym: spieszymy się z pogłębianiem relacji, by przeżyć coś, co nam może dać tylko budowanie związku przez długie miesiące czy lata.

Konieczne fazy

Związek nie zawiązuje się ot tak. Zanim to nastąpi musi przejść przez pewne fazy. I to ma głęboki sens. Długie poznawanie się sprawia, że mamy okazję pokłócić się, poróżnić, rozwiązać jakiś problem życiowy, przeżyć trudniejsze chwile, gorsze dni. To pomaga przyjrzeć się nam jako parze, sprawdzić, czy umiemy być ze sobą na dobre i na złe, czy łączy nas coś więcej niż tylko pożądanie. Bo ono trzyma nas kilka miesięcy, może kilka lat, szczególnie na początku, kiedy chemia mocno nas spaja. Ale to nie oznacza jeszcze prawdziwego uczucia. – Gdy pożądanie wygaśnie, poróżni nas pierwszy problem i związek się skończy – ostrzega Gawkowska.

Lepiej związać się na stałe z kimś, z kim nam się dobrze rozmawia, choć nie jest cudownie w łóżku – bo za kilkanaście lat to drugie nie będzie mieć dużego znaczenia, a to pierwsze – ogromne. W większości przypadków rozstajemy się nie dlatego, że przestaliśmy się kochać, tylko że nie potrafimy wybaczać sobie tego, co nas poróżniło. Świadczy to niekiedy o tym, że związek nie został zbudowany na solidnych fundamentach, tylko na zauroczeniu, pożądaniu i tęsknocie za miłością. Coraz mniej mamy związków, które partnerzy budowali powoli, etap po etapie, w których trwają przez długie lata, czerpiąc miłość, radość i czułość.

– Każdy wspólnie pokonany kryzys pozwala nam wzrastać, jeśli jesteśmy w stosunku do siebie i partnera uczciwi – uważa Platowska. – Ale kiedy jest trudno, nie szukamy rozwiązania tu i teraz. Szukamy rozwiązania na zewnątrz: nowego związku, kochanki, kochanka...

Nowa dawka energii

Daje ją każdy nowy związek. I czasem myślimy, że ta energia poniesie nas przez kolejne lata. Tak niesie Julitę, która wciąż w kimś się zakochuje i... zawsze kończy we łzach. Marzy o wielkiej miłości, szuka, próbuje... Tylko co z tego, skoro ciągle źle wybiera?

We współczesnym świecie niewiele jest stałości. Szukamy błyskotek, podniet: łatwych, szybkich, ekscytujących, takich jak sporty ekstremalne, narkotyki, seks. Nie staramy się poznać uczuć i potrzeb partnera. Bliskie relacje kojarzą się nam najbardziej z przyjemnościami – wspólnymi posiłkami, najlepiej przy świecach, wyjazdami, najchętniej zagranicznymi, z kinem i imprezami, no i oczywiście z uprawianiem seksu. Jeśli partner nie spełnia tych wszystkich oczekiwań, zaczynamy rozglądać się za kolejnym.

– Nasze czasy cechuje ogromna możliwość wyboru – mówi Gawkowska. – Dawniej partnera wybierało się w tej samej wsi, dziś możemy poznawać ludzi z całej Polski, a nawet świata. Nie miałam orgazmu już któryś raz z rzędu? Nie pasujemy do siebie w łóżku? On jest kiepskim kochankiem? Szybko stwierdzamy: „to zły związek” i szukamy nowego. A w Internecie są tysiące propozycji „lepszych modeli”, na które można bez trudu wymienić ten „szwankujący” – ładniejszych, przystojniejszych, bogatszych, sprawniejszych w łóżku, z lepszym ciałem...

To bogactwo wyboru oszałamia i sprawia, że ludziom trudno się czasem zatrzymać. Daje poczucie, że może tuż za rogiem czeka na nas ktoś jeszcze lepszy, królewicz na białym koniu. A przecież, żeby zbudować trwałą relację, trzeba się zatrzymać przy jednym partnerze, a pozostałym powiedzieć „dziękuję”. Inaczej wpadniemy w pułapkę stałego poszukiwania.

– Są ludzie, którzy nigdy nie wchodzą w bliskie relacje, ale wciąż takich poszukują i dzięki temu zyskują poczucie, że są na dobrej drodze, bo robią, co mogą – uważa Gawkowska. – Obstawianie jednocześnie dwudziestu ofert jest świetną metodą na uniknięcie prawdziwego związku. Pozwala też uniknąć kontaktu z tym, co nas wewnętrznie boli, konfrontacji z własnym cierpieniem. Kolejne zakochania i nowi podniecający kochankowie są doskonałym sposobem znieczulania się.

Tak więc, jeśli pragniemy bliskości i miłości, musimy wybrać jedne drzwi i pozamykać inne. Poznamy kogoś na portalu randkowym? Czemu nie? Ale gdy już zaczniemy się z kimś spotykać, zamknijmy tam swoje okienko. Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Taki związek daje wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. Ale do tego trzeba mieć odwagę.

  1. Seks

Przestań gadać, chodź do łóżka

Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
W kobietach często pokutuje przekonanie, że grzeczne dziewczynki nie są nachalne, że to mężczyzna powinien inicjować znajomość czy zbliżenie. To stereotypy. Gdy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, będzie też umiała przejąć inicjatywę, jeśli tego zechce – mówi terapeutka Olga Haller.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy wyciąga rękę po to, na co ma ochotę. Tak zawsze robiły dzieci. Teraz wszyscy trochę jakby zdziecinnieliśmy. Mężczyźni sięgali po kobiety, gdy one były skrępowane tradycją i więzami woli rodziny. Mogły tylko dawać znaki, upuszczać chusteczkę, błysnąć oczkiem, niewiele więcej. Więcej to jedynie kobiety upadłe... Dzisiaj rzeczywiście wielu z nas przypomina rozbrykane dzieci w sklepie z zabawkami. Może się zakręcić w głowie od możliwości konsumpcyjnych. A seks przez wielu jest do tej kategorii zaliczany. Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, przynajmniej nie otwarcie, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, nawet potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. A wolność to więcej możliwości, ale i nowe wyzwanie, jak z niej korzystać.

Nawet zmiany na lepsze trzeba okupić jakąś karą... Były przecież zalety tradycyjnej sytuacji. Tak, nie da się ukryć, że to było wygodne dla kobiet – nie przejmować inicjatywy, czekać i patrzeć, jak oni się krzątają, starają, dwoją i troją.

Czasami wam zazdrościłem, że możecie tak wyczekiwać i obserwować. Ale jak coś nie szło po waszej myśli, była katastrofa! Dramat! Obu stronom nie było więc wygodnie. Kobieca seksualność w niewoli stereotypów musiała być skrywana, ujarzmiona, skrępowana regułami obyczajów. Każda niewola pozbawia wpływu, tym samym odpowiedzialności, a poczucie wpływu jest człowiekowi niezbędne. Powstał więc cały system znaków, sygnałów, zachowań w kontaktach damsko-męskich. Dlatego kobiety w relacjach z mężczyznami opanowały sztukę uwodzenia, flirtu: ruch brwi, spojrzenie spod rzęs, półsłówka, półruchy, półmroki i nagłe zwroty akcji. Ile z tego jest prawdziwą zabawą dla obu stron, a ile pamiątką po czasach niewolnictwa – to właśnie powinny odkrywać współczesne kobiety. Gdy pragniemy kontaktu, np. w sytuacji zakochania czy pożądania, najważniejszy jest ten obszar „pomiędzy” – czyli to, co się dzieje  p o m i ę d z y  odczuwaniem potrzeby a jej zaspokojeniem. To nie jeden skok, ale cały proces. Warto uczyć się iść małymi krokami....

Kiedy odczucia związane z potrzebą kontaktu są silne, a nic nie można zrobić, pojawia się nieznośne cierpienie. Wszyscy próbujemy tego uniknąć różnymi sposobami. Jako niepewna siebie 18-latka próbowałam sobie poradzić, stawiając wszystko na jedną kartę. On miał 19 lat, poeta, taki cudny. Kochałam się w nim z daleka, on nie zwracał na mnie uwagi. Zadręczając się brakiem pewności, nie mogłam czekać. Pojechałam do jego miasta... A czy miałam nadzieję? Chyba nie. Nie miałam odwagi, by poflirtować, ale pojechać miałam. Zapukałam do drzwi. Otworzyła matka, a on w wyrku, oszołomiony, bo jeszcze spał. Powiedziałam... Nie miał pojęcia, że się w nim kocham, a ja: „dziękuję, cześć”. I wyszłam. A potem płakałam pół dnia.

Trudno to nazwać dialogiem i dobrym porozumiewaniem się, już raczej desperacją z braku umiejętności dogadania się. O tak. Brakowało mi tego wszystkiego, co potrzebne „pomiędzy”. Wielu dziewczynom brakuje treningu w komunikowaniu się z rówieśnikami. Nie mają wsparcia dorosłych, kiedy pojawiają się potrzeby kontaktów z chłopakami. A wcześniej brak tego, co uważam za bazę dojrzałej kobiecości – za mało pomocy matek oraz innych kobiet w zaakceptowaniu swojego ciała i seksualności. Dorastają w przekonaniu, że muszą się z tym ukrywać, że od inicjowania znajomości czy zbliżenia są mężczyźni, a one mogą tylko wymyślać sposoby, manipulacje, podchody. Kiedy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, to będzie umiała inicjować kontakty, kiedy tego zechce, ale i powiedzieć „nie”. Będzie miała więcej oparcia w sobie, pewności siebie, niezależności. A w patriarchacie nie o to chodziło, prawda?

To straszne odmawiać kobiecie, która wbrew obyczajom ośmiela się pierwsza wyciągnąć rękę. Kobiety miały trening w mówieniu „nie” w takiej sytuacji. My przeciwnie. Pamiętam nieszczęsną, która zapukała nagle do mego mieszkania bez zapowiedzi i stała bidula na progu. Nie wpuściłem jej. Czułem się potem jak bydlę. A przecież to było uczciwe. Zgadzam się, że uczciwe. Ale w tej sytuacji odbiła się cała nierówność między kobietami a mężczyznami. Ty nie dałeś sobie pozwolenia, żeby jej odmówić wprost, a ona nie miała szansy tego usłyszeć i przeżyć. W nowym porządku, którego wszyscy się uczymy – ani ty bydlę, ani ona bidula. Jako partnerzy równi sobie macie te same prawa: pytać, prosić, zgadzać się, odmawiać i przeżywać. W otwartej odmowie mógł ci przeszkodzić stereotyp mężczyzny, którego obowiązkiem jest nie przepuścić okazji, być zawsze gotowym do seksu i romansu. Lepiej było udać, że nikogo nie ma w domu.

Znajoma pisze: „Pokutuje w nas przekonanie, że to on powinien zapraszać i że grzeczne dziewczynki nie są nachalne... A co, jak wyśmieje, odrzuci!?”. Dziewczyny boją się drwin, obmowy, etykietki dziwki. Te nasze obawy sprawiają, że tak się „podchodzimy” od wieków, kobiety i mężczyźni, w poszukiwaniu miłości, spełnienia. I wszyscy staramy się, jak możemy, uniknąć cierpienia. Różnie nam to wychodzi.

To, że czasami nie dajecie wyraźnego znaku przyzwolenia, marnuje tyle okazji! Kobiety nie wiedzą, jak często faceci nie startują, gdyż błędnie uważają, że nie mają szans... Ileż jest opowieści po latach: byłem taki zakochany w tobie. – Co, naprawdę?! A ja w tobie. Jaka szkoda, że nie wiedziałam. Czy to dobrze czy to źle? Ta niepewność jest nieodłączna i naturalna, o ile nie wynika z represyjnej obyczajowości! Przecież nie chodzi wcale o to, żeby każde młodzieńcze zauroczenie przeradzało się w związek! Coraz więcej kobiet uświadamia sobie nowe możliwości. Coraz częściej dzieje się to nie tylko w wyniku zmiany obyczajów, ale i głębszej przemiany, tej „wewnętrznej podróży”, by odnaleźć i poznać siebie wbrew stereotypom. Dziś wiele kobiet zachowuje się odważniej niż kiedykolwiek. Okazują mężczyznom zainteresowanie, inicjują znajomości, bo facet je interesuje, chcą go poznać bliżej, a także dlatego, że po prostu mają ochotę na seks.

Moja znajoma, pani profesor, która zwiedziła pół świata, pisze do mnie: „W dawnych czasach mojej młodości zapraszanie faceta do łóżka było czymś sporadycznym. Dobrze wychowana dziewczyna tego nie robiła. Teraz – w dobie Internetu, kolosalnych możliwości poznawania ludzi  – wszystko jest dozwolone. I myślę, że tak lepiej i prościej. A czy boimy się odrzucenia? Tak. Ale młodsze są odważniejsze, a starsze nie mają nic do stracenia”. Wiele z nas jest nadwrażliwych w tej kwestii. Uogólniając – męskie zainteresowanie ma dla kobiet nadmierne znaczenie, jest potwierdzeniem ich wartości, którego tak często im brakuje. Znowu, niestety, odzywa się patriarchalny spadek – musimy mieć mężczyznę, żeby utwierdzić się w prawie do istnienia. Kobiecość obolała, niepewna, samokrytyczna, nadwrażliwa zmaga się z tym, jak zasłużyć na uwagę, jak go zdobyć, podejść, jak się nie narazić? To często przynosi kolejne rozczarowania.

Dlatego w listach do nas czytam: „Zapraszając się do łóżka, warto zostawić jakąś furtkę, żeby się wycofać”. Tę wypowiedź rozumiem nie jako prostą asekurację na wypadek niepowodzenia, co kobiety rzeczywiście często robią. Warto zostawić furtkę, bo przecież inicjowanie seksu to jednak nie transakcja handlowa, umowa kredytowa czy biznes. To raczej sztuka kontaktu, kochania, uwodzenia. A jak sztuka, to proces twórczy, nieprzewidywalny. Pełen rozmaitych możliwości, które warto wspólnie odkrywać. Kiedy w tym procesie spotkają się dwie osoby równe sobie, każda z nich ma prawo zaangażować się, ale i wycofać. To jak gdyby pójść w odwiedziny, nie będąc do końca pewnym, czy gospodarz jest w domu, czy ma czas i chęć na wizytę. Możemy być odważni, ale i gotowi do odwrotu, jeśli rozpoznamy, że to nie ten czas. Dzięki temu będziemy mogli zaryzykować i wybrać się znowu. Czasem wyrażenie chęci wprost jest dobre, wyjaśniamy sytuację, oszczędzamy energię. Czasem zaś bywa przedwczesne – unikamy niepewności i ryzyka, ale zabieramy potrzebom, uczuciom możliwość dojrzewania. Dzisiaj w codziennym pośpiechu brakuje nam cierpliwości. W wielu sprawach, także w seksie, w relacjach.

Mówimy o świecie, który się zmienia. Internet – jakie to ułatwienie w podchodzeniu się nawzajem! W dodatku daje przewagę kobietom dialogu. Dla nieśmiałych jest osłoną i pomocą... Tam mamy te same prawa, a kobiecie łatwo przejąć inicjatywę, zwykle lepiej od nas piszecie i ubieracie ładniej uczucia w słowa. Ukazało się już kilka książek o internetowych kontaktach, także erotycznych. Wiele kobiet szuka partnerów przez Internet, na portalach towarzyskich, dla singli czy na czatach. Nie sądzisz chyba, że to same nimfomanki czy seksoholiczki. To często kobiety, które właśnie w Internecie znalazły okazję, żeby dać upust swojej seksualnej naturze. Odważają się na to, na co zapewne nie pozwalają sobie w realu – bezwstydnie wykazywać inicjatywę, zapraszać, stawiać warunki. Bywają wulgarne, ostre, wyuzdane. Szczegółowo potrafią mówić o tym, co chcą zrobić mężczyźnie albo czego oczekują od niego. Znam takie, którym to posłużyło. Kiedy już odkryły, jakie mają możliwości w sieci, gdy są anonimowe, i że mężczyźni z chęcią je przyjmują, potrafiły spożytkować to doświadczenie w życiu. Często jednak trudno im zintegrować te doświadczenia, nadal przeżywają siebie jako osobę podzieloną: na tę opętaną seksem, godną pożałowania, i tę porządną, która panuje nad sobą, nie odkrywa wszystkich kart.

Myśląc o sobie z dawnych czasów, jednak żałuję, że nie było Internetu. Nieśmiały, dręczyłem się z wyrokiem aktywności, też z lęku przed odtrąceniem... A to lęk głębinowy i powszechny. Wszyscy go doświadczamy. Biegłość w zapraszaniu do łóżka nie wyratuje nas od tego lęku. Musimy się z nim zmierzyć – dać mu się poprowadzić bez panicznej przed nim obrony. To paradoks, że kiedy odważamy się iść tropem niechcianych uczuć, niewygodnych konfliktów wewnętrznych, one poprowadzą nas w kierunku większego oparcia w sobie. To podstawa naszej wolności osobistej, także seksualnej. Dzięki temu kobiety wreszcie mogą decydować o sobie w seksie – sięgać, po co chcą, a nie godzić się na to, czego nie chcą. Bo do tej pory zbyt często decydowano za nas.

  1. Psychologia

U boku uwodziciela - jak bronić się przed odurzającą iluzją?

U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. (Fot. iStock)
U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dlaczego tracimy rozsądek dla szarmanckiego rycerza, a z jakiego powodu dla szorstkiego inteligenta? Dlaczego nie możemy się oprzeć królowi salonów? Czy w takich relacjach zaznamy bliskości? Nie!

Dlaczego? Bo mamy do czynienia z uwodzicielem, czyli kimś, kto niezależnie od tego, czy jest mężczyzną czy kobietą, składa niebezpośrednią, niezdefiniowaną, a jednak wyczuwalną obietnicę, że coś się wydarzy. Bardziej niż konkretnym słowem, kusi nastrojem. Jest jak reklama – sprzedaje więcej niż towar – wykreowaną ułudę. Jego działanie jest tak niesamowicie wabiące, że pragniemy być blisko niego. Bo tylko przy nim świat wygląda inaczej, jest jak we śnie. I za każdym razem się nabieramy.

W czym tkwi sekret?

Nie ma znaczenia, czy aura, jaką roztacza wokół siebie, jest rodem z książek Jane Austen lub filmów z Indianą Jonesem. Równie dobrze może być rycerzem na białym koniu, który zaprasza na wystawne kolacje i wręcza bukiety pąsowych róż, jak i szorstkim w obyciu inteligentem, który nigdy nie poda płaszcza, ale z którym prowadzi się porywające dyskusje. Zdarzają się też uwodzicielki w stylu femme fatale, rozkapryszonej panienki albo dziewczyny z sąsiedztwa. To, co łączy te wszystkie typy, to niezwykła pewność siebie. Ich siłą jest to, że potrafią sprawić, że „ofiara” czuje się absolutnie wyjątkowa.

Ulegamy, bo relacja z uwodzicielem daje nam dostęp do własnej, ukrytej, nieużywanej części osobowości. Nie potrafimy na przykład być w życiu przebojowi, choć bardzo tego potrzebujemy, bo nie umiemy przekroczyć granicy nieśmiałości. Przy uwodzicielu ją pokonujemy, ale tylko pozornie. On niczym magiczny wehikuł przenosi nas do rzeczywistości, za którą tak bardzo tęsknimy, czasem nawet o tym nie wiedząc. Do rzeczywistości także tej psychicznej. Doświadczamy czegoś nowego, fascynującego, na innym poziomie i w innym wymiarze. Uwodziciel jak demiurg uruchamia w nas ukryty potencjał.

To coś w nas

Kobieta nieśmiała, która rzadko chodzi na duże imprezy, poznaje mężczyznę – króla salonów. Co się dzieje? U jego boku zyskuje pewność siebie w towarzystwie, nagle staje się swobodna i rozmowna. Czuje się tak, jakby wypiła lampkę szampana. Jest cudownie! Zaczyna wychodzić do ludzi. Co jeszcze? Uwielbia oglądać sceny balów w filmach, śni, że tańczy na scenie, a publiczność bije brawo. Towarzyszy jej uwodziciel, a obok pojawiają się nagle nowe uśmiechnięte i chętne do rozmowy koleżanki.

Mężczyźni, którzy lgną do kobiet w typie femme fatale, choć mają przeczucie, że ten płomień może ich spalić, nie potrafią opanować do nich pociągu. Rządzi nimi jakaś tęsknota. Za czym? Być może za tym, by „spłonąć”? Jeśli kieruje nimi naprawdę silne pragnienie, motyw ognia będzie pojawiać się w ich marzeniach i snach.

Przy uwodzicielu w typie twardziela kobieta może poczuć się słaba, delikatna, może odkryć, jak to jest schować się za szerokimi, męskimi ramionami. Nagle zapragnie podkreślać w sobie eteryczność i subtelność, nosić białe, zwiewne sukienki, otaczać się delikatnymi kwiatami. Z kolei typ szarmancki wydobędzie esencję jej kobiecości, poczuje się przy nim jak królowa.

To jednak działa przez chwilę. Budzimy się po upojnej nocy i myślimy: „Wczoraj byłam królową, ale czy to naprawdę byłam ja?”. Czar prysnął niczym bąbelki szampana. Prawdziwa przemiana nie nastąpiła. Bo nie braliśmy w niej udziału świadomie, zdarzyła się niejako bez nas. Nie wykonaliśmy żadnej pracy nad sobą, skorzystaliśmy jedynie z dostępności i uroku uwodziciela, daliśmy się temu ponieść. Mimo to, albo właśnie dlatego, od takich cudownych chwil i powierzchownych metamorfoz potrafimy się uzależnić.

Partnerstwo wykluczone

U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. Co jednak, gdy zabraknie takiego eliksiru? Wracamy do szarej rzeczywistości na jeszcze większym głodzie i ciężko się wyrwać z tego zaklętego kręgu.

Władza i kontrola, jaką ma nad nami nasz uwodziciel, jest mu potrzebna niczym powietrze. Ma wpływ na „ofiarę” i nie odda tego tak łatwo. Nie łudźmy się, że to się zmieni. W romantycznych filmach prędzej czy później uwodziciel przechodzi transformację i zakochuje się naprawdę, w życiu bywa z tym różnie.

Zasada jest prosta: z uwodzicielem nie stworzy się związku. Z nim cały czas jesteśmy jakby w przedsionku. On woli sytuacje między ustami a brzegiem pucharu. Z powodzeniem może tak spędzić całe życie. Omija trudności związane z bliskością, zobowiązaniami. Nie musi się dopasowywać do drugiej osoby. Ma tajną przepustkę, która czyni go nietykalnym. Bo on nie chce ani dawać, ani się zmieniać, woli brać i nie mierzyć się ze swoimi ograniczeniami. Jego wabik – intelekt, seks, twórczość, duchowość – przyciąga, ale jednocześnie jest uprzężą, która zachowuje dystans. To tak, jakby byty „on” i „ja” zakuć w dyby – nigdy się nie dotkną. Choć uwodziciel wydaje nam się być wymarzonym partnerem, to nigdy nim nie zostanie, bo nasza relacja nie ewoluuje.

Wieczne constans

W normalnych, bliskich relacjach ludzie się od siebie uczą, zmieniają, wspólnie przekraczają ograniczenia, dopełniają albo czerpią ze swoich podobieństw. Są ze sobą w prawdziwym kontakcie. Dzięki temu rozwijają się, każde z osobna i jako para.

Jakiegoś mężczyznę może w kobiecie pociągać na przykład to, że jest konsekwentna, poukładana, zorganizowana, miła, ciepła. I chociaż on jest bałaganiarzem, ona kocha w nim fantazję i spontaniczność. Jeśli są ze sobą blisko, on sięgnie do swojej bardziej uporządkowanej części, a jego partnerka zdobędzie się na odrobinę luzu. Potem on stanie się bardziej emocjonalny, a ona odważna.

Natomiast relacja z uwodzicielem jest ciągle taka sama. Po pewnym czasie niewiele nowego się w niej dzieje. Nie rozwija się. Dlaczego? Bo uwodziciel nie potrafi przekroczyć pewnej bariery. To, co zazwyczaj zdarza się w jednym związku, on przeżywa w kilku, z kilkoma partnerami – po to, żeby tylko do nikogo się zbytnio nie zbliżyć. To jego stała strategia.

Uwodziciele tworzą czasem strukturalnie silne więzi, tyle że nie dotykają one pewnego poziomu. Nie ma pełni. W ich relacji nie spotykają się dwa potencjały, bardziej ich obietnice. Wszystko jest zanurzone w jakiejś aurze, ale tak naprawdę nie dotyka doświadczenia. I nie dotyczy to tylko związków miłosnych, także przyjaźni czy innych znajomości. W nich nigdy nie osiągniemy pewnego pułapu.

Jak się bronić?

Kobieta, która naprawdę czuje się królową, nie potrzebuje uwodziciela, który jej to powie. Komplementy przyjmuje z dużą asertywnością – dziękuje z uśmiechem, bo wewnętrznie zgadza się z nimi. Natomiast jeśli nie ma wysokiej samooceny, łatwiej ulegnie uwodzicielowi. I nie zauważy oczywistości, że to, co jej oferuje, nie do końca jest szczere i prawdziwe, że coś tu po prostu trzeszczy.

Podstawą do ochrony przed uwodzicielem jest świadomość samego siebie. A także tego, co dzieje się ze mną, gdy słyszę jego słodkie jak miód obietnice. Jeśli ktoś mi mówi, że jestem dla niego jak Westalka, a moje oczy płoną niczym ognie odwiecznym płomieniem i robi to na mnie wrażenie – oznacza, że rzeczywiście potrzebuję tak się poczuć. Warto sobie wokół tego trochę pofantazjować, zastanowić się, jakie uczucia wzbudzają we mnie jego komplementy. Czy słysząc takie słowa, czuję się bardziej kobieca, seksowna, tajemnicza? Czy jeśli sama „stanę się” Westalką, uniezależnię się od jego słów? Przestanie mi być niezbędny? – to najlepszy klucz do budowania prawdziwych relacji.

Lampka alarmowa powinna się nam włączyć właśnie wtedy, gdy zauważamy, że potrzebujemy uwodziciela jak powietrza, że bez niego nie potrafimy funkcjonować. Zastanówmy się, co w nim takiego jest, co najbardziej podziwiamy. Jeśli cenimy go na przykład za ambicję czy odwagę, to może być to dla nas wskazówką, co powinniśmy zmienić w samych sobie. Bo uwodzi nas zwykle to, czego nam w życiu brakuje, a utwierdzają w tym – nasze kompleksy. Skoro nie wierzymy, że potrafimy być lepsi, bardziej przebojowi, wyluzowani, odważniejsi – to chcemy chociaż grzać się w cieple kogoś, kto naszym zdaniem posiada te wszystkie cechy. Jednak w ten sposób pozbawiamy się prawa do decydowania o własnym życiu, o tym, kim jesteśmy, do czego zmierzamy, co chcemy osiągnąć. Bo wszystko, czego pragniemy od świata, musimy znaleźć najpierw w sobie.

Nie taki straszny

Nie warto być ofiarą uwodziciela, ale dać się uwieść na chwilę, czemu nie? Mowa tu o flirtowaniu, czyli uwodzeniu na małą skalę. Można to robić na różne sposoby – z mężem, przyjacielem, nieznajomym, kolegą z pracy. Po co? Bo zabawa w rozsiewanie czaru jest ćwiczeniem w czerpaniu przyjemności z życia.

Gdy poobserwujemy siebie podczas flirtowania, zauważymy, że jesteśmy zupełnie inni niż na co dzień. Tak jakoś słodko się uśmiechamy, swobodnie rozmawiamy, z gracją poruszamy… Mamy ochotę inaczej się ubrać, a może nawet wyjąć farby i coś namalować… Czujemy się tak, jakbyśmy chcieli na chwilę zajrzeć do zaczarowanej komnaty. Jeśli pod wpływem tego, co zobaczymy, zmienimy siebie samych, być może ten czar zacznie działać w naszym życiu. I żaden uwodziciel nie będzie nam już do tego potrzebny.

Znajdujesz się w sidłach uwodziciela, jeśli:

  • w waszej relacji nie ma równowagi w braniu i dawaniu,
  • masz poczucie wykorzystania,
  • nie możesz liczyć na pomoc i swobodny kontakt,
  • długo trwa bolesny taniec zbliżeń i oddaleń,
  • dowiadujesz się, że podobną relację ma nie tylko z tobą,
  • zachowujesz się autodestruktywnie,
  • masz wrażenie, że dzieje się ciągle to samo, znajomość się nie rozwija,
  • doświadczasz powierzchownych, choć czasem gwałtownych emocji, nie prawdziwych uczuć,
  • czasem wydaje ci się, że ta historia nie wydarza się naprawdę,
  • brak ci bliskości drugiego człowieka.