1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szóstki ze wszystkiego - bilans młodego geniusza

Szóstki ze wszystkiego - bilans młodego geniusza

Geniusze się alienują, często boją się ludzi, bo nie wiedzą, o czym mieliby z nimi rozmawiać. Uciekają w nałogi, nie są w stanie zmusić się do wykonywania powtarzalnych, prostych czynności. (Fot. i Stock)
Geniusze się alienują, często boją się ludzi, bo nie wiedzą, o czym mieliby z nimi rozmawiać. Uciekają w nałogi, nie są w stanie zmusić się do wykonywania powtarzalnych, prostych czynności. (Fot. i Stock)
Rodzice oczekujący dziecka zgłaszają tylko jedną potrzebę: żeby było zdrowe. W głębi serca jednak większość z nich marzy o tym, aby było ono także nieprzeciętnie inteligentne. Zupełnie nie zastanawiają się nad tym, że bycie geniuszem to bagaż na całe życie

 

Dziecko rodzi się ze znacznie większym potencjałem inteligencji niż ma jakikolwiek dorosły. W jego mózgu są miliardy połączeń nerwowych. Nie mylą się więc rodzice kilkulatków, a jeszcze bardziej dziadkowie, którzy widzą w nowym domowniku małego geniusza. I denerwuje ich to, że nikt inny tego nie zauważa... 

Skąd się wziął ten popularny mechanizm zachwytu nad inteligencją własnego potomstwa? To atawizm, z ewolucyjnego punktu widzenia przekonanie, że moje dziecko jest genialne, służy rozwojowi gatunku ludzkiego. W potomstwo najlepiej rokujące, najsilniejsze, najzdrowsze inwestują też inne gatunki. Jednak to homo sapiens w imię talentu i nadprzeciętnych zdolności, które chce widzieć w swoim dziecku – jest gotów zadręczyć potomka i zrujnować mu dzieciństwo. – Moja mama jest nauczycielką muzyki – mówi czternastoletni Staś, laureat konkursów muzycznych. – Trzy razy w tygodniu chodzę na pianino, cztery razy na skrzypce. Lubię chiński, ale mamie nic o tym nie mówię. Chyba by mnie zabiła, że marnuję czas na głupoty. Definicja głupoty według mojej mamy to wszystko, co nie rozwija człowieka muzycznie.

Psychologowie są zgodni, że stymulowanie młodego mózgu różnorodnymi bodźcami pozwala uratować jak najwięcej połączeń nerwowych, co może zapobiec dysfunkcjom rozwojowym, takim jak dysleksja, dysgrafia, dyskalkulia, ADHD. Poza tym przekonanie, że dziecko jest wybitne, powoduje, że rodzina chętniej poświęca mu czas i częściej chwali, co z pewnością jest dla niego motywujące. Problem w tym, że jak z każdym dobrem, też z tym łatwo przesadzić. 

Czy genialne dziecko to szczęśliwe dziecko?

Chcemy mieć genialne dziecko, ale mało kto zastanawia się, czy to da mu szczęście. W 1921 roku amerykański psycholog Lewis Terman wyłowił jednostki wybitne spośród uczniów szkół podstawowych stanu Kalifornia. Była to grupa 1470 dzieci o IQ wynoszącym od 140 do 200 punktów. Od jego nazwiska ochrzczono je później „Termitami”, Chcąc za wszelką cenę udowodnić tezę, że genialni odnoszą spektakularny sukces, psycholog wspierał swoich podopiecznych. Mimo to większość z nich nie osiągnęła żadnego sukcesu, o spektakularnym nie wspominając. Kilkoro zmarło w wyniku uzależnień, kilkoro innych skończyło jako pensjonariusze zakładów penitencjarnych. Tylko czworo wyrosło na ludzi zajmujących eksponowane stanowiska i są uznawani za autorytety w swoich dziedzinach. Zatem wybitna inteligencja niczego nie gwarantuje, a może nawet przeszkadza.

– Miałam 14 lat i same szóstki w szkole – zwierza się Hania, kiedyś rokrocznie objęta stypendium dla dzieci wybitnie zdolnych. – Tata uparł się, że muszę zbadać IQ. Zrobiłam test i wyszło mi 137 punktów. Miałam najwyższy wynik w województwie. Tata był szczęśliwy, zadzwonił do wszystkich znajomych. Dla mnie to był przeklęty dzień, od tej pory w ogóle przestałam się uczyć. Gdy słyszę, że ktoś ma udokumentowane IQ powyżej 120, to mi go szczerze żal.

Mądre, uzdolnione dzieci są ozdobą tego świata i czerpią radość ze swojej bystrości, ale z czasem ich życie staje się coraz cięższe.
– Nie jestem jedyna, bo trzymam się z ludźmi o wysokim IQ – mówi Zosia, laureatka międzynarodowych interdyscyplinarnych konkursów. – Wszyscy mamy skłonności depresyjne, jesteśmy niestabilni emocjonalnie. Co ciekawe, większość z nas choruje na serce, ma ciężkie alergie albo nerwice. Wszyscy wykańczamy się siedzeniem po nocy, bo gen późnego wstawania jest skorelowany z wysokim IQ, co opisał Kanazawa.

Siedzenie po nocach, depresyjność, choroby przewlekłe – to tylko czubek góry lodowej. Satoshi Kanazawa, o którym po raz pierwszy usłyszałam od Zosi, to psycholog z London School of Economics, prowadzący badania nad wybitną inteligencją. Dzięki nim doszedł do wniosku, że również instynkt rodzicielski funkcjonuje lepiej wśród osób o niższym IQ. Wybitnie inteligentni ludzie z trudem dobierają się w pary, gdyż w całej populacji mają do dyspozycji tylko pół procenta podobnych do siebie. Kanazawa ustalił także, że osoby o wysokim IQ są szczęśliwe tylko w swoim towarzystwie. 

Geniusze się alienują, mają upośledzoną zdolność prowadzenia small talku, często boją się ludzi, bo nie wiedzą, o czym mieliby z nimi rozmawiać. Uciekają w nałogi, nie umieją utrzymać stałej posady, nie są w stanie zmusić się do wykonywania powtarzalnych, prostych czynności, a innych rynek pracy im nie oferuje.

Sukces życiowy zależy od trzech równoważnych czynników: cech genetycznych, środowiska, w którym się dorasta, i aktywności własnej. (Fot. iStock) Sukces życiowy zależy od trzech równoważnych czynników: cech genetycznych, środowiska, w którym się dorasta, i aktywności własnej. (Fot. iStock)

Pułapki wysokiej inteligencji

– Dwa lata temu – wspomina siedemnastoletni Janek, który nauczył się czytać jako dwulatek – na biologii pani powiedziała, że 10 tysięcy godzin treningu w jakiejś dziedzinie gwarantuje sukces. Niesłychanie rozbawiło to mojego tatę. „Treningi są dla głupich, zwykłych ludzi, a nie dla ciebie” – to od niego usłyszałem. Tata uważa, że jestem genialny, więc mam to zrobić od razu.

Zasadę 10 tysięcy godzin ogłosił Malcolm Gladwell, amerykański pisarz i dziennikarz zajmujący się badaniami nad talentem. Powołując się na kognitywistę Daniela Levitina, obecnie emerytowanego profesora psychologii Uniwersytetu McGilla w Montrealu, twierdzi: „W licznych badaniach z udziałem kompozytorów, koszykarzy, łyżwiarzy, pianistów koncertowych, szachistów, słynnych przestępców i innych liczba ta przewija się nieustannie. 10 tysięcy godzin odpowiada z grubsza trzem godzinom ćwiczeń dziennie albo 20 godzinom tygodniowo przez 10 lat”.

Sukces życiowy zależy od trzech równoważnych czynników: cech genetycznych (w tym zdolności), środowiska, w którym się dorasta, i aktywności własnej (szczególne znaczenie przy sukcesie ma ambicja). Warto przy okazji nadmienić, że nikt nie rodzi się ambitny. Ambicja to cecha wyłącznie wyuczona. Nie pojawia się u nikogo sama z siebie. Tymczasem w ogóle nie uczymy zdolnych dzieci pracowitości, systematyczności i wychodzenia cało z porażek. – Od czasów szkolnych wiedziałam, że jestem bystra – wspomina Olga, która pracuje jako księgowa. – Miałam najlepsze oceny i nigdy nie musiałam niczego się uczyć. Wystarczyło, że raz coś usłyszałam. Schody zaczęły się na studiach, gdzie trzeba było dużo siedzieć na zajęciach, pisać prace na zaliczenie, które mnie nudziły. Nie nauczyłam się ani systematyczności, ani tego, że czasem trzeba zrobić coś tylko dlatego, że taki jest program. W efekcie moje mniej zdolne koleżanki są wykształcone, a ja zawaliłam studia, mam tylko maturę i nie mogę być nigdzie główną księgową. Wolałabym być ambitna i pracowita, a ta cholerna inteligencja zniszczyła mi życie.

Wszystko w głowach kobiet

Z badań pedagog profesor Edyty Gruszczyk-Kolczyńskiej wynika, że wśród małych dzieci liczba matematycznie uzdolnionych dziewczynek i chłopców jest podobna. Różnice pojawiają się dopiero na dalszych etapach edukacji. Przyczyna jest prosta: każde dziecko przykłada się bardziej do aktywności, za którą dorośli je chwalą, a jak twierdzi naukowczyni – rzadko chwalimy dziewczynki za dobrze rozwiązane zadanie z matematyki.

Satoshi Kanazawa ustalił, że 80 proc. inteligencji odziedziczyliśmy po matce. Geny odpowiedzialne za inteligencję ogólną zapisane są w chromosomie X, zatem mężczyźni w 100 proc. odziedziczyli ją po matkach, a kobiety po matkach i po ojcach, przy czym ci ojcowie odziedziczyli ją po swoich matkach. Zatem przyszłość ludzkości zależy od inteligencji matek... 

A jest o co walczyć, bo ogólny poziom inteligencji populacji spada. Badacze z Centrum Badań Ekonomicznych im. Ragnara Frischa w Norwegii pokazują, że dotychczas poziom IQ wzrastał z pokolenia na pokolenie, i to o około 10 punktów (zjawisko to nazwano efektem Flynna). Dziś obserwujemy tendencję zniżkową. Norwescy naukowcy tłumaczą to specyfiką naszych przesyconych cyfryzacją czasów. Wynika to z tego, że do 9–10 roku życia rozwój dziecka kształtują przede wszystkim rodzice, a później największy wpływ na nasz rozwój ma grupa rówieśnicza. Ta zaś ma dziś niezwykle ubogą, opartą na kontaktach wirtualnych ofertę, która nie rozwija myślenia, słownictwa ani kreatywności. Krótko mówiąc, źle się dzieje, chociaż rodzice i dziadkowie na pewno tej tendencji nie zauważą.

Apel zdolnych dzieci do rodziców

   Justyna: Najpierw wysyłacie nas do klasy dla przyszłych olimpijczyków, a potem się dziwicie, że nie mamy o czym rozmawiać z rodziną na imieninach u cioci. Zdecydujcie się na coś.

   Zosia: Pochwalcie nas czasem za to, że się pilnie uczymy, a nie tylko za to, że mamy dobre wyniki.

   Julia: To, że jesteśmy uzdolnieni w jakimś jednym kierunku, nie znaczy, że mamy mieć szóstki ze wszystkiego. Mnie po prostu pewne przedmioty nie interesują.

   Jerzy: Nie posyłajcie nas do szkoły dwa lata przed czasem. Cała klasa wyżywała się na mnie. Nienawidzili mnie za to, że jestem zdolniejszy od nich. Rodzice byli zachwyceni, że ich przerastam, a ja czułem się nieskończenie samotny.

   Remko: Nie powtarzajcie nam, że jesteśmy wybitni. My to wiemy, ale wiemy też, że koledzy nas nie lubią, a dziewczyny nie chcą. 

   Marysia: Nie opowiadajcie wszystkim, jakie mamy IQ. To żenujące.

Na podstawie wypowiedzi nastolatków objętych programem stypendialnym Dziecko Zdolne z Terenów Wiejskich. Ich imiona zostały zmienione

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one?
A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne.
Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba?
Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas.
Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”.
Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych?
Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim?
Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska?
Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka?
Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”.
To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…?
Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców?
Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”.
Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą?
Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”.
Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci...
A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Kultura

Kultura od kołyski

Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Wiadomo, że czym skorupka za młodu… Że im wcześniej zaszczepimy  w dzieciach potrzeby obcowania z kulturą, tym lepiej dla dzieci i kultury. Ale to nie takie proste. Same chęci rodziców nie wystarczą. Potrzebne jest także dostosowanie się instytucji kultury do potrzeb tej grupy odbiorców.

Takie wnioski wynikają z badań Fundacji Rodzic w mieście, która przebadała  1000 rodziców dzieci w wieku 0-6 lat ze wszystkich województw, o różnej sytuacji materialnej, płci, wykształceniu. Okazało się, że bez względu na dzielące rodziców różnice, wszyscy chcą korzystać z instytucji kultury, bo uznają, że takie placówki, jak muzea, galerie sztuki, teatry, kina, mają wartość edukacyjną i pomagają ich dzieciom się rozwijać. Jednak aż 64 proc. ankietowanych deklaruje, że od kiedy mają dziecko, rzadziej odwiedzają instytucje kultury. Co im to utrudnia?

Najczęściej wymienianą przeszkodą jest strach. 75 proc. badanych uważa, że wizyta w instytucji kultury z małych dzieckiem to źródło stresu. Rodzice boją się, że nie będą mieli gdzie przewinąć dziecka, nakarmić, a nawet usiąść. Aż 61 proc. z nich wyznało, że byli zmuszeni  opuścić wydarzenie bądź wyjść z instytucji kultury, ponieważ potrzeb dzieci nie dało się zaspokoić na miejscu. Obawiając się, że sytuacja się powtórzy, rezygnują z wizyt ze swoimi małymi dziećmi w muzeach, czy galeriach i wybierają inne aktywności.

Do tego dochodzi strach przed reakcją personelu. Rodzice mają obawy, że pracownicy nie rozumieją potrzeb i możliwości dzieci, będą zwracać im uwagę na „niewłaściwe zachowanie”, jak choćby hałas. Miejsca też nie zawsze są zorganizowane zgodnie z potrzebami dzieci i rodziców.

Z badania wynika, że współcześnie aż 3/4 rodziców liczy się ze zdaniem dziecka co do wyboru instytucji kultury, którą odwiedzą. Dla części z nich zdanie dzieci jest decydujące. To powinna być ważna wskazówka dla placówek.  Powinny one tak organizować swoje przedsięwzięcia, żeby były dla dzieci przeżyciem, niosły niepowtarzalne wrażenia. Schematyczne formy i powtarzalne treści na pewno skutecznie zniechęcą dzieci do powrotu. Dlatego Fundacja podkreśla, że projektowanie wydarzeń w instytucjach kultur jako przeżyć ma ogromne znaczenie.

Ważna jest też łatwość korzystania przez dziecko z zasobów danego miejsca, dostosowanie go do możliwości małego odbiorcy. Dobrym pomysłem są podwyższenia, usytuowanie eksponatów na odpowiedniej wysokości, czytelne i łatwe do zrozumienia opisy czy interaktywne ekrany ułatwiają dzieciom korzystanie z zasobów kultury.

Dobra wiadomość jest taka, że instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb, jednak nie wiedzą jak to zrobić lub obawiają się wysokich kosztów. Okazuje się jednak, że w bardzo prosty sposób można rodzicom ułatwić wizytę w muzeum czy galerii. Co postulują rodzice? Najważniejsza jest profesjonalna i pomocna kadra, wyrozumiali i przyjaźni pracownicy – przewodnicy. Ogromnie ważną i w sumie prostą do zorganizowania sprawą, są miejsca do siedzenia: sofy, zwykłe ławki, które wpływają na komfort wizyty w placówce - na takie ułatwienie wskazało aż 51 proc. ankietowanych. Kolejny ważny postulat - możliwość dotykania przedmiotów, bo to wpływa na komfort rodzica, ale też trafia w potrzeby poznawcze najmłodszych gości.

Nowoczesność i uwzględnianie potrzeb dzieci – to jest ten pożądany kierunek, wynikający z badań. Warto nim podążać. Wyjdzie to na dobre i dzieciom i instytucjom kultury.

Rodzic w mieście to fundacja, która powstała z potrzeby reprezentacji w debacie publicznej rodziców żyjących w miastach. Głośno mówi o potrzebach rodziców, pełnym prawie do korzystania z miasta, swobodnego i bezpiecznego poruszania się po nim, godnej pracy, czyli takiej, która pozwala na rozwijanie ambicji zawodowych i jednoczesne życie w rodzinach. Więcej informacji o działaniach Fundacji można znaleźć na stronie: rodzicwmiescie.pl

  1. Psychologia

Jak uczyć dziecko mądrej asertywności?

Wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. (Fot. iStock)
Wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. (Fot. iStock)
Trzeba dać dzieciom szansę samodzielnego rozwiązywania problemów. Ale należy też podpowiadać, że dzielenie się zabawką – chociaż przez chwilę boli – daje radość – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska - Juszczak.

Czy dostrzega pani dzisiaj większe zainteresowanie rodziców uczeniem swoich dzieci obrony przed brutalnością świata? Rzeczywiście widzę taką potrzebę wśród wielu rodziców, zwłaszcza potrzebę wychowania dziecka do bycia niezależnym, chyba też do kreowania dziecka na kogoś wyjątkowego. Myślę, że to nie jest tylko znak naszych czasów, choć  wydaje mi się, że teraz ta potrzeba jest przez rodziców silniej manifestowana.

Dlaczego? Z prostego powodu – bo niemal codziennie wchodzimy w kontakty rywalizacyjne, bo walczymy o dobra, których jest mało i musimy wykazywać, że jesteśmy lepsi niż inni.

Mamy wobec dzieci sprzeczne oczekiwania: Chcemy, aby umiały mówić „nie”, a z drugiej strony – podporządkowały się nam bez szemrania. Myślę, że czasem rodzice chcą, żeby dziecko było asertywne wobec innych, a nie wobec nich. Tym samym tłumią zdrową asertywność. I to jest paradoks: pragną nauczyć dziecka czegoś, co w rzeczywistości niszczą. Może to wynikać z opacznego rozumienia asertywności. Mam wrażenie, że jest duża moda na asertywność, ale i duże niezrozumienie, czym tak naprawdę ta asertywność jest.

A czym jest? Asertywność często kojarzy się z agresją i z takim mówieniem „nie”, bo nie. Tymczasem jest to rzeczywiście umiejętność mówienia „nie”, ale  uwzględniająca dobro innych. To ochrona własnego ja, ale z poczuciem, że swoją postawą nikogo nie krzywdzę. Mam wrażenie, że wiele ludzi zapomina, że może swoim „nie” zranić innych. Nie ma takiego pojęcia jak empatyczna asertywność, ale dobrze jest włączyć do asertywności emocjonalne zrozumienie racji innych.

Jak rozstrzygnęłaby pani odwieczny dylemat rodziców dziecka, któremu inne dziecko zabiera łopatkę? Zagrzewać poszkodowanego malca do walki o swoje, czy uczyć dzielenia się z innymi tym, co ma? To są rzeczywiście poważne dylematy: Czy pozwolić, żeby zabrano dziecku zabawkę i żeby z tego powodu poczuło się skrzywdzone, czy podkreślać, że trzeba się dzielić, czy – wprost przeciwnie - kształcić postawę obrony swego, uczyć stawiania granic. Obserwowałam w piaskownicy rodziców, którzy mieli podobny problem i często rozstrzygali go na korzyść granic, obrony swego. A ja myślę, że trzeba z tym bardzo uważać, bo jeżeli często mówimy dziecku: „nie dawaj się, broń własnej zabawki, to jest tylko twoje”, czyli gdy uczymy wyznaczania ostrych granic, to możemy wykształcić w nim postawę egoistyczną. W piaskownicy trzeba dać dzieciom szansę samodzielnego rozwiązania problemu. Ale można i trzeba też podpowiadać, że dzielenie się zabawką – chociaż przez chwilę boli – daje radość.

Nie możemy jednak zapominać o tym, z jakimi dziećmi mamy do czynienia – przebojowymi czy wrażliwcami. Pierwsze należy powstrzymywać, drugie zachęcać do odwagi? Myślę, że to podstawa – znać swoje dziecko. Rodzimy się z określonym typem osobowości czy raczej temperamentu, który jest silnie  uwarunkowany biologicznie. Mamy zatem możliwość obserwowania najczęstszych typów spontanicznego reagowania naszego dziecka na różne sytuacje. Dlatego, kiedy  nasza pociecha bawi się z innymi dziećmi w piaskownicy, uważnie obserwujący dziecko rodzic rozpoznaje, czy jego syn lub córeczka jest typem wrażliwca, przeżywającym, gdy ktoś mu coś zabiera i jednocześnie wtedy się wycofuje, czy ekspansywnym bojownikiem. Ale zachęcanie wrażliwca do bycia walecznym tak naprawdę niewiele przyniesie, bo takie dziecko musiałoby robić coś wbrew sobie. My nie zdajemy sobie sprawy z tego, że dziecko, tak, jak  dorosły, może czuć się czasem bezradne, bo z jednej strony słyszy głos, który jest dla niego absolutnym autorytetem: „nie pozwól Jasiowi, żeby zabierał ci twoją zabawkę”, a z drugiej wcale nie ma ochoty walczyć z Jasiem. Przeciwnie – ono chętnie by uciekło z tej piaskownicy, schowało za mamę i się rozpłakało.

Jak takim dzieciom pomóc? Trzeba dać im czas. Rozmawiać, opowiadać, czytać książki, które pokazują bohaterów umiejących stawiać granice. Znajomość psychologicznych aspektów rozwoju dziecka jest, owszem, bardzo pomocna, ale w gruncie rzeczy najlepsza jest wnikliwa obserwacja naszych dzieci i niedoceniana matczyna czy ojcowska intuicja. Jeżeli czuję, że moje dziecko może swoim zachowaniem skrzywdzić inne dziecko, to ja absolutnie zabraniam mu takiego zachowania, mówię zdecydowanie, że to jest niedopuszczalne i koniec. Gdy na przykład dziecko bije po głowie łopatką inne dziecko, czy sypie mu piaskiem w oczy, wkraczam do akcji. W takiej sytuacji nie czekam, aż dzieci same rozwiążą problem.

Dziecko nauczy się stawiania granic innym wtedy, gdy my będziemy stawiać mu wyraźne granice? Kiedy dziecko zauważy, że stawiane mu granice są bardzo wyraźne, zrozumie też, do którego miejsca może pozwolić sobie ze swoją ekspansywnością i niezależnością. Dla dziecka niezwykle ważna jest konsekwencja. Kiedy jej  brakuje, czuje się zagubione, bo nie wie, jak ma reagować na świat. To rodzice swoją konsekwencją wyznaczają mu drogę.

Wiedzą lepiej, co jest dla niego dobre? Na treningach biznesowych ukuliśmy pojęcie mądrej empatii, które można zastosować i w wychowaniu: Umiem wejść w emocje dziecka, zrozumieć jego zły nastrój, chęć posiadania cudzej zabawki, ale jednocześnie – zwłaszcza w okresie wczesnodziecięcym - mam poczucie, że wiem lepiej, co jest dla niego dobre, lepsze. I nie zawsze dobre jest to, czego ono akurat chce. To w gruncie rzeczy kluczowy element w wychowaniu. Mądra empatia to nie jest moralizowanie, mówienie: „robię to dla twojego dobra”, ale wczucie się w sytuację dziecka i pokierowanie nim tak, by mogło osiągać swoje cele, nie raniąc innych.

Idźmy z tej piaskownicy do szkoły. Dziecko, które nie umie się bronić, staje się w szkole obiektem agresji. Dzieci w tym wieku porównują się z rówieśnikami. Porównują się oczywiście częściej z tym lepszymi, cokolwiek to znaczy: silniejszymi, lepiej grającymi w piłkę, prymusami. I na tym etapie takie dzieci im imponują. Porównywanie się do innych to ważny element kształtowania własnego ja. Może się narażę, ale uważam, że na tym etapie ważne jest też posiadanie odrobiny konformizmu, często potrzebnego w życiu społecznym. Nie jest dobrze być wiecznym buntownikiem czy outsiderem. Ale jednocześnie trzeba uczyć dzieci, że mają prawo być sobą.

Jak to robić w praktyce? Podkreślać wyjątkową cechę dziecka, coś, co je wyróżnia. Nie radzi sobie na boisku szkolnym? Ale za to pięknie gra albo tańczy. Wzmacnianie mocnych stron dziecka daje mu atuty, które mogą obronić go przed agresorami. Pomyśli: „No rzeczywiście nie gram świetnie w piłkę, ale jestem dobry z matematyki”. I co ważne – podkreślanie wyjątkowych cech nie służy tylko podniesieniu samooceny i obronie, ale także współpracy, ponieważ tym, co mam wyjątkowego mogę wzbogacić kolegę, a on może mnie nauczyć czegoś, czego ja nie umiem. Mądre wzmacnianie atutów dziecka to jest tak naprawdę zachęcanie go do kooperacji.

Rodzicom chodzi chyba o coś zupełnie innego, kiedy mówią o asertywności. Bo wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. Dzieci, które rywalizują, są bowiem skoncentrowane na wyniku, nie zwracają uwagi na relacje z innymi, nie próbują podejść do problemu twórczo, bo to wynik jest najważniejszy. A poza tym, i to jest już niebezpieczne, postawa rywalizacyjna w szkole kreuje taką postawę wobec życia. Skoro ja rywalizuję, to otoczenie też ze mną konkuruje. A skoro wszyscy ze wszystkimi rywalizują, to nie ma za bardzo komu ufać, bo wszyscy są nastawieni wyłącznie na sukces, własny cel i nie ma miejsca na współpracę. Dziecko ma poczucie, że świat jest zły, wrogi. Wiemy, do czego prowadzi takie przekonanie – do wyobcowania. Owszem, dziecko może osiągnąć sukces, gdy natomiast poniesie porażkę, nie będzie nikogo, kto da mu wsparcie, bo gdzieś po drodze zgubiło przyjaźnie.

Jest takie powiedzenie: Najlepszą bronią jest atak. Jak nauczyć, że może być inaczej – że można bronić się nieagresywnie? Dobrym narzędziem jest tu chyba poczucie humoru. Bardzo dobrym. Ale poczucie humoru to drażliwy temat, bo nie znam osoby, która na pytanie, czy ma poczucie humoru, odpowiedziałaby przecząco. Jesteśmy przekonani, że mamy umiejętność śmiania się z siebie, ale jednocześnie uważamy, że inni jej nie mają. Poczucie humoru na własny temat jest bardzo silnie związane z poczuciem własnej wartości. Gdy mam wysoką samoocenę, to choć wiem, że może jestem kompletną łamagą na boisku, wiem też, że świetnie gram na skrzypcach. Mogę wtedy śmiać się z innymi z moich słabości. A śmiejąc się ze swoich słabych stron wytrącam broń z ręki agresorom. Walka jest skończona zanim do niej dojdzie. No bo ktoś rzuca argument, który ma mnie urazić, a czasem nawet jest prowokacją, a ja potrafię tak go odebrać, że atakujący czuje się zdezorientowany. W taki sposób reagują jednak ludzie o dużym poczuciu  własnej wartości.

O czym jeszcze powinniśmy pamiętać ucząc asertywności? Nam się wydaje, że asertywność polega tylko na umiejętności odmowy, reagowania na niesłuszną  krytykę, a tymczasem to jest też umiejętność przyjmowania pochwał.

Sami na ogół zaprzeczamy pochwałom. Tak, to bardzo polskie. Jeżeli mówimy komuś komplement to oczekujemy, że ten ktoś zaprzeczy albo skromnie powie: „nie, skądże, wcale nie jestem dobry”. Kształtujemy w dziecku wysoką samoocenę, a jednocześnie chcemy, żeby było fałszywie skromne. To niespójne. Dlatego uczmy dziecko, żeby, kiedy ktoś je wyśmiewa, samo się z tego śmiało, kiedy ktoś je niezasłużenie krytykuje, mówiło: „nie zgadzam się z tobą”. Ale z kolei, jak będą go chwalić, umiało powiedzieć: „tak, rzeczywiście dobrze mi to wychodzi.” I sami tak postępujmy. Bo to najskuteczniejsza forma nauki.

  1. Styl Życia

Montessori w domu. Pomóż dziecku rozwijać jego niezależność

Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Mów dziecku każdego dnia, że je kochasz. Wszystko inne jest ważne, ale drugorzędne. Wiedza o tym, że jest kochane, a zatem cenne i zdolne, to paszport, którego dziecko może użyć, aby dostać się tam, gdzie chce. Dzieci rodzą się kompletne, czyste, spokojne, zgodne z własnym wewnętrznym nauczycielem. Musimy tylko pozwolić im pozostać autentycznymi-  mówi Beatriz M. Muñoz, mama czterech córek, propagatorka metody Montessori.

Montessori – to system wychowawczy stworzony przez włoską lekarkę Marię Montessori, który pomaga we wszechstronnym rozwoju dziecka. Duży nacisk w tej metodzie edukacyjnej postawiony jest na środowisko oraz nauczycieli, dlatego dotychczas metoda ta stosowana była głównie w przedszkolach i szkołach. Ukazały się właśnie dwie książki, które są przewodnikami po metodzie Montessori do zastosowania w domu.

Fragment książki „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz

Stosowanie metody Montessori w domu ma dużo wspólnego z nauczaniem przez dawanie przykładu, a niewiele z zakupami (specjalnych mebli, materiałów, gadżetów - przyp. red.). Dzięki temu sami jesteśmy zmianą, którą chcemy widzieć w świecie, a ponadto staramy się być jak najlepszymi ludźmi. Korzystając z tej metody, uczymy się współczucia, uzdrawiania i przebaczania, gdy pracujemy nad wszystkim, co w naszym dzieciństwie szwankowało, aby nie powtarzać w założonych przez siebie rodzinach błędnych wzorców. Metoda ta pomaga nam również cieszyć się chwilą, żyć teraźniejszością, spędzać dobrze czas i żyć w pełni. Dzieci są niewątpliwie szczęśliwsze, ponieważ czują się szanowane i bardziej związane z rodzicami, ci z kolei mogą się stać dużo czystszym i bardziej gładkim lustrem, w którym ich pociechy zobaczą siebie. Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci należą do swojej rodziny i wiedzą o tym, że mogą być w niej użyteczne, że są słuchane, że mają zaspokojone poczucie niezależności i wolności, a przede wszystkim – że otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu.

Bycie autentycznym, podążanie za własną naturą, ale z poszanowaniem zasad grupy społecznej, wspólnie przez nią przemyślanych i ustalonych, oraz posłuszeństwo sobie samym to dary, na które wszyscy zasługujemy, dary, które są prawdziwą pomocą w życiu.

Nie wolno nam bać się błędów. Wychowanie dzieci w strachu jest jednym z najgorszych uchybień, jakie mogą popełnić rodzice, pozytywne jest natomiast wychowywanie dzieci w spokoju. Powiedziałabym, że z miłością, ale nie wszyscy rozumiemy miłość w ten sam sposób, więc mówię o wychowaniu z wzajemnym szacunkiem, ponieważ jeśli będziemy traktować dzieci z szacunkiem, nigdy ich nie skrzywdzimy.

Powiedzieliśmy, że materiały nie są niezbędne w domu, ponieważ dla dzieci najważniejsze jest to, żeby spędzać czas ze swoimi rodzicami. Oferując im swój czas, nigdy się nie pomylisz. Bezwarunkowa miłość i instynkt nigdy nie zawodzą. Błąd jest motorem nauki, powinniśmy go traktować jako okazję do poprawy. Jeśli w dzieciństwie nauczono nas, żeby błąd kojarzyć z poczuciem winy i porażką, możemy się bać, że powtórzymy ten schemat. (…)

Wychowanie to odkrywanie

Maria Montessori mówi w swoich książkach, że największymi przeszkodami dla nauczyciela, a więc także dla rodziców, którzy są pierwszymi nauczycielami swoich dzieci, są duma i złość. Obie uniemożliwiają nam komunikowanie się z naszymi dziećmi z miłością. Duma skłoni nas do myślenia, że my, jako dorośli, wiemy więcej niż one, a towarzysząca jej złość pojawi się, gdy dzieci będą chciały podążać za swoją naturą, a nie robić to, czego my, dorośli, od nich oczekujemy. Krótko mówiąc, największym błędem w rodzicielstwie jest nadmierna kontrola. Pochodzi ona z przekonania, że wiemy więcej, i jest konsekwencją nieuzyskania oczekiwanych rezultatów. Pochodzi z naszego ego, z przekonania, że dziecko jest naszą własnością, a nie po prostu samym sobą. Mówił to już Khalil Gibran: „Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi”.

Oczywiście, nie powinniśmy tolerować wszystkich zachowań dzieci, ale miłość i ochrona naszej więzi muszą być zawsze obecne w naszej relacji z nimi. Musimy być zarówno życzliwi, jak i stanowczy. W przeciwnym razie konsekwencje mogą być tak bardzo katastrofalne, że nasze dzieci spędzą resztę życia, próbując się pozbierać. Frederick Douglass powiedział, że łatwiej jest kształtować silne dzieci, niż naprawiać złamanych dorosłych, i myślę, że miał rację.

Dziecko daje nam możliwość naprawy naszego życia dzięki uczuciom przeciwstawnym dumie i złości – pokorze i cierpliwości; to są wielkie dary, jakie przynosi nam rodzicielstwo, jeśli jesteśmy gotowi je przyjąć. Maria Montessori mawiała, że wychowywanie jest pomocą na całe życie i czasami myślę, że prawdziwa pomoc na całe życie jest przekazywana w nasze ręce przez dzieci w momencie ich narodzin.

Naszym zadaniem jest towarzyszenie maluchom w tym procesie, który rozpoczyna się od poznania samego siebie, a następnie swoich rówieśników, swojej kultury i swojego społeczeństwa, a prowadzi do poznania wszechświata i odkrycia tego, co dzieci chcą robić w życiu. (…)

Włączaj dziecko do swojego życia, do praktycznych czynności życiowych, do załatwiania spraw, do posiłków, do spacerów. Otaczajcie się pięknem, kiedy tylko możecie, dzielcie się wszystkim, nawiązujcie więź, rozmawiajcie, szukajcie razem odpowiedzi – to jest najważniejsze. Czas, który spędzacie razem, jest najcenniejszym prezentem dla was obojga.

Być może w pewnym momencie poczułeś się przytłoczony, bezradny, zniechęcony. Pozwól sobie przypomnieć, że to, czego potrzebujesz, znajduje się w twoich rękach, ponieważ są one pełne miłości i dobrej woli. Jeśli wola cię zawiedzie i zdecydujesz się zrezygnować z tej drogi, to komu ją wskażesz? Jeśli nie zaczniesz procesu zmian od razu, teraz, gdy umysł twojego dziecka jest chłonny bardziej niż kiedykolwiek, to kiedy to zrobisz? Możesz zmienić świat. A świat potrzebuje ciebie, potrzebuje twojego światła, twojego pragnienia, twojej siły, twojego impetu, twojego przykładu.

Zrób wszystko, co tylko możliwe, aby cieszyć się każdą chwilą spędzoną z waszym dzieckiem, ponieważ dni mijają bardzo wolno i jednocześnie bardzo szybko.

Znaleźć najlepszą wersję siebie

(…) Kiedy zachowanie naszych dzieci nas denerwuje, dobrze jest zatrzymać się na chwilę i przeanalizować, co zakłóca nasz spokój. Jakieś wydarzenia z dzieciństwa? Jakieś aktualne wydarzenia? Jesteś zmęczony i zestresowany i masz tendencję do korzystania z „dolnego” mózgu zamiast „górnego”? Czujesz, że nie są spełnione twoje oczekiwania? Zachowanie, które nam przeszkadza, to sygnał do zanurzenia się w naszej świadomości. Podobnie, jeśli coś, o czym przeczytałeś w tej książce, ci przeszkadza, być może jest to również zaproszenie do przemyślenia i odkrycia, dlaczego tak się dzieje. Nie znam uniwersalnej prawdy ani odpowiedzi na wszystkie pytania, ale jeśli to, co wybrałeś dla swojej rodziny, działa, żadna książka nie powinna zmieniać twojego zachowania. Po prostu czuj, płyń, rozważaj, żyj.

Poczucie winy nas zakotwicza, powstrzymuje, blokuje przed postępem i poprawą. Nie obwiniaj się, zrób to dla siebie samego, ale także dla swojego dziecka lub dzieci. Gdybym cię zapytała, czy chciałbyś, aby twoje dzieci czuły się źle z powodu czegoś, czego nie można rozwiązać, jestem pewna, że odpowiedziałbyś: nie. Chcesz, żeby dzieci cieszyły się życiem, naprawiały swoje błędy, ale równocześnie nie pozwalały, aby te błędy ciągnęły je na dno. Błędy to wielkie możliwości, które oferuje nam życie, abyśmy mogli konstruować samych siebie, być tym, kim jesteśmy. Jestem dzisiaj taką, a nie inną matką z powodu błędów, które popełniłam z moimi córkami. Dzięki tym błędom możesz dzisiaj czytać tę książkę.

Nie zachęcam cię też do zastępowania poczucia winy – być może nieodłącznego elementu związanego z byciem matką lub ojcem – samozadowoleniem. Proszę tylko, abyś był dla siebie miły i zamienił poczucie winy na świadomą odpowiedzialność za to, co dajesz dzieciom jako najlepszą wersję samego siebie.

Rodzicielstwo to nie matematyka

W całej książce zachęcałam cię do skupienia się na długoterminowej perspektywie, na celu, na dorosłym, którym w przyszłości będzie twoje dziecko. Cel jest istotny, ale nie myśl już o tym. Ciesz się procesem tak jak dzieci, które koncentrują się na zadaniu, a nie na jego wyniku, i obserwuj, jak przebiega ten proces: a zobaczysz życie. Baw się dobrze, bo jeśli będziesz się dobrze bawić, jeśli spróbujesz sprawić, by podróż, a nie tylko jej cel, była warta zachodu, dostaniesz to, co chcesz: zostaniesz rodzicem, którym chcesz zostać.

Może próbowałeś czegoś, co nie zadziałało. Pamiętaj, że rodzicielstwo to nie matematyka. Nie znam wszystkich odpowiedzi, a nawet gdybym znała, nie mogłabym ci ich udzielić, bo pozbawiłabym cię przywileju ich znalezienia, dumy, szczęścia i mocy, które czujesz, gdy coś wreszcie działa i idzie po twojej myśli. Wszystkie odpowiedzi są w tobie i tylko w tobie. (…)

Dbaj o siebie i nie zapominaj, że jeśli nie dbasz o siebie, nie możesz zadbać o innych. Wprowadzasz to poczucie spokoju i chciałbyś, aby czuły je twoje dzieci. Złe dni miną, nie musisz sięgać po wszystko, pozwól sobie być człowiekiem.

Znajdziesz swoją drogę i będzie cudownie, bo to będzie twoja własna droga. Jeśli codziennie myślisz o tym, jak się poprawić, to dobrze ci idzie. Absolutnie fantastycznie. Nie musisz wierzyć mi, nie potrzebujesz mnie, po prostu spójrz na tę małą twarzyczkę, która jest tuż przy tobie, spójrz na nią, odpowiedź znajduje się w spojrzeniu twojego dziecka.

„Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi'. Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi". Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno

  1. Psychologia

Jedno chce mieć dziecko, a drugie nie - czy taki związek przetrwa?

Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być... Jak przejść przez kryzys w związku związany z odkryciem, że partnerzy mają kompletnie inne podejście do rodzicielstwa – pytamy psychoterapeutkę Renatę Pająkowską-Rożen.

Czy to oczywiste, że w związku chcemy mieć dzieci, czy lepiej zapytać? Przed ślubem lub przed wspólnym wzięciem kredytu, który także połączy nas na dobre i na złe...
Koniecznie trzeba o tym porozmawiać! I nie w ten sposób, że nie udzielamy sobie jednoznacznych odpowiedzi. Mężczyzna na przykład mówi: „Porozmawiamy o tym później, nie teraz”. Być może to nieodpowiedni moment, bo właśnie stracił pracę, jednak ustalmy, kiedy o tym porozmawiamy. Jeśli tego nie wyjaśnimy, to w pewnym momencie może pojawić się problem, bo mężczyzna, mówiąc: „nie rozmawiajmy o tym”, miał na myśli „nie ma o czym gadać, nie chcę dzieci!”, a kobieta zrozumiała jego słowa jako odroczenie: „teraz nie, ale za 10 lat będziemy je mieć!”.

Niedogadane pary przychodzą po pomoc do psychoterapeuty?
Dobrze, jeśli się na to zdobędą, bo to jest poważny problem. Zazwyczaj wygląda to tak, że na początku oboje przeżywają ogromne zdziwienie. Jedno pyta: „Dlaczego wracamy do tego tematu? Przecież to ustalone?!”, drugie równie zaskoczone: „Jak to? Dziwisz się, że chcę mieć dzieci?”. Problemem pary, o której teraz opowiadam, nie było jednak chciane i niechciane rodzicielstwo, ale to, że był to jeden z tematów, których nie poruszali, żeby nie psuć atmosfery w związku. Ponieważ bardzo angażowali się w swoje kariery zawodowe, nie było to konieczne do momentu, kiedy kobieta poczuła, że już teraz chce dzieci. Niedogadane sprawy są jak kula śniegowa…

Co zrobili? Rozstali się czy jedno z nich ustąpiło?
Zrobili to, co powinni zrobić już dawno temu, czyli zaczęli wreszcie rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. To, że omijali na trudne i ważne tematy, powodowało, że nie żyli razem, ale obok siebie, w dwóch różnych światach. Pracowaliśmy więc na terapii nad tym, czy będą mogli na nowo się spotkać i być razem, czy nie.

Spotkać? Przecież byli razem...
Czyżby? Kobieta przez te lata marzyła o byciu mamą, o zabawkach na środku salonu, o kinderbalach z balonikami i tortem, mężczyzna z kolei w swoich fantazjach widział ich zawsze tylko we dwoje – jak prowadzą wygodne życie, podróżują, odwiedzają przyjaciół. Ich marzenia, ich wizje przyszłości rozmijały się. Żeby to zmienić, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. Dla każdego z nich indywidualnie i dla nich w związku. I czy można te wizje połączyć. Kiedy kończyli terapię, temat dziecka nadal był otwarty. Mieli podjąć wspólnie decyzję, ze świadomością, że zegar biologiczny tyka. Mężczyzna dopuścił już taką możliwość, ponieważ podczas terapii indywidualnej, którą także rozpoczął, zrozumiał, że przed byciem ojcem hamuje go lęk, że nie będzie potrafił zadbać o dzieci, że powtórzy błędy swojego ojca. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że jest przecież innym człowiekiem niż jego ojciec i nie musi być złym rodzicem.

Sama doświadczyłam tego, że chęć bycia rodzicem może się niespodziewanie pojawić. Poczułam, że chcę zostać mamą, kiedy skończyłam terapię i 40 lat.
No właśnie! Nawet jeśli omówimy ten temat raz, to się może zmienić. Można nabrać pewności siebie, koleżanki mogą urodzić dzieci, a my bawiąc się z tymi dziećmi, zaczynamy odnajdować się w roli matki. Każde wydarzenie może wpłynąć na zmianę stanowiska. Mogę zapragnąć dziecka, gdy stracę rodziców, żeby nie być sama. Ale też go nie chcieć – bo co z nim będzie, jeśli i ja umrę?

Nie sposób przewidzieć, co będę myśleć ani co będzie myślał mój mąż za kilka lat, choć teraz oboje jesteśmy przeciw.
Pamiętajmy, że w związku spotykają się dwie osoby, które mają indywidualne historie wyniesione z domu rodzinnego. Chcą być razem, ale to nie znaczy, że stają się tacy sami i mają takie same potrzeby. Poza tym nie jesteśmy tą samą osobą w wieku 20 lat i potem 30. Rozwijamy się, mamy różne doświadczenia, które mogą silnie na nas wpływać. I ważne jest, czy kiedy zmienimy zdanie, jesteśmy blisko z partnerem. Bo jeśli tak, to łatwiej nam będzie znaleźć najlepsze dla obojga rozwiązanie.

Usłyszałam kiedyś: „mam już wszystko, brak mi tylko dziecka”.
Zawsze pytam kobietę, dlaczego chce być mamą. Może dlatego, że jej zdaniem kobiety bezdzietne są gorsze? Prowadziłam terapię dla pary, w której kobieta upierała się, żeby mieć dziecko, bo – co odkryliśmy – bez tego czuła się gorsza od pierwszej żony swojego męża, z którą miał ich aż troje. Kiedy ten mężczyzna to zrozumiał, dał swojej partnerce tak wiele miłości i zachwytu, że już nie czuła potrzeby dowartościowania się przez urodzenie dziecka. Jeśli kimś kieruje „projekt dziecko”, a nie potrzeba serca, to szczerze odradzam. Jeśli kobieta tak naprawdę nie chce mieć dziecka, to zostając mamą, będzie rozczarowana. Choćby dlatego, że obok perfekcyjnej żony i perfekcyjnego męża pojawi się nieperfekcyjne dziecko. W takiej sytuacji warto być uczciwą wobec siebie, bo często nie chodzi wcale o dziecko, ale na przykład o to, że teściowa albo mamusia mówi: „Co ja mam swoim przyjaciółkom powiedzieć? Kiedy będziecie mieć dzieci, a ja wnuki?”.

Nacisk rodziny ma takie znaczenie?
Oczywiście, pytanie „kiedy będziecie mieć dziecko?” należy do zadawanych najczęściej. A pary niekiedy zapominają, że to ich intymna sprawa, więc rodzic, który o to pyta, przekracza granice. Radzę, żeby w takiej sytuacji powiedzieć: „na takie pytanie nie odpowiadamy, to jest nasza prywatna sprawa” i omawiać ten temat tylko ze sobą. Dzieci nie mamy z rodzicami, tylko ze sobą, podobnie jak tylko ze sobą uprawiamy seks.

Rozmowa może przekonać do rezygnacji z bycia rodzicem?
Znam przykład, gdzie to kobieta absolutnie nie chciała mieć dziecka. Nie rozwiedli się, bo mężczyzna poczuł, że dla niego istotniejszy jest ten związek, ta kobieta i to, żeby ona była szczęśliwa. Świadomie więc zgodził się na ten brak w swoim życiu.

Ogromny brak!
Czy ktoś, poza twórcami reklam, obiecywał nam, że będziemy mieć wszystko? Szczęście nie na tym polega. Kiedy ta para ode mnie wychodziła, wyglądali na dwójkę szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych, bo się ze sobą dogadali, znaleźli świadomy kompromis. Terapia zmieniła ich wewnętrzne nastawienie. Kobieta zaakceptowała to, że jej mąż potrzebuje zajmować się dziećmi, więc zgodziła się, żeby raz na miesiąc przyjeżdżali do nich siostrzeńcy męża. I choć sama za nimi nie przepadała i miała piękny dom, to akceptowała, że na ten jeden weekend dzieci wprowadzały do niego chaos.

Może nie chodzi nam o „wszystko”, ale w naszej kulturze dzieci są najważniejsze…
A jednocześnie do mojego gabinetu trafia wielu ludzi, którzy wychodzą z traum z czasów dzieciństwa... i to doświadczeń bycia niekochanymi dziećmi. Jakoś mi się to nie składa z deklaracją o tym, że dzieci są priorytetem.

Czy coś może zastąpić doświadczenie bycia rodzicem?
Nie, ale to nie znaczy, że wszyscy musimy je mieć. Najistotniejsze, abyśmy dokonywali świadomych wyborów. Wtedy będziemy szczęśliwi i będzie mniej nieszczęśliwych dzieci. Oczywiście wybór zawsze jest trudny i może oznaczać rozstanie, a z kolei bycie razem dalej oznacza kompromis.

Jeśli kompromis, to jak uniknąć żalu, kiedy widzę małe buciki i mam ucisk w gardle?
To jest najtrudniejsze i bardzo ważne, aby zająć się swoimi uczuciami. Mogę na przykład cały czas rozpamiętywać tę stratę, a jednocześnie pozostawać w związku z lęku. Czyli nie odejdę, bo przecież mogę nikogo już nie spotkać, no i wtedy nie będę miała ani męża, ani dziecka. Tylko że taka zanurzona w żalu i stracie postawa zapewne doprowadzi do rozstania! Bo kiedy tylko rano mój mąż wstanie, to nie zobaczę w nim ukochanego mężczyzny, a kogoś, kto nie pozwolił mi zostać mamą! Zatem jeśli decydujemy się zostać i czujemy stratę, trzeba coś z nią zrobić.

Co można zrobić ze stratą marzenia o byciu mamą?
To zależy, czasem wystarczy wolontariat w domu dziecka? A może uwolnienie się spod presji rodziny, która szantażuje emocjonalnie i ekonomicznie z tego powodu, że nie mamy dzieci? Każdy człowiek to inna historia, a więc też inne rozwiązanie.

Dom dziecka? Kobiety chcą mieć własne dzieci, nie pożyczone czy nawet adoptowane!
Nie zgodzę się z tobą! Dla młodych kobiet to już nie jest taki problem jak dla pokolenia ich matek. Patrząc z perspektywy gabinetu, mam wręcz wrażenie, że to jest problem dla matek moich klientek. Kobiet niespełnionych, sfrustrowanych, które tłuką córkom do głów: „Musisz mu urodzić dziecko, bo cię zostawi i będziesz sama!”. Myślę, że dużą część problemów młodych par generują ich rodzice. Gdy matka, teściowa są wspierające, ale nie naruszają granic, to para ma szanse się dogadać w każdej sprawie. Ale jeśli młodzi na każdy weekend jadą do którychś rodziców, a ci pytają kobietę: „Przytyłaś?! Jesteś wreszcie w ciąży”, to trudno zachować własne zdanie i obronić potrzeby.

A może kobietą kieruje jakaś inna potrzeba czy ukryty lęk?
Przywołam jeszcze jeden przykład: kobieta wyszła za mąż, ale miała już dzieci z pierwszego związku. Była też starsza od swojego nowego męża i nie chciała już mieć dzieci. On z czasem przyznał, że trzymał ją na dystans, bo ona nie chciała mieć dzieci, a taki związek jego zdaniem nie jest trwały. W końcu rozstali się, a mężczyzna ponownie związał się z kobietą z dziećmi. Nie mieli jednak wspólnego dziecka. Dlaczego? Może tak naprawdę ten mężczyzna nie chciał mieć własnych i dlatego wybierał kobiety, które już były matkami? Każdy z nas ma niepowtarzalną historię i jeśli chcemy żyć świadomie, trzeba poznać swój cel i swoje prawdziwe potrzeby. Bo wtedy dopiero możemy zrozumieć, o co nam tak naprawdę chodzi, gdy mówimy o rodzicielstwie.

Nowy związek może wpłynąć na chęć bycia matką czy ojcem?
Tak. Zdarza się, że nie chcemy dzieci z jednym partnerem, a myślimy, że nie chcemy ich w ogóle. Kiedy jednak w naszym życiu pojawi się ktoś inny, zaczynamy odczuwać ogromne pragnienie, aby zostać rodzicem. Znam wiele kobiet, które nie chciały mieć dzieci w jednym związku, ale w nowym już po kilku miesiącach były w chcianej ciąży. I może zdarzyć się też odwrotnie: kobieta ma dziecko z pierwszym mężem, ale z drugim już nie chce. Pozornie ma całkiem racjonalny powód, już jest mamą, jednak prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej, na przykład mężczyzna jest narcystyczny i skupiony na sobie.

Jak to możliwe, że nasze podejście do bycia rodzicem zmienia się w różnych związkach? Przecież wiele osób uważa, że chęć posiadania potomstwa to coś oczywistego i naturalnego, a nie relacyjnego.
Stajemy się trochę inni, będąc z różnymi ludźmi. Kiedy nowy partner daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa i stabilność, a poprzedni nie dawał, to jej potrzeba bycia mamą może dojść do głosu. Mówiąc wprost: jeśli nie chcemy mieć dzieci, to po prostu możemy być w związku z kimś, z kim ich nie chcemy. Najważniejsze to odkryć w życiu swoją prawdę i nią się kierować. Nie pozwalać na to, aby rządziły nami nasze własne lęki. Decydować o tym, czy chcemy zostać rodzicami, nie może za nas nawet partner, a co dopiero rodzice lub teściowie.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka, trenerka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach.