1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Każdemu krzywdzonemu dziecku należy się nasza reakcja

Każdemu krzywdzonemu dziecku należy się nasza reakcja

„Mówimy »władza rodzicielska«. To nie jest żadna władza, my nie mamy władzy nad naszymi dziećmi, my jesteśmy za nasze dzieci odpowiedzialni i mówiąc «nasze dzieci« mam na myśli wszystkie dzieci, także dziecko sąsiada, któremu dzieje się krzywda.”, tłumaczy Anna Krawczak, specjalistka ds. standardów ochrony dzieci Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.   

19 listopada obchodzimy Międzynarodowy Dzień Przeciwdziałania Przemocy wobec Dzieci.

W zasadzie nie ma tygodnia, w którym nie słyszymy o przemocy dorosłych wobec dzieci. To są mniej lub bardziej dotkliwe pobicia albo nawet zabójstwo dziecka. Pamiętam, kiedy przeczytałam pani wpis po głośnej śmierci Kamila z Częstochowy sprzed kilku miesięcy. Czułam w tym wpisie pani złość.
Dobrze pani wyczuła, wszystkie moje wpisy dotyczące przemocy wobec dzieci przepełnione są złością.

Śmierć Kamila była jedną ze śmierci sekwencyjnych, to znaczy Kamil stracił życie w wyniku krzywdzenia, a jego rodzina była wcześniej w zainteresowaniu służb dokładnie tak samo jak rodzina Blanki z Olecka, Hani z Kłodzka, Zosi z Torunia, Mai ze Starogardu, mogę tak długo wymieniać…

Czuję złość, bo sytuacja zawsze wyglądała tak samo – jest głośna śmierć, wszyscy przez kilka dni o tym mówią, a potem nastaje cisza. Na szczęście – to budzi nadzieję – tym razem coś się wydarzyło. 28 lipca 2023 roku została przyjęta ustawa zwana powszechnie „Ustawą Kamilka”. Wdraża ona między innymi długo oczekiwaną analizę przypadków krzywdzenia dzieci, w tym krzywdzenia ze skutkiem śmiertelnym, oraz obowiązek przyjęcia standardów ochrony małoletnich w każdej instytucji pracującej z dziećmi.

To ustawa, wspaniale, że wreszcie się pojawiła, ale jesteśmy jeszcze my – społeczeństwo, też możemy odegrywać jakąś rolę, możemy swoją postawą starać się chronić dzieci lub nie. Kamil i wszystkie inne dzieci żyły przecież wśród nas. Coś musieliśmy widzieć, coś musieliśmy słyszeć. Czy pani ocenia nas jako społeczeństwo nieczułe, obojętne na krzywdę dzieci?
Nie, powiedziałabym, że jesteśmy społeczeństwem bardzo podzielonym jeżeli chodzi o reagowanie. Są na mapie Polski miejsca, w których system działa w porządku. Wracam do systemu, bo on jest ufundowany na działaniach oddolnych. To znaczy, żeby sprawa trafiła do sądu rodzinnego, wcześniej musimy przejść wiele niższych szczebli. Nawet gdybyśmy rozpatrywały ten najniższy szczebel gminny – on jest najniższy strukturalnie, ale absolutnie nie chcę powiedzieć, że najmniej się liczy, bo z mojego punktu widzenia liczy się najbardziej, ale faktycznie jest na samym dole – bazuje on na obserwacjach, informacjach takich osób jak na przykład sąsiedzi, nauczyciele, lekarze. To jest właśnie społeczeństwo, o którym pani mówi. I teraz są miejsca, w których ta reaktywność jest wysoka.

Ale mamy też w Polsce takie zjawisko, które nazywa się gettoizacją społeczną. Rodziny, które – z różnych powodów – są niewydolne, z dysfunkcjami, z deficytami, są umieszczane w jakimś jednym, konkretnym miejscu, na przykład w bloku komunalnym. Tak tworzy się skupisko ludzi, którzy – można przyjąć z dużym prawdopodobieństwem – mają za sobą trudne, często przemocowe dzieciństwo, a to ma skutki długoterminowe, między innymi taki, że ich poziom wrażliwości na krzywdę dziecka, co do zasady, będzie niższy niż tych osób, których dzieciństwo było dostatecznie dobre, bezpieczne, troskliwe. W pojęciu takich osób mieści się to, że dziecko można uderzyć, dziecko można przypalić pogrzebaczem, jeżeli na to zasłużyło, dziecka można nie karmić, bo każdy jakoś przeżyje… W takiej społeczności, w takim getcie, mieszkał właśnie Kamil. To jest oczywiście spekulacja, ale może gdyby mieszkał w innym bloku, gdzie za ścianą byliby sąsiedzi z inną przeszłością, a co za tym idzie z innym poziomem wrażliwości, dziś by żył.

To w jaki sposób reagujemy na przemoc wobec dzieci zależy od naszych indywidualnych zasobów. U niektórych jest z tym świetnie, u niektórych dostatecznie dobrze, u innych bardzo źle…

Dziecko musi mieć szczęście, żeby dobrze trafić, nie tylko na matkę czy ojca, którzy mają kompetencje do bycia rodzicami, ale także dobrze trafić na sąsiada. Loteria…
Tak to wygląda. Bo nie ma żadnej instytucji, która dba o to, by te nasze poziomy wrażliwości, reaktywności wyrównywać.

Aż nie chce się wierzyć, że takie dziecko na swojej drodze nie spotyka ani jednego człowieka, który mógłby mu pomóc. Jest jeszcze szkoła, obowiązkowa w Polsce.
Nie jestem przekonana czy Kamil nie spotkał w szkole żadnej osoby, która chciała mu pomóc. Ale nawet jeśli taka się znalazła, to nie wystarczyło. Tu musi działać cała maszyna, chodzi o mechanizm, który będzie umiejętnie zszywał pojedyncze informacje i tworzył z nich całościowy obraz, model 3D. Ważnym krokiem w tym kierunku są właśnie standardy ochrony dzieci, o których mówiłam wcześniej.

My, jako Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, zabiegaliśmy o te standardy od ponad 15 lat, i ujmujemy je w formę polityki ochrony dziecka. To jest dokument, który reguluje różne zobowiązania danej instytucji wobec dzieci, które znajdują się pod jej opieką. To może być szkoła, przedszkole, szpital, drużyna harcerska, klub sportowy – przeróżne miejsca, w których dorosłe osoby pracują bezpośrednio z dziećmi. Polityka składa się z szeregu różnych rozdziałów, jej składową jest na przykład ochrona dziecka w internecie, ale też bardzo ważną częścią są procedury interwencji. One rozpisują, krok po kroku, co powinna zrobić dorosła osoba, na przykład nauczyciel, jeżeli podejrzewa albo ma pewność, że dziecku dzieje się krzywda.

Pytanie czy my umiemy ją rozpoznać.
I to jest bardzo ważna kwestia – żebyśmy mogli interweniować musimy uczyć się identyfikacji symptomów krzywdzenia dzieci. A to wcale nie jest wiedza ogólna, nie jest to wiedza uniwersalna dla każdej osoby, w każdej funkcji zawodowej czy w każdej roli społecznej. Inaczej będzie rozpoznawać symptomy krzywdzenia lekarz, który może obejrzeć ciało dziecka a inaczej nauczyciel czy szkolna woźna, osoby, które nie mogą obejrzeć ciała, ale mogą obserwować zachowanie dziecka przez dłuższy czas.

Jeżeli nie umiemy identyfikować przemocy, to dziecko może podawać nam swoje krzywdzenie „na tacy” a my i tak go nie zauważymy. Kiedy sprawa Kamila była komentowana publicznie przez wiele rożnych osób, głos między innymi zabrała dr Teresa Jadczak-Szumiło, wybitna specjalistka zajmująca się tematyką dzieci krzywdzonych. Doktor powiedziała, że oglądając szkolne zdjęcia Kamila nie miała żadnych wątpliwości, że jego twarz była twarzą typowo amimiczną. Amimiczna twarz, inaczej tzw. twarz maskowata, może wystąpić w następstwie konkretnych chorób neurologicznych, ale jest też dosyć charakterystyczna dla dzieci, które doznają przewlekłej przemocy w domu. Kiedy jest się Teresą Jadczak-Szumiło wie się takie rzeczy, ale jeśli jest się nauczycielem w szkole Kamila, który nigdy w taką wiedzę nie został wyposażony, to rozpoznanie jest bardzo mało prawdopodobne.

Dlatego właśnie każda szkoła powinna mieć obowiązek, by szkolić swoich nauczycieli w tym zakresie, by szkolić ich z rozpoznawania przemocy, ze ścieżek interwencyjnych, itd. Jeżeli nie dostarczamy ludziom takiej wiedzy, nie możemy mieć pretensji jako społeczeństwo, że tego nie wiedzą.

Nam się wydaje, że przemocą mamy do czynienia wtedy, kiedy zza ściany słychać donośne krzyki. A rozumiem, że to nie zawsze tak wygląda.
Oczywiście, że nie. Masywna przemoc fizyczna ma tę „wdzięczną” stronę, że – i to też wcale nie zawsze – zostawia ślady. Ale poza przemocą fizyczną istnieje przemoc psychiczna, przemoc seksualna i krzywdzenie zaniedbaniem – one wszystkie są równie rujnujące dla dziecka.

Rozpoznanie krzywdzenia zaniedbaniem jest bardzo trudne, graniczące wręcz z cudem, jeśli ktoś nie ma wiedzy jak to robić. Co więcej, przemoc fizyczna też wcale nie jest zawsze widoczna. Jeśli dziecko chodzi do szkoły i ma ślady od gaszonych papierosów powyżej nadgarstków i kostek, czy są to typowe oparzenia na brzuchu i plecach, to jak nauczyciel ma to zobaczyć? Nawet na lekcji WF-u nie da się tego wychwycić. To samo jest z zasinieniami – to jest kwestia tego gdzie one są. Nie każde bite dziecko ma tzw. zasinienia okularowe, czyli sińce pod oczami, które biorą się z bicia go w potylicę. To jest jedno. A druga sprawa to fakt, że dorośli, nawet kiedy coś widzą, potrafią sobie to bardzo dobrze racjonalizować.

Nie chcą widzieć?!
Rozpoznanie krzywdzenia dziecka jest bardzo trudne, trudne nie tylko merytorycznie, o czym powiedziałam, ale też w pewnym sensie emocjonalnie, życiowo. No bo kiedy rozpoznam, że dziecko jest krzywdzone stawiam siebie w niekomfortowej sytuacji – skoro mam wiedzę, powinnam coś z nią zrobić.

Zareagować. Czy w nas wciąż żywy jest przekaz, bardzo silnie przez lata nam wtłaczany, że to co dzieje się u kogoś w domu, tam powinno pozostać?
Jest bardzo żywy – nie wkładaj nosa za drzwi sąsiada, ale też nie mów nikomu, co dzieje się w domu. To bardzo silnie wdrukowany przekaz kulturowy. Podsycany dodatkowo przez to, co działo się w naszym kraju politycznie. Byliśmy „my” i „oni”. „Oni”, czyli władza – zabory, komunizm, itd. Władza, system, to zło. System jest wrogi, systemowi nie można ufać. To jest przekonanie wdrukowane w naszą mentalność. Oczywiście, nie bez podstaw. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie usprawiedliwiam, opisuję różne źródła, próbuję otwierać nam oczy. Dziś mamy zupełnie inną sytuację, jest rok 2023, ale to także te wdrukowane przekazy mają odzwierciedlenie w poziomie naszej wrażliwości, w naszym milczeniu, które może mieć śmiertelne skutki. To wszystko „gra” przeciwko cierpiącym dzieciom.

Interweniowanie jest trudne, pozycja interwenta jest trudna. I nie ma znaczenia czy jest to pierwsza interwencja czy kolejna. Mamy w sobie wiele barier. Choć nie chcę powiedzieć, że mamy je wszyscy, bo znam ludzi, którzy interweniują i wcale nie mają imponujących zasobów, ale ich indywidualna wrażliwość nie pozwala im nie zareagować.

Nie pomaga nam także nieufność. Nie postrzegamy ośrodków pomocy społecznej jako przyjaznych. Nie chce odnosić się do tego czy jest to sprawiedliwe czy niesprawiedliwe wobec pracowników tych ośrodków, tak po prostu jest.

W poście, o którym wspomniałam na początku naszej rozmowy napisała pani, że dopóki nie zmienimy w naszych głowach terminu „władza rodzicielska” na określenie „odpowiedzialność rodzicielska” będziemy tkwić w niewłaściwym miejscu.
Nasz język odzwierciedla nasz sposób myślenia. To nie jest żadna władza, my nie mamy władzy nad naszymi dziećmi, my jesteśmy za nasze dzieci odpowiedzialni i mówiąc „nasze dzieci” mam na myśli wszystkie dzieci, także dziecko sąsiada, któremu dzieje się krzywda.

Powiedziała pani, że pozycja interwenta jest trudna. Co jest najtrudniejsze?
To jest skomplikowane na wielu różnych poziomach. Na podstawowym – będę musiała wykonać jakiś ruch, będą musiała skontaktować się z jakimś urzędem, coś napisać, gdzieś zadzwonić… Ale też nie wiem jak to zrobić – co napisać, gdzie konkretnie zadzwonić – to jest drugi poziom. Trzeci – ale czy ja na pewno dobrze to zinterpretowałam, a może mi się tylko wydaje, może to incydent, może narobię dobrym ludziom kłopotów.

Tu już wkrada się wspomniana racjonalizacja.
Tak, ale ona wiąże się także z tym, że nam jako dorosłym generalnie o wiele łatwiej niż z dzieckiem jest empatyzować z drugim dorosłym, bo z nim się utożsamiamy. A do tego jeszcze – paradoksalnie – im trudniejsza jest nasza własna historia, przeszłość, tym trudniej nam zidentyfikować się ze skrzywdzonym dzieckiem. Bo jeśli byliśmy tym małym krzywdzonym człowiekiem, to pamiętamy, że przetrwanie zapewniło nam przylgnięcie do silniejszego, a nie przylgnięcie do słabszego. Dlatego staramy się tłumaczyć tego złego dorosłego, przekonać samego siebie, że nasz osąd jest nieprawidłowy, itd. Robimy to także po to, by nie skonfrontować się ze słabością tego dziecka, która łączy się przecież z naszą słabością…

Ale są też, na szczęście, dorośli, którzy mają dobre doświadczenia za swojego dzieciństwa, było ono bezpieczne. Gdzie oni są, gdy dziecku dzieje się krzywda?
Boimy się na przykład, że przyczynimy się do odebrania komuś syna czy córki, to nas przeraża, bo gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że nam ktoś może zrobić coś podobnego.

To wydaje się absurdalne. Jeśli nie krzywdzę mojego dziecka, to scenariusz zupełnie nieprawdopodobny.
Ale rodzi się w głowach niektórych ludzi. Więc spieszę powiedzieć, że odebranie w Polsce praw do opieki nad dzieckiem i zabezpieczenie go poza rodziną jest rzeczą arcytrudną.

Poza tym sądzimy, że inni są tacy jak my. Czyli, nie chce nam się wierzyć, że coś, co zobaczyliśmy jest normą w danym domu. Rodzic, który posługuje się w miarę dobrze językiem polskim, jeździ jakimś tam samochodem, wygląda w miarę schludnie, nie może być rodzicem, który krzywdzi własne dziecko – tak sądzimy. Poza naszym wyobrażeniem jest myśl, że istnieje świat, w którym dzieci się przypala, w którym dzieci się gwałci, bije. Tymczasem miłość rodzicielska nie jest czymś oczywistym, czymś co charakteryzuje każdego, kto jest rodzicem. Są także rodzice niewydolni, którzy – choć na poziomie deklaratywnym miłość do swojego dziecka obwieszczają światu – w rzeczywistości jej w sobie nie mają. I z jednej strony to promil, ale z drugiej strony to nie jest aż tak mała skala, żeby w jednej średniej wielkości szkole podstawowej nie było przynajmniej dwojga dzieci, które są w swoich domach krzywdzone. I tym dzieciom należy się interwencja. Każdemu krzywdzonemu dziecku należy się nasza reakcja. Trzeba odłożyć na bok wszystkie swoje opory, pokonać bariery i po prostu reagować.

Konkretna sytuacja: jadę autobusem czy tramwajem i widzę, że ojciec uderzył swoje dziecko albo jedzie ze mną kompletnie pijana kobieta, która ma pod opieką dwuletnie dziecko. Co powinnam zrobić?
Powinna pani zadzwonić po policję, bo ta kobieta w tej chwili absolutnie nie jest w stanie sprawować opieki nad swoim dzieckiem. Jeżeli widzi pani, że ktoś, w autobusie czy sklepie, krzyczy na swoje dziecko i je uderzy, także może pani zadzwonić po policję, ale może pani również – i to także będzie już całkiem dużo – zwrócić takiej osobie uwagę. Ta interwencja nie przyniesie raczej magicznego efektu, że nagle odmieni się los tego dziecka, ale wykonujemy ten ruch z dwóch ważnych powodów. Po pierwsze, żeby dać sygnał dorosłemu – jestem, widzę, to co robisz jest złe, a po drugie – i to jest chyba jeszcze ważniejsze – żeby dać sygnał temu dziecku. Czasami będziemy jedynym dorosłym w jego życiu, który powie głośno: „To co cię spotyka nie jest twoją winą, nie zasłużyłeś/zasłużyłaś, twój rodzic nie powinien się tak zachowywać.”. I to samo w sobie jest cenne. To nie niesie obietnicy, że jego życie się zmieni, ale to dla niego ważny zasób, z którego być może skorzysta w przyszłości i być może stanie się on zasobem krytycznym, to znaczy będzie odtąd wyrastać ze świadomością, że istnieją na tym świecie ludzie dorośli, którzy są dorosłymi chroniącymi, którzy chcą mu udzielić pomocy.

Inna sytuacja – jesteśmy sąsiadami krzywdzonego dziecka. Tu mamy większe możliwości, znamy personalia. Zawsze możemy pójść czy zadzwonić do ośrodka pomocy społecznej i powiedzieć o tym, czego jesteśmy świadkami, najlepiej zrobić to na piśmie i poprosić o sprawdzenie jaka jest sytuacja tego dziecka. Nie wiem co się wydarzy dalej, ale istnienie problemu tej rodziny, tego dziecka zostanie odnotowane, zostaje ślad – znowu – ślad, który dla tego dziecka może za jakiś czas okazać się zbawienny. Bo być może coś doda od siebie sąsiad i ktoś połączy kropki. Bądźmy tą jedną z pozoru mało znaczącą kropką, kiedy tylko się da. W ten sposób ratuje się dzieci.

Anna Krawczak, specjalistka ds. standardów ochrony dzieci Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, współzałożycielka Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem przy Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, doktorantka Instytutu Kultury Polskiej.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze