1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Narcyz - jak z nim żyć?

Narcyz - jak z nim żyć?

Narcyz, nawet jeśli stworzy z kimś związek, tak naprawdę pozostaje w związku z sobą samym. (Fot. iStock)
Narcyz, nawet jeśli stworzy z kimś związek, tak naprawdę pozostaje w związku z sobą samym. (Fot. iStock)
Zbliża się jedynie na chwilę. Raczej nie jest tobą zainteresowany, nie okazuje uczuć. Masz wrażenie, że jesteście oddzieleni niewidzialną szybą. Tak naprawdę, nie wiesz kim jest, bo on sam nie ma o tym pojęcia.

Z narcyzmem jest zupełnie odwrotnie niż w znanym micie o Narcyzie. Ani starożytni Grecy, ani Rzymianie nie znali mitu w tej wersji. Przypuszczalnie powstała ona w czasach Romantyzmu. Postawa wielkościowa bohatera mitu, jego poczucie, że jest najpiękniejszy i najwspanialszy jest tylko jednym biegunem osobowości narcystycznej. Bo kim tak naprawdę jest narcyz? To człowiek zupełnie zamknięty w swoim świecie. Miotany wewnętrznymi przekonaniami - z jednej strony czuje się wszechmocny, a z drugiej strony - wydaje mu się, że jest zerem, nikim. Jest rozdarty między takim myśleniem na swój temat. I z tego powodu nie kontaktuje się ze światem.

Narcyzm wynika z podwójnego stosunku rodzica do dziecka. Nie dostał on ciepła, spełnienia emocjonalnego, prawdziwego zainteresowania, akceptacji. Jednocześnie jednak matka wysyłała sygnały, że dziecko jest dla niej najważniejsze. Właśnie ta podwójność jest najtrudniejsza, najbardziej rani, czyniąc spustoszenia w psychice. Narcyzm jest pewną postawą wewnętrzną, którą każdy z nas ma w jakimś stopniu. Z człowiekiem, który jest esencją narcyza, w ogóle nie ma porozumienia. Narcyz „50-procentowy”, „70-procentowy” może na przykład przybliżać się i oddalać od ludzi.

Narcyz ma problem w kontaktach z innymi, bo konfrontując się z nimi, mógłby zweryfikować kim naprawdę jest. Musiałby jednak do nich wyjść, ale nie może tego zrobić, bo boi się że ponownie zostanie odrzucony. Tak jak w dzieciństwie przez matkę. Nie należy jednak postrzegać narcyza jedynie jako odizolowanego samotnika. Osoby narcystyczne potrafią prowadzić aktywne życie. Często są perfekcyjni, ambitni, odnoszą sukcesy. Cały czas jednak nie mają realnego kontaktu z ludźmi. Oni im służą jedynie do pozycjonowania się - czy jestem mądrzejszy, czy głupszy, ładniejszy czy brzydszy. Jest zainteresowany tymi, którzy go podziwiają, bo wzmacniają jego poczucie wszechmocy. W końcu jednak traktuje ich w sposób lekceważący, pogardliwy. I krytyczny, bo w ten sposób ucieka od własnego wewnętrznego krytyka. Jeśli ktoś sam miota się między zerem a nieskończonością, nie może mieć realnego odbioru innych. Narcyz ma niesamowicie niestabilny obraz siebie, brak mu poczucia własnej wartości.

On źle znosi wszelkie przegrane, porażki. Ma silną chęć odwetu, bywa mściwi, zazdrosny agresywny. Narcyz nie ma środka, nie czuje siebie. Dramat polega na tym, że nie umie dowiedzieć się, że nie jest ani geniuszem, ani zerem, tylko po prostu w czymś jest dobry, a w czymś innym przeciętny. Często z tego powodu przeżywa napięcie nie do zniesienia. Może się pojawić złość, zawiść, niechęć do kogoś, kto zagraża, bo pokazuje, że wcale nie jest taki wspaniały.

Bywa, że narcyz zachowuje się lekkomyślnie, brawurowo, szuka wrażeń, emocji. Bo chce poczuć się wyjątkowy. Albo ma kamienną twarz, jest jakby zamrożony, ponieważ zaabsorbowanie przede wszystkim wewnętrznym dialogiem z samym sobą, robi wrażenie, że jest nieobecny. Narcyz doświadcza wewnętrznej pustki i skrajnej nudy, bo nie kontaktuje się ze swoimi prawdziwymi potrzebami. Tak naprawdę nie wie, co go interesuje w życiu, jaką może mieć pasję albo cokolwiek innego do zrobienia. Postawa narcystyczna może polegać na wycofaniu się z jakiejkolwiek działalności po to, żeby nie ponieść porażki. Narcyz nie może przecież pójść do kogoś i zapytać, czy to co robi, na przykład pisze, maluje czy śpiewa, jest dobre czy złe, bo naraziłby się ocenę i potencjalne odrzucenie.

Narcyz, jak każdy, pragnie odczuwać, doświadczać bliskości. To dziecięca tęsknota, żeby wszystkie jego potrzeby zostały wreszcie zaspokojone. Na takie spełnienie w dorosłym świecie nie ma szans, na inne też nie, dopóki nie wyjdzie do świata, którego panicznie się boi.

Narcyz, nawet jeśli stworzy z kimś związek, tak naprawdę pozostaje w związku z sobą samym. Szuka ładnej żony, jeśli potrzebuje jej do potwierdzenia, że jest przystojnym mężczyzną. Jeśli pięcioro dzieci da mu poczucie, że jest świetnym ojcem i głową rodziny, będzie nimi zainteresowany. On szuka tylko atrybutów, potrzebnych mu do podbudowania poczucia, że jest jakiś. Często partnerką narcyza musi być ktoś wyjątkowy, na przykład żona pochodząca z określonej sfery, dalekiego kraju, czy bardzo bogata. Możliwy jest też wariant, że weźmie sobie za żonę przysłowiową Kryśkę Kowalską, która będzie w niego wpatrzona i tym będzie się karmił. Szybko jednak nasyci się podziwem, nie rozwinie się w tej relacji. On może jej coś dać, lub nie, porozmawiać, uprawiać seks, ale w jego wewnętrznym świecie w ogóle nie ma to znaczenia. Kobieta, która żyje z narcyzem prędzej czy później będzie miała poczucie, że ma w domu przedmiot, z którym nie ma kontaktu.

Jeśli jest z narcyzem, nie widzi w nim realnej osoby. Tak jak on jest w pułapce, projektuje na niego swoje marzenia relacyjne. Może na przykład widzieć w nim silnego mężczyznę, przy którym czuje się zaopiekowana. Ale on wcale nie jest troskliwy. Żeby wyjść z tej pułapki, warto stracić iluzję, która ją do niego przywiodła i odzyskać realność sytuacji, w której się znajduje. Być może potrzebuje stanąć za sobą i powiedzieć - jeśli się mną nie zaopiekujesz, poszukam sobie kogoś innego, kto to zrobi. W ten sposób może sprowokować go, by wyszedł ze swojego żelaznego pieca do świata. Żeby złapał rzeczywisty, realny obraz siebie i zweryfikował kim w istocie jest. Żeby jednak zbliżył się do drugiej osoby, nie traktując jej jak instrumentu, musi wyzbyć się swojego lęku przed odrzuceniem. Skoro są ze sobą w relacji, to znak że mają coś do przepracowania. Tym, co mają do zrobienia, jest zobaczenie realnego siebie i realną osobę, z którą jestem w związku. Wtedy dopiero mogę świadomie zadecydować czy chcę z tą osobą być czy też nie. Inaczej jesteśmy rządzeni przez różne mechanizmy, których wcześniej czy później stajemy się ofiarami. Żaden związek, nie tylko osób narcystycznych, nie będzie satysfakcjonujący, pełny, jeżeli nie zostanie oparty na zasadzie realności i świadomego wyboru.

Konsultacja: Tomasz Teodorczyk i Agnieszka Wróblewska, psychoterapeuci, Akademia Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Narcyz – mężczyzna, który niszczy kobiety

Narcyz to człowiek, z którym relacja zawsze będzie toksyczna. Jego toksyczne zachowanie powoli wyniszcza partnerkę. (fot. iStock)
Narcyz to człowiek, z którym relacja zawsze będzie toksyczna. Jego toksyczne zachowanie powoli wyniszcza partnerkę. (fot. iStock)
Perwersyjny narcyz to wielki manipulant i oczywiście zwolennik kłamstwa! On od zwykłego kłamcy różni się tym, że chce zaszkodzić. Jest jak wielki włochaty pająk, który podstępnie tka sieć, żeby cię w niej zamknąć – pisze Lisa Letessier w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

Psychiczne i fizyczne konsekwencje dla jego ofiar są fatalne: utrata poczucia wartości, nerwica lękowa, ataki paniki, depresja, zaburzenia apetytu, zaburzenia snu, symptomy fizyczne (migreny, bóle brzucha, bóle pleców itd.). Im dłuższy okres jego oddziaływania na kogoś, tym dłużej potrwa odzyskiwanie równowagi przez osobę krzywdzoną.

Narcyz. Oto krótki opis, który pozwoli go rozpoznać:

Perwersyjny narcyz obwinia innych. Powołuje się na więź, która was łączy lub taki czy inny powód, by pokazać, jak bardzo nie powinieneś robić tego czy innego. Podkreśla, jak wiele dla ciebie zrobił. Jest wyjątkowo wymagający i oczekuje perfekcyjności. Partner musi dorastać do jego inteligencji, nigdy nie zmieniać zdania, wszystko umieć itd. Perwersyjny narcyz chętnie krytykuje i dewaluuje, a dzień później schlebia i jest uważny. Posiłkuje się twoimi wartościami, zasadami moralnymi, żeby zaspokoić własne potrzeby i czasami wykorzystać je przeciwko tobie.

On żywi się tobą, pochłania cię. Im gorzej się czujesz, tym lepiej dla niego. Odbiera ci zalety, talenty, sukcesy, aż do wyczerpania. Jeśli to nie jest możliwe, minimalizuje je lub niszczy. Jest skrajnie zazdrosny i wymaga całkowitej dyspozycyjności. Nie akceptuje tego, że możesz mieć tajemniczy ogród. Nie masz prawa zachować żadnej przestrzeni prywatnej. Za to on nie dzieli się swoimi odczuciami w sposób konkretny. Nigdy nie wyraża jasno ani swoich potrzeb, ani próśb, ani opinii. Udziela wykrętnych i niejednoznacznych odpowiedzi. Przeinacza sytuacje i doprowadza do nieporozumień, zadając paradoksalne pytania, na które w rzeczywistości nie da się dobrze odpowiedzieć. Mówi na przykład bliskiej osobie, że nie znosi, gdy ta wciąż go osacza, jednak gdy ona planuje wyjść z przyjaciółmi, zarzuca jej, że zostawia go samego. Często bawi się dwuznacznością.

Człowiek ten zmienia opinię oraz wypowiedzi w zależności od rozmówcy lub chwili. Także jego zachowanie pozawerbalne może nagle być inne. Nie przyzna, że zmienił zdanie, lecz będzie przekonywał, że został źle zrozumiany lub usłyszany. W efekcie zaczynasz mieć wątpliwości co do własnych osądów i wydaje ci się, że popadasz w szaleństwo.

Perwersyjny narcyz potrafi udawać ofiarę i doprowadzić do tego, że poczujesz się katem, tym, kto krzywdzi, nie rozumie go, nie jest dla niego dość dobry. Nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności i nigdy nie przeprasza (a jeśli, to nieszczerze – tylko strategicznie). Zawsze o wszystko obwinia innych. Jeśli temat lub sytuacja nie podobają mu się, odchodzi lub brutalnie sprowadza rozmowę na inne tory. Działa w sposób pasywno-agresywny, zaczyna milczeć bez wyjaśnienia, nagle przestaje dzwonić. Zachowuje się wrogo i nie potrafi znieść frustracji. Wszystko mu się należy natychmiast. Nawet nie dopuszcza myśli, że ktoś może wyznaczać granice albo odmówić mu czegoś.

Odsuwa cię od bliskich, podstępnie roznieca konflikty. Oddala się. Zwłaszcza odgradza się od osób, które zagrażają jego wpływowi, przyjaciół, którzy go rozgryźli, psychoterapeutów itd. Nigdy nie angażuje się w sytuacje konfrontacyjne, robi uniki lub korzysta z pośrednictwa innych ludzi albo technologii (e-mail, SMS itd.). Nie znosi jakiejkolwiek krytyki i działa w złej wierze. Często projektuje i przypisuje ci swoje wady. Ponieważ kłamie bez przerwy, będzie cię traktował jak kłamcę! Zresztą często postępuje niezgodnie z tym, co mówi.

Perwersyjny narcyz grozi lub szantażuje. Mówi nieprawdę, przeinacza, interpretuje. Tak często kłamie, że przestaje być tego świadom. Jeśli ktoś go przyłapie, przekręca fakty, aby tamten poczuł się albo jak osoba niespełna rozumu, albo nikczemna. Nigdy nie przyzna się do kłamstwa. Przymuszony do tego, maksymalnie banalizuje znaczenie tego, co zrobił, jakby nie miało to żadnego znaczenia, a rozmówca przesadzał.

To egocentryk całkowicie pozbawiony empatii. Jest w stanie mówić bardzo raniące rzeczy w sposób naturalny, dowodząc, że to ty wykazujesz się zbyt wielką podejrzliwością i „nie można ci nic powiedzieć”. Ma za nic twoje potrzeby i przekonuje, że właśnie ty nie szanujesz jego potrzeb. Towarzysko jest natomiast bardzo ceniony, wygląda na sympatycznego, uwodzicielskiego, altruistycznego, wykształconego. Często jest bardzo dowcipny.

Perwersyjny narcyz jest świadom swojej władzy. Często odznacza się wysokim ilorazem inteligencji, co czyni go jeszcze bardziej niebezpiecznym i diabolicznym. Doskonale wie, co robi, nawet jeśli czasami wypiera konsekwencje własnych czynów i przyczyny działania.

Nie jest zdolny do kwestionowania swoich zachowań, ponieważ nie toleruje poczucia winy, więc przerzuca je na drugą osobę. Niekiedy działa subtelnie, żeby nie zostać odrzucony. Poczucie dominacji nad partnerem daje mu rozkosz.

Perwersyjny narcyz może ukrywać się przez lata pod postacią księcia z bajki czy syreny. Aż do dnia, gdy jakieś wydarzenie pokaże go w pełnym świetle. Może to być przeprowadzka, narodziny dziecka, jakieś zobowiązanie, awans itp. Terapeutka poznawczo-behawioralna, specjalistka zaburzeń perwersyjno-narcystycznych, Izabelle Nazara-Aga, wskazała 30 cech manipulanta (odróżnia ona osobowość perwersyjno-narcystyczną od perwersji charakteru). Według jej kryteriów − do zdiagnozowania wystarczy, aby potwierdziło się 14 z nich (Nazare-Aga, 2005).

Narcyz i jego ofiary

Przejdziemy teraz do ofiar perwersyjnych narcyzów. Są to często osoby bardzo empatyczne. Mogą nosić w sobie schemat samopoświęcenia, podporządkowania się lub wadliwości/ wstydu. Są bardzo szczere i uczciwe, lubią ludzi i mają skłonność do chronienia bliskich. Jednak choć pozbawione zaufania do siebie, są bardzo dumne i z trudem akceptują fakt, że padły ofiarą perwersyjnego narcyza.

Jak już uprzedziłam na początku rozdziału, jeśli w swoim partnerze rozpoznasz perwersyjnego narcyza – uciekaj. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić – to prawda. Oto kilka rad, żeby przeżyć, zanim dojrzejesz do podjęcia decyzji (Bouchoux, 2011):

  • Przestań się usprawiedliwiać i przyjmować krytykę! Ucinaj krótko rozmowy, przywołuj go do porządku i zapytaj, kim jest, żeby cię osądzać.
  • Przestań się izolować! Odnów kontakty z bliskimi, ustal momenty, kiedy odcinasz się od niego, i poszukaj pomocy u psychologa lub psychiatry.
  • Nie szukaj logiki i nie męcz się rozpamiętywaniem, czy coś ci powiedział, czy nie; zrezygnuj z prób zrozumienia i zaakceptuj fakt, że nie myślicie w ten sam sposób.
  • Poproś o pomoc. Uwolnienie się od wpływu perwersyjnego narcyza jest wyjątkowo trudne. Człowiek będący w związku z perwersyjnym narcyzem często czuje się bardzo samotny, ponieważ otoczenie nie rozumie, dlaczego ktoś tkwi w tej destrukcyjnej relacji. Przyjaciele tracą cierpliwość i niełatwo im już wczuć się w twoją sytuację. Często warto skorzystać z pomocy wyspecjalizowanego psychologa lub psychiatry, żeby odejść z toksycznych relacji.

Melisa, 30 lat, przychodzi do mnie na terapię po rozstaniu. Jest uwikłana w szczególnie toksyczny związek z perwersyjnym narcyzem. Kiedy pisała swoją opowieść (poniżej), była jeszcze pod dużym wpływem tego mężczyzny. Gdy zaczęłyśmy pracować nad opisaniem jej historii, pierwsze słowa, które powiedziała, brzmiały:

„Kiedy słucham tego, co opowiadam, upewniam się, że to wszystko to moja wina i źle zrobiłam”. To wskazuje, jaką rolę odgrywa zniekształcenie poznawcze.

» Kiedy spotkałam Adama, byłam świeżo po zerwaniu. Regularnie wymienialiśmy służbowe e-maile i między nam zaczęło się rodzić pewne porozumienie. Opowiadaliśmy sobie o życiu, codzienności, dużo się przekomarzaliśmy. Pewnego dnia Adam zaproponował, żebyśmy się spotkali po pracy, ale nie chciał, aby nas widziano razem. Nie wiem dlaczego, ale później nie bardzo miałam na to ochotę. Nie wiem, co mnie zablokowało. Napisał mi SMS-a, że jest rozczarowany, bo myślał, że bardzo chcę się z nim spotkać.

W końcu poszłam na spotkanie. Na przywitanie pocałował mnie. Wtedy zrozumiałam, że jestem w nim zakochana. Wszystko zaczęło się superszczęśliwie. Był uroczy, uważny, mówił mi mnóstwo komplementów, lubił mnie przytulać, spędzać czas ze mną. Było pięknie. Wydawało mi się, że znalazłam księcia z bajki. A potem pojechał na urlop w góry. Wtedy wszystko się zachwiało… I ciągnęło się sześć lat.

Przez pierwsze dwa dni na nartach nie odezwał się. Ja wysłałam mu masę wiadomości. Kiedy w końcu postanowił mi odpowiedzieć, stwierdził, że to nie najlepszy pomysł, żebyśmy byli razem.

Po jego powrocie i tak byliśmy zmuszeni widywać się w pracy. Porozmawialiśmy i on poprosił, żebyśmy spróbowali jeszcze raz. Ale to nie trwało długo. Znowu mnie zostawił. Stwierdził, że nie jestem dziewczyną dla niego, że do niego nie pasuję. Zupełnie tego nie rozumiem, bo spędzaliśmy razem fajne chwile; potem dowiedziałam się, że jestem zbyt uwodzicielska, zbyt nastawiona na to, by dobrze się „sprzedać”; że nie chce takiej dziewczyny jak ja, że nie może mi ufać. Potem dał mi kolejną szansę.

Przez wiele miesięcy schodziliśmy się i rozstawaliśmy. Było fajnie, a potem robił mi wyrzuty. Z trudem znosiłam tę zabawę w ciepło-zimno, bo byłam naprawdę zakochana i przywiązana do niego. Nie chciałam go stracić.

Kiedyś spałam u niego. Zanim położyłam się do łóżka, chciałam wziąć prysznic, powiedziałam mu: „Za pięć minut wracam”. Przyszłam po 20 minutach. Leżał na łóżku, patrzył na mnie i nie reagował, kiedy do niego mówiłam. Zapytałam, o co mu chodzi. Wtedy spojrzał na telefon i zawyrokował: „Okłamałaś mnie, to nie było pięć minut”. Za tym poszła lekcja na temat kłamstwa. Nie odzywał się do mnie, położył się po swojej stronie łóżka, zabraniając mi się dotykać. Potem przez wiele dni mnie unikał.

Inna sytuacja. Postanowiłam kupić sobie czerwony płaszcz, który od dawna mi się podobał. Kiedy wróciłam cała szczęśliwa do domu, pokazałam go Adamowi, byłam pewna, że powie, że jest ładny i stylowy. Zmienił się na twarzy. Stwierdził, że jest dokładnie jak myślał – że zależy mi bardzo, żeby się wyróżniać, i dlatego wybrałam ten kolor, bo wszystkie spojrzenia, zwłaszcza męskie, będą się zwracać w moją stronę; że nie mogłam się oprzeć! Znowu przepraszałam, zalana łzami, przysięgałam, że nie chcę go zranić, że mi przykro, że zwrócę płaszcz, bo nie zależy mi na tym, żeby wszyscy na mnie patrzyli. Znowu się zdystansował…

Pamiętam też wieczór, kiedy leżałam u niego w łóżku z książką. Wyszedł z łazienki, popatrzył na mnie z uśmiechem, a potem powiedział: „Idealny obrazek”. Spytałam dlaczego, a on na to: „Pięknie wyglądasz! Łatwo mi sobie wyobrazić, że będziemy razem na zawsze”.

Potem wydarzyła się historia z koleżanką z biura, Alicją. Skumplowałyśmy się i kiedyś spontanicznie postanowiłyśmy szybko spotkać się po pracy. To było dla mnie skomplikowane, bo rozmawiałyśmy o życiu, prywatnych sprawach, a ja nie mogłam powiedzieć nic o Adamie, bo to tajemnica. Równolegle ona z Adamem też się przyjaźniła! Kiedy wracałam wieczorem, często komplementował do mnie Alicję i opowiadał o niej, mówił, co robili w ciągu dnia, jakie anegdoty padły, co ich rozbawiło do łez itd.

Z czasem zaczęli się spotykać po pracy, wymyślili sobie zdrobnienia. Alicja nawet zaprosiła go do domu na kolację. Widziałam, że są coraz bliżej, przywozili sobie upominki z podróży, czasami wysyłali SMS-y w weekendy. Dla mnie to było podejrzane i robiłam się coraz bardziej zazdrosna.

Historia z Alicją trwała ponad półtora roku… Z czasem coraz bardziej odsuwałam się od niej, zrobiłam się podejrzliwa, byłam przekonana, że ona chce Adama. Ponieważ nie wiedziała o nas, nie rozumiała mojego zdystansowania. Odsunęła się ode mnie, ale utrzymała relację z Adamem. Myślałam, że oszaleję…

Wszyscy naokoło mówili, że on jest niesamowicie uwodzicielski, tak w środowisku zawodowym, jak prywatnie.

Któregoś wieczoru, kiedy byliśmy na planszówkach, przez kilka minut rozmawiałam z jednym z jego przyjaciół. Kiedy jechaliśmy razem metrem, Adam powiedział, żebym wracała do siebie. Nie chciał mnie widzieć. Powiedział mi: „I co, podoba ci się? Przyznaj”. Odpowiedziałam, że to bez sensu, że mam w nosie jego kumpla, nie podoba mi się i to jego kocham. Podsumowałam, że nie rozumiem, o co chodzi. Wtedy mi odpalił: „Myślisz, że nie widziałem, jak rozmawialiście! Patrzyłaś na niego jak kurwa!”.

Ciągle się bałam, że popełnię jakieś faux pas, że zrobię coś, co mu się nie spodoba, i że potem będzie miał o to pretensje i mnie zostawi.

W międzyczasie zmarła na raka moja babcia. Przez dwa pierwsze dni bardzo mnie wspierał, pocieszał, mówił, że przyjdzie na pogrzeb. W końcu, na dzień przed pogrzebem stwierdził, że jednak nie, że ma dosyć bycia moją podpórką. Kiedy wróciłam wieczorem po pogrzebie, był bardzo miły. Kupił moje ulubione danie na pocieszenie po tym ciężkim dniu.

Podczas kłótni często mówił zdanie: „Nie jesteś na moim poziomie”, połączone z gestem: jedna ręka w górze „ja jestem tu”, a druga niżej „a ty tu”.

Mówił, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, ale ze mną też nie; że myślał o tym, żeby zerwać, ale że byłby nieszczęśliwy, gdyby to zrobił; że lubi to wszystko, co robimy razem, wspólne wartości, rozmowy, spędzany czas.

Potem spotkał inną dziewczynę.

Miałam dowód, że nie jest wiarygodny, ponieważ spotykał się i sypiał ze mną, kiedy ewidentnie był też z kimś innym. W seksie był jednak wyraźnie dominujący. Lubił mówić, że jestem jego własnością, że należę do niego w całości, od stóp do czubka głowy, że może ze mną zrobić, co chce i kiedy chce.

Wciąż jeszcze nie jestem w stanie słuchać, kiedy ktoś mi mówi, że zerwanie było najlepszą rzeczą, jaka mi się zdarzyła. «

A to historia Marii, 45 lat. Przychodzi na terapię, żeby nauczyć się zarządzać stresem, który wywołuje poważne dolegliwości fizyczne. Kłopoty Marii biorą się ze skomplikowanych problemów rodzinnych i ujawniają się w bolesnych relacjach. Mimo że udało się jej zakończyć toksyczny związek, wciąż odczuwa jego poważne efekty.

» Najtrudniej przełknąć mi, a zwłaszcza przetrawić to, że przeżyłam sztuczną relację. To ostatnia, zostawiła mi masę blizn. Jestem po niej podejrzliwa do tego stopnia, że nie umiem już zaufać mężczyźnie. Siedem lat nadziei, że człowiek, którego kocham, czuje to samo co ja…

To był związek na odległość, ponieważ on mieszkał za granicą, ale dość niedaleko. Żeby przeżywać to, co uważałam za prawdziwą miłość, jeździłam do niego. On nigdy nie przyjechał do mnie do Francji. Przy każdym spotkaniu wyobrażałam sobie, że nasz związek wzrasta krok po kroku, że kiedyś się połączymy, tylko muszę być cierpliwa. Jego rodzina przyjęła mnie dość dobrze i „zaadoptowała” mojego dwunastoletniego syna.

W czasie wakacji często zwiedzaliśmy jego kraj i staraliśmy się spędzać razem możliwie dużo czasu. Ale on zawsze miał sprawy zawodowe i przez kilka dni był nieobecny. Dość regularnie jeździłam też do niego, żeby pobyć sam na sam. Z czasem spotkania stały się mniej zażyłe i jego pożądanie malało. Do tego stopnia, że w pewnym momencie nie chciał już, żebyśmy uprawiali seks. Ostatniej wspólnej nocy położył się koło mnie w ubraniu i nawet mnie nie dotknął. Koszmar i okropna trauma dla mnie!

Wiele razy chciałam to zakończyć, ale zawsze wracał, obiecywał, że będzie lepiej, mówił, że potrzebuje czasu, że jesteśmy z innych kultur, ale bardzo mu na mnie zależy – nie wydaje mi się, żeby choć raz przez te siedem lat powiedział mi „kocham cię”.

Po entym razie chciał, żebym przyjechała i żebyśmy razem wybrali mieszkanie. RAZEM… Właściwie robił mi wyrzuty, że zawsze o wszystkim decyduję i nie zostawiam mu pola do działania przy organizacji naszych spotkań! Zrozumiałam to w ten sposób, że chce się zaangażować we wspólne przyszłe życie! Uwierzyłam raz jeszcze i stwierdziłam, że trzymam go za słowo. Ale kiedy przyleciałam, żeby razem szukać mieszkania, nie czekał na mnie na lotnisku! Zniknął na trzy dni, a gdy się znów pojawił, projekt już nie miał sensu…

Wreszcie zrozumiałam, że mam dość upokorzeń. Jestem już w stanie rozmawiać z nim bez płaczu. Ale długo to trwało i było bardzo bolesne. Potrzebowałam czasu, żeby przyznać, że trafiłam na perwersyjnego narcyza i czułam, jakbym okłamywała samą siebie, udając, że nie widzę, jak mną manipuluje. «

Osobowości toksyczne nie zawsze można łatwo rozpoznać. Jeśli zidentyfikujecie u kogoś taką osobowość, pora uciekać jak najdalej! Niekiedy, zwłaszcza w stosunku do perwersyjnych narcyzów, stosujemy wyparcie. Nie chcemy przyznać, że ktoś, kogo tak mocno kochaliśmy lub nadal głęboko kochamy, kto tak bardzo uszczęśliwiał nas na początku, cierpi na chorobę psychiczną.

Fragment pochodzi z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Psychologia

Miłość symbiotyczna. Gdy jesteśmy uzależnieni od partnera

Musimy zrozumieć, że partner nie jest naszym życiem, tylko jego częścią. Całkowite zaabsorbowanie inną osobą prowadzi nie tylko do jej wymęczenia i w konsekwencji oziębłości, ale przede wszystkim szkodzi kochającemu „za mocno” partnerowi. (Fot. iStock)
Musimy zrozumieć, że partner nie jest naszym życiem, tylko jego częścią. Całkowite zaabsorbowanie inną osobą prowadzi nie tylko do jej wymęczenia i w konsekwencji oziębłości, ale przede wszystkim szkodzi kochającemu „za mocno” partnerowi. (Fot. iStock)
„Chciałabym przebywać z nim cały czas, każdą wolną chwilę staram się poświęcić jemu. Cokolwiek bym robiła, muszę wiedzieć, że jest obok. Chcę zasypiać przy nim, budzić się i odpoczywać przy nim. Jest moim życiem. Niczego więcej nie potrzebuję”. Co myślicie o takim wyznaniu? Wielka miłość czy szaleństwo? Relacje z taką osobą mogą stać się prawdziwą próbą. Nawet jeśli ktoś uwielbia gruszki, po tygodniu gruszkowej diety za pewne będzie miał ich dosyć. Z czego więc wynikają i do czego prowadzą absorbujące relacje?

W zdrowym związku partnerzy potrafią istnieć osobno jako dwie różne istoty, mające inne zainteresowania, pragnienia i cele. Każdy z nich prowadzi w pewnym stopniu własne życie i jest świadomy swojej odrębnej tożsamości. Potrzebujemy jakiejś przestrzeni, miejsca, w którym moglibyśmy pobyć zupełnie sam na sam ze swoim ja; tak zwanej odskoczni w postaci hobby czy innych aktywności. Musimy zrozumieć, że partner nie jest naszym życiem, tylko jego częścią. Całkowite zaabsorbowanie inną osobą prowadzi nie tylko do jej wymęczenia i w konsekwencji oziębłości, ale przede wszystkim szkodzi kochającemu „za mocno” partnerowi.

Niedojrzałość emocjonalna wyraża się między innymi w niemożności bycia samemu, lękach przed samotnością i opuszczeniem. Jeśli nie nauczyliśmy się żyć w zgodzie z najbliższym i najlepiej znanym nam człowiekiem – sobą, to jak możemy zbudować relacje z kimś innym? Jeśli małżeństwo jest ucieczką od samotności, lekiem na nierozwiązane problemy, próbą poprawy własnego życia, wówczas jest duża szansa, że trudności nie pozwolą na siebie długo czekać. Partner nie sprawi, że nagle poczujesz się piękna, jeśli sama w to nie uwierzysz, nie wniesie w twoje życie urozmaicenia, jeśli sama nie zadbasz o wasz wspólny czas, nie uczyni, że twój pesymizm i czarnowidztwo nagle cię opuszczą, jeśli nie zaczniesz się uśmiechać. Zadbaj najpierw o siebie, o swój rozwój, swoją codzienność, stwórz własny niepowtarzalny świat i dopiero wtedy zaproś do niego partnera. Nie odcinaj się od przyjaciół, miej czas na rodzinę, nie zaniedbuj zainteresowań. Partner nie powinien być lekiem na wszystkie twoje problemy. Nie jest on też bezwarunkowo kochająca matką, ani psychoterapeutą czy telepatą, zgadującym twoje myśli i marzenia. Miłość jest wolnościowym związkiem dwojga niezależnych osób, a nie symbiozą.

Niestety, wiedza nie zawsze pomaga w budowaniu bezpiecznej i zdrowej więzi. Niektóre osoby potrzebują głębokiej pracy nad sobą oraz wsparcia specjalistów. Problemy tego typu rodzą się w naszym dzieciństwie, a konkretnie przed 3 rokiem życie, kiedy jest kształtowany styl przywiązania do opiekuna. Jednym z takich stylów, który jest odpowiedzialny za nadmierną absorbcję w związku, jest przywiązanie lękowo - ambiwalentne. Takie osoby czują ogromna potrzebę bliskości, są jakby „przyklejone” do swoich parterów, ale jednocześnie odczuwają lęk przed odrzuceniem. Im chęć bliskości jest większa, tym większy jest strach przed związkiem. Za przykład mogą posłużyć Dorosłe Dzieci Alkoholików, u których potrzeba bliskości jest bardzo duża, ale brakuje w tym wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Są to często osoby o niskiej samoocenie, które nie wierzą w to, że zasługują na miłość. Stąd też pojawiają się ciągłe żądania deklaracji uczuć i dowodów zaangażowania w związek partnera. Zewnętrzny świat ukochanej osoby staje się zagrażający, gdyż odciąga on uwagę od partnera. Osoba o przywiązaniu lękowo - ambiwalentnym nie potrafi dzielić się małżonkiem z kimkolwiek innym i wymaga całkowitego, bezwarunkowego poświęcenia się. Takie relacje powodują u drugiej osoby niechęć i frustracje, co w konsekwencji jeszcze bardziej pogłębia lęk i obniża samoocenę partnera kochającego „za mocno”. Okazuje się, że wymagania nie są realne i druga osoba nie jest w stanie im sprostać. Takie relację są podobne do huśtawki, która rozpędza się sięgając swojej możliwie najwyższej pozycji i potem nagle spada w dół.

Jeśli wydaje ci się, że zauważyłaś sporo podobieństw we własnym zachowaniu, to jest to dobry moment na głęboką refleksję nad tym, jak wyglądają twoje relacje z partnerem. Czego się boisz? Co czujesz? Czego wymagasz? Czego potrzebujesz? Świadomość i akceptacja problemu zawsze jest początkiem zmiany na lepsze. Nie bój się przyznać przed sobą, że nie jesteś idealna, gdyż idealne relacje nie istnieją.

  1. Psychologia

Matka, której nie było

To, czego doświadczyliśmy od matki, wpływa na całe nasze życie. (Fot. Getty Images)
To, czego doświadczyliśmy od matki, wpływa na całe nasze życie. (Fot. Getty Images)
Z książki psychoterapeutki Jasmin Lee Cori „Matka niedostępna emocjonalnie” wynika jasno,  że jeśli nie czujemy spełnienia w miłości, warto przyjrzeć się tej pierwszej, najważniejszej relacji.

Z książki psychoterapeutki Jasmin Lee Cori „Matka niedostępna emocjonalnie” wynika jasno, że jeśli nie czujemy spełnienia w miłości, warto przyjrzeć się tej pierwszej, najważniejszej relacji.

Możemy nie pamiętać tego, co działo się w naszym dziecinnym pokoju. Możemy też idealizować naszą matkę. Ale to, czego wówczas doświadczyliśmy, wpływa na całe nasze życie. Najbardziej na miłosne związki. Co więcej, po tym, jakie spotykają nas problemy i trudności w relacjach z partnerem, możemy rozpoznać, jaką mieliśmy relację z matką.

Nieobecna

Córka jednej z bohaterek książki Jasmin Lee Cori – czyli matki emocjonalnie niedostępnej – opowiada, jak pewnego dnia jako dziecko poczuła się strasznie samotna. Pomyślała, że nie ma mamy, że jest sierotą. Wtedy jej matka weszła do pokoju z talerzem kanapek. „Fizycznie taka matka może być z dzieckiem, karmić je, ubierać, kąpać itd. Nie jest jednak z nim blisko emocjonalnie” – wyjaśnia psychoterapeutka Bianca-Beata Kotoro. Co to znaczy „być blisko emocjonalnie”? Przede wszystkim „odzwierciedlać” emocje dziecka, czyli odpowiadać mimiką, gestami, słowami na okazywane przez nie już w wieku niemowlęcym uczucia. Matka niedostępna emocjonalnie nie reaguje na potrzeby dziecka, często ma kamienną twarz, bo na przykład jest w depresji. Albo jest narcystyczna, skupiona na sobie, na swoim uzależnieniu czy na problemach z partnerem. Nie daje wtedy dziecku tego, czego ono się domaga, a więc też nie daje mu odczuć, że jest ono dla niej ważne, akceptowane, kochane. Jeśli jest krytyczna, oceniająca, karząca – pozbawia dziecko ważnego dla jego rozwoju poczucia, że z mamą jest bezpieczne, że można jej ufać.

Nadopiekuńcza

„Jeśli emocjonalnej bliskości zabraknie – mówi Bianca-Beata Kotoro – dochodzi do kuriozalnej sytuacji: dziecko czuje, że aby być obecne w życiu matki, musi się do niej dostosować. Ba! Zaspokajać jej potrzeby. To całkowite odwrócenie zdrowej relacji”. Dlatego w takich warunkach dziecko nie może rozwijać się prawidłowo. Buduje sobie wówczas tzw. fałszywe ja, które może sprawić, że jako dorosły nie będzie wiedzieć, czego potrzebuje. Za to będzie skupione na tym, czego chcą inne ważne dla niego osoby. Ponieważ istotą zbliżania się do nich będzie zaspokajanie ich potrzeb – ten styl przywiązania, czyli sposob doświadczania i budowania bliskich więzi, Jasmin  Lee Cori nazywa nadopiekuńczym. Tym, co nami kieruje, jest nadzieja, że jeśli wystarczająco dobrze zadbamy o innych, to nie zostaniemy porzuceni. „Niestety, nie umiemy wówczas zadbać o samych siebie – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Nie wiemy, czego tak naprawdę potrzebujemy i co jest dla nas ważne”.

Wykorzystująca

„Jestem wsobna – tak Karola mówi o sobie. – Nie lubię się zwierzać, rozmawiać o sobie. Nie czuję się dobrze, kiedy ktoś ze mną mieszka czy wciąż czegoś chce. Duszę się. Źle mi, kiedy mężczyzna mnie wyręcza, nosi ciężkie rzeczy, zajmuje się moim autem. Mogę to wszystko robić sama, nikogo nie potrzebuję”. Mężczyźni odchodzili od niej albo byli odganiani, czuli się przy niej niepotrzebni i nieszanowani. Dopiero gdy Karola poznała podobnego do siebie Jana, udało się jej stworzyć związek. Ale obojgu z nich nie dał on tego, o czym marzyli, czyli bliskości. Kiedy pojawiło się dziecko, uznali, że trzeba szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego czują się tak „osobno”. Karola i jej partner są przykładem kolejnego stylu budowania relacji, jakiego matka niedostępna emocjonalnie może nauczyć dziecko. Jasmin Lee Cori nazywa ten styl samowystarczalnym. Możemy go rozpoznać u siebie, jeśli nie lubimy być uzależnieni od innych. Ba! Będąc z kimś blisko, czujemy się jak w pułapce. Napięci i czujni spodziewamy się zranienia i dlatego nie ujawniamy nikomu swoich słabości. „Takiego stylu budowania relacji dziecko może nauczyć matka, która słuchała je, pytała o jego sprawy, ale tylko po to, żeby wykorzystać to, czego się dowiedziała. Mówiła: »Możesz mi ufać, jestem twoją matką«, a potem wszystkie jego tajemnice ujawniała u cioci na imieninach lub nimi grała, wymuszając posłuszeństwo” – mówi Bianca-Beata Kotoro. „Jeśli takich sytuacji było wiele, to w dorosłym życiu nikomu nie zaufamy” – dodaje. Karola na psychoterapii przypomniała sobie, jak kiedyś po powrocie z przedszkola w wielkiej tajemnicy powiedziała mamie, że bardzo jej się ten Filip podoba! No i że pani przedszkolanka czasem udziela dzieciom ślubów. Kilka godzin później, przy córce, jakby jej tam wcale nie było, mama opowiedziała o tym, śmiejąc się, spotkanej na ulicy koleżance. Ponieważ takich sytuacji w Karoli dzieciństwie było wiele, w dorosłym życiu unikała bliskości i nie miała do nikogo zaufania. „Zraniony człowiek wznosi wokół siebie mur, za którym czuje się bezpiecznie. Szansą na związek jest spotkanie kogoś podobnego, kto także żyje za murem. Nie dopytuje się, nie zbliża. Nie ma też pretensji, bo jak są, to je przemilczy. Ale czy to daje szczęście? Nie bardzo, bo wyrwa w sercu jest nadal niezaleczona” – mówi Bianca-Beata Kotoro.

Zaabsorbowana

Kolejny styl przywiązania Jasmin Lee Cori nazywa zaabsorbowanym, gdyż jego istotą jest skupienie się na drugim człowieku. Doświadcza go dziecko, którego matka całą swoją uwagę kieruje ku partnerowi, bo na przykład podejrzewa go o niewierność. Dlatego wciąż zabiega o jego uwagę, o to, aby czuć się dla niego ważna. Do tego kontroluje go i stale jest zazdrosna. No i niestety, taki styl budowania relacji może przekazać swojemu dziecku. „A to znaczy, że niezależnie od tego, czy będzie kochane i szanowane, czy nie, może odczuwać lęk, że zostanie zdradzone i porzucone – tłumaczy Bianca-Beata Kotoro. – Nawet w związku z uczciwym partnerem może mieć napady zazdrości, co wzmocni w nim potrzebę kontroli i skupiania na sobie całej uwagi partnera. Jest wielce prawdopodobne, że takim zachowaniem odstraszy od siebie nawet szczerze kochających ludzi. A kiedy partner odejdzie, nawet nie będzie wiedzieć, co jest tego powodem”.

Niesłuchająca

Przyszli do gabinetu terapeuty skłóceni. Inicjatorem terapii był mężczyzna. To on przez 12 minut mówił o tym, jak jest źle w ich związku, bo jego partnerka z nim nie rozmawia. Monolog zakończył stwierdzeniem: „Widzi pani! Zawsze tylko siedzi i udaje, że mnie słucha!”. „Po czym pan poznaje, że tylko udaje” – spytała  Bianca-Beata Kotoro. „Jak to po czym? Ani słowa nie powiedziała!”. „A może słuchała ze skupieniem, żeby zrozumieć, co tak naprawdę pan ma do powiedzenia?”. Wtedy kobieta zaczęła płakać. Przyznała, że próbowała partnerowi powiedzieć, jak dużo pracy wkłada w to, żeby nie być taką, jaką była jej matka. Chce słuchać i rozumieć, ale on tego nie dostrzega, bo „nie widzi mnie, ale swoją matkę!”. „Mężczyzna może na partnerkę projektować obraz matki.  W takiej sytuacji, jeśli chcemy rozwiązać konflikt w związku, musimy rozwiązać konflikt, jaki on miał z matką” – wyjaśnia psychoterapeutka. Tę prawdę trudno jednak przyjąć. Dlatego Bianca-Beata Kotoro zaproponowała, żeby jego partnerka opowiedziała najpierw coś o swojej matce, a potem on o swojej. „Może wtedy to, co się dzieje między wami, stanie się bardziej jasne?” – zasugerowała. Okazało się, że matka kobiety miała w zwyczaju ucinać wszelkie dyskusje z dziećmi. Ponieważ matka jej nie słuchała, to córka, walcząc z tym dziedzictwem, była nadmiernie skupiona na tym, aby dać się partnerowi wypowiedzieć. Powstrzymywała się od własnych opinii, nie pytała o nic, prawie się nie odzywała. Jej praca nad sobą szła jednak na marne, bo jej partner nie miał świadomości, co sam wnosi do związku z dziecięcego pokoju. A co wnosił? Taki przykład: Kiedy miał dziesięć lat, zapomniał powiedzieć matce, że rodzice są zaproszeni na szkolną galę. Matkę to tak zezłościło, że przez cztery dni nie odzywała się do syna. Dla dziecka to była tortura. „Nie doświadczył więc w relacji z matką bycia słuchanym. Doświadczył bycia ignorowanym jej milczeniem” – mówi Bianca-Beata Kotoro. A ponieważ to, co dostajemy od matki, tworzy nasze relacyjne oprogramowanie, nie potrafił ani dostrzec, ani tym bardziej docenić tego, co dawała mu partnerka. Już samo to, że siedziała, milcząc, przypominało mu (nieświadomie) zachowanie matki i przywoływało bolesne uczucia, jakich wówczas doświadczał.

Dobra, czyli jaka?

Jak pisze autorka „Matki niedostępnej emocjonalnie”, nie możemy poczuć się słuchani i akceptowani, jeśli nie dostaliśmy tego od matki. Ale to nie znaczy, że jesteśmy na ten brak skazani. Podczas psychoterapii możemy zdać sobie sprawę ze swojego emocjonalnego deficytu i go uzupełnić. Urealnić swoją relację z matką. Jeśli bowiem żyjemy w iluzji szczęśliwego dzieciństwa, to kiedy pojawiają się problemy z emocjonalną i fizyczną bliskością w naszych związkach – nie wiemy, co się dzieje. Nie jesteśmy bowiem świadomi, że nie mamy stanu bliskości w swoim emocjonalnym wyposażeniu. A nie mamy, bo nie doświadczyliśmy bliskości z matką. I gdy dostajemy od partnera to, czego nigdy nie mieliśmy, nasza strefa komfortu zostaje naruszona. Dopiero gdy przestajemy żyć iluzjami, jest szansa, że na bliskość odpowiemy prawdziwą bliskością. I wtedy poczujemy się bezpiecznie, spokojnie, po prostu dobrze. Jasmin Lee Cori często zaczyna terapię od pytania, jaka powinna być dobra matka. Na początku jest zazwyczaj milczenie, potem pojawia się odpowiedź, że dobra matka to ta, która potrafi wysłuchać. Ona wtedy dodaje: „i nie ocenia”. Te słowa wywołują wzruszenie. Psychoterapia to dla wielu pierwsza okoliczność, podczas której ludzie nie czują się oceniani. I to już ogromny zysk z pracy nad sobą. Kolejny to wyciszenie emocjonalnej samotności i poczucie, że świat staje się bezpieczniejszym miejscem, bo mamy większą pewność, że nasze potrzeby zostaną zaspokojone. Wtedy dopiero bezpieczny styl budowania relacji – który dobra matka przekazuje dziecku – staje się dla nas dostępny. Nie widzimy już zagrożeń w byciu zależnym i w tym, że inni na nas liczą. Nie mamy już takich trudności z nawiązywaniem bliskich relacji, bo ufamy, że inni są życzliwi i nam pomogą, kiedy będziemy tego potrzebowali. A czy zmiana naszych przekonań wpływa na relacje z matką? „Ale to nie matka była na psychoterapii, tylko my. – dopowiada Bianca-Beata Kotoro. – I to my się zmieniliśmy. Jeśli dotychczas czuliśmy się w obowiązku dzwonić do niej codziennie, to uzyskamy wolność od takiego uwiązania. Z uśmiechem wyznaczymy nowe granice i zasady. A jak matka zachowa się toksycznie, już nas to tak nie zaboli”.

Książka „Matka niedostępna emocjonalnie” Jasmin Lee Cori ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

  1. Psychologia

Grzeczne słówka, czyli co jesteśmy w stanie zrobić, by nie usłyszeć "nie"

Ilustracja: Michał Stachowiak
Ilustracja: Michał Stachowiak
Kiedy ludzie się lubią, jest miło, wszyscy się ze sobą zgadzają i nikt nikomu nie robi nic złego… Choć dla niektórych taka niebiańska wizja relacji międzyludzkich może być pociągająca, to w realnym świecie nie występuje.

Po sposobie formułowania wypowiedzi można rozpoznać skłonność do uległości, agresji, asertywności czy empatii w kontaktach z innymi. Ludzie odbierają takie komunikaty podświadomie, nie muszą być specjalistami od mowy ciała czy komunikacji. Zobaczmy, o czym świadczą poniższe fragmenty e-maili:

„Pozwoliłem sobie napisać w kwestii możliwości wydawniczej w temacie poezji. Przy czym nadmienię, że temat imprintu jest mi znany, jednakże interesuje mnie umiarkowanie. Pytam bardziej o możliwość tradycyjnego wydawnictwa. Jestem ukształtowanym poetą, choć to ciągły proces, działającym w Internecie i zajmującym się poezją od lat. Do tej pory sieciowe działania były dla mnie wystarczające, ale nadchodzi taki czas, kiedy chce się wrócić do klasyki. Zamarzyło mi się słowo drukowane, pachnąca książka, która przejdzie kurzem i patyną”.

„Zwracam się uprzejmie z pytaniem, czy istnieje możliwość przesłania fragmentu pisanej przeze mnie powieści? W celu hipotetycznej oceny lub oszacowania, że powieść, nad jaką pracuję, ma szansę na zainteresowanie ze strony wydawnictwa”.

Czy mnie polubisz?

Jedną z najbardziej typowych cech ludzkich jest strach przed oceną. Jeśli jesteśmy niepewni, jak nasze słowa zostaną odebrane, obawiamy się odmowy i chcemy, żeby inni nas lubili, mamy tendencję do tworzenia barokowych konstrukcji językowych i nadużywania zwrotów: „jeżeli”, „być może”, „nie całkiem”, „w kwestii możliwości”, „marzy mi się” czy „jeślibyś zechciał”… Niechęć do konfliktów to chlubna cecha, dążenie do zgody rzeczywiście spowoduje, że część osób – o podobnych skłonnościach – będzie nas lubić. Jednak z pewnością w bliskim otoczeniu znajdą się również tacy, którzy taką zgodność potraktują jako zaproszenie do tego, żeby nas wykorzystywać. Jeszcze inni będą zastanawiać się, czy nie jesteśmy fałszywi, skoro rzadko bywamy asertywni. Niektórzy uznają nas za „naturalne ofiary”, które nie mają własnego zdania i trzeba nimi zarządzać, bo inaczej sobie w życiu nie poradzą. Tak więc nasze zachowania oparte na dążeniu do zgody mogą przynieść całkiem niespodziewane skutki.

Żeby było miło

Uwewnętrzniony zazwyczaj w dzieciństwie komunikat „bądź grzeczny” (czyli „słuchaj mnie i rób, czego ja chcę”) działa długoterminowo. Podstawowym pewnikiem, na którym – zazwyczaj nieświadomie – opieramy nasz system komunikowania się z otaczającym światem, jest założenie, że musimy być mili i zgodni, żeby inni nas lubi. A jest to założenie błędne.

Można cieszyć się sympatią innych, kiedy wypowiada się odmienne poglądy i prezentuje inne postawy. Świat nie rozpadnie się w gruzy, jeżeli powiemy „nie”, gdy nie będziemy chcieli zrobić tego, czego ktoś się właśnie od nas domaga. Może się natomiast zmniejszyć odsetek znajomych i „przyjaciół”, którzy zadają się z nami, bo dobrze nadajemy się do wykorzystywania i zaspokajania ich potrzeb. Ludzie, którzy chcą, żeby się z nimi zgadzać i robić to, czego sobie życzą (i którzy lubią nas, kiedy się z nimi zgadzamy), chcą, żeby zaspokajać ich potrzeby bez względu na koszty, jakie przy tym ponosimy.

Tylko nie mów „nie”!

Dlaczego uduchowiony poeta i wrażliwy prawdopodobnie pisarz tak „dookoła” zwracają się do wydawnictwa, przedstawiając propozycję wydania ich dzieł? Jakby chcieli poprosić, aby wydawnictwo zrobiło to „mimo wszystko”, jakby zakładali, że druga strona będzie niechętna przystać na ich propozycję. Jeśli rzeczywiście uważają, że ich prace nie nadają się do druku, to brakiem rozsądku jest proponowanie próbek. Więc prawdopodobnie uznają, że materiał jest dobry, ale wydawnictwo może nie chcieć. I tu zaczynają się schody. Piszący nie chcą usłyszeć odpowiedzi odmownej, a jednocześnie podświadomie zakładają, że może ona nastąpić. Więc z jednej strony zachowują się trochę tak, jakby wcale nie prosili: „Pozwoliłem sobie napisać w kwestii możliwości wydawniczej w temacie poezji”, „Zwracam się uprzejmie z pytaniem, czy istnieje możliwość przesłania fragmentu pisanej przeze mnie powieści? W celu hipotetycznej oceny lub oszacowania (…)”. No cóż, skoro sobie ktoś pozwolił, to mu wolno. A pytanie o to, czy istnieje możliwość przesłania czegoś do wydawnictwa, jest zaiste zadziwiające. Sytuacja zaczyna więc wymykać się logice. A to budzi podejrzenie, że kierownicę działań przejęły emocje. W tym wypadku strach.

Kiedy nie chcemy usłyszeć odpowiedzi odmownej? Wtedy, gdy chcemy, by sprawy toczyły się po naszej myśli, bo obawiamy się tego, co się może zdarzyć, gdy wymkną się spod kontroli. Wizja świata w gruzach przesłania zdolność do rozsądnego myślenia. Paradoks sytuacji polega na tym, że za miłymi, nadmiernie ostrożnymi słowami stoi strach przed usłyszeniem „nie”. Boimy się, więc informujemy drugą stronę, że nie jesteśmy agresywni, poddajemy się, tylko niech nie robi nam krzywdy. Czyli niech nie mówi „nie”. Manipulacja? Tak. Pod płaszczykiem zgodności kryje się brak przyzwolenia na odmowę.

Zaproszenie do tańca

Znajomość działania tego procesu pozwala zastanowić się i świadomie wybrać, czy iść dalej drogą nadmiernej grzeczności, czy może coś zmienić w swoim sposobie komunikowania się ze światem. A właściwie z tą częścią świata, która ma podobne zasady porozumiewania się. Zaliczają się do niej: nadmiernie grzeczni, którzy nie ranią się słowami nawzajem, ale też nie są w stosunku do siebie do końca szczerzy; ludzie, którzy chętnie przyjmą naszą grzeczność i uległość, ale w żadnym razie nie czują się zobowiązani do wzajemności; a także osoby nadopiekuńcze, które wyczuwszy niepewność w naszym zachowaniu, zaczną nam matkować, zarządzać nami i skłaniać do realizowania ich pomysłów. Co ciekawsze: takie właśnie cechy uaktywniamy u naszych rozmówców, którzy w innych sytuacjach są w stanie zachowywać się asertywnie i partnersko, ale skoro zapraszamy ich do tańca na naszych zasadach, tańczą w narzuconym przez nas rytmie.

Odcienie szarości

Nadmierna ostrożność w słowach wynikająca z nadmiernej zachowawczości w życiu łączy się przeważnie z pewnego rodzaju głuchotą komunikacyjną: nie umiemy odróżniać zdrowej asertywności od agresji, bo sami mieszamy te dwa pojęcia. Obawiamy się, że zachowując się asertywnie, stajemy się „niemili”, a to już pierwszy krok do bycia odrzuconym przez tych, na których nam zależy. Dlatego dobrze jest zacząć od rozpoznania swoich nawykowych zachowań i sprawdzić, na ile kieruje nami rozsądek, a na ile zachowujemy się nawykowo, bo „zawsze tak robiliśmy”. Poważnym wyzwaniem dla tchórzliwych reakcji może być zgoda na niepowodzenie. Pomyślmy, ile to nam da wolności, kiedy przyjmiemy postawę: „tak, może się nie udać w ten sposób, wtedy poszukam innego rozwiązania. A im szybciej dowiem się, że coś nie może być przeprowadzone według proponowanego przeze mnie scenariusza, tym więcej czasu mogę przeznaczyć na znalezienie alternatywnego”.

Nieskuteczna nadgorliwość

Redaktorka wydawnictwa, które otrzymało zapytania od poety i pisarza, nie była nastawiona na współpracę. Spytała: „A kto ich nauczył tak pisać?”. Skutek barokowych ostrożności w słowach okazał się przeciwny do zamierzonego. Ciekawe, jak by zareagowała na komunikaty przedstawiające konkretną prośbę i dopuszczające możliwość odmowy. Na przykład takie:

„Piszę, żeby zapytać, czy widzicie Państwo możliwość wydania moich wierszy. Dotychczas publikowałem swoje utwory w sieci, jednak pragnę, by zostały wydane drukiem w tradycyjny sposób. Załączam wybrane wiersze z prośbą o opinię i określenie możliwości ich wydania przez Państwa”.

„Chciałbym przesłać Państwu fragment swojej powieści – do oceny i określenia, czy widzicie Państwo możliwość jej wydania. Proszę o informację, jak obszerny powinien być fragment i w jakiej formie ma być przygotowany plik z jego zapisem, żeby na jego podstawie mogli Państwo wyrazić swoją opinię”.

  1. Psychologia

Fascynujący, ale toksyczni. Jak rozpoznać toksyczne osobowości?

Jak przeciwstawić się toksycznym ludziom? Przede wszystkim naucz się ich rozpoznawać. (Fot. iStock)
Jak przeciwstawić się toksycznym ludziom? Przede wszystkim naucz się ich rozpoznawać. (Fot. iStock)
Narcyz, psychopata i makiawelista. Wydaje się, że ich miejsce to thrillery, a jednak można ich spotkać wszędzie. Fascynujący, ale toksyczni. Tworzą team bezwzględnych graczy, zwany przez psychologów mroczną triadą. Jak ich rozpoznać? Jak się przed nimi bronić?

Wszyscy trzej wiedzą, czego chcą. Emanują siłą, odwagą i pewnością siebie. Otwierają drzwi „z buta”, ale jak potrafią ten but nosić! Ani się obejrzysz, a już jesteś złapana w ich sidła. Może nawet sądzisz, że – wsparta na ramieniu któregoś z nich – zawojujesz świat. Z nim przecież wszystko jest takie proste. Trudno tylko dostrzec, że bierzesz udział w perfidnej grze. O co im chodzi? O siebie. Chcą osiągnąć jak najwięcej, nie licząc się z kosztami. Zwłaszcza jeśli te koszty miałby ponieść kto inny. Kręcą, mącą, wykorzystują. Z niekłamanym wdziękiem. Jak się im przeciwstawić? Przede wszystkim naucz się ich rozpoznawać.

Uwaga, pięknoduch!

Najpierw Pan Narcyz. W mitologii greckiej imię to nosił piękny młodzieniec, który, przeglądając się w strumieniu, zakochał się we własnym odbiciu. Narcyz to zachwycony sobą arogant. Próżny, przekonany o swojej wyjątkowości, wciąż szukający podziwu i zachwytu. Lubi dominować – często umniejsza wartość innych, żeby na ich tle błyszczeć. Terapeutka Darlene Lancer wyróżnia dziewięć cech narcystycznych, które bierze się pod uwagę podczas wstępnej diagnozy. Oto one:
  1. Przecenianie własnej ważności, osiągnięć i talentów.
  2. Fantazje na temat własnego piękna, marzenia o władzy, sukcesie czy idealnej miłości.
  3. Brak empatii wobec uczuć i potrzeb innych.
  4. Wymaganie pochlebstw, skłonność do przechwałek.
  5. Uznanie dla prestiżu, interesowność w doborze znajomych.
  6. Roszczeniowe podejście do życia, przekonanie o swoich wyjątkowych prawach (czyli też łamanie zasad).
  7. Wykorzystywanie innych, przedmiotowe traktowanie ludzi.
  8. Zazdrość wobec innych ludzi (lub przekonanie, że samemu się ją wzbudza).
  9. Arogancja.
Wendy T. Behary, autorka książki „Rozbroić narcyza”, dodaje do tej listy poniżanie i tyranizowanie, dystans emocjonalny, snobizm, perfekcjonizm, wreszcie podatność na uzależnienia.

Co jeszcze powinno zwrócić twoją uwagę? Narcyz wciąż porównuje się z innymi, źle znosi krytykę i przesadnie reaguje na niepowodzenia. Chce zdobywać, przewodzić, mieć rację, nie przyzna się do błędu. Bardzo dba o wygląd i wizerunek. Wciąż mówi o sobie, koloryzując (albo po prostu kłamiąc). Chętnie przypisuje sobie cudze zasługi, nie odwzajemnia uprzejmości. Potrafi traktować ludzi jak powietrze. Albo oczarowywać. Uff – chyba wystarczy. Nie tylko, żeby go rozpoznać, ale też, żeby zrozumieć, co kryje się pod powierzchnią.

Osobowość narcystyczną niekoniecznie wyróżnia wysoka samoocena. To, co widzisz, może być maską skrywającą niepewność, wewnętrzną presję, by być idealnym. Rozpaczliwe poszukiwanie akceptacji. Jeśli wejdziesz z takim człowiekiem w bliższą relację, będzie cię traktował jak przedłużenie własnej osoby, będziesz służyć zaspokajaniu jego potrzeb, potwierdzaniu wartości. Nic dziwnego, że w jego obecności możesz się czuć spięta, słaba, niepewna, gorsza.

Co robić? Unikać – mówi prof. W. Keith Campbell z Uniwersytetu Georgii. Nie dać się złapać na wdzięk i słodkie słówka Pana Narcyza. Oczywiście, jeśli jest ci bliski, możesz próbować go zrozumieć. Rozmawiać, tłumaczyć, namawiać na terapię. Ważne, żebyś zachowała uważność, była świadoma własnych potrzeb i uczuć oraz nie uzależniała swojego poczucia wartości od tego, co mówi i robi Wielki On (lub Ona). Behary radzi, żeby w trudnych chwilach nakładać w wyobraźni na twarz narcystycznej osoby maskę niekochanego, samotnego dziecka.

Narcyz nie jest dobrym kolegą, ale jako pracownik bywa bardzo przydatny – twierdzi amerykański psycholog, Roy F. Baumeister. Podejmie się trudnych wyzwań, byle tylko móc się wykazać, pokazać. Może masz pomysł, jak to wykorzystać? Znając mechanizmy, jakie aktywuje, zdołasz go bowiem pokonać jego własną bronią. Nie oznacza to, że namawiamy cię do gry z cyklu „moja racja jest mojsza”. Lepiej nie wchodzić w inicjowane przez niego dyskusje, nie reagować na zaczepki. Jeśli nie uda ci się w porę wycofać, po prostu pozwól mu na monolog na jego ulubiony (własny) temat. Nie musisz się angażować w wymianę, a już na pewno nie bierz sobie do serca ewentualnej krytyki.

Wściekły robot

O ile – znając zasady – Pana Narcyza można zaangażować do różnych zajęć, w wypadku psychopaty sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. On jest naprawdę niebezpieczny. Oprócz cech narcystycznych (choćby egocentryzm, skłonność do kłamstwa, charyzmatyczny wręcz urok), psychopata wyróżnia się specyficznym sposobem myślenia i odczuwania, znacznie wykraczającym poza społecznie przyjęte normy. Jest okrutny, bezwzględny, nie uznaje żadnych świętości.

Według prof. Michaela Koenigsa z Uniwersytetu Wisconsin-Madison, psychopata charakteryzuje się odmienną budową mózgu: ma mniejszą powierzchnię kory przedczołowej i zdeformowane ciało migdałowate. Jego zdolność do empatii jest bliska zeru, to samo dotyczy poczucia winy i odczuwania wstydu. Do tego niemal nie zna uczucia lęku – czuje się nietykalny, nawet nieśmiertelny! Nietrudno zrozumieć, że taka osoba nie ma żadnych oporów: bez mrugnięcia okiem będzie sięgać po to, co – jak sądzi – jej się należy. Właśnie: eksperci twierdzą, że psychopaci mają zwykle szeroko otwarte oczy – zimne i pozbawione emocji. Nawet kiedy świat się wali. Nawet kiedy ich właściciel się uśmiecha.

Psychopatów nazywa się daltonistami uczuć i rzeczywiście przypominają oni roboty (chyba że wpadną w szał). Powierzchowne związki, przedmiotowy seks... Jednocześnie mają dużą umiejętność naśladowania emocji innych. Dlatego tak trudno ich zdemaskować, a badacze dwoją się i troją, by podrzucić kolejne tropy. Na przykład usztywnienie postawy – podczas chodzenia ręce psychopaty przylegają ponoć nieruchomo do tułowia. Albo język, którym się posługują. Zwraca uwagę wyjątkowo częste użycie spójników „bo”, „dlatego że”, „ponieważ”, „więc”. Wygląda na to, że psychopaci – by uzasadnić swoje postępowanie – szukają pewnych ciągów przyczynowo-skutkowych, próbują stworzyć własne standardy logiczne. W ogóle dużo mówią (głównie o swoich potrzebach, bo na nich są skupieni). Mają dar oratorski, wypowiadają się w sposób sprawny i opanowany. Nierzadko stosują przemoc – fizyczną, psychiczną, szukają silnych wrażeń, żyją na krawędzi, ryzykują, prowokują. I knują.

Z badań nad psychopatią wynika, że zaburzenie to występuje znacznie częściej u mężczyzn niż u kobiet. Ale – uwaga! – podobno kobiety są wyjątkowo skuteczne w ukrywaniu swoich skłonności. Psychopatów znajdziemy wśród biznesmenów, menedżerów wysokiego szczebla, różnej maści liderów. Przyjmuje się, że stanowią ok. 1 proc. populacji, że są poczytalni, ale niereformowalni. Nie nadają się na partnera, ani w domu, ani w pracy. To, co możesz zrobić w relacji z nimi, to zadbać o siebie. Zachować czujność, nie dać się zwieść pozorom, starać się poznać własne słabe punkty, bo to w nie będzie uderzał psychopata. I nie daj się nabrać na sztuczkę polegającą na wzbudzaniu litości – to jedna z najpotężniejszych broni psychopatów. Czasem najlepsza strategia to ucieczka!

Po trupach

Makiawelista to mistrz manipulacji. Jest spragniony władzy, gotów zrobić wszystko, by po nią sięgnąć. Zimny, cyniczny, wyzyskujący. Często po prostu oszust. Podobnie jak psychopata przekracza granice moralne, ale działa w sposób  bardziej przemyślany, wymagający konsekwencji i cierpliwości. Jest też bardziej skupiony na własnym wizerunku. Pociągając za sznurki, znakomicie kontroluje siebie i otoczenie. Chytry, fałszywy, przebiegły, zapobiegliwy. Będzie długo czekać na okazję, by zadać cios w plecy. Sama nazwa zaburzenia wywodzi się od nazwiska Niccola Machiavellego, autora „Księcia”, XVI-wiecznego traktatu o władzy. To jemu zawdzięczamy jedno z najbardziej popularnych haseł wszech czasów: „cel uświęca środki”.

Właśnie z „Księcia” i innych pism Machiavellego pochodzą stwierdzenia, na bazie których stworzono skalę makiawelizmu (Mach). W latach 60. Richard Christie i Florence L. Geis opracowali test „Mach-IV”, pozwalający zbadać intensywność tego zaburzenia. Znajdziesz go pod tym adresem (po angielsku). Pytań jest 20, choć może ci być trudno namówić prawdziwego makiawelistę do odpowiedzenia na nie.

Makiawelista to najczęściej przywódca-dyktator, możesz więc liczyć na to, że nie spotkasz go w swoim otoczeniu. Ale zwykłych manipulatorów nie brakuje. Zatem jeśli podejrzewasz kogoś w zespole o takie skłonności, podziel się wątpliwościami z innymi członkami grupy. Skonfrontujcie swoje wersje zdarzeń. Nie pozwólcie na tworzenie spiskowych teorii.

Warto mieć się na baczności, ale też wiedzieć, że cechy mrocznej triady występują (w mniejszym czy większym stopniu) u każdego z nas. Jeśli więc zauważysz niepokojące objawy u kolegi, trzy razy się zastanów, zanim przykleisz mu mroczną etykietkę.

Trzy to za mało

Niektórzy dodają do opisanej triady jeszcze jedną mroczną osobowość. To sadysta. Co robi – wiadomo. Znęca się, zadaje ból. Może tu chodzić o ból fizyczny, przemoc, ale też inne formy agresji i okrucieństwa. Sadysta karmi się uległością innych (również w seksie). Kontroluje, poniża, upokarza, zastrasza. Czerpie przyjemność z cierpienia innych (ludzi i zwierząt). Często próbuje uzależnić od siebie drugą osobę (poprzez swoisty terror), ponieważ odczuwa lęk przed opuszczeniem. To z pewnością odróżnia go od „towarzyszy”. Oczywiście, sadyzm może też przyjmować nieco subtelniejsze formy: ktoś cieszy się, że udało mu się dopiec sąsiadce, wyprowadzić z równowagi kolegę, czerpie satysfakcję z czyjegoś niepowodzenia...

Dobrze też nauczyć się rozpoznawać socjopatę. Przede wszystkim warto dowiedzieć się, jak go odróżniać od psychopaty. Nie jest to trudne: psychopata lubi się wyróżniać, brylować, socjopata trzyma się z boku, unika innych. Ma dostęp do emocji i do sumienia, ale nie potrafi przystosować się do życia w społeczeństwie. Tak zwane normy? To nie dla niego. Przyjmuje się, że jego antyspołeczne zachowania są wynikiem niewłaściwej socjalizacji – że osobowość tę kształtuje środowisko. W praktyce oznacza to, że psychopatą jest się od urodzenia, socjopatą można zostać pod wpływem trudnych doświadczeń.

Na pewno słyszałaś też o wampirach energetycznych. Tutaj definicje nie są zbyt ostre – rzecz jest znacznie bardziej subiektywna. Za wampira można uznać każdą osobę, z którą kontakt sprawia, że czujesz się wyczerpana, pozbawiona życia, „przeciągnięta przez wyżymaczkę”. Możesz reagować przygnębieniem, zniechęceniem, frustracją, spadkiem poczucia wartości, zamknięciem. Albo potrzebą bronienia się, składania wyjaśnień. W efekcie tracisz czas i energię. Może to być typ narzekająco-depresyjny, ofiara, intrygant, malkontent, sabotażysta, paranoik. Ale też ktoś, kto na wszystko reaguje entuzjazmem graniczącym z ekstazą – czy to na dłuższą metę nie jest przytłaczające?

Każdy ma swojego „ulubionego” prześladowcę i na pewno dobrze jest poznać jego strategie, żeby opracować własne. Ale tak naprawdę najlepszy sposób – to odmówić gry. Przekierować uwagę na siebie. Pracować nad obecnością, uważnością, asertywnością, ugruntowaniem, umiejętnością relaksowania się, wreszcie – nad poczuciem wartości. Zamiast starać się „rozpracować” czy osłabić innych – wzmacniać siebie.