1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przeciwieństwa się przyciągają? Obalamy mit - ludzie różni od siebie nie powinni się łączyć w pary

Przeciwieństwa się przyciągają? Obalamy mit - ludzie różni od siebie nie powinni się łączyć w pary



Miłość składa się z trzech czynników: namiętności, intymności, zaangażowania. (Fot. iStock)
Miłość składa się z trzech czynników: namiętności, intymności, zaangażowania. (Fot. iStock)
Psycholog Robert Sternberg twierdzi, że miłość można przeżywać na wiele różnych sposobów. I żaden z nich nie jest lepszy ani gorszy. Ważne, by dobierać się na zasadzie podobieństw. Na czym polega indywidualna narracja o miłości – wyjaśnia dr Bartosz Zalewski z Uniwersytetu SWPS, psycholog, certyfikowany psychoterapeuta Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. 

 

Psycholog Robert Sternberg twierdzi, że miłość można przeżywać na wiele różnych sposobów. I żaden z nich nie jest lepszy ani gorszy. Ważne, by dobierać się na zasadzie podobieństw. Na czym polega indywidualna narracja o miłości – wyjaśnia dr Bartosz Zalewski z Uniwersytetu SWPS, psycholog, certyfikowany psychoterapeuta Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. 

W artykułach typu „para z 50-letnim stażem zdradza sekrety trwałego związku”, często pojawiają się takie wątki, jak wspólne zainteresowania, przyjaźń oraz wzajemna troska. Co jeszcze może zatrzymać partnerów przy sobie na dłużej? Wiele różnych rzeczy. Amerykański psycholog Robert Sternberg, który jest twórcą najbardziej znanej na świecie teorii miłości, kilkanaście lat temu wskazał 26 schematów przeżywania miłości, ale niedawno ogłosił, że już może ich opisać 50, a prawdopodobnie jest dużo więcej. Wśród nich są takie, jak miłość jako opowieść o dziele sztuki, o kolekcji, o szyciu, o teatrze...

Miłość jako opowieść? Co to znaczy? Swoją pierwszą teorię miłości Sternberg ogłosił w latach 80. XX wieku. Uznał, że miłość składa się z trzech czynników: namiętności, intymności i zaangażowania, co potem rozwinął prof. Bogdan Wojciszke. W międzyczasie Sternberg pogłębił swoją teorię i dołożył do niej drugą część, w której miłość jawi się jako opowieść. Odniósł się w niej do bardzo ważnych odkryć psychologii poznawczej z początku XXI wieku, które mówią, że podstawowym sposobem zapisywania informacji o świecie społecznym i o sobie jest schemat narracyjny, czyli opowieść z udziałem bohatera, który czegoś pragnie i żeby to osiągnąć, musi pokonać pewne przeszkody. A świat mu w tym pomaga albo przeszkadza... Jeśli pokaże się ludziom trzy trójkąty na białej ścianie, to zbudują wokół nich jakąś historię. I skoro jest to podstawowy sposób przetwarzania informacji, to miłość również mamy zapisaną w sobie jako pewną opowieść. Robert Sternberg dowiódł, że takich opowieści jest wiele, czyli choć na poziomie społecznym próbujemy w jakiś sposób generalizować ideę miłości, to indywidualnie przeżywamy ją w bardzo różny sposób. I te różnice są na tyle silne, że osoba, która operuje określonym schematem, może się nawet nie zorientować, jeśli zacznie się do niej zalecać osoba o zupełnie innym schemacie, ponieważ będzie przetwarzać jej zachowania, słowa i wszelkie niewerbalne sygnały zgodnie ze swoją opowieścią. 

Zatem weźmy pierwszy przykład: miłość jako dzieło sztuki. Na czym polega ten schemat? Akurat ta opowieść to ciekawy przykład na to, jak Sternberg odstygmatyzowuje pewne przekonania. Jest to bowiem miłość oparta na atrakcyjności partnera, w której ważna jest dobra prezencja, ale to wcale nie znaczy, że partnerzy mają mieć wygląd modeli, mieć piękne dzieci, dom jak z obrazka, dwa psy i luksusowy samochód... Piękno można przeżywać na wiele sposobów, ważna jest wspólna troska o estetykę otoczenia oraz wygląd swój i tej drugiej osoby. Jeśli widzę, że moja ukochana stara się upiększyć nasz dom, zadbać o siebie w sposób, który oboje uważamy za atrakcyjny, to czuję, że ona mnie kocha, i jeśli ja chcę wyrazić miłość – zachowuję się podobnie. 

Sternberg doszedł do wniosku, że ludzie łączą się w stałe pary na zasadzie podobieństw opowieści, więc do osoby z zakorzenionym schematem opowieści o miłości jako dziele sztuki być może pasowałby partner, dla którego miłość to opowieść o przepisach kulinarnych, według której związek ma szansę powieść się, jeśli czynności będą wykonywane w określony sposób. Odstępstwo od przepisu to ryzyko dla związku. Oba te schematy łączy przekonanie, że w związku liczą się działania zwiększające jego estetykę. 

A z kim taka osoba najmniej mogłaby się dogadać? Na przykład z tym, dla kogo miłość będzie opowieścią historyczną, co Sternberg opisuje w następujący sposób: „Zdarzenia tworzące związek składają się na niezapomnianą historię. Jej przechowywanie i wzajemne opowiadanie nieustannie jest dowodem miłości”. Taka osoba wspominałaby z sentymentem podróż sprzed 10 lat, a ta pierwsza w ogóle nie usłyszałaby tej opowieści, bo widziałaby na przykład odrapane ściany w pokoju... Możemy sobie natomiast wyobrazić, że do schematu historycznego pasowałaby wizja miłości jako opowieści o ogrodzie, zgodnie z którą związek należy nieustannie pielęgnować i doglądać. Wspomnienie podróży mogłoby skłonić osobę hołdującą temu schematowi, żeby zaproponować inny wyjazd, który wygeneruje przestrzeń do kolejnych wspomnień. Stworzyłoby to poczucie pewnej komplementarności. Oczywiście to wszystko są tylko hipotezy, bo za takim łączeniem się w pary nie stoją żadne badania...

Jest jeszcze opowieść o kolekcji. Tak, która mówi, że partner pasuje do uogólnionego schematu. Ma mieć określone właściwości, cechy, drogę życiową. I im bardziej tak jest, tym bardziej osoba z taką wizją miłości jest spokojna i zadowolona. 

Czyli model ślicznej pary, ślicznych dzieci i dwóch psów? Na przykład. Ale niekoniecznie! Pożądanym partnerem może być po prostu ktoś, kto lubi przygody, albo odwrotnie – jest spokojny, ustabilizowany. Kolekcja nie musi oznaczać zgodności z jakimkolwiek społecznym modelem. 

Przywołał pan również schemat przeżywania miłości jako opowieści o szyciu. Jak można ją opisać? Sternberg pisze: „miłość jest tym, co z niej stworzysz”.

 Kilka miesięcy temu pisaliśmy w SENSie o psychologii indywidualnej. Jej twórca Alfred Adler twierdził, że można pokochać każdego. Czy takie twierdzenie wpisuje się w ten właśnie schemat przeżywania miłości? Adler pisał w latach 40. XX wieku, jego myśl wpisywała się w jedną z wielkich idei tamtych czasów. Dziś trzeba by ją przełożyć na nowo. Ostatnio wiele mówi się o bezpiecznych i pozabezpiecznych stylach przywiązania. I rzeczywiście osoba z bezpiecznym stylem przywiązania nie ma jednej tzw. drugiej połówki pomarańczy na świecie, ona może zakochać się w różnych osobach, bo i tak do słów i zachowań partnera będzie dodawała pozytywne treści, związane z uczuciowością i namiętnością. Ale wiadomo też już, że jeśli zwiąże się z osobą z pozabezpiecznym stylem przywiązania, to mimo wszelkich pozytywnych interpretacji, po pewnym czasie wycofa się z takiej relacji, ponieważ tamta osoba będzie co jakiś czas uciekała, raniła, niszczyła związek. Możemy więc powiedzieć, że ci, którzy umieją kochać, wiążą się z podobnymi do siebie, a nie z tymi, którzy mają w tym obszarze zamieszanie. Tacy ludzie także łączą się na zasadzie podobieństw, choć wierzą, że jest inaczej i dzięki temu zostaną uleczeni. Czyli wracając do tezy Adlera, dziś bym się z nim nie zgodził.

O czym więc jest ta opowieść o szyciu? To opowieść, która zakłada świat wolności, w którym jesteśmy kreatorami. Wspólnie ustalamy, jak chcielibyśmy ułożyć swoje życie, i miłość wyraża się poprzez stosowanie się do tego, co zostało wymyślone. Osoba, u której dominuje taki schemat, będzie mniej zainteresowana partnerem wyznaczającym jej, na czym dokładnie ma polegać miłość. Na przykład osobie, której przyświeca schemat miłości jako przepisu kulinarnego, powie: „Nie, przecież musimy to wszystko odkryć”.

A opowieść o teatrze? Miłość jest teatrem, ma scenariusz, są akty, sceny i dialogi. Jest pewnym odgrywaniem. W tym schemacie partnerzy zgadzają się na to, że miłość składa się z pewnych etapów, rytuałów. Chodzi o pewne wspólne postrzeganie aktów, które będą potem opiewane w opowieści. Na przykład zaręczyny powinny odbyć się w jakiejś formie, a narzeczeństwo oznacza okres pewnych zmagań, przybliżania się, ale i wątpliwości. Teatr obejmuje także możliwość dynamicznych wahań.

W pierwszej chwili nie zabrzmiało to najlepiej... Nie, dlaczego? Sternberg nie ocenia związków, mówi, że każdy z nich może być dobry albo zły. Krytykuje normatywne podejście do miłości, w którym zakłada się określone charakterystki, i partnera, którym im nie odpowiada, uważa za nieudolnego albo miłość za niewłaściwą. Mnie normatywność także mniej interesuje, bo jako terapeuta chcę, żeby coś działało praktycznie. 

Czy  opowieść to nie jest po prostu jakieś przyzwyczajenie? Bo pierwsza miłość tak wyglądała, bo zawsze tak robiliśmy... Przyzwyczajenie sugerowałoby, że możemy przeżywać miłość na wiele różnych sposobów i przyzwyczajamy się do jednego. Tymczasem Sternberg twierdzi, że mamy do dyspozycji dwie opowieści, z których jedna jest dominująca. Schematy narracyjne zapisują coś, co subiektywnie przeżywamy jako prawdę, i jeśli ktoś będzie chciał nas przekonać, że jest inaczej, to po prostu się z nim nie zgodzimy. To jest bardzo silne i nieświadome. Kiedy pacjenci trafiają na terapię, bo coś nie gra, staramy się odkodować te nieświadome treści i dotrzeć do źródła takiej narracji. Wtedy pojawia się okno modyfikacji. Nie możemy więc mówić o przyzwyczajeniu, bo wystarczyłoby je przeprogramować, a to są trwałe wzorce wewnętrzne, więc nawet po zmianie partnera sposób przeżywania miłości pozostaje ten sam. 

Badania nad związkami o wysokiej jakości pokazują, że liczy się podobieństwo na poziomie wartości. (Fot. iStock) Badania nad związkami o wysokiej jakości pokazują, że liczy się podobieństwo na poziomie wartości. (Fot. iStock)

Czy bez pomocy terapeuty można zorientować się, jaka opowieść o miłości dominuje w nas? Jeśli chodzi o typy miłości Sternberga, to wydaje się, że każdy może w miarę łatwo rozpoznać, który typ – jeden bądź dwa – jest mu najbliższy. Można obserwować swoje zachowania, ale najpewniej większość z nas wybierze to intuicyjnie. Gorzej ze stylem przywiązania, szczególnie jeśli chcielibyśmy go w sobie zmienić. Ludzie zwykle nie wiedzą, jaki styl mają. Osoby ze stylem bezpiecznym nie potrzebują się tym interesować, po prostu wszystko działa. Ci z pozabezpiecznym zwykle mają nadzieję, że ich życie miłosne się ułoży i dopiero z czasem czują, że ciągle „coś idzie nie tak”.

Jak powstaje taka narracja o miłości? Dominująca ilość badań wskazuje, że podstawowa matryca doświadczania bliskości, na której potem dobudowuje się szczegóły doświadczenia, powstaje mniej więcej do czwartego roku życia. To ona wskazuje, po czym rozpoznać bliskość – kiedy ona jest duża, kiedy jest mała, do czego dążyć, czego unikać. Większość z nas ma dość dobrą matrycę, która prawidłowo funkcjonuje, ale u niektórych prowadzi ona do problemów w odczuwaniu bliskości. 

A na ile można ją zmienić? Trudność leży w tym, że aby ją zmienić, trzeba dostrzec coś nowego, a to jest niemożliwe, bo właśnie matryca decyduje o naszej interpretacji. Od lat 50. XX wieku do początku lat dwutysięcznych uważano, że poza terapią albo doświadczeniami granicznymi podstawowa matryca jest niezmienna. W terapii wygląda to tak, że jeżeli ktoś ma bardzo złe doświadczenia bliskości wyniesione z domu i z sukcesem przejdzie terapię, to u niego te trudności poważnie się zmniejszają, a jego dzieci nie muszą się już zmagać z tym problemem. Czyli świadome przetworzenie tego w sobie uwalnia kolejne pokolenia. Wiadomo też, że doświadczenie wojny zmienia styl przywiązania z bezpiecznego w pozabezpieczny. Badania społeczne pokazują, że traumy wojenne przechodzą przez trzy pokolenia, kształtując związki rodzinne. W ostatnich latach ukazują się jednak prace wskazujące, że styl przywiązania może się także zmienić spontanicznie – z pozabezpiecznego w bezpieczny lub odwrotnie, jednak nie wiadomo, jak to się dzieje.

Wspominał pan o tzw. drugiej połówce pomarańczy. Ale chyba dziś  już wiemy, że nie ma tylko jednej drugiej połówki... To także wiąże się ze stylem przywiązania. Osoby z pozabezpiecznym stylem przywiązania częściej chcą znaleźć tę jedyną osobę, bo ukoi ich lęki. A w praktyce znajdują taką, która nie ukoi... Natomiast w bezpiecznym stylu przywiązania nie chodzi o to, kogo ja znajdę, ale jak kocham. Badania wskazują, że osoby z bezpiecznym stylem przywiązania w stanie zakochania nie mentalizują w związku, czyli nie próbują dokładniej wyobrażać sobie świata wewnętrznego drugiej osoby, jej myśli i uczuć. Są spokojne. Z kolei osoby z pozabezpiecznym stylem przywiązania bardzo starają się poznać wnętrze partnera, ale w funkcji kontroli. Nie czują się bezpiecznie, bo są przekonane, że ta druga strona je skrzywdzi. Pozostaje tylko odkryć: kiedy i jak? I przeciwdziałać.

Robert Sternberg nie wskazuje, który schemat przeżywania miłości daje szansę na udany związek. A co mówią na ten  temat inne badania? Badania nad związkami o wysokiej jakości pokazują, że liczy się podobieństwo na poziomie wartości. Podobne hobby? Wspólna praca? Różnice temperamentów? To wszystko nie przesądza o tym, czy związek będzie szczęśliwy. Jedynie poziom wartości daje spójne rezultaty. Ludzie o bardzo różnych czy wręcz sprzecznych wartościach mają trudno, a różnice pojawiają się od samego początku. Czyli w tym znaczeniu powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają – niespecjalnie działa. Sternberg się z tym zgadza i mówi, że ludzie dobierają się na zasadzie podobieństwa swoich dominujących opowieści o miłości. Nic dziwnego, skoro wiadomo, że jedną z podstawowych funkcji schematów narracyjnych jest nadawanie sensu wydarzeniom. Każda opowieść o miłości wyrasta zatem z zakodowanych w niej fundamentalnych wartości.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Miłość na skróty? Nie, dziękuję. Jak zbudować solidną i długotrwałą relację?

Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. (Fot. iStock)
Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. (Fot. iStock)
Szybko, mocno, piorunem. Kochamy się na skróty. Szukamy łatwych błyskotek, szybkich podniet. A potem gryziemy z bólu palce i płaczemy samotni. Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. Ale do tego trzeba mieć odwagę.

Kontakt z Internetu, randka przy butelce wina. Seks jak najbardziej „w porządku”,  a znajomość się nie rozwinęła. Do drugiej randki nie doszło, za daleko trzeba by dojeżdżać. On się już nie odezwał, ona zapomniała, jak miał na imię. Robert chyba.

– Takie znajomości w naszych czasach to nic niezwykłego – uważa psycholog Katarzyna Platowska. – Makdonaldyzacja życia sprawia, że jesteśmy nastawieni do niego konsumpcyjnie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Etap wzajemnego poznawania partnerów i dochodzenia do decyzji: „chcę iść z tobą do łóżka” – uległ w ostatniej dekadzie wyraźnemu skróceniu. Dawniej mężczyznę wybierano z wielką starannością, bo „do żeniaczki”, na wiele lat. Dziś szukamy partnera na… kilka orgazmów. Oczekujemy – jak przystało na członków konsumpcyjnego społeczeństwa – że ma być po prostu przyjemnie. W końcu: „Jesteśmy tego warci!”.

Dorosłe dzieci

Pragnienie miłości? Bycie na topie? Rozładowanie napięcia seksualnego? W szybkiej decyzji o seksie kryje się jeszcze coś – tęsknota za doskonałością dzieciństwa.

– Seks jest podświadomym sposobem dorosłych ludzi na powrót do symbiozy, którą przeżywaliśmy jako dziecko z matką i za którą w głębi duszy tęsknimy – uważa Anna Gawkowska, psycholog i terapeutka. – Aby poczuć tę symbiozę, dostać namiastkę bliskości i miłości, śpieszymy się do łóżka. Tyle że szybkość zdarzeń i fakt, że już na pierwszej randce zanurkujemy pod wspólną kołdrę, tego nie zagwarantuje. Z reguły okazuje się, że po jakimś czasie, zwykle niedługim, związek i tak się rozpada.

– Jeśli nie jesteśmy w stanie być ze sobą blisko emocjonalnie, to osiągnięta przez seks symbioza nie da nam spełnienia, jest tylko fizyczna i na krótko zaspokoi nasze ciało. Kiedy więc pożądanie gaśnie, relacja kuleje i skutecznie się rozpada – podkreśla Gawkowska.

Wniosek? Mało popularny i niemodny: poczekać, bliżej się poznać, iść do łóżka dopiero wtedy, kiedy przekonamy się, że partnerowi naprawdę na nas zależy, że jesteśmy dla niego ważni jako człowiek. W przeciwnym razie będziemy jedynie „zaliczać się nawzajem”, seks będzie wartością samą w sobie, a nie kolejnym krokiem ku relacji i bliskości.

Zawrotna szybkość łóżek

Chcielibyśmy zbudować solidną i długotrwałą relację, ale… zapomnieliśmy, jak to się robi. Oto kolejny problem nowoczesnej miłości. Nie potrafimy budować związku, przejść wszystkich etapów, które są konieczne, by się poznać. Przykład. Beata i Jurek zaczęli bardzo nowocześnie: na randkowym portalu, spodobali się sobie na zdjęciach, potem wymienili się numerami komórek. I już pierwszy sms sprawił, że Beata poczuła się dziwnie: Jurek zaczął zwracać się do niej per „skarbie”. W drugim napisał: „Chciałbym cię zobaczyć, przytulić, dotknąć, pocałować”. Beata stwierdziła, że to nie jej tempo, że on za szybko skraca dystans. I tak mu też odpisała. Jego odpowiedź brzmiała: „dobrze skarbie”. Wycofała się.

– Dojrzałą emocjonalnie kobietę zastanowi taka szybkość i skłoni, by jeszcze bardziej zwolnić rozwój akcji – uważa Gawkowska. – Ale osoba, która długo była samotna lub nie dostała dość ciepła w domu rodzinnym i teraz ma deficyt, zareaguje pozytywnie na taką nadmiarową i nieadekwatnie szybką bliskość. Bo bycie czyimś „skarbem” czy przytulanie i całowanie są czymś intymnym, łączą bliskich sobie ludzi.

Zdrowy człowiek nie powinien dopuszczać do siebie każdego, lecz wybrać osobę, której pozwoli się do siebie zbliżyć. Ale i z tym jest coraz trudniej. Skrócenie dystansu między ludźmi to znak naszych czasów: od razu mówimy sobie na ty, wszyscy jesteśmy kolegami. Powierzamy dość osobiste sprawy nawet nowo poznanej osobie. Poznajemy ludzi wirtualnie i – zanim jeszcze ich zobaczymy – opowiadamy im o bardzo osobistych przeżyciach. To plus pustka, jaką nosimy w sercu, prowadzi nas szybko do łóżka, po trzech miesiącach znajomości zaręczamy się, a pół roku później... jesteśmy już po ślubie.

Zawieranie znajomości przez Internet czy randki online są także symptomem pośpiechu. Już na starcie zdradzamy swoje intencje. Wiadomo przecież, że szukamy partnera. Od razu więc przechodzimy do rozmowy nie o tym, czy i po co chcemy się spotkać, a gdzie i kiedy to spotkanie ma mieć miejsce. To prawdziwy bieg na skróty.

– Ta chęć szybkiego poznania się jest zrozumiała, bo przecież pragniemy stać się częścią czyjegoś życia, być kimś ważnym dla drugiej osoby. Ale gwarantują to raczej związki długotrwałe: ktoś zna nas młodych i starych, wesołych i smutnych, energicznych i zmęczonych – i akceptuje w każdej odsłonie. To pozwala nam podejść do siebie z troską i czułością, bliskością i intymnością, nawet bez pożądania, ale z miłością. To zupełnie inne przeżycia niż te z początku znajomości – twierdzi Anna Gawkowska.

 
Szybkie skracanie dystansu ma jeszcze jedno zadanie: łagodzi napięcie. Poznawaniu się dwojga ludzi towarzyszy spore napięcie, dużo niewiadomych i znaków zapytania. Ludzie mają na to różne sposoby: rzucanie się w relację jak kamikaze jest jednym z nich.

– „Błyskawiczne” związki mogą czasem zadziałać, ale to raczej rzadkość – uważa Gawkowska. – Lepiej przeprowadzić jakąś weryfikację: poznać potencjalnego partnera i wyeliminować tych, którzy szukają tylko łatwego seksu lub są nie z naszej bajki. Bo absurd tkwi właśnie w tym: spieszymy się z pogłębianiem relacji, by przeżyć coś, co nam może dać tylko budowanie związku przez długie miesiące czy lata.

Konieczne fazy

Związek nie zawiązuje się ot tak. Zanim to nastąpi musi przejść przez pewne fazy. I to ma głęboki sens. Długie poznawanie się sprawia, że mamy okazję pokłócić się, poróżnić, rozwiązać jakiś problem życiowy, przeżyć trudniejsze chwile, gorsze dni. To pomaga przyjrzeć się nam jako parze, sprawdzić, czy umiemy być ze sobą na dobre i na złe, czy łączy nas coś więcej niż tylko pożądanie. Bo ono trzyma nas kilka miesięcy, może kilka lat, szczególnie na początku, kiedy chemia mocno nas spaja. Ale to nie oznacza jeszcze prawdziwego uczucia. – Gdy pożądanie wygaśnie, poróżni nas pierwszy problem i związek się skończy – ostrzega Gawkowska.

Lepiej związać się na stałe z kimś, z kim nam się dobrze rozmawia, choć nie jest cudownie w łóżku – bo za kilkanaście lat to drugie nie będzie mieć dużego znaczenia, a to pierwsze – ogromne. W większości przypadków rozstajemy się nie dlatego, że przestaliśmy się kochać, tylko że nie potrafimy wybaczać sobie tego, co nas poróżniło. Świadczy to niekiedy o tym, że związek nie został zbudowany na solidnych fundamentach, tylko na zauroczeniu, pożądaniu i tęsknocie za miłością. Coraz mniej mamy związków, które partnerzy budowali powoli, etap po etapie, w których trwają przez długie lata, czerpiąc miłość, radość i czułość.

– Każdy wspólnie pokonany kryzys pozwala nam wzrastać, jeśli jesteśmy w stosunku do siebie i partnera uczciwi – uważa Platowska. – Ale kiedy jest trudno, nie szukamy rozwiązania tu i teraz. Szukamy rozwiązania na zewnątrz: nowego związku, kochanki, kochanka...

Nowa dawka energii

Daje ją każdy nowy związek. I czasem myślimy, że ta energia poniesie nas przez kolejne lata. Tak niesie Julitę, która wciąż w kimś się zakochuje i... zawsze kończy we łzach. Marzy o wielkiej miłości, szuka, próbuje... Tylko co z tego, skoro ciągle źle wybiera?

We współczesnym świecie niewiele jest stałości. Szukamy błyskotek, podniet: łatwych, szybkich, ekscytujących, takich jak sporty ekstremalne, narkotyki, seks. Nie staramy się poznać uczuć i potrzeb partnera. Bliskie relacje kojarzą się nam najbardziej z przyjemnościami – wspólnymi posiłkami, najlepiej przy świecach, wyjazdami, najchętniej zagranicznymi, z kinem i imprezami, no i oczywiście z uprawianiem seksu. Jeśli partner nie spełnia tych wszystkich oczekiwań, zaczynamy rozglądać się za kolejnym.

– Nasze czasy cechuje ogromna możliwość wyboru – mówi Gawkowska. – Dawniej partnera wybierało się w tej samej wsi, dziś możemy poznawać ludzi z całej Polski, a nawet świata. Nie miałam orgazmu już któryś raz z rzędu? Nie pasujemy do siebie w łóżku? On jest kiepskim kochankiem? Szybko stwierdzamy: „to zły związek” i szukamy nowego. A w Internecie są tysiące propozycji „lepszych modeli”, na które można bez trudu wymienić ten „szwankujący” – ładniejszych, przystojniejszych, bogatszych, sprawniejszych w łóżku, z lepszym ciałem...

To bogactwo wyboru oszałamia i sprawia, że ludziom trudno się czasem zatrzymać. Daje poczucie, że może tuż za rogiem czeka na nas ktoś jeszcze lepszy, królewicz na białym koniu. A przecież, żeby zbudować trwałą relację, trzeba się zatrzymać przy jednym partnerze, a pozostałym powiedzieć „dziękuję”. Inaczej wpadniemy w pułapkę stałego poszukiwania.

– Są ludzie, którzy nigdy nie wchodzą w bliskie relacje, ale wciąż takich poszukują i dzięki temu zyskują poczucie, że są na dobrej drodze, bo robią, co mogą – uważa Gawkowska. – Obstawianie jednocześnie dwudziestu ofert jest świetną metodą na uniknięcie prawdziwego związku. Pozwala też uniknąć kontaktu z tym, co nas wewnętrznie boli, konfrontacji z własnym cierpieniem. Kolejne zakochania i nowi podniecający kochankowie są doskonałym sposobem znieczulania się.

Tak więc, jeśli pragniemy bliskości i miłości, musimy wybrać jedne drzwi i pozamykać inne. Poznamy kogoś na portalu randkowym? Czemu nie? Ale gdy już zaczniemy się z kimś spotykać, zamknijmy tam swoje okienko. Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Taki związek daje wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. Ale do tego trzeba mieć odwagę.

  1. Seks

Przestań gadać, chodź do łóżka

Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
W kobietach często pokutuje przekonanie, że grzeczne dziewczynki nie są nachalne, że to mężczyzna powinien inicjować znajomość czy zbliżenie. To stereotypy. Gdy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, będzie też umiała przejąć inicjatywę, jeśli tego zechce – mówi terapeutka Olga Haller.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy wyciąga rękę po to, na co ma ochotę. Tak zawsze robiły dzieci. Teraz wszyscy trochę jakby zdziecinnieliśmy. Mężczyźni sięgali po kobiety, gdy one były skrępowane tradycją i więzami woli rodziny. Mogły tylko dawać znaki, upuszczać chusteczkę, błysnąć oczkiem, niewiele więcej. Więcej to jedynie kobiety upadłe... Dzisiaj rzeczywiście wielu z nas przypomina rozbrykane dzieci w sklepie z zabawkami. Może się zakręcić w głowie od możliwości konsumpcyjnych. A seks przez wielu jest do tej kategorii zaliczany. Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, przynajmniej nie otwarcie, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, nawet potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. A wolność to więcej możliwości, ale i nowe wyzwanie, jak z niej korzystać.

Nawet zmiany na lepsze trzeba okupić jakąś karą... Były przecież zalety tradycyjnej sytuacji. Tak, nie da się ukryć, że to było wygodne dla kobiet – nie przejmować inicjatywy, czekać i patrzeć, jak oni się krzątają, starają, dwoją i troją.

Czasami wam zazdrościłem, że możecie tak wyczekiwać i obserwować. Ale jak coś nie szło po waszej myśli, była katastrofa! Dramat! Obu stronom nie było więc wygodnie. Kobieca seksualność w niewoli stereotypów musiała być skrywana, ujarzmiona, skrępowana regułami obyczajów. Każda niewola pozbawia wpływu, tym samym odpowiedzialności, a poczucie wpływu jest człowiekowi niezbędne. Powstał więc cały system znaków, sygnałów, zachowań w kontaktach damsko-męskich. Dlatego kobiety w relacjach z mężczyznami opanowały sztukę uwodzenia, flirtu: ruch brwi, spojrzenie spod rzęs, półsłówka, półruchy, półmroki i nagłe zwroty akcji. Ile z tego jest prawdziwą zabawą dla obu stron, a ile pamiątką po czasach niewolnictwa – to właśnie powinny odkrywać współczesne kobiety. Gdy pragniemy kontaktu, np. w sytuacji zakochania czy pożądania, najważniejszy jest ten obszar „pomiędzy” – czyli to, co się dzieje  p o m i ę d z y  odczuwaniem potrzeby a jej zaspokojeniem. To nie jeden skok, ale cały proces. Warto uczyć się iść małymi krokami....

Kiedy odczucia związane z potrzebą kontaktu są silne, a nic nie można zrobić, pojawia się nieznośne cierpienie. Wszyscy próbujemy tego uniknąć różnymi sposobami. Jako niepewna siebie 18-latka próbowałam sobie poradzić, stawiając wszystko na jedną kartę. On miał 19 lat, poeta, taki cudny. Kochałam się w nim z daleka, on nie zwracał na mnie uwagi. Zadręczając się brakiem pewności, nie mogłam czekać. Pojechałam do jego miasta... A czy miałam nadzieję? Chyba nie. Nie miałam odwagi, by poflirtować, ale pojechać miałam. Zapukałam do drzwi. Otworzyła matka, a on w wyrku, oszołomiony, bo jeszcze spał. Powiedziałam... Nie miał pojęcia, że się w nim kocham, a ja: „dziękuję, cześć”. I wyszłam. A potem płakałam pół dnia.

Trudno to nazwać dialogiem i dobrym porozumiewaniem się, już raczej desperacją z braku umiejętności dogadania się. O tak. Brakowało mi tego wszystkiego, co potrzebne „pomiędzy”. Wielu dziewczynom brakuje treningu w komunikowaniu się z rówieśnikami. Nie mają wsparcia dorosłych, kiedy pojawiają się potrzeby kontaktów z chłopakami. A wcześniej brak tego, co uważam za bazę dojrzałej kobiecości – za mało pomocy matek oraz innych kobiet w zaakceptowaniu swojego ciała i seksualności. Dorastają w przekonaniu, że muszą się z tym ukrywać, że od inicjowania znajomości czy zbliżenia są mężczyźni, a one mogą tylko wymyślać sposoby, manipulacje, podchody. Kiedy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, to będzie umiała inicjować kontakty, kiedy tego zechce, ale i powiedzieć „nie”. Będzie miała więcej oparcia w sobie, pewności siebie, niezależności. A w patriarchacie nie o to chodziło, prawda?

To straszne odmawiać kobiecie, która wbrew obyczajom ośmiela się pierwsza wyciągnąć rękę. Kobiety miały trening w mówieniu „nie” w takiej sytuacji. My przeciwnie. Pamiętam nieszczęsną, która zapukała nagle do mego mieszkania bez zapowiedzi i stała bidula na progu. Nie wpuściłem jej. Czułem się potem jak bydlę. A przecież to było uczciwe. Zgadzam się, że uczciwe. Ale w tej sytuacji odbiła się cała nierówność między kobietami a mężczyznami. Ty nie dałeś sobie pozwolenia, żeby jej odmówić wprost, a ona nie miała szansy tego usłyszeć i przeżyć. W nowym porządku, którego wszyscy się uczymy – ani ty bydlę, ani ona bidula. Jako partnerzy równi sobie macie te same prawa: pytać, prosić, zgadzać się, odmawiać i przeżywać. W otwartej odmowie mógł ci przeszkodzić stereotyp mężczyzny, którego obowiązkiem jest nie przepuścić okazji, być zawsze gotowym do seksu i romansu. Lepiej było udać, że nikogo nie ma w domu.

Znajoma pisze: „Pokutuje w nas przekonanie, że to on powinien zapraszać i że grzeczne dziewczynki nie są nachalne... A co, jak wyśmieje, odrzuci!?”. Dziewczyny boją się drwin, obmowy, etykietki dziwki. Te nasze obawy sprawiają, że tak się „podchodzimy” od wieków, kobiety i mężczyźni, w poszukiwaniu miłości, spełnienia. I wszyscy staramy się, jak możemy, uniknąć cierpienia. Różnie nam to wychodzi.

To, że czasami nie dajecie wyraźnego znaku przyzwolenia, marnuje tyle okazji! Kobiety nie wiedzą, jak często faceci nie startują, gdyż błędnie uważają, że nie mają szans... Ileż jest opowieści po latach: byłem taki zakochany w tobie. – Co, naprawdę?! A ja w tobie. Jaka szkoda, że nie wiedziałam. Czy to dobrze czy to źle? Ta niepewność jest nieodłączna i naturalna, o ile nie wynika z represyjnej obyczajowości! Przecież nie chodzi wcale o to, żeby każde młodzieńcze zauroczenie przeradzało się w związek! Coraz więcej kobiet uświadamia sobie nowe możliwości. Coraz częściej dzieje się to nie tylko w wyniku zmiany obyczajów, ale i głębszej przemiany, tej „wewnętrznej podróży”, by odnaleźć i poznać siebie wbrew stereotypom. Dziś wiele kobiet zachowuje się odważniej niż kiedykolwiek. Okazują mężczyznom zainteresowanie, inicjują znajomości, bo facet je interesuje, chcą go poznać bliżej, a także dlatego, że po prostu mają ochotę na seks.

Moja znajoma, pani profesor, która zwiedziła pół świata, pisze do mnie: „W dawnych czasach mojej młodości zapraszanie faceta do łóżka było czymś sporadycznym. Dobrze wychowana dziewczyna tego nie robiła. Teraz – w dobie Internetu, kolosalnych możliwości poznawania ludzi  – wszystko jest dozwolone. I myślę, że tak lepiej i prościej. A czy boimy się odrzucenia? Tak. Ale młodsze są odważniejsze, a starsze nie mają nic do stracenia”. Wiele z nas jest nadwrażliwych w tej kwestii. Uogólniając – męskie zainteresowanie ma dla kobiet nadmierne znaczenie, jest potwierdzeniem ich wartości, którego tak często im brakuje. Znowu, niestety, odzywa się patriarchalny spadek – musimy mieć mężczyznę, żeby utwierdzić się w prawie do istnienia. Kobiecość obolała, niepewna, samokrytyczna, nadwrażliwa zmaga się z tym, jak zasłużyć na uwagę, jak go zdobyć, podejść, jak się nie narazić? To często przynosi kolejne rozczarowania.

Dlatego w listach do nas czytam: „Zapraszając się do łóżka, warto zostawić jakąś furtkę, żeby się wycofać”. Tę wypowiedź rozumiem nie jako prostą asekurację na wypadek niepowodzenia, co kobiety rzeczywiście często robią. Warto zostawić furtkę, bo przecież inicjowanie seksu to jednak nie transakcja handlowa, umowa kredytowa czy biznes. To raczej sztuka kontaktu, kochania, uwodzenia. A jak sztuka, to proces twórczy, nieprzewidywalny. Pełen rozmaitych możliwości, które warto wspólnie odkrywać. Kiedy w tym procesie spotkają się dwie osoby równe sobie, każda z nich ma prawo zaangażować się, ale i wycofać. To jak gdyby pójść w odwiedziny, nie będąc do końca pewnym, czy gospodarz jest w domu, czy ma czas i chęć na wizytę. Możemy być odważni, ale i gotowi do odwrotu, jeśli rozpoznamy, że to nie ten czas. Dzięki temu będziemy mogli zaryzykować i wybrać się znowu. Czasem wyrażenie chęci wprost jest dobre, wyjaśniamy sytuację, oszczędzamy energię. Czasem zaś bywa przedwczesne – unikamy niepewności i ryzyka, ale zabieramy potrzebom, uczuciom możliwość dojrzewania. Dzisiaj w codziennym pośpiechu brakuje nam cierpliwości. W wielu sprawach, także w seksie, w relacjach.

Mówimy o świecie, który się zmienia. Internet – jakie to ułatwienie w podchodzeniu się nawzajem! W dodatku daje przewagę kobietom dialogu. Dla nieśmiałych jest osłoną i pomocą... Tam mamy te same prawa, a kobiecie łatwo przejąć inicjatywę, zwykle lepiej od nas piszecie i ubieracie ładniej uczucia w słowa. Ukazało się już kilka książek o internetowych kontaktach, także erotycznych. Wiele kobiet szuka partnerów przez Internet, na portalach towarzyskich, dla singli czy na czatach. Nie sądzisz chyba, że to same nimfomanki czy seksoholiczki. To często kobiety, które właśnie w Internecie znalazły okazję, żeby dać upust swojej seksualnej naturze. Odważają się na to, na co zapewne nie pozwalają sobie w realu – bezwstydnie wykazywać inicjatywę, zapraszać, stawiać warunki. Bywają wulgarne, ostre, wyuzdane. Szczegółowo potrafią mówić o tym, co chcą zrobić mężczyźnie albo czego oczekują od niego. Znam takie, którym to posłużyło. Kiedy już odkryły, jakie mają możliwości w sieci, gdy są anonimowe, i że mężczyźni z chęcią je przyjmują, potrafiły spożytkować to doświadczenie w życiu. Często jednak trudno im zintegrować te doświadczenia, nadal przeżywają siebie jako osobę podzieloną: na tę opętaną seksem, godną pożałowania, i tę porządną, która panuje nad sobą, nie odkrywa wszystkich kart.

Myśląc o sobie z dawnych czasów, jednak żałuję, że nie było Internetu. Nieśmiały, dręczyłem się z wyrokiem aktywności, też z lęku przed odtrąceniem... A to lęk głębinowy i powszechny. Wszyscy go doświadczamy. Biegłość w zapraszaniu do łóżka nie wyratuje nas od tego lęku. Musimy się z nim zmierzyć – dać mu się poprowadzić bez panicznej przed nim obrony. To paradoks, że kiedy odważamy się iść tropem niechcianych uczuć, niewygodnych konfliktów wewnętrznych, one poprowadzą nas w kierunku większego oparcia w sobie. To podstawa naszej wolności osobistej, także seksualnej. Dzięki temu kobiety wreszcie mogą decydować o sobie w seksie – sięgać, po co chcą, a nie godzić się na to, czego nie chcą. Bo do tej pory zbyt często decydowano za nas.

  1. Psychologia

U boku uwodziciela - jak bronić się przed odurzającą iluzją?

U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. (Fot. iStock)
U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. (Fot. iStock)
Dlaczego tracimy rozsądek dla szarmanckiego rycerza, a z jakiego powodu dla szorstkiego inteligenta? Dlaczego nie możemy się oprzeć królowi salonów? Czy w takich relacjach zaznamy bliskości? Nie!

Dlaczego? Bo mamy do czynienia z uwodzicielem, czyli kimś, kto niezależnie od tego, czy jest mężczyzną czy kobietą, składa niebezpośrednią, niezdefiniowaną, a jednak wyczuwalną obietnicę, że coś się wydarzy. Bardziej niż konkretnym słowem, kusi nastrojem. Jest jak reklama – sprzedaje więcej niż towar – wykreowaną ułudę. Jego działanie jest tak niesamowicie wabiące, że pragniemy być blisko niego. Bo tylko przy nim świat wygląda inaczej, jest jak we śnie. I za każdym razem się nabieramy.

W czym tkwi sekret?

Nie ma znaczenia, czy aura, jaką roztacza wokół siebie, jest rodem z książek Jane Austen lub filmów z Indianą Jonesem. Równie dobrze może być rycerzem na białym koniu, który zaprasza na wystawne kolacje i wręcza bukiety pąsowych róż, jak i szorstkim w obyciu inteligentem, który nigdy nie poda płaszcza, ale z którym prowadzi się porywające dyskusje. Zdarzają się też uwodzicielki w stylu femme fatale, rozkapryszonej panienki albo dziewczyny z sąsiedztwa. To, co łączy te wszystkie typy, to niezwykła pewność siebie. Ich siłą jest to, że potrafią sprawić, że „ofiara” czuje się absolutnie wyjątkowa.

Ulegamy, bo relacja z uwodzicielem daje nam dostęp do własnej, ukrytej, nieużywanej części osobowości. Nie potrafimy na przykład być w życiu przebojowi, choć bardzo tego potrzebujemy, bo nie umiemy przekroczyć granicy nieśmiałości. Przy uwodzicielu ją pokonujemy, ale tylko pozornie. On niczym magiczny wehikuł przenosi nas do rzeczywistości, za którą tak bardzo tęsknimy, czasem nawet o tym nie wiedząc. Do rzeczywistości także tej psychicznej. Doświadczamy czegoś nowego, fascynującego, na innym poziomie i w innym wymiarze. Uwodziciel jak demiurg uruchamia w nas ukryty potencjał.

To coś w nas

Kobieta nieśmiała, która rzadko chodzi na duże imprezy, poznaje mężczyznę – króla salonów. Co się dzieje? U jego boku zyskuje pewność siebie w towarzystwie, nagle staje się swobodna i rozmowna. Czuje się tak, jakby wypiła lampkę szampana. Jest cudownie! Zaczyna wychodzić do ludzi. Co jeszcze? Uwielbia oglądać sceny balów w filmach, śni, że tańczy na scenie, a publiczność bije brawo. Towarzyszy jej uwodziciel, a obok pojawiają się nagle nowe uśmiechnięte i chętne do rozmowy koleżanki.

Mężczyźni, którzy lgną do kobiet w typie femme fatale, choć mają przeczucie, że ten płomień może ich spalić, nie potrafią opanować do nich pociągu. Rządzi nimi jakaś tęsknota. Za czym? Być może za tym, by „spłonąć”? Jeśli kieruje nimi naprawdę silne pragnienie, motyw ognia będzie pojawiać się w ich marzeniach i snach.

Przy uwodzicielu w typie twardziela kobieta może poczuć się słaba, delikatna, może odkryć, jak to jest schować się za szerokimi, męskimi ramionami. Nagle zapragnie podkreślać w sobie eteryczność i subtelność, nosić białe, zwiewne sukienki, otaczać się delikatnymi kwiatami. Z kolei typ szarmancki wydobędzie esencję jej kobiecości, poczuje się przy nim jak królowa.

To jednak działa przez chwilę. Budzimy się po upojnej nocy i myślimy: „Wczoraj byłam królową, ale czy to naprawdę byłam ja?”. Czar prysnął niczym bąbelki szampana. Prawdziwa przemiana nie nastąpiła. Bo nie braliśmy w niej udziału świadomie, zdarzyła się niejako bez nas. Nie wykonaliśmy żadnej pracy nad sobą, skorzystaliśmy jedynie z dostępności i uroku uwodziciela, daliśmy się temu ponieść. Mimo to, albo właśnie dlatego, od takich cudownych chwil i powierzchownych metamorfoz potrafimy się uzależnić.

Partnerstwo wykluczone

U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. Co jednak, gdy zabraknie takiego eliksiru? Wracamy do szarej rzeczywistości na jeszcze większym głodzie i ciężko się wyrwać z tego zaklętego kręgu.

Władza i kontrola, jaką ma nad nami nasz uwodziciel, jest mu potrzebna niczym powietrze. Ma wpływ na „ofiarę” i nie odda tego tak łatwo. Nie łudźmy się, że to się zmieni. W romantycznych filmach prędzej czy później uwodziciel przechodzi transformację i zakochuje się naprawdę, w życiu bywa z tym różnie.

Zasada jest prosta: z uwodzicielem nie stworzy się związku. Z nim cały czas jesteśmy jakby w przedsionku. On woli sytuacje między ustami a brzegiem pucharu. Z powodzeniem może tak spędzić całe życie. Omija trudności związane z bliskością, zobowiązaniami. Nie musi się dopasowywać do drugiej osoby. Ma tajną przepustkę, która czyni go nietykalnym. Bo on nie chce ani dawać, ani się zmieniać, woli brać i nie mierzyć się ze swoimi ograniczeniami. Jego wabik – intelekt, seks, twórczość, duchowość – przyciąga, ale jednocześnie jest uprzężą, która zachowuje dystans. To tak, jakby byty „on” i „ja” zakuć w dyby – nigdy się nie dotkną. Choć uwodziciel wydaje nam się być wymarzonym partnerem, to nigdy nim nie zostanie, bo nasza relacja nie ewoluuje.

Wieczne constans

W normalnych, bliskich relacjach ludzie się od siebie uczą, zmieniają, wspólnie przekraczają ograniczenia, dopełniają albo czerpią ze swoich podobieństw. Są ze sobą w prawdziwym kontakcie. Dzięki temu rozwijają się, każde z osobna i jako para.

Jakiegoś mężczyznę może w kobiecie pociągać na przykład to, że jest konsekwentna, poukładana, zorganizowana, miła, ciepła. I chociaż on jest bałaganiarzem, ona kocha w nim fantazję i spontaniczność. Jeśli są ze sobą blisko, on sięgnie do swojej bardziej uporządkowanej części, a jego partnerka zdobędzie się na odrobinę luzu. Potem on stanie się bardziej emocjonalny, a ona odważna.

Natomiast relacja z uwodzicielem jest ciągle taka sama. Po pewnym czasie niewiele nowego się w niej dzieje. Nie rozwija się. Dlaczego? Bo uwodziciel nie potrafi przekroczyć pewnej bariery. To, co zazwyczaj zdarza się w jednym związku, on przeżywa w kilku, z kilkoma partnerami – po to, żeby tylko do nikogo się zbytnio nie zbliżyć. To jego stała strategia.

Uwodziciele tworzą czasem strukturalnie silne więzi, tyle że nie dotykają one pewnego poziomu. Nie ma pełni. W ich relacji nie spotykają się dwa potencjały, bardziej ich obietnice. Wszystko jest zanurzone w jakiejś aurze, ale tak naprawdę nie dotyka doświadczenia. I nie dotyczy to tylko związków miłosnych, także przyjaźni czy innych znajomości. W nich nigdy nie osiągniemy pewnego pułapu.

Jak się bronić?

Kobieta, która naprawdę czuje się królową, nie potrzebuje uwodziciela, który jej to powie. Komplementy przyjmuje z dużą asertywnością – dziękuje z uśmiechem, bo wewnętrznie zgadza się z nimi. Natomiast jeśli nie ma wysokiej samooceny, łatwiej ulegnie uwodzicielowi. I nie zauważy oczywistości, że to, co jej oferuje, nie do końca jest szczere i prawdziwe, że coś tu po prostu trzeszczy.

Podstawą do ochrony przed uwodzicielem jest świadomość samego siebie. A także tego, co dzieje się ze mną, gdy słyszę jego słodkie jak miód obietnice. Jeśli ktoś mi mówi, że jestem dla niego jak Westalka, a moje oczy płoną niczym ognie odwiecznym płomieniem i robi to na mnie wrażenie – oznacza, że rzeczywiście potrzebuję tak się poczuć. Warto sobie wokół tego trochę pofantazjować, zastanowić się, jakie uczucia wzbudzają we mnie jego komplementy. Czy słysząc takie słowa, czuję się bardziej kobieca, seksowna, tajemnicza? Czy jeśli sama „stanę się” Westalką, uniezależnię się od jego słów? Przestanie mi być niezbędny? – to najlepszy klucz do budowania prawdziwych relacji.

Lampka alarmowa powinna się nam włączyć właśnie wtedy, gdy zauważamy, że potrzebujemy uwodziciela jak powietrza, że bez niego nie potrafimy funkcjonować. Zastanówmy się, co w nim takiego jest, co najbardziej podziwiamy. Jeśli cenimy go na przykład za ambicję czy odwagę, to może być to dla nas wskazówką, co powinniśmy zmienić w samych sobie. Bo uwodzi nas zwykle to, czego nam w życiu brakuje, a utwierdzają w tym – nasze kompleksy. Skoro nie wierzymy, że potrafimy być lepsi, bardziej przebojowi, wyluzowani, odważniejsi – to chcemy chociaż grzać się w cieple kogoś, kto naszym zdaniem posiada te wszystkie cechy. Jednak w ten sposób pozbawiamy się prawa do decydowania o własnym życiu, o tym, kim jesteśmy, do czego zmierzamy, co chcemy osiągnąć. Bo wszystko, czego pragniemy od świata, musimy znaleźć najpierw w sobie.

Nie taki straszny

Nie warto być ofiarą uwodziciela, ale dać się uwieść na chwilę, czemu nie? Mowa tu o flirtowaniu, czyli uwodzeniu na małą skalę. Można to robić na różne sposoby – z mężem, przyjacielem, nieznajomym, kolegą z pracy. Po co? Bo zabawa w rozsiewanie czaru jest ćwiczeniem w czerpaniu przyjemności z życia.

Gdy poobserwujemy siebie podczas flirtowania, zauważymy, że jesteśmy zupełnie inni niż na co dzień. Tak jakoś słodko się uśmiechamy, swobodnie rozmawiamy, z gracją poruszamy… Mamy ochotę inaczej się ubrać, a może nawet wyjąć farby i coś namalować… Czujemy się tak, jakbyśmy chcieli na chwilę zajrzeć do zaczarowanej komnaty. Jeśli pod wpływem tego, co zobaczymy, zmienimy siebie samych, być może ten czar zacznie działać w naszym życiu. I żaden uwodziciel nie będzie nam już do tego potrzebny.

Znajdujesz się w sidłach uwodziciela, jeśli:

  • w waszej relacji nie ma równowagi w braniu i dawaniu,
  • masz poczucie wykorzystania,
  • nie możesz liczyć na pomoc i swobodny kontakt,
  • długo trwa bolesny taniec zbliżeń i oddaleń,
  • dowiadujesz się, że podobną relację ma nie tylko z tobą,
  • zachowujesz się autodestruktywnie,
  • masz wrażenie, że dzieje się ciągle to samo, znajomość się nie rozwija,
  • doświadczasz powierzchownych, choć czasem gwałtownych emocji, nie prawdziwych uczuć,
  • czasem wydaje ci się, że ta historia nie wydarza się naprawdę,
  • brak ci bliskości drugiego człowieka.

  1. Psychologia

Co to znaczy być dziś feministą - pytamy psychoterapeutę Piotra Pietuchę

"Ja czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androgeniczny. W pewnym sensie ponadpłciowy" - mówi psychoterapeuta Piotr Pietucha. (Fot. archiwum prywatne)
Jeśli podchodziłbym do mojego związku rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. A ja powinienem być sfrustrowanym dupkiem – mówi Piotr Pietucha, psychoterapeuta, partner Manueli Gretkowskiej.

Co to znaczy być dzisiaj feministą? Już w samej deklaracji, że mężczyzna jest feministą, jest coś żenującego. Dla mnie to oczywistość, tak jakbym afiszował się z tym, że jestem normalnym człowiekiem, a nie półgłówkiem czy rasistą. Myślę, że w polskim świecie feminista oznacza nie tylko, że jesteś za równością i przeciw dyskryminacji, ale też, że nie jesteś seksistą, mizoginem ani patriarchalnym debilem. Natomiast w świecie normalnym, liberalnym i obyczajowo cywilizowanym, np. w Szwecji, gdzie żyją moi synowie, feminista oznacza rozgarniętego, wrażliwego faceta, który nie potrzebuje w żaden sposób tego podkreślać ani deklarować.

W Polsce mężczyźni też się z tym nie afiszują. Pytani o to, czy są feministami, odpowiadają zdziwieni: kim?! Nie wiem, co oznacza feminizm dla przeciętnego Polaka, jak on to sobie definiuje, odczuwa i jak sobie z tym radzi. Podejrzewam, że ma z tym kłopot. Dla mnie feminizm jest jednoznaczny z humanizmem. Jest wyrazem współcześnie pojmowanego człowieczeństwa. Być może wielu facetów rozumie to kompletnie inaczej. Feminista to dla nich symbol ,,miękkiszona’’, który poddaje się lub ulega kobietom, godzi się na tę fałszywą interpretację patriarchatu – że to mężczyźni zniszczyli świat, a teraz powinni się kajać. Część mężczyzn reaguje na feminizm wściekle alergicznie jako na przejaw kobiecej niezrozumiałej agresji, ataku na męskość.

To w jaki sposób rozpoznać w sobie, że jest się feministą? Już sam fakt, że ktoś ma potrzebę takiego rozpoznania, jest bardzo cenny. Świadczy o pewnym poziomie autorefleksji, mentalnym nadążaniu za współczesnością. Fajnie jest chyba mieć jakiś klarowny pogląd na tak ważny temat, nie być durniem, ślepym na połowę ludzkości.

Czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androginiczny. W pewnym sensie ponadpłciowy. A moja kobiecość, cokolwiek się pod tym słowem kryje, nie przeraża mnie, nie neguję jej. Nie zagraża mojej męskości, nie muszę być dzielny ani dumny ze swojego pawiego ogona. Maczyzm – czyli taka stereotypowa, przesadna męskość – to karykatura człowieka.

A może być tak, że facet z przekonaniem mówi: „jestem feministą”, a nieświadomie gotuje się w sobie, jeśli kobieta jest krok przed, a nie za nim? Świadoma nieświadomość, czyli nasza kultura, jest przesiąknięta mizoginią. Z jakiegoś powodu mężczyźni od zawsze czuli wrogość i niechęć do kobiet, bali się ich. Kobieca seksualność im zagrażała, dlatego chcieli ją zawłaszczyć, zdominować i kontrolować. To siedzi do dzisiaj w mężczyznach na nieświadomym poziomie. Kultura patriarchalna jest mocno przesiąknięta przekonaniem o naturalnej wyższości męskiej płci. Kobiety są gorsze – słabsze, grzeszniejsze, mniej rozumne. Zasługują więc na gorsze warunki i traktowanie. Tysiące lat takiej dominacji odcisnęły w umysłach obu płci ogromne piętno. Niestety, to siedzi także w kobietach, nawet w sposobie, w jaki wychowują chłopców. Widziałem sztandarowe feministki, które miały kompletnego fioła na punkcie swoich synków. W ich narcystycznej nadopiekuńczości było mnóstwo nieświadomego ubóstwienia męskiej płci, gruntującego w tych chłopczykach poczucie nie tylko wyjątkowości, ale lepszości. Jakie to może mieć skutki dla równouprawnienia i partnerstwa? Jak będzie funkcjonował ten niuniuś – prywatny ideał nowoczesnej mamusi – w przyszłości?

My z Manuelą, wychowując Polę, raczej nie programowaliśmy jej na jakieś mocne poczucie tożsamości płciowej, nie podkreślaliśmy jej kobiecości. A ona jednak, już jako malutka dziewczynka, odrzucała ze wzgardliwą niechęcią niektóre zabawki, książeczki, kolory jako ,,za bardzo chłopaczywe”. Ciekawe, gdzie tym nasiąkała?

'Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej' - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne) "Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej" - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne)

To jest chyba w powietrzu, w mentalnej atmosferze naszego świata. Wystarczy się rozejrzeć. Moja przyjaciółka obserwowała ostatnio grupę jedenastolatków na basenie. Wszystkie dziewczynki samodzielnie suszyły i czesały swoje długie włosy, a babcie były skoncentrowane jedynie na wnukach. Z suszarkami i grzebyczkami robiły cyrk wokół tych chłopców, jakby byli bezradnymi idiotami. Właśnie takie, często nieświadome zachowania, podkreślające ważność i uprzywilejowanie męskiej płci, spychają kobiety do podrzędności i uległości. Skazują od początku na zaradną, wymuszoną samodzielność. To jest bardzo mocny podprogowy przekaz. Uważam, że kobiety w Polsce dostają często podwójny, niemożliwy do spełnienia komunikat: „Musisz w siebie wierzyć i jednocześnie nie wierzyć. Masz być silna i niezależna, ale też uległa i słuchać swojego pana. Masz liczyć na siebie, umieć o siebie zadbać, ale nie wyobrażaj sobie szczęśliwego życia bez mężczyzny, wokół którego będziesz tańczyć”.

Komu udaje się wyjść z tego gadziego mózgu? Mężczyznom, którzy zdają sobie sprawę z nieuświadomionych stereotypów w sobie? Jestem wielkim fanem świadomości. Ona potrafi przenosić góry – nawet jeśli to góry stereotypowych śmieci. Wydobywa z bagna uprzedzeń. Daje kopa w dupę kompleksom, fałszywym przekonaniom. Pokazuje środkowy palec głupiemu, automatycznemu osądzaniu.

Weźmy mnie samego. Jeżeli podchodziłbym do mojego związku nieświadomie rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. Jest utalentowana, bogata, sławna i lepiej sobie radzi w życiu. I teraz jako mężczyzna, który żyje w jej cieniu, powinienem być sfrustrowanym dupkiem, który tylko udaje, że jest feministą i chce ją wspierać. Tak naprawdę siedzi w kącie, chlipie nad sobą i marzy o kobiecie, przy której będzie mógł brylować, ponapawać się własną męską zajefajnością. Dziękuję, ale nie mam takich potrzeb. Realizuję się po swojemu i jestem w tym spełniony. Uszczęśliwia i fascynuje mnie to, że potrafimy być szanującymi siebie nawzajem partnerami.

Jednak nieczęsto mężczyzna czuje się dobrze u boku silnej partnerki. Jak ci się to udało? Nikt nie jest do końca silny ani słaby. Co do Manueli, to pozytywnego kopa daje mi to, że zdobyłem jej wzajemność i jestem jej wart. Podziwiam ją i uwielbiam od pierwszego wejrzenia. Mimo życiowych niepowodzeń, związkowych porażek czy osobistej niepewności, nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej. Bo życiowy partner mówi o nas wszystko. Pokaż mi, z kim jesteś, to powiem ci, kim jesteś.

Czyli podstawą udanego, partnerskiego związku jest to, jak się czujesz sam ze sobą? Moim zdaniem tak. Partnerstwo, czyli dojrzała miłość, jest nagrodą za pracę nad sobą. Najpierw trzeba jednak uwierzyć w siebie, nie podkopywać własnej męskości i człowieczeństwa, tego poczucia, że jesteś okej. Później najważniejsza jest otwarta komunikacja. Taka nawet wulkaniczna jak w filmie „Malcolm i Marie”, dostępnym teraz na Netfliksie. Oglądamy w nim dwoje ludzi, którzy mają w sobie mnóstwo gniewu, niewdzięczności i niezrozumienia dla siebie nawzajem. Mają też siłę, żeby w otwarty sposób to z siebie wyrzucić. Jakie to piękne, oczyszczające! Lepsze niż fochy, zamykanie się czy zamiatanie bolesnych spraw pod dywan. Taka odważna, uczciwa walka o siebie jest też walką o związek. Nie prowadzi do rozstania, tylko do większej bliskości. Powoduje, że nie boisz się ani nie wstydzisz powiedzieć partnerowi, co cię boli. W końcu chodzi o to, żeby zrozumieć się nawzajem. Nie bać się prawdy, nawet kiedy jest nie do zniesienia.

Kobiety stały się też bardziej świadome, wymagające. Wiedzą, czego chcą, co im się słusznie należy. Jak do tych większych wymagań odnosi się feminista? Męska duma cierpi? Jest taki seksistowski dowcip, kiedy po kochaniu on ją pyta: „Miałaś orgazm?”. Ona odpowiada: „Nie”. On na to: „I co się mówi?”. Ona: „Przepraszam”. Ohydny sarkazm – bo niby on się interesuje tym, co ona przeżyła, a kiedyś faceci mieli to gdzieś. Ale nadal dbałość o kobiece spełnienie bywa dla wielu mało kręcąca. Teraz to się nieco zmieniło, oczekiwania i presja kobiet wzrosły, a mężczyźni są w defensywie. A one atakują: „Nie zrobiłeś tego, nie byłeś taki!”. Wyrzuty, pretensje, domaganie się. Jest w tym dużo agresji wobec mężczyzn. Nic dziwnego, nawarstwiała się wiekami. Mężczyźni źle się z tym czują, nie wiedzą, jak reagować. Co z tym zrobić? A jeśli odrobinę myślą, to wiedzą, że jest w tych wybuchach dużo słusznego gniewu. Głupio wtedy bystrej, świadomej kobiecie zaprzeczać. Udawać niefrasobliwego, zadowolonego z siebie idiotę, który nic nie kuma. Tak czy owak, faceci mają trochę przekichane.

Myślę, że łatwiej jest być feministą wobec koleżanki z pracy niż wobec partnerki. „Niech kobiety się realizują, ale jeśli moja kobieta za wiele energii wkłada w świat zewnętrzny, to czuję się niekochany”. To tylko świadczy o mężczyźnie. Powinien się zastanowić, skąd ta jego niepewność, ciągła potrzeba uwagi, troski i dominacji. Siła patriarchatu jest monstrualna, między innymi dlatego, że bywa wygodna i użyteczna dla mężczyzn. Oczywiście tylko pozornie, bo za te zacofane schematy też płacą ogromną cenę: nałogów czy przymusu bycia męskim, czyli często bezwzględnym i niewrażliwym, wypierającym uczucia emocjonalnym zakalcem.

Często myślimy, że po partnersku znaczy po równo. Ty zmywarkę, to ja pranie, a nie da się tak. Zawsze ktoś czuje się wyrolowany. To jest problem każdego, kto ma określoną ilość snu i energii. My z Manuelą również mieliśmy z tym kłopot, dopóki w pewnym momencie kategorycznie nie podzieliliśmy się obowiązkami. Teraz włączam  trzy zmywarki dziennie, wynoszę śmieci, piorę. Ale zakupy i sprzątanie, czyli coś, czego nienawidzę, mam w nosie. Gotujemy sobie sami, jemy o różnych porach. Nie prasujemy. I od kilku lat nie mamy poczucia, że ktoś kogoś wykorzystuje, kradnie mu czas czy energię lub jest bardziej uprzywilejowany. To typowo relacyjna rozkminka, obowiązki, ani lepsze, ani gorsze, ani męskie, ani kobiece, po prostu codzienne.

A jakich kobiet szuka feminista? Czy nie jest tak, że podobają mu się silne i niezależne, a później okazuje się, że tak naprawdę oczekuje od partnerki rozwiązania wszystkich swoich problemów? Jeśli trzymamy się mojej definicji feministy, czyli człowieka, który nie racjonalizuje swojego lęku przed kobietą, tyko jest w harmonii ze swoją animą, animusem i cieniem – to taki mężczyzna nie będzie szukał sobie partnerki matki, on już dorósł. Myślę, że wrażliwy, rozgarnięty człowiek szuka drugiego wrażliwego, rozgarniętego człowieka. I choć mam się za taoistę, to nie ortodoksyjnego – wcale nie uważam, że męskość jest aktywna i dominująca, a kobiecość bierna czy oddająca się. Widzę to jako anachronizm, który może czasem odnosi się tylko do naszej biologii, ekonomii hormonów, seksualności. W aspekcie humanistycznym, czyli ludzkim, już tak tego nie pojmuję. Bo nie ma silnych kobiet lub słabych mężczyzn. Wszyscy jesteśmy trochę silni i trochę słabi.

A jak definiujesz męskość? Nie miałem realnego wzorca mężczyzny, nie był nim mój ojciec. Miałem literackich i filmowych bohaterów, fantazje, wizje, tęsknoty, ideały. Męskie aspekty we mnie kultywowały sport, harcerstwo, zabawy w Indian. Byłem szczęściarzem, bo nigdy w swoją męskość nie wątpiłem. Mimo że byłem nieśmiały i delikatny, na swój sposób kobiecy, to podobałem się dziewczynom. Zaakceptowałem takiego siebie – swoją androginiczność uznałem za pełnię. Uważam, że stereotyp kobiecości i męskości bardziej nam dzisiaj przeszkadza niż służy. Na moim seminarium zapyta­łem kiedyś studentów, co jest najbardziej kobiecą, a co męską cechą. Uznali, że jest to – w obu wypadkach – opiekuńczość. To wymowne i symboliczne. W końcu opiekuńczość, czyli mądre dbanie o siebie i innych, to istota człowieczeństwa.

Piotr Pietucha, psychoterapeuta, autor książek "Stróż obłąkanych", "Dożywotni kochankowie", "Miłość klasy średniej". 

  1. Psychologia

Namiętność ma dwa oblicza – po czym poznać, że działa na naszą korzyść?

Inspiracja czy desperacja? - W którą stronę pchają cię emocje i uczucia? W stronę kreatywności, czy wypalenia i destrukcji? (fot. iStock)
Inspiracja czy desperacja? - W którą stronę pchają cię emocje i uczucia? W stronę kreatywności, czy wypalenia i destrukcji? (fot. iStock)
W języku polskim pojęcie namiętności najczęściej odnosi się do seksualności i zmysłowości. Wiąże się je ze stanem odczuwania do drugiej osoby silnego i nieodpartego uczucia, które powoduje utratę kontroli intelektualnej nad zachowaniem. Jednak definicja szerzej traktuje ten termin i określa namiętność jako stan silnego odczuwania emocji bądź jako uczucie skierowane ku danej pasji lub zainteresowaniu. Rzecz jasna, zainteresowanie to dotyczyć może innej  osoby lecz nie musi.

W języku polskim pojęcie namiętności najczęściej odnosi się do seksualności i zmysłowości. Wiąże się je ze stanem odczuwania do drugiej osoby silnego i nieodpartego uczucia, które powoduje utratę kontroli intelektualnej nad zachowaniem. Jednak definicja szerzej traktuje ten termin i określa namiętność jako stan silnego odczuwania emocji bądź jako uczucie skierowane ku danej pasji lub zainteresowaniu. Rzecz jasna, zainteresowanie to dotyczyć może innej  osoby lecz nie musi.

Namiętność to najlepsza pożywka dla literatury i filmu. Doskonale sprzedają się historie burzliwych związków i fabuły, w których bohater rzuca na szalę niemal wszystko, by osiągnąć namiętny cel. Ale czy to, co gwarantuje sukces na taśmie filmowej lub na kartkach książek, sprawdza się także w życiu?

Kiedy emocje zdają się władać nami bez reszty, droga prowadzi już do nieba lub do piekła. Możliwości pośrednich nie ma.

Można by przyjąć, że pierwsza możliwość przytrafia się nam, gdy traktujemy namiętność jako inspirację. I mimo że jest ona silna, to my mamy ją a nie ona nas. Zachowujemy nad nią kontrolę. Kiedy jednak to namiętność ma we władaniu nas - inspiracja zamienia się w desperację…

Zatem… czy kieruje tobą inspiracja czy desperacja? W jakim kierunku idą silne uczucia namiętności, które posiadasz?

Oto kilka zasad, które pomogą ci to zdefiniować (na przykładzie stosunku, jaki masz do swojego partnera/ partnerki):

  1. Osoba partnera stale obecna jest w twoich myślach. Możesz powiedzieć, że więcej myślisz o nim niż o sobie i własnych potrzebach.
  2. Wyobrażasz sobie przyszłość tylko z tą osobą. Bez niej życie nie wydaje się atrakcyjne.
  3. Twoje samopoczucie zależy od sytuacji w związku. Jeśli coś się nie układa, jesteś w dołku. Jest dobrze – rosną ci skrzydła.
  4. Dostosowujesz swój rytm do partnera, podporządkowujesz się jego planom, nie dbając o własne.
  5. Twój stan emocjonalny jest odbiciem stanu partnera. Jego zły nastrój nie pozwala, abyś ty był pogodny, jego zadowolenie jest źródłem twojego.
  6. Trudno ci zagospodarować wolny czas, kiedy nie jesteście razem. Większą jego część przeznaczasz na myślenie o was.
  7. Nie chodzisz sam/ sama do kina, na spacery, na spotkania z przyjaciółmi. Zaniedbujesz ich, aby być ze swoim partnerem.
  8. Jesteś zazdrosny/ zazdrosna. Wszelkie sytuacje, które wymykają się spod kontroli, budzą twój niepokój.
Jeśli identyfikujesz się z większością tych tez, twoja namiętność nosi znamiona desperacji.

Co zrobić, aby to zmienić?

  • Zauważ, że to jak żyjesz, jest skutkiem twojego wyboru.
  • Postaraj się wziąć odpowiedzialność za swoje życie i decyzje.
  • Zauważ wpływ przeszłości na to, kim jesteś, i staw jej czoła.
  • Poproś o pomoc
Kartezjusz proponuje złoty środek:
Całe szczęście i pomyślność naszego życia zależą od dobrego użytku, jaki zrobimy z naszych namiętności.
Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.