1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przeciwieństwa się przyciągają? Obalamy mit - ludzie różni od siebie nie powinni się łączyć w pary

Przeciwieństwa się przyciągają? Obalamy mit - ludzie różni od siebie nie powinni się łączyć w pary



Miłość składa się z trzech czynników: namiętności, intymności, zaangażowania. (Fot. iStock)
Miłość składa się z trzech czynników: namiętności, intymności, zaangażowania. (Fot. iStock)
Psycholog Robert Sternberg twierdzi, że miłość można przeżywać na wiele różnych sposobów. I żaden z nich nie jest lepszy ani gorszy. Ważne, by dobierać się na zasadzie podobieństw. Na czym polega indywidualna narracja o miłości – wyjaśnia dr Bartosz Zalewski z Uniwersytetu SWPS, psycholog, certyfikowany psychoterapeuta Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. 

W artykułach typu „para z 50-letnim stażem zdradza sekrety trwałego związku”, często pojawiają się takie wątki, jak wspólne zainteresowania, przyjaźń oraz wzajemna troska. Co jeszcze może zatrzymać partnerów przy sobie na dłużej? Wiele różnych rzeczy. Amerykański psycholog Robert Sternberg, który jest twórcą najbardziej znanej na świecie teorii miłości, kilkanaście lat temu wskazał 26 schematów przeżywania miłości, ale niedawno ogłosił, że już może ich opisać 50, a prawdopodobnie jest dużo więcej. Wśród nich są takie, jak miłość jako opowieść o dziele sztuki, o kolekcji, o szyciu, o teatrze...

Miłość jako opowieść? Co to znaczy? Swoją pierwszą teorię miłości Sternberg ogłosił w latach 80. XX wieku. Uznał, że miłość składa się z trzech czynników: namiętności, intymności i zaangażowania, co potem rozwinął prof. Bogdan Wojciszke. W międzyczasie Sternberg pogłębił swoją teorię i dołożył do niej drugą część, w której miłość jawi się jako opowieść. Odniósł się w niej do bardzo ważnych odkryć psychologii poznawczej z początku XXI wieku, które mówią, że podstawowym sposobem zapisywania informacji o świecie społecznym i o sobie jest schemat narracyjny, czyli opowieść z udziałem bohatera, który czegoś pragnie i żeby to osiągnąć, musi pokonać pewne przeszkody. A świat mu w tym pomaga albo przeszkadza... Jeśli pokaże się ludziom trzy trójkąty na białej ścianie, to zbudują wokół nich jakąś historię. I skoro jest to podstawowy sposób przetwarzania informacji, to miłość również mamy zapisaną w sobie jako pewną opowieść. Robert Sternberg dowiódł, że takich opowieści jest wiele, czyli choć na poziomie społecznym próbujemy w jakiś sposób generalizować ideę miłości, to indywidualnie przeżywamy ją w bardzo różny sposób. I te różnice są na tyle silne, że osoba, która operuje określonym schematem, może się nawet nie zorientować, jeśli zacznie się do niej zalecać osoba o zupełnie innym schemacie, ponieważ będzie przetwarzać jej zachowania, słowa i wszelkie niewerbalne sygnały zgodnie ze swoją opowieścią. 

Zatem weźmy pierwszy przykład: miłość jako dzieło sztuki. Na czym polega ten schemat? Akurat ta opowieść to ciekawy przykład na to, jak Sternberg odstygmatyzowuje pewne przekonania. Jest to bowiem miłość oparta na atrakcyjności partnera, w której ważna jest dobra prezencja, ale to wcale nie znaczy, że partnerzy mają mieć wygląd modeli, mieć piękne dzieci, dom jak z obrazka, dwa psy i luksusowy samochód... Piękno można przeżywać na wiele sposobów, ważna jest wspólna troska o estetykę otoczenia oraz wygląd swój i tej drugiej osoby. Jeśli widzę, że moja ukochana stara się upiększyć nasz dom, zadbać o siebie w sposób, który oboje uważamy za atrakcyjny, to czuję, że ona mnie kocha, i jeśli ja chcę wyrazić miłość – zachowuję się podobnie. 

Sternberg doszedł do wniosku, że ludzie łączą się w stałe pary na zasadzie podobieństw opowieści, więc do osoby z zakorzenionym schematem opowieści o miłości jako dziele sztuki być może pasowałby partner, dla którego miłość to opowieść o przepisach kulinarnych, według której związek ma szansę powieść się, jeśli czynności będą wykonywane w określony sposób. Odstępstwo od przepisu to ryzyko dla związku. Oba te schematy łączy przekonanie, że w związku liczą się działania zwiększające jego estetykę. 

A z kim taka osoba najmniej mogłaby się dogadać? Na przykład z tym, dla kogo miłość będzie opowieścią historyczną, co Sternberg opisuje w następujący sposób: „Zdarzenia tworzące związek składają się na niezapomnianą historię. Jej przechowywanie i wzajemne opowiadanie nieustannie jest dowodem miłości”. Taka osoba wspominałaby z sentymentem podróż sprzed 10 lat, a ta pierwsza w ogóle nie usłyszałaby tej opowieści, bo widziałaby na przykład odrapane ściany w pokoju... Możemy sobie natomiast wyobrazić, że do schematu historycznego pasowałaby wizja miłości jako opowieści o ogrodzie, zgodnie z którą związek należy nieustannie pielęgnować i doglądać. Wspomnienie podróży mogłoby skłonić osobę hołdującą temu schematowi, żeby zaproponować inny wyjazd, który wygeneruje przestrzeń do kolejnych wspomnień. Stworzyłoby to poczucie pewnej komplementarności. Oczywiście to wszystko są tylko hipotezy, bo za takim łączeniem się w pary nie stoją żadne badania...

Jest jeszcze opowieść o kolekcji. Tak, która mówi, że partner pasuje do uogólnionego schematu. Ma mieć określone właściwości, cechy, drogę życiową. I im bardziej tak jest, tym bardziej osoba z taką wizją miłości jest spokojna i zadowolona. 

Czyli model ślicznej pary, ślicznych dzieci i dwóch psów? Na przykład. Ale niekoniecznie! Pożądanym partnerem może być po prostu ktoś, kto lubi przygody, albo odwrotnie – jest spokojny, ustabilizowany. Kolekcja nie musi oznaczać zgodności z jakimkolwiek społecznym modelem. 

Przywołał pan również schemat przeżywania miłości jako opowieści o szyciu. Jak można ją opisać? Sternberg pisze: „miłość jest tym, co z niej stworzysz”.

 Kilka miesięcy temu pisaliśmy w SENSie o psychologii indywidualnej. Jej twórca Alfred Adler twierdził, że można pokochać każdego. Czy takie twierdzenie wpisuje się w ten właśnie schemat przeżywania miłości? Adler pisał w latach 40. XX wieku, jego myśl wpisywała się w jedną z wielkich idei tamtych czasów. Dziś trzeba by ją przełożyć na nowo. Ostatnio wiele mówi się o bezpiecznych i pozabezpiecznych stylach przywiązania. I rzeczywiście osoba z bezpiecznym stylem przywiązania nie ma jednej tzw. drugiej połówki pomarańczy na świecie, ona może zakochać się w różnych osobach, bo i tak do słów i zachowań partnera będzie dodawała pozytywne treści, związane z uczuciowością i namiętnością. Ale wiadomo też już, że jeśli zwiąże się z osobą z pozabezpiecznym stylem przywiązania, to mimo wszelkich pozytywnych interpretacji, po pewnym czasie wycofa się z takiej relacji, ponieważ tamta osoba będzie co jakiś czas uciekała, raniła, niszczyła związek. Możemy więc powiedzieć, że ci, którzy umieją kochać, wiążą się z podobnymi do siebie, a nie z tymi, którzy mają w tym obszarze zamieszanie. Tacy ludzie także łączą się na zasadzie podobieństw, choć wierzą, że jest inaczej i dzięki temu zostaną uleczeni. Czyli wracając do tezy Adlera, dziś bym się z nim nie zgodził.

O czym więc jest ta opowieść o szyciu? To opowieść, która zakłada świat wolności, w którym jesteśmy kreatorami. Wspólnie ustalamy, jak chcielibyśmy ułożyć swoje życie, i miłość wyraża się poprzez stosowanie się do tego, co zostało wymyślone. Osoba, u której dominuje taki schemat, będzie mniej zainteresowana partnerem wyznaczającym jej, na czym dokładnie ma polegać miłość. Na przykład osobie, której przyświeca schemat miłości jako przepisu kulinarnego, powie: „Nie, przecież musimy to wszystko odkryć”.

A opowieść o teatrze? Miłość jest teatrem, ma scenariusz, są akty, sceny i dialogi. Jest pewnym odgrywaniem. W tym schemacie partnerzy zgadzają się na to, że miłość składa się z pewnych etapów, rytuałów. Chodzi o pewne wspólne postrzeganie aktów, które będą potem opiewane w opowieści. Na przykład zaręczyny powinny odbyć się w jakiejś formie, a narzeczeństwo oznacza okres pewnych zmagań, przybliżania się, ale i wątpliwości. Teatr obejmuje także możliwość dynamicznych wahań.

W pierwszej chwili nie zabrzmiało to najlepiej... Nie, dlaczego? Sternberg nie ocenia związków, mówi, że każdy z nich może być dobry albo zły. Krytykuje normatywne podejście do miłości, w którym zakłada się określone charakterystki, i partnera, którym im nie odpowiada, uważa za nieudolnego albo miłość za niewłaściwą. Mnie normatywność także mniej interesuje, bo jako terapeuta chcę, żeby coś działało praktycznie. 

Czy  opowieść to nie jest po prostu jakieś przyzwyczajenie? Bo pierwsza miłość tak wyglądała, bo zawsze tak robiliśmy... Przyzwyczajenie sugerowałoby, że możemy przeżywać miłość na wiele różnych sposobów i przyzwyczajamy się do jednego. Tymczasem Sternberg twierdzi, że mamy do dyspozycji dwie opowieści, z których jedna jest dominująca. Schematy narracyjne zapisują coś, co subiektywnie przeżywamy jako prawdę, i jeśli ktoś będzie chciał nas przekonać, że jest inaczej, to po prostu się z nim nie zgodzimy. To jest bardzo silne i nieświadome. Kiedy pacjenci trafiają na terapię, bo coś nie gra, staramy się odkodować te nieświadome treści i dotrzeć do źródła takiej narracji. Wtedy pojawia się okno modyfikacji. Nie możemy więc mówić o przyzwyczajeniu, bo wystarczyłoby je przeprogramować, a to są trwałe wzorce wewnętrzne, więc nawet po zmianie partnera sposób przeżywania miłości pozostaje ten sam. 

Badania nad związkami o wysokiej jakości pokazują, że liczy się podobieństwo na poziomie wartości. (Fot. iStock) Badania nad związkami o wysokiej jakości pokazują, że liczy się podobieństwo na poziomie wartości. (Fot. iStock)

Czy bez pomocy terapeuty można zorientować się, jaka opowieść o miłości dominuje w nas? Jeśli chodzi o typy miłości Sternberga, to wydaje się, że każdy może w miarę łatwo rozpoznać, który typ – jeden bądź dwa – jest mu najbliższy. Można obserwować swoje zachowania, ale najpewniej większość z nas wybierze to intuicyjnie. Gorzej ze stylem przywiązania, szczególnie jeśli chcielibyśmy go w sobie zmienić. Ludzie zwykle nie wiedzą, jaki styl mają. Osoby ze stylem bezpiecznym nie potrzebują się tym interesować, po prostu wszystko działa. Ci z pozabezpiecznym zwykle mają nadzieję, że ich życie miłosne się ułoży i dopiero z czasem czują, że ciągle „coś idzie nie tak”.

Jak powstaje taka narracja o miłości? Dominująca ilość badań wskazuje, że podstawowa matryca doświadczania bliskości, na której potem dobudowuje się szczegóły doświadczenia, powstaje mniej więcej do czwartego roku życia. To ona wskazuje, po czym rozpoznać bliskość – kiedy ona jest duża, kiedy jest mała, do czego dążyć, czego unikać. Większość z nas ma dość dobrą matrycę, która prawidłowo funkcjonuje, ale u niektórych prowadzi ona do problemów w odczuwaniu bliskości. 

A na ile można ją zmienić? Trudność leży w tym, że aby ją zmienić, trzeba dostrzec coś nowego, a to jest niemożliwe, bo właśnie matryca decyduje o naszej interpretacji. Od lat 50. XX wieku do początku lat dwutysięcznych uważano, że poza terapią albo doświadczeniami granicznymi podstawowa matryca jest niezmienna. W terapii wygląda to tak, że jeżeli ktoś ma bardzo złe doświadczenia bliskości wyniesione z domu i z sukcesem przejdzie terapię, to u niego te trudności poważnie się zmniejszają, a jego dzieci nie muszą się już zmagać z tym problemem. Czyli świadome przetworzenie tego w sobie uwalnia kolejne pokolenia. Wiadomo też, że doświadczenie wojny zmienia styl przywiązania z bezpiecznego w pozabezpieczny. Badania społeczne pokazują, że traumy wojenne przechodzą przez trzy pokolenia, kształtując związki rodzinne. W ostatnich latach ukazują się jednak prace wskazujące, że styl przywiązania może się także zmienić spontanicznie – z pozabezpiecznego w bezpieczny lub odwrotnie, jednak nie wiadomo, jak to się dzieje.

Wspominał pan o tzw. drugiej połówce pomarańczy. Ale chyba dziś  już wiemy, że nie ma tylko jednej drugiej połówki... To także wiąże się ze stylem przywiązania. Osoby z pozabezpiecznym stylem przywiązania częściej chcą znaleźć tę jedyną osobę, bo ukoi ich lęki. A w praktyce znajdują taką, która nie ukoi... Natomiast w bezpiecznym stylu przywiązania nie chodzi o to, kogo ja znajdę, ale jak kocham. Badania wskazują, że osoby z bezpiecznym stylem przywiązania w stanie zakochania nie mentalizują w związku, czyli nie próbują dokładniej wyobrażać sobie świata wewnętrznego drugiej osoby, jej myśli i uczuć. Są spokojne. Z kolei osoby z pozabezpiecznym stylem przywiązania bardzo starają się poznać wnętrze partnera, ale w funkcji kontroli. Nie czują się bezpiecznie, bo są przekonane, że ta druga strona je skrzywdzi. Pozostaje tylko odkryć: kiedy i jak? I przeciwdziałać.

Robert Sternberg nie wskazuje, który schemat przeżywania miłości daje szansę na udany związek. A co mówią na ten  temat inne badania? Badania nad związkami o wysokiej jakości pokazują, że liczy się podobieństwo na poziomie wartości. Podobne hobby? Wspólna praca? Różnice temperamentów? To wszystko nie przesądza o tym, czy związek będzie szczęśliwy. Jedynie poziom wartości daje spójne rezultaty. Ludzie o bardzo różnych czy wręcz sprzecznych wartościach mają trudno, a różnice pojawiają się od samego początku. Czyli w tym znaczeniu powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają – niespecjalnie działa. Sternberg się z tym zgadza i mówi, że ludzie dobierają się na zasadzie podobieństwa swoich dominujących opowieści o miłości. Nic dziwnego, skoro wiadomo, że jedną z podstawowych funkcji schematów narracyjnych jest nadawanie sensu wydarzeniom. Każda opowieść o miłości wyrasta zatem z zakodowanych w niej fundamentalnych wartości.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobieta wyzwolona i domator – jak się rozwijać w związku, kiedy się różnimy?

Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Wyobraźmy sobie, że kobieta z tego przykładowego związku jest osobą aktywną, ciągle coś wymyśla, jeździ, poznaje, rozpoczyna. Mężczyzna, który traci dla niej głowę, to domator, lękający się zmian. Zachwyca się, że ona jest taka ruchliwa i sobie fantazjuje, że będzie wspaniałą żoną, matką i będą tworzyć cudowne domowe ognisko.

Na początku, kiedy jest jeszcze fascynacja, zazwyczaj wszystko idzie gładko. Kobiecie przez chwilę odpowiada klimat domowy, a mężczyzna od czasu do czasu daje się namawiać na wypady za miasto. W wersji idealnej, gdyby mieli dość siły wewnętrznej, on mógłby odkryć w sobie chęć większego działania w strefie erosa - dostać skrzydeł i robić rzeczy, których sam nigdy nie miał śmiałości nawet zacząć. Z kolei kobieta mogłaby odkryć, że nie musi być zawsze silna i działająca, tylko czasem może usiąść sobie w fotelu albo zrobić pyszny makaron i odczuwać z tego powodu radość i odprężenie. Taki rozwój wypadków w życiu nie zdarza się jednak często. Można założyć, że ten układ po fazie zakochania będzie przechodził kryzys. Jeżeli mężczyzna nie będzie w stanie przejść swojego progu na to, żeby być bardziej aktywny ani też nie zmusi kobiety, żeby była bardziej bierna, zacznie się między nimi walka.

Takie trudności są czasem nie do pokonania. Może się okazać, że dla mężczyzny z naszego przykładu ten związek jest za słabą siłą, żeby zaczął działać. Nie wyrwie go z poczucia, że on się nie nadaje się do ekspansji. Może został wychowany w rodzinie, w której ojciec był całkowicie podporządkowany matce. Jego kobieta też wcale nie musi się pod jego wpływem uspokoić. Może w jej rodzinie i matka, i wszystkie babki były aktywne. Za tym zwykle kryje się jawna lub ukryta krytyka przeciwstawnego modelu. Kobieta mogła słyszeć coś takiego - „Żebyś nie była taka jak ta Kryśka, co już z trzecie dziecko ma i nic z życia, zobaczysz, jak skończysz tak jak ona, to facet cię wystrychnie na dudka a ty będziesz siedziała w domu w garach”. Cały system takich przekonań rodzinnych, ale też kulturowych skutkuje ograniczeniami, które blokują, ograniczają nasz rozwój. Jeśli dla mężczyzny z naszego przykładu ważne jest, by zacząć działać na zewnątrz, jest duża szansa, że gdy rozstanie się z tą, za chwilę zakocha się w podobnej kobiecie. Pozna ją, kiedy właśnie u cioci lepi pierogi ale za chwilę oświadczy mu, że wybiera się w podróż dookoła świata. To będzie jego kolejne podejście i może się okazać, że jest ono łatwiejsze niż poprzednie, bo będzie już w innym punkcie swojego rozwoju.

Co robić, kiedy wchodzimy w fazę trudności, konfliktów i nasz związek zaczyna wyglądać beznadziejnie? Gdy nie ma energii, aby zmienić związek, ani żeby z niego wyjść, pojawia się stan depresji albo zaczynamy szukać innego partnera lub partnerki. Czasem różnica między ludźmi jest za duża a indywidualne progi za wysokie, żeby w danym związku coś się dopełniło. W każdym jednak czegoś się uczymy, coś integrujemy. Bo to, na jakiego trafiamy partnera, zależy od tego w jakim punkcie rozwoju jesteśmy. Czasami warto jest dopuścić do siebie myśl, że to nie partner jest paskudny, tylko może to, co mnie w nim denerwuje, jest dla mnie czymś ważnym. Może warto zastanowić się dlaczego dostaję szału, bo on tylko ciągnie mnie do łóżka. Może uważam, że w życiu powinnam tylko poświęcać się rodzinie i w związku z tym daję dużo przestrzeni na wymiar miłości zwany caritas, a seks zaniedbuję? Taki kierunek myślenia jest najbardziej rozwojowy, ale także najtrudniejszy, bo konfrontuje nas z naszymi kompleksami, ograniczeniami. Zmusza nas do tego, żebyśmy zrobili coś więcej niż tylko zmienili partnera. Do takiego myślenia zachęcałabym w sytuacji, kiedy podobny układ powtarza nam się w kolejnym związku.

Czasem jest tak, że potrzebujemy innego partnera, bo z obecnym już niczego nowego, ważnego dla nas nie doświadczymy. Podam przykład. Wchodzę w związek z mężczyzną, który odkrywa przede mną wspaniały świat seksu i jest mi cudownie. On natomiast poznaje przy mnie co to znaczy być kochanym, zaopiekowanym, wspieranym. Przez jakiś czas wszystko jest super, ale nagle stwierdzam, że to już, że on nic więcej przede mną nie otworzy, a ja też nie mam mu już nic więcej do dania. To jest ten moment, że pewne jakości się dopełniają i albo pojawi się coś nowego, co będziemy odkrywać w tym związku, albo zaczną nas fascynować inni partnerzy. Cały czas mówimy o wymiarach indywidualnych, natomiast pozostaje jeszcze pytanie jak to działa w związku jako całości, bo pewne obszary są wspólne dla nas obojga. Często pary mówią - my to uwielbiamy się kochać, czyli dla nich ważny jest seks, inni - największym sensem naszego życia są dzieci, co oznacza, że nacisk kładą na caritas. To są wymiary, w których oboje czujemy się komfortowo, natomiast zawsze są też takie, które dla nas obojga są trudniejsze. Kiedy jest kryzys w związku, warto się zastanowić co się dzieje w tych obszarach, których w naszym życiu nie ma lub które są najsłabiej reprezentowane.

Często jednak latami tkwimy w jakimś jednym schemacie i potrzeba poważnego kryzysu, żeby to zauważyć. I czasami jest już za późno, bo jedna ze stron nie chce już niczego. Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, fajnie mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. Umieć stanąć za sobą. Często jest tak, że blokujemy się, myślimy – nie ma co o tym mówić, on i tak mnie wyśmieje, nie zrozumie, to wcale nie ważne. Niemożliwe jest przecież, żebyśmy zostawili dzieci i pojechali na weekend nad Biebrzę albo cały dzień spędzili w łóżku. A dlaczego nie?

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.

  1. Seks

Jak walczyć z egoizmem w sypialni?

Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Najlepsze relacje seksualne tworzą ci, którzy znają swoje pragnienia, potrafią o nich mówić i dążyć do ich realizacji, ale też umieją przesunąć je na drugi plan i skierować reflektor na potrzeby partnera. O tym, jak wiele złego może wyrządzić w sypialni źle rozumiany, przesadny egoizm mówi seksuolożka prof. Marią Beisert.

Co możemy zrobić, jeśli trafimy w łóżku na partnera, który myśli wyłącznie o sobie?
Jeśli jest to osoba narcystyczna, to trzeba mieć świadomość, że dla niej spojrzenie na seks czy związek z innej perspektywy niż własna może być niemożliwe. Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. To dwie strony tego samego medalu. Pakiet.

Jednak nie każdy, kto w łóżku myśli tylko o sobie, jest Narcyzem.
Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy dopiero zaczynają życie seksualne, dość często w seksie biorą pod uwagę tylko siebie, bo wydaje im się niemożliwe, by druga osoba przeżywała coś innego. Swoje wyobrażenia o potrzebach partnera budują więc na tym, czego sami potrzebują. Ten problem wynika z braku wiedzy i jest bardzo prosty do rozwiązania – wystarczy zacząć się komunikować. Można mówić wprost: „ja potrzebuję tego i tego”, „lubię to i to”, „bawi mnie to i to” albo położyć rękę drugiego człowieka tam, gdzie trzeba, pokazać, jaki ruch ręką jest odpowiedni czy zmienić pozycję.

Niektórzy uważają, że seks z instruktażem jest gorszy.
Tak, tak, że jest mniej spontaniczny, obdarty z tajemniczości… To wynika z dość powszechnego, ale fałszywego wyobrażenia, że dobry seks jest wtedy, gdy dwie osoby rzucają się na siebie i osiągają orgazm w tym samym momencie. Nie muszą się dostosowywać, bo wszystko samo się układa, pasuje jak w puzzlach. Tyle że w życiu tak się zwykle nie dzieje, więc jeśli ludzie chcą mieć przyjemność w seksie, dobrze, by zaczęli komunikować swoje potrzeby.

A jeśli to pokaże, że pragną czegoś zupełnie innego? Na przykład jedno chce uprawiać seks bardzo często, a drugie bardzo rzadko. Kto ma ustąpić?
Wcześniejsze podejście terapeutyczne skłaniało się ku rozwiązaniu, by osoba o mniejszym temperamencie dostosowywała się do partnera, który ma większe potrzeby. Dzisiejsze wskazuje raczej odwrotny kierunek. Ja myślę, że wszystko zależy od kontekstu i tego, co dla każdego z partnerów oznaczałoby dostosowanie się do drugiej osoby. Jak duży koszt każdy z nich musiałby ponieść. Akurat kwestia różnych temperamentów jest jedną z najtrudniejszych do rozwiązania i, niestety, nie zawsze, nawet przy najlepszych chęciach obu stron, da się znaleźć dobre wyjście.

Porozmawiajmy więc o różnych poglądach na antykoncepcję. Powiedzmy, że mężczyzna chce, by kobieta brała tabletki, a kobieta woli, żeby stosowali prezerwatywy.
Trzeba się dowiedzieć, co stoi za każdą z potrzeb. Może na przykład kobieta woli prezerwatywy, bo boi się, że zapomni wziąć tabletkę i zajdzie w ciążę, ale ostatecznie daje się namówić na wysiłek związany z pilnowaniem regularnego przyjmowania leków, bo uznaje, że nie jest to wielkie poświęcenie. A może jest przeciwna antykoncepcji z powodów religijnych i branie pigułek byłoby dla niej rezygnacją z istotnych wartości.

Rozumiem, że dobra relacja seksualna wymaga tego, by wiedzieć, kiedy odpuścić, uznać: „To ustępstwo wiele by kosztowałoby mojego partnera, więc ja ustąpię, bo dla mnie to niewielki wysiłek”?
Tak. Taka elastyczność jest bardzo ważna. Nie chodzi jednak o rezygnację, która pojawia się wtedy, gdy ktoś w seksie rezygnuje z zaspokajania swoich potrzeb, bo czuje, że nie ma innego wyjścia, na przykład jest zależny od partnera ekonomicznie i sprzeciw mógłby oznaczać stratę dachu nad głową – to jest bardzo niszczące, rodzi bierną agresję i wielkie pretensje. Chodzi o akceptację, czyli sytuację, w której ktoś godzi się, by jego potrzeby nie były w danym momencie zaspokojone i nie doznaje z tego powodu krzywdy. Wie, że też coś na tym rozwiązaniu zyskuje. To jest zdrowa sytuacja.

Może pani podać przykład takiej akceptacji?
Pracowałam kiedyś z młodą parą. Jej zależało na seksie oralnym, na który on nie miał ochoty, a jemu na seksie analnym, który z kolei jej nie sprawiał przyjemności. Ostatecznie, trochę żartując, ustalili, że będzie na zmianę – raz seks oralny, raz analny. Oboje coś odpuścili, bo byli przekonani, że nagroda jest atrakcyjna, a koszt niezbyt wysoki. Oczywiście nie doszłoby do tego porozumienia, gdyby jedno z nich było skrajnym egoistą, bo dla takiej osoby każdy wysiłek jest zbyt duży do poniesienia. Miałam w przeszłości takiego pacjenta. Lubił, niby mimochodem, cytować swojego dziadka: „Nie rób nikomu dobrze, nie będzie ci źle”.

Co na to jego partnerka?
Najpierw skarżyła się na brak gry wstępnej, bo mąż bardzo szybko się podniecał, dążył do penetracji, miał szybko orgazm i od razu kończył wszelkie działania. W końcu odeszła do innego mężczyzny. Mąż miał szansę, by temu zapobiec, ale nie chciał się zgodzić na żadne modyfikacje kontaktów seksualnych. Mówił, że nie chce ingerować w naturalną reakcję swojego organizmu i na propozycję, by tuż po orgazmie starał się jak najszybciej doprowadzić do kolejnego stosunku, odpowiadał: „Ja już wtedy nie mam ochoty i nie będę się zmuszał!”.

Nadal wielu jest mężów, którzy sądzą, że kontakt seksualny służy głównie zaspokojeniu potrzeb mężczyzny?
Jest ich coraz mniej, ale to oni najgłośniej krzyczą, że współczesne kobiety powariowały, bo mają jakieś życzenia i żądania w seksie. Są zaskoczeni, że mieliby się do czegokolwiek w łóżku dostosowywać. Kiedyś mężczyzna nadawał kobiecie wyższy status, czynił ją na przykład panią dyrektorową, i oczekiwał, że w zamian dostanie seks na swoich warunkach. Ale dziś ona może odpowiedzieć: „Co z tego, że ty mnie czynisz panią dyrektorową, skoro ja cię czynię panem profesorowym?”. Nie każdy mężczyzna potrafi pogodzić się z tym, że kobiety wyraźnie mówią: „Tego i tego potrzebuję. Chętnie się dowiem także, czego ty potrzebujesz”. I to jest zdrowe. Dbanie o własne potrzeby to baza, która pomaga zbudować dobrą relację, także seksualną. Przecież jeśli widzimy, że partner nie czerpie radości z seksu, sami też czujemy dyskomfort. Pod warunkiem oczywiście, że nie idzie to w narcyzm. Poza tym mówienie o swoich potrzebach uatrakcyjnia życie seksualne. Stwarza pole dla nowych doznań. Ktoś może nie wpadłby na jakiś pomysł w seksie, a dzięki temu, że partner wystąpił z inicjatywą, może poszerzyć wiedzę o sobie, o tym, co lubi i pragnie.

Zastanawiam się, czy w związku z przemianami społecznymi i kulturowymi trzeba jeszcze kobiety przekonywać, że w łóżku mają prawo myśleć o swoich potrzebach?
Jestem przekonana, że tak, bo zmiany, o których mówimy, nie dotyczą jednak całego społeczeństwa. W Polsce wciąż dość silna jest kultura patriarchalna, w której kobieta przyzwoita to ta, która nie myśli o swoich potrzebach, tylko koncentruje się na tym, by partnerowi było przyjemnie. Niektóre kobiety świadomie stawiają siebie na drugim miejscu, bo chcą w ten sposób przywiązać do siebie mężczyznę albo zyskać poczucie, że postępują zgodnie z normami, zachowują się tak, jak należy. Są też takie, które teoretycznie przyznają, że również mają prawo dążyć do przyjemności w seksie, ale jednocześnie mocno w nich tkwi to, co wpojono im w dzieciństwie – że mądra żona nie myśli o sobie, tylko o tym, jak zatrzymać męża. Ten konflikt między tym, co podpowiada nam zdrowy rozsądek, a tym, co mamy wdrukowane, może być bardzo trudny do pokonania. Dlatego jestem przekonana, że nadal bardzo ważna jest edukacja i przypominanie, że każdy człowiek ma prawo realizować swoje potrzeby seksualne.

Są relacje, w których to kobiety nie szanują seksualnych potrzeb partnera?
Oczywiście. Narcystycznych kobiet są całe bukiety. Jest też grupa, która uważa, że ich potrzeby seksualne są ważniejsze i powinny być zaspokajane w pierwszej kolejności. Te kobiety oczekują, że mężczyźni będą się wokół nich uwijać, i to najlepiej bez instrukcji. Ich podejście wynika z przekonania, że kobieca seksualność jest wyjątkowa i skomplikowana, a męska nie wymaga uwagi. Mówią: „Facet zawsze się jakoś zaspokoi”.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą też żyć w przekonaniu, że to, czego chcą w seksie, się nie liczy, bo oni sami są mało ważni.
Zwykle są to ludzie, których potrzeby w dzieciństwie nie były zaspokajane albo były zaspokajane w nieodpowiedni sposób czy w nieodpowiednim momencie, np. musieli jeść, mimo że nie byli głodni. Czasem słyszeli: „Nie ma: chcę. Są obowiązki”. Takie doświadczenia mogą potem utrudniać czerpanie radości z życia i z seksu. Jeśli jednak trafią na dobrego partnera, który powie: „Zajmijmy się wreszcie tobą” albo będzie często dociekać, co im sprawia przyjemność, mają szansę nauczyć się rozpoznawać swoje potrzeby i dbać o ich zaspokojenie. Wiedza na temat własnej seksualności rozbudowuje się przecież z każdym kolejnym kontaktem erotycznym. Nikt nie rozpoczyna życia seksualnego z pełną świadomością swoich pragnień i preferencji.

  1. Psychologia

Aloha znaczy miłość. Kilka słów o filozofii huna i masażu lomi lomi nui

W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
Ta ceremonia to coś więcej niż relaks i przyjemność. To czułość w najczystszej postaci. Jedni porównują ją do bycia łagodnie obmywanym przez wody oceanu, inni – do troskliwego dotyku matki lub zmysłowych objęć kochanka. Joanna Przybyła, która specjalizuje się w hawajskim masażu lomi lomi nui, wyjaśnia, jaka filozofia stoi za tymi wszystkimi doznaniami.

Ja po prostu stwarzam przestrzeń akceptacji i czułości. Chcę, by osoba masowana czuła się bezpieczna, zrelaksowana i otoczona miłością – to esencja ceremonii lomi lomi nui – mówi terapeutka holistyczna Joanna Przybyła. Celem jest lekkość, miękkość, przepływ. W miękkim ciele może bowiem płynąć swobodnie MANA, czyli energia życiowa, w innych systemach nazywana praną, qi lub czi. Sam masaż też jest płynny, z dużą ilością olejków i posuwistymi, niemalże tanecznymi ruchami osoby masującej. – Niektórzy mówią, że ten dotyk jest jak fale oceanu, ja widzę w nim ruchy żółwia oceanicznego, który w majestatyczny sposób rozgarnia wodę swoimi wielkimi płetwami – wyznaje. To bardzo intensywna praca mięśniowo-powięziowa. Pracuje się przedramionami i dłońmi na dużych partiach mięśni oraz na stawach, wykonując właściwie jeden podstawowy ruch, ale w różnych konfiguracjach. – W przekładzie „lomi lomi nui” można rozumieć jako „dotyk miękką łapą zadowolonego kota” – śmieje się terapeutka.

W ten właśnie łagodny, niespieszny sposób (ceremonia masażu trwa zwykle około dwóch godzin) rozpuszcza się zastoje, zlokalizowane w napiętych mięśniach czy zastygłych stawach. Miękkość ma się pojawić we wszystkich strukturach – bo jeśli puścimy kontrolę ciała, to i umysł będzie mógł się uwolnić. Rytuał jest płynny i lekki także dlatego, by łatwiej mogła się podczas niego ujawnić intencja, z jaką przychodzimy.

Bo lomi lomi nui to masaż intencyjny. Zaczyna się go od małej ceremonii, sam na sam ze sobą, w pokoju do masażu. Swoją intencję trzeba poczuć i ją wyrazić. A wcześniej dobrać ją z myślą o naszym najwyższym dobru – to może być na przykład intencja większej harmonii w naszym życiu, uzdrowienia, zamknięcia tego, co złe, spokoju ducha, większej radości, nowej miłości... Joanna Przybyła prosi, by z tą intencją zapalić świeczkę, która będzie się paliła podczas całego masażu. – Chodzi o to, by to puścić, by poszło to z lekkością. Poczuć w ciele, jak się już manifestuje – temu też służy masaż – tłumaczy.

Na początku terapeutka pyta masowanego, czy życzy sobie, żeby zaintonowała dwie modlitwy, obie po hawajsku. Pierwsza to „Aumakua”. Samo słowo znaczy: wyższe „ja”. W modlitwie prosi się je, by zesłało na masowaną osobę wodę życia i żeby jej intencja mogła się zamanifestować. AUMAKUA to nasz duch opiekuńczy, który potrafi uzdrawiać i ma wielką moc, ma też kontakt z Bogiem, naturą, wszechświatem, źródłem – jakkolwiek ten byt chcemy nazwać. Akurat Hawajczycy są mocno związani z naturą, ona dla nich jest bogiem, można więc uznać, że to prośba skierowana do niej.

Druga modlitwa to „Noho ane ke akua”, w której Joanna odwołuje się do bogini Laka, opiekunki tancerzy hula. Bo osoba, która masuje, jest tak naprawdę tancerzem hula. Taniec hula ma specyficzne kroki i sposób poruszania się. Osadzenie nisko na kolanach i rozbujane biodra symbolizują połączenie z energią ziemi. W tańcu i podczas masażu kroki są te same. – Dlatego dla mnie lomi lomi nui to rodzaj medytacji w ruchu – mówi terapeutka.

Ceremonii towarzyszy też hawajski klimat – muzyka, olejki, wyższa temperatura powietrza. Osoba masowana leży na gumowanym prześcieradle, ułatwiającym wykonywanie ruchów masujących pod ciałem. Jest bez bielizny, pareo przykrywa jedynie miejsca intymne, które nie są dotykane. Joanna omija też piersi – skupiając się jedynie na przestrzeni pomiędzy nimi. Zaczyna od pleców, karku i tyłu nóg, masuje łagodnymi, ale zdecydowanymi ruchami. Po chwili podnosi rękę, jedną i drugą, oraz nogi, trzeba nimi bardzo delikatnie poruszyć w stawach, tak jakby masowany płynął żabką.– Najlepiej, gdy w żaden sposób nie pomaga mi podczas podnoszenia jego ręki czy nogi, bo w ten sposób całkowicie poddaje się masażowi – mówi terapeutka. – To uczy tego, jak zaufać drugiej osobie na tyle, by przestać kontrolować to, co robi z naszym ciałem. Im bardziej odpuścimy tę kontrolę, tym więcej skorzystamy. Ale kiedy czuję, że ciało wyhamowuje, że nie ma jeszcze tego pełnego poddania, traktuję to z szacunkiem. Widocznie nie jest jeszcze na to gotowe, ale może ta lekkość za jakiś czas się pojawi. Może ciało odnajdzie wreszcie przyjemność w odpuszczeniu kontroli.

Nowa przestrzeń życia

Zgodnie z nurtem Aloha International, organizacji, w której kształciła się Joanna Przybyła i z ramienia której jest też nauczycielką, masaż lomi lomi nui łączy filozofię huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów z tańcem hula oraz kinomaną, czyli pracą poprzez ciało. – Ciało jest bramą do naszej świadomości, ale jest też domem dla myśli, jak mówi huna. Ono jest naszym drogowskazem, przewodnikiem. Tym bardziej powinniśmy o nie dbać – tłumaczy terapeutka. Musimy je nakarmić, ubrać, zadbać, by było mu ciepło – tylko wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować. Dopiero kiedy zadbamy o swoją przestrzeń fizyczną, będziemy w stanie pomyśleć o czymkolwiek innym. Dlatego szanujmy nasze ciało, słuchajmy, co do nas mówi, żeby nie musiało krzyczeć.

Co ciekawe, w masażu i filozofii huny tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. – Kiedy mówię o tym ludziom przed masażem, to potem wyznają, że podczas ceremonii mocno tego doświadczali. Plecy, pośladki, łydki, kark – te rejony mamy zwykle najbardziej spięte. Niektórzy mówią, że kiedy podczas masażu stopniowo się rozluźniały, czuli, jakby się wreszcie otwierali na swoją przyszłość. Na to, że może być piękna i służąca – opowiada Joanna. – Czasem dla kobiet trudny jest moment, kiedy z brzucha obracam je na plecy i widać ich piersi. Na poziomie bardzo intuicyjnym, płynącym z serca, czuję, jakby wstydziły się swojej przeszłości. Ale w trakcie masażu to się zmienia. Słyszę, że robią głęboki wdech i wydech, jakby odpuszczały to, co było. Chciałabym, by zrozumiały, że nasza przeszłość, jakakolwiek była, jest do uznania, czułego spojrzenia na nią, zaopiekowania się nią. To już minęło, nie zmienimy tego, nasze przeszłe doświadczenia, nawet jeśli wymagające, pozwalają po przetransformowaniu osadzić się w mądrości i mocy.

W trakcie masażu często pojawiają się łzy wzruszenia. Poczucie, że był to bardzo osobisty moment. – Kobiety mówią, że nigdy nie okazały sobie tyle czułości, ile dostały ode mnie. Mężczyźni wyznają, że nie pamiętają, by ich matka była dla nich kiedykolwiek tak dobra jak ja. Też odczuwam to wzruszenie. Dla mnie to piękny taniec duszy z duszą, ciała z ciałem – mówi Joanna Przybyła.

I dodaje, że ważny jest też moment, w którym schodzi się ze stołu do masażu. Warto zwrócić wtedy baczną uwagę na swoje kroki, bo w tym momencie wchodzi się w zupełnie nową przestrzeń swojego życia.

Joanna Przybyła, terapeutka holistyczna, praktyk i nauczycielka masażu lomi lomi nui. Specjalizuje się też w terapiach dźwiękiem. Więcej informacji na www.kalejdoskopth.pl.

  1. Psychologia

Jakie cechy mężczyźni lubią u kobiet? Perfekcjonizm czy naturalność...

Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Ryzykując pokazanie się facetowi taką, jaka jesteś możesz zyskać go naprawdę, na długo. Udając kogoś innego, kogoś łatwego w życiu i przyjemnego do patrzenia skazujesz siebie na to, że cały czas trzeba będzie ten wizerunek pielęgnować i poświęcać mu dużo czasu i wysiłku.

Na pewno faceci mają kilka ulubionych cech u kobiet, ale chyba po prostu są to cechy, które są doceniane zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn. Do nich można zaliczyć: poczucie humoru, optymizm, ciekawą osobowość, dojrzałość emocjonalną, poczucie własnej wartości.

Najważniejsze, żeby najpierw polubić siebie i swoje wady, a nie tylko zalety! Żeby potem móc polubić kogoś innego, również z jego zaletami i wadami.
Jeżeli masz takie wysokie oczekiwania w stosunku do siebie – to nie będziesz też akceptować normalności i wad u mężczyzny – to obusieczna broń.

To, ile jesteśmy w stanie dać swobody innym – tyle możemy dać akceptacji sobie. I odwrotnie!
Nie pytaj więc, jak możesz być atrakcyjniejsza dla facetów, tylko jak być sobą w relacji z facetami..,

  • Mężczyzna może się w tobie zakochać, jeśli pokażesz mu siebie. Jeżeli będziesz się starała byś perfekcyjna, to zakocha się w idei, o ile w ogóle się zakocha, a nie w tobie.
  • Jeżeli pozwolisz mu na to, żeby mężczyzna się zakochał w koncepcie ciebie idealnej, to jesteś zamknięta w celu, w jaskimi, w klatce własnego wizerunku.
  • Bycie w tej celi oznacza, że musisz umniejszać swoje prawdziwe "ja" cały czas. Oznacza, że będziesz coraz bardziej rozgoryczona i ściśnięta.
  • Dlaczego tak się dzieje? I co powoduje, że kobiety same zamykają się w więzieniu, nie mówią i nie pokazują siebie, a co gorsze - boją się siebie?
  • Bierze się to z tego, że przez dłuższy czas lub całe życie twoje pragnienia nie były ważne i nikt nie zachęcał cię żebyś je okazywała, a wręcz przeciwnie: Twoje pragnienia były nieważne, a ty żeby przeżyć, musiałaś być nieobecna.
  • Kobiety z takim syndromem są często bardzo pomocne, chętne do dawania, bardzo miłe, chętnie do uśmiechu, wyglądają bosko, tak też się prezentują, a w środku jest lęk, że ktoś odkryje, że nie są takie świetne, że mają fałdkę na brzuchu.
  • Uwierz, że mężczyźni chcą poznać ciebie, a nie twój obraz ciebie. Bo przy kobiecie, która akceptuje się ze wszystkim i potrafi być wyluzowana i normalna - oni także mogą poczuć się swobodnie.
  • Musisz budować granice, a nie mieć ich coraz mniej, a twoje pytanie brzmi, jakbyś jeszcze i tę resztkę chciała usunąć.
  • Budowanie granic to uczenie się tego, co lubisz lub nie lubisz, chcesz lub nie chcesz, godzisz się lub nie godzisz, a potem okazywanie tego. Dla przykładu takie stwierdzenie "Nie lubię, jak mężczyzna moich marzeń mnie ignoruje. Nie chce być ignorowana". To jest hasło do ciebie, o tobie, to nie jest hasło, które ma zmienić jego. Jest związane z tobą. Ty musisz najpierw wiedzieć, czego nie chcesz i nie zgadzać się na to.
  • Masz się uczyć poznawać swoje potrzeby i wyrażać je. Wprost.
  • Z czasem będzie cię coraz bardziej drażnić, że nie masz czegoś, co chcesz lub masz coś, co cię nie spełnia. Coraz lepiej będziesz wiedziała, co robić. Ale na to potrzeba czasu, bo też przez długi czas zagłuszałaś swoje pragnienia.
  • Wracając do twojego pytania. Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. Ta sama wada u jednej kobiety jest zaletą według innego faceta. Trzeba trafić na swojego, na tego, który będzie lubił twoje duże biodra, to że śpisz do południa i to że lubisz się kochać po kilka razy dziennie lub odwrotnie.
  • To co jest ważne, to bycie sobą i stanie za sobą. Taka kobieta jest bardzo atrakcyjna, gdyż związek z nią ma duże szanse być długi i spełniający. Kobieta, która umie powiedzieć: "Nie, dziękuję" jest dla mężczyzny atrakcyjna. Oznacza, że jest silna i dba o swoje potrzeby przez co on nie musi się bać, że ją skrzywdzi.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, wyd. Zwierciadło.