1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Agresor - nastawienie „przeciwko ludziom”

Agresor - nastawienie „przeciwko ludziom”

fot.123rf
fot.123rf
Wiedzie życie dobrze naoliwionej maszyny, jego celem jest władza, prestiż i uznanie, a po drodze wykorzystuje innych. Może grać dobrego kompana, na krótko jednak. W końcu zacznie demonstrować gniew i wydawać rozkazy. Wydaje się, że nie zna ograniczeń. To nieprawda, dotyczą one umiejętności kochania i sztuki cieszenia się życiem.

Typ agresywny przyjmuje za rzecz oczywistą, że każdy jest nastawiony do niego wrogo. Życie jest dla niego walką wszystkich ze wszystkimi, w której każdy powinien dbać o własną skórę. Ale nie zawsze się z tym zdradza. Swoje nastawienie skrywa za pozorną grzecznością, dba o sprawiedliwość i gra dobrego kompana. To „fasada” podyktowana względami czysto praktycznymi. Tak naprawdę to on ma roszczenia wobec świata. I to jakie! Przede wszystkim pragnie pełnić przywódczą rolę. Jeśli nikt tego nie kwestionuje, obdarza bliźnich odrobiną szczerej życzliwości. U jednostek agresywnych każde działanie nakierowane jest na bycie i stawanie się osobą „twardą”, a przynajmniej na stwarzanie takich pozorów.

Agresor żyje w przekonaniu, że świat jest areną walki o byt, a przeżyć mogą tylko najlepiej przystosowani. Często cechuje go intelektualne podejście do życia, oparte na wierze w to, że cel można osiągnąć poprzez rozumowanie czy przewidywanie. On brutalnie walczy o własny interes, z czego wynika jego głęboka potrzeba kontrolowania otoczenia. Może przybierać ona różne formy: od bezpośredniego użycia siły, poprzez manipulację do zobowiązywania ludzi do jakichś działań. W każdym przypadku chodzi o wykorzystanie drugiego człowieka. Są różne odcienie agresorów, jedni wolą pozostać szarą eminencją i pociągnąć za sznurki z ukrycia, drudzy po prostu jawnie dominują. Zawsze jednak mają w sobie pragnienie akceptacji, uwielbiają być wychwalani. Ktoś taki zawsze chce być lepszy od innych, pragnie osiągnąć sukces, prestiż i uznanie. Zewnętrzny poklask jest podstawą jego subiektywnego poczucia siły. On lubi odpowiednią pozycję w społeczeństwie. Na całościowy obraz osoby, którą Karen Horney, niemiecka psychoanalityczka i psychiatra, uważa za agresywny typ neurotyczny, składa się silne pragnienie przechytrzenia drugiego i zrobienie z niego uległego narzędzia. Agresor na każdą życiową sytuację, a zwłaszcza relację, patrzy z pytaniem: „A co ja z tego będę miał?”. Jemu się wydaje, że wszyscy tak robią, a zatem trzeba to robić skuteczniej niż inni. „Niech każdy martwi się o siebie” - myśli sobie agresor.

Agresor nie przyzna się do strachu, należy to podkreślić. Gotów jest podjąć najbardziej drastyczne środki, żeby go opanować. Jeśli boi się jazdy konnej, będzie ją uprawiał, a z lękiem wysokości latał na paralotni. W czasie sporu, jakiejś dyskusji nie da się zaskoczyć i pokonać. Zawsze pragnie zwycięstwa, bo nie umie przegrywać. Przyznanie się do błędu, według niego, to niewybaczalny przejaw słabości, a może nawet totalna głupota. Jest realistą, to często dobry strateg, starannie ocenia swoje szanse, siły przeciwników i możliwe zasadzki. Trzeba przyznać, że jest skuteczny i zaradny. Dla niego jest konieczne, żeby się za takiego uważał. We wszystko co robi, wkłada zapał, zdolności. Często jest cenionym pracownikiem, zwykle dobrze radzi sobie w działalności na własny rachunek. Praca jest dla niego jednak środkiem do innego celu, bo on nie znajduje w niej prawdziwej przyjemności. Warto pamiętać, że agresor wyklucza z życia wszelkie uczucia. Po co, pojawia się pytanie. By wieść życie dobrze naoliwionej maszyny, produkującej dobra mające przysporzyć więcej władzy i prestiżu. A uczucia tylko w tym mogłyby przeszkodzić. Mogłyby skusić go, by odwieść go od pracy. Agresor mógłby na przykład poczuć radość, płynącą z kontemplacji przyrody czy sztuki albo towarzystwa przyjaciół. Zapomniałby o ich przydatności do realizacji zamierzeń.

Osoba typu agresywnego sprawia wrażenie pozbawionej ograniczeń. Może dopominać się o realizację swych życzeń, wydawać rozkazy, demonstrować gniew, bronić się zaciekle. Jednak ograniczenia ma. Leżą one w sferze emocjonalnej, a dotyczą zdolności podtrzymywania przyjaźni, umiejętności kochania, obdarzania uczuciem, rozumienia drugiego człowieka i sztuki cieszenia się życiem. Bo to strata czasu. Uczucia uważa za ckliwy sentymentalizm. Owszem, bywa zakochany, może oddawać się romansom a nawet wstępować w związek małżeński, ale miłość nie odgrywa w jej życiu istotnej roli. Najfajniej byłoby dla agresora być z partnerem bogatym, atrakcyjnym, prestiżowym.

Co ciekawe agresor siebie postrzega jako silnego, uczciwego i realistycznie patrzącego na świat. Siłę bowiem myli z bezwzględnością, brak zainteresowania drugim człowiekiem to dla niego uczciwość, realizm natomiast - zimna realizacja własnych celów. Na jego szczere, przyjazne nastawienie możemy liczyć, kiedy agresor uzna i uszanuje naszą siłę. Dlaczego z taką gwałtownością odrzuca łagodniejsze ludzkie uczucia? Dlaczego gardzi współczuciem? Jednocześnie jednak przyjmuje takie zachowanie z pewnym zadowoleniem, bo kogoś słabego łatwiej wykorzystać. Dla osoby typu agresywnego każdy przejaw zrozumienia drugiego człowieka czy konieczność bycia dobrym lub uległość wobec innych grozi zburzeniem fundamentów, na których zbudował swoje życie. Ujawniłby wówczas nierozwiązany wewnętrzny konflikt między siłą a słabością, które nie są zintegrowane i szkodzą rozwojowi. Trzeba głębokiej pracy terapeutycznej, by te dwie niepożądane tendencje zsumowane z sobą stworzyły upragnioną jedność.

Więcej w książce Karen Horney, Nasze wewnętrzne konflikty, wydawnictwo Rebis

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gniew zdetonowany

Złościć się wolno, a nawet trzeba, bo niewyrażony, tłumiony gniew zwróci się przeciwko tobie, w umyśle i w ciele. (Fot. iStock)
Złościć się wolno, a nawet trzeba, bo niewyrażony, tłumiony gniew zwróci się przeciwko tobie, w umyśle i w ciele. (Fot. iStock)
Jeśli nie potrafisz powstrzymać wzbierającej w duszy fali, daj jej ujście w twórczy sposób. Pozwól, by stała się twoją nauczycielką.

Naukowcy ze Stockholm University udowodnili związek między chorobami serca u mężczyzn a ukrywaniem przez nich złości. Panowie, którzy odruchowo tłumią gniew (np. w reakcji na konflikt w pracy), są dwukrotnie bardziej narażeni na zawał i problemy z krążeniem. Niewyrażona złość manifestuje się także migrenami i bólami brzucha. Badacze z University of Michigan, którzy przez ponad 17 lat obserwowali 192 małżeństwa, doszli do wniosków, że jeśli partnerzy mają skłonności do tłumienia złych emocji, ryzyko przedwczesnej śmierci wzrasta dwukrotnie bardziej niż u par, które się na siebie złoszczą.

Nie oznacza to oczywiście, że mamy prawo reagować agresją. Ale złościć się wolno, a nawet trzeba, bo niewyrażony, tłumiony gniew zwróci się przeciwko tobie, w umyśle i w ciele. Przyzwolenie na złość może się kłócić z twoim wizerunkiem miłej osoby, jaki być może chciałabyś zachować przed innymi i samą sobą, ale nie dając kontrolowanego upustu gniewowi, działasz przeciw sobie. Co zatem możesz zrobić? Wybierz najwłaściwszy dla siebie sposób.

Skieruj energię gdzie indziej. Złość to potężna siła sprawcza, pod jej wpływem całe ciało przygotowane jest do zrywu – krew napływa do mózgu, zwiększa się refleks i polepsza koncentracja (stąd wyjątkowa zdolność do zjadliwej błyskotliwości), wydziela się adrenalina zmuszająca do działania. Zamiast atakować innych, możesz tę ogromną energię skierować na aktywność fizyczną:

  • wyjdź na szybki spacer lub pobiegaj,
  • złap za odkurzacz, umyj okna, skop ogródek,
  • sięgnij po farby lub kredki – namaluj swoją złość,
  • tańcz, skacz,
  • zgniataj kulki z gazety – możesz nimi rzucać o ścianę,
  • z braku innych pomysłów możesz uderzać ręką w poduszkę.
Potraktuj złość jak nauczyciela. Za złością skrywają się zazwyczaj inne uczucia – ból, wstyd, słabość, strach. Tak manifestuje się bezradność lub niezgoda, gdy ktoś przekracza nasze granice. Pema Cziedryn, mniszka buddyjska, nauczycielka medytacji i pisarka, uważa, że emocje, w tym strach, zazdrość czy złość, to posłańcy od losu, którzy z ogromną precyzją wskazują nam, duchowym wojownikom, gdzie są przeszkody dla naszego rozwoju. Co trzyma nas w miejscu? Co nas przeraża? Przed czym uciekamy? A gdy już minie złość, zastanów się, co możesz zmienić w swoim życiu, by w podobnej sytuacji już się nie denerwować (np. zadbać o swoje poczucie ważności, wycofać się z raniących relacji itd.). Bądź przy tym dla siebie pełna zrozumienia i życzliwości, nie wyrzucaj sobie winy. Unikanie konfrontacji z emocjami sprawia, że urastają do ogromnych rozmiarów i potem z byle powodu wybuchają, niszcząc wszystko wokół. Dostrzegaj więc przesłanie złości, zastanów się, czego chce cię nauczyć. Co mówi o tobie i twoich niezaspokojonych potrzebach?

Nazywaj i informuj. Jeśli kłótnia wisi w powietrzu, nazywaj swoje emocje, zanim wybuchną, informuj o nich drugą osobę, powiedz np.: „Czuję, że wzbiera we mnie złość, muszę odejść na pięć minut, żeby się uspokoić”. Albo: „Jestem zła, więc przełóżmy tę rozmowę”, „Widzę, że się złościsz, wróćmy do tematu za kilka chwil”. Jeśli druga osoba wybucha i podnosi głos, powiedz spokojnie, ale stanowczo, że nie będziesz niczego uzgadniać w takiej atmosferze. Zaproponuj spotkanie za 5–10 minut. Jeśli to nie pomaga, po prostu wyjdź.

Wybaczaj. Innym, ale i sobie. Próbuj chociaż, ucz się wybaczania. Pamiętaj, że za twoimi lub czyimiś wybuchowymi reakcjami kryją się często głębokie zranienia, rany z przeszłości.  Złościmy się z obawy przed cierpieniem. Ale gdy zdejmiemy zbroję i przestaniemy walczyć, damy sobie szansę, by rany się zagoiły.

Zmień nastawienie. Amerykański badacz stresu Richard Carlson uważa, że 80 proc. naszej złości wytwarzamy my sami. W książce „Nie zadręczaj się drobiazgami” radzi, m.in.:

  • Zaakceptuj fakt, że pewne rzeczy się nie udają.
  • Nie czyń innych odpowiedzialnymi za własne niepowodzenia.
  • Zapomnij o tym, że wszystko musi być perfekcyjne – ty również nie musisz.
  • Nie trwaj uparcie przy swoim zdaniu. To kosztuje zbyt dużo energii. Naucz się odpuszczać.
  • Pamiętaj, że kto szuka błędów, ten je znajdzie.

  1. Styl Życia

Decyzja Trybunału wywołała w Polakach gniew - cytaty z wypowiedzi autorytetów

Symbolem protestu stał się czerwony piorun. (Fot. Rafał Milach/Forum)
Symbolem protestu stał się czerwony piorun. (Fot. Rafał Milach/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
"Nienawiść rodzi nienawiść, agresja rodzi agresję". Te słowa Siostry Małgorzaty Chmielewskiej zapadają głęboko w serce, są jak czerwona błyskawica, która stała się symbolem tysięcy protestujących Polek i Polaków po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji.

Zamęt, który widać na ulicach panuje również w naszych sercach i umysłach, dlatego postanowiliśmy przyjrzeć się temu, co o bieżącej sytuacji mówią i piszą nasze autorytety, osoby których zdanie jest ważne dla wielu Polek i Polaków.

Siostra Małgorzata Chmielewska

„Walkę o życie trzeba zacząć od wsparcia tych, którzy ciężar takiego trudnego życia mają nieść. Wtedy wybór życia będzie łatwiejszy. Los osób niepełnosprawnych i rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi jest większości społeczeństwa i rządzącym obojętny” - napisała siostra Małgorzata Chmielewska.

Żródło: Facebook Chleb Życia - Siostra Małgorzata Chmielewska Żródło: Facebook Chleb Życia - Siostra Małgorzata Chmielewska

Z bloga Siostry Małgorzaty Chmielewskiej: "Proszę Was, ja stara kobieta. Nie używajcie przemocy w walce o cokolwiek, co uważacie za słuszne. Nie dajcie się sprowokować do przemocy. Nie dajcie się złu. Jeśli uważasz, że to, o co walczysz jest dobrem, nie używaj zła do osiągnięcia celu. Dość pogardy, obrzucania się błotem, nienawiści. Proszę, nie zadawajcie bólu, nawet jeśli czujecie się skrzywdzeni. Nie depczcie tego, co dla innych jest święte lub po prostu ważne. Tak nie wygrywa Prawda i Dobro. Nienawiść rodzi nienawiść, agresja rodzi agresję".

Olga Tokarczuk

"Religijny fundamentalizm zawsze niósł tylko cierpienie, tortury i śmierć. Znamy to już z historii. Pamiętacie próbę wody? Podejrzaną o czary kobietę wiązano i wrzucano do wody. Jeżeli uratowała się, sąd uznawał ją za winną. Kiedy zaś tonęła, była niewinna i odzyskiwała szacunek. Podobnie dziś - bez winy i godne szacunku mają być te kobiety, które zostaną skazane na urodzenie zdeformowanego i/lub niezdolnego do życia dziecka.

Rządzący uwikłali polskie państwo w inkwizycyjne prawo. To kolejna odsłona wojny prowadzonej od wieków przez patriarchat przeciwko kobietom, tym razem pod pretekstem ochrony życia. Obsesyjna nienawiść do kobiet, do ich ciała, kompulsywna potrzeba kontroli seksualności i rozrodczości, bierze się z przeczuwanej własnej słabości. Patriarchat to kolos na glinianych nogach.

Nie oszukujmy się - ten system cynicznie będzie wykorzystywał każdy moment kryzysu, wojny, epidemii, żeby cofnąć kobiety do kuchni, kościoła i kołyski. Prawa kobiet nie są dane raz na zawsze. Musimy ich strzec, jak każdej innej zdobyczy poszerzającej zakres swobód obywatelskich i ludzkiej godności. Od dziś wszyscy jesteśmy wojowniczkami."

Facebook Olgi Tokarczuk

Fot. Facebook Olgi Tokarczuk Fot. Facebook Olgi Tokarczuk

Martyna Wojciechowska

"Wstydzę się przed kobietami, którym tyle opowiadałam, że się da, że mogą wszystko, że muszą walczyć o swoje prawa. Wstyd mi przed całym światem, że żyję w kraju, w którym nie przestrzega się praw człowieka. I jestem przerażona tym, jaki los szykujemy dla córek. M. (z felietonu dla "Wysokich Obcasów")

Małgorzata Kożuchowska

- Ludzie, którzy kierują się dekalogiem i wierzą w to, co niesie ze sobą wiara w Boga, wiedzą, jaki powinien być wybór i dla nich on jest prosty. Natomiast nie możemy zapominać, że w Polsce i na świecie żyją nie tylko tacy ludzie jak my, oni mają inne zdanie, wyznają inne wartości, nie wierzą. Oni również mają prawo do szacunku – stwierdziła Małgorzata Kożuchowska w programie „Wydarzenia” na antenie stacji Polsat.

Jerzy Owsiak

"Do Jarosława Kaczyńskiego. Czy uważa Pan, że tysiące policjantów rozwiąże problem, który Pan stworzył w Polsce? Czy uważa Pan, że potraktowanie gazem łzawiącym głównie kobiet, które demonstrowały przed Pana domem, jest skuteczną na to odpowiedzią? Że tylko siłowa i coraz bardziej bezwzględna akcja policji da Panu poczucie, że problemu nie ma? Historia Polski jest naszpikowana podobnymi zdarzeniami i zawsze jest to kwestia czasu - takie działania kończą się klęską. Proszę o powstrzymanie tej eskalacji zła i nienawiści z pańskiej strony! Proszę ustąpić i wycofać się z polityki - przeprosić Polki i Polaków i zrobić wszystko, aby zakopać ten topór wojenny!"

Maciej Stuhr

— Te sześć godzin znów obudziło we mnie wiarę i nadzieję. Zobaczyłem przechodzącą obok mnie siłę, entuzjazm i potworną wściekłość. Autentyczną wściekłość tysięcy młodych ludzi — mówił w rozmowie z "Vivą" aktor, pytany o to, co czuł, kiedy utknął w samochodzie wśród tłumu protestujących.

                                     

Stuhr ocenił, że u młodych ludzi "jest wiara, potężna siła", a szczególnie u kobiet rozbudziło się coś, czego szczególnie brakowało opozycji przez pięć lat. — Czekaliśmy na coś takiego, co nas zmobilizuje, zjednoczy i da swój bardzo konkretny, ostry, mocny i autentyczny, podkreślam to słowo, głos i wymiar — powiedział.

Prof. Ewa Łętowska

"W czasie zarazy fundujemy sobie coś, co skłóci część społeczeństwa. Sędzia orzekając zawsze powinien mieć na względzie skutki, jakie ma jego orzeczenie. Mam wrażenie, że tych skutków chyba w odpowiednio dalekowzroczny sposób nie wzięto pod uwagę - mówiła w "Faktach po Faktach" w TVN24 profesor Ewa Łętowska, pierwsza Rzecznik Praw Obywatelskich i sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, odnosząc się do orzeczenia TK w sprawie aborcji.

- Nie chcę tu teraz wchodzić w nierozstrzygalną kwestię - wybór czy "pro life". Ale chcę powiedzieć co innego - że sędzia orzekając zawsze powinien mieć na względzie skutki, jakie ma jego orzeczenie - dodała.

Ks. Adam Boniecki

„Wyrok TK wywołał gwałtowny sprzeciw. Tysiące protestujących wyszło – mimo pandemii – na ulice. Pytacie, przeciw czemu protestują? Przecież nie przeciw dopuszczaniu do urodzenia dzieci niepełnosprawnych.”

Szczepan Twardoch

"(...) Szansę na powodzenie ma protest radykalny w swojej retoryce, ale też radykalnie pokojowy. Białoruś, nie BLM. "Wypierdalać" tak, bo to hasło proste, nośne i treściwe, "to jest wojna" - już niekoniecznie, przynajmniej z tej prowincjonalnej perspektywy (...)".

Zbigniew Hołdys

"Gdy my, mężczyźni, mówimy "kobieta", każdy widzi w swojej głowie kogoś innego. Każdy ma jakiś utajniony ideał, często spowity snem, marzeniem, wyobrażeniem - nie konkretem. Kiedy dziś protestują, mówimy "dzielne", "piękne", "wspaniałe", "odważne", "najważniejsze". Ja też tak mówię, codziennie, o swojej żonie. Ale jednocześnie nic o ich świecie nie wiemy.

Przeczytałem wywiad Angeliki Swobody z Remigiuszem Grzelą o jego książce "Z kim tak ci będzie źle, jak ze mną" o związku niezwykłej aktorki Kaliny Jędrusik z pisarzem Stanisławem Dygatem, a w nim taki fragment:

"Kiedy urodziła dziecko, które nie przeżyło, zabrał je ze szpitala i pochował. Nigdy nie powiedział Kalinie, gdzie to zrobił, bo uważał, że nie powinna tego wiedzieć. Nie pozwolił jej też pożegnać się z dzieckiem i przeżyć żałoby. Właśnie dzisiaj brzmi to donośnie: facet decydujący o prawie kobiety, jej głosie, nawet o jej prawie do żałoby. Beznadziejnie okrutne. Kilka osób mówiło mi, że Kalina wracała do tego, podobno mówiła o córeczce "Ewa". I że żałuje, że nawet nie może pójść na jej grób."

  1. Psychologia

Agresja u dziecka - o czym świadczy i jak reagować?

Agresja u kilkulatka nie bierze się znikąd. Lepiej potraktować takie zachowania dziecka jak wołanie o pomoc. (fot. iStock)
Agresja u kilkulatka nie bierze się znikąd. Lepiej potraktować takie zachowania dziecka jak wołanie o pomoc. (fot. iStock)
Wszystko było w najlepszym porządku i nagle, bez żadnej wyraźnej przyczyny, z przedszkola czy szkoły zaczynają docierać do ciebie uwagi o agresji u dziecka.

Bije, gryzie, kopie, popycha, wyśmiewa albo przezywa. „Moje dziecko? To niemożliwe!” – dziwi się wiele mam. A jednak to jak najbardziej możliwe i może się zdarzyć każdemu, nawet najspokojniejszemu dziecku świata.

Kiedy po raz pierwszy słyszysz, że twoje dziecko uderzyło, kopnęło, przezwało kolegę, najczęściej myślisz, że to pomyłka. Być może tak jest istotnie: to tylko incydent. Druga uwaga na temat agresji dziecka musi jednak oznaczać bezwzględne zajęcie się tym problemem. Bagatelizowanie agresji dziecka jest bowiem wyrządzaniem mu krzywdy.

Każde agresywne zachowanie, to wielka prośba: „Mamo, nie radzę sobie”. Bagatelizując problem agresji dziecka, zostawisz je samo z wielkim ciężarem.

Co robić, gdy dziecko zachowuje się agresywnie?

1. Pozbyć się wstydu. Nie jesteś złą mamą tylko dlatego, że twoje dziecko kogoś ugryzło czy opluło. Będziesz nią, jeśli się nad tym problemem nie pochylisz.

2. Spojrzeć na życie swojego dziecka pod kątem, czy nie ma w nim agresji.
Czy ktoś z grona bliskich – rodzeństwo, opiekunowie, dalsza rodzina, nie zachowuje się agresywnie, tym samym nie ucząc dziecka zachowań agresywnych? (szturchańce, krzyki, pełne dezaprobaty miny lub spojrzenia). Czasem dziecko w domu jest bardzo ciche, wycofane, a w przedszkolu lub szkole bije, gryzie, kopie, dokucza innym. Warto zastanowić się, jaka jest pozycja dziecka w domu, bo być może ono odreagowuje swoje domowe role na gruncie rówieśniczym. Dzieci mają tendencję do powielania podpatrzonych zachowań. Jeśli w domu dziecko jest poddawane agresji, to na pewno będzie ją powielać na innym gruncie.

3. Ograniczyć filmy i gry, które wydają ci się zbyt brutalne.
Dzieci mają rozwojową potrzebę odtwarzania tego, co widzą i co je pasjonuje. Być może agresja dziecka to udawanie postaci z gry lub filmu.

4. Przez jakiś czas oglądaj z dzieckiem wszystkie filmy i dużo mu czytaj.
Komentuj wszystkie wydarzenia: „On nie powinien się tak zachować, zobacz, nikt nie lubi takich osób” itp.

5. Na wszelki wypadek wprowadź terapię z obcowaniem, czyli wróć do wspólnego spędzania czasu
; baw się, wygłupiaj, śmiej, gotujcie razem, sprzątajcie. Bądźcie razem jak najwięcej. Dzieci na różne sposoby manifestują potrzebę kontaktu z dorosłymi.

6. Pomóż rozładować nadmiar energii
za pomocą wybranego przez dziecko rodzaju aktywności sportowej, tanecznej, aktorskiej.

7. Dzieci agresywne są najczęściej bardzo nielubiane.
Nieprawidłowym odruchem jest izolowanie dziecka agresywnego od innych dzieci. Dziecko musi mieć okazję do ćwiczenia dobrych relacji. Zapraszaj więc inne dzieci do was, ale po jednym-dwóch kolegów. Nadmiar dzieci sprzyja agresji.

8. W domu w żadnym razie nie wolno dopuszczać do tego, żeby dziecko mogło cokolwiek osiągnąć agresją.
Zwracaj się do dziecka zawsze bardzo miło, uprzejmie i spokojnie.

9. Szukaj pomocy. Idź do psychologa.
Dziecko agresywne narażone jest na nienawiść rówieśników. Kiedy tylko będzie okazja, jego „ofiary” zwrócą się przeciwko niemu. Trzeba mu pomóc. Niekoniecznie potrzebne jest orzeczenie od psychologa, czasem wystarczy tylko miękka forma terapii rodzinnej.

  1. Psychologia

Jak wspierać dziecko w nauce i zdrowo angażować się w życie szkoły?

Warto wspierać dziecko w nauce sposobów uczenia się. (Fot. Getty Images)
Warto wspierać dziecko w nauce sposobów uczenia się. (Fot. Getty Images)
W jakim stopniu angażować się w szkołę? Dyskutować z nauczycielami, odrabiać lekcje, decydować o przyjaźniach? To odwieczne pytania rodziców. Jak dziecko wspierać, ale nie przesadzić – tłumaczy psycholog dziecięcy doktor Magdalena Śniegulska.

Czy to, w jakim stopniu uczestniczymy w życiu szkoły, dużo mówi o nas, rodzicach?
Trochę mówi. Większość rodziców ma ogromne oczekiwania, np. jak szkoła powinna wyglądać. Ale ilu rodziców i ile dzieci, tyle pomysłów i potrzeb. To powoduje, że coraz więcej słyszy się krytycznych głosów dotyczących funkcjonowania szkoły w Polsce. Mówi się, że jest mało elastyczna, nie nadąża za potrzebami zmieniającej się rzeczywistości, za cywilizacją.

To chyba nic złego, gdy chcemy, żeby nasze dzieci dorastały w bezpiecznych, dobrych warunkach?
Nie, to naturalne. Szkoła jest ogromnym wyzwaniem rodzicielskim. Szczególnie że w ostatnim czasie zasady opisujące relacje rodzic – nauczyciel uległy modyfikacji. Kiedyś nauczyciel był autorytetem, nie było mowy o dyskusji z nim. Taki stan rzeczy z jednej strony mógł się nie podobać, z drugiej – dawał rodzicowi poczucie bezpieczeństwa. To się zmieniło. Niestety, bo obiektywnie patrząc, wielu nauczycieli autorytetami nie jest. A czasami mogliby być, gdyby nie postawa rodziców. Abstrahując jednak od dyskusji nad kondycją polskiego szkolnictwa, warto pamiętać, że to od nas w dużej mierze zależy, czy dziecko będzie szkołę lubiło. Jeżeli my, rodzice, jesteśmy przekonani, że szkoła jest miejscem dobrym, że fajnie jest tam chodzić, uczyć się, rozwijać, to jest duża szansa, że nasze dzieci też tak będą myśleć.

Tak, ale szkoły są różne. Trudno lubić miejsce nieprzyjazne.
Ważne, w jakim stopniu szkoła jest gotowa na współpracę (podkreślam – współpracę, a nie realizowanie wszystkich fantazji rodzica) lub na ile ta współpraca jest niemożliwa, bo nauczycielom, dyrekcji na tym nie zależy. Na szczęście istnieje wiele naprawdę fajnych szkół, zarówno prywatnych, jak i (coraz więcej) państwowych.

Jak wiele zależy od rodziców? Znam takich, którzy zjedliby żywcem nauczycieli swoich dzieci. Bo ich zdaniem są niekompetentni i nieprofesjonalni.
To niedobrze, gdy rodzice zaczynają zachowywać się jak surowi wychowawcy nauczycieli. Szkoła powinna być wspólnotą. Nie możemy oczekiwać, że nauczyciel zaspokoi pragnienia wszystkich rodziców. Że będzie na tyle elastyczny, że dostosuje się do każdego modelu wychowawczego. To jest po prostu nierealne i niemożliwe. Myślę, że nawet niebezpieczne. Dobrze jest się zastanowić, czego ja jako rodzic mogę, a nawet powinienem oczekiwać od szkoły, a co jest moim zadaniem i moim obowiązkiem.

Proszę zatem pomóc rodzicom. Czego mogą oczekiwać?
Że szkoła będzie dostrzegać potencjał ich dziecka, pokaże, jaką przyjemnością może być zdobywanie wiedzy. Będzie też takim miejscem, gdzie dziecko zobaczy, co jest jego siłą, a nad czym jeszcze musi popracować. I jak ma to zrobić, żeby maksymalnie wykorzystać swój potencjał. Że będzie miejscem, które nauczy współpracy, pokaże, że różnorodność może być zasobem, wartością. Tak przynajmniej wygląda moja idealistyczna wizja.

Idealistyczna bardzo.
Tak, ale często bywam w różnych szkołach na obserwacjach psychologicznych i widzę, że są nauczyciele gotowi podjąć taką rolę, którzy potrafią powiedzieć dziecku, w czym jest dobre, i tak je zmotywować, żeby pracowało nad słabszymi stronami. Nie o to chodzi, żeby szkoła była łatwa. Wiele współczesnych badań z dziedziny psychologii pokazuje, że doświadczanie trudności, samodzielne radzenie sobie z nimi, przy akceptującej i wspierającej obecności dorosłego, jest jednym z ważniejszych czynników determinujących przyszły sukces dziecka i jego poczucie szczęścia w życiu.

A jeśli widzimy, że nauczyciel nie sprawdza się w tej roli, jak możemy na niego wpływać?
Bardzo ważny jest dialog. Na przykład dziecko przychodzi i mówi, że nie radzi sobie z matematyką. Wszyscy idą do przodu, a ono nie daje rady, spina się, wycofuje. Widzimy jednak, że w domu jakoś te zadania rozwiązuje. Dobrze wtedy iść do nauczyciela i powiedzieć: „Mamy taki kłopot. Co pani myśli o tym, żeby je wesprzeć, jakie są pani doświadczenia z takimi dziećmi, co można zrobić, żeby syn, córka czuli się pewniej?”. I często taka informacja pomaga nauczycielowi i dziecku. Wspólnie można poszukać dobrego rozwiązania. Oczywiście, znajdą się nauczyciele, którzy na taką rodzicielską postawę zareagują agresją. Powiedzą: „Co mi pani opowiada, mam 20 lat doświadczenia, nic nie będę zmieniać”. Wtedy mamy kłopot.

To co wtedy powinniśmy zrobić? Zmieniać szkołę? Zaangażować dziecko w inną działalność?
Nie ma jednej prostej odpowiedzi, to zależy od wielu elementów. Jeśli to coś, co utrudnia funkcjonowanie mojemu dziecku, muszę szukać pomocy. U innych rodziców, nauczycieli, rady rodziców, dyrekcji. Jeśli nie pomaga, to jest to argument za zmianą szkoły. Natomiast jeśli głównie ja widzę problem, przejmuję się tym, bo matematyka wydaje mi się bardzo ważna, ale równocześnie widzę, że moje dziecko lubi szkołę, lubi swoich kolegów, część z tych kolegów też ma problem z nauczycielką matematyki – to zostawiłabym to. Dziecko uczy się w takiej sytuacji ważnych rzeczy. Na przykład tego, jak istotne jest bycie częścią wspólnoty, mierzenie się z problemami w grupie. Razem nie lubimy pani od matematyki, jednoczymy się przeciwko niej. Dziecko uczy się też, czym jest frustracja i rozczarowanie, które i tak będzie przeżywało. Możemy je wspierać, dając narzędzia, jak z taką sytuacją sobie radzić. Pokazując, że to część życia, że spotykamy na swojej drodze różne osoby, z niektórymi mimo niechęci musimy współpracować. Tyle. Inna sprawa to zapewnienie mu pomocy z matematyki poza szkołą, bo np. dzięki fajnej korepetytorce będzie się z tego przedmiotu stawało coraz lepsze.

W jakim stopniu nasze doświadczenia ze szkoły wpływają na to, jak postrzegamy szkołę dziecka?
Bardzo wpływają. Kiedyś robiliśmy wywiady środowiskowe na temat tego, co decyduje o wyborze szkoły dla dziecka. I okazało się, że dużo większą skłonność do poszukiwania szkół prywatnych, nawet kosztem wielu wyrzeczeń, mają rodzice, którzy sami w swojej szkole doświadczyli trudności. Zapominamy, że nasze dziecko to nie my, że ma zupełnie inny charakter, temperament, potrzeby. Owszem, niejednokrotnie szkoła prywatna czy demokratyczna to dobry wybór, ale są dzieci, które budują świetne relacje na podwórku, mają wspaniałe przyjaźnie i jest dużo ważniejsze, żeby poszły do szkoły z tymi przyjaciółmi. Zdarzają się potem rodzice, którzy mówią: „Boże, wożę syna na drugi koniec miasta, spędzamy pół dnia w samochodzie, a potem on cierpi, bo schodzi na podwórko i koledzy podekscytowani opowiadają sobie, co było w szkole, a on w tym nie uczestniczy”. Dlatego, podejmując decyzję o wyborze szkoły, warto mieć szerszą perspektywę.

Rodzice często stresują się ocenami, zdarza się, że biegają do nauczycieli, interweniują, cisną dzieci.
Instytut Badań Edukacyjnych jakiś czas temu zrobił świetne badania na temat obiektywności ocen szkolnych. Co się okazało? Że nie ma nic bardziej subiektywnego niż ocena. To się nijak ma do tego, co dziecko rzeczywiście wie i potrafi. Tak więc na pewno nie należy koncentrować się na stopniach, ważne natomiast, jak dziecko podchodzi do obowiązków. Ale nasza postawa wobec szkoły przekłada się na funkcjonowanie dziecka. Ostatnio byłam na obserwacji w jednej z państwowych podstawówek w klasach I–III. Lekcje zaczynają się tam o 8.30. Wychowawczyni powiedziała mi, że nigdy nie zdarzyło jej się zacząć o tej godzinie zajęć. Rodzice docierają z dziećmi o 9.15, 9.30. I nie dowożą ich z drugiego końca miasta, tylko przyprowadzają z okolicznych osiedli. Jak takie dziecko ma się nauczyć punktualności, odpowiedzialności? Jeśli chcemy pomóc dziecku, przede wszystkim musimy dawać mu przykład.

Dużo jest teraz nadopiekuńczych rodziców. Znam mamy, które angażują się we wszystko. W środku dnia przynoszą kanapki, bo szkolne jedzenie jest niedobre i niezdrowe. Interweniują z każdego powodu. Czy to ma sens?
Nadopiekuńczość wynika z lęku, że dziecku dzieje się krzywda. Dobrze te lęki urealniać. Zadać sobie pytania: Ale co konkretnie się stanie? Czy już kiedyś coś się zdarzyło? Nie? To dlaczego uważamy, że zdarzy się teraz? Niejednokrotnie okazuje się, że dzieci potrafią rozwiązać wiele spraw samodzielnie. To daje im moc, poczucie wpływu. Cena, którą ponosi dziecko nadopiekuńczych rodziców, jest bardzo wysoka. Dziecko powinno być samodzielne, dbać o swoje potrzeby, pamiętać, że trzeba wziąć kanapkę, zjeść ją o określonej porze, pilnować obowiązków, pamiętać, co jest zadane, zabrać strój na WF itp. Oczywiście, uczy się tego stopniowo – to proces. Jeśli wyręczamy dziecko, pokazujemy mu, że z niczym się nie wyrabia, nadal potrzebuje opiekuna, który będzie je prowadził przez życie. Jaki to komunikat? Nie dasz rady, nie potrafisz. Z takich dzieci rzadko wyrastają samodzielni dorośli.

Czy tylko nadopiekuńczy rodzice odrabiają lekcje z dziećmi?
Są dzieci, które bardzo szybko uczą się, jak się uczyć. I takie, które długo, do czwartej, piątej klasy, potrzebują wsparcia. Tylko że wsparcie powinno dotyczyć sposobu uczenia się. Dziecko powinno dowiadywać się, co mu pomaga w uczeniu, co przeszkadza. Jakich technik może użyć, aby łatwiej coś zapamiętać, jak zrobić samemu dobrą notatkę, na co przede wszystkim zwrócić uwagę w zadaniach z treścią. My możemy pomóc tylko w planowaniu. Mówimy: „Słuchaj, może lepiej zacząć od prostych lekcji, szybko mieć je z głowy”; „Jeśli masz klasówkę i materiał jest duży, to podziel naukę na etapy. Czytaj dziennie dwa rozdziały sam, ja cię mogę z tego potem przepytać”. Towarzyszymy, pokazujemy drogę, ale nie uczymy się „za”. Realizacja i wykonanie zależy od dziecka. To ono ponosi konsekwencje, ale i to jego wówczas będzie sukces!

Jeśli boli nas, że dziecko jest przeciętne, nie ma zainteresowań, mamy działać czy nie?
Bardzo wiele dzieci długo nie wie, co jest ich pasją. W nasze życie wpisana jest pewna zmiana ról, przekwalifikowanie. Być może jeszcze nawet nie pojawił się zawód, który będzie wykonywało moje dziecko. Mówienie: „Musisz się uczyć, bo może pójdziesz na medycynę”, jest archaiczne. Nie każdy w ogóle musi mieć jakieś specjalne pasje, a już wymaganie tego od dziecka nie ma sensu. Możemy mu pokazywać pewne rzeczy, inspirować, i tyle. Ludzie często odnajdują swoją ścieżkę na studiach, czasem dopiero po kilku latach pracy odkrywają, że chcieliby robić coś zupełnie innego. Najważniejsze to nie ograniczać, nie myśleć za dziecko. I akceptować jego wybory.

Angażować się w szkolne wycieczki, wyjazdy?
Dzieci potrzebują choć jednej sfery dla siebie. Radziłabym więc zostawić to, chyba że jedzie jeden nauczyciel i potrzebuje pomocy. Ale jeżeli daje radę, to niech szkoła będzie miejscem prywatnym dziecka, gdzie może powariować, pobyć bez kontroli, bez naszego korygowania niewłaściwych zachowań. Trzeba odpuścić. Grupa społeczna, jaką jest klasa, też koryguje wiele zachowań. Jaś był nieuprzejmy wobec Stasia? To Staś albo mu sam to powie, albo zachowa się za jakiś czas podobnie.

Jest też druga skrajność – rodzice, którzy nie interesują się szkołą, nie pojawiają na zebraniach.
Kiedy mówimy o różnych zadaniach na poszczególnych etapach rozwoju, mówimy też o różnych zagrożeniach. Jednym z nich w okresie wczesnoszkolnym, między siódmym a 12. rokiem życia, jest zagrożenie nadmierną samodzielnością, gdy dziecko jest pozostawione samo sobie i przekonane o tym, że ze wszystkim musi sobie radzić. Na przykład rodzice dowiadują się, że ich syn jest od dwóch lat gnębiony w klasie. Słyszą o tym tak późno, bo dziecko nie wiedziało, że może na nich liczyć, było przekonane, że musi samo sobie z tym dać radę. Takie zachowanie często nie wynika z braku miłości rodziców, raczej z ich nieuwagi, problemów, w które są zaangażowani. Uważają, że jeśli nie dostają sygnału ze szkoły, że coś się dzieje nie tak, to znaczy, że wszystko w porządku. Nic bardziej mylnego. Dziecko powinno czuć, że my naprawdę interesujemy się szkołą i jego do tej szkoły stosunkiem. Sedno w tym, żeby towarzyszyć, ale nie wywierać presji.

Magdalena Śniegulska, doktor, psycholożka dziecięca z Akademickiego Centrum Psychoterapii i Rozwoju oraz wykładowca Uniwersytetu SWPS.

 

  1. Psychologia

Jak świat widzą Dorosłe Dzieci Alkoholików?

Etykietka chorego, którą dostaje się tylko z powodu alkoholizmu rodziców jest myląca. Bo bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys, a życiorysu nie da się wyleczyć. (Fot. iStock)
Etykietka chorego, którą dostaje się tylko z powodu alkoholizmu rodziców jest myląca. Bo bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys, a życiorysu nie da się wyleczyć. (Fot. iStock)
Ta etykieta czasami przytłacza. Nie dość, że miałam koszmarne dzieciństwo, nie dość, że męczę się z życiem i światem, to ktoś jeszcze mi wciska, że jestem nienormalna – mówi o syndromie DDA psychoterapeutka Magdalena Ilnicka.

Usłyszałam kiedyś, że dorosłe dzieci alkoholików to jeden z najbardziej poszkodowanych „targetów psychoterapeutycznych” – nic nie zrobiły, a lądują z metką psychicznego defektu, z którą nie wiadomo co zrobić. Czy cechy, które składają się na syndrom DDA, to choroba?
Sam pobyt w rodzinie chorej nie daje choroby, ale faktycznie, osoby wyrosłe w rodzinie alkoholowej mają większe problemy niż ludzie wychowani w „normalnych” domach. Niewątpliwie dorastanie w alkoholowym domu to bardzo trudne doświadczenie, ale bycie dzieckiem osoby psychicznie chorej, marynarza, który znika na pół roku, czy górnika, który może zginąć na każdej zmianie, też jest trudnym doświadczeniem.

Diagnoza: „Jesteś DDA”, pomaga czy odbiera siły?
Czasami ta etykieta przytłacza. Informacja, której według mnie brakuje, to: „Mimo że doznałaś krzywdy, świetnie poradziłaś sobie w tamtym momencie życia, przetrwałaś. A jak sobie wtedy poradziłaś, to i teraz dasz radę”. Poza tym ta etykietka chorego – którą dostaję nie z osobistych zasług, tylko z powodu alkoholizmu rodziców – jest myląca. Choroba to jest coś, co można leczyć. A nie da się sprawić, że zmienię przeszłość i nagle nie będę dzieckiem alkoholika. To już się stało i tę tożsamość mam na zawsze. Można ogarnąć swoje nerwice, inne przypadłości i kłopoty, a bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys. Życiorysu nie da się wyleczyć!

Znasz ludzi, którzy wyszli z alkoholowego domu i nie mają życiowych komplikacji spod znaku DDA?
Znam bardzo wielu ludzi, którzy świetnie sobie radzą w życiu, mimo że mają życiorys alkoholowy i mimo że nie byli na żadnej terapii. Jednak każda z tych osób ma w sobie jakiś szczególny rodzaj nadkontroli. Mogę powiedzieć niemal w ciemno, że jak jedzie wycieczka autokarowa, to w ciągu pierwszych sześciu godzin można poznać żony i dzieci (dorosłe) alkoholików.

Po czym?
Żony alkoholików sprawdzą, czy dziecko siedzące trzy rzędy dalej ma kanapkę. Albo czy tej pani z bandażem jest wygodnie. A dzieci alkoholików na ogół wiedzą, jaki napój pije kierowca. I nabywają tę wiedzę – zupełnie poza świadomością.

Normalni ludzie tak nie mają?
Nie, ludzie przeważnie nie zwracają aż takiej uwagi na to, co się dzieje dookoła. Dzieci alkoholików zwracają i wiedzą, np. od czego zaczęła się kłótnia w autokarze. Niby czytali książkę i mogą nawet powtórzyć, o czym czytali, a jednak ten kawałek mózgu w służbie bezpieczeństwa pracował. Tam, gdzie była przemoc w rodzinie, czujników kontroli jest więcej, są bardziej wyczulone. I często w dorosłym życiu te kontrolery są przedziwne, np.: „A wzięłaś paszport? Wzięłaś pieniądze?”. Jedzie grupa dorosłych ludzi, każdy odpowiada za siebie, a tu nagle takie pytania! Co ciekawe, te kontrolujące osoby dostają mnóstwo wsparcia dla swoich dysfunkcji. Chociaż to nawet nie jest dysfunkcja, to jest funkcjonalne: gdy żyjesz w świecie, w którym ludzie zapominają paszportów, normalne, że to sprawdzasz. Zwłaszcza że ludzie wyposażeni w tego rodzaju nadkontrolę tworzą bliskie relacje z osobami, które zapominają paszportów. A więc dostają nieustające potwierdzenie, że ta ich zapobiegliwość ma sens. I im bardziej pytają i sprawdzają, tym bardziej ich bliscy zapominają! Zdrowy człowiek, jeśli zapytam go trzeci raz o paszport, stuknie się w głowę, bo nie będzie w stanie znieść ciągłej kontroli. Ale gdy natknę się na sierotkę Marysię, zadam trzy razy to pytanie, potem poczuję się odpowiedzialna za to, że jej coś doradziłam, ona coraz mniej się będzie ogarniać, bo przecież ja za nią zadbam o wszystko, więc coraz mocniej na mnie zawisa. Ja jestem zła, zmęczona i absolutnie nie mogę tego zerwać, bo przecież ona beze mnie zginie, jak ja ją mogę teraz tak zostawić, bidulkę, prawie 40-letnią!? Jestem umęczona i przygnieciona. Wyjściem jest… picie. Picie zwalnia ze wszystkiego. Już mnie Marysia nie obchodzi, wreszcie mogę odpuścić. To jest sposób na odpoczynek.

Kontrola jest chorobą?
Jeśli jesteś wychowana w otoczeniu, w którym co chwila coś się wali i pali, to czy czujność i kontrola są chorobą? No, chyba nie. Jeżeli jesteś bardziej czujna, to społecznie często wchodzisz w role czujnika i kontrolera: strażaka, lekarza ratownika, prokuratora, pielęgniarki. Czy prokurator albo strażak mogą nie być czujni?

Więc nie powinno być problemu…
A jest. Najbardziej go widać wtedy, gdy wcale nie musisz być czujna, a i tak wyłapujesz wszystkie sygnały z otoczenia. W salonie toczy się miła pogawędka o pogodzie, a ty doskonale wiesz, co dzieje się w pokoju obok. Nawet na chwilę nie odpuszczasz. Tego rodzaju przeciążenia muszą zostawiać ślady. Ale jednocześnie jest to bardzo miłe społecznie – jest ktoś, kto odstawi szklankę w bezpieczne miejsce, złapie w locie dziecko, ostrzeże przed radarem.

To nie musi być wcale miłe, jeśli non stop napominasz: „Jedź wolniej”, „nie kładź tu noża”. Można uprzykrzyć innym życie.
Byłam ostatnio w węgierskiej restauracji, była tam rodzina z mniej więcej trzyletnim dzieckiem. Chłopiec biegał po sali, a jak to w węgierskiej knajpie – zupa gulaszowa na palniku, płonące naleśniki. Do sali prowadziły otwierane wahadłowo drzwiczki. Kelner idzie z wrzącymi talerzami, dziecko po stronie restauracji, tuż za tymi drzwiami… Zdążyłam. Kelner podziękował przerażony. W tym miejscu było dziesięć stolików, poza mną nikt, łącznie z rodzicami, niczego nie zauważył. I teraz, czy za uratowanie tego dziecka warto się tak umęczyć tym, że dziesięć razy więcej niepotrzebnie widzę? To jest takie trzecie oko. Terapeutycznie umiałabym z niego nie korzystać, ale czy tak naprawdę chcę?

Defekt czy zasób?
Otóż to. Z jednej strony DDA będzie się pakować w niebezpieczne sytuacje, głupie, raniące, nawet beznadziejne związki. Ale z drugiej – w razie wypadku, wojny, katastrofy to właśnie on sobie poradzi. Gdy masz oczy dookoła głowy, to będziesz zorganizowany, unikniesz niebezpieczeństwa, wykorzystasz szanse. To jest zasób. Osoby, które wierzą w służby, będą czekały na innych, bo same nie potrafią nic zrobić. Gdyby tylko dzieciom alkoholików zaoferować możliwość odpoczynku, czyli odpuszczania tej kontroli, to właściwie nie musiałoby być źle. Ale ja bym nie chciała żyć w świecie, w którym nie ma ludzi czujnych, zorganizowanych, z taką gotowością. Jednak widzę, że to zmęczenie nieustającym dyżurem jest trudne do uniesienia.

Czy można wyłączać tę czujność? Pojechać w miejsce, gdzie nikt nie będzie gubił kluczy, okularów, rysował sąsiednich samochodów przy parkowaniu. Czy da się odpocząć?
Nie, to nie tak. Nie chodzi o ucieczkę i eliminację z życia niebezpiecznych sytuacji. Można doprowadzić swoje poczucie bezpieczeństwa do takiego miejsca, w którym czujność włącza się przy zagrożeniu, a nie jest stałym elementem oglądu świata. Włącza się sprawnie, wcześniej niż u innych ludzi, ale nie jest nieustająca. A po drugie, jeśli tę czujność nazwać trzecim okiem, to czy pierwsza para oczu właściwie działa?

Czyli?
Często dzieci alkoholików tak bardzo widzą niebezpieczeństwo, że nie widzą już nic innego. Zbierają dowody na to, że świat jest niebezpieczny. Jechałam z kolegami pociągiem podmiejskim. Na stacji – intuicja, czujność, spostrzegawczość, nie wiem – zauważyłam grupkę niepewnie zachowującej się młodzieży, kręcili się przy jakimś zmęczonym człowieku. Tuż przed odjazdem pociągu wepchnęli go pod wagon. A ja go w ostatniej chwili wyciągnęłam. I teraz – mogę dołączyć tę historię do mojej kolekcji „Jak Magda uratowała świat” albo przyjąć, że zareagowałam właściwie, udało się uniknąć wypadku. I tyle. Tego dnia pod kołami pociągu zginęło pewnie kilkanaście osób. Pytanie, czy rzucę się ratować świat i tropić takie przypadki, czy dam radę normalnie żyć.

To co, mam reagować czy nie? Widzę, że koleżanka pozwala swojej dwuletniej córeczce bawić się ostrym nożem, mam się nie wtrącać?
Jeśli coś by się stało, to dla większości ludzi nie ty byś była odpowiedzialna. Ale co ty byś sądziła?

Że nie dopilnowałam.
Otóż to. Ponieważ widzę zbliżające się niebezpieczeństwo, to nie mogę nie zareagować. Dla własnego spokoju. Bo u mnie nie będzie wypadku, będzie moje zaniedbanie. A trzecie oko jest i ja nie umiem go zamknąć, nie widzieć. Leczenie tego uważam za absurd.

Ale dlaczego inni nie reagują?
Bo nie widzą!

Żartujesz sobie?
Nie, naprawdę nie widzą. Jeśli kogokolwiek zapytasz, czy należy interweniować, gdy dziecko bawi się nożem albo szklanką, to powiedzą, że oczywiście.

To dlaczego nie reagują?
Bo nie widzą. Idziemy ulicą, ja i mój mąż, który nie jest DDA. Mówię: „Robimy coś czy nie?”, bo widzę, że matka bije dziecko. On na to: „Ale z czym?”. I jak ja mu powiem: „Zobacz, ta baba bije dziecko, ja nie wyrobię”, to on wkroczy, nie ma żadnego problemu, żeby działać. Tyle że zanim mu nie powiem, on tego nie widzi. Nie słyszy popiskiwania, a ja słyszę. Nie dlatego, że jest głuchy. On nie ma na to radarów. A ja mam. DDA mają. Kiedyś myślałam, że ludzie wypierają to…

A nie myślisz, że widzą, tylko ich to w ogóle nie obchodzi?
Nie. Wiem, że nie widzą! Tam na ścianie wisi aniołek, mogłaś nie zwrócić uwagi. To może być bomba. Gdybyś była afgańskim dzieckiem, którego kolegom takie zabawki urwały ręce, to reagowałabyś na nią inaczej. To nie jest tak, że ty jesteś ślepa. Aniołek po prostu nie wzbudził w tobie żadnych podejrzeń, żadnego alarmu.

Wracając do tego zmęczenia ciągłym dyżurem – jak zamienić przymus widzenia i reagowania w wybór?
Można to zrobić świadomością. Nauczyć się, że taka reakcja jest odpowiedzią na zagrożenie. I sprawdzać, czy zagrożenie jest realne. Autentyczna historia sprzed bardzo wielu lat. Mojemu mężowi upadł w kuchni nóż. Jak łatwo się domyślić – mnie noże nie upadają! Spojrzałam ze zgrozą, on znając ten wzrok, mówi: „Spokojnie, nic się nie stało”, co sprawiło, że wpadłam niemal w furię. „Jak to nic się nie stało! Gdyby to był nasz jedyny nóż, a bylibyśmy w pociągu jadącym na Syberię, a tobie on tak by wypadł, to co by było?”. Hm, ale jesteśmy w kuchni. I to jest ten kłopot. Fakt, gdybyśmy naprawdę byli w pociągu, to ja jestem zbawieniem, ocalę najważniejszy sprzęt. Ale jeśli będąc w kuchni, jestem w pociągu na Syberię, to mnie to wykończy. I wykończy rodzinę. To, co mogę zrobić i robię, to gdy odwiedzają mnie wnuki, szklankę z herbatą odstawiam w niedostępne miejsce, ale talerzykiem z truskawkami się nie przejmuję, bo najgorszym, co może się zdarzyć, jest rozbity talerz. I nie muszę pilnować. Przy moim stole w ogrodzie mam mieć stół w ogrodzie, a nie pociąg na Syberię. Muszę zlikwidować prawdziwe niebezpieczeństwa i obserwować siebie, bo inaczej się w życiu nie przekonam, czy mogę być spokojna, jeśli nie kontroluję wszystkiego, jeśli nie stoję na straży całego świata. Natomiast w sytuacji z restauracji węgierskiej odpuścić nie mogę, bo widziałam to niebezpieczeństwo. Mogę tam więcej nie bywać, ale nie zareagować nie mogę, bo wyrzuty sumienia mnie zamordują.

Terapia DDA potrafi to wyleczyć?
Tak. Choć nie uważam, żeby potrzebna była terapia. Trzeba tylko wiedzieć, że się ma takie odruchy, i rozumieć, czemu one służą. Ale mam też spory szacunek do tych mechanizmów obronnych, nie chciałabym się ich pozbyć. Nie chciałabym być w grupie ludzi, którzy nie widzą bitego dziecka. Już rozumiem, nie jestem na nich zła, że nie widzą (sama umiem usiąść tak, żeby nie być w stałej czujności), ale cenię sobie ten zasób.

Czy coś się przez lata zmieniło w terapeutycznym/metodologicznym patrzeniu na DDA?
Jest więcej procedur. A ja ich nie lubię. Mam wrażenie, że np. w lecznictwie odwykowym przerabiamy pijących alkoholików na trzeźwiejących alkoholików i nikt nawet nie mówi o człowieku. Ale to jeszcze trochę rozumiem – trzeźwy alkoholik to jednak o oczko lepiej niż pijany. Natomiast fabryka przeleczonych DDA?

Chodzi o to, żeby dzieciństwo, szczególnie to niezbyt udane, przestało mieć taki wpływ na dorosłe życie, a nie żeby nosić na stałe etykietkę na czole. Terapia tak – dla ludzi, którzy jej potrzebują. I być może edukacja dla wszystkich osób z rodzin dysfunkcyjnych po to, żeby lepiej zrozumieli siebie i podjęli decyzję, czy potrzebują coś zmieniać. Żeby nie myśleli, że świat jest podły i nie reaguje na bite dzieci, tylko zrozumieli, że świat tego nie widzi. To jest duża różnica. Bo gdy myślę: „Boże, ten mój mąż to potwór – nie widzi”, to jest powód do rozwodu, a gdy wiem, że po prostu nie widzi, to mam powiedzieć: „Pomóż mi i coś zróbmy, bo ja widzę”. To zupełnie inna relacja emocjonalna. Tyle wystarczy, żeby mi poprawić funkcjonowanie ze światem i innych ze mną.

Magdalena Ilnicka, psychoterapeutka, terapeutka rodzinna, specjalistka terapii uzależnień. Pracuje m.in. z osobami współuzależnionymi i DDA.