1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Praca z wewnętrznym dzieckiem – jak uzdrowić wewnętrzne dziecko?

Praca z wewnętrznym dzieckiem – jak uzdrowić wewnętrzne dziecko?

 W każdym z nas istnieje tzw. wewnętrzne dziecko. Oprócz tego, siedzi w nas również „ja” dorosłe, które można nazwać wewnętrznym dorosłym. (Fot. iStock)
W każdym z nas istnieje tzw. wewnętrzne dziecko. Oprócz tego, siedzi w nas również „ja” dorosłe, które można nazwać wewnętrznym dorosłym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Zdaniem niemieckiej terapeutki Stefanie Stahl wszystkie nasze powracające problemy – w tym z poczuciem własnej wartości – mają związek z głębokimi zranieniami z okresu dzieciństwa. Uleczy je praca z wewnętrznym dzieckiem.

Idealna sytuacja to wyrastać w domu pełnym ciepła, miłości i akceptacji. Ale prawdopodobnie jeśli czytasz ten tekst, twoje początki nie były idealne. Po czym można to poznać? Zwykle po tym, że brakuje ci czegoś, co psychologia określa zaufaniem pierwotnym. Czegoś, dzięki czemu wierzysz w siebie i czujesz się bezpiecznie w świecie zewnętrznym. Aby doszło do zaburzenia tej pierwotnej ostoi, nasze dzieciństwo wcale nie musi być trudne, gorzkie i traumatyczne – choć czasem i takie bywa – wystarczy, że rodzice czegoś nie dopilnowali, na coś nie zwrócili uwagi, coś zaniedbali, nie potrafili okazywać uczuć czy empatii – bo też nikt ich tego nie nauczył.

Suma doświadczeń z dzieciństwa buduje część naszej osobowości, którą nazywamy wewnętrznym dzieckiem. Zapisuje się ona w nieświadomości i wpływa na nasze późniejsze reakcje. Lęki, smutki i wszelkie nieszczęścia zebrane we wczesnych latach kodują się trwale w naszym umyśle i ciele, tworząc to, kim jesteśmy. Na szczęście schematy wewnętrznego dziecka zapisują się w nas też dobre doświadczenia, ale to te pierwsze są przyczyną problemów w dorosłym życiu – skrzywdzone wewnętrzne dziecko zrobi bowiem wszystko, by nie powtórzyły się przykre sytuacje z przeszłości. Oczywiście na swój niedojrzały, naiwny sposób, czasem dosłownie rozwalając nam życie.

Dlatego praca z wewnętrznym dzieckiem jest tak potężnym narzędziem rozwoju osobistego, i tak niezbędnym. Stefanie Stahl, niemiecka terapeutka, twierdzi, że to klucz do rozwiązania (prawie) wszystkich naszych problemów. – Obserwując wiele sporów, można zauważyć – jeśli zna się ich mechanizmy – że nie prowadzą ich pewni siebie dorośli, lecz to ich wewnętrzne dzieci walczą ze sobą – pisze w książce „Odkryj swoje wewnętrzne dziecko”. Jej zdaniem, dopiero gdy poznamy to skrzywdzone dziecko w sobie i zaprzyjaźnimy się z nim, odkryjemy swoje głęboko skrywane tęsknoty i skaleczenia. Dzięki terapii wewnętrznego dziecka nasze poczucie wartości wzrośnie, a nasze wewnętrzne dziecko odnajdzie bezpieczną przystań.

Kilka podstawowych informacji, jak uzdrowić wewnętrzne dziecko

Oprócz „mojego wewnętrznego dziecka” istnieje w nas także „ja” dorosłe, które można nazwać wewnętrznym dorosłym lub Dorosłym. To jest nasza część racjonalna, rozsądna, podejmująca ważne decyzje. I to ona powinna zaopiekować się „ja” emocjonalnym. Aby nie komplikować sprawy, Stefanie Stahl proponuje uprościć nasze wewnętrzne uniwersum (na które – w zależności od nurtu psychoterapeutycznego składają się też np. wewnętrzny rodzic czy wewnętrzny krytyk) i skupić się właśnie na tych dwóch postaciach. Z małym uściśleniem: nasz Dorosły ma do ogarnięcia tak naprawdę dwoje dzieci – Stahl nazywa je Dzieckiem Słońca i Dzieckiem Cienia. To znaczy Dziecko jest jedno, ale metaforycznie w ten sposób można wyrazić jego dwa główne stany. Jak łatwo się domyślić, Dziecko Słońca to wszystkie pozytywne doświadczenia, które przekształciły się w schematy myślowe zakodowane pod hasłem: „Jestem OK”, a Dziecko Cienia to negatywne przekonania występujące pod szyldem „Nie jestem OK”.

W każdym z nas istnieje tzw. wewnętrzne dziecko. Oprócz tego, siedzi w nas również „ja” dorosłe, które można nazwać wewnętrznym dorosłym. (Fot. iStock) W każdym z nas istnieje tzw. wewnętrzne dziecko. Oprócz tego, siedzi w nas również „ja” dorosłe, które można nazwać wewnętrznym dorosłym. (Fot. iStock)

Ważne, by zrozumieć, że każdy, absolutnie każdy ma w sobie oba schematy wewnętrznego dziecka: zarówno Dziecko Cienia, jak i Dziecko Słońca. Każdy z nas doświadczył bowiem jakichś zranień. – Wynikają one z samej istoty dzieciństwa: przychodzimy na świat mali, nadzy i całkowicie bezbronni – pisze Stahl. – W każdym z nas jest zatem Dziecko Cienia, które czuje się słabe, małe i myśli o sobie, że jest nie w porządku – dodaje. To pocieszające, że wszyscy mamy jakieś braki, coś do przepracowania, ale i alarmujące, bo oznacza, że pracę z wewnętrznym dzieckiem powinien wykonać praktycznie każdy.

I teraz najważniejsza informacja, jak uzdrowić wewnętrzne dziecko: aby rozwiązać problemy naszej teraźniejszości, trzeba najpierw na głębszym poziomie zrozumieć, na czym właściwie polega problem. Czyli z kąta musi wyjść nasze Dziecko Cienia. I przemówić. My zaś mamy je usłyszeć, zrozumieć i zaakceptować. Dlaczego siedzi w kącie? Cóż, zwykle sami je tam spychamy – w końcu kto ma ochotę czuć się smutnym czy skrzywdzonym albo wracać cały czas do przykrych sytuacji z przeszłości. Na potrzeby wewnętrznej pracy taką podróż trzeba będzie jednak odbyć. Ale w miarę szybko z niej wrócimy. Zaraz potem zajmiemy się bowiem Dzieckiem Słońca – czyli wzmacnianiem pozytywnych wzorców myślowych oraz tym, jak „karmić” to dziecko i sprawiać, by jak najjaśniej świeciło. Dokładny opis tej pracy znajdziesz w książce „Odkryj swoje wewnętrzne dziecko”, tu przedstawię jedynie najważniejsze etapy.

Etap 1. Odkryj swoje wewnętrzne dziecko cienia

Weź kartkę formatu A4. Narysuj na niej sylwetkę dziewczynki lub chłopca – w zależności od swojej płci. To twoje Dziecko Cienia. Po prawej i lewej stronie jego głowy napisz: „mama” i „tata” lub „mamusia” i „tatuś” – jeśli tak zwracałeś się do rodziców w dzieciństwie. A teraz przypomnij sobie przynajmniej jedną sytuację, której doświadczyłeś jako dziecko w relacji z matką i w której poczułeś się niezręcznie. Zostałeś niedostrzeżony, zawstydzony lub upokorzony. Na podstawie tej sytuacji wypisz hasła, które przychodzą ci do głowy. Najpierw określ, jaka była twoja matka. To samo powtórz z ojcem lub innym opiekunem z wczesnego dzieciństwa. Oto niektóre z negatywnych cech, jakie mogą ci przyjść do głowy: zimna, kontrolująca, wredna, nadopiekuńcza, niezainteresowana, niekonsekwentna, surowy, nieobliczalny, uległy… Następnie zastanów się, czy odgrywałeś jakąś określoną rolę w rodzinie. Ratownika, pośrednika między rodzicami, przyjaciela mamy? Zapisz też typowe stwierdzenia twoich rodziców, np.: „Poczekaj, aż ojciec wróci”, „Spójrz na siostrę, jest o wiele grzeczniejsza niż ty”, „Jesteś dokładnie taki jak twój dziadek”.

Nad głową swojej postaci narysuj linie łączące dziecko z rodzicami i rodziców ze sobą. Zanotuj różne aspekty ich relacji: „Ciągle się kłócili”, „Ona była stanowcza, a on uległy” itp. A teraz postaraj się wczuć w Dziecko Cienia, aby dotrzeć do głębokich, nieświadomych przekonań, które w wyniku tego, co zanotowałeś, ukształtowały się w tobie w postaci schematów myślowych. Charakteryzują się one określonymi sformułowaniami, np.: „Jestem…”, „Potrafię…”, „Mogę,…”, „Nie mogę…”, lub wyrażają ogólne założenia o świecie i ludziach, np. „Mężczyźni są….”, „Prawda to….”.

Oto najczęstsze schematy dotyczące poczucia własnej wartości: „Jestem nic nie wart”, „Jestem głupi”, „Nie jestem godny miłości”, „Nic nie potrafię”, „Nie mogę nic czuć”, czy relacji z innymi: „Jestem dla innych ciężarem”, „Zawsze muszę mieć się na baczności”, „Jestem silniejszy niż ty”. Swoje właśnie odkryte schematy myślowe zanotuj na brzuchu Dziecka Cienia (brzuch symbolizuje nieświadomość). Następnym krokiem będzie próba wyłonienia spośród nich głównego schematu myślowego. Pozostałe są tylko jego wariacjami.

Etap 2. Oddziel swojego dorosłego od dziecka cienia

Twój Dorosły musi teraz przejąć stery. Czyli – kierując się rozsądkiem, który reprezentuje – musisz rozpoznać, kiedy masz do czynienia z wzorcami Dziecka Cienia, i zrozumieć, że miałbyś w sobie inne wzorce, gdyby twoi rodzice inaczej się zachowywali lub po prostu byli inni. – Jeśli myślisz o sobie: „Jestem bezwartościowy”, twój Dorosły musi rozpoznać, że to bzdura, ponieważ każdy człowiek jest wartościowy sam w sobie – tłumaczy Stahl. Następnie twój Dorosły musi to wytłumaczyć Dziecku Cienia i powtarzać to za każdym razem, gdy schemat znów wypłynie na powierzchnię podczas jakiejś sytuacji.

Etap 3. Wzmocnij dorosłego

– Aby uleczyć swoje Dziecko Cienia, potrzebujesz silnego i dającego oparcie wewnętrzne Dorosłego – pisze Stahl. Musisz być dla siebie samego oparciem. I wiedzieć, że Dziecko Cienia zachowuje się jak… dziecko, czyli bywa męczące, denerwujące, krnąbrne… Ale nigdy nie jest złe. Spróbuj się przyzwyczaić do tego, że od tej pory będziesz toczyć ze sobą nieustający dialog wewnętrzny, podważając błędne schematy myślowe i przekonując Dziecko Cienia, że jest kochane i akceptowane takie, jakie jest. Stahl radzi, by starać się nie myśleć i nie mówić o sobie: „Boję się zostać odrzucony, porzucony, skrzywdzony”, tylko: „Moje Dziecko Cienia boi się zostać odrzucone, porzucone, skrzywdzone”. To daje ci właściwy dystans do swoich problemów emocjonalnych. A kiedy jakaś sytuacja ujawnia w tobie znajome uczucia, gdy czujesz strach, niepewność, smutek czy złość, nawiąż kontakt z tymi uczuciami, oddychaj głęboko przeponą i mów do siebie w myślach: „Moje kochane Dziecko Cienia, możesz tu teraz być, witam cię”. Zawsze mów do niego przyjaznym tonem, możesz sobie wyobrazić, że je przytulasz lub bierzesz na kolana. – Zobaczysz, że im głębiej je zaakceptujesz, tym będzie ono spokojniejsze – przekonuje Stahl. I dodaje: – Kiedy mówisz do niego, używaj słów prostych, zrozumiałych dla małego dziecka.

Na początku pracy z Dzieckiem Cienia dobrze jest powiedzieć do niego coś w rodzaju przemowy zaczynającej się np. od słów: „Kochane Dziecko Cienia, nie było ci czasem łatwo z mamą i tatą. Mama była zwykle zmęczona i zestresowana, a tata gderał na mamę i na ciebie. Dlatego byłeś zawsze grzeczne i ciche, by nie stanowić dla nich problemu. Bardzo ważne jest, żebyś wiedziało, że to nie była twoja wina. To mama i tata popełnili błędy, a nie ty. Gdyby byli mniej zmęczeni, częściej okazywaliby ci, jak bardzo cię kochają…”. To oczywiście przykład, możesz użyć własnych słów i odwołać się do swoich przeżyć. Ważne, by od tej pory Dziecko Cienia nie przejmowało kontroli nad twoim zachowaniem. Ono może być smutne, złe lub przestraszone, ale to Dorosły ustala, co się będzie działo. Słuchaj go i pozwalaj mu mówić o tym, co czuje i co myśli, ale ostatecznie to ty decydujesz, jak postąpisz. Dobrym ćwiczeniem jest też napisanie listu do Dziecka Cienia, tak jakby zrobiła to kochająca mama lub tata, którzy chcą zapewnić, że troszczą się o nie i kochają. Pomoże ci w tym zdjęcie przedstawiające ciebie z dzieciństwa. Połóż je przed sobą i pisz.

Etap 4. Odkryj swoje dziecko słońca

– Dziecko Słońca to wewnętrzny stan, który wszyscy kochamy – pisze Stefanie Stahl. To umiejętność bycia tu i teraz, spontaniczność i niczym niezmącona radość. Dziecko Słońca jest ciekawe, kreatywne, lubi żarty i paplaninę, nie porównuje się z innymi i nie przejmuje tym, jakie wrażenie na nich robi. Wszyscy nosimy w sobie ten potencjał. Dlatego teraz zrób odwrotną wersję pierwszego ćwiczenia i poszukaj pozytywnych schematów myślowych, które cię ukształtowały.

Ponownie narysuj postać, dorysuj jej też buzię i ją pokoloruj – niech będzie jak najbardziej żywa i radosna. Napisz „mama” i „tata” po obu stronach głowy, ale tym razem zastanów się nad ich zaletami. Przypomnij sobie dobre chwile, jakich doświadczyłeś w ich towarzystwie albo w towarzystwie innych opiekunów, i poszukaj pozytywnych schematów myślowych. Oto przykładowe: „Jestem kochany”, „Jestem wartościowy”, „Mogę być sobą”, „Życie jest lekkie”, „Mogę stawiać granice”, „Zrobię to”. Wybierz dwa z nich i zapisz je na klatce piersiowej swojego Dziecka Słońca (w okolicach serca). Przypomnij sobie negatywne schematy z pierwszego ćwiczenia. Może uda ci się je teraz zmienić na pozytywne. O ile z „Jestem bezwartościowy” może być łatwo, bo przekształcasz je na: „Jestem wartościowy”, co jest absolutną prawdą, to trudniejsze przypadki, jak „Jestem brzydki”, lepiej zmieniać stopniowo i delikatnie, na przykład na: „Jestem wystarczająco ładny”. Jeśli uważasz, że „Jestem ważny” jest dla ciebie zbyt przesadne, możesz stworzyć takie nowe schematy, z którymi się będziesz dobrze czuł, na przykład dodać: „Jestem ważny dla moich przyjaciół”. Kolejne ćwiczenie to sporządzanie listy swoich zalet czy listy wartości. Zapisz je nad głową swojego Dziecka Słońca, bo to znaczy, że wzmacniają twój umysł, czyli twojego Dorosłego.

Etap 5. Zakotwicz w sobie dziecko słońca

Połóż przed sobą rysunek, stań prosto i skieruj uwagę na przestrzeń brzucha i klatki piersiowej. Przeczytaj na głos swoje pozytywne schematy myślowe i poczuj je w sobie. Przywołaj sytuację z życia, kiedy były prawdziwe lub kiedy są prawdziwe. Teraz przejdź w myślach do swoich zasobów – cech i wartości. Przywołaj je wszystkimi zmysłami, poczuj ich siłę. Sprawdź, co wywołuje w twoim ciele sama myśl o nich, ale też, co czujesz, gdy wypowiadasz je na głos. Poczuj to wszystko razem. Tak właśnie twoje ciało czuje Dziecko Słońca. Jak najczęściej przyzywaj tę radosną część siebie, dawaj jej powody do radości i zabawy. Pamiętaj, terapia wewnętrznego dziecka to podstawa zbudowania silnego poczucia własnej wartości.

Samoakceptacja na co dzień

Samoakceptacja nie polega na tym, że wszystko w sobie uważam za wspaniałe. Oznacza to, że akceptuję swoje mocne strony i swoje słabości – pisze Stefanie Stahl. I dodaje, że to, w jakim stopniu siebie akceptujemy, zależy od skali samopoznania. Wszak możemy akceptować tylko to, czego jesteśmy świadomi. Jest to tym samym zaproszenie do stałego poszerzania wiedzy o sobie. Jeśli z lęku przed bolesną prawdą zamykamy na nią oczy, to z jednej strony siebie chronimy, ale też nie pozwalamy na rozwój. Ucieczka, unikanie – to strategie typowe dla Dziecka. A przecież mamy wzmacniać w sobie Dorosłego. Aby być w pełni dorosłymi, musimy być zatem wobec siebie szczerzy. I uważni. Ale też życzliwi. Chwalmy się za to, co nam wychodzi. Świętujmy małe i większe sukcesy. Ale też nie bójmy się siebie samych za coś przepraszać, pamiętając, że zawsze wtedy przepraszamy swoje skrzywdzone Dziecko Cienia. Za co? Na przykład za to, że zbagatelizowaliśmy pierwsze oznaki przeziębienia. Za to, że za dużo pracujemy i zarywamy noce. Za to, że nieustannie je karcimy. Ale też troszczmy się o Dziecko Słońca – róbmy jak najczęściej to, co sprawia, że się dobrze czuje. Bez doświadczania przyjemności na co dzień będziemy spychać je do cienia. I zawsze pytajmy siebie, czyli nasze wewnętrzne dziecko, czego teraz potrzebuje. – Nie chodzi o to, byśmy byli mili i grzeczni, ale byśmy postępowali zgodnie ze swoimi wartościami i zaspokajali swoje podstawowe potrzeby – twierdzi Stefanie Stahl. Przekonajmy też Dorosłego, że każdą decyzję można odwołać. Jeśli okaże się, że była błędna – można ją zmienić. I nie zapominajmy o swoim hobby – zajmując się nim, bierzemy odpowiedzialność za swoje samopoczucie. Nikt inny nie zatroszczy się o nas, jeśli nie zrobimy tego sami.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Zdrowy sen to wyższa odporność i lepsze życie. Jak leczyć bezsenność i spać spokojnie?

Żyjemy w świecie, który dezorganizuje nasz naturalny rytm, a to z kolei zaburza wiele funkcji w naszym organizmie, w tym sen. Warto o nocną regenerację świadomie zadbać. (Fot. iStock)
Żyjemy w świecie, który dezorganizuje nasz naturalny rytm, a to z kolei zaburza wiele funkcji w naszym organizmie, w tym sen. Warto o nocną regenerację świadomie zadbać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Bezsenność to choroba cywilizacyjna, skutek życia w nadmiernym stresie i wzbudzeniu. Już ponad połowa Polaków ma problemy ze snem, a około 10 proc. cierpi na bezsenność. Rozmowa z dr. n. med. Małgorzatą Fornal - Pawłowską, psychologiem klinicznym, psychoterapeutką.

Bezsenność to choroba cywilizacyjna, skutek życia w nadmiernym stresie i wzbudzeniu. Już ponad połowa Polaków ma problemy ze snem, a około 10 proc. cierpi na bezsenność. Rozmowa z dr n. med. Małgorzatą Fornal - Pawłowską, psychologiem klinicznym, psychoterapeutką.

Od 16 lat pracuje Pani w Poradni Leczenia Zaburzeń Snu przy Szpitalu Nowowiejskim w Warszawie - kto i jak tam trafia? Poradnia Leczenia Zaburzeń Snu funkcjonuje przy przyszpitalnej poradni zdrowia psychicznego. Pracują w niej lekarze psychiatrzy i psycholodzy, którzy specjalizują się w leczeniu zaburzeń snu. Naszymi pacjentami są najczęściej osoby, których kłopoty ze snem wynikają ze stresu albo problemów emocjonalnych. Oni najczęściej kierowani są do nas przez psychologów i psychiatrów. Mamy też pacjentów, którzy dowiedzieli się o nas z wyszukiwarek internetowych. Żeby się u nas leczyć nie trzeba mieć skierowania.

Z jakimi konkretnie problemami zgłaszają się pacjenci? Najczęściej skarżą się na przewleką bezsenność. Ale częstym problemem jest też nadmierna senność, albo nietypowe zjawiska występujące we śnie, które przekładają się później na codzienną jakość życia.

Czy bezsenność jest chorobą? Zdecydowanie. W  najnowszej klasyfikacji problemów zdrowotnych mamy odrębną kategorię nazwaną "zaburzenia snu”. Dawniej była ona podpięta pod zaburzenia psychiczne, neurologiczne, albo związane z oddychaniem. Znajduje się w niej sześć głównych typów zaburzeń snu:

  • bezsenność - najczęściej występująca choroba;
  • zaburzenia snu związane z zaburzeniem oddychania;
  • nadmierna senność, czyli hipersomnia;
  • zaburzenia rytmu snu okołodobowego - to problemy występujące najczęściej u osób, które pracują zmianowo, albo mają nieregularny tryb życia;
  • parasomnie - nietypowe zachowania w trakcie snu - np chodzenie, mówienie, krzyczenia, koszmary senne;
  • zaburzenie ruchowe w trakcie snu np. zespół niespokojnych nóg;

W sumie mamy kilkadziesiąt jednostek chorobowych związanych ze spaniem.

Jak diagnozuje się zaburzenia snu? Diagnoza polega przede wszystkim na zebraniu szczegółowego wywiadu. Pytamy pacjentów na czym dokładnie polegają ich problemy ze snem. Oni najczęściej skarżą się, że długo nie mogą zasnąć, albo nawet kiedy uda się im usnąć, w nocy się wybudzają i nie mogą ponownie zasnąć. Często problemem jest również to, że trudno pacjentom wstać po nocy i poczuć się rozbudzonym. Podczas wywiadu dowiadujemy się również tego, że to jak źle pacjenci śpią, a raczej nie śpią, wpływa znacząco na jakość ich życia, na codzienne funkcjonowanie. Jeśli problem występuje minimum 3 razy w tygodniu i trwa od trzech miesięcy, to wiadomo, że taka osoba kwalifikuje się do leczenia. Jednak diagnoza nie opiera się jedynie na wywiadzie dotyczącym samego snu. Zbieramy również informacje na temat ogólnego stanu zdrowia pacjenta, potencjalnych chorób, które mogą wpływać na sen, np. niedoczynność tarczycy. Jeśli ktoś ma na przykład dolegliwości bólowe i nie może zasnąć, to wiadomo, że to może być główny powód zakłócający sen. Jednak u wielu pacjentów nie ma takich oczywistych przyczyn problemów ze snem. Są one bardziej złożone, zwłaszcza, gdy bezsenność utrzymuje się przewlekle.

Co zatem może być przyczyną tego, że nie śpią? 60-80 proc. pacjentów, którzy mają przewlekłe problemy ze snem ma równolegle diagnozę innych chorób - najczęściej są to zaburzenia lękowe i depresyjne. Dlatego lekarz robiący wywiad podczas diagnozy, zbiera informacje dotyczące tego, co dzieje się w życiu emocjonalnym pacjenta, pyta o jego nastroje, lęki, kondycję psychiczną. Jeśli pacjent zgłasza, że ma w życiu intensywny stres, to nie ciężko się domyślić, że problemy ze snem mogą być wtórne i łączyć się z tą sytuacją. W diagnostyce zaburzeń snu bardzo ważny jest też wywiad dotyczące samego snu - o której godzinie chodzimy spać, wstajemy, czy zachowujemy stały rytm. itp. Bo okazuje się, że osoby, które mają kłopoty ze snem często same pogarszają swoją sytuację pogłębiając złe nawyki związane ze spaniem. I nawet jeśli początkowa przyczyna zaburzeń snu leżała gdzie indziej, to brak właściwej higieny snu, i narastający lęk przez kolejną nieprzespaną nocą, stają się czynnikami napędzającymi problem.

Wpadają w błędne koło? Dokładnie. Dlatego osoba, która trafia do poradni zaburzeń snu, dostaje dziennik snu, taki arkusz, w którym prowadzi zapiski dotyczące tego, o której godzinie wstaje, o której kładzie się spać, jak długo zasypia, czy budzi się w nocy, czy uprawia jakiś sport, ile spożywa kofeiny, jak czuje się w ciagu dnia i jakie leki przyjmuje. Lekarz diagnozujący po lekturze takiego dziennika, jest w stanie rozpoznać, czy osoba ma regularny rytm snu, albo czy w łóżku nie spędza za dużo czasu, pomimo tego, że nie śpi, co może być przyczyną fragmentacji snu, czyli zwiększenia nocnych przebudzeń. Z dzienniczka można też wyczytać, że pacjent źle przyjmuje leki, albo że ich nadużywa. Wszystkie tego typu informacje - dla nas ekspertów zajmujących się zaburzeniami snu - są bardzo ważne w diagnozie i programie leczenia.

Czy problemy z oddychaniem, np. krzywa przegroda nosowa, chrapanie, mogą zaburzać sen? Kiedy wywiad pokaże, że osoba może mieć problemy z bezdechem, bo w trakcie snu ma przerwy w oddychaniu lub chrapie, budzi się z bólem głowy lub suchością w ustach, a w ciągu dnia jest bardzo senna, pomimo tego, że w nocy odpowiednio długo śpi, zlecamy wówczas badanie pod kątem zaburzeń oddychania w trakcie snu. Jest to specjalistyczne nocne badanie polisomnograficzne, podczas którego mierzy się różne parametry organizmu ludzkiego w czasie snu, w tym przepływ powietrza przez drogi oddechowe, wysycenie krwi tlenem, wzbudzenia. Wykonuje się w je w specjalistycznych laboratoriach snu, funkcjonujących zwykle przy poradniach laryngologicznych albo pulmunologicznych. Możliwa jest też prostsza wersja tego badania wykonywana w domu. Leczenie bezdechu sennego jest zależne od jego nasilenia. Przy lżejszych postaciach wystarczą interwencje behawioralne – odpowiednia dieta, w celu zmniejszenia masy ciała, unikanie alkoholu czy leków wpływających na obniżenie napięcia mięśniowego. U osób, u których występują niedrożności dróg oddechowych (np. krzywa przegroda nosowa), zabieg laryngologiczny może całkowicie rozwiązać problem bezdechów. W bardziej złożonych przypadkach konieczne jest stosowanie specjalnego urządzenia do snu, które wytwarza ciśnienie w drogach oddechowych.

Przypomnijmy - dlaczego zdrowy sen jest ważny? Odpowiedź na to pytanie zna każdy, kto ma za sobą nieprzespaną noc, albo kilka. Podczas snu nasz organizm regeneruje się, wypoczywa - to podstawowa potrzeba człowieka. Po nieprzespanej nocy mamy słabszą koncentrację uwagi, gorszą sprawność intelektualną i poznawczą, marny nastrój, trudniej nam kontrolować emocje, jesteśmy bardziej impulsywni. Eksperci od medycyny snu podkreślają, że sen jest bardzo ważny dla naszego zdrowia. Długoterminowo problemy ze snem mogą przyczyniać się do pogorszenia przemiany materii a nawet wystąpienia otyłości. Po nieprzespanej nocy, kiedy jesteśmy zmęczeni i poddenerwowani, mamy tendencje do sięgania po niezdrową żywność, przekąski, które szybko nas „pocieszają”. Prawidłowy sen reguluje też nasze funkcje immunologiczne. Kiedy śpimy w naszym organizmie zachodzą różne procesy naprawcze, komórki się regenerują, organizm nabiera sił. Przy deprawacji snu zmniejsza się aktywność komórek układu odpornościowego tzw. naturalnych zabójców. Są badania, które wykazały, że u osób, u których zdiagnozowano zaburzeniami snu, mniej skuteczna okazała się szczepionka przeciw grypie. Wiadomo też, że osoby, które mają zaburzony proces spania, wykazują większą skłonności do łapania infekcji. Wykazano, że nieleczona bezsenność zwiększa ryzyko chorób układu krążenia, cukrzycy oraz depresji.

W pandemii wzrosła liczba osób, które nie śpią. Jaka może być tego przyczyna? Jest to związane zarówno z nasilonym poziomem stresu, w różnych obszarach życia (zdrowotnym, ekonomicznym, społecznym) oraz zmianą trybu życia. Zamknięcie w domach, odcięcie od dotychczasowych ważnych aktywności, ograniczenie ruchu, mniejszy kontakt ze światłem dziennym, a większy ze sztucznym, zdecydowanie pogorszyły jakość naszego snu. U osób, które przechodzą zakażenie wirusem, zaburzenia snu mogą być też następstwem reakcji organizmu na infekcję np. tzw. burzy cytokinowej w układzie odpornościowym, która wpływa na układ nerwowy. Eksperci akcentują, żeby w okresie pandemii o sen zadbać szczególnie, bo to wzmacnia organizm, a silny organizm jest w stanie dobrze poradzić sobie z infekcjami. Dlatego teraz jest to tym ważniejsze, ale też trudniejsze.

Czy w zdrowym spaniu najważniejsza jest liczba przespanych godzin? Ważna jest długość, ale też jakość snu, i jeszcze to, żeby dostosować sen do swojego chronotypu. Musimy wiedzieć, czy jesteśmy bardziej sową czy skowronkiem. Kilka najważniejszych punktów jakościowego snu:

  1. Odpowiednia dawka snu - dla osoby dorosłej to jest 7-8 godzin na dobę. Warto jednak wiedzieć, że zarówno spanie krócej niż 7-8 godzin jak i dłużej, będzie szkodliwe. Nie jest prawdą, że im dłużej śpimy, tym lepiej. To trochę tak jakbyśmy się przejadali. Są badania, które pokazują, że wydłużanie snu prowadzi do podobnych konsekwencji, co zbyt krótki sen.
  2. Właściwa pora, czyli w nocy. Nie jest dobrze jeśli część naszego snu przeniesiemy na długą drzemkę w ciągu dnia. Ponieważ nasz organizm ewolucyjnie jest przyzwyczajony do tego, że jak jest ciemno to ma spać. Wtedy w naszym mózgu wydziela się melatonina, która daje sygnał reszcie naszego organizmu, że czas zwolnić różne procesy – np. obniżyć temperaturę ciała, akcję serca, wydzielanie hormonów związanych z aktywacją organizmu, by przygotować się do snu.
  3. Dostosowanie snu do wewnętrznego zegara biologicznego. Każdy z nas musi wyczuć jakie pory są dla niego lepsze na sen. Jeśli jesteśmy typem skowronka, to dobra pora na spanie wypadnie między godziną 22 a 5 rano. A jeśli jesteśmy sową, to wydzielanie melatoniny  będzie opóźnione i lepiej chodzić do łóżka bliżej północy. Nie można jednak przesadzać z tym przesunięciem godzin spania - chodzenie do łóżka o 4 rano i wstawanie o 12 nie jest zdrowe i kwalifikuje się jako zaburzenie, które trzeba leczyć.
  4. Tryb życia. Nasze codzienne nawyki wpływają na jakość snu. Na przykład to jakie substancje, i o której przyjmujemy, ile pijemy kofeiny, czy spożywam alkohol, czy mamy drzemki w ciągu dnia, czy korzystamy nadmiarowo ze światła sztucznego - to wszystko są „pogarszacze” snu. Ich nadmiar może zaburzyć naturalny rytm odpoczynku nocnego. Na jakość snu wpływa również to, jak w ogóle podchodzimy do tej części naszego życia. Warto zadać sobie pytanie, czy odpowiednio przygotowuję się do snu, czy mam czas by zwolnić wieczorem, zrelaksować się, czy przeznaczam na sen odpowiednią liczbę godzin.

Czy to znaczy, że do snu trzeba się specjalnie szykować? Chodzi o to, żeby zadbać o tzw. higienę snu. Zaleca się, żeby na 4 a nawet 6 godzin przed snem nie spożywać kofeiny. Naukowo dowiedziono, że podwójne espresso wypite przez zdrową osobę na 6 godzin przed snem powoduje skrócenie snu głębokiego, nawet jeśli nie mamy problemu z zaśnięciem po kawie.

Na godzinę przed snem trzeba ograniczyć intensywny wysiłek. Nie jest prawdą, że jak człowiek się intensywnie zmęczy, to szybko uśnie, bo ciało w wysiłku fizycznym się wzbudza. Lepiej, żeby sport uprawiać w ciagu dnia, najlepiej w połączeniu z ekspozycją na światło słoneczne.

Ważne jest również to, by na minimum godzinę przed snem ograniczyć korzystanie z urządzeń emitujących świtało niebieskie. A już na pewno nie można zabierać telefonów, tabletów i laptopów do łóżka. Taki sygnał świetlny w porze snu jest informację dla mózgu, że jest dzień i czas się pobudzić, a my przecież chcemy iść spać.

Nie polecam również alkoholu przez snem - to pogarszacz jakość snu. Działa wprawdzie rozluźniająco, wiele osób szybciej po spożyciu usypia, ale warto wiedzieć, że w wyniku metabolizowania alkoholu powstaje aldehyd octowy, który pobudza - stąd po alkoholu może wystąpić wiele przebudzeń w ciagu nocy i w sumie słaba jakość snu.

Warto też zadać o świeże czyste powietrze i odpowiednią temperaturę w sypialni - powinno być między 18 a 20 stopni C.

Rytuały przed snem - dla niemowlaka czy dla każdego? Nasz mózg zdecydowanie lubi rytuały. Nawet jeśli ktoś nie ma problemów z zasypianiem warto, żeby wyrobił w sobie nawyk dbania o to, żeby wieczór był czasem zwolnienia. Z trybu gotowości przechodzimy w tryb relaksu i wyciszenia. Warto pod koniec dnia zrobić dla siebie coś, co jest odprężające, co sprawia nam przyjemności. Medytacja, relaksacja, czytanie, szydełkowanie. To nie musi być zawsze to samo. Jednak odradzam, żeby wprowadzać te rzeczy do łóżka. W łóżku śpimy.

Jak w Polce leczy się bezsenność? Wiele osób nie robi z tym nic, niestety - wynika to z badań. Myślą: „A, jakoś to będzie.” Jedynie co dziesiąta osoba konsultuje ten problem z lekarzem rodzinnym. Zdecydowana większość (31,3 proc.) nic nie robi, aby lepiej spać. Tylko, że problem sam się nie rozwiąże, a z czasem kłopoty ze snem się pogłębiają. Jest też spora grupa ludzi, sięgających po tabletkę. Tymczasem lekarze na całym świecie są zgodni, że najlepsza metodą wychodzenia z  bezsenności jest zastosowanie technik poznawczo-behawioralnych.

Na czym ta metoda polega? Terapia poznawczo-behawioralna to jeden z nurtów psychoterapii, stosowany w leczeniu różnych zaburzeń (np. depresji, zaburzeń lękowych). Polega na wprowadzeniu odpowiednich zachowań i pracy nad myślami towarzyszącymi danemu problemowi, co przekłada się na zmniejszenie objawów. Ponieważ sen jest bardzo związany z naszymi myślami i zachowaniami, podlega procesom uczenia się - odpowiednie nawyki, pory snu, techniki behawioralne dobrane do danej osoby (np. skrócenie czasu snu, albo jego wydłużenie), zadbanie o pełną higienę snu, pomagają pacjentom wyjść z bezsenności. Terapia zwykle wymaga od 4 do 8 sesji. Metoda poznawczo – behawioralna uznawana jest w świcie naukowym za złoty standard w leczeniu bezsenności. Leki wprowadza się dopiero wtedy, kiedy te metody okażą się niewystarczające. Dlaczego? Bo tabletka nie zmienia nawyków, a wręcz może utrwalić skojarzenie, że zasypia się tylko po pigułce. A celem leczenia jest, żeby pacjent powrócił do automatyczności snu - jego naturalnego rytmu.

Jest Pani współautorka pierwszego w Polsce program niefarmakologicznego leczenia bezsenności oraz aplikacji Terapia Bezsenności do poprawy snu w oparciu o terapię poznawczo-behawioralną. Jak to działa? To 6 -tygodniowy program on-line z pełną bazą materiałów edukacyjnych, ćwiczeń i analiz opartych na zasadach terapii poznawczo-behawioralnej. Pierwszy tydzień naszego kursu jest otwarty dla każdego. To sesja cyfrowa stworzona na wzór tradycyjnej - zawiera ankiety, na podstawie których każdy może zobaczyć spersonalizowane czynniki, które mogą odpowiadać za utrzymujące się problemy ze snem. Pokazujemy jakie zachowania pozwalają pogłębić nasz sen, co robić w sytuacji, gdy nie możemy zasnąć lub wybudzamy się w nocy oraz jak radzić sobie z niepokojem czy gonitwą myśli w porze snu. Kurs pozwala zrozumieć przyczyny problemów ze snem, daje wiedzę, narzędzia i indywidualny plan poprawy snu.

Wychodzenie z bezsenności to praca nad zdrowymi nawykami. Nie ma tu drogi na skróty - nie liczmy na opaski, po założeniu których stanie się cud, albo maszyny, które wpłyną na prace naszych fal mózgowych. Zdrowy sen jest w naszych rękach. To powrót do regularnego rytmu, do natury.

  1. Styl Życia

Masaż dźwiękiem - moc wibracji

Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory. (Fot. Michał Klusek)
Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory. (Fot. Michał Klusek)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Fale dźwiękowe wprawiają nasze ciało w wibracje, które uwalniają napięcia, relaksują, regenerują i poprawiają nastrój. Najlepsze efekty przynosi masaż w sonorze – specjalnie do tego celu zbudowanej kapsule dźwiękowej. Sesja w sonorze to niezwykłe (zaryzykowałabym nawet określenie – duchowe) doznanie.

Sonorę trudno jest zdefiniować. Mówi się, że to instrument terapeutyczny, kapsuła dźwiękowa, portal. Jak powstało to wyjątkowe urządzenie? Czeski lutnik, muzyk i multiinstrumentalista Jan Rosenberg pragnął skonstruować instrument, do którego można wejść. Chciał, by wibracje dźwięków dało się odbierać całym ciałem. W latach 90. zbudował sonarium – tubę z ławką w środku i 28 strunami. Później modyfikował instrument, aż powstała sonora, czyli tuba z najwyższej jakości drewna rezonansowego z wysuwaną na szynach ławą i 56 strunami. Osoba, która przychodzi na sesję, kładzie się na drewnianej ławie, otulam ją kocem i wsuwam do środka instrumentu. A potem zaczynam poruszać strunami. Rosenberg w pracy inspirował się monochordem, którego stworzenie przypisuje się Pitagorasowi, oraz pitagorejskim podziałem harmonicznym, o którym mówi się, że to rodzaj kosmicznego klucza, boska proporcja. Sonora wydaje dźwięk o częstotliwości 64 herców, więc mieści się w spektrum wibracji o właściwościach leczniczych (od 40 do 80 herców).

Można powiedzieć, że działa jak muzykoterapia? Sesja absorbuje na dwóch płaszczyznach, słuchamy dźwięków i odczuwamy wibracje. Mamy tu więc do czynienia z muzykoterapią, która równoważy emocje, pomaga docierać do podświadomości. Ale mamy też wibroakustykę, która wpływa na ciało jak fizjoterapia, w sposób energetyczny. Takie połączenie pozwala spontanicznie osiągnąć głęboki stan relaksu, jak w medytacji.

W Niemczech i Austrii terapia dźwiękiem z wykorzystaniem na przykład mis dźwiękowych jest refundowana przez tamtejsze fundusze zdrowia i stosowana w placówkach medycznych, psychoterapeutycznych czy pedagogicznych. U nas nadal jest to postrzegane jako ezoteryka. Jest coraz więcej badań z dziedziny wibroakustyki potwierdzających jej korzystny wpływ na nasz organizm. Wibracje wędrują przez wszystkie tkanki, mięśnie, nerwy, kości, docierając do każdego miejsca w ciele. Okazało się, że odpowiednio dobrane fale dźwiękowe poprawiają pracę komórek, przyspieszają metabolizm, rozszerzają naczynia włosowate, dotleniając wszystkie organy. Działanie dźwięku przyczynia się także do niwelowania bólu, przyspiesza regenerację tkanek, zmniejsza napięcie mięśni. Terapię dźwiękiem z powodzeniem stosuje się u osób ze spastycznym porażeniem mięśniowym i porażeniem mózgowym, chorobą Parkinsona, stwardnieniem rozsianym – wibracje redukują napięcia mięśniowe i poprawiają funkcje motoryczne. Pomaga w przypadku bezsenności czy przy chorobach autoimmunologicznych, ponieważ działa tonująco na wegetatywny układ nerwowy i autoimmunologiczny. Gdy głęboko się rozluźniamy, uruchamiają się mechanizmy samouzdrawiające. Nie twierdzę, że sonora zastąpi tradycyjną medycynę, ale jest świetnym narzędziem wspomagającym.

Podobno poszczególne fale dźwiękowe pozytywnie wpływają też na psychikę – zmniejszają poziom stresu, odczuwanego lęku, zwiększają motywację do życia. To prawda, sonora daje możliwość pracy z emocjami, pozwala uwalniać traumy. Wibracje instrumentu pomagają wyciszyć umysł krytyczny i rozluźnić ciało. To daje subtelne, nienamacalne korzyści. Gdy chcemy pracować z emocjami, idealnie jest, jeśli człowiek potrafi odnaleźć je w ciele. Wielu ludzi jest zablokowanych na tym poziomie. Wiedzą, że są smutni albo że się boją, ale nie są w stanie odnaleźć tego w ciele, powiedzieć, gdzie emocja jest uwięziona. Wibracje sonory pozwalają poczuć swoje ciało, skierować uwagę do wnętrza. To dobry punkt wyjścia do dalszej pracy.

Dla każdego gra pani tak samo? Wszystkie struny są w jednym dźwięku, nie ma tu chwytów, strojeń, więc nie można zagrać melodii. W pewien intuicyjny sposób dobieram jednak metodę grania do osoby. Przede wszystkim staram się wprowadzić pacjenta w bezpieczną i komfortową przestrzeń, dopasować sesję do potrzeb danej osoby. Robię to intuicyjnie. Sonora najczęściej wybrzmiewa nieprzerwanym jednostajnym dźwiękiem. Jednak oprócz tonu podstawowego mamy składowe harmoniczne, bardzo dobrze słyszalne, więc muzyka w odbiorze jest wielopoziomowa i przestrzenna. Dźwięk można porównać do transowego brzmienia instrumentów etnicznych, na przykład didgeridoo.

Czym różni się sesja w sonorze od masażu misami tybetańskimi? Grałam na misach i gongach, praktykowałam metodę pracy dźwiękiem Petera Hessa, niemieckiego fizyka, który badał misy i ich wpływ na człowieka. Różnica jest taka, że misy w czasie zajęć grupowych są w jednym miejscu i dźwięk rozchodzi się po całej przestrzeni. Gdy pracujemy z misami na ciele, to dotykamy ich, a one wybrzmiewają i milkną. W sonorze jesteśmy w środku instrumentu, trochę jakbyśmy byli we wnętrzu misy. Dźwięk nie rozprasza się na zewnątrz, jest skoncentrowany na nas. Do budowy sonory wykorzystane jest drewno rezonansowe, które nie wygłusza tych dźwięków i daje nam potężną dawkę wibracji. Efekty są bez porównania intensywniejsze niż przy masażu misami. Wiele osób ceni sobie też to, że sonora daje poczucie bezpieczeństwa, w jej wnętrzu jesteśmy schowani, otuleni jak w łonie matki – to porównanie, które często słyszę. 

Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory (na zdjęciu). www.kalejdoskopth.pl

  1. Zdrowie

Jak działa efekt placebo?

Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czasem wystarczy sama informacja, że dostałeś lekarstwo, by wyzdrowieć. Albo wiara w to, że jesteś zdolny – by odnosić sukcesy. Fundamentem efektu placebo i samospełniającego się proroctwa jest przekonanie, że oczekiwania kształtują rzeczywistość albo innymi słowy: zmieniają rzeczywistość, stwarzają ją na nowo. Sile ludzkiej autosugestii przygląda się Robert Rient.

Bruce Moseley, chirurg wojskowy i specjalista w zakresie ortopedii sportowej w Teksasie, do swojego eksperymentu wybrał grupę byłych żołnierzy, którzy cierpieli z powodu bólów reumatycznych w stawach kolanowych. Przy czym ból musiał być na tyle dotkliwy, by uniemożliwiał im codzienne aktywności. W 1994 roku wszyscy chorzy zostali przewiezieni do szpitala w Houston (Veterans Affairs Medical Center) oraz poinformowani, że czeka ich operacja, a dokładnie artroskopia kolana. Pacjenci zostali poddani narkozie i żaden z nich nie wiedział, że operację przeprowadzono wyłącznie u dwóch weteranów. Trzem pacjentom jedynie wypłukano staw kolanowy, a pięciu wykonano tylko nacięcie na skórze, bez najmniejszej ingerencji chirurgicznej w staw kolanowy, po czym nacięcie zaszyto, by wyglądało dokładnie tak samo jak blizny wszystkich, którzy przeszli artroskopię kolana. Dziesiątka pacjentów została wypisana do domu w tym samym czasie, dostali te same leki przeciwbólowe, zalecenia dotyczące rehabilitacji kolana i kule, którymi mogli się wspierać podczas chodzenia.

Minęło pół roku od zabiegu i wszyscy pacjenci poczuli się lepiej. Bez względu na to, czy przeszli artroskopię kolana, czyszczenie czy wyłącznie przecięto im skórę i ponownie ją zaszyto. I chociaż dla niektórych to dowód na skuteczność rehabilitacji w walce z bólami reumatycznymi – większość nie ma wątpliwości: placebo niekiedy działa tak samo skutecznie jak skalpel i najlepsze leki.

Od pomagania do szkodzenia

Placebo z łacińskiego oznacza „będę się podobał”, natomiast efektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. Istotne jest również, że poddany efektowi placebo nie jest tego świadomy i zachowuje przekonanie, że otrzymał właśnie konkretny lek lub przeszedł określony zabieg medyczny. Co ciekawe, placebo może również wywołać efekty uboczne, takie jak zmiany skórne, senność, wymioty, przyspieszone bicie serca, a nawet obrzęki. Takie efekty nazywa się nocebo, co z łacińskiego można przetłumaczyć „będę szkodzić”. Niektórzy pacjenci po przeczytaniu ulotki opisującej efekty uboczne, momentalnie zaczynają odczuwać określony efekt uboczny, nie będąc świadomi, że sami go wywołali. Nocebo może się również pojawić, gdy mamy negatywne podejście do lekarza i nie ufamy mu.

Badania Office of Technology Assessment wykazały, że skuteczność współczesnych leków i przyjmowanych lekarstw została dowiedziona naukowo jedynie w 20 proc. przypadków! Oznacza to, że pozostałe 80 proc., czyli zdecydowana większość tego, co możemy znaleźć na aptecznych półkach, jest na etapie testowania, eksperymentu albo jest preparatem placebo. Przemysł farmaceutyczny jest zainteresowany jak największą liczbą chorych ludzi, którzy kupią jak najwięcej lekarstw. Oczywiście przemysłu farmaceutycznego nie należy mylić z przypadkami lekarek i lekarzy żywo zainteresowanych zdrowiem swoich pacjentów. Jednak ów przemysł działa w myśl zasady: im więcej chorób, im więcej objawów u siebie rozpoznam – tym więcej kupię lekarstw, bez względu na to, czy ich działanie przyniesie jakikolwiek efekt i czy bez nich zdrowienie odbyłoby się w tym samym czasie (i być może bez uszczerbku na zdrowiu spowodowanego przyjęciem leku). Również skuteczność bardzo kosztownej przecież chemioterapii stawiana jest pod znakiem zapytania.

Moc oczekiwań

Z efektem placebo bezpośrednio łączy się psychologiczny mechanizm samospełniającego się proroctwa. Szereg eksperymentów potwierdziło, że nastawienie może mieć kolosalne znaczenie w osiąganiu sukcesów, zdrowieniu, zdobywaniu pracy, a nawet zawieraniu związków miłosnych i przyjacielskich.

Wszystko zaczęło się od eksperymentu przeprowadzonego w latach 60. XX wieku przez psychologa Roberta Rosenthala. Razem z nauczycielką Lenore F. Jacobson przeprowadził on szereg testów na inteligencję wśród uczniów rozpoczynających naukę w szkole podstawowej w West Coast, w San Francisco. Na podstawie wyników uczniowie zostali podzieleni na tych, którzy osiągnęli wysokie wyniki IQ, i tych, których wyniki były niższe. Kluczowy w całym eksperymencie był losowy przydział uczniów do wyników badań. To znaczy, że Rosenthal podzielił uczniów na tych, którzy są zdolniejsi, i na tych, którzy są mniej zdolni z zupełnym pominięciem przeprowadzonych badań, ale nikomu o tym nie powiedział.

Po ośmiu miesiącach powtórzono badania mierzące postępy w nauce i rozwój inteligencji. Co szokujące – u 78 proc. uczniów, których uznano za zdolnych, zaobserwowano wyższe wyniki w porównaniu do stanu początkowego, różnica na skali punktowej wynosiła od 10 do 30. Eksperyment wywołał debatę na temat mechanizmu samospełniającego się proroctwa (nazywanego również „efektem Rosenthala”).

W wyniki testów na inteligencję uwierzyli nauczyciele, którzy z odpowiednim nastawieniem traktowali uczniów. Określonym jako zdolniejsi poświęcali więcej uwagi i czasu, ich błędy były raczej wypadkami, a nie normą jak u uczniów zaklasyfikowanych jako mniej zdolni – niejako skazanych na życiową porażkę, ale również brak atencji u nauczycieli. Pojedyncze osoby być może znalazły w sobie wystarczająco dużo siły i odporności, by udowodnić, że są zdolne i zasługują na takie samo traktowanie. Jednak znaczenie systemu edukacji okazało się miażdżące. Do dnia dzisiejszego, nie tylko w szkolnych murach, obowiązuje podział ludzi na podstawie pierwszego wrażenia, tymczasowych wyników ich pracy, działań czy udzielonych dawno temu odpowiedzi. Przypisanie określonej osobie danych cech wpływa na to, jak będzie traktowana przez innych, ale również jak sama zacznie o sobie myśleć. Człowiek uznany za zdolnego otrzymuje więcej uwagi, możliwości i przestrzeni na pomyłkę. Ten zaszufladkowany jako mniej utalentowany będzie otrzymywał od otoczenia informacje o tym, jak bardzo sobie nie radzi. W relacji miłosnej, przyjacielskiej czy w relacji z przełożonym i podwładnym również mogą pojawić się zachowania będące wynikiem samospełniającego się proroctwa. Jeśli dana osoba traktowana jest od czasów dzieciństwa jako zdolna – najpewniej uwewnętrzni to przekonanie na własny temat i będzie łaskawiej patrzyła na (lub wręcz pomijała) te momenty, w których zawiodła. Gdy to samo przydarzy się osobie z niską wiarą w siebie i niskim poczuciem własnej wartości, które (analogicznie) zazwyczaj jest efektem silnego oddziaływania autorytetów i rodziców w dzieciństwie, uzna to za potwierdzenie usłyszanego setki razy przekonania na własny temat. I chociaż rzeczywistość obu osób może być taka sama, to przeżywana jest całkiem inaczej ze względu na oczekiwania, które bezpośrednio warunkują sposób mówienia, myślenia, a w końcu działania.

Odpowiednia atmosfera

Warto pamiętać, że początki efektu placebo sięgają II wojny światowej i praktyki amerykańskiego anestezjologa i lekarza Henry’ego Beechera. Właśnie miał on rozpocząć zabieg, gdy zauważył, że skończyła się morfina. Nic nie powiedział, bo obawiał się wybuchu paniki, a pacjentowi podał roztwór soli fizjologicznej. Okazało się, że chociaż ta w pełni nie zniwelowała bólu, to zadziałała skutecznie. Po wojnie Beecher został kierownikiem oddziału anestezjologii w Massachusetts General Hospital w Bostonie. Rozpoczął badania i eksperymenty kliniczne, w których pacjenci zamiast prawdziwych leków dostawali tabletki z cukru. Stan zdrowia 1082 chorych poddanych kuracji placebo polepszył się. W 1955 r. Beecher opublikował artykuł pt. „Potęga placebo” i tak rozpoczął się w medycynie i psychologii okres leczenia niczym.

Na efekt placebo wpływa także nastawienie pacjenta do lekarza i terapii. Do dzisiaj wielu lekarzy uważa, że dla procesu zdrowienia nie ma absolutnie znaczenia to, czy wzbudzają oni sympatię, budują z pacjentem podmiotową relację, ale badania temu przeczą. Co ciekawe, skuteczność placebo jest większa, jeśli przepisana tabletka jest duża, czerwona i gorzka, pomaga również nazwa leku w języku łacińskim i szczegółowo opisane efekty uboczne. Pacjenci szybciej ulegają placebo, jeżeli lekarz wcześniej ich wysłuchał i porozmawiał o ich samopoczuciu – zdaje się to być ważniejsze od profesjonalnej diagnozy przy użyciu nowoczesnego sprzętu. Wszystko to służy budowaniu poczucia bezpieczeństwa oraz autorytetu w osobie lekarza.

Badacze do tej pory nie potrafią precyzyjnie określić, dlaczego placebo działa na jednych ludzi a na innych nie, nie potrafią również wyjaśnić, dlaczego skuteczność placebo zdaje się być tak wysoka w leczeniu astmy i depresji. Istotny jest mechanizm samospełniającego się proroctwa, który opowiada o sile nastawienia albo wiary. Należy jednak pamiętać, że ma on swoją czarną stronę – rzucona pod naszym adresem przestroga, złe słowa, niekorzystna wróżba mogą zainfekować nasz sposób myślenia, ale tylko wtedy gdy uwierzymy w czekające nas kłopoty. A te być może nigdy by nie przyszły, gdybyśmy nie zaprosili ich do swojego życia. Skutecznym antidotum zdaje się być zrelaksowanie w tym, co można nazwać rzeczywistością, oraz świadome i selektywne karmienie się zasłyszanymi informacjami po to, by wybrać te, w które chcemy uwierzyć.

Robert Rient dziennikarz, trener interpersonalny. 

  1. Psychologia

Czego możemy nauczyć się z bajek? Rozmowa z Katarzyną Miller

Bajki powinniśmy czytać nie tylko dzieciom, ale też sobie. Zwłaszcza te, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też pomoże pokonać dzisiejsze problemy. (Ilustracja: iStock)
Bajki powinniśmy czytać nie tylko dzieciom, ale też sobie. Zwłaszcza te, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też pomoże pokonać dzisiejsze problemy. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Lubimy czytać je dzieciom, i bardzo słusznie, ale według psycholożki Katarzyny Miller powinniśmy poczytać też sobie. A zwłaszcza wrócić do bajek, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też może pomóc pokonać dzisiejsze problemy.

Chyba nie pamiętam, kiedy usłyszałam pierwszą baśń lub bajkę. Sądzę, że wiele osób ma podobnie. To świadczy o tym, że towarzyszą naszemu wychowaniu od najmłodszych lat. No oby, oby ciągle tak było...

Sprzedaż klasycznych baśni nadal ma się dobrze, do tego powstaje wiele nowych wersji... I nie zawsze są one mądre, niestety. W baśniach jest wiele okrucieństwa, a przede wszystkim często okrutni są tam rodzice lub opiekunowie. Niektórzy nie lubią czytać klasycznych bajek swoim dzieciom właśnie z powodu tego okrucieństwa. Boją się je w sobie odnaleźć, gdyż czują się tu bezradni. Dlatego też scenarzyści piszą nowe wersje, gdzie jest więcej pozytywów, ale mniej prawdy o życiu. A dzieci się lepiej wychowują i bardziej wzmacniają na prawdziwych bajkach, w których Babę-Jagę wrzuca się do pieca i pali żywcem. Bo wtedy dopiero jest sprawiedliwy koniec – zło już nie istnieje, zostało unicestwione. Opłaca się być więc dzielnym, opłaca się pomagać innym, prosić o pomoc i współpracować z tymi, którzy są w porządku. Opłaca się być żywym, a nie grzecznym. Jest w tym nadzieja dla dziecka.

Idea tworzenia i czytania bajek jest ciągle ta sama – mają nam pomóc w rozwoju, dodać wiary w siebie i pomóc przejść przez rozmaite kryzysy. Dobrze mówię? Dobrze mówisz. Bajki mają, po pierwsze, pokazać dzieciom, że ich lęki i obawy są zupełnie normalne. Bo w życiu, oprócz dobrych rzeczy, zdarzają się też rzeczy straszne, ale można sobie z nimi poradzić i trzeba to robić poprzez rozwijanie siebie, stawianie na siebie oraz szukanie lub wykształcanie w sobie pewnych umiejętności albo cech. Po drugie, bajki pokazują, że życie jest drogą, a każdy jest królem w swoim królestwie. To słynne zdanie, które pojawia się na zakończenie prawie każdej bajki, a które mówi o tym, że król i królowa żyli od tej pory długo i szczęśliwie, jest tak naprawdę o wiele mądrzejsze i piękniejsze niż nam się wydaje. Nie chodzi w nim wcale o to, że oni później nie mieli żadnych kłopotów, tylko że poprzez drogę, którą przeszli, nauczyli się radzić sobie, ufać sobie, pomagać sobie wzajemnie, wierzyć w dobro i żyć w zgodzie z przyrodą. Stają  się ludźmi coraz pełniejszymi.

Wiedzą, jak sobie radzić ze złem, które może ich spotkać, więc optymistycznie patrzą w przyszłość. Dokładnie tak, w związku z tym mądrze rządzą swoim królestwem.

Czyli sobą? Sobą i wszystkim, co jest ich życiem.

Dlatego w bajkach jest tyle księżniczek, królewien i królewiczów? Po części tak, a po części dlatego, że byli dobrym symbolem. Większość klasycznych baśni powstała w czasach, gdy król i królowa byli po prostu najważniejsi. Byli autorytetami, wzorami; dziś powiedzielibyśmy – celebrytami. Na nich wszyscy patrzyli i każdy chciał być tacy, jak oni.

Bajki miały pokazać, że wcale nie mają lżej od nas? Raczej, że to są ludzie i też muszą przejść swoją drogę, czegoś się nauczyć, doświadczyć – jak każdy. Mimo że pewnie oni to przejdą na innym poziomie bytowym. Choć królewna wygnana do lasu nie ma już służby, prawda?

Jest też spora grupa bajek, typu Głupi Jaś, Tomcio Paluch czy Rybak i Złota Rybka, które nie opowiadają o koronowanych głowach, a o prostych ludziach i ich mądrości. Moją ukochaną bajką z tej grupy jest ta o rybaku, który znalazł szktatułkę z dżinem. Rybak był bardzo biedny i na dodatek tego dnia nie udało mu się niczego złowić. Kiedy już miał się poddać i iść do domu, nagle w sieci poczuł coś ciężkiego. Była to złota szkatułka, on ją oczywiście otworzył, a wtedy ze środka wychynął dżin i powiedział: „Aha, to teraz cię zabiję”. „Jak to? Przecież cię uratowałem” – zdziwił się rybak. „No to zaraz ci wyjaśnię. Mój kalif, u którego byłem wezyrem, był jeszcze większym czarownikiem niż ja. Kiedy mu się sprzeciwiłem, zamknął mnie w tej szkatułce i wrzucił na dno jeziora. Przez pierwsze sto lat obiecywałem sobie, że kto mnie uratuje, dostanie królestwo i królewnę za żonę i będzie zawsze szczęśliwy. Przez następne sto mówiłem, że kto mnie uratuje, dostanie królestwo, królewnę, ale nie będzie już taki szczęśliwy. Za kolejne sto – nie będzie już miał królewny, za kolejne – królestwa, a na końcu postanowiłem sobie, że jak ktoś mnie odnajdzie, to go zabiję, bo mam już tego dosyć”. Zobacz, to bardzo fajny obraz tego, jak człowiek traci nadzieję i jak się wtedy zmienia jego podejście.

Rybak tak trochę podumał i powiedział: „To wszystko jest bardzo smutne i przykre, ale mnie się wydaje, że ty kłamiesz”. „Ja kłamię?!”. „Taki wielki dżin nie może się przecież zmieścić w takiej małej szkatułce”. „Taak? To ja ci zaraz pokażę…”. No i ponieważ dżin miał chorą ambicję, schował się z powrotem do szkatułki, na co rybak zamknął wieko i wrzucił dżina z powrotem do jeziora.

I jaki morał z tej bajki? Bo bajka chyba musi mieć morał... Co prawda rybak nadal niewiele złowił i się nie najadł, za to okazał się mądrzejszy od wielkiego mędrca. Został jakby ten sam, a jednak nie był już taki sam, prawda? Zdobył jakieś zaufanie do siebie, może też podziw i wdzięczność. Ale może nie zawsze chodzi o morał? Przeżycie, doznanie, znalezienie się gdzie indziej jest wielką wartością. Obcujemy z dżinem, czarami, głębią jeziora i głębią czasu, ze sprytem, wygraną i przegraną...

Jest taka piękna książka Pierre’a Péju „Dziewczynka w baśniowym lesie”. Francuski filozof polemizuje w niej z Brunonem Bettelheimem, psychoanalitykiem i badaczem baśni.  Jego zdaniem nie chodzi o interpretowanie baśni, lecz o to, by obcować z nimi. „Chodzi o porywy i siły, o intensywność uczuć, o niejasne sposoby odczuwania”. Mnie fascynuje podejście i Bettelheima, jako psychoterapeutkę, i Péju, jako poetkę.

A powiedzmy trochę o kobietach w bajkach. Z jednej strony mamy Królewny Śnieżki, Calineczki, Kopciuszki, a z drugiej – macochy, czarownice i złe królowe. Panuje tu o wiele większa różnorodność niż wśród męskich bohaterów. Kobiety w bajkach są takie jak te w życiu. Bywają macochy dobre i złe, bywają złe i dobre królowe, tak jak bywają złe i dobre matki. Bywają też takie dziewczyny jak Gerda z „Królowej Śniegu” albo jak Córka Rozbójnika, którą Gerda spotyka. Obie są zupełnie inne, a jednocześnie mają do siebie ogromny szacunek, są bardzo mądre i odważne. A pamiętasz, jak Gerda spotyka wróżkę od kwiatów? Ona jest wobec dziewczynki bardzo ciepła, troskliwa i chce ją zatrzymać u siebie na zawsze. I to jest na przykład matczyna nadopiekuńczość. Bardzo częsta zresztą. Niektórzy może woleliby tam zostać...

A Królowa Śniegu kim jest? Ona jest zniszczoną kobietą, przez los albo przez ludzi, potwornie zimną w środku i w związku z tym chce, by świat wyglądał tak jak jej wnętrze. Żeby nie być jednak sama, porywa Kaja i jego też zamraża. A udaje jej się to między innymi dlatego, że jest bardzo piękna – zimno w końcu konserwuje (śmiech). Motyw pięknej królowej, zazdrosnej o młodą królewnę jest bardzo częsty w bajkach. Najbardziej rozpoznawalny jest w „Królewnie Śnieżce”, gdzie pada słynne: „Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”.

W bajkach ważną rolę pełnią też zwierzęta. Czasem są pomocnikami, a czasem przewodnikami. Zwierzęta w bajkach są zawsze mocno ugruntowane w świecie, w którym żyją, wiedzą, co trzeba robić i jak. Oprócz takich jak Smok Wawelski czy wilk z „Czerwonego Kapturka”, są raczej pozytywnymi postaciami. A jeśli się im pomoże, to potem się odwdzięczają. Często poddają bohatera próbie, która ma zaświadczyć o jego wewnętrznej klasie.

Jako dziecko uwielbiałam takie bajki. Pamiętam zwłaszcza jedną, o trzech braciach, którzy kolejno mieli iść po wodę do zaczarowanego źródełka, żeby uleczyć chorą matkę. Po drodze mijali wiele zwierząt w potrzebie i tylko najmłodszy zatrzymał się, by pomóc, a one potem bardzo pomogły jemu. Czyli przemawiało do ciebie dobro, które potem wraca i świat jako wspólnota, w której to, co zrobiłeś dla innych, nie idzie na marne.

Oraz taka refleksja, że nigdy nie wiesz, kiedy będziesz potrzebował pomocy od tego najmniejszego, któremu teraz pomagasz. Do dziś pamiętam taki motyw z bajki, w której chłopiec albo dziewczynka uratowali pszczołę, a potem odwdzięczył im się za to cały rój. To jest moim zdaniem najcenniejsze przesłanie wszystkich bajek. To, co wypuszczasz dobrego, wróci, tylko nie wiesz nigdy, z której strony i jak. Ale też nie możesz tego robić jedynie po to, by wróciło. Warto widzieć coś więcej niż czubek swojego nosa i niż cel swojej podróży. Bo sama droga jest ważniejsza niż cel.

Zgodzisz się wybrać ze mną w taką podróż po najpopularniejszych z bajek i po tym, jak można je czytać terapeutycznie? No pewnie, z przyjemnością!

Zacznijmy od „Calineczki”. Czy to jest opowieść o – delikatnie mówiąc – niefortunnych zalotnikach? Moim zdaniem Calineczka znalazła się po prostu w nie swoim świecie. To wszystko, co kret, ropucha, mysz polna czy chrabąszcz od niej chciały, było zupełnie normalne w ich świecie i w ich relacjach z ich pobratymcami. Niemniej jednak wobec Calineczki było opresyjne. Te wszystkie zwierzęta chciały ją, bo była takim cudem, dziwem – dziewczyną nie większą niż paluszek, wyhodowaną z ziarenka, które zasadziła kobieta bardzo pragnąca własnego dziecka. To jest opowieść o tym, że nie można szukać w innych światach niż swój. Można się kimś zachwycić, można nawet się wdać we wspaniały romans, ale życie z kimś całkiem różnym od nas nie byłoby dobre. Bo wtedy się ma, że tak powiem, za dużo niewspólnego ze sobą.

To teraz „Kopciuszek”. W powszechnym mniemaniu to synonim dziewczyny wykorzystywanej i wykonującej najgorsze prace. Nieśmiałej, kryjącej swoje atuty. Stąd właśnie moje głębokie przekonanie, że to jedna z tych bajek i bohaterek, które są zupełnie niewłaściwie interpretowane. Albo się ją uważa za ofiarę losu albo za taką, co to jej się cudem trafił książę. Ja widzę ją zupełnie inaczej.

Po pierwsze, to dziewczyna, która miała kochającą matkę. Mimo że umarła wcześnie, zostawiła jej poczucie, że jest ważna. Postać wróżki, czyli matki chrzestnej, jest właśnie uosobieniem matki, która wraca, kiedy Kopciuszek jej potrzebuje, i która stale się nim opiekuje. Jest tu też zła macocha z dwiema córkami. Macocha to z kolei taka baśniowa postać, która, jak podkreślał Bettelheim, pełni rolę matki stawiającej dziecku hołubionemu i pieszczonemu zadania i ograniczenia, dziecku więc się to nie podoba. Moim zdaniem macochy w baśniach mają za zadanie także podkreślić postawę ojca, oddającego władzę nad domem i dziećmi kobiecie, takiemu trochę umywającemu ręce. I przypomnę tu ojca Jasia i Małgosi, który na żądanie nowej żony wyprowadził dzieci do lasu. Ojciec Kopciuszka też nie zwraca uwagi na to, że macocha traktuje jego córkę gorzej niż swoje córki, każe jej sprzątać, jadać w kuchni i generalnie służyć całej reszcie. Ciągle nie ma go w domu, jakby wcale się nie interesował tym, co się w nim dzieje.

Pomimo tego wszystkiego Kopciuszek jest pogodną, ciepłą i bardzo pogodzoną ze sobą istotą. Dziewczyna tańczy i śpiewa, pracując, karmi myszki okruszkami, wszystkie zwierzątka ją lubią, ufają jej i się z nią bawią – ona nie jest samotna ani godna pożałowania. I zobacz, mimo że jej przyrodnie siostry i macocha są dla niej okropne, nie jest dla nich złośliwa, nie mści się na nich, nie narzeka, nie złości się. A kiedy się dowiaduje o balu, oczywiście, że chce na niego iść, ale po to, by zobaczyć, pobawić się, potańczyć. Nie jak jej przyrodnie siostry, które są przez matkę wypychane na bal, by zdobyć męża. A kiedy dostaje suknię i powóz – i trzeba to podkreślić – przyjmuje to zupełnie naturalnie. Wsiada do karocy i jedzie. Mało tego, bawi się na balu jak nikt. Ta radość z niej tak promieniuje, że książę po prostu musi zwrócić na nią uwagę. Poza tym się spóźnia – czyli ma dobre entrée!

I jeszcze wychodzi przed czasem! Nie dybie na księcia, nie narzuca się mu, w tym sensie jest inna od wszystkich panien na balu. Kompletnie nie widzę w niej ofiary. A co do jej „bezsensownej” pracy: to najbardziej kobieca praca pod słońcem, która nie jest wojną, a oddzielaniem ziaren od popiołu, czyli znajdywaniem tego, co jest w życiu ważne i odżywcze. Dla mnie to bajka o pogodzie ducha, czyli o tym, że kiedy cieszysz się z tego, co masz, przychodzi więcej.

A „Kot w Butach”? Moim zdaniem opowiada o tym, że wszyscy potrzebujemy dobrego PR-u. Kot wpada na świetne pomysły, by zapromować swojego pana, czyli Jasia młynarczyka, królowi i jego córce. Zwierzęta w bajkach, mitach czy snach często uosabiają pewne cechy ludzkie. Kot jest dla mnie właśnie taką częścią Jasia, która jest bardzo inteligentna, spostrzegawcza i sprawcza i potrafi siebie „sprzedać”. Czyli morał z bajki jest taki, że nieważne, czy urodzisz się biedny, jeśli umiesz korzystać ze swoich zasobów i z pomocy. No i przypomnijmy początek bajki – początki są zawsze niesłychanie ważne – czyli skąd ten kot się w ogóle wziął. Otóż ojciec, stary młynarz dzielił majątek na łożu śmierci i starsi bracia dostali dom, sad i osła, a Jaś dostał kota. Czyż to nie jest cudowne? Tym, co najcenniejszego dostajesz, jest twoja inteligencja i spryt. Z nią i dom sobie wybudujesz, i sad zasadzisz. Ta bajka przypomina mi zresztą inną, jedną z moich ulubionych, o Jasiu Głuptasku.

Tu też początek jest genialny: „Miał dziedzic dwóch synów, a trzeci, Jasiek, latał po polach, nieubrany, niewykształcony...” Zobacz, od początku widzimy, że on w tej rodzinie się nie liczy. Wiesz, ile dzieci tak właśnie się czuje, bo są tak traktowane? Ale to nie znaczy, że nie mogą potem najlepiej żyć! W bajce wszyscy jadą do królewny w konkury. Ojciec wyposaża dwóch synów w piękne ubrania, daje im konie i pieniądze na drogę. A Jasiek? Wskoczył na swoją kozę, bo tylko ją miał, i wesolutki wyruszył przed siebie za braćmi. I zbierał, co miał po drodze. A to gówienko zaschnięte, a to zdechłą wronę... Kiedy wszyscy dojechali na miejsce, królewna była już nieźle znudzona zalotnikami. Każemu zadawała jakieś pytanie. I żaden się nie popisał odpowiedzią. Przyszła też kolej na Jasia. Królewna pyta go, tak jak i innych: „A co mi przyniosłeś w darze do jedzenia?”. „A zdechłą wronę” – odpowiada niezbity z tropu Jaś. „A na czym mi ją podasz?” – już z lekkim uśmiechem pyta królewna. „A na tym gówienku zeschniętym”. „A jak mi ją podasz?”, „A rozprysnę to gówienko na posadzce, żeby wszystkich pobrudziło” – odparowuje Jasiek. Kiedy królewna zaczęła się śmiać, to już jasne było, że wybierze tego, z którym będzie się bawić całe życie.

Obie bajki mówią o naszym potencjale. O potencjale i Wewnętrznym Dziecku, które jest otwarte, spontaniczne, które ma pomysły, jest szczere i nie udaje nikogo. Ale też traktuje innych jak fajnych ludzi. Jaś w królewnie zobaczył dziewczynę, która się nudzi i którą przydałoby się rozweselić.

Dzięki temu ona też mogła poczuć się zwykłą dziewczyną, a nie nagrodą. W bajkach królewna zawsze była „dorzucana” w gratisie do królestwa. Niejedna kobieta „królewna” tak ma.

A „Śpiąca Królewna”? Tu z kolei mamy piękną opowieść o dorastaniu, którego nie można zlekceważyć i w żaden sposób zatrzymać. W „Śpiącej Królewnie”, co rzadkość, występują oboje rodzice. Przestraszeni klątwą jednej z wróżek (niezaproszonej na chrzciny królewny), głoszącą, że ich córka zaśnie na wieki, kiedy ukłuje się w palec wrzecionem w wieku 15 lat, dostają świra na punkcie chronienia jej przed wszelkim niebezpieczeństwem. Zaczynają od wyrzucenia z kraju wszystkich kobiet, które tkają ubrania – wyobraźmy sobie, jak w ten sposób zubażają poddanych. A co robi królewna w dniu 15. urodzin? Wchodzi na wieżę, na którą nie wolno jej było wchodzić, a tam już czeka stara kobieta, prządka, ostatnia, która się uchowała w kraju – i królewna oczywiście kłuje się w palec. Zasypia więc na sto lat, a wraz z nią zasypia królestwo, pogrążone w smutku. Na szczęście trafia się królewicz, który budzi królewnę pocałunkiem prawdziwej miłości.

I z tym fragmentem mamy dziś pewien problem. Niektórzy oburzają się, że książę całuje niczego nieświadomą królewnę, czyli robi to wbrew jej woli. Ale tu wcale nie o to chodzi, według mnie oczywiście. Choć ciekawi mnie i cieszy różnorodność odczytywania baśni, to lubię moje interpretacje podbite doświadczeniem i życiowym, i zawodowym.

Więc o co chodzi? Królewna ma 15 lat, kiedy zasypia, i to zasypia z krwią na palcu, a krew jest menstruacyjna. Czyli następuje przejście dziewczynki w kobietę, do czego nie chcieli dopuścić król i królowa. Mamy więc kolejną parę nadopiekuńczych rodziców. Postępują zupełnie jak niektórzy ministrowie, którzy uważają, że jeśli młodych odetnie się od wiedzy o seksie, to przestaną go uprawiać. Rodzice królewny nie zgadzają się na to, by ona wiodła prawdziwe życie. Chcą zatrzymać jej rozwój.

Zasypia więc na sto lat, żeby obudzić się już w innym świecie. Książę jest z jednej strony mężczyzną w niej zakochanym, ale z drugiej strony – jej wewnętrznym animusem, męskim pierwiastkiem. Grzeczna dziewczynka nie wytwarza w sobie animusa, czyli mocy do obrony swoich praw. A Śpiąca Królewna ewidentnie była taką dziewczynką. Od rodziców tego nie dostała, dopiero od księcia, który ją obudził. Książę pełni tu rolę rówieśnika, kogoś z zewnątrz, kto wnosi nową energię. I to jest właściwy etap rozwoju, bo młodzi muszą zostawić dom, żeby dorosnąć. Dziecko ma żyć własnym życiem, a rodzice – własnym.

Mówiłyśmy już trochę o „Królewnie Śnieżce”, że opowiada o kobiecej zazdrości. Rywalizacji, nienawiści, nieżyczliwości, egocentryzmie... No ale są też krasnoludki, które opiekują się Śnieżką w lesie.

I co one symbolizują? Wszystkie instynkty, cechy i wyposażenie Śnieżki, jak i duchy przyrody, siły życia, które istnieją i bardzo pomagają ludziom. Tylko trzeba z tego ich wsparcia korzystać. Proponuję: „Nie pomagajcie nikomu, kto nie prosi, nie dziękuje i nie korzysta. Bo wtedy wszystko się marnuje”.

A „Królowa Śniegu”, o której też już mówiłyśmy – czy to jest opowieść o kobiecie, która ratuje mężczyznę, jak Gerda – Kaja? Znów to powtórzę, Gerda jest dla mnie najpełniejszą postacią kobiecą w bajkach. Oczywiście można czytać „Królową Śniegu” na kilka sposobów, ja lubię ten jungowski, według którego Gerda ma w sobie zarówno animę, jak i animusa. Pierwiastek kobiecy i męski. Moim zdaniem Kaj jest właśnie jej animusem, więc idzie po niego, żeby spotkać swoją dzielność. Żyjemy w czasach, w których kobiety znacznie częściej niż kiedyś spotykają swoją dzielność. Można więc powiedzieć, że to jest bardzo aktualna baśń. Poszłabym nawet dalej i powiedziała, że ponieważ kobiety znajdują swojego animusa, to dzięki temu są w stanie uratować także mężczyzn, którzy posłali świat w bardzo złą stronę, bo od dawna szczycą się tym, że zaprzeczyli swojej animie.

Skoro ratujesz mężczyznę w sobie, ratujesz też męskość? Jeśli zaczynasz rozumieć mężczyznę w sobie, jeśli twój ojciec zaszczepia ci dobry obraz męskości, a do tego masz fajnych braci i kumpli – to męskość jest energią, z którą z przyjemnością się spotykasz, nie obawiasz się jej, nie chcesz jej zwalczać, a i ona nie zwalcza ciebie.

Baśń, która w dzieciństwie utkwiła mi w pamięci, to „Dzikie łabędzie”. Czyli opowieść o siostrze, która aby zdjąć zaklęcie z braci, szyje dla nich koszule z pokrzyw zbieranych o północy przy cmentarzu. Bardzo mi to przemawiało do wyobraźni. Prawda? Coś dla Pierre’a Péju! A bracia – znów – zostali zaczarowani przez złą macochę. Ciekawe jest to, że aby przeciwzaklęcie podziałało, dziewczyna ma nic nie mówić do momentu, gdy skończy szyć ostatnią koszulę. Macocha i ją wygania z zamku, więc ona siedzi w lesie i szyje te koszule, kalecząc sobie przy tym palce. Aż spotyka ją król, który się w niej zakochuje. Kolejna postać męska, która bierze sobie niemotę. Dziewczyna jest miękka, biedna, więc król może się przy niej czuć jeszcze bardziej królem. Ale jeden z doradców zarzuca jej, że jest czarownicą. Pod wpływem jego podszeptów król zapomina o swojej miłości, dochodzi do procesu. W ostatnim momencie przylatują jej bracia, ona zarzuca im koszule, zamieniają się w mężczyzn, tylko jednemu zostaje skrzydło zamiast ręki, jako przypomnienie, że nie ma całkowitej „idealności”.

No to na zakończenie bajka, która mnie jako dziecko najbardziej przeraziła – „Sinobrody”. Ach, cudowna! Przejmująca i bardzo plastyczna.

Przecież to opowieść o przemocy wobec kobiet. Ale też o psychopatii i złu oraz łatwości ulegania im. W książce „Bajki rozebrane” mówię o niej tak: „Postać ta ma dużą nośność w kulturze, a bajka jest bardzo ważna dla kobiet, przede wszystkim dla tych, które poszukują mężczyzn, związku pełnego poczucia bezpieczeństwa i spełnienia. To jest baśń nie o nas jako o dzieciach, tylko o nas jako dorosłych. To jest baśń o naszej naiwności, o pragnieniach, których często nie widzimy i nie potrafimy sobie zdać sprawy z ich istoty, o depresji, w jaką wpadamy, o bezwzględności mężczyzn, z którymi mamy często do czynienia. Nie mówiąc o naszej dzielności, o tym, że związki często zmuszają nas do tego, byśmy dorosły i porzuciły pewną dziecięcość”.

Sinobrody jest bogaty, odpychający i miał wiele żon, z którymi nie bardzo wiadomo, co się stało. Ale najmłodsza córka pewnej rodziny się go nie bała. Wziął ją więc za żonę i przykazał, że wszędzie może w ich domu wchodzić, poza jednym pokojem. Jest kilka wersji bajki, w jednej to siostry ją namówiły, w innej sama zdecydowała się włożyć kluczyk do zamka. I znalazła tam wszystkie żony, zabite. Niestety kluczyk zaszedł krwią, więc mąż po powrocie dowiedział się, że go nie posłuchała. Oczywiście to nie jest dobrze, żeby mężczyzna miał komnatę pełną trupów, ale jest dobrze, żeby miał swoją przestrzeń, w którą kobieta nie wlezie. A ona włazi.

Dzisiaj zamiast komnat kobiety sprawdzają komórki partnerów... „A co ty tak z nią esemesujesz?”, „Kto do ciebie o tej porze pisze?”. Gdyby żona Sinobrodego nie otworzyła komnaty, to on nie miałby powodu chcieć jej za to zabić. Złamała obietnicę, jaka była warunkiem jej dobrobytu. Często mówię: czego chcą kobiety? Kobiety chcą więcej.

To też jest baśń o tym, że każdy ma swój mroczny kawałek i trzeba sobie i innym na to pozwolić. Nie zmuszajmy ludzi do wyjawiania tajemnic. Oczywiście tu nie chodzi o to, że życzę kobietom życia z mordercami, choć niektóre się o to same proszą, pisząc listy do więźniów i potem za nich wychodząc.

Sinobrodego zabijają bracia, którzy ruszają siostrze na pomoc, czyli znów podkreślana jest potrzeba dzielności, odszukania w sobie animusa. Ale też jak ważne jest to, że mamy pomocników w życiu.

Na czym właściwie polega terapeutyczność bajek? To wszystko jako dzieci odbieramy podświadomie? Bardzo dużo przekazów odbieramy podświadomie. Poza tym im wcześniej nauczymy się prawdy, że życie bywa różne: fajne i okrutne też – tym lepiej. Naturalnie chodzi o to, by dziecko było gotowe to przyjąć i chciało słuchać. Niektóre chcą, by w kółko czytać im jedną bajkę.

Rodzice są tym zwykle zmęczeni... Ale właśnie te bajki, których najczęściej chcemy słuchać, są nam najbardziej potrzebne do rozwoju. Dzieci, którym dużo czytano bajek w dzieciństwie, mają zwykle swoje ulubione i te, których najbardziej się boją. To wszystko o czymś mówi. Moją ulubioną była „Królowa Śniegu”, bo moja matka była królową śniegu. A Gerda była dziewczyną, którą chciałam się stać, i chciałam wierzyć, że mogę.

A jest sens nam, dorosłym wracać do tych bajek? I to wielki! Ciągle dużo te bajki o nas, dziś żyjących, mówią. Tym, którzy chcą dowiedzieć się więcej, jak je interpretować, polecam moją książkę, „Cudowne i pożyteczne” Bettelheima, Pierre’a Péju i jeszcze inną: „Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną” Mai Storch, psychoanalityczki i pisarki. Właściwie cała  jest oparta  na pięknej baśni o dziewczynie bez rąk. Opowiada o tym, jaką pracę nad sobą musi wykonać nieporadna i nieprzygotowana przez rodziców do życia dziewczyna, ale też jaką drogę muszą przejść kobieta i mężczyzna, żeby się ze sobą spotkać.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Wychowywanie przez strach i zawstydzanie - krzywda przekazywana z pokolenia na pokolenie

Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jeśli mały człowiek wychowuje się w domu pełnym pogody ducha i radości, to dostaje fantastyczne wyposażenie. Potem wie, że sobie poradzi, lubi i innych, i siebie. Natomiast jeśli przychodzi na świat tam, gdzie jest kupa lęku, przemocy, niepewności, to ten człowieczek doświadcza krzywdy. Cierpi. Radzi sobie, jak może, tworząc osobiste strategie przetrwania, które go jakoś chronią, ale nie są spontanicznym, zdrowym rozwojem.

Większość z nas nosi w sobie krzywdę, której źródło znajduje się w naszych domach. Myśmy się jako ludzkość nie dopracowali świadomego rodzicielstwa, czyli takiego, które korzysta z postępu wiedzy psychologicznej. Dzięki psychologii wiadomo, że człowiek jest pod ogromnym  wpływem tego, jak się go traktuje, gdy przyjdzie na świat. Robi się z tego żarty w stylu: „O, bandyta, pewnie miał trudne dzieciństwo, ha, ha”. Ale nie ma się z czego śmiać, bo to jest prawda.

Rodzice na ogół nie są z siebie zadowoleni, dumni, więc próbują się dowartościować kosztem własnych dzieci. Choćby tatusiowie, którzy powinni wychować synów w poczuciu fajności i sprawczości, mówią: „A ty ze mną nigdy nie wygrasz, kim ty jesteś przy mnie”, i ścigają się z nimi. Zamiast tego ojciec mógłby powiedzieć: „Synu, jestem z ciebie dumny”. Matki mówią często: „Ja życzę ci jak najlepiej”, ale tak naprawdę cierpią, ponieważ ich córkom żyje się łatwiej niż im samym, więc im tego zazdroszczą i wcale im dobrze nie życzą. Zbyt wielka liczba rodziców ulega przekazywanej z pokolenia na pokolenie epidemii wychowywania przez strach i zawstydzanie. Dziecko się umniejsza, bierze pod but. Krzywdą jest brak szacunku dla odrębności bytu ludzkiego, który przyszedł na świat. Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. Pojawia się tam, gdzie władza, gdzie odbiera się wolność. Rodzice najczęściej nie mają władzy gdzie indziej, tylko właśnie nad dzieckiem, i nadużywają jej w sposób straszliwy, ponieważ wobec nich również jej nadużywano. Żeby zatrzymać to błędne koło, jedno pokolenie albo nawet dwa czy trzy pokolenia muszą zrobić ogromny wysiłek. Zdać sobie sprawę z tego, że w każdym z nas są pokłady takich cech czy takich możliwości, które oby się nie uruchomiły. Inny słowy, że można być jednocześnie kochającym rodzicem i potencjalnym oprawcą.

Niedawno byłam w bibliotece w pewnym małym mieście i jak zwykle zadałam pytanie zebranej publice: Kto ma szczęśliwą matkę? Nikt ze 120 kobiet i 3 mężczyzn się nie zgłosił. W Warszawie w 500-osobowych salach takie osoby się zdarzają. Mniej więcej dwie deklarują: „Moja mama jest fajna, szczęśliwa”, a kolejne dwie, trzy mówią: „A moja się uczy, bo ja już się rozwijam, i ona zobaczyła, że też może”. Co się dziwić, kiedyś książek psychologicznych nie było ani odpowiednich artykułów w pismach, teraz już są, więc kolejne pokolenia mają szansę już inaczej być potraktowane. Starsze pokolenia mają poczucie krzywdy: „Masz co jeść, masz w co się ubrać, nikt cię z domu nie wyrzuca, nam było gorzej”. To takie negatywne komunikaty, a najgorsze zdanie to: „Zobaczysz, jak będziesz miała własne dzieci”. Bo po cholerę mamy te dzieci, skoro to taki ciężar?! „Dlatego że ktoś mi musi herbatę na stare lata podać”. Nikt nie poda, jeśli będziemy postępować w ten sposób. Dziecko wyjedzie za granicę, byle być dalej od takich rodziców, i nie poda herbaty. Stan poczucia krzywdy może przynieść chwilową ulgę, kiedy się nad sobą użalamy. Jednak jeśli tkwimy w nim zbyt długo i bez samoświadomości, czasem zamienia się w strategię typu: ponieważ jestem skrzywdzona, należą mi się specjalne względy. Nie muszę się starać, nie muszę nic robić, to inni się mają starać, przeprosić mnie za tę moją krzywdę, zadośćuczynić. To bardzo częsty problem, w dodatku jedno z trudniejszych wyzwań dla terapeuty, bo ludzie nie chcą tego oddać, zapierają się kopytami. Wolą być nadal nieszczęśliwi, bo boją się, że jeżeli oddadzą to nieszczęście, nie będą mieli już praw. Potrzebują poczucia krzywdy po to, żeby żądać dla siebie korzyści. Aby poradzić sobie z taką osobą, która wymaga dla siebie specjalnego traktowania, należy bardzo wyraźnie pokazać jej granice i ich pilnować. Ona nie ma granic, więc będzie właziła, gdzie się da. Robić dobre rzeczy należy tylko tym, którzy nas o to poproszą i nam za to dziękują. Ci, którzy żądają i nie dziękują, to są roszczeniowe jamochłony. Lepiej ich unikać, ich nie da się nakarmić, zawsze będą głodni. Krzywda jest rzeczą intymną, o niej się nie rozmawia, ją się ukrywa nawet przed samym sobą, bo z taką ciągle obecną trudno żyć. Dobrze, gdyby ona została oddemonizowana, ale człowiek, który cierpi w samotności, ma poczucie, że nikt tak nie cierpi jak on. Dopiero sesje terapeutyczne, a najbardziej grupowe, pokazują, że inni też tak mają. Żeby wyrwać się z poczucia krzywdy, najlepiej zobaczyć i posłuchać innych. Wyjść z zaklętego kręgu „tylko mnie jest źle”. Lekarstwem jest zmiana perspektywy na szerszą, bo poczucie krzywdy wiąże się z tym, że widzimy tunelowo, jednowymiarowo. Dodatkowo pomaga poczucie humoru, trudne rzeczy też można obśmiać, chodzi mi o taki życzliwy, serdeczny śmiech z siebie. Jeśli trzymam się kurczowo krzywdy, to z niej nie wyjdę, nie zacznę działać, nie wezmę odpowiedzialności za siebie. A przecież mogę dostrzec, że jeżeli do dziś żyję i nie jestem wrakiem, to coś dobrego oprócz tej krzywdy dostałam, nie warto skupiać się ciągle na tym, czego mi brakowało.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.