1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rozstanie. Jak przeżywamy żal po rozstaniu z partnerem?

Rozstanie. Jak przeżywamy żal po rozstaniu z partnerem?

Jak poradzić sobie z rozstaniem? Jak odnaleźć się w nowej sytuacji, gdy mamy poczucie, że świat się dla nas skończył? (fot. iStock)
Jak poradzić sobie z rozstaniem? Jak odnaleźć się w nowej sytuacji, gdy mamy poczucie, że świat się dla nas skończył? (fot. iStock)
Cierpienie po utracie miłości może przebiegać podobnie jak żałoba po śmierci kogoś bliskiego. Jak poradzić sobie po rozstaniu? To proces, który wiąże się z ogromnymi emocjonalnymi kosztami. Tylko przeżyta w pełni strata daje szansę na kolejny, oby szczęśliwszy, związek.

Jak przeżyć rozstanie? Przede wszystkim należy uświadomić sobie etapy, które musimy przejść, aby proces żałoby w pełni się zakończył.

Rozstanie. Etap 1: szok, niedowierzanie

Ten etap pojawia się z informacją, że to już koniec. Nie możesz uwierzyć, że ktoś najbliższy mógł zadać ci aż tyle cierpienia. To, co się dzieje, jest tak szokujące, że nie jesteś w stanie przyjąć tego do wiadomości. Chronisz swoje emocje poprzez zaprzeczanie. Cierpisz, także fizycznie. Nie śpisz, nie jesz, masz natłok myśli, ciągle płaczesz.

Co możesz zrobić?
Spotykaj się z bliskimi, szukaj oparcia, możliwości wygadania. Płacz, wyrzucaj z siebie emocje.

Rozstanie. Etap 2: złość, wściekłość

Gdy dociera do ciebie realność zdarzenia, czujesz złość na partnera, chcesz go ukarać, zemścić się, chcesz, by cierpiał. Dewaluujesz związek, by poprzez zaprzeczenie jego wartości odzyskać „utopione” w nim koszty (czas i emocje).

Co możesz zrobić?
Jeśli chcesz dopiec partnerowi, wykrzycz swój ból w liście, w którym wszystko mu „wygarniesz”. Później list rytualnie spal lub podrzyj. To będzie symboliczny „odwet”.

Rozstanie. Etap 3: spadek samooceny

Gdy twój status jest już dla ciebie jasny – „zostałam porzucona” – pojawiają się samooskarżenia: „jestem za stara/za młoda”, „do niczego”. Czujesz się gorsza, maleje twoje poczucie własnej wartości. Chcesz się zaszyć w najciemniejszy kąt, stać się niewidoczna dla świata.

Co możesz zrobić?
Nie obwiniaj się. Otocz się życzliwymi osobami i terapeutycznymi kolorami (żółty, pomarańczowy). Płacz, krzycz. Jeśli smutek jest zbyt wielki, idź do psychologa.

Rozstanie. Etap 4: akceptacja i odbudowa

To długa faza – z każdym dniem coraz bardziej godzisz się z faktami, nie liczysz już na spektakularny powrót ukochanego. Tworzysz powoli własne rytuały, dochodzisz do równowagi życiowej, odbudowujesz swój świat.

Co możesz Zrobić?
Dbaj o siebie, dobrze się odżywiaj. Kup sobie nowe ubranie, zadbaj o fryzurę i makijaż. Zapisz się na fitness lub kurs, spaceruj, pójdź sama do kina.

Rozstanie. Etap 5: zrozumienie i wybaczenie

Jesteś w stanie wybaczyć partnerowi, zrozumieć jego motywy i decyzję o rozstaniu. Życzysz mu wszystkiego dobrego. Zamiast złości starasz się przechowywać w pamięci dobre chwile i  wdzięczność za nie. Ale idziesz dalej.

Co możesz Zrobić?
Patrz w przeszłość z wdzięcznością, w przyszłość z nadzieją. Możesz być jeszcze szczęśliwa!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.

  1. Psychologia

Jak porozumiewać się z "byłym" lub "byłą" po rozwodzie?

Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. (Fot. iStock)
Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. (Fot. iStock)
Rozwodom towarzyszą zwykle silne emocje. A pod hasłem "dla dobra dziecka" nierzadko ukrywa się chęć zemsty jednego rodzica na drugim. Jak ułożyć sobie kontakty z "byłym" lub "byłą", aby zostały zaspokojone potrzeby wszystkich stron? Może w tym pomóc mediacja - mówi terapeutka Maria Bremer.

Czy rodzice dziecka pozostają dla siebie rodziną, nawet jeśli już nie są razem?
Na pewno nadal są rodzicami wspólnego dziecka, ale czy zawsze są rodziną? Skoro się rozstali, to wydaje się, że już raczej nie... A z drugiej strony przecież kiedyś się nawzajem wybrali, chcieli być razem. Czyli może odpowiedź zależy od tego, czy sami tą rodziną chcą się czuć.

Ale relacja rodzice-dzieci to już coś innego... Zawsze chyba zostaje się rodziną dla swojego dziecka. Czym różni się ta relacja od innych więzi rodzinnych? Czy można w ogóle wycofać się z roli bycia rodzicem?
Tak jak w każdej relacji, tak i w tej zawsze są dwie strony - to, co dla rodzica jest wycofaniem z roli rodzica, dla dziecka oznacza porzucenie. Już samo rozejście się rodziców jest dramatem dla dziecka, a gdy dodatkowo jedno z nich znika z jego życia - dziecko może się jedynie utwierdzić w przekonaniu, że faktycznie miało ono jakiś związek z decyzją o rozstaniu. Nawet jeśli dorośli znajdą nowy pomysł na życie i zaczynają wchodzić w nowe miłosne relacje, to nie powinni zapominać o tym, że są już w jakiejś relacji z kimś, z kim nie mogą się rozstać.

Czy można jakoś stopniować poziom porzucenia przez rodziców? Czy na przykład ktoś, kto dzwoni do dziecka raz na dwa miesiące porzuca je bardziej, niż gdyby dzwonił co tydzień?
To bardzo subiektywne i zależy między innymi od etapu rozwoju, na jakim jest dziecko. Ale dziecko może czuć się porzucone, nawet żyjąc w pełnej rodzinie, bo wystarczy, że konkuruje z rodzeństwem. Nie można mówić o stopniowaniu porzucenia, bo rodzic żyje też w wyobraźni dziecka. Bywa, że relacja z rodzicem rzadziej widzianym, a jednak podtrzymywana i wartościowa, jest lepsza niż ta fizycznie częstsza, ale bez uważności na dziecko. Z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że rodzic po rozwodzie często wyobraża sobie kontakt z dzieckiem jako spotkanie wypełnione aktywnościami. Ale ono widzi brak bliskości mimo fizycznego przebywania razem. I nie chodzi o to, żeby nic nie robić, tylko żeby robić to na zasadach, na jakich chce dziecko.

Mówimy o więzi dziecka z rodzicem, ale przecież jest jeszcze drugi rodzic, który na tę pierwszą wpływa. Jak często przy rozstaniu rodzice myślą o swojej przyszłej relacji w kontekście dziecka i o samej relacji z dzieckiem?
Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. Często jest ono wykorzystywane jako element przetargowy w walce z drugą stroną bądź jako narzędzie zemsty w stylu: "Jestem lepszy, bo dziecko ma ze mną lepszy kontakt". I wtedy dziecko jest używane, ale nie zaopiekowane. Moment rozstania wymaga dużej pracy rodziców, z terapeutą czy mediatorem. Mogą zadbać o przyszłe relacje i jak najmniej skrzywdzić dziecko jako osobę, która nie jest przecież w żaden sposób winna sytuacji, przez którą przechodzi.

Dlaczego ludzie przychodzą do mediatora?
Ponieważ nie umieją ze sobą rozmawiać... Mówią sobie wzajemnie rzeczy, których druga strona nie rozumie, nie słyszy. Jakby rozmawiali innymi językami. Mediator jest w tej sytuacji kimś w rodzaju tłumacza, który, nie biorąc na siebie emocji skłóconych stron, pozwala im się dogadać. Mediator nie daje rad ani nie opowiada się po żadnej ze stron, choć czasami takie jest oczekiwanie. Za chęcią spotkania stoi wtedy ukryty plan, a nie zamiar porozumienia. Rolą mediatora jest obnażanie tej strategii, przy jednoczesnym zadbaniu o komfort obu stron. Bywa też, że na pierwszym spotkaniu mediator widzi zbyt duże napięcie między partnerami i może okazać się, że warto spotkać się osobno, żeby "wypuścić ciśnienie". Parze będzie łatwiej rozmawiać i usłyszeć się wzajemnie, a to jest podstawowym celem każdej mediacji.

Jak wygląda taka mediacja w praktyce?
Wszystko zależy od tego, czy jest czas na to, żeby mediacja wyszła poza ustalenie tzw. kwestii technicznych, czyli kto kiedy opiekuje się dziećmi albo jak dzielić koszty zajęć dodatkowych. Wtedy można zacząć od rozmowy o własnych potrzebach. Potrzeby są tak łączącym tematem, że ludzie już dzięki samej rozmowie zaczynają inaczej patrzeć na siebie. Jeżeli ktoś uświadamia sobie, jakie ma potrzeby i słyszy, że druga strona też ma takie potrzeby, np. dotyczące spotkań z dziećmi - to okazuje się, że różni je strategia ich realizacji, a nie same wartości. I wtedy bliżej jest do jakiegoś porozumienia. W mediacji metodą Porozumienia bez Przemocy - najbliższej mi - ważne jest, żeby powtórzyć to, co się usłyszało: dosłownie albo własnymi słowami.

Czy możesz podać przykład? Dla osób, które nie miały wcześniej kontaktu z tą metodą, w pierwszej chwili brzmi to dość sztucznie...
Chodzi o to, że tzw. trzecia siła - mediator - odgrywa rolę pośrednika. Kiedy na przykład jedna strona mówi do mediatora: "Mój mąż nie interesuje się szkołą dzieci", to mediator po po pierwsze, stara się doprowadzić do tego, żeby komunikat był wyrażony w pierwszej osobie, a po drugie, by został uszczegółowiony. Czyli np. "Chciałabym, żeby mój mąż chodził ze mną na wywiadówki". I tak sformułowana potrzeba jest przekazywana drugiej stronie przed mediatora, który następnie zadaje pytanie: "Co pan usłyszał?". "Że moja żona uważa, że za mało interesuje się dziećmi". A przecież ona tego wcale nie powiedziała! Zatem jako mediator próbuję doprowadzić do tego, żeby mąż powtórzył, że żona oczekuje, iż na wywiadówki będą chodzić razem. Wtedy będzie można już zapytać, co on na to. Gdy odpowie, że dajmy na to może chodzić co drugi raz, mediator znów pyta: "Co pani usłyszała?". "Że mężowi w ogóle na tym nie zależy". I znowu do mediatora należy sprostowanie, że mąż wcale tego nie powiedział. To czasami jest bardzo długa, mozolna droga do celu...

Dlaczego w pierwszej chwili strony słyszą coś tak bardzo różnego od tego, co zostało powiedziane?
W grę wchodzą bardzo silne emocje, które wyłączają racjonalną część naszego mózgu. Jeżeli jestem w swoim bólu, w poczuciu, że druga strona mnie nie szanuje, nie szanuje naszych dzieci i właściwie to w ogóle one go nie obchodzą - to nie słyszę tego, co ona faktycznie mówi. Doprowadzenie do tego, żeby strony powtarzały to, co zostało powiedziane, wprowadza fizyczną ulgę. To zajmuje dużo czasu, zwykle wymaga więcej niż jednego spotkania. Ale gdy ludzie już się usłyszą i usłyszą swoje potrzeby, to sposoby rozwiązania pojawiają się same. Dlatego tak ważne jest, żeby wyczyścić to, co się za tym brakiem możliwości porozumienia kryje.

A jak jest słyszany głos dziecka w mediacjach? Czy któreś z rodziców może mówić w jego imieniu?
Co właściwie oznacza mówienie w języku dziecka? Mówimy to, co nam się wydaje, że będzie dla niego dobre. Jeżeli więc jeden rodzic rezerwuje sobie wyłączność na mówienie w imieniu dziecka, to trzeba uważnie weryfikować, na ile są to faktyczne potrzeby dziecka, a na ile cele rodzica, bo może to być też obszar do nadużyć i wykorzystania dziecka do swoich rozgrywek. Jeżeli rodzic jest w stanie mówić o faktach np. "Zosia lubi jeździć konno. Co możemy zrobić, żeby jej to regularnie umożliwić?", to jest to coś innego niż deklaracja: "Wiem, jakie Zosia ma potrzeby i najlepiej potrafię je spełnić". Jeśli zaś chodzi o udział dzieci w mediacji, to zależy to od ich wieku, ale też i od dojrzałości dorosłych, bo nie można przerzucać odpowiedzialności na dzieci za sytuację, która nie wynikła przecież z ich powodu. Nastolatki, z czasem nawet młodsze dzieci, wiedzą już, czego dokładnie oczekują od rodziców i mają prawo, żeby ich głos został wzięty pod uwagę. Jednak trzeba wykazać się uważnością i delikatnością, a nie uciekać się do pytania w stylu: "Wolisz mamusię, czy tatusia?".

A co, jeśli wszystko jest wymediowane, ale jednak nie działa?
Jeżeli rodzice mają inną wizję, jak rozwiązać nowe problemy i nie mogą się porozumieć, a mają wcześniej dobre doświadczenia z mediacji - to mogą znów odwołać się do pomocy mediatora. To zależy tylko od ich woli. Najczęściej rodzice nie mogą się porozumieć w kwestiach dotyczących dziecka dlatego, ze coś między nimi jeszcze nie zostało przepracowane i napięcie nie opadło. Ale brak porozumienia, któremu zazwyczaj przez cały czas towarzyszy przekonanie, że "to wszystko dla dobra dziecka", prowadzi do tego, że dziecko w pewien sposób znika. Znam to z relacji dzieci, które mówią, że wolałyby, żeby ich nie było, bo wtedy nie byłoby problemu... A stąd prosta droga do depresji czy myśli samobójczych. Myślę, że dorośli nie zdają sobie sprawy, jak bardzo w swoim bólu czy zapamiętaniu mogą być nieuważni na koszty i cierpienia, które w związku z tym ponoszą dzieci. I wcale nie dotyczy to osób pochodzących z tzw. nizin społecznych, ale wykształconych, na stanowiskach, mimo to bardzo niedojrzałych emocjonalnie.

Na ile ważny jest głos innych członków rodziny, zwłaszcza dziadków?
Najważniejsze decyzje podejmują rodzice, ale ważne jest też usłyszenie innych osób, np. babci, która mówi, że zależy jej na spotkaniu z wnuczką przynajmniej dwa razy w roku, z okazji świąt. Oczywiście potem rodzice zrobią to, co postanowią, co wybiorą i co będą w stanie zrobić, ale chodzi o to, by inni też mogli wyrazić swoje potrzeby. Tymczasem często podczas konfliktu w związku strony skupiają się na sobie, tracąc z pola widzenia wszystkich innych, których ta sytuacja dotyczy... nawet dzieci. Z doświadczenia pedagogicznego wiem, z jaką dumą czy zadowoleniem dzieci mówią o swoich dziadkach, czy jak wiele im to daje pod kątem poczucia tożsamości. Zwłaszcza w sytuacji, gdy rozpada się ten najbliższy krąg. Ale jeżeli w babci widzę tylko matkę mężczyzny, który zrobił mi krzywdę, nie ma szans na otwartość, która pozwoliłaby mi usłyszeć o jej potrzebach.

A jeśli faktycznie tak ją postrzegam, to co zrobić, gdy raz w roku musimy spotkać się na urodzinach czy w święta? Zacisnąć zęby?
Myślę, że za każdym razem warto zastanowić się, dlaczego coś robimy. Bo czy chcę zaciskać zęby i udawać? W imię czego? Moim zdaniem można to rozwiązywać w taki sposób, że robi się urodziny osobno dla dwóch rodzin. Zwłaszcza, że rodziny się rozrastają, jest coraz więcej ludzi, więc taki podział może być naturalny. Podobnie święta, przecież one w Polsce trwają kilka dni, więc jest dość czasu, żeby dziecko mogło go spędzić z każdym z rodziców. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do uczciwej odpowiedzi na pytanie: na ile chcę, żeby było dobrze dla dziecka, a na ile chcę postawić na swoim albo upieram się, bo zawsze tak było? Na ile wynika to z moich potrzeb: chcę być razem z bliskimi, chcę, by była dobra atmosfera, bo się kochamy, a na ile jest to przymus, bo zawsze był obiad ze wszystkimi i musi tak być, nawet jeśli zaciskamy zęby? To jest pytanie o wartości, na które każdy musi sobie odpowiedzieć indywidualnie.

  1. Psychologia

Rozstanie, czyli osobisty koniec świata - po co był mi ten związek?

Jak przeżyć rozstanie i zbudować swoje życie na nowo? - Przede wszystkim odpowiadając na pytania: kim jestem bez tej drugiej osoby i co chcę uzyskać w związku? (fot. iStock)
Jak przeżyć rozstanie i zbudować swoje życie na nowo? - Przede wszystkim odpowiadając na pytania: kim jestem bez tej drugiej osoby i co chcę uzyskać w związku? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Skończyła się miłość? A może cierpliwość? Nieważne, kto odchodzi, a kto będzie porzucony, rozstanie trzeba przeżyć. Jak? Czytaj dalej.

Rozwodów na świecie, także i w Polsce, jest coraz więcej. Rozpadają się również związki nieformalne, ale ważne, w które zainwestowaliśmy emocje, czas, marzenia, także finanse… Co chwilę gdzieś tuż obok nas albo na innym kontynencie rozgrywa się czyjś „koniec świata”. Bo koniec związku to koniec pewnej rzeczywistości, na którą składają się przyzwyczajenia, wartości, poglądy, rytuały, krąg rodziny i znajomych. Ta strata boli… Jak twierdzą psychologowie, boli tym bardziej, że wchodzimy w związki z pewną iluzją na ich temat – piszemy scenariusze zgodnie z wyobrażeniem, jak taki związek powinien wyglądać.

Iluzjoniści

Każda nasza relacja w dorosłym życiu odnosi się w jakiś sposób do relacji z rodzicami – próbujemy wspólnie uzupełnić deficyty i zrealizować potrzeby, którym nie podołali rodzice, albo oczekujemy, że partner zaopiekuje się nami tak samo jak dawniej robili to rodzice, a gdy nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań – czujemy rozczarowanie, a nawet złość i gniew. Zresztą nie tylko partner ma być idealny – związek z nim też. – To taki związek, w którym wszystkie potrzeby łączą się w jedno – mówi psycholog i psychoterapeuta Paweł Droździak. – I wszystkie spełniają w równym, czyli doskonałym stopniu. Przekonanie, że związki są wieczne, stanowi przykład młodzieńczego rozumowania w kategoriach „wszystko albo nic”. Albo chcę z kimś być i wtedy jest on jedyną, najważniejszą osobą na świecie, stanowimy jedność i wiecznie będziemy razem. Albo nie chcę z kimś być i wtedy ten ktoś jest beznadziejny i nie chcę go znać. Nie ma niczego pomiędzy.

Iluzja prędzej czy później się rozmywa, a my zostajemy porzuceni lub sami porzucamy. Jeśli o rozpadzie związku decyduje partner, gdy kryje się za tym zdrada, odrzucenie, gdy oprócz straty partnera i związku czeka nas utrata lub konieczność zmiany domu, a co za tym idzie: podstaw poczucia bezpieczeństwa – stajemy w obliczu prawdziwego przełomu w naszym życiu.

Z kolei ten, kto zostawia, musi często uporać się z rozpadem iluzji na temat partnera oraz odium bycia „tym złym, który zostawia”, wyrzutami sumienia, że zawiódł. Decyzja o rozstaniu rzadko jest prosta, poprzedzają ją zwykle próby ratowania związku i relacji z partnerem.

– Zwlekałam z decyzją o rozstaniu z Pawłem – opowiada Agata. – Bo był taki wrażliwy, nieporadny. Mówił mi zawsze, że związek ze mną dodaje mu sił, ale ja już miałam dość noszenia jego ciężaru na swoich barkach. Chciałam poczuć, że jest przy mnie facet, a nie ktoś, wobec kogo zachowuję się jak pełna troski mama. Myślałam, że Paweł sobie beze mnie nie poradzi, ale on w tydzień po rozstaniu był już w kolejnej relacji. I z tego, co wiem, bez trudu znalazł kolejną, pełną współczucia i chęci pomocy dziewczynę.

40-letnia Wanda zmagała się z kolei z dylematem – czy pogodzić się z tym, że nie dostanie od męża tego, czego chce, i walczyć o utrzymanie rodziny (mają trójkę dzieci), czy odejść i już nie musieć się starać „za dwoje”. Obie podjęły decyzje…

Kryzys relacji?

Wielu z nas przechodzi z relacji z rodzicami prosto do relacji partnerskich. W zasadzie mało kto zdąży nauczyć się żyć w pojedynkę, samodzielnie. Dowiedzieć się, o co tak naprawdę mu chodzi, kim jest. Niekiedy wchodzimy w relacje z potrzeby bycia ważnym dla kogoś, z potrzeby bycia w ogóle w jakimś związku. Te psychologiczne potrzeby zaspokajał kiedyś rodzic, teraz chcemy, by robił to partner. W konsekwencji relacja z partnerem jest dla nas ważniejsza niż relacja z samym sobą.

Małżeństwa z miłości to całkiem nowy „pomysł” – dawniej decydowały głównie ekonomiczne względy. I te były trwalsze niż emocje, które z natury są zmienne. Zatem i związki były trwalsze. Obecnie dewaluuje się wartość relacji jako takiej. Łatwo i szybko zmieniamy miejsca zamieszkania, prace, znajomych, także partnerów. – W wielkich miastach XX i XXI wieku możemy poczuć, że jesteśmy odrębnymi osobami i odpowiadamy tylko sami za siebie. Mieszkamy oddzielnie w małych pudełkach i możemy zmienić miejsce zamieszkania nawet i kilkaset razy w ciągu życia. Możemy zmienić też cały krąg znajomych. Stać się kimś innym dosłownie co rok. Zmienić pracę, zawód – zauważa Paweł Droździak. – Ale wystarczy odjechać od takiego miasta na parę kilometrów, by zauważyć, że nikt nie istnieje odrębnie. Ludzie mieszkają w tych samych domach, co ich rodzice i dziadkowie. Albo budują się na działce oddzielonej tylko płotem od tej, na której się wychowali. Tego się nie da wziąć ze sobą jak domku ślimaka. To się buduje raz na życie.

Kultura dzisiejszych czasów uczy jednak, że trawa za naszą miedzą może być bardziej zielona… że gdzieś na świecie istnieje ktoś idealnie do nas dopasowany, nasza „druga połówka”, jakbyśmy sami nie byli wystarczająco pełni. Szkopuł w tym, że potencjalnie takich „drugich połówek” może być kilka milionów… Ale co, jeśli będąc z kimś, tracimy szansę na bycie z kimś innym? Chętnie tkwimy w takich iluzjach, a nawet w wyobrażonych związkach, tylko we własnych, tych realnych jakoś nam trudno. A jak jest trudno, to lepiej się rozstać… Jest na to ekonomiczne, społeczne i psychologiczne przyzwolenie. – W efekcie ideologia jednego związku przez całe życie straciła swoje społeczne uzasadnienie – twierdzi Paweł Droździak.

Więcej nie znaczy łatwiej

Fakt, że rozstań i rozwodów jest coraz więcej, nie oznacza jednak, że cierpimy mniej. Albo że coraz lepiej radzimy sobie z rozpadem więzi. Nie, nie radzimy sobie.

Z rozstaniem wiąże się wiele zmian, nie zawsze na lepsze. Towarzyszy mu rozczarowanie, rozgoryczenie, żal. Poczucie klęski i straty. Tęsknota za tym, co już nie wróci. Niepewność, nieprzewidywalność jutra. Brak finansowego wsparcia. Odrzucenie… Długo by wyliczać. A można by tego uniknąć, gdyby dla większości ludzi szczęśliwy związek polegał na wspólnym spędzeniu satysfakcjonującego życia, w którym mogą na siebie nawzajem liczyć, wspierać się, za które nie muszą nikogo obwiniać i przepraszać. Gdzie owszem, jest miłość, bliskość, ale i odrębność, zgoda na czasową niewygodę. Odpowiedzialność i lojalność. Bez wypatrywania fajerwerków, choć miło, gdy się czasem pojawią.

Z drugiej strony – nie czujmy się zobowiązani do trwania w związku, który nas rani, w którym jesteśmy krzywdzeni. Nie decydujmy się na bycie z kimś, byle nie być samemu. W obu sytuacjach – i gdy my odchodzimy, i gdy ktoś odchodzi – warto sprawdzić, kim jestem bez tej drugiej osoby.

Relacja ze sobą - twój najważniejszy związek

Jeśli właśnie zakończył się twój związek, czeka cię wiele zmian i nowych zadań, jak np. wyprowadzka, radzenie sobie ze stratą, uszczuplenie zasobów finansowych, poczucie przegranej – i niewiele sił, by temu podołać. Dlatego musisz otoczyć się szczególną troską, miłością i życzliwością. Powrót do równowagi psychofizycznej to proces. Potrwa jakiś czas, o ile zechcesz świadomie tę drogę przejść. Przeżyć żałobę. Zbudować siebie na nowo.

Zanim wejdziesz w kolejną relację, najpierw powinnaś stworzyć ją sama ze sobą. To twój najważniejszy życiowy związek. Jesteś jedyną osobą, która będzie z tobą od początku do końca twojego życia, od pierwszego do ostatniego oddechu… Powinnaś być dla siebie najlepszym przyjacielem, osobą, na której możesz polegać, która cię nie skrzywdzi, ale wesprze.

Dopiero gdy dowiesz się, kim sama jesteś, jakie są twoje potrzeby, gdy sprawdzisz, z czym sobie radzisz, a gdzie potrzebna jest ci pomoc, gdy obdarzysz siebie szczerą współczującą miłością, akceptując swoje wady i zalety – przestaniesz oczekiwać od innych, by stali się twoim idealnym dopełnieniem. Zgodzisz się na ich niedoskonałość (podobnie jak na swoją), uszanujesz ich odrębność (jak i swoją), doceniając jednocześnie tę część, którą uznacie za wspólną. To się nie stanie od razu, ale jest możliwe. I nawet jeśli jeszcze nie raz kogoś stracisz, to nie stracisz już siebie.

Doświadczenie końca związku jest powszechne, dobrze jest zatem – oprócz straty – dostrzec w nim także jakąś wartość. Na przykład to, że dzięki rozstaniu zyskujemy wiedzę o tym, czy umiemy tworzyć trwałe związki, czy potrafimy przeżywać rozstanie. Jak mówi psychoterapeuta Paweł Droździak, jeśli ktoś wchodzi w różne związki, przeżywa je, kończy, ale świadomie przechodzi przez rozstanie – to owszem, wychodzi z pewnym zranieniem, ale też z doświadczeniem, że jest odrębną osobą i że koniec relacji nie oznacza końca własnego „ja”.

Coraz częściej rozwód

Według statystyk GUS (2013 r.) już co trzecie małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem. Najwięcej rozwodzi się 30-latków, staż związku wynosi najczęściej 5–9 lat (19,6 proc.) i 2–4 lata (17,3 proc.). Co ciekawe, 2/3 pozwów rozwodowych wnoszą kobiety. Badania CBOS wskazują, że zdecydowanych przeciwników rozwodów jest jedynie 13 proc. badanych, 26 proc. wspierałoby małżonków decydujących się na rozwód, jeśli mieliby ku temu ważne powody.

  1. Psychologia

Jaka jest przyczyna nietrwałości współczesnych związków? Pytamy psychoterapeutów

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Łatwo dziś ludziom przychodzi robić w tył zwrot, nawet w dobrych związkach. Powód nie musi być dużego kalibru. Właściwie każdy powód jest dziś dobry. Ale pod tymi błahymi pretekstami często kryją się bardzo głębokie przyczyny.

Rozstania to nowa specjalność współczesnego człowieka. Z roku na rok bijemy w tej dziedzinie rekordy. I co ciekawe – najczęściej mówią sobie „żegnaj” ludzie młodzi.

Pieniądze, seks i dzieci

Magda (28 lat, kieruje działem sprzedaży w firmie kosmetycznej) i Maciej (30 lat, informatyk w prężnym wydawnictwie) planowali ślub. Obydwoje pochodzą z małego miasteczka z robotniczych rodzin. Wszystkiego sami się dorabiają, z tym że ona oszczędza, a on wydaje na lewo i prawo. Ona ogląda każdą złotówkę, on kupuje drogie sprzęty, markowe ubrania, zmienia samochody. I z tego powodu ciągle się kłócili. Już nie mają okazji. Kiedy Maciej wyjechał w delegację, Magda zmieniła zamki.

Iwona i Andrzej (32 lata, lekarze) byli parą od podstawówki. Rozstali się po dwóch miesiącach wspólnego mieszkania.

Iwona: – Wydawało mi się, że znam Andrzeja, że mamy takie same potrzeby, że seks jest dla nas bardzo ważny. Na bycie ze sobą kradliśmy każdą wolną chwilę. Myślałam: „to facet mojego życia”. A wystarczyło, że zamieszkaliśmy razem, i zbliżenia przestały go już ekscytować. Odkryłam, że ma romans. Potem dowiedziałam się, że gdy byliśmy razem, też mnie zdradzał. Wniosłam pozew o rozwód.

Bożena (45 lat, nauczycielka) i Jarek (47 lat, strażak) w przyszłym roku obchodziliby 25-lecie małżeństwa. Dopóki nie mieli dziecka, ich związek kwitł, choć już wtedy kłócili się o ciążę – on naciskał, ona zwlekała. Po urodzeniu córki problemy narastały. On nie widział poza dziewczynką świata, żona od początku podchodziła do dziecka z rezerwą (przeszła depresję poporodową). Jarek każdą wolną chwilę poświęcał małej, rozpieszczał, pozwalał na wszystko, Bożena trzymała ją krótko. Apogeum konfliktu przypadło na wiek dorastania. Wtedy on jawnie stanął po stronie córki. Bożena uznała to za zdradę. Sprawa o rozwód jest w toku.

Tina B. Tessina w książce „Pieniądze, seks i dzieci” właśnie te trzy czynniki – pieniądze, seks i dzieci – uważa za najbardziej zapalne w związkach. Pieniądze – bo stają się substytutem miłości, władzy, poczucia własnej wartości, pozycji społecznej, bezpieczeństwa. Bywają też źródłem konfliktów: Jaka część zarobków jest wspólna, a jaka każdego z partnerów? A co wtedy, gdy jedno nie pracuje? Na co wydawać? Gdzie inwestować? Seks – bo bywa wykorzystywany do kontrolowania partnera i manipulowania nim. A z badań naukowych niezbicie wynika, że trwałość małżeństwa zależy nie tylko od tego, jak partnerzy radzą sobie z nieuniknionymi konfliktami, ale także od jakości zbliżeń. Dzieci – bo zmieniają w życiu małżonków wszystko: priorytety, życie towarzyskie, sytuację finansową i wzajemne relacje. Potem dochodzą konflikty na temat podziału obowiązków i wychowania.

Już nie mamy ochoty grać

Oficjalnie ludzie zeznają, że przyczyną rozstania jest niezgodność charakterów, zdrada i nadużywanie alkoholu. Mniej oficjalnie – na przykład w ogólnoświatowej ankiecie dla miesięcznika „Reader’s Digest” – mówią o przemocy (tak odpowiada 67 proc. ankietowanych we Francji, 50 proc. w Polsce; w Wielkiej Brytanii, Rumunii i Rosji – 49 proc.), ale również o niewierności (w Meksyku 64 proc., Chinach 57 proc., Rumunii 50 proc., RPA 49 proc. i Indiach 39 proc.).

Statystyki dowodzą, że przyczyny rozwodów są stare jak świat. Ale z drugiej strony obserwujemy nowe zjawisko rozstań z byle powodu i pod byle pretekstem. Psycholog Jarosław Przybylski:

– Ludzie trafiający do mnie po kolejnym zerwaniu związku są sfrustrowani i rozczarowani życiem we dwoje. Mówią, że odchodzili, bo się odkochali, bo on coraz bardziej ich denerwował albo że ona za dużo mówi. Powody rozstania czasem są wręcz groteskowe. Jeden z mężczyzn z rozbrajającą szczerością oznajmił: „po prostu któregoś dnia się obudziłem i już mi się nie podobała”.

Internautka na forum dla singli: „Jak dla mnie sprawa jest prosta. Rozstajemy się, bo nagle się okazuje, że już nie mamy ochoty grać. Już nie chcemy być tacy, jakim chce nas widzieć partner. Chcemy być sobą, a okazuje się, że nasze prawdziwe JA już takie interesujące nie jest. Bo taka jest prawda – po zakochaniu stajemy się ikoną, bliżej nam samym nieznaną. Stajemy się »lepsi«, bo staramy się być takimi, jakimi chce nas widzieć partner. Ale ile tak można? Potem wychodzimy z założenia, że tak dłużej się nie da i game over. W drugą stronę też to działa – lata mijają i okazuje się, że ukochany nie jest tą samą osobą co kiedyś. Jeśli zostanie przyjaźń, związek jest do uratowania, bo przecież chemia to nie wszystko. Prawda jest jednak taka, że większość z nas w związkach nawet się nie lubi. Gdy mija namiętność, zaczyna nas drażnić wszystko. I kobiety poświęcają się dzieciom, a faceci szukają kochanek”.

Jesteśmy samowystarczalni

Psycholog profesor Katarzyna Popiołek uważa, że przyczyny rozstań podawane przez partnerów, na przykład w sądzie, mają się nijak do rzeczywistych: – Ludzie mówią o niezgodności charakterów, a tak naprawdę przyczyną jest podobieństwo. To, że zderzają się tymi samymi kolcami: agresja spotyka się z agresją, nietolerancja z nietolerancją, niepohamowanie z niepohamowaniem. Rzeczywiste powody, takie jak przemoc, alkoholizm, też mają inne głębsze przyczyny.

Według Katarzyny Popiołek stabilność związku zależy od czterech czynników. Pierwszy to troszczenie się o kogoś, pragnienie niesienia pomocy. Drugi to współzależność. Czyli wzajemne poleganie na sobie, które przejawia się tym, że obchodzi nas to, co dzieje się z partnerem, że jego działanie ma wpływ na nasze, że wzajemnie na siebie oddziałujemy. Trzeci to zaufanie – czyli rodzaj pewności, że partner będzie wrażliwy na nasze potrzeby. Im dłuższy związek, tym większe zaufanie. A im większe zaufanie, tym mniejsza niepewność. I czwarty czynnik – zaangażowanie, czyli gotowość pozostania w relacji bez względu na okoliczności. Gotowość ta wywodzi się z traktowania związku jako wartości.

 
– Myślę, że przyczyną epidemii rozstań jest to, że te wszystkie cztery czynniki obecnie bardzo słabną – mówi prof. Popiołek. – A słabną dlatego, że świat się zmienił i to, co obowiązywało kiedyś, dziś wydaje się ludziom anachroniczne. Dziś dominującą postawą jest indywidualizm wypływający z filozofii, która mówi, że człowiek powinien dbać przede wszystkim o swoje potrzeby, czerpać z siebie, bo jest samowystarczalny. Jak tu więc przejmować się drugą osobą, gdy mam dbać o własne interesy, rozwijać się? Partner z problemem jest kulą u nogi, przeszkadza, więc lepiej wymienić go na nowy model.

Dzisiaj nie mamy przekonania, że będziemy razem w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji życiowej. Stanowimy parę indywidualności, a każda myśli o własnej karierze. Rywalizujemy ze sobą, kto atrakcyjniejszy. Im większa atrakcyjność jednego z partnerów, tym większe prawdopodobieństwo, że porzuci on tego, który nie nadąża. Z kolei młodzi ludzie stoją przed pułapką zastawioną na nich przez biologię. Otóż natura tak sprytnie to zaprogramowała, że przyciągają się osobnicy dający szansę na najlepsze potomstwo. Ale czasem, gdy przyciąganie słabnie, okazuje się, że ludzie są tak różni, że nic ich ze sobą poza tym nie łączy.

Zabawiamy się na śmierć

Zdaniem psychologów przyczyną nietrwałości współczesnych związków jest też istny wysyp narcystycznych osobowości. Skąd się biorą? Z braku bliskich kontaktów z ważnymi dla nich osobami na wczesnym etapie rozwoju albo ich utratą. Wiele badań pokazuje, że w rodzinach słabną więzi, że rodzice zajęci są karierą, że brakuje wielopokoleniowych domów, czasu na rozmowę, którą zastępuje Internet. Na tej glebie wyrasta narcyz próbujący wypełnić poczucie bezsensowności i pustki bajkami o swojej wspaniałości. Ktoś taki nie jest zdolny do miłości innej niż własna.

Kolejnym gwoździem do trumny związków jest konsumpcjonizm. Zapełniamy swoje życie przedmiotami. Im są one wartościowsze, tym sami czujemy się wartościowsi. W końcu zaczynamy postrzegać siebie jak towar. Chcemy dobrze się sprzedać, być popularni, a to wymaga ciągłego pilnowania, co teraz jest na topie, zmusza do nieustannego udawania. Łatwiej udawać, że się jest kimś, niż być kimś, bo jak się chce być kimś, to trzeba wiedzieć, starać się, pracować. I tak spotyka się towar z towarem, a nie człowiek z człowiekiem. A towar, jak wiadomo, można szybko wymienić.

Winna też jest płynna nowoczesność (termin ukuty przez światowej sławy socjologa i filozofa Zygmunta Baumana). Czyli błyskawiczna zmienność wszystkiego, co nas otacza.

Prof. Katarzyna Popiołek: – To, co wczoraj było pożądane, dzisiaj jest śmieszne. Zasady wczoraj cenione dzisiaj są do niczego. Wszystko musi być tymczasowe, chwilowe. Następuje przedłużona bezdecyzyjność. Ludzie nie chcą się wiązać na dłużej, bo nie wiedzą, czy związek będzie do czegoś przydatny. A jak okazuje się nieprzydatny, to do widzenia. Ale to nie znaczy, że ludzie są dzisiaj źli. Oni po prostu poddawani są piekielnej presji mediów, popkultury, kusi ich bogactwo wyborów i wymóg życia chwilą, która powinna być łatwa, lekka i przyjemna. Amerykański filozof Neil Postman mówi, że świat się teraz zabawia na śmierć. Związek też musi być zabawny i przyjemny. Nie umiemy radzić sobie ze złym nastrojem, który nazywamy często na wyrost depresją. Każdy chce być u szczytu szczęścia, wrażeń, przeżyć. Odrzucamy naturalny rytm emocji, które raz są lepsze, raz gorsze. Panuje wielki lęk przed lękiem czy bólem. Źródłem takich postaw jest m.in. wychowanie. Współcześni rodzice chcą dzieciom dać wszystko, nie pozwalają się im ponudzić, posmucić. A w dodatku dzieci mają być nieustającym powodem do dumy i radości.

Chcemy odmiany

Kasia Żelaska, malarka mieszkająca we Francji, od 32 lat żona Gerome’a: – Prawie wszyscy nasi znajomi są po rozwodzie. Większość z nich to dobre, sprawdzone związki. Rozstali się bez jakichś większych przyczyn, po prostu chcieli odmiany.

Podobną tendencję zauważa Katarzyna Popiołek – rozpadają się całkiem dobre związki. Powód? Nudno. A nowy obiekt zawsze jest bardziej podniecający od starego. Zwłaszcza w seksie, który współczesna kultura przewartościowała do maksimum. Juwenalizacja społeczeństwa, czyli kult młodości, powoduje, że trwa totalna wymiana partnerów na młodszych. Ci wymieniający mają poczucie, że przez to sami stają się młodsi, że oddalają od siebie starość i śmierć.

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. Zupełnie zmieniła się definicja związku – nie pragniemy dobra partnera, lecz chcemy poprzez niego być szczęśliwi. Partner jest tylko środkiem do samorealizacji, sukcesu, szczęścia, ewentualnie do podwyższenia naszej pozycji. Nie uczymy się trudu głębokiego bycia z nim. Nad trwały związek przedkładamy relacje powierzchowne, które szczęścia nie przynoszą, a męczą, więc je kończymy.

– Dzisiaj mentalność długiego trwania jest zastępowana mentalnością trwania krótkiego, zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej – mówi prof. Popiołek. – Teraźniejszość jest oceniana przez pryzmat tego, co nadejdzie. A ponieważ przyszłość jest niewiadoma, więc wolimy nie mieć niczego na stałe.

Kasia Żelaska: – Jednemu z moich znajomych wydawało się, że jak rzuci partnerkę, będzie miał więcej energii do życia, innemu – że napisze wreszcie książkę, pewnej koleżance – że zajmie się sobą. Wszyscy po jakimś czasie stwierdzili, że nic takiego nie osiągnęli. Zupełnie tak jak w filmie Woody’ego Allena „You Will Meet a Tall Dark Stranger” ("Spotkasz wysokiego nieznajomego bruneta"). Starzejący się pisarz znudzony związkiem goni za kobietami, w tym za sąsiadką, którą podgląda przez okno. W końcu nawiązują romans. Pisarz przeprowadza się do kochanki i z jej mieszkania podgląda byłą żonę. Z nowej perspektywy żona wydaje mu się niezwykle atrakcyjna. Wszyscy bohaterowie żyją iluzjami, wpadają w pułapki własnych pragnień i w pogoni za idealnym związkiem rzucają partnerów. I co? Przekonują się, że jest tak samo albo gorzej.

  1. Psychologia

Kiedy boimy się bliskości i zaangażowania?

Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy wspólna codzienność może przerażać? Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Na ile zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, a na ile to oznaka wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Decydująca jest tak naprawdę motywacja, dla której wybieramy życie w pojedynkę. Można żyć samemu z miejsca wyboru, ale można również dlatego, że nie potrafi się inaczej.

Co dzieje się w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, które wpisują się w taką charakterystykę, doświadczają wewnętrznego zapętlenia, konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie obawiają się tego. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z czymś niezwykle groźnym: z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. I nie jest to jedyne zagrożenie. Lękiem napawa również możliwość odtrącenia, odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i którą zaproszę do swojego świata powie – nie chcę cię, nie chcę cię takiego, jakim jesteś. - Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi on z przeszłości.

Gdy zabrakło akceptacji

Ci, którzy lękiem reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyli zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika. Najczęściej chodzi o relację z rodzicem, opartą przykładowo na dominacji i nadmiernej symbiozie. W takim układzie autonomia dziecka nie jest szanowana, natomiast funkcjonuje wzorzec niezdrowej zależności, kiedy rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Wówczas niezbędny etap oddzielania się córki czy syna traktuje jako zagrożenie względem siebie, nie zauważa odrębności małego człowieka. Czym to skutkuje dla dziecka? - Ktoś taki, jako dorosły, może bać się tego, żeby zbliżyć do partnera. Będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem.

Równie trudne są konsekwencje wybiórczej akceptacji, doświadczonej w dzieciństwie. To tak naprawdę manipulacja emocjonalna, kiedy rodzic daje siebie w ramach nagrody za spełnienie czegoś, co uważa za słuszne. Jeśli dziecko nie spełnia jego oczekiwań, wycofuje się – emocjonalnie, mentalnie czy fizycznie – w ramach kary. Nie ma tu miejsca na akceptację dziecka takiego, jakie ono jest. Później skutkuje to lękiem przed odrzuceniem, który na nowo przeżywamy w relacjach, gdzie dwie strony co jakiś czas się wycofują.

Działania „zamiast”

Jak wyglądają relacje osób, które boją się bliskości? To spotkania przelotne, okazyjne, dotyczące tylko życia zawodowego czy hobby. Zwykle oparte są na jakiejś zależności, na przykład tylko na seksie, przynależności do grupy, wspólnym biznesie. Właśnie takie pozwalają utrzymywać relację na pewnym poziomie powierzchowności, na zaangażowaniu ograniczonym jedynie do wybranej sfery, wycinka życia. Ktoś, kto funkcjonuje w taki sposób, porusza się w obrębie konwecji, dającej bezpieczne ramy. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające nie schodzić na taki poziom relacji, który jest zagrażający, a jednocześnie pozwalają ukryć trudność, usprawiedliwić przed samym sobą wycofanie.

Ten sposób radzenia sobie, kompensowania rzeczywistości ma bardzo wiele twarzy. Wspinamy się na skałki, podróżujemy, działamy w fundacjach, pracujemy zbyt ciężko, wchodzimy w wiele relacji i znikamy z nich. Jesteśmy osobami niosącymi pomoc, realizującymi wspólne pasje, buntującymi się, odgrywamy role, wypełniamy czas. Po co to wszystko? Po to, aby ochronić się przed pełnym napięcia stanem emocjonalnym, kiedy obawa przed zatraceniem tożsamości miesza się lękiem przed brakiem akceptacji, byciem odrzuconym.

Znikający punkt

Czy wycofywanie się z relacji jest złe? Na pewno jest to mocno rozbudowany mechanizm obronny i zastępczy, czasami jednak nie należy go zwalczać czy omijać. Człowiek może mieć potrzebę doświadczania go i stosowania, po to, aby zbudować w sobie podwaliny poczucia bycia niezależną, integralną jednostką. Zasadnicza jest tutaj świadomość własnych motywacji, samowiedza na temat: co mną kieruje.

Można nie wchodzić w relację z powodu strachu. Można również dlatego, że wszystkie znane sposoby radzenia sobie z problemami, które w nich zwykle występują, zawodzą i potrzeba tak radykalnego rozwiązania jak odejście, aby się obronić. Ten drugi przypadek to rozwój, budowanie siebie. Tego typu niedostępność, bycie świadomym „znikającym punktem” prowadzi do klarowania się wewnętrznego przekonania, że w pokonywaniu problemów nie jest się kimś bezsilnym, bezwolnym, zdanym jedynie na zewnętrzny wpływ. To wzrastające przekonanie pozwoli w przyszłości nie sięgać do ostatecznych rozwiązań polegających na unikaniu.

Paradoksalnie, zrozumienie i świadoma zgoda na to, co jest (czyli w tym momencie zgoda na dysfunkcję) pozwala na pójście dalej, transformuje, umożliwia funkcjonowanie w bardziej zaawansowanych formach współzależności. Podążanie w takim kierunku stopniowo przewartościowuje stan bliskości z zagrożenia w doświadczenie wzbogacające. Relacja coraz bardziej staje się okazją do zaspokojenia ciekawości drugim człowiekiem, odbierania go w rzeczywistym wymiarze, czucia się z kimś dobrze, dzielenia chwilą, codziennym życiem, byciem obok, wzajemnej wymiany. Kolejne dni kojarzą się z więzią, a nie z uwięzieniem.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.