1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Edukacja seksualna, czyli co?

Edukacja seksualna, czyli co?

Edukacja seksualna, czyli co?
Edukacja seksualna, czyli co?
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Bardziej niepokoi nas to, że dziecko zobaczy w filmie seks niż jak ktoś obcina komuś głowę  - mówi psycholog Agnieszka Stein. 

 

Napięcia wokół edukacji seksualnej nie maleją. Dlaczego tak trudno uznać, że powinna być częścią edukacji w ogóle? Wokół edukacji w ogóle też jest wiele napięć, więc samo połączenie jej z edukacją seksualną wcale nie upraszcza sytuacji. Bo żeby nauczać, to musimy zgodzić się co nauczać. A ponieważ tej zgody nie ma, ponieważ każda strona mówi o innych perspektywach, to pojawia się napięcie. Seksualność nie jestem obszarem, w którym da się oddzielić wiedzę od przekonań, emocji, od wartości, które ludzie wyznają. 

Na czym więc powinno polegać edukowanie na ten temat? Edukacja to, owszem, przekazywanie wiedzy, ale ludzie dużo bardziej niż wiedzy potrzebują kontaktu ze sobą nawzajem i ze sobą samym, różnych umiejętności, na przykład radzenia sobie ze swoimi emocjami. Czyli mnóstwa rzeczy, które trudno załatwić za pomocą edukacji. Też dlatego, że edukacja opiera się na idei, że ten kto edukuje jest mądrzejszy i wie lepiej, a ten kto ma być edukowany nie za bardzo ma możliwość powiedzieć, czy tego chce. Edukacja wiąże się z nastawieniem wyższościowym do ludzi, a do seksualności takie nastawienie mało przystaje. W tym obszarze większe znaczenie ma nie to co nauczyciel powie na zajęciach, tylko to, co i jak skomentuje poza lekcjami. Dzieci nie są głupie, one bardzo dobrze widzą, gdzie jest życie i gdzie dorośli w autentyczny sposób się zachowują, a gdzie jest ten kawałek zajęć teoretycznych. 

Edukatorzy są zazwyczaj dobrze przygotowani do zajęć. Myślę, że dla wielu młodych ludzi spotkanie kogoś takiego jak edukator, od którego po raz pierwszy usłyszą, że z seksem nie jest tak jak myśleli, będzie inspiracją do eksplorowania tego tematu, zmiany myślenia. Dobrze przygotowani edukatorzy to pozytywny pomysł. Ale najważniejsi dla edukacji seksualnej dzieci są dorośli, którzy mają z nimi kontakt na co dzień. Tak naprawdę największym narzędziem samoedukacji w tym zakresie jest Internet. 

Który czasem miesza w głowach i szkodzi. Wielu rodziców nie boi się Internetu, tylko systemowej edukacji. Pytanie, czy rodzice w ogóle nie chcą edukacji, czy chcą, żeby lekcji na ten temat nie prowadziła konkretna nauczycielka, której poglądy religijnie są ogólnie znane. Często rodzice nie to że nie chcą w ogóle edukacji, tylko nie życzą sobie tej, która jest. 

A wiedzą, że sami mogą dużo zdziałać? Myślę, że kłopot nie polega na tym, że rodzice tego nie wiedzą, tylko na tym, że oni nie wiedzą jak to robić, bo są zmęczeni, sfrustrowani. Nie spotkałam matki ani ojca, którzy nie chcieliby mieć wpływu na swoje dziecko. 

Dla porządku wyjaśnijmy, co to jest seksualność. To ważne, bo moim zdaniem seksualność może porządkować rodzicom ten temat. Na seksualność składa się nie tylko moja płeć, ale także stosunek do mojego ciała, kontakt ze sobą, rozumienie bliskości i miłości, umiejętności komunikacji, poczucie własnej wartości, zdolności rozpoznawania własnych granic i komunikowania ich. Seksualność nie jest obszarem zamkniętym w oddzielnej szufladzie, tylko jest powiązana z naszym życiem. Kiedy w czasie moich spotkań autorskich pytają mnie, od jakiego wieku edukować seksualnie swoje dziecko, to mówię: od urodzenia. Na wspieranie seksualności dziecka nigdy nie jest za wcześnie, ciągle to powtarzam i mam wrażenie, że ludzie coraz bardziej się z tym oswajają. Bo dziecko od urodzenia jest istotą seksualną, od urodzenia ma płeć. 

Jak wspierać od urodzenia? Swoim stosunkiem do dziecka od kołyski, budowaniem relacji z nim i ludźmi. Bo to nie jest tak, że wystarczy usiąść i wytłumaczyć dziecku wszystko w wieku 15 lat, bo ono ma już 15 lat doświadczeń w obserwowaniu świata i swoje wie. Myślę, że jeśli ludzie mają wyobrażenie, czym jest seksualność, jak to bogaty temat, to widzą bardzo dużo obszarów, w których chcą wspierać swoje dzieci. Ale też chcą wtedy zadbać o siebie.

Dlaczego rodzice boją się seksualności swoich dzieci? Ponieważ nie rozmawiają o swoich lękach, ponieważ spotykają się z postawą, która je podsyca albo przekonuje, że nie ma się czego bać, co też im nie pomaga, więc te lęki pracują. Myślę, że kłopot w dziedzinie seksualności polega na tym, że wiedza w wielu dziedzinach poszła do przodu, jest dostępna, dorośli mogą ją eksplorować, natomiast wiedza dotycząca dzieci została zakonserwowana sprzed stu lat. Przeczytałam niedawno w wywiadzie ze specjalistką, że kąpanie się rodzica z trzyletnim dzieckiem to molestowanie. Albo że masturbowanie to konsekwencja molestowania. Dla mnie to są skandaliczne wypowiedzi, które wywołują totalny zamęt w głowach rodziców. Najpierw trzeba więc zacząć od edukowania specjalistów. Bo wiedzy opartej na najnowszych osiągnięciach medycyny przybywa. Na przykład dowiadujemy się, że nie da się sprawdzić żadnym badaniem, czy kobieta jest dziewicą czy nie, ponieważ błona dziewicza to elastyczny kawałek skóry, który czasem pęka w trakcie codzienności aktywności, a czasem zrasta się z powrotem. Ciągle się uczymy tego, że nie wiemy.

To co wiemy? Wiemy na przykład, że jak ludzie akceptują siebie, to łatwiej im radzić sobie z własną seksualnością i bardziej podmiotowo traktują też innych. Wiemy też, że każdy człowiek jest inny. Są rzeczy, do których ludzie się nie przyznają, ponieważ uważają że są „nienormalni”. Ale jak się podrąży więcej, to się okaże, że każdy jest jakoś inny, że tych normalnych prawie nie ma. 

Normy w seksualności nie istnieją? Norma to pewien konstrukt społeczny dotyczący oczekiwań społecznych. Według mnie kryteria tego, co sprzyja udanemu życiu seksualnemu nie są z gatunku dobra czy zła albo w postaci listy określonych zachowań tylko polegają na sprawdzeniu, czy to, co robię jest w zgodzie ze mną oraz czy druga osoba zgadza się na to, co zamierzam robić. 

Czyli wraca temat granic. Tak, w tym obszarze my dorośli mamy dużo do zrobienia i warto, żebyśmy uczyli się wspierać nasze dzieci w stawianiu granic.

 Jak to robić? Odpowiedź na pytanie, co robić bez kontaktu ze sobą jest bardzo trudna. Bo to nie chodzi o wykonywanie bądź niewykonywanie jakiejś czynności, tylko o to, że my się z powrotem potrzebujemy nauczyć czuć siebie. 

Dlaczego to takie ważne? Myślę, że dlatego, że jak ktoś nie czuje siebie to trudno mu też poczuć dziecko i wspierać je w tym, żeby czuło siebie. Rodzicom bardzo pomaga grupa i wspólnota, to, że spotykają się i dzielą się doświadczeniami, wątpliwościami. Dostrzegają wtedy obszary, w którym jest im trudno i pomału zaczynają się nimi opiekować. Każdy ma inną historię, inne problemy. Jak miałabym powiedzieć ogólnie jak wspierać dzieci, to bym odpowiedziała: rozwijać się w swoim rodzicielstwie, samemu szukać wsparcia. Powiedzenie komuś co robić powoduje, że jeśli on tego nie uczyni, będzie uważał, że robi źle. A to nie chodzi o to, żeby ktoś usłyszał, że jak zrobi tak, jak ja powiem, to jest dobrze, a jak nie zrobi, to jest źle, tylko żeby usłyszał, że może w tej dziedzinie decydować i wybierać, że jest w stanie sam rozpoznać, co mu służy, a co nie. Chodzi oczywiście o taki wybór, który nie narusza innych ludzi. Im bardziej troszczymy się o siebie, tym mniej naruszamy innych, a nie bardziej. To jedno z największych przekonań naszej kultury, że jak się troszczymy o siebie, to coś zabieramy innym. Mam takie doświadczenie, że jak zdiagnozujemy u siebie, że nasze granice były naruszane, to wynika z tego większa wrażliwość na naruszanie granic dzieci. Bo nie chcemy robić dzieciom tego, co nas bolało.

Co w edukacji seksualnej jest poza dyskusją? Na przykład to, że warto wiedzieć, jak wygląda moje ciało. A żeby to wiedzieć trzeba wziąć lusterko i się obejrzeć, nie da się tego nauczyć na lekcji. Nauczyciel może powiedzieć, że ciała są różne i że każde jest w porządku, że jeżeli moje ciało jest takie jakie jest, to takie ma być. Dziecko ogląda swoje ciało z ciekawością, jeśli nie usłyszy, a fuj, co robisz! Kiedy rodzice mówią mi, że ich dziecko eksploruje swoje ciało, to ja im nie radzę, co robić, bo to słabo działa. Na ogół dalej postępują tak, jak dotychczas, tylko mają z tego powodu poczucie winy. Dlatego rozmawiamy o tym, co jest dla nich trudne, jakie mają na ten temat wyobrażenia, czego się boją. Ja nie zabraniam zabraniać, tylko zachęcam ich do kontaktu ze sobą. Ewentualnie przedstawiam swoją postawę: że na mnie jakieś zachowanie nie robi wrażenia. Albo mówię, że  inne dzieci też to robią. Wtedy rodzice trochę sobie odpuszczają. 

Co by pani powiedziała zatroskanym o edukację seksualną świeżo upieczonym rodzicom? Żeby szukali ludzi, których podejście do życia jest zbliżone do ich podejścia, którzy traktują innych, w tym dzieci, w taki sposób, w jaki oni sami chcieliby być traktowani. Jako zwierzęta stadne naprawdę nie jesteśmy w stanie funkcjonować bez ludzi. Możemy wymieniać się doświadczeniami, podpatrywać, jak inni radzą sobie w swoim rodzicielstwie i tym się inspirować. Jak chcemy umieć rozmawiać na temat seksualności z dziećmi, a przecież bardzo chcemy, to  najpierw trzeba poćwiczyć z dorosłymi. Trudno jest rozmawiać z dzieckiem o seksualności jak nie rozmawiamy o tym nawet ze swoim partnerem. 

Fundamentalny czas do nauki to dzieciństwo? Fundamentalne jest tu i teraz. Oczywiście nasze doświadczenia mają wpływ na to, kim jesteśmy teraz. Natomiast koncepcja, że dzieciństw bardzo nas determinuje, że jak się coś wtedy złego zadziało, to przepadło. Według mnie wszystko nas buduje. I może być tak, że rzeczywiście to, co zadziało się w dzieciństwie ma bardzo duży wpływ na nas dlatego, że myśmy nic z tym nie zrobili. Ale może też być tak, że w dorosłym życiu świadomie zadbaliśmy o to, żeby te trudne doświadczenia z dzieciństwa zmienić i teraz są one źródłem naszej siły. Badania mówią, że nastolatki (16, 17 lat) chcą rozmawiać z rodzicami na temat seksualności, tylko mają poczucie, że rodzice nie chcą. 

 Da się rozmawiać w tym wieku, gdy wcześniej się tego nie robiło? Słyszałam o 40-latkach, które dzwoniły do swoich matek, że chcą o tym rozmawiać. Im wcześniej się zaczyna, tym to naturalniejsze. 

Co mówić przedszkolakom? To, o co pyta. Bo jak będę  próbowała powiedzieć więcej, to ono nie będzie słuchać. Dobrze jest pamiętać, że robienie dziecku wykładu na jakikolwiek temat nie działa. Dzieci dużo bardziej współpracują z nami, gdy dostają konkretną odpowiedź. Gdy o coś pytają, można odpowiedzieć pytaniem: a co ty myślisz na ten temat, skąd takie pytanie. Można sprawdzać z dzieckiem, co ono już wie. Komunikacja polega na wymianie. 

Jak reagować, gdy dziecko dotyka swoich narządów płciowych? Tak jak wtedy, gdy drapie się po głowie. Gdy ciągle się drapie, to bym sprawdzała, co się dzieje, ale jak się drapie raz na jakiś czas, to co robić? Nic nie robić. 

Komentować to jakoś? No przecież chcemy nauczyć dziecko, że to jego sfera intymna. Można powiedzieć, żeby robiło to w domu, a nie na ulicy. Ale nie liczyłabym, że dziecko w wieku 3  lat zapamięta ten komunikat, 5 – latek już tak. 

Kłania się tu wiedza o rozwoju dzieci. Tak, taka wiedza bardzo się przydaje. Rodzice mają zazwyczaj bardzo dużą wiedzę na temat rozwoju ruchowego, czasem poznawczego, dużo natomiast mniejszą na temat rozwoju emocjonalnego. Czyli bardzo dobrze wiedzą, kiedy dziecko podnosi głowę, przekręca się z boku na bok, wstaje, natomiast dużo mniej wiedzą o tym, w jakim wieku dziecko radzi sobie z emocjami. Uważność, ciekawość dziecka, to dobra baza na przyszłość. Rolą kogoś, kto edukuje jest  pootwierać rodzicom różne tematy, wesprzeć ich w tym, żeby zaczęli zadawać sobie pytania, zastanawiać się nad tym, co robią. I wtedy jest szansa, że to będzie w nich pracowało. Że na przykład będą zdawali sobie sprawę z tego, że jak przytulają swoje dwumiesięczne dziecko to wspierają jego kontakt z własnym ciałem i że to będzie rzutować na jego seksualność, na jakość seksu za kilkadziesiąt lat. Że to co się stanie w życiu ich dziecka później buduje się z takich kawałków tego, co się dzieje tu i teraz. Teraz pokazuję dziecku co to jest  miłość, akceptacja. Teraz uczę je jak się rozmawia, jak się mówi o sobie, jak się słucha. Teraz uczę go rozpoznawać jego potrzeby. Teraz pokazuję mu, że relacja z drugim człowiekiem to jest coś, co może być piękne, bezpieczne, wspierające i  wartościowe. Teraz mówię, że czegoś nie chcę, ale też słyszę, jak ono mówi: nie. Że się wtedy nie obrażam, tylko dalej słucham tego co ma mi do powiedzenia. Uczę radzić sobie z emocjami, bo ta umiejętność też wpływa na naszą seksualność. Uczę, że warto komunikować swoje potrzeby. To ważne, bo żyjemy w kulturze myślenia, że jak kocha to się domyśli, bo od urodzenia uczeni jesteśmy tego, że komunikowanie swoich potrzeb nie jest ok. Dziecko widzi różne nasze relacje, także z innymi dziećmi, z przyjaciółmi, nieznajomymi, bliskimi. I na tej podstawie buduje sobie obraz tego, jak to jest być w relacji, nie tylko z jednym konkretnym człowiekiem. 

Co robić, gdy nas poniosły nerwy przy dziecku? Rozmawiać o tym? Zależy, czy dziecko o to pyta. Gdyby mnie poniosło, bardziej bym myślała, jak zaopiekować się sobą, czego potrzebuję się nauczyć, co się takiego stało, że mnie poniosło. Dzieci nie za bardzo słuchają, co im mówimy, za to bardzo uważnie nas obserwują. 

 Odeszłyśmy od tematu seksualności. Wcale nie! Rozmawiamy o  umiejętności bycia z innymi ludźmi, a ta sfera też kształtuje naszą seksualność. 

Jak kontrolować zajęcia w szkole na temat edukacji seksualnej? Pytać, jak te zajęcia będą wyglądać, kto je poprowadzi, czego dziecko będzie uczone. Warto być świadomym klientem systemu edukacji, myślę, że to ważne nie tylko w edukacji seksualnej, ale tu szczególnie. Jeżeli mam taką relację z dzieckiem, że rozmawiamy na temat seksu, to mogę powiedzieć: ok., pochodź sobie i zobaczymy, czy to będzie dla ciebie ciekawe. I albo potem dziecko powie: to starta czasu, albo: pani mówi nieciekawie, ale będę chodzić, bo chcę z tobą o tym rozmawiać. Nie ma jednej decyzji właściwej. 

Rodziców straszy się słynną tabelką WHO. Tabelka jest dodatkiem do dokumentu o standardach edukacji seksualnej. Zachęcam wszystkich do przeczytania całego dokumentu, nie tabelki, która jest taką matrycą tego, co dziecko może w danym wieku wiedzieć. 

Przestrzega się przed tą tabelką, bo ponoć pokazuje, jak uczyć czterolatki masturbacji. Masturbują się już płody, co widać na usg. Dziecko przedszkolne wie, że dotykanie ciała sprawia przyjemność. To żaden news.

Jak reagować, gdy malec to robi? Widząc masturbującego się czterolatka mogę nie robić nic, tylko zachować spokój. Ewentualnie jak to w jakiś sposób komentuje lub pyta, mogę powiedzieć: ludzie to robią, bo to sprawia im przyjemność. Koniec tematu.

Czy w ten sposób seksualizuje się dzieci? Komuś, kto tak mówi chodzi chyba o straszenie rodziców. Bo jak się ludzi nastraszy, że to seksualizacja, w dodatku niebezpieczna, to potem podpinając się pod tę sferę można przepchnąć każdą bzdurę. Ktoś to pojęcie rozdmuchał chyba po to, żeby kontrolować ludzi.

Od czego by pani zaczęła, gdyby odpowiadała za edukację seksualną? Od przygotowania nauczycieli. I to zarówno tych od edukacji seksualnej, jak i innych przedmiotów, bo temat seksualności pojawia się na każdym przedmiocie, wystarczy otworzyć podręcznik do polskiego czy do matematyki. Wprowadziłabym taki przedmiot na studiach pedagogicznych. Wyeliminowałabym seksistowskie wierszyki, które dzieci recytują w przedszkolach o tym, że mama sprząta, a tata siedzi i czyta gazetę.

Załóżmy, że przychodzi do pani mama i powtarza to, co słyszy: że tolerancja wobec osób LGBT to promocja homoseksualizmu. Co pani na to? Powiedziałabym: nie może pani zamykać oczu na to, że istnieje duża szansa (5-10 procent), że pani dziecko będzie homoseksualne, takie są statystyki. I to nie jest zamykanie oczu na coś, co robią inni daleko stąd, to jest zamykanie oczu na to, co może dotyczyć pani. Pamiętam list napisany przez uczniów do nauczycieli, w którym prosili, żeby zwracać się do koleżanki transpłciowej jak do dziewczynki, bo tak się czuła, a nauczyciele traktowali ją jak chłopca. Dzieci to rozumieją, a dorośli nie. Ludzie innej orientacji nie pogarszają sobie świadomie życia. 

 Tkwimy nadal w stereotypach na temat płci? Niestety tak. Przeprowadzono eksperyment, polegający na tym, że roczne dziewczynki ubrano jak chłopców, a chłopców jak dziewczynki i obserwowano, jak odnoszą się do tych dzieci ludzie. Na filmie z tego eksperymentu widać,  jakie zabawki im dają w zależności od tego, w co te dzieci są ubrane, jak się do nich odnoszą. Do „chłopców” inaczej niż do „dziewczynek”. Czyli widać, że to dorośli sterują płciowością. Ci na filmie byli zaskoczeni swoimi reakcjami, bo sobie ich nie uświadamiali. 

Pornografia to obecnie realne zagrożenie dla dzieci? Kiedyś też było. Mam jednak poczucie, że łatwiej się tym zajmować, łatwiej skupić uwagę na zewnętrznym zagrożeniu i wrogu, a trudniej myśleć, co się dzieje w mojej relacji z dzieckiem. Jeżeli dziecko zetknie się z pornografią, trzeba się nim zaopiekować. Uważam, że jak małe dzieci dostają adekwatną wiedzę na temat seksualności, czyli taką, która odpowiada na ich potrzeby, to one nie są zaciekawione szukaniem tej wiedzy gdzie indziej. A nastolatek prędzej czy później zetknie się z pornografią, tak samo jak się zetknie z horrorami, w których krew się leje. Nas jednak bardziej niepokoi to, że dziecko zobaczy seks na filmie niż że zobaczy jak ktoś obcina komuś głowę.

Agnieszka Stein – psycholog, autorka książek: „Dziecko z bliska” i „Dziecko z bliska idzie w świat”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Śpij, Kochanie

Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować. I zastanowić, w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku. (Ilustarcja: Katarzyna Bogucka)
Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować. I zastanowić, w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku. (Ilustarcja: Katarzyna Bogucka)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dziecko w łóżku z nami czy osobno? Usypiać czy zostawiać, aż samo zaśnie? Na pytania zmęczonych zarwanymi nocami rodziców odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Kiedy małe dziecko powinno samo zasypiać? Nie ma tu reguły, każde dziecko jest inne.

To kiedy powinniśmy je tego uczyć? Im wcześniej, tym lepiej? Bo to przecież jeden ze sposobów kształcenia jego autonomii. Do drugiego roku życia staramy się dziecka nie frustrować. To nie czas na budowanie jego autonomii, jest to natomiast czas na szybkie, adekwatne zaspokajanie rozwojowych potrzeb dziecka. Nie ma obawy, nie stracimy czasu, bo zaspokojenie tych potrzeb we wczesnym okresie życia dobrze posłuży szybkiemu osiągnięciu przez dziecko autonomii w przyszłości. Nie ma przebacz, jeśli ktoś decyduje się na dziecko i chce je dobrze wychować – co znaczy: szybko uniezależnić – musi to sobie wziąć do serca. I nie dajmy się zwieść w tej sprawie żadnym pseudonaukowym nowinkom. Na przykład takim, że jeśli dziecko będziemy zamykać na noc w ciemnym pokoju i pozwalać mu płakać tak długo, aż wymęczone i przerażone zaśnie, to mu to w przyszłości wyjdzie na dobre.

A nie jest tak, że czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał? W okresie do dwóch lat, gdy dziecko jest zupełnie bezradne i zdane na opiekę rodziców, najważniejsze jest jego poczucie bezpieczeństwa i ważności. Doświadczenie tego, że mimo braku jakichkolwiek osiągnięć i sprawiania tak wielu kłopotów jest najważniejszą istotą na świecie dla tych dwojga ludzi, którzy sprowadzili je na świat. Poczucie bezpieczeństwa i wartości, jeśli mocno się w dziecku zakorzeni, będzie niezastąpionym skarbem na resztę jego życia. Dlatego nie słuchajmy pseudowychowawczych porad, których większość powstała w Prusach w czasie rewolucji przemysłowej, bo w istocie służyły one nie dobru dziecka, lecz wyłącznie temu, żeby rodzice jak najprędzej wracali do fabryk, kopalń i tkalni. To była wielka manipulacja służąca systemowi, a nie dziecku czy rodzicom.

Jak wobec tego to, co mówisz, ma się do filozofii wychowania dzieci w innych krajach, na przykład we Francji? Tam lekarz pediatra zaleca rodzicom: proszę kłaść niemowlę do łóżeczka i je „wypłakać”, bo w ten sposób szybko przyzwyczai się do samodzielnego zasypiania. To podobno działa, dzieci rzeczywiście szybko się tego uczą. A jakie mają wyjście? Każda żywa istota, nawet w skrajnie niebezpiecznej, grożącej życiu sytuacji, w końcu zaśnie. To może dobrze służyć jedynie komfortowi rodziców. A dalekosiężne konsekwencje tego okrucieństwa dla psychiki człowieka terapeuci widzą po latach w swoich gabinetach w postaci zaburzeń depresyjno-lękowych.

To służy, jak tłumaczą we Francji, temu, żeby rodzice odpoczęli, bo to pozwala im zachować dobrą kondycję fizyczną i psychiczną. Służy też temu, żeby mogli uprawiać seks, co jest trudne, gdy dziecko śpi razem z nimi. A w jaki sposób w uprawianiu seksu przeszkadza im dwuletnie śpiące dziecko? Wystarczy tylko zapewnić sobie wystarczająco duże łóżko albo łóżeczko dziecka postawić tuż obok materaca rodziców – i po kłopocie.

Lekarze z Centrum Badania Snu Dziecka w Bostonie twierdzą, że każdego malca można w ciągu kilku dni nauczyć zasypiania i przesypiania całej nocy. To dla rodziców umęczonych nocnym wstawaniem nęcąca propozycja. Co w niej złego? Oczywiście, że dziecko zostawione samo sobie w końcu zaśnie, tak jak zaśnie żołnierz w ostrzeliwanym okopie, gdy będzie dostatecznie zmęczony. Nie ma nic odkrywczego w tej okrutnej procedurze. Dziecko w wieku do dwóch lat powinno do woli korzystać z bliskości i obecności rodziców. To jedyny taki okres w naszym życiu pozwalający doświadczyć miłości, ciepła, troski, poczucia bezpieczeństwa, a także bezwarunkowo ofiarowanego poczucia własnej wartości.

Bostońscy lekarze przekonują, że można z miłością i bez naruszania bezpieczeństwa dziecka uczyć je samodzielnego zasypiania. Pokazują, jak to robić nieinwazyjnie. Na przykład czule pożegnać dziecko, odłożyć na minutę do łóżeczka, pojawić się, kiedy protestuje, znów wyjść na minutę. I tak aż do skutku. Według nich taka nauka zasypiania skutkuje też tym, że dziecko będzie zasypiać samo, gdy się przebudzi w nocy. Po co tyle trudu? Dziecko przecież i tak zacznie zasypiać i spać samo. Po roku, maksimum dwóch bezwarunkowego i bezstresowego dopieszczenia, gdy będzie czuło się komfortowo, bezpiecznie, samo zaśnie w swoim łóżeczku. Wyjmuje mu się tylko jeden szczebelek, żeby mogło, jeśli poczuje taką potrzebę, przejść do rodziców. Nie mówię tego teoretycznie, sam przez to przeszedłem. Z matką moich synów urządziliśmy sypialnię tak, że mieliśmy ogromną platformę do spania. Synowie zajmowali miejsce za naszymi głowami, w niczym nam nie przeszkadzali, a my byliśmy spokojni, bo mogliśmy w każdej chwili ich dotknąć, pogłaskać, chwycić za nogę lub rękę, uspokoić i dalej spać. Gdy dostali swoje łóżeczka, to z radością poszli spać do swojego pokoju.

Widzisz jakieś „za” w uczeniu dziecka samodzielnego zasypiania? Nie widzę żadnego. Spanie to naturalny proces, nie trzeba dziecka w tym trenować. Powtórzę: jeśli zapewni mu się poczucie bezpieczeństwa, troskę i miłość, to wszystko przebiegnie naturalnie i szybko.

Nie do końca tak bywa. Znam rodziców, którzy nie przespali całej nocy od pięciu lat. Dziecko wciąż domaga się ich obecności w nocy i nie chce słyszeć o spaniu w swoim pokoju. Jego mama powiedziała mi, że żałuje, że nie przysposabiała go do samodzielnego spania. Dzieci są różne. A poza tym za ich problemem ze spaniem mogą kryć się jakieś zaburzenia somatyczne lub trudne emocje i napięcia między rodzicami. Dorośli powinni więc przyjrzeć się też sobie. Dziecko tej mamy z jakichś powodów potrzebuje nadal jej bliskości i wsparcia. Oczywiście można doprowadzić bezbronne dziecko do rezygnacji z jego ważnych potrzeb i wychować dorosłego, który nie będzie rozpoznawał sygnałów nadawanych przez własny organizm i nie będzie wiedział, jak na nie odpowiadać.

We Francji nie widać jakichś strasznych skutków. Pewna pisarka pracująca w bogatej francuskiej wielodzietnej rodzinie opowiadała mi, że gdy kilkumiesięczne niemowlę, wykąpane i nakarmione, odnoszono do swojego pokoju, wszyscy zasiadali do kolacji i nikomu nie przeszkadzał płacz dochodzący zza ściany. Starsze dzieci, zapewne wcześniej też tak trenowane, wydawały się szczęśliwe, a od polskich różniło je tylko to, że były bardziej zdyscyplinowane. Ci pozbawieni empatii rodzice byli zapewne wychowani w chłodnym, bezuczuciowym reżimie, więc tak też wychowywali swoje dzieci. To transpokoleniowa fala: „Skoro ja dostałem w kość w dzieciństwie od swoich rodziców, to moje dzieci dostaną w kość ode mnie”. Niestety, we Francji powszechną praktyką jest to, że trzymiesięczne dziecko oddaje się do żłobka. Trenowanie niemowląt w samotnym zasypianiu to część tego samego sposobu myślenia o wychowaniu dziecka – systemu, który racjonalizuje egoizm rodziców, w którym ich potrzeby stają się ważniejsze od potrzeb dziecka. A konsekwencje są takie, że Francja jest krajem o największej liczbie singli i rozwodów w Europie. Bo jeśli człowiek nie zaspokoił w dzieciństwie potrzeby bezpieczeństwa, doznawania troski i bezwarunkowej miłości, to będzie tego obsesyjnie szukał w swoich dorosłych związkach, nieustannie zmieniając partnerów w próżnej nadziei, że ta kolejna osoba będzie w stanie to dostarczyć. Będzie więc – jak małe dziecko – nastawiony wyłącznie na branie, wiecznie niezadowolony z tego, co dostaje, i nieskory do rezygnacji ze swoich planów i potrzeb na rzecz innych. Dotyczy to również stosunku do dzieci.

Decydując się na dziecko, musimy z góry założyć, że rezygnujemy z wielu naszych potrzeb. Jeśli je kochamy, będzie nam to łatwiej zrobić, rezygnacja nie będzie bolesna. Jeśli natomiast dziecko ma być tylko zadaniem, projektem lub dodatkiem do facebookowego obrazka szczęśliwego życia, to lepiej pozostać bezdzietnym.

Badacze snu twierdzą, że dzieci, które nie potrafią same zasypiać, nie są wcale dziećmi z problemami. Wprost przeciwnie – są bardzo pojętne. Szybko uczą się, że gdy głośno domagają się obecności przy zasypianiu mamy, i są w tym konsekwentne, to mama to życzenie spełni. Czy nie ma obawy, że w ten sposób wychowamy terrorystę? Jeśli od początku trzeciego roku życia dziecka nie zaczniemy stopniowo wymagać od niego większej samodzielności, to może się tak stać. Ale człowiek ma pewną hierarchię potrzeb. Kiedy zostaną zaspokojone te podstawowe, jak poczucie bezpieczeństwa, przechodzi on niejako do zaspokajania następnych. Oczywiście dzieci nie są duplikującymi się klonami, każde potrzebuje czego innego. Ale wszystkie bez wyjątku potrzebują miłości i bezpieczeństwa. Przedwczesny trening i zbyt duże wymagania sprawią, że choć dziecko w końcu się do tego dostosuje, to jednak poniesie w swoją dorosłość wiele deficytów i ograniczeń, które bardzo skomplikują mu życie. Jestem pewny, że badania cytowanych przez ciebie lekarzy nie uwzględniają tych długofalowych konsekwencji.

Do jakiego wieku spanie z dzieckiem w jednym łóżku jest dobrym rozwiązaniem? To indywidualna sprawa. Na pewno wygodne jest wtedy, gdy mama karmi piersią, co nie powinno trwać dłużej niż rok*, czyli do czasu, gdy dziecku urosną zęby, których pojawienie się jest sygnałem tego, że czas usamodzielniać dziecko w dziedzinie odżywiania. Ale w okresie karmienia wspólne legowisko naprawdę się sprawdza. Trzeba znaleźć złoty środek między potrzebami dziecka i naszymi, żeby też nie wychować "potwora"**, który nas terroryzuje. Ale to nie grozi dziecku do drugiego roku życia.

Przywołam tu ogólną zasadę, zaczerpniętą z mądrości Wschodu, gdzie dzieci bardzo szybko uniezależniają się i stają się autonomicznymi ludźmi. Zasada jest następująca: przez pierwsze pięć lat rodzice są niewolnikami potrzeb swojego dziecka, od 5 do 15 lat dziecko jest niewolnikiem swoich rodziców (wtedy następuje proces socjalizacji), a od 15. roku życia stopniowo staje się ich partnerem. W myśl tej zasady dzieci hinduskie od urodzenia pozostają w stałym kontakcie z matką, są noszone w chuście, czują jej zapach i słyszą bicie jej serca. Wzrastające w takim poczuciu bezpieczeństwa maluchy szybko stają się samodzielne i odważne. Dopieszczone i dokochane, szybko podążają w kierunku coraz większej autonomii i emocjonalnie dojrzewają. Podobnie dzieje się w innych kulturach.

Usypianie dziecka bywa utrapieniem rodziców. Znam takich, którzy muszą wozić synka autem, bo twierdzą, że tylko wtedy zasypia. Rytuały z zasypianiem są ważne, to nie ulega wątpliwości. Które z nich są według ciebie najważniejsze? Spokój rodziców i zadbanie o ich własny rytm dobowy. Dobrze na przykład o zmroku zmniejszyć oświetlenie domu, zapalać żółte światło, nie włączać telewizora, laptopa. Jeżeli rodzice sami wejdą w stan resetu, odpoczynku, wyciszenia, to dziecko za tym pójdzie. Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować, a też zastanowić, jakim wzorcem są dla dziecka i w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku, dotykają go czy karmią. Czy tam jest duża doza irytacji, zniecierpliwienia, niechęci, złości? Jeżeli tak, to trzeba zastanowić się nad sobą, a nawet pójść do psychologa czy terapeuty i zapytać, dlaczego taką niechęcią reaguję na swoje dziecko, dlaczego mam tak mało cierpliwości, tak mało serca, dlaczego jest we mnie takie napięcie, dlaczego czuję się obrabowywany z energii i czasu przez swoje własne dziecko, które zaprosiłem na ten świat. Trzeba zadać sobie takie niewygodne pytania, a nie tresować dziecko po to, żeby od tych pytań uciec i żeby było nam wygodniej.

Nie ma jedynej recepty na wychowanie. Rodzice powinni po prostu ufać sobie, to chyba najlepszy drogowskaz. To prawda. Trzeba przyjąć założenie, że dziecko to nie tabula rasa. Przychodzi na świat już z pewnym bagażem zapisanym w genach. Niektórzy mówią, że rodzi się z kwantowym programem, który ma swoją historię i dynamikę, więc rodzi się w nieprzypadkowym miejscu i ma nieprzypadkowych rodziców. Jeżeli można sformułować ogólną zasadę, to taką: do drugiego roku życia wyposażamy dziecko w poczucie bezpieczeństwa i bezwarunkową miłość, która nie stawia żadnych wymagań typu: śpij na żądanie, jak najszybciej usiądź na nocniku, zacznij kontrolować zwieracze, najlepiej to bądź gotowy na rozstanie ze mną w szóstym miesiącu życia i zaakceptuj żłobek, bo chcę wrócić do pracy. Takie wygórowane przedwczesne wymagania to emocjonalna przemoc wobec dziecka i racjonalizacja rodzicielskiego egoizmu. Oczywiście zawsze będą od tego jakieś wyjątki ze względu na predyspozycje dziecka, cechy charakteru rodziców i poziom ich osobistego rozwoju. Bo nawet jeśli namówimy rodziców do tego, żeby traktowali dziecko przez dwa lata w taki sposób, jaki tu proponuję, a oni do tego wewnętrznie nie dorośli, to i tak nie dostarczą dziecku poczucia bezpieczeństwa, ważności, bezwarunkowej miłości. Bo chociaż na poziomie praktycznym wprowadzą w życie wszystkie zasady, to fakt, że będą zniecierpliwieni, źli, a nawet wrogo nastawieni do dziecka, zniweczy ich wysiłki. Stąd zasada, że mniej ważne w sprawach międzyludzkich jest to, co robimy, a najważniejsze to, w jakim stanie ducha, serca i umysłu jesteśmy, gdy to robimy.  

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

* Od redakcji: Zdanie o karmieniu piersią, sugerujące, że nie powinno ono trwać dłużej niż rok to nasz błąd, za który przepraszamy. Wszelkie kwantyfikatory, a zwłaszcza określenie „powinno się” w odniesieniu do karmienia piersią, są niedobre. KAŻDA matka robi w tej kwestii tak, jak uważa, jak może. Karmi piersią, zgodnie z wytycznymi WHO, czyli do 6. miesiąca życia dziecka wyłącznie piersią, a potem - rok, dwa, trzy, czy do 6. roku życia. Szacunek i zrozumienie należy się też matkom, które  z różnych powodów nie mogą karmić.

** Używając tego słowa chciałem zwrócić Czytelniczkom uwagę na konieczność stopniowego stawiania dziecku  granic w sytuacjach, gdy narusza lub/i nadużywa rodzicielską przestrzeń (łóżko, miejsce i narzędzia pracy, toaletę i łazienkę), czas zarezerwowany dla rodziców, a także granice rodzicielskiego ciała. Pierwsze wymagania związane z przestrzeganiem tych granic mogą się zacząć pojawiać już na początku trzeciego roku życia. To bardzo ułatwi dziecku adaptację do sytuacji przedszkola i do zasad współżycia w grupie rówieśniczej - a także wśród dorosłych. W kontekście wieloletniego karmienia piersią nie stawianie granic z wolna instaluje w umyśle już nawet trzyletniego dziecka tendencję do instrumentalnego traktowania matki. Wiele długokarmiących matek, z którymi miałem do czynienia przy okazji ich terapii, opowiadało mi o tym, że ich nawet 5-6 letnie dzieci potrafiły agresywnie i aktywnie (np.  zadzierając mamie bluzkę ) domagać się natychmiastowego dostępu do piersi, gdy tylko z jakiś powodów poczuły się sfrustrowane. Zdarzało się to także w sytuacjach towarzyskich i w miejscach publicznych. Nie ulega wątpliwości, że takie zachowanie świadczy nie tylko o instrumentalnym i uprzedmiotowującym stosunku do matki lecz także o silnym uzależnieniu dziecka od piersi matki oraz braku zdolności do autonomicznego radzenia sobie z trudnymi emocjami." Wojciech Eichelberger 

  1. Psychologia

Ratujmy dzieci w pandemii - 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz

Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Co dzieci zapamiętają z minionego roku? Gry na komputerze, lekcje online, rozdrażnionych dorosłych... Dziś już wiemy, że pandemia nie skończy się z nadejściem wiosny, a związane z nią ograniczenia nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Pedagożka Ewa Nowak proponuje – by zamiast liczyć, że to tylko tymczasowe – wprowadzać zmiany, które pomogą zachować radość dzieciństwa.

Usłyszałam od sąsiadki, że co drugie dziecko cierpi teraz na obniżenie nastroju, więc to jest już norma. Protestuję i nie przyjmuję tego do wiadomości, bo to, że z powodu covidowych restrykcji nasi najmłodsi mają obniżony nastrój, nie znaczy, że wszystko jest w porządku albo że „po pandemii jakoś się ułoży”. Czyli kiedy? Tego nie wie nikt... Zatem może lepiej przyjąć postawę „pandemia będzie już zawsze”, bo dopóki rodzice będą traktować dzisiejszą sytuację jak stan przejściowy, dopóty nie  zatroszczą się o swoje dziecko jak trzeba. Wbrew pozorom taka zmiana może zmotywować i wyzwolić kreatywność. Od czego zacząć? Oto 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz:

1. W zdrowym ciele zdrowy duch

Ponieważ ciało zawsze reaguje na nasz stan psychiczny, użyjmy tej korelacji w odwrotną stronę: wybiegane, zmęczone, wykrzyczane i dotlenione dziecko to element prewencji dziecięcej depresji. Także otyłości, zwłaszcza że słychać w mediach, że zaczęła się plaga i że jest to związane z obniżeniem nastroju. Nie pokuszę się tu o wyliczanie zasad zdrowego żywienia, ale pamiętajmy, że otyłość zaczyna się w sklepie. Zatem embargo na niezdrowe, wysokokaloryczne zakupy – to najważniejszy postulat w temacie zdrowia psychicznego uwięzionych w domach malców. Drugi to ruch, ale nie pozorowany, tylko prawdziwy, żeby dziecko każdego dnia się spociło.

Kolejne zdrowotne zalecenie to  troska o wzrok, bo dzieci spędzają dziś większość dnia przed komputerem, laptopem, smartfonem...  W jednej pozycji, z oczami pozbawionymi naturalnej ruchliwości źrenic. A wśród pięciu zmysłów kluczową rolę odgrywa wzrok, dosłownie wchłaniamy świat oczami, bo bodźce wizualne trafiają bardzo szybko do mózgu. Zatem pamiętajmy, żeby zabawa i przerwa od nauki wiązała się także z wytchnieniem dla oczu.

2. Dobra atmosfera

Wygłupy, łaskotki, udawanie potwora, naśladowanie głosów, dziwaczne zachowania, przekręcanie słów – to wszystko wprowadza w domu luz. Wygłupiajcie się. Chichoczcie, śmiejcie się wymuszonym opętańczym śmiechem, naśladujcie głosy zwierząt w nieoczekiwanych momentach. Jeszcze na studiach uczono mnie, że poza zaspokojonym głodem i poczuciem bezpieczeństwa do udanego dzieciństwa potrzeba wesołych i uśmiechniętych rodziców. A uśmiechać możemy się przecież bez ograniczeń.

3. Poczucie bliskości fizycznej

Atmosfera psychozy związanej z pedofilią odbija się na dzieciach. Boimy się je dotykać, tymczasem kontakt fizyczny – gilgotki, mocowanie się na ręce, tarzanie, nauka chodzenia na rękach, leżenie przed telewizorem i dotykanie się stopami – jest jak witamina. Także dla udającego, że tego nie potrzebuje dziesięciolatka. Małe dziecko możesz poprosić, żeby zrobiło ci masaż deptany – niech połazi po twoich plecach. To bezpieczna, dająca ogromną frajdę zabawa (tylko musisz leżeć na twardym podłożu, czyli łóżko ani kanapa nie wchodzą w grę).

4. Nowe doświadczenia

Magia czynności, którą wykonujesz po raz pierwszy, jest wielka! Jak ugotować jajko na miękko? Jak obrać ziemniaki? Jak nawodnić storczyki? Jak przetkać zlew? Jak wymienić baterie w pilocie? Na każdym kroku pozwalaj, żeby dziecko zrobiło coś pierwszy raz i to całkiem samodzielnie. Przypomnij sobie, w jakiej euforii jest człowiek, który minutę temu czegoś nie umiał.

5. Czytanie

Statystyki wskazują, że w Polsce dzieci czytają do 10. roku życia, czyli do czasu, gdy czytają im na głos rodzice. Nie dziwię się, gdyż wielu rodziców każe czytać samodzielnie dzieciom w wieku wczesnoszkolnym, kiedy one chcą już zanurzyć się w skomplikowane historie, a same nie są jeszcze w stanie ich czytać. Dlatego czytaj na głos, nawet jeśli słucha cię nastolatek! I nie proponuj, że zrobicie to na zmianę, bo wtedy dziecko będzie tylko w stresie czekać na swoją kolej. I nici z relaksu!

6. Wszyscy razem

Wiele metod wychowawczych podkreśla znaczenie angażowania całej rodziny w obowiązki domowe. Jednak nie chodzi tu o to, by wdrożyć córkę czy syna do sprzątania domu po remoncie ani sprawdzać testem białej rękawiczki, czy na pewno dobrze wytarli góry szafek kuchennych. Zamiast nakazywać, poproś o pomoc – dzieci cierpią psychicznie z powodu nudy, niedostatków różnorodnych bodźców, braku kontaktu z rówieśnikami i tego, że czują się bezużyteczne. Zatem wyznacz coś stosownego do wieku i środowiska waszej rodziny, np. „masz jakiś pomysł, jak zmieścić wszystkie zakupy w lodówce?”. I powstrzymaj się wtedy od komenderowania, poganiania czy wyrażania niezadowolenia.

Nie samymi obowiązkami człowiek żyje, więc warto dzielić i przyjemności. Czy gracie w planszówki? A może śpiewacie razem?  Śpiew usprawnia przeponę, reguluje ciśnienie krwi, rozładowuje napięcie, poprawia pracę mózgu i sprawia frajdę. Można się bezkarnie wykrzyczeć, zmęczyć, odreagować. A śpiewy na całe gardło dzieci będą pamiętać zawsze.

7. Zapiski z czasów pandemii

Izolacja, dni spędzane w domu, kino i kościół online sprawiają, że tygodnie zlewają się, a to nie wpływa dobrze na nikogo. Pokaż dziecku, jak je odróżnić. Na przykład prowadźcie kalendarz, w którym każdy będzie codziennie wpisywać lub rysować jedną rzecz wyróżniającą ten dzień.

8. Spotkania w realu

Jeśli jedziesz do dziadków z zakupami, do biblioteki, żeby wymienić książki czy nawet po odbiór przesyłki do paczkomatu – weź dzieci ze sobą. Niech zobaczą dziadków, nawet tylko z daleka, niech porozmawiają z innymi ludźmi nawet na odległość. Nie wtrącaj się do tej rozmowy, niech dziecko wie, że poza rodzicami są na świecie inni dorośli. Tobie może się to wydawać nieprawdopodobne, ale dziś sporo dzieci martwi się przyszłością i tym, że nie będą miały na kogo liczyć.

9. Pochwały

To uniwersalna witamina wzrostowa, skądinąd równie skuteczna w przypadku dorosłych. Każde zachowanie da się pochwalić, nie bój się rozpieszczać dzieci. Nie wiem, czy to powiedział Janusz Korczak, czy profesor Ewa Tomasik, moja wykładowczyni na studiach, ale pamiętam do dziś: „Dzieci, które najbardziej potrzebują pochwał, to te, które najmniej na nie zasługują”. Zwłaszcza że ich niegrzeczne zachowanie może być reakcją na problemy z rówieśnikami, bo to, że dzieci mało widują się w realu, nie znaczy, że konflikty koleżeńskie przestają istnieć. Powodów może być wiele: źle działający Internet, brak słuchawek. Do tego dochodzi wyśmiewanie w mediach społecznościowych, nagrywanie. Rozmawiaj o tym, gdy tylko dziecko poruszy ten temat.

10. Zwierzak w domu

Kontakt z innym gatunkiem rozwija u dzieci empatię, daje poczucie sensu, bycie potrzebnym, zapobiega nudzie. A jeśli będzie to pies, to będą i kontakty społeczne, bo trzeba z nim wychodzić.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Szczęśliwe nie znaczy beztroskie

Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. (Fot. iStock)
Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Karać czy nie karać? Wymagać czy puścić na żywioł? Powiedzieć, że świat bywa zły czy lukrować rzeczywistość? Jak przygotować dzieci do dorosłości – radzi pedagog Natasza Zyznowska. 

Kilka lat temu w Ameryce trwała burzliwa dyskusja na temat kształtowania dzieci, zapoczątkowana przez książkę krytykującą amerykański bezstresowy model wychowania (Amy Chua, „Bojowa pieśń tygrysicy” – przyp. red.). Wcale się tej krytyce nie dziwię. Nie ma wprawdzie złotej recepty na szczęśliwe dzieciństwo, bo każde dziecko jest inne, ale jedno jest pewne: żadna skrajność nie jest dobra. Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. Bez takich reguł dziecko czuje się trochę jak ktoś otoczony znakami, których nie rozumie, i zasadami, których nie zna.

Dlaczego model bezstresowego wychowania jest tak popularny, skoro nie służy dziecku? Bo jest wygodny dla rodziców. Dyscyplinowanie dziecka, mądrze, cierpliwie i z miłością, nie jest łatwe. Wielu rodzicom dyscyplina kojarzy się z wymaganiami, pruskim drylem i karami... Krótko mówiąc – z odbieraniem dziecku radości życia. Dyscyplina i reguły nie są złe! Jeżeli dziecko wie, że po śniadaniu idzie do przedszkola, a o 19 do łóżka, to dla niego jasny komunikat, co robić – i tyle. Rodzicielskie reguły są dla dziecka cechami otaczającej go rzeczywistości – jak noc i dzień, nie są ani dobre, ani złe, po prostu ją porządkują. Jeśli się buntuje, to nie dlatego, że coś mu w regułach przeszkadza, tylko żeby sprawdzić, na ile są rzeczywiście obowiązujące. Gdy się przekona, że nie ma od nich ustępstw, nie poczuje rozczarowania czy porażki, ale raczej ulgę: „o, jak dobrze to działa!”.

Słyszałam teorię, że dzieci należy traktować z miłością i wyrozumiałością i na wszystko im pozwalać, bo świat i tak nauczy je ograniczeń. Rodzic wychowuje lub nie, a konsekwencje ponosi dziecko, i to przez całe życie. Prędzej czy później zderzy się z ograniczeniami. Sęk w tym, że gdy pozna je najpierw za pośrednictwem rodziców, którzy będą je wprowadzać z miłością, nauka będzie mniej bolesna. Świat natomiast zrobi to brutalnie i z całą bezwzględnością.

A co ze złymi wiadomościami? Kiedy zdycha ulubiony chomik, rodzic pędzi kupić podobnego. Oszczędzać maluchom bolesnej prawdy? Dziecko dorasta i za chwilę dowie się, że na świecie istnieje przemoc, zło i śmierć. O wiele lepiej, żeby usłyszało o tym od kogoś bliskiego. Niech mama czy tata opowie o chomiczym niebie, przytuli i ukoi smutek. I od razu odpowie na najgorsze pytanie „czy ty także umrzesz?” – że owszem, kiedyś, ale dopiero za wiele, wiele lat. Dbanie o to, by dziecko miało szczęśliwe dzieciństwo, nie polega na ukrywaniu bolesnej prawdy o rzeczywistości i utrzymywaniu w przekonaniu, że świat jest bajkowy. W ten sposób skazujemy je raczej na odkrycie gorzkiej prawdy o życiu na własną rękę i – być może – w samotności.

Stawianie granic wymaga ich egzekwowania, a to często wiąże się z wymierzaniem kary. Jak karać, by nie ranić? Najważniejsze: kara nie jest jednoznaczna z biciem. Czasem wystarczy powiedzieć: „źle zrobiłeś”, czasem posadzić dziecko za karę w kąciku na „karnym jeżyku”, a czasem zabronić przez kilka minut zabawy konkretną zabawką. Możemy skupić się także na drugiej stronie dyscypliny – nagradzaniu dziecka za to, że dobrze coś zrobiło. Pozytywne wzmocnienia to wychowawcza potęga.

A wyzwania? Stawiać je przed dziećmi czy unikać – bo to stres? Wyzwania są potrzebne. Znam chłopca, który w wieku 5 lat nie umiał zawiązać sobie bucików, bo zawsze robiła to za niego mama. W przedszkolu było mu bardzo ciężko – siedział i płakał, bo inni potrafią, a on nie. Było to dla niego wielkim upokorzeniem. Dziecko, przed którym nie stawiano wyzwań, wkrótce i tak trafi do grupy, w której inni potrafią więcej – i to dopiero będzie nieszczęście. Jeśli stale, ale rozsądnie i odpowiednio do wieku, podnosimy dziecku poprzeczkę, nie tylko się rozwija, lecz ma także satysfakcję z tego, że samo coś zrobiło, z czymś sobie poradziło. A jeśli jeszcze podkreślimy, że to było naprawdę trudne, będzie z siebie bardzo dumne. Takie momenty małych dziecięcych triumfów doskonale budują poczucie własnej wartości i sprawstwa. Ksiądz Jan Twardowski pisał, że do szczęścia potrzebne są też małe nieszczęścia. Bo jak cały czas jest bajkowo, nie doceniamy, kiedy nam się coś uda.

Gorzej, jak się nie uda… Wtedy trzeba powiedzieć: „Tak się czasami zdarza, ale uważam, że i tak świetnie sobie poradziłeś. Jak jeszcze tylko trochę potrenujesz, będzie super”. Najważniejsze to traktować poważnie dziecięce uczucia. Jeśli maluchowi jest smutno, nie mówmy: „Jakie ty możesz mieć problemy?!”. Jak się boi, nie uspokajajmy: „nie bój się, nie ma czego”. Nie bagatelizujmy też dziecięcych  problemów i obaw – nawet gdy nam się wydaje, że są niczym w porównaniu do naszych.

  1. Psychologia

Jak pomóc dzieciom uczyć się w czasie pandemii?

Doświadczenie rodziców w pracy online może się teraz przydać dzieciom. (Fot. iStock)
Doświadczenie rodziców w pracy online może się teraz przydać dzieciom. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Szkoła on-line oznacza nie tylko problemy z realizacją programu, ale i zakłócenie rozwoju społecznego oraz nauki samodzielności dzieci. Jak można im pomóc? Na pytania Ewy Nowak odpowiada psycholożka Ewa Narkiewicz-Nejno.

Dzieci nie tracą lekcji, ale przecież szkoła to nie tylko nauka. Co tracą uczniowie, zwłaszcza najmłodsi, na tym, że edukacja przenosi się do Internetu? W szkole dzieci uczą się życia. Przede wszystkim się bawią, zdobywają wiedzę społeczną i rozwijają umiejętności niezbędne w dorosłym życiu. Człowiek to istota stadna – musi się nauczyć funkcjonowania w społeczeństwie, czyli wśród koleżanek i kolegów.

Czy rodzice mogą w jakiś sposób ukształtować ten obraz, na przykład opowiadając o swoich doświadczeniach szkolnych czy nawet bawiąc się z małymi dziećmi w szkołę? Opowiadanie o szkolnych czasach rodziców przede wszystkim na pewno buduje więź, więc rodzic będzie w przyszłości wyczulony na kłopoty, a to już dużo.

Co możemy zrobić, żeby dzieci podczas zdalnych lekcji nie oglądały filmików i nie grały z kolegami w gry na telefonie? Dzieci będą to robić, bo kto z nas na dwudniowej konferencji nie odpisywał rodzinie na wiadomości lub nie szukał butów w sieci? Ale zwracajmy uwagę, że takie zachowanie jest niegrzeczne wobec nauczyciela i że traci się w ten sposób czas, bo nie skorzysta się z lekcji.

Do jakiego stopnia rodzice powinni pomagać dzieciom w nauce? Niektórzy wręcz odrabiają za nie lekcje... Dziecko samo powinno być odpowiedzialne za swoje sprawy, w tym za odrabianie lekcji. Praca domowa ma służyć rozwijaniu jego samodzielności i poczucia odpowiedzialności. Jednak gdy dziecko ma wyraźny zespół wypalenia: jest zmęczone, znudzone, zblazowane – pomóżmy mu, np. uatrakcyjniając polecenia. Zamieńmy typowe zadanie z treścią z matematyki na historię Supermana, a czytanie podręcznika do historii na wspólne obejrzenie filmu dokumentalnego.

Czy są inne zagrożenia wynikające z pandemii, o których rodzice powinni pamięta? Oczywiście. W Polsce dzieci z uboższych rodzin miały zapewniony w szkole co najmniej jeden ciepły posiłek, który teraz straciły. Zaczniemy mieć problem z realnym niedożywieniem dzieci, co wpłynie na ich rozwój fizyczny. Inny problem to taki, że wiele dzieci już zostało wykluczonych z powodu braku wystarczającej liczby komputerów w domu albo wręcz Internetu. Rozejrzyjmy się, czy kolega córki lub syna, który wcześniej często u nas przesiadywał, ma się dobrze, czy nie jest uwięziony z uzależnionym tatą w mieszkaniu. W czasie pandemii tym bardziej pamiętajmy nie tylko o swoich dzieciach.

Ewa Narkiewicz-Nejno, psycholog kliniczny, jej program „Zrób coś z tym dzieckiem” od kwietnia na antenie TVN Style.

  1. Psychologia

"Przyjdzie wilk i cię zje". Do czego może prowadzić wychowanie oparte na strachu?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Rodzice straszą dzieci z wielu powodów: z braku czasu, lepszych pomysłów, dlatego, że ich też w dzieciństwie straszono… Wydaje się to niegroźne, a jest krzywdą i wychowawczą porażką. 

Wielu dorosłych uważa, że autorytet należy budować na strachu. W związku z tym wiele dzieci jest grzecznych tylko wtedy, gdy mama i tata patrzą… Używanie straszaków to bardzo skuteczna metoda wychowawcza – oczywiście jeśli chce się wychować człowieka posłusznego, i nic poza tym. Jeśli jednak nade wszystko pragniesz, by twoje dziecko było mądre, pewne siebie, spokojne i szczęśliwe, nie idź tą drogą. Prowadzi może i na skróty, ale donikąd.

Poczekaj, aż tata się dowie…

Cygan, dziad z worem, diabeł, Baba Jaga… Tradycja, w tym znakomita większość bajek, stworzyła wiele postaci służących do straszenia dzieci. Są wprawdzie nierealne, ale właśnie w tym tkwi ich wielka siła oddziaływania na wyobraźnię. Dlaczego straszenie abstrakcyjnymi postaciami jest tak skuteczne? Bo dziecko samo wymyśla swój strach. W zależności od wieku wybierze też, czego ma się bać – czy samego spotkania, czy porwania, a może zjedzenia…

Do straszenia idealnie „nadają się” też realne, konkretne osoby („poczekaj, pan sąsiad cię zabierze”), ale najskuteczniejsze i najbardziej obciążające psychikę dziecka jest straszenie członkami rodziny („jak tatuś wróci…”, „no, jak powiem babci…”). Zawieszasz głos i nie precyzujesz, co się wtedy właściwie stanie. A dziecko w swojej wyobraźni tworzy dalszy scenariusz. Tylko że podczas, gdy ty już dawno o tym zapomnisz, ono nadal będzie nosiło w sobie strach i podświadomie czekało na wymierzenie kary. Gdy tato wraca i nic się nie dzieje, maluch wcale nie odczuwa ulgi i nie dochodzi do wniosku, że mama użyła straszaka, bo była bezradna – ono cały czas się boi.

Dzieci nie rozumieją, że to było powiedziane tak sobie, na niby, dla żartu. Boją się naprawdę. A dorośli się potem dziwią, dlaczego maluch wpada nagle w histerię czy zaczyna się nieracjonalnie zachowywać. Nie kojarzą wybuchów paniki, nocnego moczenia, kłopotów ze zdrowiem czy problemów z nauką z tym, że kiedyś go nastraszyli.

Przestanę cię kochać

Elementarną potrzebą emocjonalną każdego dziecka jest poczucie bezpieczeństwa i bycie kochanym. Dlatego aby najskuteczniej nastraszyć dziecko, wystarczy zagrozić mu, że to utraci. Odbieranie miłości to niezwykle uniwersalny straszak, bo można go zastosować zarówno do bieżących zachowań („umyj zęby, bo będzie mi smutno”), jak i do tych bliżej niesprecyzowanych („nie po to tyle się staram, żebyś wyrósł na byle kogo”).

Warto wiedzieć, jakie skutki wywołuje mówienie do dziecka np.:

„To przez ciebie jestem smutna/y”. W konsekwencji za każdym razem, gdy rodzic ma gorszy nastrój, dziecko obarcza siebie za to winą. A ponieważ nie umie wymyślić, co takiego zrobiło, dręczą go nieuzasadnione wyrzuty sumienia. W skrajnym przypadku, gdy mama czy tata poważnie zachorują, dziecko może żyć w przekonaniu, że to przez nie, bo za mało się starało.

„Denerwujesz mnie”. W tym komunikacie brak jakichkolwiek konkretów i dlatego jest on tak skuteczny. Dziecko musi samo odgadnąć, co ma robić, żeby rodzic przestał się gniewać. Zamiast na nauce czy zabawie skupia się więc na zadowalaniu mamy czy taty. Jest rozdrażnione, płaczliwe, ma kłopoty z koncentracją i nie może pozwolić sobie na naturalne zachowanie, ponieważ wciąż się kontroluje, żeby rodzice byli z niego zadowoleni.

„Piotruś jest grzeczniejszy niż ty”. Każde dziecko, które to usłyszy, pomyśli, że mama albo tata już go nie chcą, nie kochają. Maluchy bardzo długo nie rozumieją, że między rodzicami a dzieckiem istnieje silna biologiczna więź, więc żarty w rodzaju „wymienię cię, nie chciałam takiego dziecka, wezmę sobie inne” – traktują z całkowitą powagą. Poza tym w wyniku takich komunikatów przestają lubić dzieci, które podejrzewają o to, że mogą być ich konkurentami o względy rodziców, bo są np. grzeczne, dobrze się uczą...

„Mam już dość takiego zachowania”. Pierwsza myśl dziecka jest taka: „mama/tata chce mnie zostawić”. Gdy rodzic wychodzi i ma zostać samo, choćby na krótko – wpada w panikę. Boi się, bo nigdy nie wie, kiedy groźba zostanie zrealizowana. Nie może znieść chwili bez mamy czy taty. Groźba, że je zostawią, może przetrwać w dziecku nawet kilka lat i być przyczyną tego, że – już jako nastolatek – nie będzie chciało np. jechać na kolonie.

„Jeśli coś zrobisz/czegoś nie zrobisz, będę bardzo zła/y”. Dziecko, które ciągle słyszy taki komunikat, w przyszłości może podejmować życiowe wybory opierając się na strachu, stosując kryterium braku kary, a nie wewnętrznej satysfakcji.

Robi to, co mu każą

Czymkolwiek lub kimkolwiek dziecko jest straszone, wcześniej lub później zrozumie, że dorośli mówili mu bzdury. Baba Jaga nie istnieje, w piwnicy nie ma wilka, od brudnych zębów czy jedzenia cukierków przed obiadem się nie umiera, mama nigdy mnie nie zostawi, bo jestem sensem jej życia, a to, czy mam porządek na biurku, nie przełoży się na mój sukces zawodowy. Wkrótce i tak dziecko zweryfikuje słowa rodziców, a ci bezpowrotnie stracą swój autorytet.

Poza tym jeśli maluch słyszy jedynie groźby, zamiast  racjonalnych powodów, to nie wie, dlaczego właściwie powinien coś robić. Myć zęby, jeść marchewkę, mówić prawdę albo być uczciwym czy miłym wobec innych. Nie widzi i nie rozumie korzyści płynących z przestrzegania zasad współżycia społecznego. Dziecko straszone umie robić to, co mu w danej chwili każą. Tylko czy o to chodzi?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. Jest wyrazem braku cierpliwości dorosłych i ich bezradności. Nie straszmy zatem dzieci, bo to po prostu wychowawcza porażka.

Zamiast straszaka

  • Gdy czytasz dziecku bajkę, w której pewnych postaci maluch może się bać, daj mu jednoznaczną informację, że to tylko literacka fikcja. Powiedz np.: „Jak to dobrze, że Baba Jaga istnieje tylko w bajkach, a my nigdy jej nie spotkamy”.
  • Nigdy nie żartuj, że przynosi ci zawód, że je zostawisz. Raczej mów mu, jakie chcesz, żeby było – bez komentarza, co się stanie, gdy takie nie będzie.
  • Poświęcaj mu czas, wykaż się cierpliwością, tłumacz wszystko, co tylko się da. Dzieci słuchają osób, z którymi są głęboko związane.
  • Nie zmuszaj do robienia czegoś tylko dlatego, że ty tak chcesz. Nie myl sukcesu wychowawczego z posłuszeństwem.
  • Nie pozwalaj, by inni straszyli twoje dziecko – nawet gdy jest nieposłuszne, niegrzeczne. Jeśli o czymś takim usłyszysz, zawsze mów, że to tylko żart, nieprawda, że tak nie jest. Dziecko doceni twoją szczerość. Nawet za cenę konfliktu z dziadkami czy nauczycielką broń dziecko przed strachem.