1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie schodź na drugi plan

Nie schodź na drugi plan

(IIustracja iStock)
(IIustracja iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Nie ma niczego złego w „byciu dla innych”.  Jeśli kryją się pod tym  wrażliwość na drugiego człowieka, uważność, pomoc i wsparcie, to działamy wedle złotej zasady – czyń drugiemu to, czego sam od niego byś oczekiwał. Ale jeśli pojawia się w nas potrzeba poświęcania się dla innych kosztem ignorowania własnych potrzeb, powinna zapalić się czerwona lampka.  Tak postępuje echoista, człowiek, który traci swój własny głos, mówi psycholożka i socjolożka dr Joanna Heidtman.

Nie ma niczego złego w „byciu dla innych”.  Jeśli kryją się pod tym wrażliwość na drugiego człowieka, uważność, pomoc i wsparcie, to działamy wedle złotej zasady – czyń drugiemu to, czego sam od niego byś oczekiwał. Ale jeśli pojawia się w nas potrzeba poświęcania się dla innych kosztem ignorowania własnych potrzeb, powinna zapalić się czerwona lampka. Tak postępuje echoista, człowiek, który traci swój własny głos, mówi psycholożka i socjolożka dr Joanna Heidtman.

Niedawno natknęłam się na całkiem świeży  termin – „echoizm”. Echoista to ktoś, kto żyje wyłącznie dla innych, gotów do poświęceń, wyrzeczeń, by zaspokoić cudze potrzeby. Pomyślałam, że coś w tym jest, znam takie osoby… To ludzie, którzy podobnie jak nimfa Echo z mitu o Narcyzie tracą swój głos, a konkretnie – świadomość swoich potrzeb, zwłaszcza tych emocjonalnych. Przejmują potrzeby drugiej osoby, zwłaszcza tej, z którą są w związku, zajmują się nią, bo swoje własne nauczyli się ignorować. Echoista poświęci się dla pani, zanim zdąży go pani o to poprosić. To ktoś, kto ma problem z przyjmowaniem czegoś dobrego od innych – od drobnych komplementów po uwagę, pomoc, a w końcu miłość. Jest szalenie uważny na innych i jednocześnie nadzwyczaj czujny, by nie zająć swoją osobą zbyt wiele czyjejś uwagi, nie być dla kogokolwiek ciężarem. Jest, czasem bezgranicznie, wytrzymały, potrafi wytrwale znosić cierpienie wynikające z przekonania o nierówności – inni mogą, ja nie. Inni mają prawo (do potrzeb, miłości, uwagi), ja nie, to oczywiste. Często nie odczytuje, nie wyczuwa pokrętnych czy niejasnych intencji osób, którym daje z siebie bardzo wiele, zbyt wiele.

Brzmi jak opis altruisty. Zatem czym echoizm różni się od altruizmu? Altruizm jest podstawowym pojęciem socjologii i psychologii ewolucyjnej. To zachowanie polegające na działaniu na korzyść innych. Dobrowolne ponoszenie pewnych kosztów przez jednostkę na rzecz innej jednostki czy grupy. Jesteśmy zdolni jako gatunek do takich zachowań, kierujemy się empatią, ale i (świadomym lub nieświadomym) oczekiwaniem, że to poświęcenie się nam „zwróci”, to znaczy ktoś również będzie zdolny do takich zachowań wobec nas. Ponadto, i to ważne, nie działamy w taki sposób stale i przez całe życie. Echoista natomiast ma sztywny wzorzec postępowania, co oznacza, że zachowuje się podobnie, a nawet dokładnie tak samo, w różnych sytuacjach i różnych relacjach.

Jakie mogą być źródła takiej przesadnej ofiarności? Są osoby, których uwaga na skutek – jak to często bywa – zaburzonej więzi z rodzicem jest ciągle przekierowana na potrzeby, ale przede wszystkim na stany emocjonalne innych ludzi. Dzieje się to z kompletnym pominięciem jego samego aż do takiego stopnia, że taka osoba nie dostrzega ani swoich potrzeb, ani swoich granic. Nie dostrzega ich, bo nauczyła się je ignorować. To forma obrony i dostosowania do warunków z wczesnego okresu życia, kiedy na przykład rodzic miał silny rys narcystyczny i zajmował całą „przestrzeń” swoimi potrzebami. Dziecko znajdzie sposób na to, by poczuć bliskość z rodzicem, ale zwykle dzieje się to dużym kosztem. Wykształca ono bowiem mechanizmy, które w dorosłym życiu są dla niego krzywdzące. W tym przypadku dziecko uczy się rezygnować z własnej przestrzeni, potrzeb, zwłaszcza potrzeby uwagi, bycia dostrzeżonym. To zostaje na całe życie.

Czyli echoista to ktoś, kto kiedyś przestał słuchać, co czuje, bo jego uczucia dla nikogo nie miały żadnego znaczenia? Tak, to bardzo czytelny przekaz – to, co we mnie, jest nieważne. Jeśli zyskuję cokolwiek, to tylko wtedy, kiedy wsłuchuję się w to, co czują i czego potrzebują inni.

Tracę swój głos i mówię głosem cudzych potrzeb… Tak, bo tylko wtedy mogę „ugrać” okruch uczucia, zainteresowania. Do takiego przekazu dziecko bardzo szybko się adaptuje, to pozwala mu „żyć”. Ale tylko tu i teraz. Bo w dorosłym życiu ta sama broń go niszczy.

A odłożyć ją jest bardzo ciężko. Żeby coś odłożyć, trzeba mieć na początek świadomość, że się to w ogóle w ręku trzyma… A echoista działa wedle silnego wewnętrznego schematu, który zna. Zakładając, że mamy skłonność do odtwarzania nie tylko swoich zachowań, ale także rodzaju relacji, które znamy, echoista „dobrze” poczuje się na przykład, kiedy u jego boku pojawi się narcyz. On to zna, więc wie, jak narcyza „obsłużyć”. I mamy gotową układankę, puzzle do siebie pasują, wszystko gra. Jest komplementarnie.

Czyli… bezpiecznie. O tak, echoista u boku narcyza może „ze spokojem” nadal ignorować swoje potrzeby emocjonalne, siebie w ogóle, bo narcyz brawurowo zajmuje sobą całą przestrzeń. No i pojawiają się pytania: Co może sprawić, że „zawodowy” echoista zdoła zwrócić się ku sobie? Że spróbuje odbudować albo w ogóle zbudować emocjonalną wierność sobie? W takiej sytuacji echoista ma trudne zadanie, by przełamać swój schemat myślowy mówiący: bycie z kimś oznacza zaprzedanie samego siebie. Musi ten schemat zmienić i dostrzec, że prawdziwa relacja to być z kimś, przy kimś i jednocześnie być przy sobie. Że empatia, której echoista ma w sobie kilogramy, nie oznacza całkowitego porzucenia samego siebie.

Powiedziała pani, że można być „z kimś”, „przy kimś”, nie porzucając siebie, myślę, że coś kryje się także w samym języku, echoista mówi często, że jest „dla kogoś”. Ten, wydawałoby się, drobiazg językowy jest znaczący. „Jestem tu dla ciebie” może być właśnie takim wyrazem zaprzeczenia samemu sobie na poziomie języka. A już powiedzenie: „Możesz na mnie liczyć”, oznacza coś zupełnie innego: „Jestem i mam siłę, motywację, chęć, by dawać, kiedy ty potrzebujesz”. Takim niuansom, które z psychologicznego punktu widzenia mają ogromne znaczenie, warto się przyjrzeć. Język, którego nieprzypadkowo używamy, może być tu taką nicią Ariadny, która uzmysłowi i zapoczątkuje próbę wyjścia z echoizmu, ze stanu zniknięcia dla siebie, a bycia właśnie tylko „dla kogoś”.

Mówimy o sytuacji, kiedy w dzieciństwie działo się źle, ale są też osoby, które nie mają w życiorysie wielkich braków. Poświęcano im uwagę, mogły mówić o uczuciach, ale jednocześnie wychowane zostały w przekonaniu, że ogromną wartością jest to „bycie dla innych”. Czy z takim przekazem można przesadzić i wychować w ten sposób echoistę? To zależy, co ma pani na myśli, mówiąc, że wartością jest „bycie dla innych”. Bo jeśli kryje się pod tym nauka dotycząca wrażliwości na drugiego człowieka, otwartości, uważności na innych, tego, że ludziom warto pomagać i ich wspierać, to nie ma w tym nic złego, niezdrowego. Przeciwnie, to daje możliwość budowania więzi społecznych, współpracy, wartościowego bycia z innymi.

Ale czy można z tym przesadzić? Nie, nie można z tym przesadzić! To prosta i jednocześnie złota zasada życia wśród ludzi: czyń innym to, czego sam od nich byś oczekiwał. Ale jeśli w tym przekazie do młodego człowieka pojawia się zabarwienie ideologią poświęcenia, ofiarności, wtedy pojawia się kłopot.

W takim razie w jaki sposób kształtuje się człowieka skłonnego do przesadnego poświęcania się? Jakie przekazy mają już to niebezpieczne zabarwienie? Wychowanie kogoś takiego wcale nie jest takie trudne… Każdy z nas dostaje w domu, i szerzej – w rodzinie – dziesiątki podstawowych przekazów dotyczących siebie i świata wokół. Na przykład: „Świat jest dobry i pełen możliwości” lub „świat jest wrogi i pełen zagrożeń”, „ludziom warto ufać” lub „ludzie są zasadniczo nieuczciwi i nie wolno im ufać”. Jeśli ktoś wśród tych bazowych komunikatów dostaje takie w rodzaju: „Tylko wtedy będziesz dobrym człowiekiem, kiedy poświęcisz się dla innych”, nie będzie miał w życiu łatwo.

Ale to komunikat, mam wrażenie, dość radykalny jednak, dotyka też religii. A jakie mogą być te mniej oczywiste formy „rodzinnej indoktrynacji”? Są w naszej kulturze takie, niby niewinne, powiedzonka: „Siedź w kącie, a znajdą cię”, czy „nie wychodź przed szereg”. Zgodzi się pani, że to w zasadzie nie są żadne radykalizmy. A jednak wystarczy usłyszeć takie komunikaty raz i drugi w dzieciństwie, kiedy jeszcze nie mamy rozwiniętego krytycznego myślenia, by zacząć kształtować w sobie taki mechanizm czy sposób funkcjonowania w świecie, który jest dosłownie zgodny z tym przekazem – stać się na przykład konformistą albo echoistą właśnie. U echoisty bardzo silny jest lęk przed wyróżnieniem się, a czy mało mamy w pewnym sposobie wychowania zaproszeń do niewychylania się? Wedle którego doświadczanie powodzenia czy sukcesu traktowane jest raczej jako tupet czy wręcz buta niż zdrowe docenianie siebie i swojej wartości?

Wydaje mi się, że to się jednak trochę zmienia, przynajmniej w młodszych pokoleniach. Tak, z jednej strony powtarzamy dzieciom, żeby w siebie wierzyły, ale z drugiej – nie pozwalamy im na przykład wyrażać tego, co czują, albo je zawstydzamy. Podam przykład takiej sytuacji, zdarzyła się całkiem niedawno: wsiadam do samolotu, obok mnie siedzą rodzice z trzyletnią córką. Małej podczas lądowania zatykają się uszy, to przecież normalne. Płacze, bo zwyczajnie cierpi. Co robi mama? Wydaje takie komunikaty: „Zobacz, nikt inny nie płacze”, „przestań krzyczeć, bo już nigdy nigdzie nie polecisz” itd. W ciągu tych 15 minut lądowania, zapewne nieświadomie, tę swoją córkę tak poniżyła, że włos jeży się na głowie. Mała nie będzie pewnie pamiętać tej sytuacji, ale będzie funkcjonować wedle tego zawstydzenia, które się w tym samolocie dokonało. Kiedy wylądowaliśmy, matka dodała: „A teraz powinnaś wyjść i wszystkich przeprosić”. Naprawdę nie trzeba wiele, by wychować echoistę.

Jak funkcjonuje echoista? Każdy przypadek jest inny, ale sądzę, że łączy je wszystkie lęk oraz przymus zajmowania się innymi. Bo każda okazja, by zostać sam na sam z sobą samym jest przerażająca. Kiedy zostajemy sami, rodzi się przecież niebezpieczeństwo zwrócenia się ku sobie. A tu nie ma ku czemu się zwrócić, bo nie ma siebie… Więc echoista pomaga, wybawia, służy sobą.

Można sądzić, że jest świetnym materiałem na przyjaciela. Nie jest, bo przyjaźń wymaga od nas dawania i brania. Trzeba umieć obie rzeczy. Bo kiedy jedno tylko daje, a drugie tylko bierze, dochodzi do usztywnienia tej relacji, nawet do jej usztucznienia. A wtedy nie ma mowy o bliskości. Interakcje z innymi ludźmi wymagają elastyczności. Nie można do każdej sytuacji stosować w odpowiedzi tego samego mechanizmu. To przynosi cierpienie.

Co może przebudzić echoistę, stać się impulsem do zmiany? Echoista może doświadczyć jakiegoś punktu przełomowego, na przykład kiedy ktoś, z kim tworzył związek, odejdzie. Ucieknie spod ciężaru dobroci, opieki, troski. Albo narcystyczny partner znajdzie sobie inną osobę, która będzie dodatkiem do jego wizerunku. Kiedy partner odchodzi, echoista może doświadczać potwornej pustki. Niepomiernie większej niż zazwyczaj w przypadku straty, bo jego emocjonalny świat wypełniony jest po brzegi światem partnera. Kiedy tego nie ma, nie zostaje nic. Ale z pewnością da się reagować wcześniej, wychwycić echoistyczne skłonności, jeśli uczciwie się sobie przyjrzymy. Da się je zauważyć nawet w języku, którym operujemy, warto się w niego wsłuchać. Cierpienia naprawdę można uniknąć.

dr Joanna Heidtman, psycholożka, socjolożka, trenerka biznesu, doradczyni, coach. Prowadzi zajęcia na studiach podyplomowych w SWPS.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przychodząc z pomocą innym, tak naprawdę pomagamy też sobie. Co daje altruizm?

Większość z nas ma problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. (Fot. Getty Images)
Większość z nas ma problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
To, oczywiście, dobrze, że odrobiliśmy lekcję dbania o to, co prywatne i intymne. Że nauczyliśmy się asertywności i zdrowego egoizmu. Ale czy skupianie się wyłącznie na sobie prowadzi do szczęścia?

To, oczywiście, dobrze, że odrobiliśmy lekcję dbania o to, co prywatne i intymne. Że nauczyliśmy się asertywności i zdrowego egoizmu. Ale czy skupianie się wyłącznie na sobie prowadzi do szczęścia?

Daniel Goleman, słynny amerykański psycholog, autor książek o różnych rodzajach inteligencji, twierdzi, że kręcenie się „wokół własnego ogona” nie tylko nie daje szczęścia, ale wręcz je zabija. W książce „Inteligencja społeczna” pisze: „Skupianie się na sobie zabija empatię, nie mówiąc o współczuciu. Kiedy koncentrujemy się na sobie, nasz świat się kurczy, bo nasze problemy i zaabsorbowanie nimi przesłaniają wszystko inne. Kiedy natomiast skupiamy się na innych, nasz świat się powiększa. Nasze własne problemy odsuwają nas na peryferie umysłu, przez co wydają się mniejsze, wzrasta natomiast nasza zdolność do łączenia się z innymi”.

Większość z nas ma jednak problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. Zwłaszcza teraz, w czasach kryzysu, gdy dookoła las takich rąk. Nie wiemy na przykład, jak odróżnić prawdziwie potrzebującego od tego, kto wyłudza. Jak pomagać, a jednocześnie się nie narzucać? Czy wspierając kogoś, nie uczymy go także bezradności?

Ale problem mamy także z reagowaniem w nagłych wypadkach, w sytuacjach zagrożenia, w których trzeba wybierać między pomocą drugiemu człowiekowi a naszym życiem. Gdzie leży granica między odruchem serca a heroizmem? Kiedy interweniować, a kiedy brać nogi za pas?

Kilka lat temu tocyzła się na ten temat dyskusja wywołana orzeczeniem komisji etyki Polskiego Związku Alpinistycznego w sprawie tragicznego wypadku podczas zimowej wyprawy himalaistów na Broad Peak. Dyskusja pełna osądów i moralizowania. Mnie natomiast o wiele ważniejsze wydaje się zrozumienie, dlaczego niektórzy ludzie nie zostawiają drugiego człowieka w potrzebie, bez namysłu rzucają się za nim w ogień, skaczą do wody, angażują w działania charytatywne, a inni nie.    

Niewiedza wielu

Seminarium duchowne w Princeton. Trwa właśnie egzamin z głoszenia kazań.  Połowa z 40 egzaminowanych kleryków ma za zadanie odnieść się do tematów wybranych na chybił trafił z Biblii, druga połowa – do przypowieści o dobrym Samarytaninie, który – jak wiadomo – udzielił pomocy leżącemu przy drodze rannemu, obojętnie mijanemu przez rzekomo pobożnych ludzi. Na wygłoszenie kazania przewidziany jest ściśle określony czas. Egzaminowani zgromadzeni są w pokoju, z którego co 15 minut jeden z nich idzie do sali egzaminacyjnej. Droga prowadzi obok wejścia, przy którym leży jęczący z bólu człowiek. Klerycy nie wiedzą, oczywiście, że biorą udział w eksperymencie. Jak reagują? 24 przechodzi, nie zwracając uwagi na jęczącego. Przy czym ci, którzy przygotowywali kazanie na podstawie przypowieści o dobrym Samarytaninie, nie są ani na jotę bardziej przejęci chorym. Spośród tych, którzy myśleli, że mają mało czasu, zatrzymał się tylko jeden, natomiast spośród przekonanych o tym, że nie muszą się spieszyć, pomoc zaproponowało sześciu.

Jak pokazuje ten eksperyment, opisany potem w wielu pracach z dziedziny psychologii społecznej, o odruchu serca, zwanym uczenie altruizmem, decyduje między innymi czas konieczny do tego, żebyśmy mogli nie tylko zauważyć czyjeś potrzeby, ale i „dostroić się” do nich.

Co jeszcze popycha nas do reagowania? Zaangażowanie innych ludzi. Okazuje się, że bardziej jesteśmy skłonni przyjść z pomocą wtedy, gdy ktoś już tej pomocy udziela. Na przykład chętniej przyłączamy się do akcji charytatywnej, w której bierze udział dużo osób, bardziej zdecydowanie reagujemy na czyjąś krzywdę, gdy wcześniej już ktoś zareagował. Ale uwaga! Obecność innych może czasem utrudnić podjęcie decyzji o udzieleniu pomocy. Jak zauważa profesor psychologii społecznej Wilhelmina Wosińska, w sytuacjach wymagających od nas zaangażowania staramy się zachować zimną krew, bo nie chcemy wyjść na głupka albo być posądzonymi o panikowanie. Dlatego przyglądamy się, co robią inni, a oni kątem oka obserwują nas. Wszyscy nawzajem utwierdzamy się w przekonaniu, że sytuacja nie wymaga interwencji, że wszystko jest pod kontrolą i tak naprawdę ignorujemy zagrożenie. Takie zachowania nazywane są w psychologii „niewiedzą wielu”.

Formy i normy

Z kolei według psychologów ewolucyjnych (mi. in. Davida M. Bussa) pomagamy dlatego, żeby ocalić gatunek, w czym zresztą jesteśmy bardzo podobni do zwierząt. Rzucamy się na pomoc najpierw tym, którzy mają najwięcej podobnych genów, a więc dzieciom, rodzicom, rodzeństwu, a dopiero później wujom, ciotkom, kuzynom. Obcych ratujemy na końcu, i tak jest we wszystkich kulturach. Jednak w Ameryce gotowość do przyjścia z pomocą komuś nieznanemu jest zdecydowanie większa niż na przykład w Chinach. Dlaczego? Ponieważ w kulturach zachodnich podział na swoich i obcych jest bardziej rozmyty (tam przyjezdny szybko może stać się jednym z nas) niż w społecznościach zamkniętych na inne kultury czy religie.  

Spieszymy z pomocą także dlatego, że tak nakazują normy społeczne, tego nas się uczy, za to nagradza. Właściwie nie ma na świecie społeczeństwa, które nie ceniłoby takich postaw. Wynikają one – z grubsza rzecz ujmując – z respektowania dwóch rodzajów norm społecznych: normy wzajemności i odpowiedzialności za słabszych.

Pierwsza nakazuje odwdzięczać się za przysługi, jakie wyświadczyli nam inni. To strategia niezwykle opłacalna z punktu widzenia interesu danej grupy. Bardziej prawdopodobne jest bowiem przetrwanie danej społeczności, jeśli jej członkowie nawzajem wymieniają się jakimiś świadczeniami. I po drugie – norma ta ma charakter edukacyjny, bo pokazuje, że warto pomagać choćby dlatego, że gdy sami znajdziemy się w potrzebie, możemy liczyć na wzajemność. Takie praktyki wprost rozkwitały za komuny, kiedy to wszyscy usiłowali wymieniać się towarami, do których mieli dostęp. Na przykład pani z mięsnego załatwiała kierowniczce kina kilo schabu, a kierowniczka odwdzięczała się jej biletem na film.

W plemionach zamieszkujących zachodnią Kanadę mocno trzyma się tradycja wydawania wielodniowych hucznych przyjęć, na które zaprasza się mnóstwo gości, a oni potem rewanżują się tym samym. W rezultacie tego obyczaju dezorganizuje się życie całych miejscowości, często dochodzi do łamania prawa. Dlatego władze Kanady zakazały takich praktyk. Jak się okazało, bezskutecznie, bo organizowanie przyjęć zeszło do podziemia, tak silna jest potrzeba odwzajemniania zaproszeń i uzyskiwania z tego tytułu społecznego uznania. Ten obyczaj przypomina jako żywo polską weselną tradycję, która nakazuje: postaw się, a zastaw się, spłukaj do cna, ale zaproś całą wieś. Po co? No właśnie po to, aby odwdzięczyć się za to, że wcześniej nas zaproszono, albo zapracować na zaproszenie w przyszłości.

Norma odpowiedzialności za słabszych już na takiej wzajemności się nie opiera. I nic dziwnego – ludzie, którym pomagamy – chorzy, biedni, słabsi – nie mają nic do dania poza wdzięcznością. Ale, co ciekawe, choć norma ta jest odwieczna, uniwersalna, to często jej nie respektujemy. Oto w czasie spaceru w parku widzimy mężczyznę, który słania się nogach, a potem upada. Nie udzielamy mu pomocy, ponieważ z góry zakładamy, że jest pijany.

Profesor Wilhelmina Wosińska konkluduje: To, czy weźmiemy na siebie odpowiedzialność niesienia pomocy, zależy od wyjaśnienia przyczyn, dlaczego ktoś znalazł się w trudnej sytuacji. Może to jego wina albo mu się nie chce. Dość łatwo wtedy o zwolnienie się z odpowiedzialności.   

Zaczyna się od empatii

Czasem podchodzimy do pomagania jak do każdej innej transakcji ekonomicznej opartej na strategii: minimum kosztów, maksimum zysków. Zastanawiamy się wtedy, czy przewidywane nagrody przewyższają włożony wysiłek. Takiej kalkulacji – jak pokazały badania amerykańskiej socjolog Jane Allyn Piliavin – dokonują nawet krwiodawcy, stawiając na jednej szali stratę czasu, dyskomfort, a na drugiej – uznanie społeczne, dobre mniemanie o sobie.

Co zatem takie zachowanie ma wspólnego z altruizmem, definiowanym jako działanie podjęte wyłącznie z myślą o drugiej osobie, a nie dla zdobycia zewnętrznych czy wewnętrznych nagród? Część socjologów twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak „czysty altruizm”, ponieważ za wszystkimi reakcjami prospołecznymi kryje się jakaś korzyść, czasem nieuświadomiona. Ich zdaniem działania altruistyczne są tak naprawdę egoistyczne. Profesor Robert B. Cialdini, autor świetnej książki „Wywieranie wpływu na ludzi”, uważa, że nawet współczucie, czyli dostrojenie się do uczuć i emocji drugiej osoby, nie jest czystym altruizmem, tylko strategią obliczoną na jakieś korzyści.

Inni badacze postaw społecznych dowodzą z kolei, że to właśnie empatia warunkuje reakcje altruistyczne. Amerykański psycholog społeczny Daniel Batson poparł tę hipotezę słynnym, ale brutalnym eksperymentem. Otóż badanym studentom nakazano obserwowanie koleżanki, którą poddano elektrowstrząsom. Dziewczyna z trudem to znosiła, więc poproszono kolegów, aby ją zastąpili. Połowie powiedziano, że jeśli tego nie zrobią, to i tak będą musieli pozostać w laboratorium i dalej przyglądać się cierpieniu koleżanki. Pozostali mogli opuścić pomieszczenie, co też skwapliwie uczynili. Ale co ciekawe – gdy studentom z obu grup powiedziano, że ich koleżanka przeżyła w dzieciństwie tragedię, czyli gdy wzbudzono w nich empatię, niemalże wszyscy studenci gotowi byli ją zastąpić.

Wniosek? Empatia prowadzi do altruizmu, powoduje, że zapominamy o własnym komforcie, że skupiamy się na potrzebach drugiej osoby. Według wielu badaczy to klucz do zachowań altruistycznych. Nakazuje zatrzymać się i zareagować nawet w sytuacji zagrożenia swojego życia. Stanowi sedno tak zwanej osobowości altruistycznej. Skąd bierze się taka postawa? Jak wynika z badań nad bliźniakami jednojajowymi wychowywanymi osobno oraz dwujajowymi wzrastającymi w tym samym domu, aż połowa cech altruistycznych jest wrodzona! Ale jest jeszcze druga, którą na szczęście da się kształtować w procesie wychowania.

Nasz mózg nie znosi cierpienia innych

Psycholog Jarosław Przybylski uważa, że zachowań altruistycznych można się nauczyć: – O tym, czy obchodzi nas los innych, decydują wzorce wyniesione z domu. Przy czym nie chodzi tu bynajmniej o wzorce deklaratywne, o wpajanie teorii, ględzenie, że trzeba być wrażliwym na krzywdę innych i temu podobne gadki. Chodzi o praktyczne działanie, o żywy przykład. Dziecko od najmłodszych lat obserwuje bowiem, jak rodzice odnoszą się do ludzi, zwłaszcza tych postawionych niżej od nich w hierarchii: do sprzątaczki, dozorcy, żebraka. Widzi, czy mama tak samo traktuje jego kolegów niezależnie od tego, czy pochodzą z bogatej rodziny, czy z biednej, czy dobrze się uczą, czy nie. Zachęcone przez tatę pomaga w zbieraniu ubrań dla sierot z domu dziecka, w przygotowaniu paczek świątecznych dla wielodzietnej rodziny z sąsiedztwa. I wszystkie te zdarzenia chowa w pamięci niczym w walizce, z której potem ma co wyciągać. Dlatego rodzice powinni już od najmłodszych lat aranżować sytuacje, w których dziecko może się wykazać drobnymi aktami pomocy na rzecz innych. Może to być sprzątanie podwórka, robienie zakupów chorej sąsiadce. Niezależnie od tego, czy dziecko pomaga dla zabawy, czy na poważnie, może to być dla niego świetna okazja do przekonania się, jak dużo można zrobić dla innych i jaki ma to też wpływ na nas, na nasze samopoczucie.  

Wilhelmina Wosińska przestrzega rodziców przed nagradzaniem za każdy dobry uczynek. Systematyczne nagradzanie powoduje, że pomaga się dla nagród, a nie dlatego, żeby komuś ulżyć. Nagrody powinno się oferować tylko od czasu do czasu, niepublicznie i w formie niematerialnej, na przykład pochwały. Tylko taka nagroda wzmacnia poczucie sensu robienia dobrych uczynków i prowadzi do uwewnętrznienia dobroczynności, która staje się głęboką potrzebą, a nie przymusem, robieniem czegoś, „bo tak wypada”. Jarosław Przybylski zauważa, że wrogiem postaw altruistycznych jest rywalizacja, na którą, niestety, stawia współczesna szkoła. Dzisiaj liczą się stopnie, wyniki testów, miejsca w rankingach. Tymczasem zamiast zagrzewać uczniów do rywalizacji, o wiele rozsądniej byłoby zachęcać ich do współpracy. Co z tego, że Jaś zajmie pierwsze miejsce w olimpiadzie z polskiego, skoro będzie przekonany, że nikt inny poza nim się nie liczy?

Chiński mędrzec Mencjusz już w trzecim wieku przed naszą erą napisał: „Wszyscy ludzie mają umysł, który nie może znieść widoku cierpienia innych”. Daniel Goleman twierdzi podobnie: nasz mózg został zaprogramowany na dobroć. Czyż nie dzieje się tak, że automatycznie przychodzimy z pomocą przestraszonemu dziecku, że chcemy uściskać kogoś, kto płacze? Wiele eksperymentów socjologicznych pokazuje związek między cierpieniem jednego człowieka a odruchem pomocy drugiego. A wszystko to za sprawą mózgu. Jak wynika z badań, kiedy odpowiadamy empatycznie na czyjeś cierpienie, aktywują się te same części mózgu, które biorą udział w doświadczaniu naszego własnego bólu.

Dlaczego zatem nie wszyscy pomagamy cierpiącym? Daniel Goleman twierdzi, że winny jest współczesny tryb życia: pośpiech, izolacja społeczna, odgradzanie się od „tych obcych”. To wszystko sprawia, że świat czekający na naszą pomoc jawi się nam niczym odległa obca wyspa, z którą nie czujemy żadnego związku. Afrykańczycy płynący na tratwach na Lampedusę w poszukiwaniu lepszego życia? Przez chwilę im nawet współczujemy, ale w najmniejszym stopniu nie odczuwamy ich krzywdy. Nas ich dramat nie dotyczy, bo rozgrywa się gdzieś daleko, nie mamy na to wpływu.

Czy aby na pewno? W dobie Internetu każdy może wyrazić swój głos w każdej sprawie. Możemy zaprotestować albo wysłać słowa poparcia. Wspomóc materialnie albo duchowo. Najgorsze, co możemy zrobić, gdy komuś dzieje się krzywda, to nie robić nic. W myśl duchowych teorii wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni na najgłębszym, kwantowym poziomie. Przychodząc więc z pomocą innym, tak naprawdę pomagamy też sobie. Ale nawet ujmując rzecz na wskroś realistycznie, można dostrzec, że gdy dajemy, wcale nam nie ubywa, a nawet wręcz przeciwnie, dużo przybywa, na przykład pomocy odwzajemnionej. Bo szczęście to dziwne uczucie – nie da się go przeżyć indywidualnie, do tego potrzebni są inni.

  1. Psychologia

Narcystyczna matka. Jak relacja z matką kształtuje dorosłą kobietę?

Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. (Fot. iStock)
Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
W dzieciństwie oceniane nie za to, kim są, ale za to, co robią. Kontrolowane i nadmiernie krytykowane. W dorosłym życiu borykają się z poczuciem niskiej wartości, tęsknią za bezwarunkową miłością. Jeśli nosisz w sobie emocjonalną pustkę, nie czujesz się zauważana i doceniana, wiecznie udowadniasz sobie i innym, że jesteś coś warta – przyjrzyj się swojej relacji z matką. Tak radzą terapeutki Karyl McBride i Susan Forward.

Nasza kultura ma swoje obwarowania, tabu. Podczas gdy gabinety psychoterapeutów zapełniają się klientami straumatyzowanymi przez rodziców, tzw. opinia publiczna oczekuje, by o matce mówiło się jak o zmarłym: dobrze albo wcale. A przecież miliony osób cierpią z powodu tego, co amerykańska terapeutka Susan Forward nazywa „matczyną raną”. Ich matki były przytłoczone macierzyństwem, może niezbyt dojrzałe. Albo zaabsorbowane innymi sprawami. Może zmagały się z depresją, uzależnieniem... Są też matki zaborcze, osaczające dziecko. Despotyczne – takie, które wciąż wymagają, egzekwują, karzą. Matki nieprzebierające w słowach, raniące dotkliwie swoją krytyką. Takie, które używają przemocy – szarpią, popychają, biją. Pewnie każda z nich chce jak najlepiej, ma swoje wyobrażenie o tym, co to znaczy być dobrą matką. Przecież karmią, myją, ubierają, kupują... Tylko że często są niedostępne, chłodne, nieczułe. Mówi się, że kochają po swojemu. Susan Forward nazywa je jednak „matkami, które nie potrafią kochać”. Matka może być też narcystyczna, wtedy wszystko kręci się wokół niej. Dla dziecka, które z natury jest egocentryczne, to niezwykle trudne, czasem nie do zniesienia. Zwłaszcza dla córki. Na szczęście jako dorosła kobieta może nauczyć się okazywać miłość zarówno sobie, jak i innym.

Syndrom pustego lustra

Terapeutka Karyl McBride w książce „Nigdy dość dobra” (wyd. Feeria) podkreśla, że matka stanowi dla córki główny punkt odniesienia i wzór jej ról – kochanki, żony, przyjaciółki. Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. Oczekuje od dziecka, że będzie zachowywać się i reagować na świat tak jak ona. Dziewczynka stara się sprostać temu wyzwaniu, tłumi własne potrzeby. Szybko uczy się, że niewiele znaczy, niewiele może. Skoro nie potrafi zadowolić mamy, coś z nią jest nie tak! Wniosek? Nie jest godna miłości.

Po czym poznać narcyzm? Zwłaszcza że każdy jest przecież w mniejszym czy większym stopniu egocentryczny. W książce „Matki, które nie potrafią kochać” (wyd. W.A.B.) Susan Forward mówi o „uporczywej manii wielkości” i „nienasyconym głodzie uwagi ze strony innych”. O potrzebie udowodnienia swojej wyższości, domaganiu się wyjątkowego traktowania. O zazdrości, braku empatii i instrumentalnym traktowaniu ludzi. Jak zauważa Karyl McBride, z postawy osoby narcystycznej przebija komunikat: „Ja jestem najważniejsza”. Albo: „Ty nie jesteś dość dobra”.

Czy twoja matka jest narcystyczna? Artykuł prasowy raczej nie powinien rozstrzygać takich kwestii, ale może okaże się zachętą, żeby przyjrzeć się bliżej tematowi. Karyl McBride zamieszcza w swojej książce stosowny kwestionariusz. Pyta m.in.: Czy matka rywalizuje z tobą, obwinia ciebie lub innych, zamiast przyjąć odpowiedzialność za własne uczucia i działania? Czy długo żywi urazę, krytykuje cię i zawstydza? Czy chce wpływać na twoje decyzje i zawsze stawiać na swoim, czy w jej obecności czujesz się bezradna? Im więcej udzielisz odpowiedzi twierdzących, tym większe spektrum narcyzmu odnajdziesz w swojej mamie.

Oczywiście, wcześniej czy później będziesz musiała przekierować uwagę na siebie... I być może zobaczysz nadwrażliwość, nieśmiałość, trudności w podejmowaniu decyzji i budowaniu trwałych relacji, brak zaufania do siebie, brak poczucia bezpieczeństwa. Będziesz musiała zmierzyć się z tym, że twój rozwój emocjonalny został zahamowany. Że dlatego trudniej ci doświadczać uczuć, ale też stworzyć własne, autentyczne życie, stać się odrębną osobą. „Ja” córek, o których jest ta opowieść, odzwierciedla przede wszystkim to, jak postrzegały je matki. A ten obraz nie jest zbyt pozytywny.

Presja i porzucenie

W filmie „Pocztówki znad krawędzi” była gwiazda musicali grana przez Shirley MacLaine odwiedza w ośrodku odwykowym córkę, w którą wcieliła się Meryl Streep. Co ją interesuje? Fryzura, makijaż i wystrój pomieszczenia. Potem role się odwracają – pijana matka powoduje wypadek i trafia do szpitala. Czym się przejmuje? Nie chce być pochowana bez brwi! „Zostałyśmy stworzone raczej na widok publiczny niż do życia prywatnego”– tłumaczy bohaterka grana przez Streep lekarzowi.

Dla narcystycznej matki najważniejsza jest fasada, wizerunek. Córka ma go strzec, pielęgnować, szlifować. W efekcie nie potrafi też ukształtować własnego. Narcystyczne matki, o których kręci się filmy, Karyl McBride określa jako typ ekstrawagancko-ekstrawertyczny (swoją drogą taką postać zagrała później Meryl Streep w filmie „Sierpień w hrabstwie Osage”). Inne wyróżnione typy to: psychosomatyczny (wykorzystuje swoje choroby, cierpienie i dolegliwości do manipulowania innymi), uzależniony (wiadomo), skrycie podły (opiekuńcza i serdeczna w towarzystwie, okrutna i poniżająca w domu) czy typ nastawiony na osiągnięcia (swoje i dzieci).

Kluczowa klasyfikacja, jaką posługuje się McBride, wynika jednak ze sposobu sprawowania opieki. Mamy więc matkę ignorującą – taką, która zaniedbuje dziecko, przekazując mu sygnały, że nie zasługuje na miłość i wsparcie – i matkę pochłaniającą, czyli mającą duże oczekiwania wobec potomka, dominującą, kontrolującą i wywierającą presję. Taka matka nie zostawia małemu człowiekowi przestrzeni na indywidualny rozwój, wymusza określone zachowania, a nawet zainteresowania, gusty. Niby dwa różne style macierzyństwa, a efekty podobne: dziecko ma trudności z prawidłową indywiduacją, jego obraz siebie zostaje zniekształcony. Czuje się zagubione. Oczywiście te dwa style zachowania i wychowania mogą się łączyć, występować naprzemiennie.

Sukcesy i sabotaże

Nie trzeba chyba przekonywać, że osoba wychowana przez narcystyczną matkę nie ma zbyt wysokiego poczucia wartości. Przekaz, jaki przyswoiła, brzmi: „Moja wartość tkwi w tym, co robię, a nie w tym, kim jestem”. Może to doprowadzić do dwóch diametralnie różnych sposobów funkcjonowania. Jeden polega na realizowaniu wielkich ambicji i nierzadko perfekcjonizmie. Drugi na rezygnacji ze swoich aspiracji i siebie oraz na autosabotażu. Ambitna córka próbuje zdobyć uwagę, uznanie (czytaj: miłość) innych poprzez gromadzone laury. Jak pisze McBride, taka osoba jest bardziej „aktywnością ludzką” niż „istotą ludzką” zadowoloną z bycia sobą. Nierzadko odczuwa chroniczne wyczerpanie, nie potrafi zatroszczyć się o siebie. Dwoi się i troi, żeby się pokazać, wykazać i wciąż słyszy wewnętrzny głos: „To za mało!”. Być może nawet osiąga więcej niż inni, tylko jakim kosztem? Jeśli z determinacją dążysz do celu, dbając o siebie i doceniając swoje osiągnięcia, wszystko w porządku. Co innego, jeśli czujesz się wyczerpana, wydrenowana, a pochwały z zewnątrz tylko chwilowo wypełniają wewnętrzną pustkę, bo w końcu nie o nie chodzi... Zdaniem McBride sabotująca siebie córka jest tak naprawdę wewnętrzną bliźniaczką ambitnej. Obie uwierzyły, że są nie dość dobre. Ta sabotująca po prostu nie próbuje udowodnić, że jest inaczej. Godzi się na bycie nieudacznicą, mniej czy bardziej świadomie się poddaje. Na złość matce, po swojemu. Niewykluczone, że stępia ból poprzez nałogi czy inne autodestrukcyjne zachowania.

Córki narcystycznych matek próbują wypełnić emocjonalną pustkę, poszukując opiekunów zastępczych. Mają wypaczony obraz miłości – mylą ją z zadowalaniem drugiej osoby. Trudno im zaufać innym albo ufają za bardzo. Ich „partnerski radar” jest uszkodzony. W ich domach uczucia były wypierane, a komunikacja zaburzona, oparta głównie na krytyce albo triangulacji (przekazywaniu informacji za pośrednictwem innych osób, np. ojca). Brakowało zdrowych granic. Takie kobiety czują się bardzo niepewnie w relacjach intymnych, ich związki z mężczyznami oparte są zwykle na zależności lub współzależności. Od matki nauczyły się, że miłość to jest to, co ktoś może zrobić dla ciebie (i odwrotnie).

Nikt nie jest w stanie zaspokoić naszych potrzeb z dzieciństwa, zwłaszcza takich, które nie do końca rozumiemy. Dlatego tak ważne jest, by kobieta wychowana przez narcystyczną matkę odkryła własną tożsamość, swoje autentyczne „ja”.

Gdybym była dobra

Taka praca składa się z kilku etapów i nie jest łatwa. W wielu wypadkach wymaga wsparcia profesjonalisty. Punktem wyjścia jest zwykle akceptacja ograniczeń matki. Nie obędzie się bez spotkania z trudnymi uczuciami: gniewem, żalem, może rozpaczą. Bez opłakania matki, której nie dane było ci mieć, i własnego Wewnętrznego Dziecka, któremu zabrakło miłości. Potem przyjdzie czas na oddzielanie się od matki, uwalnianie spod jej wpływów, w tym od negatywnych monologów, które są jej zinternalizowanym głosem.

Karyl McBride podkreśla potrzebę pracy nad własną tożsamością, odkrywania pasji i zainteresowań, talentów i upodobań. Możesz sięgnąć do wspomnień z dzieciństwa, przypomnieć sobie, co cię najbardziej bawiło, cieszyło, pociągało, zachwycało. Możesz zrobić listę wartości, jakim hołdujesz: wypisać przekonania i preferencje dotyczące polityki i religii, miłości i przyjaźni, filmów, książek, muzyki, mody, biżuterii, samochodów, architektury, ćwiczeń, pór roku i pogody, jedzenia, wakacji, kolorów, kwiatów, kamieni szlachetnych... A może zechcesz zrobić kolaż, wyklejając arkusz papieru zdjęciami kobiet, które symbolizują dla ciebie pozytywną, dojrzałą kobiecość; emanują energią, którą chcesz poczuć, wytyczają ci drogę? McBride proponuje też ćwiczenie „Gdybym była dość dobra...”. Napisz na kartce taki nagłówek i wynotuj rzeczy, które zrobiłabyś (zrobisz?), kiedy uznasz siebie za dość dobrą.

No dobrze, a relacje z matką? Zwłaszcza z taką, która wciąż próbuje manipulować, kontrolować, wpływać, zawłaszczać? Obie terapeutki przyznają, że zmiana tych relacji to ogromne wyzwanie – w niektórych sytuacjach najlepszą decyzją (choć zawsze ostateczną!) jest zerwanie kontaktu. W większości wypadków udaje się jednak wypracować tzw. kulturalne stosunki, sprowadzające się do uprzejmych, niezobowiązujących rozmów. Bez oczekiwań i rozczarowań. Ważne, by pamiętać, że narcyzm matki z czegoś wynika. Nie urodziła się taka. Prawdopodobnie w jej dzieciństwie też zabrakło miłości, empatii, matczynej uwagi. Dała tyle, ile mogła. Doceń to. Znajdź w sobie miejsce na wdzięczność.

Stwórz swoją wewnętrzną matkę

Karyl McBride radzi, by w trakcie pracy nad oddzielaniem się od matki i leczeniem ran z dzieciństwa stworzyć swoją Wewnętrzną Matkę. Taka matka zawsze jest blisko, gotowa dawać opiekę i wsparcie. To sposób, by samemu sobie matkować. Chodzi o łagodny, serdeczny głos wewnętrzny, do którego często nie mamy dostępu. Czas, by go usłyszeć, pozwolić mu rozbrzmiewać w tobie. Jak to zrobić? Znajdź zaciszne miejsce, gdzie nikt nie będzie ci przeszkadzać, i sporządź listę swoich zalet, zaczynając od słowa „jestem”. Niech wskaże je ten życzliwy, wspierający, doceniający głos. Zapisz wszystkie słowa uznania, jakie podpowiada: „jestem silna, inteligentna, mądra, jestem kochająca, empatyczna, wrażliwa, jestem zaradna, energiczna, odpowiedzialna, jestem uczciwa, uczynna, troskliwa, jestem uzdolniona, uduchowiona, jestem piękna wewnętrznie i zewnętrznie, jestem zdrowa...”.

Podczas tej pracy odsuń wszelkie negatywne sygnały: zaprzeczanie swoim zaletom, podważanie ich czy stwierdzanie, że jesteś ich pozbawiona. W głębi serca wiesz, że to nieprawda.

  1. Seks

Jak walczyć z egoizmem w sypialni?

Portrait of a beautiful sexy girl lying on the back in bed in a man's shirt
Portrait of a beautiful sexy girl lying on the back in bed in a man's shirt
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Najlepsze relacje seksualne tworzą ci, którzy znają swoje pragnienia, potrafią o nich mówić i dążyć do ich realizacji, ale też umieją przesunąć je na drugi plan i skierować reflektor na potrzeby partnera. O tym, jak wiele złego może wyrządzić w sypialni źle rozumiany, przesadny egoizm mówi seksuolożka prof. Marią Beisert.

Co możemy zrobić, jeśli trafimy w łóżku na partnera, który myśli wyłącznie o sobie? Jeśli jest to osoba narcystyczna, to trzeba mieć świadomość, że dla niej spojrzenie na seks czy związek z innej perspektywy niż własna może być niemożliwe. Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. To dwie strony tego samego medalu. Pakiet.

Jednak nie każdy, kto w łóżku myśli tylko o sobie, jest Narcyzem. Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy dopiero zaczynają życie seksualne, dość często w seksie biorą pod uwagę tylko siebie, bo wydaje im się niemożliwe, by druga osoba przeżywała coś innego. Swoje wyobrażenia o potrzebach partnera budują więc na tym, czego sami potrzebują. Ten problem wynika z braku wiedzy i jest bardzo prosty do rozwiązania – wystarczy zacząć się komunikować. Można mówić wprost: „ja potrzebuję tego i tego”, „lubię to i to”, „bawi mnie to i to” albo położyć rękę drugiego człowieka tam, gdzie trzeba, pokazać, jaki ruch ręką jest odpowiedni czy zmienić pozycję.

Niektórzy uważają, że seks z instruktażem jest gorszy. Tak, tak, że jest mniej spontaniczny, obdarty z tajemniczości… To wynika z dość powszechnego, ale fałszywego wyobrażenia, że dobry seks jest wtedy, gdy dwie osoby rzucają się na siebie i osiągają orgazm w tym samym momencie. Nie muszą się dostosowywać, bo wszystko samo się układa, pasuje jak w puzzlach. Tyle że w życiu tak się zwykle nie dzieje, więc jeśli ludzie chcą mieć przyjemność w seksie, dobrze, by zaczęli komunikować swoje potrzeby.

A jeśli to pokaże, że pragną czegoś zupełnie innego? Na przykład jedno chce uprawiać seks bardzo często, a drugie bardzo rzadko. Kto ma ustąpić? Wcześniejsze podejście terapeutyczne skłaniało się ku rozwiązaniu, by osoba o mniejszym temperamencie dostosowywała się do partnera, który ma większe potrzeby. Dzisiejsze wskazuje raczej odwrotny kierunek. Ja myślę, że wszystko zależy od kontekstu i tego, co dla każdego z partnerów oznaczałoby dostosowanie się do drugiej osoby. Jak duży koszt każdy z nich musiałby ponieść. Akurat kwestia różnych temperamentów jest jedną z najtrudniejszych do rozwiązania i, niestety, nie zawsze, nawet przy najlepszych chęciach obu stron, da się znaleźć dobre wyjście.

Porozmawiajmy więc o różnych poglądach na antykoncepcję. Powiedzmy, że mężczyzna chce, by kobieta brała tabletki, a kobieta woli, żeby stosowali prezerwatywy. Trzeba się dowiedzieć, co stoi za każdą z potrzeb. Może na przykład kobieta woli prezerwatywy, bo boi się, że zapomni wziąć tabletkę i zajdzie w ciążę, ale ostatecznie daje się namówić na wysiłek związany z pilnowaniem regularnego przyjmowania leków, bo uznaje, że nie jest to wielkie poświęcenie. A może jest przeciwna antykoncepcji z powodów religijnych i branie pigułek byłoby dla niej rezygnacją z istotnych wartości.

Rozumiem, że dobra relacja seksualna wymaga tego, by wiedzieć, kiedy odpuścić, uznać: „To ustępstwo wiele by kosztowałoby mojego partnera, więc ja ustąpię, bo dla mnie to niewielki wysiłek”? Tak. Taka elastyczność jest bardzo ważna. Nie chodzi jednak o rezygnację, która pojawia się wtedy, gdy ktoś w seksie rezygnuje z zaspokajania swoich potrzeb, bo czuje, że nie ma innego wyjścia, na przykład jest zależny od partnera ekonomicznie i sprzeciw mógłby oznaczać stratę dachu nad głową – to jest bardzo niszczące, rodzi bierną agresję i wielkie pretensje. Chodzi o akceptację, czyli sytuację, w której ktoś godzi się, by jego potrzeby nie były w danym momencie zaspokojone i nie doznaje z tego powodu krzywdy. Wie, że też coś na tym rozwiązaniu zyskuje. To jest zdrowa sytuacja.

Może pani podać przykład takiej akceptacji? Pracowałam kiedyś z młodą parą. Jej zależało na seksie oralnym, na który on nie miał ochoty, a jemu na seksie analnym, który z kolei jej nie sprawiał przyjemności. Ostatecznie, trochę żartując, ustalili, że będzie na zmianę – raz seks oralny, raz analny. Oboje coś odpuścili, bo byli przekonani, że nagroda jest atrakcyjna, a koszt niezbyt wysoki. Oczywiście nie doszłoby do tego porozumienia, gdyby jedno z nich było skrajnym  egoistą, bo dla takiej osoby każdy wysiłek jest zbyt duży do poniesienia. Miałam w przeszłości takiego pacjenta. Lubił, niby mimochodem, cytować swojego dziadka: „Nie rób nikomu dobrze, nie będzie ci źle”.

Co na to jego partnerka? Najpierw skarżyła się na brak gry wstępnej, bo mąż bardzo szybko się podniecał, dążył do penetracji, miał szybko orgazm i od razu kończył wszelkie działania. W końcu odeszła do innego mężczyzny. Mąż miał szansę, by temu zapobiec, ale nie chciał się zgodzić na żadne modyfikacje kontaktów seksualnych. Mówił, że nie chce ingerować w naturalną reakcję swojego organizmu i na propozycję, by tuż po orgazmie starał się jak najszybciej doprowadzić do kolejnego stosunku, odpowiadał: „Ja już wtedy nie mam ochoty i nie będę się zmuszał!”.

Nadal wielu jest mężów, którzy sądzą, że kontakt seksualny służy głównie zaspokojeniu potrzeb mężczyzny? Jest ich coraz mniej, ale to oni najgłośniej krzyczą, że współczesne kobiety powariowały, bo mają jakieś życzenia i żądania w seksie. Są zaskoczeni, że mieliby się do czegokolwiek w łóżku dostosowywać. Kiedyś mężczyzna nadawał kobiecie wyższy status, czynił ją na przykład panią dyrektorową, i oczekiwał, że w zamian dostanie seks na swoich warunkach. Ale dziś ona może odpowiedzieć: „Co z tego, że ty mnie czynisz panią dyrektorową, skoro ja cię czynię panem profesorowym?”. Nie każdy mężczyzna potrafi pogodzić się z tym, że kobiety wyraźnie mówią: „Tego i tego potrzebuję. Chętnie się dowiem także, czego ty potrzebujesz”. I to jest zdrowe. Dbanie o własne potrzeby to baza, która pomaga zbudować dobrą relację, także seksualną. Przecież jeśli widzimy, że partner nie czerpie radości z seksu, sami też czujemy dyskomfort. Pod warunkiem oczywiście, że nie idzie to w narcyzm. Poza tym mówienie o swoich potrzebach uatrakcyjnia życie seksualne. Stwarza pole dla nowych doznań. Ktoś może nie wpadłby na jakiś pomysł w seksie, a dzięki temu, że partner wystąpił z inicjatywą, może poszerzyć wiedzę o sobie, o tym, co lubi i pragnie.

Zastanawiam się, czy w związku z przemianami społecznymi i kulturowymi trzeba jeszcze kobiety przekonywać, że w łóżku mają prawo myśleć o swoich potrzebach? Jestem przekonana, że tak, bo zmiany, o których mówimy, nie dotyczą jednak całego społeczeństwa. W Polsce wciąż dość silna jest kultura patriarchalna, w której kobieta przyzwoita to ta, która nie myśli o swoich potrzebach, tylko koncentruje się na tym, by partnerowi było przyjemnie. Niektóre kobiety świadomie stawiają siebie na drugim miejscu, bo chcą w ten sposób przywiązać do siebie mężczyznę albo zyskać poczucie, że postępują zgodnie z normami, zachowują się tak, jak należy. Są też takie, które teoretycznie przyznają, że również mają prawo dążyć do przyjemności w seksie, ale jednocześnie mocno w nich tkwi to, co wpojono im w dzieciństwie – że mądra żona nie myśli o sobie, tylko o tym, jak zatrzymać męża. Ten konflikt między tym, co podpowiada nam zdrowy rozsądek, a tym, co mamy wdrukowane, może być bardzo trudny do pokonania. Dlatego jestem przekonana, że nadal bardzo ważna jest edukacja i przypominanie, że każdy człowiek ma prawo realizować swoje potrzeby seksualne.

Są relacje, w których to kobiety nie szanują seksualnych potrzeb partnera? Oczywiście. Narcystycznych kobiet są całe bukiety. Jest też grupa, która uważa, że ich potrzeby seksualne są ważniejsze i powinny być zaspokajane w pierwszej kolejności. Te kobiety oczekują, że mężczyźni będą się wokół nich uwijać, i to najlepiej bez instrukcji. Ich podejście wynika z przekonania, że kobieca seksualność jest wyjątkowa i skomplikowana, a męska nie wymaga uwagi. Mówią: „Facet zawsze się jakoś zaspokoi”.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą też żyć w przekonaniu, że to, czego chcą w seksie, się nie liczy, bo oni sami są mało ważni. Zwykle są to ludzie, których potrzeby w dzieciństwie nie były zaspokajane albo były zaspokajane w nieodpowiedni sposób czy w nieodpowiednim momencie, np. musieli jeść, mimo że nie byli głodni. Czasem słyszeli: „Nie ma: chcę. Są obowiązki”. Takie doświadczenia mogą potem utrudniać czerpanie radości z życia i z seksu. Jeśli jednak trafią na dobrego partnera, który powie: „Zajmijmy się wreszcie tobą” albo będzie często dociekać, co im sprawia przyjemność, mają szansę nauczyć się rozpoznawać swoje potrzeby i dbać o ich zaspokojenie. Wiedza na temat własnej seksualności rozbudowuje się przecież z każdym kolejnym kontaktem erotycznym. Nikt nie rozpoczyna życia seksualnego z pełną świadomością swoich pragnień i preferencji.

 

 

  1. Psychologia

Zrób coś dobrego - małe akty dobroci zmieniają świat wokół

Każdy może uczynić świat lepszym. Nawet drobne gesty życzliwości zmieniają rzeczywistość na lepsze. (Fot. iStock)
Każdy może uczynić świat lepszym. Nawet drobne gesty życzliwości zmieniają rzeczywistość na lepsze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Serdeczny uśmiech, miły list, niewielki datek, przytrzymanie drzwi, skoszenie trawnika - codzienność jest pełna okazji do zrobienia czegoś bezinteresownego dla innych.

Pamiętasz filmową Amelię, bohaterkę stworzoną przez Jeana-Pierre'a Jeuneta i Guillaume'a Lauranta? Pracująca w paryskiej kawiarni dziewczyna odkrywa, że jej prawdziwym powołaniem jest uszczęśliwianie innych. Drobnymi gestami wspiera administratorkę budynku, w którym mieszka, bywalców kawiarni, w której jest zatrudniona, sprzedawcę warzyw, u którego robi zakupy. Ta urocza opowieść nawiązuje do setek innych podobnych historii, przypominając, że nie ma nic piękniejszego niż pomaganie.

Inspirujące historie

W roku 2010 roku młoda Amerykanka Hanna Brencher zaczęła pisać czułe listy do nieznanych sobie osób. Zostawiała je w miejscach publicznych, a jej pełne życzliwości teksty zmieniały nastrój setkom znajdujących je ludzi. Po dziewięciu latach założona przez nią organizacja More Love Letters skupia ponad 20 tysięcy wolontariuszy kierujących dobre słowo do nieznajomych w potrzebie, mieszkających w różnych częściach globu.

Pod koniec lat 50. minionego wieku w Polsce swoją postawą zaskoczył Maciej Zimiński - nauczyciel, który poprawiał rzeczywistość i pokazywał, co potrafi człowiek. Działał w ukryciu,  pozostawiał jedynie ślad, bilet albo kartkę, z odciśnięta w atramencie dłonią. Jako redaktor popularnego w PRL-u "Świata Młodych", w setkach tysięcy dzieciaków rozbudzał chęć pomagania. Zorganizowana przez niego akcja "Niewidzialna ręka" miała na celu niesienie pomocy osobom starszym, chorym i wszystkim, którzy jej potrzebowali.

Maleńkie akty dobroci - do stosowania na co dzień

Amelia, Hanna, uczestnicy akcji "Niewidzialna ręka" pokazują, że różne są motywacje, które kierują czyniącymi dobro, różne sposoby, w jakie można pomagać. Tym, co łączy je wszystkie, jest wiara, że wielkie zmiany zaczynają się od jednostek, a maleńkie akty dobroci mogą nadać światu nowy, lepszy kształt. Warto spróbować już dzisiaj. Oto kilka pomysłów, które możesz wykorzystać:

1. Uśmiechnij się do świata. Włoski reżyser Carlo Mazzacurati często powtarza w wywiadach frazę przypisywaną filozofowi Filonowi z Aleksandrii: "Każdy, kogo spotykasz, jest w trakcie walki, o której nic nie wiesz. Bądź uprzejmy, zawsze".

2. Przekaż darowiznę. Zamiast kupować kolejną kawę, wpłać drobny datek na konto instytucji charytatywnej, organizacji pozarządowej czy hospicjum.

3. Rozejrzyj się wokół. Może starsza sąsiadka potrzebuje pomocy w dźwiganiu zakupów na wysokie piętro. Albo znajoma z dwójką małych dzieci doceniłaby, gdyby ktoś zabrał je na chwilę na plac zabaw.

4. Zauważ najbliższych. Czasem ci, z którymi spędzamy najwięcej czasu - rodzina, współpracownicy, przyjaciele - otrzymują od nas najmniej uwagi. Kiedy ostatni raz pytałeś o samopoczucie koleżankę z działu albo zadzwoniłeś w ciągu dnia do rodziców, tak po prostu, by zapytać, co słychać?

5. Wykorzystaj siłę mediów społecznościowych. Namów znajomych do przekazania książek dla pacjentów szpitala albo zorganizuj urodzinową zbiórkę na Facebooku, zachęcając do wpłat pieniężnych na cele charytatywne.

6. Zatrzymuj się. Wszyscy pędzimy, a pomaganie wymaga nierzadko chwili zastopowania - czy jest to asysta kierowcy, któremu pękła opona, czy zmiana osobistych planów, by wysłuchać cierpiącej przyjaciółki.

7. Ucz innych. Dziel się wiedzą, doświadczeniem, dobrymi emocjami. Pokaż babci, jak korzystać z poczty mailowej, a koleżance z pracy, jak radzić sobie z tremą przed ważną prezentacją.

8. Praw komplementy i udzielaj publicznych pochwał. Głośne wyrażenie podziwu czy wdzięczności sprawi, że druga osoba poczuje się doceniona, mocniejsza, radośniejsza.

9. Oddawaj krew w punkcie krwiodawstwa. Ten gest trwa chwilę, a ratuje życie. Na dodatek przysługuje ci dzień wolny.

10. Słuchaj, by zrozumieć. Poznaj perspektywę drugiej osoby. W dyskusji nie dąż za wszelką cenę do przekonania jej do swoich racji, ale zaangażuj się w pełni w zrozumienie i próbę akceptacji.

Im mniej opowiadam o tym, co robię, tym więcej robię. (fot. iStock) Im mniej opowiadam o tym, co robię, tym więcej robię. (fot. iStock)

Rozmowa z Maciejem Wasilewskim, autorem książki o Niewidzialnej ręce

Na okładce książki "Niewidzialna ręka" pojawiają się zdania: "2 miliony dzieci zrobiło 10 milionów dobrych uczynków. Ta historia wydarzyła się w Polsce". To, że Polacy zrobili coś dobrego, jest aż tak zaskakujące? Wydaje mi się, że stanowią one kontrapunkt dla dominującej defetystycznej narracji o Polsce i w ogóle - o rzeczywistości. Nie posądzaj mnie jednak, proszę, o naiwność. Te zdania to raczej sygnał - patrzę na zdarzenia jak Forrest Gump albo jak Guido z filmu "Życie jest piękne" - na przekór, ze świadomością, że rzeczywistość rozszczepia się na wiele realności. Taka była "Niewidzialna ręka" i taka, wierzę, jest moja książka.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że praca nad tą książką była dla ciebie odtrutką po poprzednim reportażu. Czy opowieść o młodzieży niosącej bezinteresownie pomoc rzeczywiście spełniła taką rolę, czy tylko doprowadziła do nowych pytań? Chyba znów poszedłem za moją tęsknotą - za życiem wspólnotowym. W dzieciństwie i wczesnej młodości utożsamiałem je z życiem religijnym. Potem odkryłem, że nie mam genu wiary, dalej jednak szukałem wspólnoty, która wypełniałaby uniwersalne przykazanie miłości. I odnalazłem to w tych trzech zdaniach: "Niewidzialna ręka gotowa jest nieść pomoc potrzebującym. Niewidzialna ręka może robić wszystko, co pożyteczne. Niewidzialna ręka zawsze i wszędzie działa niewidzialnie".

Powiedziałeś, że rzeczywistość ma wiele odcieni - odnosi się to chyba także do postaci pana Macieja Zimińskiego, bohatera tej książki. Z jednej strony był twórcą akcji "Niewidzialna ręka", autorem pouczającego "Teleranka" i "Piątku z Pankracym", a z drugiej - członkiem PZPR i ORMO. Maciej Zimiński otrzymał - uwaga, dziwacznie to zabrzmi - honorową legitymację ORMO tylko dlatego, że przeprowadził telewizyjny kurs na kartę rowerową. Nie brał udziału w akcjach. I choć nie rzucił legitymacją PZPR, to jednak stoi za nim dziesięć milionów dobrych uczynków. Poznaliśmy się na Uniwersytecie Warszawskim, na Wydziale Dziennikarstwa. Byłem jego studentem. W "Życiu Warszawy", gdzie pracowałem, przygotowywaliśmy cykl o zapomnianych niezapomnianych. Spytałem, czy zechciałby ze mną porozmawiać. Opowiedział mi o "Niewidzialnej ręce". Tak zaczęła się ta przygoda. Był moim najwspanialszym nauczycielem.

Czego cie nauczył? Wierzę, że samodzielnego myślenia. Nasze spotkania, rozmowy, lektury, które mi podtykał, sprawiły, że nie odnajduję się w dominujących narracjach, nie czuję się uczestnikiem plemiennej wojny w Polsce, w której dwa największe plemiona opowiadają o braterstwie bratobójczym językiem. A obu brakuje wyobraźni. Wyobraźnia, powtarzał pan Maciej, jest nową formą państwa podziemnego na trudne czasy.

Jak bardzo samodzielne myślenie jest ważne w czynieniu dobra? Najlepiej spytać tych, którzy czynią więcej dobra, ale oni o tym mało mówią. Dobro, zdaje się, jest najpiękniejsze, kiedy się wydarza, a nie, kiedy się je opisuje. Tu jednak rodzi się pytanie - jak w takim razie uczyć czynienia dobra? Mój nauczyciel powtarzał, że człowiek potrzebuje opieki od narodzin aż do końca. Dlatego tydzień w tydzień przez 24 lata opisywał w "Świecie Młodych", a potem pokazywał w programie telewizyjnym, jak Niewidzialni wypełniają przykazanie miłości.

W wypadku "Niewidzialnej ręki" mówimy o prawdziwie cichej satysfakcji z niesienia pomocy. Dzisiaj nawet pomaganie dokumentujemy w mediach społecznościowych. Być może dla niektórych jest to paliwo: uprzątnę prawy brzeg Wisły, jeśli potem zrobię selfie nad workami śmieci, które zebrałem. Nie krytykuję tego, tym bardziej że ma to wymiar edukacyjny. Jest jednak dalekie od ideałów "Niewidzialnej ręki", która kształtowała altruizm. Dlatego skupię się na moim doświadczeniu: im mniej opowiadam o tym, co robię, tym więcej robię. Mam rodzinę: żonę, córki, mamy psa, przyjaciół, starszych sąsiadów i karmniki, które zimą będziemy napełniać słonecznikiem.

Maciej Wasilewski - autor książek, m.in. "Niewidzialna ręka" (Wielka Litera), "Jutro przypłynie królowa". Prowadzi zajęcia w Polskiej Szkole Reportażu (Instytut Reportażu), uczy na Wydziale Dziennikarstwa UW

  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”. Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości, granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.