1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Być blisko, tłumaczyć, czyli jak wychowuje Ałbena Grabowska

Być blisko, tłumaczyć, czyli jak wychowuje Ałbena Grabowska

Ałbena Grabowska z dziećmi (Fot. Szymon SZcześniak/ LAF
Ałbena Grabowska z dziećmi (Fot. Szymon SZcześniak/ LAF
Jako mama składam się z samych sprzeczności. Ale jestem ich świadoma i z nimi walczę – mówi Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana (18 lat), Aliny (16) i Franka (11).

Powieść „Stulecie Winnych” zmieniła nie tylko moje życie zawodowe, ale i rodzinne. Cztery lata od wydania pierwszego tomu już była ekranizacja! I ten fakt mocno wpłynął na moją rodzinę. Przede wszystkim zrezygnowałam z pracy w szpitalu, mogłam pozwolić sobie, żeby więcej czasu spędzać w domu i jeździć z Frankiem na terapie. Dzieci zauważyły też, że mama jest rozpoznawalna, że mówi się o „Stuleciu…”. Zachęcam je do czytania moich książek, ale nigdy nie powiedziałam „musicie” czy „powinniście”, nawet przy książce „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, napisanej specjalnie dla nich. Julian przeczytał pierwszy tom, teraz uczy się do matury, więc na pozostałe nie ma czasu. Córka też na początku sięgnęła tylko po pierwszy tom. Nie pytałam, dlaczego nie czyta drugiego i trzeciego, co się jej podobało, a co nie. Do tej rozmowy wróciłyśmy dopiero teraz, kiedy jest po lekturze wszystkich trzech tomów. Przyznała, że wcześniej trudno jej było wziąć moje książki do ręki, bo się denerwowała, że nawet jeżeli nie są o mnie, to może w jakiś sposób się w nich odsłaniam.

Przed pierwszym sezonem zapytałam dzieci, czy chcą wystąpić w filmie jako statyści, zwłaszcza że było wiadomo, że wystąpiłyby ze mną (zagrałam epizod). Znały moje młodzieńcze marzenia o byciu aktorką. Ale nie chciały statystować, a ja nie naciskałam.

Potem oglądaliśmy wspólnie serial, każdy odcinek z drżeniem serca, ja z powodu oglądalności, one – bo były ciekawe, jak losy moich bohaterów zostaną pokazane. Franek zadawał najwięcej pytań, przeżywał porażki bohaterów, a nawet wszedł ze mną w dyskusję o tym, dlaczego wymyślam ludzi, którzy cierpią, a nie szczęśliwych. Na koniec ostatniego odcinka wszyscy się wzruszyliśmy. Franek powiedział wtedy, że chciałby zagrać w drugim sezonie. Zapytałam producentów, czy może stanąć do castingu. Stanął, został wybrany i wypadł fantastycznie.

Nigdy nie wolno się poddawać

To był dla mnie szczególny i wzruszający moment. Ale nie dlatego, że syn zagrał w ekranizacji mojej książki, tylko z zupełnie innego powodu. Otóż jak miał trzy lata i poszedł do przedszkola, ujawniły się problemy, których wcześniej nie było – zaczął być agresywny wobec innych dzieci, nie chciał się bawić, nie reagował na polecenia nauczycielek. To było dla mnie ogromne zaskoczenie, ponieważ w domu tak się nie zachowywał ani wobec rodzeństwa, ani zaprzyjaźnionego syna niani, z którym spędzał dużo czasu.

Od razu poszłam na rozmowę z panią psycholog, która stwierdziła, że to autyzm. Mnie się to wydawało absurdalne, przecież nie miał objawów typowych dla autystyków, jak niepatrzenie w oczy, unikanie kontaktu. W tym czasie zaczął się u niego regres mowy, przez kilka miesięcy cofnął się do tego stopnia, że nie mogłam się z nim porozumieć. Zmieniliśmy przedszkole na integracyjne. Udało się zapisać go na terapię w bardzo dobrym ośrodku. Mimo to cały czas się cofał.

Nie poddawałam się, woziłam go trzy razy w tygodniu na kilkugodzinne bloki zajęć terapeutycznych. Poprawa następowała jednak powoli. Na zakończenie pierwszego roku w przedszkolu, w tym czasie, gdy dzieci występowały, Franek siedział pod krzesłem. Po drugim – stanął obok nich. Po trzecim – coś próbował zaśpiewać. A po pierwszej klasie już wystąpił z dziećmi. W czwartym roku zajęć terapeutka powiedziała, że jest przełom. Ja tez zauważyłam progres – zaczął mówić, być aktywny.

Opowiadam o tym tak szczegółowo, bo chcę pokazać, jakie efekty dała praca, przede wszystkim Franka, ale i terapeutów. I że nigdy nie wolno się poddawać. Na koniec kolejnego roku szkolnego grał w przedstawieniu głównego bohatera! Potem zapisałam go do Warsztatowej Akademii Musicalowej, gdzie chodziła Alinka. I tam, wśród dzieci, muzyki, ruchu, dostał skrzydeł. Na dorocznym koncercie denerwowałam się, jak sobie poradzi ze względu na jego deficyty, bo tam występują zdrowe, utalentowane dzieci. I Franek dał rade! Odetchnęłam z ulga.

Na planie filmowym też wspaniale się odnalazł – bez szemrania powtarzał kilka razy scenę, był skupiony, doskonale wiedział, jakie ma zadanie, a na koniec zapytał, czy może zagrać w trzeciej części. Dla mnie to był niesamowity moment, wynagradzający wszystkie trudy i wyrzeczenia. Bo mimo że się nie poddawałam, to czasem wydawało mi się, że on nigdy z tego nie wyjdzie, że nigdy nie pomyśli abstrakcyjnie, nawet gdy nauczy się mówić, że nigdy nie zażartuje. A okazało się, ze wszystko to udało mu się osiągnąć! Od października nie chodzi już na terapię indywidualną. Terapeutka przez rok przygotowywała go do zakończenia zajęć. Nie jestem aż tak skłonna do wzruszeń, ale ilekroć o niej pomyślę, to mam łzy w oczach, ona przywróciła nam życie.

Chodzi do czwartej klasy, jest bardzo dobry z polskiego i historii, interesuje się drugą wojną światową. Ale nie ma jeszcze nawyku uczenia się, musimy nad tym pracować. Powtarzaliśmy do klasówki, pytam, czy pamięta, jak ma na imię wielki książę litewski. On: „Witold, jak imię dowódcy Dywizjonu 303 (Witold Urbanowicz)”. „Skąd ty to wiesz”, pytam, a on zdziwiony: „A ty tego nie wiesz?”.

Julian z kolei jest totalnym indywidualistą, ogromnie niezależnym, zmuszenie go do czegokolwiek jest niemożliwe. O ile z autystycznym Frankiem można było usiąść i się pobawić, to dwoje starszych nie usiedziało w miejscu. Przyzwyczaiłam się, że mam dzieci trudniejsze do wychowywania. Wcześniej wyobrażałam sobie, że jak będę miała dzieci, to zasiądziemy na kanapie, jedno z lewej strony, drugie z prawej, poczytam im książki, a one będą słuchać. Ponoć ja byłam takim dzieckiem.

A moje starsze dzieci były bardzo ruchliwe, energiczne, rozbiegane. Jak wracałam z pracy, to zanim pojawił się mąż, nie mogłam nic zrobić, bo one psociły. Cały czas powtarzałam: „Nie otwieraj, nie wyrzucaj, nie wchodź tam”. Nie miały przy tym problemu z koncentracją. Syn miał naturę myśliciela, córka – trzpiotki, roześmianej od rana do wieczora, uważającej, że życie to wielki tort i wszystkie wisienki z tego tortu są dla niej. Patrzyłam na nie z zachwytem. Wierzyłam, że wyrosną z tej nadruchliwości, że trudności miną, a więź, która zbudujemy, pozostanie.

Ona mają prawo do własnej drogi

Dzieci to prawdziwy cud, jaki mnie spotkał. W końcu. Bo bardzo chciałam mieć dzieci, a nie mogłam zajść w ciążę przez trzy lata. Podjęłam leczenie, wydawało się jednak, że nic z tego nie wyjdzie, zaczęłam już rozmawiać z mężem na temat adopcji.

Kiedy poczułam się zmęczona terapią, zrobiliśmy sobie przerwę w leczeniu. I zaszłam w ciążę. Co to było za szczęście! Tak bardzo pragnęłam dzieci, że potem byle co nie było w stanie wytracić mnie z równowagi. Tłumaczyłam sobie: „Cóż to za problem wobec tego, że mogłam ich nie mieć”. Byłam przekonana, że udało się urodzić syna i na tym koniec. A potem okazało się, że zaszłam w druga ciążę, mimo że karmiłam, a jak wiadomo, wtedy wydziela się prolaktyna, która nie sprzyja zajściu w ciążę. Szczęście tym większe, że na świat miała przyjść córka! Żadna trudność mnie potem nie przytłoczyła. A poza tym wierzę w to, że dzieci maja prawo do swojej własnej drogi. Bo ja byłam wychowywana w regułach od-do: mam się uczyć, być posłuszna. Nikt mnie do tego nie zmuszał, ale wiedziałam, czego ode mnie oczekiwano.

Z dziećmi trzeba być blisko, tłumaczyć trylion razy, aż w końcu się uda. Córka jest teraz absolutnie zorganizowaną, pozbieraną osobą. Myślę, że będzie ratować świat. Ma 16 lat, od dwóch lat jest weganka, interesuje się ekologią, dużo wie na ten temat, wybrała klasę biologiczna. W przyszłości chce zajmował się problemami żywienia na Ziemi. Na początku nie rozumiałam jej pasji. Jest niezwykle uzdolniona artystycznie. Mogłaby być aktorką, śpiewać, wieść kolorowe życie artystki. A ona konsekwentnie, krok po kroku, robi to, co ja interesuje.

Julian też ma zdolności artystyczne, kiedyś wydawało mi się, że to on będzie aktorem, bo występował w szkolnych przedstawieniach, chodził do szkoły muzycznej, ładnie śpiewa. A teraz jako jedyny z całej trójki nie chce wystąpić w filmie ani w sesji zdjęciowej do „Zwierciadła”. Jest utalentowany językowo, wybierze pewnie filologię.

Dzieci są dla świata

Z radością obserwuję, jak moje starsze dzieci od początku trzymały się razem. Gdy Alinkę, jak była mała, czymś częstowano, to zawsze prosiła: „Dla brata”, i mu to oddawała. Teraz mają trudniejszą relację, sporo konfliktów egzystencjalnych, bo obydwoje przejawiają dużą potrzebę niezależności. Ale gdy są sami ze sobą, to gadają. Z kolei Franek jest wpatrzony w Juliana jak w obrazek, zwraca się do niego: „Bratku mój kochany”. Zawsze stanie po jego stronie, nawet jak nie wie, o co chodzi. Widzę, że Julian bardzo lubi dzieci, choć oczywiście się do tego nie przyznaje. Poprosiłam kiedyś starsze, żeby pomogły Frankowi w nauce. Julian wziął na siebie angielski, a Alinka matematykę. Jestem pełna podziwu dla cierpliwości Juliana, Alinka jest bardzo zadaniowa.

Wydaje mi się, że nie byli zazdrośni o Franka, choć córka często zwracała mi uwagę, że jestem w stosunku do niego nadopiekuńcza. Bo rzeczywiście Franek, widząc moją gotowość do pomocy, chętnie z niej korzysta. Alinka ma sporo racji. Zawsze jak dzieci mi coś mówią, to się nad tym zastanawiam, nigdy tego nie ignoruję, nie wychodzę z założenia, że to one mają mnie słuchać. Staram się z każdym indywidualnie coś robić.

Ostatnio pojechałam z Frankiem do Londynu obejrzeć kilka musicali. Zdarzyło się, że jakiś pan do mnie zagadał, na co Franek zareagował: „Jak on śmie?!”. I wysmażył do rodzeństwa SMS, że mama wchodzi do sklepu i jacyś panowie się na nią rzucają. Nie czerpię jako mama ze swoich bałkańskich korzeni, w tej kulturze dzieci wychowuje się tak, żeby kiedyś się nami zaopiekowały. A mnie się wydaje, że one są dla świata. Powinniśmy więc cieszyć się z czasu, kiedy jesteśmy z nimi. Nie czytałam podręczników o wychowaniu, nie pozwalałam swojej matce sobie radzić, bo uważałam, że ona swoje już wychowywała, teraz jest moja kolej. Szłam za intuicja i z wiarą, że rodzice powinni być towarzyszami dzieci, a czasem przewodnikami. Ciesze się, że teraz córka proponuje, żebyśmy poszły razem do kina, teatru, choć mogłaby pójść z koleżankami. Albo że mówi: „Chodź, obejrzymy serial”. Dołącza do nas Julek, razem oglądaliśmy całe sześć sezonów „Glee”, genialnego muzycznego serialu o amerykańskiej szkole, „Czarne lustro”, „Anie z Zielonego Wzgórza”. To są nasze rytuały, jest potem o czym rozmawiać.

Składam się ze sprzeczności

Franek miał dwa lata, gdy odeszłam od męża. Trzeba było ułożyć relacje tak, żeby dzieci nie cierpiały. Przecież nie jest tak, że jak się rodzice rozstają, to nic się nie zmienia, wszystko się zmienia. Nie pytałam ich, czy uważają, że powinnam się rozstać z tata, tylko powiedziałam, że to zrobię. Powtarzałam, że czasami mama i tata są lepszymi rodzicami osobno, niż gdyby byli razem. Na początku starałam się im to zrekompensować, byłam na każde ich zawołanie. Ale szybko się zorientowałam, że nie tędy droga. Teraz potrafię już powiedzieć: „Nie w tej chwili, jak skończę prace”.

Ogromnie trudno organizacyjnie wychowywać troje dzieci i pracować. Teraz, kiedy starsze są już samodzielne, odczuwam dużą ulgę. To w ogóle fajny moment w moim życiu. Widzę, że dzieci są dumne z tego, co osiągnęłam, choć to, że ludzie zaczepiają mnie na ulicy, to dla nich trudna nowość.

Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności. Jednak jestem ich świadoma i walczę z tym, co mnie ogranicza.

Mnie zawsze można przekonać do swoich racji. Na pewno popełniłam mnóstwo błędów. Ale trudno mi powiedzieć, czy bym coś zmieniła, bo bardzo wierzę w wartość błędów, w pozwalanie dzieciom na własne wybory, na tracenie czasu. Niewykluczone, że jakiś błąd może mieć kiedyś pozytywny skutek. Mam poczucie, że oni, tacy, jacy są, to mój największy sukces. Myślę często i mówię to bez kokieterii: „Jak ktoś w sumie tak zwyczajny jak ja mógł zostać matka tak cudownych istot”.

Ałbena Grabowska, pisarka, lekarka (neurolog i epileptolog). Na podstawie jej powieści „Stulecie Winnych”, wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło, powstał serial telewizyjny. Mama trojga dzieci.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Kultura

Ałbena Grabowska: "Wierzę w drugie szanse"

– Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości – mówi Ałbena Grabowska. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
– Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości – mówi Ałbena Grabowska. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Ma mózg naukowca, ale duszę pisarki. Serce - w połowie polskie, w połowie bułgarskie. Wierzy w bałkańskie gusła, ale też coraz bardziej w siebie. Życie Ałbeny Grabowskiej, autorki bestsellerowego "Stulecia Winnych", jest też pięknym dowodem na to, że warto samej sobie dać drugą szansę.

Dlaczego właściwie piszesz?
Taka po prostu miała być moja droga życiowa, choć długo tego nie rozumiałam. Wcześniej myślałam, że jest nią medycyna, i swoje młodzieńcze marzenia o aktorstwie zostawiłam na ołtarzu tego bardzo szlachetnego i pragmatycznego zawodu, który nadal wykonuję. A pisanie towarzyszyło mi od zawsze. Gdy w podstawówce chwalono moje wypracowania i kiedy wygrałam olimpiadę polonistyczną, to wydawało mi się, że to po prostu bardzo miłe. Kiedy potem przez osiem lat pisałam teksty do prasy kobiecej o zdrowiu i psychologii, ale też opowieści o miłości, z życia wzięte – to byłam przekonana, że po prostu zarabiam pieniądze, a przy tym nie jest to żadna harówka, tylko sama przyjemność. Kiedy wpadłam na pomysł, że spiszę historię mojej bułgarskiej rodziny w Rodopach, czyli swoich korzeni, to przecież tylko zostawiałam dziedzictwo moim dzieciom. I tak było latami. Pisząc bajkę terapeutyczną, tylko oswajałam chore dzieci z ich chorobą. Wymyślając przygody chłopca i dziewczynki w ludzkim mózgu, tworzyłam nić porozumienia między mną a najmłodszym synkiem, który coraz więcej czasu spędzał w Internecie i twierdził, że jego największym marzeniem jest znaleźć się w środku gry komputerowej. Dopiero kiedy te wszystkie książki odniosły sukces i zaczęłam pisać drugą część przygód Julka i Mai, zrozumiałam, że piszę, bo chcę, piszę, bo mam pomysły, i piszę, bo po prostu jestem pisarką.

Ucieszyłaś się?
Bardzo się ucieszyłam. Odkrycie, że jestem pisarką, a to, co piszę, podoba się mnie samej i innym ludziom – było jak olśnienie. Kiedyś wydawało mi się, że pisarz to ktoś stojący na piedestale, obdarzony niemal boskimi mocami. Do głowy by mi nie przyszło, że ktoś taki jak ja, w domyśle zupełnie zwyczajny, też może być pisarką. I to dobrą! Nigdy nie czułam też żadnego brzemienia czy zobowiązania. Ani przymusu ze strony wydawców. Zawsze pozwalali mi do woli rozwijać wodze wyobraźni.

No właśnie, jako pisarka raczej ilustrujesz rzeczywistość czy stwarzasz nowe światy? Co jest ci bliższe?
Zdecydowanie nowe światy. Mam tak rozbudowaną wyobraźnię i sferę przeżyć wewnętrznych, że starczy na fabułę jeszcze wielu książek. Bardzo rzadko korzystam z rzeczywistości, nie mówię tu oczywiście o powieściach z historią w tle, tylko o kreowaniu bohaterów świata, który znam, ale w jakiś sposób go modyfikuję. Przez lata miałam wiele propozycji polegających na tym, że ktoś mi opowie swoją historię, a ja ją spiszę, albo ktoś mi opowie historię swojej rodziny i wtedy napiszę drugie „Stulecie Winnych”. Nigdy z tego nie korzystałam, bo po prostu nie umiem czerpać z cudzych pomysłów. Dostaję też propozycje zupełnie oryginalne, jak od transpłciowych przyjaciół, którzy też chcieliby mi opowiedzieć swoją historię, ale zupełnie nie czuję się kompetentna, żeby to zrobić.

Ałbena Grabowska przed kawiarnią 'Jarzyna' w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Ałbena Grabowska przed kawiarnią "Jarzyna" w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

To duża odpowiedzialność opowiadać losy prawdziwych postaci, w dodatku jeszcze żyjących.
Kiedy kreuję bohatera fikcyjnego, nie mam żadnych oporów przed pisaniem o nim w taki, a nie inny sposób, bo jest, jaki jest, i taki właśnie jest mi potrzebny, co więcej, on jest wolny w tym sensie, że może pójść w dowolną stronę. Nie byłabym w stanie napisać rzetelnej biografii osoby historycznej, choć lubię brać z życia znanych postaci to, co jest mi potrzebne, żeby ożywić bohaterów fikcyjnych. Wtedy, niejako w odbiciu, stają się tak bardzo rzeczywiści, że z kolei oni nadają bohaterowi autentycznemu rys prawdziwości. Ale ponieważ lubię wyzwania, właśnie napisałam książkę, która jest fabularyzowaną biografią. Podjęłam się tego nietypowego dla mnie zadania z dwóch powodów. Po raz pierwszy poczułam misję i ogromną chęć, by opowiedzieć o tej postaci. No i jest to ktoś, kto od dawna nie żyje, a do tego był bardzo szlachetny, wręcz kryształowy. Tą postacią jest Anna Dobrska, czyli pierwsza polska dyplomowana lekarka. Prawdziwa feministka, która zrobiła dla kobiet bardzo, bardzo dużo. Znam tylko pewne fakty z jej życia, dzięki nim poznaję jej charakter. A czyny mówią o nas więcej, niż byśmy chcieli. Ale, zaznaczam, nie jest to jej biografia, a fabularyzowana opowieść o niezwykłej kobiecie, która wykształciła wielu lekarzy i lekarek, pielęgniarek ginekologicznych oraz położnych.

Pamiętam takie zdanie z „Mam na imię Lucy” Elisabeth Strout, gdzie bohaterka, ale też w pewnym sensie sama pisarka, mówi, że pisze, by ludzie czuli się mniej samotni. Czy to jest ci w jakiś sposób bliskie?
Strout to niesamowita pisarka. Kiedy zaczyna się czytać jej książki, wydaje się, że to, o czym pisze, jest tak zwyczajne, że właściwie człowiek zadaje sobie pytanie, czemu to czyta, a z drugiej strony nie można się od tego oderwać. Ale ja nigdy bym nie powiedziała o sobie tak jak ona – bo to by znaczyło, że piszę do określonej grupy odbiorców, że widzę tego czytelnika czy tę czytelniczkę jako konkretną osobę i uważam, że mogłabym w jakiś sposób swoim pisaniem wpłynąć na jego czy jej życie. Takiej mocy w sobie nie czuję, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Nie oczekuję, że ktoś się będzie utożsamiał z moimi bohaterami. A kiedy słyszę, że moja powieść pomogła komuś się z czymś zmierzyć lub unaoczniła mu pewną sytuację, w której się znajduje, to jestem zdumiona, że mogłam coś takiego wygenerować. I wtedy myślę, że w sumie każdy pisarz mógłby znaleźć sobie takiego idealnego czytelnika. Pytanie, czy to jest jego intencją. Elisabeth Strout – jest; moją – nie. Nigdy nie odsłaniam się w książkach, nie dlatego, że nie chcę nic o sobie mówić, bo chętnie to robię – na spotkaniach autorskich czy podczas wywiadów; po prostu nie wydaje mi się, że w moich książkach powinny się znajdować moje przeżycia. Jedynym wyjątkiem jest „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Żadna z moich fikcyjnych bohaterek nie jest też mną. Bo nie jest mi to potrzebne – umiem i wolę wykreować nowe postacie. Natomiast często prowokuję czytelnika, zderzając z bohaterem, którego nie może czy nie powinien zaakceptować albo który jest inny w sposób literacki. Sugeruję na przykład, że Alicja Księgopolska, bohaterka „Alicji w krainie czasów”, to tak naprawdę ja.

Nawet jest twoje zdjęcie na okładce każdego tomu!
Nieprzypadkowo. To przecież ja się urodziłam w roku 1880 w dworku pod Warszawą. Teraz mam 50 lat i po prostu wolno się starzeję. Za to trzy razy kończyłam medycynę. Ale nikt mi nie wierzy, kiedy to mówię, mimo że wszystkie tropy w książce prowadzą do mojej biografii. Chyba nie jestem przez czytelników postrzegana jako osoba z poczuciem humoru. A taki wizerunek miałam wśród kolegów ze szkoły i pracy, zawsze lubiłam odtwarzać scenki, naśladować innych, stąd też marzenie o aktorstwie. Mam wiele twarzy, ale widocznie nie wszystkie publiczność jest w stanie zaakceptować.

Może jeszcze nie jest na to gotowa? Jako autorka „Stulecia” jawisz się im pewnie jako 100-letnia staruszka, która poznała już całą prawdę o życiu.
Ale ja wcale nie jestem mądra życiowo i wielu rzeczy powinnam się jeszcze nauczyć. To, co już wiem na temat życia, mogę włożyć w usta Broni Winnej, mam na myśli takie proste prawdy, jak ta, że jak nie umiesz wziąć, to nie umiesz też dać. Albo że czasami trzeba kogoś zranić i wbić mu nóż w serce, ale nigdy w plecy. I najważniejsza, którą wygłasza prawie stuletnia Ania: „Wierzyłam w życiu w wiele spraw i równie często wątpiłam. Sądzę jednak, że najważniejsza jest w życiu miłość”.

Serialowi Winni. Od lewej: Mania, Staszek, Andzia i Ania. Trzeci sezon można oglądać na antenie TVP1. (Fot. Damian Hornet/materiały prasowe)Serialowi Winni. Od lewej: Mania, Staszek, Andzia i Ania. Trzeci sezon można oglądać na antenie TVP1. (Fot. Damian Hornet/materiały prasowe)

W jednej ze scen trzeciego sezonu serialu Andzia mówi, że najpierw do domu trzeba wnieść stół, a dopiero potem inne meble. Bo stół to rodzina, wspólnota. I to dobrze wróży zgodzie w domu. Wierzysz w takie rzeczy?
Ponieważ ze strony mamy jestem silnie związana z kulturą bałkańską, słynącą z guseł, sama też jestem pod ich wpływem. Obecnie jestem w trakcie przebudowy domu i żeby wszystko się udało, „po bałkańsku” kupiłam sobie dwie świeczki: białą i czarną. Biała to dobra energia, czarna – zła. One muszą się palić jednocześnie, ale najpierw zapala się białą i powinna się palić dłużej niż czarna. Na Bałkanach wierzy się, że jeżeli mają być jakieś zawirowania, to one spalą się razem z czarną świeczką, natomiast biała będzie wzmacniać wpływ dobrych rzeczy. Niektórym taki rytuał może wydać się śmieszny, ale ja uważam, że koncentrowanie się na pozytywnych rzeczach i dobrych zakończeniach daje bardzo dużo człowiekowi, a przynajmniej mnie. Lubię w sobie to guślarstwo, choć z drugiej strony mam zaufanie do rozumu, a jako lekarz neurolog o ludzkim mózgu wiem prawie wszystko. Nie przeszkadza mi to zupełnie przełączać się na różne tryby postrzegania i odczuwania.

W serialach lekarze to ci, którzy mogą doświadczyć w pracy cudów: śmierci mózgu pacjenta, a potem uzdrowienia...
Nie do końca zgadzam się z takim podejściem, według mnie jest to romantyzowanie naszego zawodu. Kiedy umiera pień mózgu, to mówimy o śmierci w pełnym tego słowa znaczeniu, tu nie ma już odwołania. Ale można się wybudzić z wieloletniej śpiączki, choć można też się nie wybudzić. Kiedyś spytałam naszego wykładowcę, profesora onkologii, czy podczas kilkudziesięciu lat pracy spotkał się z jakimiś medycznymi cudami – odpowiedział, że nigdy. Mówimy tu oczywiście o cudzie, a nie o wyzdrowieniu z ciężkiego stanu.

Dlatego też niespecjalnie przepadam za serialami medycznymi, bo męczy mnie rozdźwięk między tym, jak są tam ukazywani lekarze, a rzeczywistością. To bardzo przyjemnie się ogląda, ale zwykle ma niewiele wspólnego z prawdą. Na przykład to, ile lekarze poświęcają tam czasu każdemu pacjentowi i jego rodzinie – fizycznie to jest po prostu niemożliwe. Albo taka scena: pacjent onkologiczny pyta lekarza, ile czasu mu zostało, a on odpowiada dajmy na to, że trzy miesiące. Zawsze się zastanawiam, na jakiej podstawie to wyliczył. Ja bym w życiu tak nie powiedziała ani też nie powiedziałabym, że te leki sprawią, że pacjent nie będzie miał już napadów padaczkowych – mogę domniemywać, że tak się stanie, ale nie, że tak będzie na pewno. Wierzę w bałkańskie gusła i potęgę podświadomości, ale praktyka lekarska to dla mnie czysta pragmatyka. Jestem bardzo racjonalnym lekarzem...

...ale nie do końca racjonalną pisarką.
Bo tworzę fikcję, tak? Potrafię i lubię zmyślać, jednak absolutna dyscyplina w tworzeniu fikcji jest bardzo ważna. Pracuję jak naukowiec. Każda książka zawiera niezwykle spójną opowieść, z logicznymi wątkami, żelazną konsekwencją zdarzeń. Osobowościowo bardzo się różnię jako pisarka, lekarka i jako matka. Gdybym była taką matką, jaką jestem pisarką, to dzieci by mi chyba weszły na głowę. A gdybym była taką matką jak lekarką, to zamęczyłabym je wymaganiami.

Jaka więc jesteś jako matka?
Z jednej strony stanowcza, a z drugiej – wspierająca. Uważam, że jestem tylko towarzyszem. Kiedy mnie o to proszą lub sytuacja tego wymaga, bywam też przewodnikiem, ale zdecydowanie wolę być towarzyszem i jako ten towarzysz zamierzam się w pewnym momencie pożegnać i powiedzieć: „świat należy do was, tu moje zadanie się kończy”. Bardzo chciałam mieć dzieci i o to walczyłam, ale nie mam poczucia własności czy przekonania, że mają robić to, co chcę. Daleko mi od podejścia bałkańskiego...

Czyli jakiego?
W kulturze bałkańskiej oczywiste jest, że dzieci mają się na starość opiekować rodzicami. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Opieka nad starszymi jest wyrazem szacunku, wdzięczności i miłości. Jestem jednak przeciwna temu, żeby rodzić dzieci tylko w tym celu. Bo kiedy w miejsce miłości pojawia się obowiązek, tworzą się więzy, nie więź. Wolałabym, by to była kwestia wyboru i decyzji ze strony dzieci. Nie uważam także, aby posiadanie dzieci było obowiązkiem kobiety, bo biologia, bo powinność, bo rola społeczna. Nie cierpię takiego biadolenia: „nie masz dzieci, to kto ci na starość poda szklankę wody?”.

Z twoich książek przebija szacunek do starszych pokoleń oraz do historii. Może bierze się to z tego, że jako dziewczynka miałaś tak dobrą relację z bułgarską babcią i polskim dziadkiem?
To były dwie ważne figury w moim życiu. Dziadek Stefan był cudownym człowiekiem, wywodził się z bardzo biednej rodziny i jest żywym dowodem na to, że Pan Bóg czy Pani Bogini rzuca talentami z góry i jeden trafił właśnie w mojego dziadka. Jego siostra ledwo pisała, a tymczasem on został nauczycielem historii i geografii, znał niemiecki, fascynował się też kulturą i literaturą polską, Do tego znał wiele piosenek i pięknie śpiewał. Znał na pamięć całą „Halkę” i „Straszny dwór”. Byłam jego ulubioną wnuczką, trzecią z kolei, uważał, że jestem niezwykła. A ja kochałam z nim spędzać czas. Opowiadał mi mnóstwo bajek – polskich, łużyckich, łemkowskich i łomżyńskich. Recytował Gałczyńskiego, Staffa, Leśmiana czy Tuwima, ale też mniej znanych poetów, jak Kubiaka. To on jako pierwszy zaprowadził mnie na grób Jarosława Iwaszkiewicza, którego bardzo cenił, pożyczył mi też jego „Młyny”. I podarował wszystkie dzieła Szopena. W miejscu, w którym stoi dziś mój dom, była działka, na której hodował warzywa, które wtedy były bardzo egzotyczne: patisony, cukinie, kabaczki. Z kolei babcia Kateryna imponowała mi tym, że była niezależna i trochę dziwna, w dobrym tego słowa znaczeniu. Ojciec wydał ją za mąż za pana, który przedstawił się jako bogaty kawaler. Babcia go nie znała i nie kochała, nie było to też udane małżeństwo. Babcia była pierwszą rozwódką w małej miejscowości Czepełare. Uparła się, że wykształci córkę, i dopięła swego. A kiedy mama wyprowadziła się za granicę, nie usłyszała od niej: „zostawiasz mnie, opuszczasz”. Bardzo ją za to podziwiałam. Jako dziecko nie do końca rozumiałam babcię, ale uwielbiałam jej słuchać. Rzadko mówiła, ale kiedy już powiedziała, zapadało to w pamięć na długo.

– Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena 'ja się dostosuję' Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)– Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena "ja się dostosuję" Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Twoje pokazywanie historii z perspektywy kobiet wzięło się właśnie z tego słuchania babci?
Jeśli już skądś się wzięło, to bardziej z obserwacji bałkańskiej rzeczywistości. Zawsze kiedy przyjeżdżałam do Bułgarii, dziwiło mnie, jak bardzo tamtejsze kobiety żyją w cieniu mężczyzn. Nawet jeśli pracują i zarabiają na rodziny. Zawsze musiały godzić się z tym, co im przynosi los. Rola kobiety w dawnych czasach taka była. Ale były też takie momenty, choćby w historii Polski, co też opisałam w książce o Annie Dobrskiej, że tuż po powstaniu styczniowym, gdy bardzo dużo mężczyzn zostało zabitych, uwięzionych lub wysłanych na Syberię, kobiety musiały się wyemancypować, czyli zacząć pracować, by utrzymać rodzinę. Zresztą co innego miały zrobić: usiąść i płakać? Robiły więc bardzo wiele rzeczy, brały się do introligatorstwa, przepisywania nut czy drukowania książek. W książce opisałam pierwszą kobietę, która założyła atelier fotograficzne w 1865 roku. To była Helena Bartkiewiczówna, ciotka Zygmunta Bartkiewicza z mojego rodzinnego Brwinowa. Jej zakład mieścił się w Warszawie na ulicy Senatorskiej, miał niższe ceny niż u konkurencji i bardzo szeroką ofertę. Helenie pomagały siostry. Nie narzekały, tylko brały sprawy w swoje ręce. Ja też taka jestem.

Zawsze zastanawiałam się, jak ty dajesz radę: z trójką dzieci, lekarską praktyką i karierą pisarską.
Jeśli dopuścimy możliwość inkarnacji, to z pewnością mam w sobie ducha jakiejś kobiety z czasów powstania styczniowego. Może na Syberii nie byłam, bo jestem strasznym zmarzluchem, choć za ukochanym mężczyzną poszłabym i tam. A jeśli nie byłby ukochany, pewnie bym została w kraju i pracowała. Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości. Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena „Ja się dostosuję” Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki.

Co spowodowało tę zmianę?
Ona dokonuje się we mnie cały czas i jest związana z coraz większym poczuciem własnej wartości. Długo czułam się nie dość dobra, a teraz uważam, że jestem wystarczająco dobra i mogę być jeszcze lepsza. Jestem skromna tam, gdzie trzeba, ale uważam, że czasy „siedź w kącie, a znajdą cię” bezpowrotnie minęły. Skoro tyle się napracowałam i tyle osiągnęłam, mam udawać, że tak nie jest?

Jesteś z siebie dumna?
Tak, jestem. I uważam, że nawet gdybym zrobiła połowę tego, co zrobiłam, i tak miałabym mnóstwo powodów do zadowolenia, radości i dumy. Ciągle się rozwijam i zmieniam, może jeszcze czymś nowym się zajmę... A może nie. Staram się być otwarta na wszystko. Nie chcę się spierać ze światem czy próbować mu coś udowodnić, ale twórczo na niego reagować. Bo świat potrafi być zaskakujący. Rok temu pokazał to dobitnie i trzeba było przyjąć to do wiadomości. Mój nawyk dostosowywania się do życia, świata, oczekiwań innych i własnych – stał się bardzo przydatny w obliczu pandemii. Widziałam, że ludzie mieli z tym trudności, ja miałam o wiele mniejsze. A skoro nie musiałam wyjeżdżać kilka razy dziennie z dziećmi, bo wszystkie lekcje odbywały się online, to w zeszłym roku napisałam trzy powieści, scenariusz filmowy i libretto musicalu.

Podziwiam! Na koniec wrócę do „Stulecia Winnych”, bo to opowieść o drugich szansach. Ty też sobie je podarowałaś – zawodowo, zyskując nowy zawód i osobiście – rozstając się z mężem.
Wierzę w drugie szanse. W życiu każdego z nas zdarzają się i takie momenty, kiedy trzeba zacząć wszystko od początku i to jest bardzo trudne, bo nie wiadomo, dokąd nas to zaprowadzi. Może spalimy za sobą mosty i już nigdy nie będzie powrotu? A może zostawimy przeszłość i wyruszymy we wspaniałą przygodę? Gdyby ktoś powiedział mi 12 lat temu, że będę siedziała i oglądała serial na podstawie mojej powieści, a potem będę czytała gorące dyskusje w Internecie o tym, jakim draniem jest ten Kazimierz, to nie tyle bym nie uwierzyła, co była ogromnie zdumiona, że taka droga jest mi pisana. Ale najwyraźniej była. A ja postanowiłam to zaakceptować i ruszyć nią z radością.

Ałbena Grabowska urodziła się w 1971 roku w Pruszkowie, mieszka w Brwinowie. Z wykształcenia lekarz neurolog i epileptolog. Jako pisarka zadebiutowała w 2011 roku powieścią „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Na podstawie jej „Stulecia Winnych” nakręcono serial. Mama Juliana, Aliny i Franka.

  1. Zwierciadło poleca

Odbudować relacje społeczne - rusza kampania „Szkoła-od-nowa”

Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Wraz z powrotem uczniów do szkół rusza ogólnopolska kampania społeczna „Szkoła-od-nowa”. Jej celem jest ułatwienie dzieciom i młodzieży funkcjonowania w szkole po roku przymusowej nauki zdalnej, pomoc w naprawie relacji społecznych i powrocie do zdrowia psychicznego.

Nie ma dla nas dorosłych teraz nic ważniejszego niż pomoc dzieciom i młodzieży w powrocie do równowagi psychicznej – mówi Joanna Węglarz, psycholog i pomysłodawczyni kampanii „Szkoła-od-nowa”. - Szkoła po pandemii będzie inna, ponieważ COVID-19 nieodwracalnie zmienił świat, w którym żyjemy. Nauczyciele i uczniowie muszą się dostosować do nowej szkoły, by była miejscem, które uczy i rozwija społecznie. Dlatego kilkunastu ekspertów w zakresie psychologii, pedagogiki, zdrowia psychicznego, terapeutów i wykładowców akademickich zaangażowało się w kampanię społeczną „Szkoła-od-nowa”, by dzielić się swą wiedzą z nauczycielami i rodzicami. - dodaje ekspertka.

Celem kampanii społecznej „Szkoła-od-nowa” jest zwrócenie uwagi, jak ważna jest kwestia zdrowia psychicznego oraz rozwoju społeczno-emocjonalnego dzieci i młodzieży - bycia w grupie, kontaktów z rówieśnikami i współpracy, a także podjęcie działań, które pomogą uczniom wrócić do szkoły stacjonarnej po roku przymusowej edukacji zdalnej - Rozwój umiejętności społecznych dzieci i młodzieży w czasie pandemii został zaburzony, u niektórych opóźniony albo wręcz wstrzymany. Konsekwencje tego zobaczymy tak naprawdę dopiero za kilka lat. Rzeczywistość w dalszym ciągu jest mało przewidywalna i mało optymistyczna, dlatego tak ważne jest, byśmy umieli pomóc dzieciom i młodzieży powrócić do życia w społeczeństwie i zaspokoić ich podstawowe potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i samorealizacji, bo one w głównej mierze wpływają na prawidłowy rozwój i zdrowie psychiczne – dodaje Joanna Węglarz.

W ramach kampanii, na stronie szkola-od-nowa.pl są udostępniane bezpłatnie dla wszystkich nauczycieli, rodziców, dzieci i młodzieży m.in.:

  • nagrania wideo ekspertów dotyczące tego jak przygotować się do nauki stacjonarnej w sytuacji pandemicznej;
  • materiał na temat technik relaksacyjnych na godzinie wychowawczej;
  • scenariusze godziny wychowawczej dla szkół podstawowych, średnich oraz szkół specjalnych i oddziałów integracyjnych;
  • ebook dla nauczycieli „Jak wspierać rozwój społeczno-emocjonalny uczniów?”;
  • ebook dla rodziców „10 strategii dla wypalonych rodziców”;
  • wyniki badań na temat wpływu pandemii i nauki zdalnej na dobrostan uczniów i nauczycieli;

Badania* pokazują, że dzieci i młodzież są w złej kondycji psychicznej. Rok izolacji społecznej spowodował, że prawie 100 proc. uczniów ma problemy ze snem, blisko 80 proc. z odżywianiem, 70 proc. ma wahania nastroju, a ok. 40 proc. problemy z koncentracją. U 10% zaobserwowano symptomy depresyjne, a u 18 proc. zaburzenia psychosomatyczne (bóle głowy, brzucha, brak energii i zdenerwowanie). 60 proc. uczniów źle ocenia naukę umiejętności praktycznych podczas nauczania zdalnego, a 70 proc. mówi o pogorszeniu relacji społecznych z rówieśnikami. Ponad połowa przyznała, że czuje się przeładowana otrzymywanymi treściami, a aż 66 proc. korzysta z urządzeń elektronicznych przed pójściem spać.

*Badanie realizowane w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych w Polsce, w okresie od  12 maja do 12 czerwca 2020 r, w trzech grupach składających się z uczniów, nauczycieli i rodziców (łącznie ok. 3000 osób), oraz badanie pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka przeprowadzone metodą CAWI na panelu internetowym w dniach 25-28 grudnia 2020 roku na reprezentatywnej grupie ponad 2000 uczniów wieku 15-18 lat oraz rodziców posiadających dzieci w tym wieku.

Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.

  1. Psychologia

Po prostu polub swoje dziecko

Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. (Fot. iStock)
Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. (Fot. iStock)
To, co zachwyca niemowlaka – czułość i bliskość – przedszkolaka zacznie już irytować. To, co przedszkolaka pociąga – wspólna zabawa i sport – będzie żenujące dla nastolatka. Kryteria oceny rodziców zmieniają się tak szybko, jak rosną dzieci. Dobrze wiedzieć, jak być rodzicem na szóstkę, ale... nawet „trójkowi” zdamy ten egzamin. Jeśli się wzajemnie polubimy. 

Kto nie chce być rodzicem idealnym? Ocenianym przez dziecko celująco? To się może udać, bo każdy ma zadatki na idealnego rodzica, ale... dziecka w konkretnym wieku. Niektórzy spełnią się wspaniale jako rodzice niemowlaka, inni będą mieć świetne oceny w oczach nastolatka, a jeszcze inni nawiążą kontakt dopiero z dorosłymi dziećmi. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ w zależności od wieku dziecko zwraca uwagę na inne cechy rodzica i czego innego potrzebuje. Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. Jeśli chcesz być lubiany przez córkę czy syna, zwyczajnie okaż im sympatię. A oprócz tego... zobacz, co i kiedy im się podoba.

Do lat trzech: mama, co dobrze przytula

Mimo że nie potrafi jeszcze wyrazić tego werbalnie, niemowlę może być z rodzica zadowolone lub nie. W tym okresie najłatwiej być mamą czy tatą. Dla maluszka nie liczy się bowiem aparycja (ta stanie się bardzo ważna dla przedszkolaka), ani pochodzenie społeczne (istotne dla nastolatka), ani stan majątkowy, ani wykształcenie. Rodzic może być zaniedbany, niewykształcony, bezradny życiowo. Ale jeśli lubi swoje dziecko, opiekuje się nim – ono jest zadowolone. Niemowlak ocenia cię, stosując bardzo proste kryteria: czy jesteś przy nim i czy zabezpieczasz jego potrzeby fizyczne i emocjonalne. Żeby u niego „zdobyć punkty”, trzeba z maluchem być, mówić, pieścić, okazywać czułość, karmić i przewijać. To wszystko.

Przedszkolak: a mój tata psy tresuje!

„Moja mama jest bardzo ładna. Mój tatuś jest treserem psów...” – gdy dziecko idzie do przedszkola, kryteria oceny rodzica ulegają wielkiej zmianie. Nastaje czas chwalenia się swoimi rodzicami i przejmowania ich zasług. Mama powinna być zadbana, uśmiechnięta i ubierać się kolorowo. Dobrze, gdy rodzice mają ciekawe i – co ważne – zrozumiałe dla dziecka zawody (adwokat czy redaktor nie zaimponuje żadnemu dziecku w tym wieku!), ale też nie spędzają w pracy zbyt dużo czasu. Dlaczego przedszkolak nie ceni garsonek i garniturów? Bo kojarzy je właśnie z pracą, czyli ze swoją największą konkurencją. Potrafi świadomie docenić poświęcany mu czas, ale tylko na zabawę. Nie licz, że posprzątany dom, pranie i pyszny obiad spotkają się z jego uznaniem. To doceni dopiero uczeń, gdy odwiedzą go koledzy czy koleżanki. Żaden przedszkolak nie zrozumie też potrzeby robienia kariery. Możesz mu powtarzać, że robisz to dla niego, żeby kupić mu hulajnogę. Na darmo: za żadne skarby nie zaakceptuje twojego życia zawodowego – im bardziej będziesz w nie zaangażowany, tym więcej punktów ujemnych dostaniesz. Czym mu zaimponujesz?

Pomysłowością, gotowością do zabawy, luzem i spontanicznością. Dzieci w wieku przedszkolnym cenią poczucie humoru rodziców i to, że mogą z nimi uprawiać sport. Jeśli pokazujesz nowe rzeczy i miejsca, wsiadasz na kolejkę w wesołym miasteczku, uczysz je pływać i czytasz codziennie wieczorem – piątka. Przedszkolak doceni to, że organizujesz urodzinowe przyjęcia, że wymyślasz gry i zabawy dla jego kolegów, że śpiewasz piosenki, które zna z przedszkola (za to samo nastolatek przyzna ci punkty karne i uzna za „obciach”). Idealny rodzic przedszkolaka jest uśmiechnięty i skory do wspólnej zabawy. Jego dziecko nie wie jeszcze, co to znaczy „wstydzić się za kogoś”.

Uczeń: dobrze być dzieckiem eksperta

Gdy dziecko idzie do szkoły, kryteria oceny rodzica znów ulegają przekształceniu. Nic dziwnego, zmieniają się bowiem także oczekiwania rodziców wobec dziecka. Nie wystarczy już, by nie płakało, grzecznie się bawiło, było śmiałe i aktywne. Teraz jest ważniejsze, by wykazało się intelektem, bystrością, nie było gorsze od innych. Dlatego cenna staje się wiedza merytoryczna rodzica. Uczeń chce, byś rozumiał, jak działa szkoła, czyli na jaki stres jest narażony. Żebyś potrafił mu doradzić, wysłuchał go, pomógł rozwiązać problemy. Doceni też twoją lojalność i dyskrecję.

A czego nie znosi? Gdy omawiasz z kimś jego sprawy, a nawet cokolwiek o nim mówisz osobie postronnej – za to zawsze są punkty ujemne. Czas, gdy mogłeś chwalić się nim, minął. Za to w dziecku pojawia się poczucie wstydu za ciebie. Zaczyna być bardzo ważne, żebyś go nie kompromitował. Alkoholizm, kłótliwość czy nadaktywność na zebraniach szkolnych są oceniane na równi – i to bardzo negatywnie. Masz wyglądać przyzwoicie (nareszcie docenia garsonki i garnitury) i najlepiej niczym nie różnić się od innych rodziców. Twoje doświadczenie, obycie i wiedza o świecie stają się atutami. W tym okresie możesz też zyskać aprobatę dziecka, zaczynając studia, ucząc się języka czy wciągając je w jakieś hobby. Ponieważ uczeń będzie generować problemy, doceni także twoją anielską cierpliwość.

Dziecko w tym wieku zaczyna zwykle stosować jeszcze jedno kryterium: pogląd jego niekwestionowanego autorytetu. Wychowawczyni mówi, że trzeba czytać książki, a ty wolisz grać na konsoli? Punkty karne! Ukochany trener uważa, że każdy musi umieć pływać, a ty bijesz rekordy na basenie? Szóstka! Osobny przypadek: autorytetem dla dziecka są inne dzieci. Co robić? Aby zasłużyć na uznanie, masz być wyluzowany, nie zawracać mu niepotrzebnie głowy, zgadzać się na bałagan w domu i wieczne odwiedziny znajomych.

Ważna uwaga: rodzice oryginalni, „artyści” nie podobają się dzieciom w wieku szkolnym. Odmienność i indywidualizm docenią dopiero, gdy same dorosną.

Nastolatek: superstarzy bez problemów!

Mówi się, że najtrudniej być rodzicem nastolatka, ale to nieprawda. Wystarczy uświadomić sobie (lub przypomnieć własne doświadczenia), co liczy się dla dojrzewających chłopców i dziewczynek. W tym wieku dziecko usamodzielnia się emocjonalnie i intelektualnie i jest szczególnie wytrwałe w kontestacji wszystkiego, rodziców też. Metody, które sprawdzały się przy młodszych, można teraz wyrzucić, bo potrzeby psychiczne nastolatka są całkiem inne. Podświadomie pragnie przede wszystkim ćwiczyć się w samodzielności na wszelkich możliwych polach. Walkę o swą tożsamość często wiąże z koniecznością uwolnienia się od rodziców.

Czego nie wolno ci robić? Używać formuły: „to normalne, ja też przez to przechodziłem, nastolatki już tak mają”. Nastolatek ceni rodzica, który rozumie, że on jest wyjątkowy, nieprawdopodobnie skomplikowany i nietuzinkowy – bo tak właśnie się postrzega. Mama i tata powinni być też szczęśliwi, mieć własne sprawy, hobby. Po prostu: żeby się o nich nie martwić. Syn lub córka będą teraz unikali pokazywania się z tobą publicznie, czy przedstawiania cię swoim kolegom: chyba że będzie to konieczne.

Ale docenią zamożność rodziny i komfort życia, stale porównując to, co ty osiągnąłeś, z tym, co osiągnęli inni rodzice. Przy czym zupełnie nie będzie ich interesować, jak do tego doszedłeś. Za trud i znój nastolatek nie przyzna ci punktów dodatnich. Natomiast te ujemne natychmiast dostaniesz za: niezgodę na to, na co pozwalają inni rodzice, gorsze warunki życia, nadopiekuńczość i każdą próbę narzucenia swoich pomysłów lub poglądów, także nieznajomość tego, o czym on się teraz uczy. Nie miej też złudzeń, kogo obwini za brak własnych osiągnięć, swoje lenistwo i zaniedbania w nauce. Zgadłeś – ciebie! Jeszcze gdy był uczniem podstawówki, cieszył się, że go nie zmuszasz do ciężkiej pracy. Teraz nie daruje ci, że zmarnowałeś jego uzdolnienia i nie dopingowałeś do nauki. To sygnał, by nie zawsze pobłażać dzieciom. Za to nastolatek nareszcie doceni, że ma schludny dom, gorący obiad i szczęśliwych rodziców.

  1. Psychologia

Jak wychować jedynaka?

To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
Nie trzymaj go pod kloszem, zadbaj o kontakt z rówieśnikami i daj prawo do popełniania błędów.

Tata trzyletniego Karola: – Długo czekaliśmy na synka. Od kiedy się urodził, jesteśmy przeszczęśliwi. Jedno tylko nam tę wielką radość mąci – że nie będzie miał rodzeństwa. Chuchamy na niego i dmuchamy, ale staramy się też uczyć współpracy z innymi dziećmi, dzielenia się zabawkami, co – przyznam – jest bardzo trudne, bo w domu ma przecież wszystko dla siebie. Choć wcześniej nie planowaliśmy posyłać synka do przedszkola, bo jest chorowity, teraz poważnie się nad tym zastanawiam. Uważam, że w przedszkolu mógłby się uspołecznić, nauczyć współpracy z dziećmi. Moim zdaniem, dom mu tego nie zapewni. Żona uważa jednak, że tego wszystkiego możemy go sami nauczyć.

Mama i tata na wyłączność

Coraz więcej rodzin w Polsce ma – z różnych powodów – tylko jedno dziecko. Możemy wręcz mówić o pokoleniu jedynaków. I choć wydawałoby się, że wychować jedno dziecko jest łatwiej niż dwoje czy troje, to rzeczywistość pokazuje, że sprawa jest bardziej skomplikowana, a problem – jak zwykle – tkwi w rodzicach, a konkretnie w ich dobrych chęciach.

Być jedynakiem to znaczy dostawać w rodzinie wszystko, co najlepsze. Także większą niż dzieci z rodzin wielodzietnych możliwość rozwijania swoich pasji i talentów. Rodzice mogą zapewnić jedynakowi to, czego potrzebuje. Dzięki temu ma lepszy start w dorosłe życie. Posiada też na wyłączność ich miłość, uwagę i czas. Ponieważ częściej przebywa z rodzicami, szybciej zdobywa wiedzę o świecie, ma lepszy kontakt z dorosłymi i jest odważniejszy. A to z kolei wpływa na szybsze dojrzewanie intelektualne, co wprawdzie nie zawsze znaczy także społeczne i uczuciowe. Niby wszystko pięknie, ale sytuacja bycia jedynakiem ma również pewne wady.

Zagrożenia

Rodzice mają wobec jedynaka wielkie oczekiwania. Dają mu bardzo wiele, ale także dużo od niego wymagają, co sprawia, że dziecko żyje w ciągłym stresie i ogromnej odpowiedzialności – nie tylko za siebie, ale też za rodziców, za ich samopoczucie, a na starość – za opiekę nad nimi, której nie ma z kim dzielić. Bez rodzeństwa trudniej także poznać samego siebie. Jedynak skupia się na sobie, a to często prowadzi do egocentryzmu. Dziecko, które nie musi z nikim dzielić się tym, co ma, wokół którego wszystko się kręci, może mieć w przyszłości  problem z poświęcaniem uwagi innym, a nawet wyrosnąć na narcyza lub przejawiać skłonność do zachowań aspołecznych.

Jedynacy mają też z reguły większe, niż dzieci wychowujące się z rodzeństwem, problemy z rywalizacją i rozwiązywaniem konfliktów. Gorzej dostosowują się do reguł zarówno w zabawach, jak i pracy. Chcą grać pierwsze skrzypce w grupie, dlatego bywają odrzucani przez rówieśników. Zdarza się, że przyzwyczajeni do uprzywilejowanej pozycji w rodzinie, potrafiący wymóc na rodzicach respektowanie swojej woli, narzucają ją później rówieśnikom.

I jeszcze coś: o wiele trudniej przychodzi im oddzielenie emocjonalne od mamy i taty. Z jednej strony mają więc łatwiej niż dzieci z rodzin wielodzietnych, z drugiej – trudniej, zwłaszcza w sferze emocji: wiele z nich tłumią, ponieważ żyją w przekonaniu, że nie mogą wypaść z roli, jaką wyznaczyli im rodzice, oraz częściej doświadczają samotności.

Bez zbytniego lęku i nadziei

– Rodzice jedynaka są w sposób szczególny zainteresowani jego wychowaniem – mówi psycholog Aleksandra Godlewska. – Mają tylko jedno dziecko i pokładają w nim wszystkie swoje nadzieje. Jeśli rodzice kilkorga dzieci przeżywają jakiś kłopot, niepowodzenie czy zawód związany z jednym, mogą to sobie rekompensować satysfakcją i radością z zachowania pozostałych. Dla mamy i taty jedynaka każdy sukces jest stuprocentowy, a każde niepowodzenie – całkowite.

Chcąc dla dziecka jak najlepiej, nieświadomie popełniają wiele błędów, takich na przykład, jak:

  • „Chcesz – masz”. Skoro ukochane dziecko domaga się natychmiastowego spełnienia życzenia, dla świętego spokoju mu ulegają. 
  • „Daj, pomogę ci”. Roztaczają nad nim opiekuńczy parasol nawet wtedy, gdy samo mogłoby sobie poradzić.
  • „To mi się podoba, to nie”. Nieustannie je oceniają: krytykują albo chwalą, zachwycają się nim albo pouczają.
  • „Co zamierzasz zrobić z…?”. Ingerują w każdą sferę jego młodzieńczego życia.
  •  „Chcesz jedno – dostaniesz dwa”. Aby mu wynagrodzić to, że nie ma rodzeństwa, starają się dać mu w zamian jak najwięcej – bywa więc, że dziecko skrzętnie to wykorzystuje i manipuluje nimi.
  •  „Tylko nas troje”. Trzymają je pod kloszem, izolują od świata, a to powoduje, że ma mniejsze szanse na zetknięcie się z innymi wartościami i postawami niż te, które zna z domu.
  •  „Tak się o ciebie martwię”. Towarzyszy im permanentny lęk o dziecka: bezpieczeństwo, zdrowie, naukę, przyszłość… Mają ogromne trudności z emocjonalnym oddzieleniem się od niego. Rozstanie z synem czy córką, np. z powodu wyjazdu na wakacje, studia czy stworzenia z kimś związku – bywa, zwłaszcza dla matki, bardzo bolesne. Jak sobie i dziecku tego wszystkiego oszczędzić?

Więcej swobody

Jedynactwo nie musi bynajmniej stanowić przeszkody w relacjach dziecka z otoczeniem ani negatywnie wpływać na jego umiejętności społeczne. Pod warunkiem, że jego rodzice pogodzą się z myślą, że mają... więcej (!) obowiązków niż sąsiedzi z czwórką hałaśliwych latorośli.

Wychowanie jedynaka wymaga – wbrew pozorom – większych starań i zabiegów. Rodzeństwo zwykle samo, w sposób naturalny, często poza kontrolą dorosłych, uczy się współpracy i rozwiązywania konfliktów, czyli zdobywa bardzo ważną umiejętność życia w grupie. Jedynakowi także można stworzyć do tego warunki.

Na pewno jedno trzeba sobie powiedzieć: jedynak nie musi być skoncentrowany na sobie, nie ma prawa więcej oczekiwać niż dawać, nie musi wyrosnąć na człowieka zależnego. To, jaki będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. O co więc powinni zadbać?

Stopniowe oddalanie

Psycholog Marta Maruszczak uważa, że najważniejsze jest to, żeby rodzice zapewnili dziecku liczne i częste kontakty z rówieśnikami. I to już od najmłodszych lat – bez względu na częstotliwość kontaktów z dorosłymi. Relacje z rodzicami, ciociami, wujkami nie mogą wypełniać jedynakowi całego życia. To robienie na siłę z dziecka dorosłego. Ono ma prawo do dziecięcych zajęć, zabaw i zachowań.

Nie można też wyręczać go we wszystkich obowiązkach. Dziecko powinno mieć zadania do wypełnienia, ale nie musi ich wykonywać perfekcyjnie. Dobrze jest pozostawić mu trochę swobody i nie oczekiwać, że będzie nam ciągle we wszystkim towarzyszyć. Trzeba też przyznać mu prawo do popełniania błędów, do wyboru kolegów, zainteresowań oraz sposobu spędzania wolnego czasu.

Marta Maruszczak apeluje do rodziców jedynaków: – Nie dopuście, żeby dziecko było dla was całym światem. Dbajcie o inne sfery swojego życia, rozwijajcie własne pasje, tak by wypełnić czas, gdy maluch się usamodzielni. Nie należy podtrzymywać relacji zależności za wszelką cenę. Dla dobra i emocjonalnego zdrowia dziecka, pozwólcie mu się stopniowo od siebie oddalać.

Warto przeczytać:

Kümpel, „Jedynak”, Wydawnictwo Lekarskie PZWL 2004, Pitkeathley, D. Emerson, „Jedynacy”, Czarna Owca 2007, Encyklopedia „Rodzice i dzieci”, Wydawnictwo Park 2002, Kasten, „Rodzeństwo. Ideały, rywale, powiernicy, Springer PWN 1997.