1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kłótnie, manipulacje, brak wsparcia - jak dzieci przechodzą przez rozstanie rodziców. Raport z badania

Kłótnie, manipulacje, brak wsparcia - jak dzieci przechodzą przez rozstanie rodziców. Raport z badania

Fot. materiały prasowe kampanii „Rozchodzi się o dzieci”.
Fot. materiały prasowe kampanii „Rozchodzi się o dzieci”.
Co trzecie rozstanie przebiega w nerwowej atmosferze. Z tego powodu cierpią zwłaszcza dzieci – prawie co drugie jest świadkiem kłótni rodziców, a co piąte w nich uczestniczy. Raport z badania pt. „Dziecko w czasie rozstania rodziców” rzuca światło na proces rozpadu polskich rodzin oraz wskazuje jego psychologiczne i społeczne konsekwencje, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy dziecka. Raport jest elementem kampanii społecznej „Rozchodzi się o dzieci”.

Liczba rozwodów w Polsce od wielu lat rośnie. W samym 2019 roku rozwiodło się ponad 65 tys. małżeństw – to o 2 tys. więcej niż w roku poprzednim. Zgodnie ze statystykami (GUS) ponad połowa rozwodzących się par posiada dzieci. W konsekwencji coraz więcej osób narażonych jest na ogromny stres, poczucie bezradności, zagubienie czy wstyd.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Stowarzyszenia OPTA, ponad 40% ankietowanych rodziców miało poczucie, że ich dzieci ucierpiały w trakcie rozstania. Prawie co piąte dziecko w tym czasie mogło czuć się niekochane lub stracić poczucie bezpieczeństwa. Prawie co drugie było świadkiem kłótni, a co piąte w nich uczestniczyło. Również co piąte dziecko doświadczyło manipulacji ze strony któregoś z rodziców.

Rozstanie rodziców - skutki u dzieci

U jednej trzeciej wszystkich dzieci (37%) rodzice nie zaobserwowali żadnego ze skutków rozstania, co, zdaniem ekspertów, wcale nie jest pozytywnym zjawiskiem.

Tam, gdzie pojawiły się zauważalne konsekwencje rozwodu najczęściej wymieniano: obniżone samopoczucie, zamknięcie się w sobie, pogorszenie relacji z rodzicem czy zwiększoną płaczliwość (zdecydowanie częściej w przedziale wiekowym 0-9 lat). Wśród dzieci w przedziale wiekowym 10-18 lat dochodziło do problemów z nauką oraz niechęci do chodzenia do szkoły. Część rodziców wymieniała też ataki złości i agresji u dziecka i pogorszenie relacji z rówieśnikami.

Jak podkreśla Dorota Sakławska, mediatorka Stowarzyszenia OPTA oraz koordynatorka kampanii społecznej „Rozchodzi się o dzieci”: Tak liczne deklaracje wskazujące na niewiedzę rodziców odnośnie stanu ich dzieci są niepokojące. Partnerzy w trakcie rozstania, ze względu na dużą ilość stresu, mogą być nadmiernie skupieni na sobie i swoich problemach, a przez to nie dostrzegać rzeczywistego stanu i potrzeb dziecka. Oznaki zagubienia w domu mogą być maskowane, a nadmiernie ujawniać się w szkole czy w kontaktach rówieśniczych. Musimy również pamiętać, że każde dziecko przez rozstanie rodziców przechodzi inaczej. W tym okresie szczególnie ważne mogą okazać się konsultacje ze szkolnymi pedagogami czy specjalnymi placówkami, które pomogą w pełni rozpoznać stan dziecka oraz podjąć odpowiednie działania.

Kobiety rozwód znoszą trudniej  

Co trzecia rozstająca się para (37%) przyznała, że rozstanie odbyło się w nerwowej atmosferze, w tym co szósta (16%) przyznała ocenę skrajnie negatywną. Pesymistyczne nastroje zdecydowanie częściej towarzyszą kobietom. Jako nerwową, atmosferę wokół rozstania określiło 43% pań. Takiego zdania był co czwarty mężczyzna. Co czwarta osoba (26%) z perspektywy czasu wyznała, że rozwód mógł przebiec w przyjaźniejszej atmosferze.

Kobiety gorzej znoszą atmosferę rozstania, jednak warto zwrócić uwagę, że to właśnie one zdecydowanie częściej sprawują opiekę nad dziećmi - wśród badanych opiekę nad dzieckiem decyzją sądu otrzymało 59% kobiet i jedynie 7% mężczyzn - co bez wątpienia może wpływać na ich ocenę tej sytuacji. Rozpad rodziny jest wyjątkowo trudnym momentem. Na osobie, która w tym czasie dodatkowo opiekuje się dzieckiem, spoczywa ogromna odpowiedzialność. Ma ona obowiązek zadbać o potrzeby dziecka, ale sama także musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Również w przypadku rodziców kluczowe jest wsparcie rodziny, przyjaciół lub specjalisty. Znalazło to też potwierdzenie w naszych badaniach - im więcej osób wspierało respondentów, tym częściej mówili oni, że atmosfera rozstania przebiegła spokojniej - tłumaczy Sakławska.

Czy rodziny otrzymują pomoc w czasie rozstania?

Aż 40% rodziców przyznało, że w czasie rozstania brakowało im wsparcia innych osób. Jeżeli mogli liczyć na pomoc, najczęściej przejawiała się ona ze strony dziadków (57%). W dalszej kolejności pojawili się inni członkowie rodziny (41%) oraz znajomi (31%). Co szósta osoba nie otrzymała od bliskich żadnej pomocy w tym trudnym okresie. W trakcie rozstania niektórzy decydują się na korzystanie z pomocy specjalistów. Rodzice najczęściej decydują się na wsparcie psychologa (31% przypadków) oraz psychoterapeuty (24%). Z kolei w przypadku pomocy udzielanej dzieciom najczęściej wybieranym specjalistą jest pedagog (30% wskazań).

Katarzyna Przyborowska, prezeska Stowarzyszenia OPTA oraz pomysłodawczyni kampanii, tłumaczy: Wieloletnie doświadczenia naszych specjalistów pokazują, że rozstanie jest jednym z najtrudniejszych kryzysów dotykających rodzinę. Zwykle to dzieci, ze względu na brak odpowiednich zasobów osobistych, najdotkliwiej odczuwają konsekwencje tej decyzji. Jako Stowarzyszenie OPTA prowadzimy kampanię społeczną „Rozchodzi się o dzieci”, której celem jest pokazanie różnych aspektów kryzysu rozpadu rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy dziecka. Chcemy zwiększyć świadomość i wrażliwość społeczną, ponieważ praktyka naszych specjalistów wskazuje na dużą potrzebę edukacji dotyczącej zagrożeń okołorozwodowych. Nie oceniamy decyzji o rozstaniu, lecz w tym trudnym czasie zachęcamy do szczególnej troski o dziecko.

Badanie „Dziecko w czasie rozstania rodziców” zostało zrealizowane jako element kampanii „Rozchodzi się o dzieci”, organizowanej z inicjatywy Stowarzyszenia OPTA. Pełny raport, a także liczne wskazówki i materiały edukacyjne związane z kryzysem wokół rozstania, dostępne są na stronie:www.rozchodzisieodzieci.pl.

Badanie zostało przeprowadzone przez agencję badawczą SW Research, na próbie 204 osób, które w ostatnich 10 latach doświadczyły sytuacji rozwodu lub rozstania oraz posiadały dzieci do 18 r. ż. W ten sposób została opisana sytuacja 309 dzieci.

Stowarzyszenie OPTA od 25 lat działa na rzecz osób znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej, zwłaszcza rodzin doświadczających kryzysów, m.in. wynikających z przemocy domowej i uzależnienia. Oferuje bezpłatne wsparcie psychologiczne i terapeutyczne dla rodziców i dzieci, a także pomoc prawną, mediacje czy specjalne programy edukacyjne.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jaka jest przyczyna nietrwałości współczesnych związków? Pytamy psychoterapeutów

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Łatwo dziś ludziom przychodzi robić w tył zwrot, nawet w dobrych związkach. Powód nie musi być dużego kalibru. Właściwie każdy powód jest dziś dobry. Ale pod tymi błahymi pretekstami często kryją się bardzo głębokie przyczyny.

Łatwo dziś ludziom przychodzi robić w tył zwrot, nawet w dobrych związkach. Powód nie musi być dużego kalibru. Właściwie każdy powód jest dziś dobry. Ale pod tymi błahymi pretekstami często kryją się bardzo głębokie przyczyny.

Rozstania to nowa specjalność współczesnego człowieka. Z roku na rok bijemy w tej dziedzinie rekordy. I co ciekawe – najczęściej mówią sobie „żegnaj” ludzie młodzi.

Pieniądze, seks i dzieci

Magda (28 lat, kieruje działem sprzedaży w firmie kosmetycznej) i Maciej (30 lat, informatyk w prężnym wydawnictwie) planowali ślub. Obydwoje pochodzą z małego miasteczka z robotniczych rodzin. Wszystkiego sami się dorabiają, z tym że ona oszczędza, a on wydaje na lewo i prawo. Ona ogląda każdą złotówkę, on kupuje drogie sprzęty, markowe ubrania, zmienia samochody. I z tego powodu ciągle się kłócili. Już nie mają okazji. Kiedy Maciej wyjechał w delegację, Magda zmieniła zamki.

Iwona i Andrzej (32 lata, lekarze) byli parą od podstawówki. Rozstali się po dwóch miesiącach wspólnego mieszkania.

Iwona: – Wydawało mi się, że znam Andrzeja, że mamy takie same potrzeby, że seks jest dla nas bardzo ważny. Na bycie ze sobą kradliśmy każdą wolną chwilę. Myślałam: „to facet mojego życia”. A wystarczyło, że zamieszkaliśmy razem, i zbliżenia przestały go już ekscytować. Odkryłam, że ma romans. Potem dowiedziałam się, że gdy byliśmy razem, też mnie zdradzał. Wniosłam pozew o rozwód.

Bożena (45 lat, nauczycielka) i Jarek (47 lat, strażak) w przyszłym roku obchodziliby 25-lecie małżeństwa. Dopóki nie mieli dziecka, ich związek kwitł, choć już wtedy kłócili się o ciążę – on naciskał, ona zwlekała. Po urodzeniu córki problemy narastały. On nie widział poza dziewczynką świata, żona od początku podchodziła do dziecka z rezerwą (przeszła depresję poporodową). Jarek każdą wolną chwilę poświęcał małej, rozpieszczał, pozwalał na wszystko, Bożena trzymała ją krótko. Apogeum konfliktu przypadło na wiek dorastania. Wtedy on jawnie stanął po stronie córki. Bożena uznała to za zdradę. Sprawa o rozwód jest w toku.

Tina B. Tessina w książce „Pieniądze, seks i dzieci” właśnie te trzy czynniki – pieniądze, seks i dzieci – uważa za najbardziej zapalne w związkach. Pieniądze – bo stają się substytutem miłości, władzy, poczucia własnej wartości, pozycji społecznej, bezpieczeństwa. Bywają też źródłem konfliktów: Jaka część zarobków jest wspólna, a jaka każdego z partnerów? A co wtedy, gdy jedno nie pracuje? Na co wydawać? Gdzie inwestować? Seks – bo bywa wykorzystywany do kontrolowania partnera i manipulowania nim. A z badań naukowych niezbicie wynika, że trwałość małżeństwa zależy nie tylko od tego, jak partnerzy radzą sobie z nieuniknionymi konfliktami, ale także od jakości zbliżeń. Dzieci – bo zmieniają w życiu małżonków wszystko: priorytety, życie towarzyskie, sytuację finansową i wzajemne relacje. Potem dochodzą konflikty na temat podziału obowiązków i wychowania.

Już nie mamy ochoty grać

Oficjalnie ludzie zeznają, że przyczyną rozstania jest niezgodność charakterów, zdrada i nadużywanie alkoholu. Mniej oficjalnie – na przykład w ogólnoświatowej ankiecie dla miesięcznika „Reader’s Digest” – mówią o przemocy (tak odpowiada 67 proc. ankietowanych we Francji, 50 proc. w Polsce; w Wielkiej Brytanii, Rumunii i Rosji – 49 proc.), ale również o niewierności (w Meksyku 64 proc., Chinach 57 proc., Rumunii 50 proc., RPA 49 proc. i Indiach 39 proc.).

Statystyki dowodzą, że przyczyny rozwodów są stare jak świat. Ale z drugiej strony obserwujemy nowe zjawisko rozstań z byle powodu i pod byle pretekstem. Psycholog Jarosław Przybylski:

– Ludzie trafiający do mnie po kolejnym zerwaniu związku są sfrustrowani i rozczarowani życiem we dwoje. Mówią, że odchodzili, bo się odkochali, bo on coraz bardziej ich denerwował albo że ona za dużo mówi. Powody rozstania czasem są wręcz groteskowe. Jeden z mężczyzn z rozbrajającą szczerością oznajmił: „po prostu któregoś dnia się obudziłem i już mi się nie podobała”.

Internautka na forum dla singli: „Jak dla mnie sprawa jest prosta. Rozstajemy się, bo nagle się okazuje, że już nie mamy ochoty grać. Już nie chcemy być tacy, jakim chce nas widzieć partner. Chcemy być sobą, a okazuje się, że nasze prawdziwe JA już takie interesujące nie jest. Bo taka jest prawda – po zakochaniu stajemy się ikoną, bliżej nam samym nieznaną. Stajemy się »lepsi«, bo staramy się być takimi, jakimi chce nas widzieć partner. Ale ile tak można? Potem wychodzimy z założenia, że tak dłużej się nie da i game over. W drugą stronę też to działa – lata mijają i okazuje się, że ukochany nie jest tą samą osobą co kiedyś. Jeśli zostanie przyjaźń, związek jest do uratowania, bo przecież chemia to nie wszystko. Prawda jest jednak taka, że większość z nas w związkach nawet się nie lubi. Gdy mija namiętność, zaczyna nas drażnić wszystko. I kobiety poświęcają się dzieciom, a faceci szukają kochanek”.

Jesteśmy samowystarczalni

Psycholog profesor Katarzyna Popiołek uważa, że przyczyny rozstań podawane przez partnerów, na przykład w sądzie, mają się nijak do rzeczywistych: – Ludzie mówią o niezgodności charakterów, a tak naprawdę przyczyną jest podobieństwo. To, że zderzają się tymi samymi kolcami: agresja spotyka się z agresją, nietolerancja z nietolerancją, niepohamowanie z niepohamowaniem. Rzeczywiste powody, takie jak przemoc, alkoholizm, też mają inne głębsze przyczyny.

Według Katarzyny Popiołek stabilność związku zależy od czterech czynników. Pierwszy to troszczenie się o kogoś, pragnienie niesienia pomocy. Drugi to współzależność. Czyli wzajemne poleganie na sobie, które przejawia się tym, że obchodzi nas to, co dzieje się z partnerem, że jego działanie ma wpływ na nasze, że wzajemnie na siebie oddziałujemy. Trzeci to zaufanie – czyli rodzaj pewności, że partner będzie wrażliwy na nasze potrzeby. Im dłuższy związek, tym większe zaufanie. A im większe zaufanie, tym mniejsza niepewność. I czwarty czynnik – zaangażowanie, czyli gotowość pozostania w relacji bez względu na okoliczności. Gotowość ta wywodzi się z traktowania związku jako wartości.

 
– Myślę, że przyczyną epidemii rozstań jest to, że te wszystkie cztery czynniki obecnie bardzo słabną – mówi prof. Popiołek. – A słabną dlatego, że świat się zmienił i to, co obowiązywało kiedyś, dziś wydaje się ludziom anachroniczne. Dziś dominującą postawą jest indywidualizm wypływający z filozofii, która mówi, że człowiek powinien dbać przede wszystkim o swoje potrzeby, czerpać z siebie, bo jest samowystarczalny. Jak tu więc przejmować się drugą osobą, gdy mam dbać o własne interesy, rozwijać się? Partner z problemem jest kulą u nogi, przeszkadza, więc lepiej wymienić go na nowy model.

Dzisiaj nie mamy przekonania, że będziemy razem w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji życiowej. Stanowimy parę indywidualności, a każda myśli o własnej karierze. Rywalizujemy ze sobą, kto atrakcyjniejszy. Im większa atrakcyjność jednego z partnerów, tym większe prawdopodobieństwo, że porzuci on tego, który nie nadąża. Z kolei młodzi ludzie stoją przed pułapką zastawioną na nich przez biologię. Otóż natura tak sprytnie to zaprogramowała, że przyciągają się osobnicy dający szansę na najlepsze potomstwo. Ale czasem, gdy przyciąganie słabnie, okazuje się, że ludzie są tak różni, że nic ich ze sobą poza tym nie łączy.

Zabawiamy się na śmierć

Zdaniem psychologów przyczyną nietrwałości współczesnych związków jest też istny wysyp narcystycznych osobowości. Skąd się biorą? Z braku bliskich kontaktów z ważnymi dla nich osobami na wczesnym etapie rozwoju albo ich utratą. Wiele badań pokazuje, że w rodzinach słabną więzi, że rodzice zajęci są karierą, że brakuje wielopokoleniowych domów, czasu na rozmowę, którą zastępuje Internet. Na tej glebie wyrasta narcyz próbujący wypełnić poczucie bezsensowności i pustki bajkami o swojej wspaniałości. Ktoś taki nie jest zdolny do miłości innej niż własna.

Kolejnym gwoździem do trumny związków jest konsumpcjonizm. Zapełniamy swoje życie przedmiotami. Im są one wartościowsze, tym sami czujemy się wartościowsi. W końcu zaczynamy postrzegać siebie jak towar. Chcemy dobrze się sprzedać, być popularni, a to wymaga ciągłego pilnowania, co teraz jest na topie, zmusza do nieustannego udawania. Łatwiej udawać, że się jest kimś, niż być kimś, bo jak się chce być kimś, to trzeba wiedzieć, starać się, pracować. I tak spotyka się towar z towarem, a nie człowiek z człowiekiem. A towar, jak wiadomo, można szybko wymienić.

Winna też jest płynna nowoczesność (termin ukuty przez światowej sławy socjologa i filozofa Zygmunta Baumana). Czyli błyskawiczna zmienność wszystkiego, co nas otacza.

Prof. Katarzyna Popiołek: – To, co wczoraj było pożądane, dzisiaj jest śmieszne. Zasady wczoraj cenione dzisiaj są do niczego. Wszystko musi być tymczasowe, chwilowe. Następuje przedłużona bezdecyzyjność. Ludzie nie chcą się wiązać na dłużej, bo nie wiedzą, czy związek będzie do czegoś przydatny. A jak okazuje się nieprzydatny, to do widzenia. Ale to nie znaczy, że ludzie są dzisiaj źli. Oni po prostu poddawani są piekielnej presji mediów, popkultury, kusi ich bogactwo wyborów i wymóg życia chwilą, która powinna być łatwa, lekka i przyjemna. Amerykański filozof Neil Postman mówi, że świat się teraz zabawia na śmierć. Związek też musi być zabawny i przyjemny. Nie umiemy radzić sobie ze złym nastrojem, który nazywamy często na wyrost depresją. Każdy chce być u szczytu szczęścia, wrażeń, przeżyć. Odrzucamy naturalny rytm emocji, które raz są lepsze, raz gorsze. Panuje wielki lęk przed lękiem czy bólem. Źródłem takich postaw jest m.in. wychowanie. Współcześni rodzice chcą dzieciom dać wszystko, nie pozwalają się im ponudzić, posmucić. A w dodatku dzieci mają być nieustającym powodem do dumy i radości.

Chcemy odmiany

Kasia Żelaska, malarka mieszkająca we Francji, od 32 lat żona Gerome’a: – Prawie wszyscy nasi znajomi są po rozwodzie. Większość z nich to dobre, sprawdzone związki. Rozstali się bez jakichś większych przyczyn, po prostu chcieli odmiany.

Podobną tendencję zauważa Katarzyna Popiołek – rozpadają się całkiem dobre związki. Powód? Nudno. A nowy obiekt zawsze jest bardziej podniecający od starego. Zwłaszcza w seksie, który współczesna kultura przewartościowała do maksimum. Juwenalizacja społeczeństwa, czyli kult młodości, powoduje, że trwa totalna wymiana partnerów na młodszych. Ci wymieniający mają poczucie, że przez to sami stają się młodsi, że oddalają od siebie starość i śmierć.

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. Zupełnie zmieniła się definicja związku – nie pragniemy dobra partnera, lecz chcemy poprzez niego być szczęśliwi. Partner jest tylko środkiem do samorealizacji, sukcesu, szczęścia, ewentualnie do podwyższenia naszej pozycji. Nie uczymy się trudu głębokiego bycia z nim. Nad trwały związek przedkładamy relacje powierzchowne, które szczęścia nie przynoszą, a męczą, więc je kończymy.

– Dzisiaj mentalność długiego trwania jest zastępowana mentalnością trwania krótkiego, zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej – mówi prof. Popiołek. – Teraźniejszość jest oceniana przez pryzmat tego, co nadejdzie. A ponieważ przyszłość jest niewiadoma, więc wolimy nie mieć niczego na stałe.

Kasia Żelaska: – Jednemu z moich znajomych wydawało się, że jak rzuci partnerkę, będzie miał więcej energii do życia, innemu – że napisze wreszcie książkę, pewnej koleżance – że zajmie się sobą. Wszyscy po jakimś czasie stwierdzili, że nic takiego nie osiągnęli. Zupełnie tak jak w filmie Woody’ego Allena „You Will Meet a Tall Dark Stranger” ("Spotkasz wysokiego nieznajomego bruneta"). Starzejący się pisarz znudzony związkiem goni za kobietami, w tym za sąsiadką, którą podgląda przez okno. W końcu nawiązują romans. Pisarz przeprowadza się do kochanki i z jej mieszkania podgląda byłą żonę. Z nowej perspektywy żona wydaje mu się niezwykle atrakcyjna. Wszyscy bohaterowie żyją iluzjami, wpadają w pułapki własnych pragnień i w pogoni za idealnym związkiem rzucają partnerów. I co? Przekonują się, że jest tak samo albo gorzej.

  1. Psychologia

Kiedy w związku możemy znaleźć szczęście? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz dwóch zainteresowanych sobą osób, połączonych przyjaźnią, troską, wzajemnym szacunkiem, ciekawością. W miłości hormony nie są najważniejsze – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Oboje jesteśmy po rozwodach, a więc po miłosnych klęskach. Ale gdybyś teraz miał 30 lat, to co powinieneś mieć w głowie, by kochać kobietę dłużej niż trzy przewidziane przez biologię lata i nie odejść po siódmej rocznicy ślubu, bo tyle czasu nasi przodkowie potrzebowali, żeby podchować dzieci? Z badań wynika też, że mamy mniej czasu na miłość niż jaskiniowcy. W USA pierwszy rozwód następuje średnio po pięciu latach. Gdybym przeczytał statystki i badania, które tak głoszą, mógłbym przyjąć je za pewnik i – niestety – potem sterowałyby one moimi emocjami i ciałem. I nawet jeśli serce i ciało chciałoby dalej kochać, to umysł mógłby ten ogień wygasić. Na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Skoro dane naukowe są takie, że typowa Natalka już nie powinna typowego Frania pociągać, to nie będzie pociągać, choćby pociągała...

Franek nie powinien za wiele czytać, jeśli chce miłości na zawsze? Podobnie Natalka? Nie powinien mieć w głowie badań i statystyk, które mówią, że miłość się nie powiedzie. Oparte na nich teorie grzeszą redukowaniem człowieka do ciała sterowanego hormonami. A my mamy też duchowość, samoświadomość, osobowość, biografie, a także plany, cele, ideały, wartości. To powoduje, że w miłości hormony nie są najważniejsze. Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą. Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz spotkanie dwóch zainteresowanych sobą osób – za pośrednictwem ciał. Tylko w szczególnych, raczej medycznych przypadkach hormony mogą w pełni przejąć kontrolę nad zachowaniem.

Nasza rozmowa pomoże Franiowi kochać? Najważniejsze jest to, na co Franio nie ma żadnego wpływu – czy miał wystarczająco dobrą i mądrą matkę. Taką, która trochę się opiekowała, trochę wspierała, trochę pozwalała na chwile słabości i uczyła wyrażania uczuć. A od czasu do czasu pokazywała ciemną i groźną stronę kobiecości. Dużo też wymagała i z tym Franek musiał nauczyć się sobie radzić. Wtedy Franio, gdy ogarnie go burza hormonów, skieruje się jak najszybciej w stronę innej kobiety niż jego matka, choć będzie szukał kogoś podobnego do niej, osoby oferującej podobny typ relacji. Do takiej relacji bowiem przywykł.

A jeśli znajdzie kobietę podobną do mamy, to... To seks będzie bardzo udany. Bo Franio, tak jak prawie każdy chłopiec, marzył kiedyś skrycie o tym, by mamę poślubić. Ponieważ to zabronione, szuka podobnej do niej kobiety. A jeśli znalazł taką Natalkę, to po jakimś czasie usłyszy od niej, że ona chce mieć z nim dziecko i zostać mamą. To będzie dla Frania szok, bo ojcostwo oznacza ostateczny szlaban na bycie dzieckiem. Franio już nie będzie miał Natalki na żądanie. Już nie będzie mógł się pieścić i grymasić, bo jego własne dzieci szybko przywołają go do porządku. Będzie to trudny czas, bo często młodzi mężczyźni wchodzą w relacje z kobietami po to, by sobie replikować mamę plus, czyli mieć mamę plus seks. I pewnie Natalka też się Franiem nadmiernie opiekowała. A więc to czas na to, by oboje zaakceptowali, że definitywnie kończy się ich dzieciństwo.

Jeśli im się uda, pojawiają się kolejne zagrożenia dla miłości... Tak, ale już jest mnóstwo nitek, które ich wiążą i zbliżają. Franio zacznie nawet w pewnym momencie odczuwać, że nawet za dużo w jego życiu zależy od Natalki. Na przykład jego dobre samopoczucie. Oto Natalka wyjechała na miesiąc z dziećmi, a Franio tęskni, jak kiedyś za mamą.

Może to miłość? Raczej nie. Bo Franek traci z pola widzenia potrzeby Natalki, jeśli myśli, że ją uszczęśliwia swoim przywiązaniem. Gdyby też Natalkę o to zapytał, usłyszałby: „Wiesz, Franek, wkurzasz mnie. To nie jest normalne, że ty zawsze, wszędzie i natychmiast chcesz dostawać to, czego potrzebujesz. A gdzie ja w tym wszystkim?”. I jeśli ma to być opowieść o idealnym związku, to Franek powinien wtedy powiedzieć: „Sorry, przesadziłem, muszę zacząć w sobie szukać tego, czego oczekuję od ciebie”. Oczywiście taki proces powinien się rozpocząć także w Natalce. Oboje zaczynają kombinować, na czym polega dojrzałość i miłość. Orientują się, że przywiązanie i uzależnienie pomyliło im się z miłością, i zaczynają szukać niezależności – zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze swoimi dziecięcymi uczuciami i potrzebami, czyli odnajdują w sobie to, czego Franio szukał w Natalce i na odwrót. Na przykład: ciepła, wsparcia, docenienia, uznania i zachwytu. Być może dzięki temu odkryje, że skoro codziennie potrzebuje czegoś od Natalki, to znaczy, że jest to uzależnienie. Wtedy najlepiej, jak rozpocznie starania, by wyjść z tego uzależnienia. Jak? Powinien się zastanowić, co szwankuje w jego poczuciu wartości, skoro codziennie musi słyszeć od Natalki pochwały. Dlaczego nie wierzy w to, że jest dobry, fajny i nadaje się do kochania.

A jeśli potrzebuje czułości, przytulenia? Każdy od czasu do czasu potrzebuje czułości i przytulenia. Ale dorośli nie potrzebują tego kilka razy dziennie. Franio musi się nauczyć stwarzania sobie samemu okazji, by czuć się bezpiecznie i komfortowo. A to często oznacza, że trzeba pokonać w sobie lenia. Franio mógłby sam sobie zrobić herbatę, ale woli poprosić Natalkę, bo mu się nie chce tyłka ruszyć. Mógłby się zatroszczyć o swoje zdrowie, ale trudno mu zrezygnować z matczynej troski Natalki, jakiej doświadcza, chorując. Ale gdy się w końcu ogarnie i zacznie więcej robić dla siebie, a mniej oczekiwać od Natalki, to szybko zauważy, że między nimi jest lepiej, bo przecież im mniej uzależnienia, tym więcej miejsca na miłość.

Ale przed nim kolejne zagrożenie: kryzys wieku średniego. Dzięki pracy nad sobą wie, że ma też serce i głowę. Może więc przekroczyć biologiczne uwarunkowania, bo stworzył więzi osobowe, a one czynią seks atrakcyjnym na długie lata. „Wolałbym, żeby żona była jędrna i młoda, ale kocham ją, więc uprawiamy seks” – mówi mój przyjaciel. A jego żona wolałaby zapewne faceta, który w wielu wymiarach jest sprawniejszy, ale wybiera jego, bo kocha tę konkretną osobę. Franio też ceni relacje z człowiekiem, z Natalką, a nie tylko z jej ciałem. Nawet jeśli inne napotkane ciało uzna za piękne i młode, to za mało, bo nikt dostatecznie ciekawy i dojrzały w młodym ciele jeszcze nie mieszka. Owszem, ciało może zachwycić Frania estetycznie jak figurka porcelanowa, ale nie jest dla Frania po czterdziestce materiałem na związek.

Franio zostaje więc z Natalką i nie odchodzi ze swoją studentką czy sąsiadką, jak robi wielu innych Franiów? Franio ma w głowie tysiące wspólnych z Natalką rozmów i przekochanych nocy, wspólnych wakacji, a także smutku. To kapitał i spoiwo. Ale będą dłużej razem, jeśli będą aktywni seksualnie. O ten wymiar swojej relacji także muszą się troszczyć. Natalka ma w tej sprawie dwie hormonalne i emocjonalne doliny: pierwsza to ciąża i okres karmienia piersią, a druga – menopauza. Co prawda Franio może być aktywny seksualnie dłużej niż Natalka, ale coraz więcej Franiów już po czterdziestce miewa kłopoty z erekcją. Więc jeśli się za siebie nie weźmie, to zwiędnie przed pięćdziesiątką. Funkcje seksualne, jak wszystkie inne, trzeba ćwiczyć, troszczyć się o utrzymywanie seksualnych organów w dobrej formie. W naszej kulturze ta wiedza jest mało dostępna, można jednak czerpać z kultury Wschodu. Aby zadbać o poziom energii i jakość erotycznego kontaktu, warto solidnie zapoznać się z tantrą. Wzbogacać swoją seksualność i bawić się nią. Zdjąć z niej odium wyczynu i konkurencji. Uważać na przedawkowanie pornografii i masturbacji. Jeśli spotkamy w świecie pikseli coś atrakcyjnego, to dążmy do zorganizowania sobie tego w realu. Oczywiście pod warunkiem, że nie naruszamy prawa ani granic drugiej osoby. W przeciwnym razie masturbacja w kontakcie z pikselowymi obrazami stanie się zagrożeniem dla związku.

Największe zagrożenie to zdrada. To ona jest powodem większości rozwodów. Kasia Miller napisała książkę „Kup kochance męża kwiaty”, bo kochanka może uzdrowić związek, ale sama zostanie poświęcona. Dlatego warto zrobić wszystko, aby wykorzystać ukryty potencjał zdrady. Nie każda zdrada musi być powodem do rozwodu. Doświadczenie psychoterapeutów wskazuje, że jeśli nie wiąże się ona z zaangażowaniem serca, była incydentem, to lepiej wziąć to na swoje sumienie i nie obciążać najbliższej osoby. Jeśli zaś przekształca się w poważny związek, to najlepiej jest jak najszybciej wyznać to stałemu partnerowi. Na tym polega lojalność. Gdy stali partnerzy dają sobie przyzwolenie na inspirowanie się, a nawet zachwyt jakąś trzecią osobą, to dodaje to wspólnemu życiu chęci i barwy – pod warunkiem wszakże, że na zachwycie sprawa się kończy.

A jeśli platoniczne zachwyty stają się zbyt intensywne? Jeżeli Franio coraz więcej uwagi zwraca na inne kobiety i nawiązuje nowe znajomości, wtedy powinien się zdobyć na odwagę i, patrząc w oczy Natalce, powiedzieć: „Natalka, nie wiem, co się porobiło, ale głowa sama mi się odwraca, jak widzę jakąś laskę. Zastanawiam się, czy czegoś mi brakuje w naszym związku”. Mądra, dojrzała i doświadczona Natalka odpowie wtedy ciepło: „Pogadajmy, Franio, i zobaczmy, co to może być”. Przyczyna wcale nie musi być hormonalna. Po prostu nawet w długotrwałych związkach nie potrafimy dzielić się tym, z czym jest nam trudno.

Lęk przed dzieleniem się trudnościami? Przypuśćmy, że Natalka czuje się chora. A w szczególności stan kobiecej części jej organizmu się pogarsza. Nie chce jednak wciągać Franka w to, że ma związane z tym czarne myśli. Poza tym czuje się nieatrakcyjna. Wymawia się więc z intymnych spotkań z Frankiem. Jak sobie o tym pogadają, to będą sobie jeszcze bliżsi. Otworzą nową przestrzeń kontaktu, jeśli Franek, patrząc Natalce w oczy, powie: „Co ty, Natalka, nie wygłupiaj się, ja też mam lęki i dolegliwości”. Wtedy okaże się, że żadne z nich nie musi szukać wsparcia u nowego partnera. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Można dożyć złotej jesieni, wciąż trzymając się za ręce? Można. Jeśli obie strony bardzo tego chcą i codziennie dbają o jakość związku, nie zamiatając niczego pod dywan.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Rozwód czy separacja? Co wybrać, gdy jest już naprawdę źle?

Czasem w związku dzieje się tak źle, że lepiej się rozstać (choć na chwilę), niż dalej się męczyć. (Fot. iStock)
Czasem w związku dzieje się tak źle, że lepiej się rozstać (choć na chwilę), niż dalej się męczyć. (Fot. iStock)
Czasem w związku dzieje się tak źle, że lepiej się rozstać (choć na chwilę), niż dalej się męczyć. Przywykło się myśleć, że separacja daje jeszcze szansę na uratowanie małżeństwa, natomiast rozwód kończy je definitywnie. Mediator dr Tomasz P. Antoszek zna historie par, które się rozwodziły, a potem ponownie brały ślub. A także takich, które bardzo się lubiły, ale nie chciały być już razem…

Rozwód oznacza decyzję o końcu związku, a separacja zostawia szansę na powrót? W momencie wyboru: rozwód czy separacja? – rzeczywiście w dużej mierze chodzi o to, czy decyzja o rozstaniu jest definitywna, czy też nie. Jeśli obie strony są pewne, że nie chcą już być małżeństwem, to właściwszą decyzją – z punktu widzenia zarówno prawa, jak i psychiki – jest rozwód, oczywiście pod warunkiem że jest to zgodne ze światopoglądem i z wartościami, jakimi ludzie się kierują. Częstą pobudką decyzji o separacji jest to, że strony chcą dać sobie czas, bo wierzą, że jeszcze uda im się być razem.

Wyróżniłbym dwa rodzaje separacji: prawna, którą sankcjonuje sąd, oraz separacja nieformalna, kiedy małżonkowie żyją przez jakiś czas oddzielnie, jednak nie czyniąc żadnych formalnych kroków, by separację usankcjonować. Mówią na przykład: „Potrzebujemy kilku tygodni, żeby ochłonąć po zdradzie, rozwiązać problemy, ruszyć z martwego punktu”. Chcą się przekonać, jak będzie im się żyło na odległość, i zyskać większą jasność na temat wspólnej przyszłości. Od razu powiem jednak, że znam historie par, które się rozwodziły, a potem ponownie brały ślub, więc rozwód wcale nie musi być ostatecznym rozstaniem.

Co się dzieje w związkach, które decydują się na separację? Na separację często decydują się małżeństwa, gdzie jedna strona chce się rozstać, a druga nie jest tego pewna. Osoba, która dąży do rozwodu, czasem mówi: „OK, przekonaj się, że naprawdę tego chcę, mnie się nie spieszy”. Zdarza się również, że na separację decyduje się ten w związku, kto czuje się bardziej winny, bo przez lata zaniedbywał związek. W ten sposób chce dać drugiej stronie przestrzeń i czas, żeby rana się zabliźniła, i proponuje separację jako rozwiązanie tymczasowe. To wyjście sprawdza się także u par, które mają jakiś nierozwiązany konflikt. Życie pod jednym dachem sprawia, że konflikt eskaluje. Czasowe rozdzielenie może być szansą na zyskanie dystansu i lepszej perspektywy sporu. Para wtedy ustala na przykład: „Będziemy się spotykać raz w tygodniu w kawiarni czy w parku”. Separacja faktyczna trwa, lecz nagle okazuje się, że para zaczyna ze sobą randkować: on przychodzi z kwiatami, ona wkłada jego ulubioną sukienkę, znowu trzymają się za ręce. Związek się odświeża, a konflikt udaje się rozwiązać.

Z jakich jeszcze powodów pary wybierają separację, nie rozwód? Na przykład ze względu na światopogląd związany z religią – w Polsce przede wszystkim katolicką. Rozwód bowiem rozmija się z ich wartościami. Od takich osób można usłyszeć: „Rozumiem, że nie chcesz żebyśmy żyli razem, ale ja się na rozwód nie mogę zgodzić, ponieważ wzięliśmy ślub kościelny”. Takie podejście należy zrozumieć, warto jednak zauważyć, że wynika ono z błędnie pojmowanej relacji prawa kanonicznego do prawa świeckiego. Tak naprawdę to są dwa zupełnie odrębne porządki, ponieważ tzw. rozwód cywilny nie unieważnia małżeństwa – zgodnie z wiarą małżonków – wobec Boga i nie jest „rozwodem kościelnym”.

Innym powodem separacji  może być bardzo istotny wątek dzieci. On często sprawia, że małżonkowie dają sobie jeszcze szansę. Pomimo że się nie dogadują, są w stanie uzgodnić pewne zasady, żeby pokojowo funkcjonować dla dobra dzieci. Podczas mediacji można ustalić wszystkie sprawy z tym związane.

A czy separacja wpływa na małżeńską wspólność majątkową? Separacja jest dobrym rozwiązaniem, gdy strony chcą rozdzielności majątkowej, a nie dojrzały jeszcze do rozwodu. Orzeczenie przez sąd separacji skutkuje zniesieniem małżeńskiej wspólności majątkowej dokładnie tak jak przy rozwodzie. Jeśli ludzie nie chcą, żeby ich zarobki wpływały na wspólne konto lub jedno z nich nie chce jeszcze przekreślać małżeństwa, ale pragnie zabezpieczyć majątek – separacja jest narzędziem prawnym, dzięki któremu można osiągnąć ten cel.

A czy separacja może być traktowana jako etap przejściowy prowadzący do rozwodu? Na pewno pozwala oswoić się z myślą o nim. W wyroku rozwodowym jest coś ostatecznego. Ta definitywność bywa trudna nawet mimo że jest w jakimś sensie oczekiwana. Dla wielu osób rozwód stanowi bolesne przeżycie, do którego potrzebują się przygotować. Niekiedy separacja jest takim wzięciem oddechu, po którym małżonkowie wracają do siebie, a czasem wprost przeciwnie – utwierdzają się w przekonaniu, że decyzja o rozstaniu była dobra.

Co, gdy trudno nam podjąć decyzję: rozwieść się czy zdecydować na separację? Tu pomocna okazuje się mediacja. Jej rolą jest ułatwienie komunikacji, pozwala usłyszeć się skonfliktowanym małżonkom  inaczej niż wtedy, gdy rozmawiają sami. Mediator jest bezstronny i filtruje komunikaty, dzięki czemu strony przestają „strzelać” do siebie swoimi racjami, tylko mogą usłyszeć, z jakiego powodu coś jest dla kogoś ważne. To otwiera ich na zupełnie nowe rozwiązania, co z kolei prowadzi do konkretnych ustaleń. Mediacja jest po to, żeby dwie strony czuły się wysłuchane, by każda się wypowiedziała i miała poczucie, że ma wpływ na podjęcie wspólnej decyzji.

Z drugiej strony mediacja daje stronom „twarde” rozwiązania prawne. Samo zawarcie ugody przed mediatorem jest umocowane w prawie i po zatwierdzeniu takiej ugody ma moc wyroku sądowego. Małżonkowie mogą ustalić pewne warunki, na przykład dotyczące podziału majątku, które sąd weźmie pod uwagę przy rozwodzie albo je wprost zatwierdzi. W razie niewywiązania się ze zobowiązań jednej ze stron z taką ugodą można iść do komornika.

Jak zwykle przebiega mediacja? Na początku pracujemy nad zdefiniowaniem tego, na czym każdej ze stron zależy. Jeśli nie ma w tym zakresie jasności, mediacja pozwala przepracować na głębszym poziomie motywacje i oczekiwania. Małżonkowie zastanawiają się, jakie mają w tym momencie cele osobiste dotyczące związku czy szerzej: rodzinne. Później mediacja może się potoczyć w różne strony – małżonkowie mogą dojść do wniosku, że ich celem jest ratowanie związku albo zmierzają w stronę rozstania. Warto zaznaczyć, że mediator nie powinien prowadzić terapii, ale podczas mediacji zdarza się, że pary dochodzą do wniosku, że chcą przepracować razem pewne kwestie i zaprosić do tego procesu psychologa.

Jeśli sprawa rozwodowa już się toczy przed sądem, strony zawierają ugodę, informując tym samym sąd, że się pojednały i rezygnują z rozwodu. Jeśli nie ma widoków na utrzymanie małżeństwa, mediator pomaga w ustaleniu warunków rozwodu, na przykład dotyczących majątku, alimentów czy wychowania dzieci. Strony wówczas rozstają się w pokojowej lub przynajmniej mniej wojennej atmosferze.

A kiedy pan jako mediator widzi, że tli się jeszcze jakaś nadzieja na pojednanie? Zawsze zostawiam tę decyzję stronom, do niczego nie zachęcam ani niczego nie sugeruję. Stosuję techniki komunikacyjne, które pozwalają uczestnikom mediacji dotrzeć do tego, czego naprawdę chcą. Miewałem mediacje, podczas których okazywało się, że wniesienie pozwu było po prostu wołaniem o uwagę. Zdarza się, że ktoś zaczyna płakać, że tak naprawdę nie chce tego rozwodu, tylko nie mógł inaczej dotrzeć do żony czy męża. Albo nagle mówi: „Ale ja cię kocham” i trafia na bardzo różne reakcje drugiej strony.

Przetrwanie małżeństwa zależy od tego, co płynie z oczekiwań obu stron: jak widzą rozwiązanie tej sytuacji, jaką mają wizję przyszłości. Pytam wtedy: „Co by się musiało stać, żeby perspektywa dalszego bycia razem była możliwa?”. Czasem słyszę: „Absolutnie nic, bo to dla mnie jest już skreślone” albo: „Gdyby coś się zmieniło, to wówczas…”. Wtedy zadaję kolejne pytania: „Co konkretnie?”. Jeżeli uda się to zdefiniować i dwie strony wyrażają na to zgodę, mogą spróbować się pojednać.

Po jakich zachowaniach obu stron ocenia pan, że rozwód jest nieunikniony? Już na samym początku spotkania można odczytać wiele sygnałów: małżonkowie się nie witają albo udają, że się nie widzą. Bywa, że mówią do siebie per pan i pani, przerywają sobie, atakują się, są ironiczni, czasem okrutni. Kiedy zjawiają się u mediatora, a proces rozwodowy trwa już rok czy dwa lata, w aktach znajduje się wiele bolesnych: prawdziwych, ubarwionych lub zupełnie zmyślonych kwestii, które obie strony zdążyły o sobie napisać, by wykazać przed sądem winę drugiej strony oraz fakt, że tego małżeństwa już nie ma. Wtedy przychodzą do mediatora pełni żalu z powodu tego, co wzajemnie mówili o sobie przed sądem. Słowa bardzo ludzi dotykają. Dlatego do mediatora lepiej przyjść przed postępowaniem sądowym.

Podczas mediacji częściej widzi pan obojętność czy silne emocje? Obojętność jest chyba czymś najgorszym. Silne emocje, nawet wyglądające jak nienawiść, mogą świadczyć o tym, że jeszcze jest co ratować. Pod nimi zwykle kryje się zranienie. Są wskaźnikiem, że poruszany wątek jest istotny. Mogą też sygnalizować potrzebę zmiany. Powód tych emocji trzeba zawsze ustalić w rozmowie.

Prowadziłem mediacje, w których strony wręcz się lubiły, co wcale nie oznaczało, że dalej chcą być razem, jednak o wiele częściej spotykam się z obojętnością czy nawet wycofaniem. Strony wysyłają sygnały, które mówią: „Nie chcę na niego patrzeć”, „Nie chcę siedzieć z nią w jednym pokoju”. W takim przypadku mediator może rozmawiać ze stronami na osobności.

Trzecia postawa to pełna nienawiści chęć wejścia w konflikt, pokazania, że to ja mam rację, że to ja się czuję źle. Profesor Bogdan de Barbaro określiłby to zapewne chęcią unieważnienia drugiej osoby w konflikcie. To zamyka na dialog nie tylko w kierunku ratowania małżeństwa, ale również innych racjonalnych decyzji, które para mogłaby podjąć, rozmawiając ze sobą merytorycznie. Któż bowiem z nas chce być unieważniony?

Dr Tomasz P. Antoszek, mediator, prawnik, psycholog konfliktu. Wykładowca Szkoły Prawa Uniwersytetu SWPS, kierownik Katedry Prawa Prywatnego na Wydziale Psychologii i Prawa w Poznaniu, współzałożyciel DOMU MEDIACYJNEGO Antoszek i Kamińska w Poznaniu.

Rozwód a separacja

Różnice od strony czysto prawnej

Przesłankami rozwodu jest zupełny i trwały rozkład pożycia, a separacji – zupełny. Rozkład ma charakter zupełny, jeżeli ustały więzi fizyczne, duchowe i gospodarcze małżonków, a czy do tego doszło – ustala sąd. Skutkami rozwodu są: ustanie małżeństwa, powstanie rozdzielności majątkowej, wyłączenie dziedziczenia ustawowego, ustanie domniemania pochodzenia dziecka od męża matki, powstanie obowiązku alimentacyjnego względem wspólnych małoletnich dzieci, a w pewnych wypadkach również obowiązku alimentacyjnego między małżonkami. Sąd rozstrzyga też o władzy rodzicielskiej małżonków oraz o kontaktach z dziećmi. Skutki separacji są takie jak w przypadku rozwodu, z następującymi wyjątkami: małżeństwo nie ustaje, a małżonek pozostający w separacji nie może zawrzeć nowego małżeństwa, małżonkowie obowiązani są do wzajemnej pomocy, jeżeli wymagają tego względy słuszności. Separacja może zostać w każdej chwili zniesiona, co oznacza ustanie wszystkich skutków separacji i powrót do wcześniejszego pożycia małżeńskiego. Rozwodu oraz jego skutków nie można „cofnąć”. Orzeczona separacja ułatwia uzyskanie rozwodu. Sąd wówczas ustala, czy rozkład pożycia, który już nastąpił i został stwierdzony w postępowaniu o separację, jest trwały. Sąd może oprzeć się na zgodnych twierdzeniach stron, dotyczących tego, że nie widzą one szans na dalsze utrzymywanie małżeństwa. Udowodnienie, że nastąpiły przesłanki rozwodu, będzie na pewno prostsze. Poza tym w postępowaniu o separację, tak jak w postępowaniu o rozwód, rozstrzyga się kwestie związane m.in. z alimentami i władzą rodzicielską, co pozwala na uregulowanie pomiędzy małżonkami kilku istotnych spraw już w orzeczeniu ustalającym separację.

Potrzebne dokumenty

Do pozwu o rozwód lub separację należy dołączyć odpis skrócony aktu małżeństwa, odpisy skrócone aktów urodzenia dzieci – jeżeli strony posiadają wspólne małoletnie dzieci, dowód uiszczenia opłaty od pozwu (obecnie: 600 zł) lub wniosek o zwolnienie z kosztów sądowych, gdy strona wnosząca pozew nie jest w stanie ich ponieść. Jeżeli jeden z małżonków wnosi o orzeczenie rozwodu z winy drugiego małżonka, to na nim spoczywa obowiązek udowodnienia, że winę za rozkład pożycia ponosi współmałżonek. Może to być wykazane na przykład zeznaniami świadków. Jeżeli natomiast żądanie pozwu obejmuje zasądzenie alimentów na rzecz wspólnych małoletnich dzieci, konieczne jest wykazanie wysokości usprawiedliwionych potrzeb dzieci, zwłaszcza gdy są one zwiększone z uwagi na różne okoliczności, np. chorobę albo dodatkowe zainteresowania i chęć ich rozwijania, i w związku z tym przewyższają wysokość usprawiedliwionych potrzeb dzieci w podobnym wieku. Może to być wykazane na przykład na podstawie rachunków potwierdzających konkretne wydatki. Trzeba jednak mieć na uwadze, że przy ustalaniu alimentów sąd, oprócz wysokości usprawiedliwionych potrzeb dzieci, bierze pod uwagę również możliwości zarobkowe drugiego z małżonków.

Pomoc prawna

Radca prawny lub adwokat może pomóc w sporządzeniu pozwu o rozwód lub separację oraz reprezentować stronę w postępowaniu przed sądem.

Edyta Stanicka, radca prawny z Kancelarii Filipek&Kamiński, specjalizuje się w prawie rodzinnym i cywilnym.

  1. Psychologia

Dziecko - najlepszy nauczyciel od wypartych uczuć i emocji

Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Dzieci pokazują nam to, co wyparliśmy w procesie uspołeczniania. Najczęściej jest to złość, ale też smutek, żal, poczucie winy, spontaniczność. Dlatego warto potraktować je jako naszych najlepszych nauczycieli.

Kiedy przychodzi do mnie matka, twierdząc, że ma problem z własnym dzieckiem, wówczas daję jej kilka zaleceń: „Po pierwsze, napisz na kartce, jakich rad udzieliłabyś swojemu dziecku, co byś w nim zmieniła, a potem przeczytaj wszystko na głos, najlepiej przed lustrem. Następnie wprowadź te zmiany w swoje życie i obserwuj, jak dokonuje się cudowne uzdrowienie twojego dziecka. Po drugie, opowiedz komuś bliskiemu na głos, jak postrzegasz swoje dziecko, zrób to szczerze, opisz rzeczy, z których jesteś dumna, ale też zachowania lub cechy charakteru, które cię niepokoją. Kiedy będziesz opowiadała, bądź świadoma, że każde z wypowiedzianych zdań jest częścią ciebie”.

Z moich długoletnich i wnikliwych obserwacji jasno wynika, że dzieci są papierkiem lakmusowym nas samych. Sposób, w jaki do nich mówimy, pokazuje tak naprawdę nasz wewnętrzny dialog, który z czasem staje się również dialogiem wewnętrznym naszych pociech. Ich zachowania odzwierciedlają wprost nasze emocje. Dlatego jeśli widzimy, że dziecko jest niespokojne, to zamiast je uspokajać, krzyczeć, upominać – warto skontaktować się z własnymi emocjami, bowiem dzieciaki stanowią swoiste odbicie tego, co dzieje się w nas samych. Kiedy my się wyciszymy, w efekcie dziecko zarezonuje spokojem.

To, czego nie chcemy widzieć

Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna, który był bardzo zmartwiony negatywnym nastawieniem swojego dziecka. Zapytałam, kiedy ostatnio doświadczył trudnych emocji, i jak by je opisał. Nie potrafił powiedzieć. Stwierdził, że jeśli dzieje się w jego życiu coś trudnego, skupia się na rozwiązaniu problemu. Oczywiście w takim podejściu nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że mężczyzna ten nauczony został całkowitego wypierania trudnych emocji. Niestety, to, co odtrącamy, zawsze upomina się o siebie i to właśnie najczęściej dzieci pokazują nam to, czego nie chcemy widzieć.

Mężczyzna wraz ze swoją żoną rozpoczął świadomą pracę nad zatrzymywaniem się na negatywnych emocjach – nie po to, aby rozpamiętywać to, co trudne, ale po to, żeby przyznać, że istnieją uczucia, które sprawiają dyskomfort i ból. Paradoksalnie przyznanie się do odczuwania trudnych emocji uwalnia nas od nich, i tym samym uwalnia nasze dzieci. Energię, którą poświęcaliśmy na utrzymywanie ich w nieświadomości, możemy spożytkować na kreowanie radosnego życia, w którym doświadczamy całego spektrum uczuć.

To, przed czym się bronimy

Kiedy postanawiamy, że nie chcemy być więcej ofiarą, ponieważ w dzieciństwie doświadczyliśmy cierpienia, zaczynamy zwykle wchodzić w rolę kata, w konsekwencji nasze dziecko najczęściej przejmuje rolę ofiary, pokazując nam to, z czym nie chcemy się skonfrontować. I przeciwnie – kiedy sami zachowujemy się jak ofiara, nasze dziecko zaczyna przypominać kata. Zjawisko to można zaobserwować w przyrodzie. Wielu opiekunów drapieżnych zwierząt opisuje to niezwykłe doświadczenie, że gdy uciekasz przed tygrysem, to on cię goni, a kiedy zaczynasz biec w jego kierunku – ucieka. Natomiast kiedy się zatrzymujesz i kierujesz życzliwe emocje ku zwierzęciu, ono zaczyna bawić się z tobą i do momentu, w którym nie czujesz lęku, jesteś całkowicie bezpieczna, nawet jeśli tygrys jest głodny.

Podobnie jest z dzieckiem. Jeśli mamy kontakt z własnymi emocjami, wówczas maluch otwiera swoje serce nie tylko na nas, ale na wszystkie przejawy życia. Dziecko, które przebywa w towarzystwie rozluźnionego rodzica, nie jest w stanie być „niegrzeczne”.

To, czego możemy się nauczyć

Zaobserwowałam, że nasze dzieci widzimy przez pryzmat nas samych, własnych nawyków, wzorców, które ukształtowała przeszłość. Wśród psychologów słynne jest powiedzenie, że jesteśmy sumą naszych przekonań. Kiedy rozwijamy się, zaczynamy proces podważania tego, co wydawało się wyrocznią. W niewytłumaczalny sposób dzieci zaczynają dostosowywać się do naszych nowych przekonań – tak jakbyśmy naszymi myślami tworzyli dziecko. Oczywiście, nie ma jednoznacznych badań naukowych potwierdzających to zjawisko. Jednak wnikliwy obserwator bez zbytecznych psychologicznych kwalifikacji może doświadczyć tego, o czym piszę, dlatego zachęcam do otwarcia się na to doświadczenie. Daje ono poczucie ogromnej sprawczości, które potem można z powodzeniem przełożyć na inne dziedziny życia.

Dzieci, oprócz tego, że pokazują nam to, czego nie akceptujemy w sobie, są skarbnicą wiedzy i dają nam odpowiedzi na trudne pytania. W związku z tym, że ich umysły nie są jeszcze przesiąknięte szkolną wiedzą, mają ogromny dostęp do intuicji. Wiedza szkolna wbrew pozorom w bardzo dużym stopniu ogranicza nasze horyzonty. Problem polega na tym, że dorośli nie biorą na poważnie dziecięcych rad. W związku z tym, że dzieci często posługują się metaforą, dorośli traktują ich słowa jako fantazję, a to wielki błąd. Dlatego zachęcam do uważnego słuchania naszych pociech i szacunku do ich mądrości, która pochodzi prosto z serca.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

  1. Psychologia

Momenty zwrotne w naszym życiu - koniec początkiem nowego

Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. (Fot. iStock)
Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. (Fot. iStock)
Śmierć rodziców, choroba dziecka, cierpienie partnera, wypadek – to bolesne punkty zwrotne w naszej podróży przez życie. Nieoczekiwane, nieplanowane, ale nieuniknione. Nawet jednak te zaplanowane, jak narodziny dziecka, mogą wywrócić nasz świat do góry nogami. Jak odnaleźć się po drugiej stronie życiowej zwrotnicy?

Magdalena, 34 lata, z wykształcenia inżynier budownictwa, z pasji – nauczycielka. Po przejściach. Trzy lata temu rozstała się z mężem, zmieniła zawód, wyjechała z Warszawy. – Żyłam intensywnie, szybko, dość wygodnie. Kiedyś znajomi poprosili mnie o korepetycje z matematyki dla swoich córek i tak mnie to wkręciło, że zaczęłam studia psychologiczne. Im bardziej się w nie zagłębiałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że praca z dziećmi to moje powołanie. Nie miałam jednak odwagi niczego zmieniać. Bo firma męża, dom, wyjazdy. I pewnie byłoby tak do dzisiaj, gdyby pewnego dnia mąż nie oznajmił, że wyprowadza się do innej kobiety i nie chce, abym dalej z nim pracowała. To był dla mnie niewyobrażalny cios. A także – przerażenie, lęk, co będzie dalej, jak sobie poradzę. Zaraz potem zdiagnozowano alzheimera u mojej mamy. Jakby tego było mało – kilka miesięcy potem dowiedziałam się, że mam raka piersi. To wszystko powinno było mnie zabić, ale mnie uleczyło.

Na skrzyżowaniu dróg

Często po to właśnie są momenty zwrotne. Już samo określenie „zwrotne” oznacza, że coś się zmienia bezpowrotnie, że nie można wrócić do tego, co było. Na ogół jesteśmy skłonni do łatwych ocen: to dla nas pozytywne, to negatywne. I dopiero po czasie możemy odkryć, że to, co uznawaliśmy za złe, przyniosło dużo dobrego. Najczęściej negatywne okazuje się nie tyle samo zdarzenie (nawet jeżeli jest bardzo bolesne), ile sposób poradzenia sobie z nim. W chwilach przełomowych stoimy w rozkroku na skrzyżowaniu i nie wiemy, dokąd iść. Z jednej strony, mnóstwo naszej energii idzie na utrzymywanie utraconej pozycji. Magdalena na przykład odwlekała moment odejścia z firmy i wniesienia sprawy o rozwód. Może to tylko zły sen? Może jutro mąż się ocknie i wszystko będzie, jak było? Odrętwienie emocji, myśli, zupełny zastój. Z drugiej – zero nadziei na dostrzeżenie horyzontu spoza ciemnych chmur. Brak pomysłu na życie. Zamknięcie się na pomoc z zewnątrz, a tym samym odcięcie się od możliwości robienia kroku do przodu.

Dużo ludzi w takim stanie ucieka w alkohol, narkotyki, seks, hedonistyczne życie przypominające bal na Titanicu – wszystko zmierza do katastrofy, a oni udają, że im dobrze.

Inni budują twardą powłokę zewnętrzną: stają się opryskliwi, niemili. Wszyscy znamy nieprzyjemnych urzędników, którzy pod twardym, pełnym złości i agresji obliczem ukrywają niepewność i słabość. Tak naprawdę bardzo łatwo ich zranić. To zresztą dziwny psychologiczny paradoks – takie osoby poprzez swoje zachowanie wystawiają się na krytykę, ale strasznie z tego powodu cierpią, więc żeby to cierpienie zagłuszyć, atakują, a to z kolei napędza negatywne oceny. Jeszcze inni pod płaszczykiem uległości skrywają słabości – kogoś do rany przyłóż – manipulatora, który wykorzystuje innych, żeby budować swój wizerunek.

Na ogół reagujemy na takie osoby oskarżeniami, złością. A można na moment się zatrzymać, nie odpowiadać krzykiem na krzyk, pomyśleć, co takiego wydarzyło się w życiu tego człowieka, że tak reaguje. Gdy zaprzestaniemy słownego ping-ponga, może naprawdę dużo zmienić się w jego zachowaniu.

Mój cichy policjant

Dlaczego w przełomowych chwilach reagujemy agresją, ucieczką w nałogi, manipulacją? Ponieważ nie umiemy inaczej. Trudności traktujemy jak koniec świata. Czujemy, że wszystko się wtedy wali: dom, relacje, praca. Wypadamy z rutyny. Tamto życie, nawet jeśli nas nie satysfakcjonowało, było znane, bezpieczne i niewymagające pracy. Nowe jest nieznane, nieprzewidywalne i zmusza do zmierzenia się z samym sobą. Wymaga konieczności wyjścia z komfortowego miejsca, spojrzenia na nie z dystansu. A analiza swojego życia z dystansu nie zawsze jest przyjemna. Czasem wynika z niej, że tu i ówdzie czegoś nam brakowało, tam czegoś innego mieliśmy za dużo. Słowem – że trzeba coś z tym fantem zrobić. Moment zwrotny oznacza chaos, bo starego już nie ma, a nowe jeszcze nie nadeszło. Żyjemy, ale jakbyśmy nie żyli, tylko wegetowali.

Niektóre osoby w momentach zwrotnych natychmiast biorą jakiś kurs, nieważne jaki. Jak Katarzyna, menedżerka w firmie konsultingowej, która trzy miesiące po rozwodzie wyszła ponownie za mąż.

– Nie znoszę być sama, rozpamiętywać tego, co było. Szybko się rozwiodłam i szybko po raz kolejny zakochałam. Łukasz wydawał mi się świetnym partnerem i opiekunem dla moich dzieci. No cóż, pomyliłam się. Potem po raz kolejny. Ale nie rwę włosów z głowy z tego powodu. Będę szukać dopóty, dopóki znajdę właściwego mężczyznę.

Katarzyna nie daje sobie prawa do zatrzymania się. Nie wyciąga wniosków, tylko pakuje się w nowy związek. A w nim nie jest świadoma tego, co się dzieje, nie odczytuje sygnałów zbliżającego się kryzysu. A często można poznać, że oto zmierzamy do momentu zwrotnego, nawet jeżeli jeszcze nic się nie wydarzyło. Po czym? Po tym, że wzrasta nasza arogancja, że jesteśmy zbyt pewni, zbyt zachłanni na branie, na sukces. I już nie wystarczają nam starania partnera, chcemy więcej. Aż partner nie wytrzymuje ciśnienia. W sporcie nie zadowalamy się wygraną od czasu do czasu, chcemy wygrywać za każdym razem. Więc się napinamy, zaciskamy zęby. I co? Kontuzja, upadek. Czasem zdradza nas potrzeba nieustannego kontrolowania każdej sfery życia. Ale nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego. Więc coś – w naszym mniemaniu – się wali.

Psychologowie zgodnie podkreślają: gdy spotykają nas trudne wydarzenia – jak  rozwód, utrata pracy, choroba, śmierć, ciężka kontuzja – dajmy sobie prawo do smutku, żałoby. To pierwszy krok ku przyszłości. W takich momentach, gdy się zatrzymujemy, gdy zawieszamy działanie, możemy usłyszeć swoje prawdziwe emocje i uczucia.

Magdalena: – Pozwoliłam sobie na moment zatrzymania dwa lata temu, po tym jak dowiedziałam się o chorobie. I ten moment ciszy cały czas jest obecny w moim życiu, nazywam go cichym policjantem. Zawsze, ilekroć się rozpędzę, mój cichy policjant przywołuje mnie do porządku. Czyli zatrzymuje, każe wziąć parę głębszych oddechów i zastanowić się, co robić.

Budujmy na mocnych podstawach

Magdalena, teraz już absolwentka psychologii, wie, że w momentach zatrzymania uzyskuje dostęp do swoich zasobów, czyli wewnętrznych sił, mocy, talentów. Otwiera kolejne drzwi i zaczyna od nowa. Powoli, małymi krokami. Ten proces nazywa metaforycznie wypiętrzaniem góry. Twierdzi, że owa góra, aby mogła przetrwać kolejne kataklizmy, musi mieć solidne podstawy. Dlatego nie wystarczy uzdrowić jednego aspektu życia, na przykład relacji z ludźmi. Dobrze jest spojrzeć na siebie całościowo, holistycznie. Magda sprawdza, gdzie coś w jej życiu nie zadziałało – przygląda się temu, jak pracowała, wypoczywała, jak się odżywiała. I okazuje się, że wydarzenia, które wcześniej ją spotkały, mają o wiele głębsze korzenie, niż myślała. Przy okazji walki z chorobą zainteresowała się dietą, ruchem, pielęgnowaniem dobrych relacji. Ćwiczy swoje kompetencje, dba o siebie. Jej góra wypiętrza się powoli, ale na bardzo szerokiej płaszczyźnie.

– Jeszcze niedawno nie widziałam horyzontu, był całkowicie zachmurzony. A teraz moja góra przebiła chmury. Już widzę słońce! Ale z niczym się nie śpieszę. Zauważyłam, że kiedyś, kiedy moja góra wypiętrzała się szybko, szybko też się chwiała w posadach.

Katarzyna po trzecim nieudanym związku poszła na terapię. Terapeuta porównał jej budowanie relacji z mężczyznami do układania jengi z klocków (wieży, która ma mnóstwo pustych elementów, dlatego w każdej chwili może się zawalić).

Katarzyna: – Teraz wiem, że budowałam za szybko i na kruchych podstawach. Muszę pracować nad cierpliwością. Jeden związek się nie udał, wchodziłam w drugi, a potem szybko w trzeci. Te same błędy, jedna kalka. Kolejna jenga się przewróciła. Wcześniej żyłam w lęku, że czas ucieka, że mam 25 lat, więc muszę mieć męża i dzieci. Więc zrobiłam wszystko, żeby mieć. Potem dałam sobie wmówić, że muszę mieć faceta. Już więcej razy nie pozwolę zawładnąć się stereotypom, społecznym nakazom. A wszystko dzięki temu, że wreszcie wyciągnęłam wnioski z tego, co mi się przytrafiało, a raczej – co sama sobie fundowałam.

Katarzyna odkryła także – dzięki psychoterapii – przyczynę swoich zawodowych trudności. Zawsze gdy zabierała głos w większym gronie, zżerała ją trema. Mimo że bardzo dobrze przygotowywała się do wystąpień, wszystko miała w jednym palcu. Aż przed którymś posiedzeniem zarządu, na którym miała referować ważne badania, zrobiła tak, jak poradził jej terapeuta – wzięła głębszy oddech i powiedziała sobie: „Trudno, najwyżej nie dam rady”. Ale dała radę jak nigdy dotąd.

– Stało się coś niesamowitego: założyłam porażkę, a osiągnęłam sukces. Cały zarząd był totalnie zaskoczony. A wszystko dlatego, że przygotowałam się do tego wystąpienia, ale jednocześnie sobie odpuściłam, wyluzowałam się i dałam sobie prawo do porażki.

Wielkie otwarcie

Punktem zwrotnym naszego życia, do którego mało kto się przygotowuje, jest śmierć. Biologicznie jesteśmy zaprogramowani, żeby umrzeć, ale psychicznie kompletnie ten fakt wypieramy. Często dopiero choroba, odejście kogoś bliskiego sprawiają, że uświadamiamy sobie kruchość naszego życia.

Magdalena: – Mogę powiedzieć, że sens mojemu życiu nadała śmierć. Zrozumiałam, że mam określony czas i muszę zdecydować, jak chcę go spędzić. Dotarło do mnie, że życie ma początek i koniec. Wcześniej w ogóle o tym nie myślałam.

I zadałam sobie pytanie: o co mi chodzi? Czy o to, żeby coś po sobie zostawić? Nie za bardzo. Raczej żeby zmienić świat na lepsze. I wcale nie chodzi o wielkie czyny. Można zrobić coś małego dla drugiej osoby, coś bezinteresownego. Zaczęłam działać charytatywnie w hospicjum dla dzieci. Od roku uczę matematyki w szkole społecznej. Szkolę się na terapeutkę. Piszę książkę o swoich doświadczeniach. Zatrzymałam się. Wszystko dzięki śmierci. Na ogół jesteśmy wobec niej bezradni, więc szukamy sposobów na nieśmiertelność.

I znajdujemy. W religiach, które dają nadzieję na życie po życiu. W biologii, która udowadnia, że możemy przedłużyć siebie, dając geny potomstwu. Także historia i kultura kuszą, że jeżeli uczynimy coś wyjątkowego, możemy się zapisać na ich kartach. A ja sobie myślę: „No tak, tylko to wszystko odnosi się do przyszłości, a co teraz?”. Dla mnie tak naprawdę najważniejsze jest to, co możemy zrobić dla innych w tej chwili. W języku polskim istnieje piękne słowo „przeżyć”, ja je rozumiem jako przechodzenie przez życie, z akcentem na przechodzenie. A my na ogół nie skupiamy się na teraźniejszości, tylko projektujemy przyszłość.

Dla Magdaleny perspektywa śmierci okazała się początkiem, wielkim otwarciem na życie. Wyrwała ją z toksycznego związku, z pracy, która nie dawała satysfakcji. Pozwoliła odnaleźć spokój i radość. Po to właśnie są trudne zdarzenia – zwrotnice. Żeby ustrzec nas przed degeneracją. Poruszyć do głębi, wyrwać i dać kopa. A my możemy wtedy salwować się ucieczką albo stawić im czoła. Wybór należy do nas.

Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. Bo one są częścią naszego losu.