1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kreacja rzeczywistości, czyli jak spełniają się marzenia?

Kreacja rzeczywistości, czyli jak spełniają się marzenia?

123rf.com
123rf.com
Wystarczy aktywować każdy z ośmiu elementów pełnego spektrum kreacji. Jak to zrobić i na czym to polega - tłumaczy Tom de Winter, nauczyciel praktyk duchowych i terapeuta z Holandii. Od ponad 15 lat na całym świecie prowadzi warsztaty rozwoju, jest jednym z trenerów wyszkolonych przez Drunvalo Melchizedeka.

Wystarczy aktywować każdy z ośmiu elementów pełnego spektrum kreacji. Jak to zrobić i na czym to polega - tłumaczy Tom de Winter, nauczyciel praktyk duchowych i terapeuta z Holandii. Od wielu lat na całym świecie prowadzi warsztaty rozwoju, jest jednym z trenerów wyszkolonych przez Drunvalo Melchizedeka.

- Wszechświat jest kompletny - mówi Tom de Winter. - Każdy z nas też. Jedna komórka ciała zawiera wszystkie cechy danego człowieka, powiększona może się nim stać. Bo jest pełnią. Jeśli coś z niej wykluczysz, nie będziesz kompletny, nie stworzysz siebie doskonałego. Podobnie jest z procesem kreowania rzeczywistości. Trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. To co wewnątrz ujawnia się na zewnątrz.

1. Myśli

Zastanów się dobrze, czy jesteś świadomy każdej swojej myśli. Tego, co pojawia się w umyśle przez 24 godziny na dobę. Myśli to energia, substancja. Każda z twoich myśli przejawi się w końcu w rzeczywistości. Stanie się rzeczą. Warto mieć tego świadomość. Najlepiej, by nasze myśli były pozytywne i jasne. Dobrze jest traktować je jak wyrażanie życzeń. Myśli są wytworem umysłu, a ten jest niezwykle kreatywny. Jedno pytanie, a wiele, wiele odpowiedzi, które rodzą chaos w naszym życiu. Kreatywność umysłu może się wydawać potęgą, ale ona nas gubi. Jeśli jesteśmy naprawdę świadomi siebie, naszym umysłem staje się serce. Wówczas myśli wyrażają jego pragnienia. A w miejsce serca pojawia się umysł - nie rządzą wtedy nami sprzeczne emocje. Umysł w momencie kreacji jest cichy, „mówi” serce. Ono się otwiera, gdy jesteśmy świadomi. W tym stanie znika nasze ego, a autentyczne „ja”, ta boska istota w nas, rozrasta się i kreuje rzeczywistość. Żeby tworzyć, trzeba być tu i teraz, w pełni świadomym każdej myśli, która jest w nas. Myśli innej osoby nie możemy zmienić, własne możemy dowolnie wybierać.

2. Uczucia

Kiedy pracujemy, wykonujemy różne absorbujące czynności, nasz mózg pracuje, „produkując” szybkie wibracje fal beta. To jest rzeczywistość, w której żyjemy. Wówczas mało czujemy, bardziej wiemy. Wiedza jest w naszych czasach ceniona, tymczasem tworzenie z przestrzeni serca polega na tym, żeby dotrzeć do autentycznych uczuć. Kiedy relaksujemy się i medytujemy, przechodzimy w stan alfa, wibracje fal mózgowych zwalniają. I tylko wtedy tak naprawdę jesteśmy obecni w danej chwili. Podczas praktyk medytacyjnych możemy obserwować nasze myśli i uczucia, które się pojawiają. I pozwalać im odpływać. Koncentrujemy się jedynie na oddechu tak, byśmy w pewnym momencie doświadczyli stanu pustki. Pełnego wyciszenia, kiedy nie myślimy. Wtedy przychodzą właściwe odpowiedzi na pytania. Mądrość jest w nas, wystarczy się tylko w nią wsłuchać. Przemawia do nas językiem uczuć. Żeby żyć autentycznym „ja”, czyli bezwarunkowo kochać i przeżywać prawdziwą radość, najpierw trzeba przepracować niższe stany emocjonalne. Wyczyścić je. Dlatego powinniśmy przyjmować każde uczucie i myśl, które do nas przychodzą. Najgroźniejszym wrogiem kreacji jest ignorancja. Wszystko to, czego nie chcemy zobaczyć, od czego się odwracamy, a zwłaszcza to, czego nie chcemy poczuć - wraca do nas zwielokrotnione. Gdy doświadczamy trudnego uczucia, przyjmijmy się, poobserwujmy, pooddychajmy do niego podczas medytacji, a odejdzie. W ten sposób uwalniamy się od negatywizmów. Oświecenie jest proste - należy być światłym, nie żyć w ciemności negatywnych uczuć. Proces kreacji zachodzi, kiedy jesteśmy scentrowani, ześrodkowani.

3. Emocje

Istnieje hierarchia emocji.
  • radość
  • lęk
  • gniew
  • depresja
  • apatia
Nie poczujemy autentycznej radości, jeśli nie doświadczymy każdego ze stanów wypisanych pod nią. Po apatii pojawia się depresja (z nimi często występuje poczucie winy i wstydu). Gdy wychodzimy z depresji, wpadamy w złość. Wyrażony gniew skutkuje strachem, ale gdy już przestajemy się bać, czeka nas radość. Żadnego z tych stanów nie wolno ignorować. Jeśli to robimy, projektujemy uczucia na innych. Gdy na przykład wypieramy złość, szybko zauważymy że otaczają nas gniewni, agresywni ludzie. Kiedy boimy się własnego smutku, mamy kontakty z osobami, którzy go okazują. Co inni bowiem są naszymi lustrami. To jest nauka o nas samych. To pomoc, bo umiejętności umysłu doskonale potrafią okłamywać nasze uczucia. One jednak cały czas w nas są. Emocje to tylko energia, którą możemy dowolnie zmienić, jeśli ją rozpoznamy i przyjmiemy. Dlatego dziękujmy za każdą, która do nas przychodzi. Przyjmijmy ją. Jeśli jest trudna, poprzez wyrażenie jej i obserwację, transformujemy ją. Wykrzyczana w sposób nieraniący drugiego człowieka złość, przeradza się w witalną energię pomagającą działać. Kiedy wejdziemy w lęk i poczujemy go, czekają nas przyjemne, radosne doznania. Jeśli nie będziesz się bać, kiedy odczuwasz lęk, nie jesteś sobą. Jeśli nie jesteś sobą, co kreujesz? Nie to, czego pragniesz.

4. Intencja

Czy zadałeś sobie kiedyś pytanie, jaka jest intencja twojego życia? Po co jesteś na tej planecie? Czego chcesz się nauczyć? Czego doświadczać? Prawdziwe odpowiedzi są jasne. Klarowne. Bo płyną z serca. Potrzeba świadomości i ciszy, żeby je usłyszeć.

5. Uwaga

Żeby skutecznie kreować, potrzeba żyć w tej rzeczywistości. Ona jest jedna. Wszystko dzieje się tu i teraz. Od chwili obecnej zależy przyszła. Teraz tworzymy. Nic nie staje się, co by już nie istniało.

6. Oczekiwania

To naturalne, że mamy wobec życia oczekiwania. Właściwie to ciągle czegoś chcemy. Trzeba jednak być bardzo świadomą istotą, żeby czuć czy nasze oczekiwania pochodzą z poziomu duszy, czy z ego. Spełniają się tylko te pierwsze. Jak je rozpoznać? Gdy czegoś pragnie twoja dusza, w brzuchu czujesz jakby tańczyły ci motyle, przepełnia cię czysta radość. Jednocześnie nie racjonalizujesz, nie wymyślasz tysiąca scenariuszy, umysł jest cichy i spokojny.

7. Słowa

One mają moc, energię. Zadbaj o to, żeby były łagodne, pełne dobrych uczuć i nie natarczywe. Ale prawdziwe. Żeby wyrażały to, co czujesz. Słowem możesz zranić albo błogosławić. Energia każdego wypowiedzianego słowa wraca do ciebie. Dlatego warto świadomie wybierać słowa.

8. Świadomość

Dla energii myśli i uczuć nie ma żadnych ograniczeń, nie liczy się czas ani przestrzeń. Możesz czuć emocje osoby, która przebywa na drugiej półkuli. Jak to działa? Zadzwoń do kogoś, kto przyszedł ci na myśl. Przekonasz się, że on także myślał o tobie. Żeby osiągnąć świadomość skalarną, trzeba podczas medytacji skoncentrowanej na oddechu, wejść w stan próżni, kiedy nie myślimy. W tym stanie możemy uzdrawiać. Możemy poczuć czyjś ból czy dyskomfort we własnym ciele i oddychając do tego miejsca, uzdrowić je. Ta druga osoba poczuje to samo. - Wchodząc do próżni, stajemy się Bogami - mówi Tom de Winter. - Możemy uleczyć siebie i kogoś, jeśli ten ktoś wyrazi taką wolę. W niczym nie jesteśmy ograniczeni, bo wszechświat to jedność. Jedność myśli i uczuć. Jest tak, jak czujemy. Nie ma Boga, który tworzy. Jest Bóg, który tworzy przez nas.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Idealny partner - czy istnieje naprawdę?

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Brunet, 183 cm wzrostu, oczy brązowe. Mogą też być niebieskie. Rozumie twoje troski i humory, kocha i potrafi pięknie o tym mówić. Jest inteligentny i czuły, tryska dowcipem. Ale czy istnieje naprawdę?

Kogo pragną kobiety? Jest wiele teorii. Jedna mówi, że swojego przeciwieństwa, inna – że podobieństwa. Jeszcze inna, że kobiety instynktownie wybierają na partnerów mężczyzn podobnych do ich ojców. Socjologowie wspominają o zgubnym wpływie mass mediów na nierealistyczne wyobrażenia na temat tego, jak powinien wyglądać i zachowywać się idealny partner czy kochanek, a ewolucjoniści twierdzą, że zarówno człowiek pierwotny, jak i żyjący współcześnie, kieruje się – niekoniecznie uświadomionym – pragnieniem przekazania swoich genów.

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. Psycholog David M. Buss pociesza wprawdzie, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni oczekują od partnera zafascynowania, postawy miłości, zrównoważenia emocjonalnego, dojrzałości i niezawodności – czyli wszystkich tych cech, które pozwalają zbudować trwały i szczęśliwy związek. Badacz par i autor książki pt. „Jak zaczyna się miłość? Pierwsze trzy minuty” – Michael Lukas Moeller nie ma jednak wątpliwości: kobiety najczęściej wybierają mężczyzn o dobrej sytuacji materialnej i pozycji społecznej. Przy czym nie kierują się bynajmniej zawartością ich portfela, ale takim zestawem cech osobowości, które wskazywałyby na większą zaradność życiową, czyli: inteligencja, pewność siebie, dojrzałość, przedsiębiorczość. I dodaje, że ten trend utrzymuje się nawet pomimo coraz większej emancypacji – kobiety, które same są niezależne i przebojowe, potrzebują mężczyzn, którzy dotrzymają im kroku.

– Można odnieść wrażenie, że na przestrzeni lat czy nawet wieków niewiele się zmieniło w kwestii oczekiwań, jakie mamy wobec idealnych partnerów. Kobiety nadal chcą przede wszystkim, by mężczyzna, z którym się zwiążą, zapewniał byt i bezpieczeństwo – komentuje psycholog Adriana Klos. – Kiedy jednak bliżej przyjrzymy się ostatnim badaniom, dostrzeżemy niewielkie przesunięcie, wynikające zapewne ze zmiany ich statusu społecznego. W porównaniu ze swoimi prababkami współczesne kobiety są bardziej przebojowe i zorganizowane, nie zależy im już tak bardzo na tym, by mężczyzna miał dużo pieniędzy i władzę, bo same mogą sobie to zapewnić. Teraz bardziej chodzi im o to, by mężczyzna był partnerem, rozumiejącym je i współodczuwającym, na dodatek z poczuciem humoru, żeby się z nim nie nudziły.

Czuły, ale nie łagodny

Oto, jaki obraz wyłania się z coraz częściej przeprowadzanych badań. Czuły, inteligentny, odpowiedzialny, troskliwy, uczciwy, szczery, dojrzały – to zestaw cech idealnego mężczyzny, jakie podały użytkowniczki jednego z portali randkowych. Najmniej pociągający wydał im się partner, który jest: praktyczny, logiczny, łagodny, oszczędny, rzetelny, dokładny, systematyczny i zręczny.

Inteligencja, poczucie humoru oraz atrakcyjny wygląd to cechy, które z kolei uznali za najistotniejsze. Szukamy partnerów sympatycznych, troskliwych i kochających. Istotna jest również wierność, wyrozumiałość, szczerość i czułość. Czuły (znowu!), namiętny, rozumiejący potrzeby kobiet – oto Pan Idealny według Polek, które wzięły udział w badaniu na zlecenie Mattel Poland, producenta plastikowego ucieleśnienia dziewczęcych marzeń – Kena. Pytane kobiety marzą głównie o partnerze do rozmowy. Dobrze, gdyby był też wysokim (183 cm) brunetem o niebieskich lub brązowych oczach.

Idealny mężczyzna powinien być – i tu nie ma zaskoczenia – odpowiedzialny, inteligentny i mieć poczucie humoru. Umieć pocieszyć, ale i rozśmieszyć, no i jak najczęściej mówić „kocham”. Wszystko brzmi cudownie, tylko czy jedna osoba jest w stanie pomieścić w sobie tyle cech? – Im bliższy człowiek, tym większe oczekiwania, że spełni nasze potrzeby i większe ryzyko, że tak się nie stanie. Nikt nas nie zadowoli w pełni, nawet rodzona matka – przestrzega psycholog Adriana Klos.

Podążanie za ideałami jest szczytne, ale co, jeśli okaże się, że są nierealne? Czy to nie stanie się przyczyną odrzucenia kogoś „wystarczająco dobrego”, bo nie jest „dokładnie taki, jak marzyłam”? Z drugiej strony, czy warto iść na kompromisy i wiązać się z kimś, kto nie do końca odpowiada oczekiwaniom, ale się stara? Psycholog radzi, by zacząć od tego, by inaczej konstruować listę priorytetów.

– Zamiast wypisywać cechy, jakie powinien mieć mój wymarzony czy moja wymarzona, lepiej zastanowić się nad tym, na czym mi naprawdę zależy w życiu. Jak sobie wyobrażam swoją przyszłość, jakie wartości cenię. Czy chcę mieć dzieci, czy wolę mieszkać w mieście czy na wsi, czy chcę wziąć ślub czy żyć „na kocią łapę”, na co chcę odkładać pieniądze… – i szukać kogoś, kto ma zbieżne zapatrywania. Oczywiście drobne odstępstwa w mniej ważnych kwestiach są dopuszczalne, gorzej, gdy partner czy partnerka odstaje w tych najważniejszych – temperamentalnych czy światopoglądowych – mówi Adriana Klos. Bo ideał to ktoś, kto po prostu pasuje do naszej bajki.

Kwestia wiary?

Coś na pocieszenie. Naukowcy z University of Sheffield przeprowadzili ciekawe badanie. Wspólnie z badaczami z University of Montpellier we Francji zapytali grupę ok. 116 heteroseksualnych par, jak powinien wyglądać idealny partner, a następnie za pomocą specjalnego programu komputerowego porównali zmodyfikowane zdjęcia „ideałów” z portretami ich rzeczywistych „drugich połówek”. Okazało się, że wszyscy partnerzy życiowi są innego wzrostu, wagi i masy ciała, niż chcieliby badani. Mężczyźni woleliby, aby ich partnerka była szczuplejsza, niż jest w rzeczywistości, kobiety z kolei ucieszyłyby się, gdyby ich partner miał bardziej potężny wygląd. Czego to dowodzi? Że marzymy o męskich mężczyznach i kobiecych kobietach, ale wybieramy… no właśnie, osoby mniej lub bardziej zbliżone do tego ideału. Tylko czy im bliżej gwiazd, tym będziemy bardziej szczęśliwi?

Tak – jeśli wierzymy, że trafiliśmy na ideał. To już wynik innych badań, opublikowanych na łamach „Psychological Science”. 193 pary co 3 miesiące przez 3 lata wypełniały ankietę, w której opisywały charakter partnera, oceniając jego pozytywne i negatywne cechy.

Na koniec opisywały, w jakim stopniu ich ideał powinien się nimi odznaczać. Wyniki były jednoznaczne: osoby, które nie idealizowały swojej „połówki” na początku związku, po trzech latach trwania badań były mniej zadowolone ze swojego małżeństwa. Ci, którzy byli przekonani, że ich ukochany czy ukochana ma w sobie wszystkie cechy, jakich pragnęli (nawet jeśli nie do końca było to zgodne z prawdą) wprost przeciwnie – radośnie utwierdzali się, że trafili w dziesiątkę.

Jaki z tego wniosek? Jeśli w liście do Mikołaja chcesz poprosić o Pana Idealnego, skup się na tym, co chciałabyś z nim robić, jakie wieść życie, jakie wartości powinien wyznawać. Dorzuć do tego jakiś szczegół, który cię najbardziej kręci, czyli błyszczące oczy, zgrabną sylwetkę, niski głos lub silne ręce. Zaklej kopertę, wyślij list, a potem – jak już rozpakujesz prezent – uwierz z miejsca, że to właśnie Ten!

  1. Psychologia

Odkładanie rzeczy na później - jak pokonać ten nawyk?

Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, z której ciężko wyjść. (Ilustracja: iStock)
Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, z której ciężko wyjść. (Ilustracja: iStock)
Czy zdarza ci się zmieniać termin na późniejszy? Czy może przekładasz pewne sprawy na jutro i pojutrze? A może myślisz tak też o wymarzonych wakacjach czy zamieszkaniu w nowym miejscu, jak będzie to cudowne, kiedy najpierw zgromadzisz pieniądze, zmienisz pracę, wyślesz dzieci do pierwszej klasy? Ile razy potem to nigdy nie nadchodzi?

„Odkładacze” - do tej kategorii zaliczamy się w takich sytuacjach. Ja sama czasem jestem „odkładaczem”. Wiele osób odkłada na później aplikowanie na wymarzone stanowisko czy realizowanie jakiegoś swojego planu. Ciągle czują się nie gotowi, nie dość dobrzy, za mało przygotowani. Jedna osoba przez sześć lat pracuje byle gdzie, bo nie może się zdecydować na zmianę. Inna składa projekt unijny i w ostatnim momencie rezygnuje. Ktoś chce wysłać maila, ale cały czas link na jego stronie nie jest gotowy i stronę trzeba jeszcze poprawiać. Kolejna osoba myśli, że jak zrobi kolejny kurs, to już będzie mogła zacząć. Ale potem orientuje się, że może jeszcze jeden kurs by się przydał albo jeszcze coś.

Miałam tak z nauczeniem się nowego języka. Mówiłam sobie, że może później będę mieć więcej czasu albo że najpierw trzeba zająć się czymś innym. Mijało parę miesięcy, a ja nadal stałam w miejscu. W końcu powiedziałam sobie: „dziś zaczynam” i zaczęłam. Wiadomo, że na początku jest trudno, bo trzeba się przyzwyczaić do nowej aktywności, która wydaje się trochę nienaturalna i wcale nie taka przyjemna. Po pewnym czasie widać jednak efekty. Każdy, kto włoży ileś czasu w naukę języka, zrobi postępy. Tak jest ze wszystkim - trzeba zacząć i systematycznie kontynuować. Pewnego dnia pojawi się poczucie biegłości. Zależnie od typu nowej czynności, po dniach, miesiącach, latach praktyki, ale pojawi się. Spójrz w tył, ile czasu już straciłeś i nie trać go więcej.

Cokolwiek nowego robimy, jest to zmiana w naszym trybie życia i na początku pojawia się często poczucie, że jest się nie na miejscu, nie tam, gdzie przyzwyczailiśmy się być. Nawet wzięcie ślubu może być trudnym z początku przejściem, jeżeli wiąże się z całkowitą zmianą trybu życia. Nie mówiąc już o urodzeniu dziecka, kiedy już nic nie jest takie jak dawniej, bo mały człowiek organizuje wszystko wokół siebie. To jest też powód, dlaczego ludzie zwlekają nie tylko z obowiązkami, które ze swej natury bywają trochę uciążliwe, ale też z realizacją marzeń. Wydawałoby się, że to świetna rzecz wybudować domek na wsi albo pojechać sobie w daleką podróż do Indii i wspaniale się o tym myśli. Jednak okazuje się, że wydaje to nam się za dużą zmianą, żeby tak zaraz to zrobić. To jest charakterystyka postępowania „marzycieli” lub „odkładaczy marzycieli”, którzy marzą o czymś, co będzie później, żeby umilić sobie chwilę teraźniejszą, która nie jest aż taka przyjemna. Jak wielu „marzycieli” spełnia swoje marzenia?

Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, w którą jak się wpadnie, to ciężko wyjść, bo już tyle rzeczy odłożyliśmy, że nawet nie wiadomo, od czego zacząć nasze działanie. Jeżeli jednak podejmiesz tę decyzję, że „od dziś”, to wtedy zastanów się, co jest dla ciebie teraz najważniejsze, od czego chcesz tak właściwie zacząć. I zacznij. Nawet jeżeli na początku będzie to szło „jak po grudzie”, to po paru tygodniach zobaczysz efekty swojego nowego działania. A jak spojrzysz wstecz, od razu poczujesz się lepiej po dokonaniu zmiany. Plan wykrystalizuje się w trakcie. Przy odkładaniu polecam najpierw zacząć, a potem tworzyć plan, bo inaczej będziemy tak długo planować, że nie zaczniemy. I do dzieła!

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z facetem zamkniętym w sobie? Dlaczego mężczyźni nie lubią dawać znać o swoich emocjach?

Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 15 Zdjęć
Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki, które radzą, co robić, gdy facet nie umie rozmawiać. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Nie znam kobiety, która choć raz w trakcie trudnej rozmowy nie zobaczyła pleców mężczyzny i nie usłyszała: „Nie chcę o tym mówić”. Ten irytujący sposób dawania nogi mężczyźni nazywają „zamykaniem się w jaskini”. A poradniki usprawiedliwiają zamkniętego w sobie faceta tym, że robi coś naturalnego i ma do tego prawo. Nie, to nie jest naturalne. Mężczyźni w ten sposób unikają trudnych czy przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji, uciekają przed problemami. Postępując tak, zrywają relacje i ich partnerki mogą czuć się zaniepokojone. Kobiety czasem też tak robią, różnica tkwi jednak w tym, dlaczego to robią. Mężczyźni zawsze mieli wyższą rangę społeczną i według nich do dziś nie muszą się wieloma sprawami zajmować. Od uczuć począwszy. Z drugiej strony  – jak pisze Terrence Real w „Jak mam do ciebie dotrzeć?” – chłopcy wcześniej odsunięci od intymnego kontaktu z matką i wychowywani jako ci, którzy mają sami sobie radzić, nie okazują uczuć. Już w wieku kilku lat są mniej niż dziewczynki ekspresyjni i skłonni do kontaktu. A co za tym idzie – w dorosłym życiu uznają, że wyjście z relacji jest bardziej męskie i właściwsze niż znoszenie uczuć, które odbierają jako zagrażające męskości.

Mężczyźni bronią więc opresyjnej wizji męskości, a kobiety gryzą palce, wierząc, że gdy oni „jaskiniują”, one muszą ogarnąć emocje? Czy istnieje skuteczny sposób na to, jak dotrzeć do faceta, który nie chce rozmawiać? To zależy od tego, w jaki sposób mężczyzna oddala się z miejsca dyskusji czy kłótni. Nie zawsze jest to ucieczka. Zdarza się, że wychodzi właśnie dlatego, że chce zadbać o relacje. Mówi: „Przepraszam cię, kochanie, za sekundę powiem, zrobię coś złego i dlatego muszę wyjść, przebiec cztery razy dookoła domu, wrócę za 45 minut i będziemy dalej rozmawiać”. I to jest w porządku. On wie, że nie daje rady być w tej chwili tutaj z nią, i dla dobra relacji potrzebuje przerwy. To męskie zadbanie o sytuację, o siebie i o kobietę. Partner powiedział, po co idzie i kiedy wróci. A to zmienia sytuację, bo ona wie, na czym stoi. Mężczyźni chcą być użyteczni – dawać rozwiązania. A on je znalazł – wie, co zrobić, by nie wybuchnąć, i gdzie poszukać rozwiązania konfliktu. A jeśli po powrocie zacznie rozmowę na temat, który się zarysował, zanim odszedł, to zachowa się wręcz podręcznikowo.

To byłaby sytuacja idealna, ale najczęściej facet zamknięty w sobie nie wraca do tematu, bo uważa, że skoro on ochłonął, to kobieta pewnie też, więc już wszystko w porządku. Pamiętam taką parę z terapii: ona była wściekła na męża, a on miły, delikatny. Więc gdy ona zaczynała tyradę, zmieszany mówił: „Przepraszam, ale muszę do toalety”, i wychodził. A ona dalej – do pustego krzesła. Po czym wracał: „Przepraszam, już jestem”, a wtedy ona zaczynała od początku. Więc on po chwili: „Przepraszam, ale muszę...”. Aż w końcu ja nie wytrzymałem i powiedziałem: „Stary, przestań wypuszczać dołem, zacznij górą”. Wtedy on pierwszy raz jej powiedział, czego chce. To był początek ich wspólnej pracy nad związkiem. Ciekawe i tajemnicze jest to, że w pary łączą nas nie tylko nasze marzenia, ale i ograniczenia. W psychologii procesu mówimy o progach, czyli granicach tożsamości. Dajmy na to: ona ma próg na słuchanie, a on na mówienie, co czuje i czego potrzebuje. Ona jest ekspresyjna, on unika konfliktu. Jest im ze sobą wygodnie, co wcale nie znaczy, że są blisko. Kiedy zaczną rozmawiać, przekraczać swoje progi, mają szansę pogłębić związek. Wychodząc poza sferę komfortu, odkryć coś nowego o sobie, że np. dobrze jest słuchać.

Rozumiem rozmawiać, ale czy gdy facet zamyka się w sobie, warto biec za nim do jaskini?   Jeśli on chce się oddalić, niech idzie, ale nie jest wcale oczywiste, że zawsze trzeba szanować granice partnera i nie wpychać się za nim do jego świata. Bycie w relacji polega na tym właśnie, że niekiedy należy przekraczać granice. Pamiętając więc, że on może powiedzieć „nie”, idź za nim, jeśli czujesz, że to dobre dla waszego związku. Nie z lęku, że on odejdzie na dobre. Bo jeśli to lęk decyduje o tym, co robisz, to nie ty jesteś podmiotem swego życia. Ale jeśli czujesz, że to wam pomoże rozwiązać problem – idź. Na tym polega wnoszenie siebie do związku. A jeśli siebie do niego nie wnosisz, to cię w nim nie ma. To piękne, kiedy kobieta potrafi wejść do męskiej jaskini, bo to wymaga od niej przekroczenia egoizmu, poczucia żalu i krzywdy. Ważne tylko, by nie robiła niczego, co narusza jej godność, bo wtedy już nie mówimy o miłości. Jest taki świetny rysunek Michała Czyża, terapeuty. Są na nim dwa ludziki, które łączy jeden dymek: „Od dawna już się nie ranimy!”. Nie ranimy się, a więc nie jesteśmy w relacji, bo relacja polega na tym, żeby wnosić nie tylko te łatwe, ale i trudne uczucia, zostawiając partnerowi czy partnerce miejsce, żeby także mógł wnieść siebie, swoje reakcje, potrzeby. Warto żyć świadomie, rozmawiać: „Ja mam tak... A ty? Czego byś potrzebował?”. To podręcznikowe, w praktyce trudne, ale na tym polega komunikacja.

Jeśli dbamy o to, żeby nie przekraczać granic, nie ranić się, to też niewiele nas łączy? Super, jeśli wszystko idzie gładko, ale w życiu – prędzej lub później – pojawiają się trudności. Jeżeli nie wnosimy siebie do relacji, to stajemy się osobnymi wyspami. Zaczyna się od tego, że sam ze sobą się nie komunikuję i marginalizuję te kawałki siebie, które mi nie pasują, są trudne czy bolesne. Tak długo, jak nie nauczę się dogadywać ze sobą i z tym, co mi pasuje i nie pasuje we mnie, prawdopodobnie nie uda mi się dobrze komunikować z drugim człowiekiem.

Mój przyjaciel mówi: „Jestem w doskonałej relacji z wieloma ludźmi, ale nie jestem z nimi blisko. Z żoną kłócimy się, ale życia sobie bez niej nie wyobrażam”. Właśnie. Stan doskonałej harmonii i jedności jest możliwy tylko w niebie. Na Ziemi jesteśmy prawdziwi i różne rzeczy nas bolą. Możemy je wspólnie omawiać, bo jak się razem przechodzi przez to, co boli, to buduje się związek. Dbanie o status quo może spowodować, że związek nie będzie byciem razem. Znasz pewnie osoby, które zapytane o relacje odpowiadają: „Jest OK”, w bezosobowy sposób, ze smutkiem. Pod tym OK ukrywa się zniechęcenie, przygnębienie. Rezygnacja z czegoś, co jest dla mnie ważne, dobre. Może to radykalne podejście, ale moim zdaniem związek istnieje, kiedy jestem w nim obecny. Wnoszę siebie i robię miejsce dla drugiej osoby, bo jestem jej ciekawy. Ale nie marginalizuję swoich potrzeb, bo prędzej czy później złość wyjdzie na wierzch, choćby w publicznym upokarzaniu, wbijaniu szpili. Jeśli nie zdobędę się na odwagę, aby być sobą od początku, będę pokazywać tylko ten kawałek eksportowy, to nie mam szansy na zbudowanie bliskości. Może burzliwej, ale takiej, w której mam poczucie, że jestem sobą. Pewnie to nie dla każdego. Wielu ceni spokój i stabilizację. Rozumiem to i szanuję, ale nie polecam.

Zamknięty w sobie facet mówi: „Chcę być sam”, i wybiega, a ja za nim, do jego jaskini, żeby budować relację. Co mnie tam czeka? Bywa, że jeśli mężczyzna się z czymś mierzy, z czymś sobie nie radzi, a kobieta będzie obok niego, to on poczuje, że nie jest z tym ciężarem sam. Wszyscy potrzebujemy wsparcia w trudnych chwilach. Mężczyzna często nie umie nazwać tego, czego chce, ale czasem chce, by kobieta go przytuliła. Gdzieś tam w środku potrzebuje tego samego co ona, czyli poczuć, że nie jest sam, kiedy się boryka z trudnościami. W tej potrzebie mogą się naprawdę spotkać. Jeśli więc kobieta pójdzie za mężczyzną i go obejmie, a on się nie odsunie, to znaczy, że zrobiła to, czego potrzebował. Pewna koncepcja mówi, że większość ludzi w dzieciństwie przeżywa zbyt wczesne odstawienie od matki, a to powoduje, że i mężczyźni, i kobiety jako ludzie dorośli są pełni pretensji do partnerów. Ale pracę należy zacząć od kobiet. Wyleczyć ich wczesnodziecięce porzucenie, nauczyć tego, by porzuciły pretensje i żądania. Wtedy one są w stanie kochać partnerów, a oni – dzięki tej miłości – mogą uzdrowić swoje wczesnodziecięce porzucenie.

Facet nie umie rozmawiać i znowu kobiety mają coś do roboty. W tym, że kobieta, która kocha, może uzdrowić mężczyznę, jest coś kluczowego. Moc kobiety, a zwłaszcza matki, jest potężna. Brak lub niedostatek matczynej miłości ma daleko idące skutki. Widzę to i w mężczyznach, i w kobietach. Badania dowodzą, że ten deficyt uderza w chłopców bardziej. Na szczęście mamy dostęp do matczynej miłości nie tylko przez osobę, która była fizyczną matką, ale też przez choćby kontakt z energią Ziemi.

Wracając do twojego pytania, jeśli kobieta kocha i kieruje nią miłość i do siebie, i do swojego partnera, to będzie umiała odkryć to, co najlepsze dla obojga. Podobnie z mężczyzną, ale zwykle droga do tego miejsca miłości – i do siebie, i do partnerki – w przypadku mężczyzn jest trudniejsza do przebycia. Mężczyźni kulturowo są między dwoma progami. Jeden próg jest na wrażliwość. To ten system przekonań, że chłopaki nie płaczą. Drugi to próg na siłę, która utożsamiana jest z dominacją i przemocą. A to sprawia, że wielu mężczyzn wyrzeka się swojej sprawczości, wyrzekając się przemocy. Samo odzyskanie dostępu do wrażliwości nie wystarczy. Konieczne jest, by mężczyźni odzyskali dostęp do siły, która nie jest przemocą. Głęboki kontakt ze sobą jest im w tym niezbędny. Dopiero kiedy przejdą przez te progi, są zdolni do tego, by pokochać siebie.

Czyli gdy facet zamyka się w sobie, jaskinia to kontakt ze sobą? Tak. Bycie w kontakcie ze sobą cały czas. Ale brakuje nam czasu na trawienie tego, co przeżywamy, taką liczbą bodźców jesteśmy codziennie bombardowani. Rządzą też nami: skuteczność, użyteczność, produktywność, więc nawet w wolnym czasie stawiamy sobie zadania: jeździmy na rowerze, medytujemy, zamiast poleżeć na trawie i popatrzeć w niebo. Nie umiemy robić „nic”, a więc nie spotykamy się ze sobą, czyli z najważniejszą osobą.

Co się dzieje, kiedy „nic” się dzieje? Straszne rzeczy na początku, bo każde pięć minut bez planowania, co za chwilę zrobię, jest udręką. A „nic” jest bezcenne, bo w nim trawimy to, co przeżyliśmy. To sedno jaskini. Pewnego dnia siedziałem w domu i nic nie robiłem, więc mogłem zobaczyć, co się dzieje w mojej głowie. A tam leciał film, który obejrzałem poprzedniego dnia. Banalna historia o gliniarzach z Nowego Jorku. Scena po scenie. Był to akurat czas, kiedy zastanawiałem się nad granicami odpowiedzialności za uczucia innych. No i patrzyłem w okno i oglądałem w mojej głowie ten film... Gdy doszedłem do kluczowej sceny, zrozumiałem, że pada w niej odpowiedź na moje pytanie. Poprzedniego wieczoru tego nie złapałem. Był więc powód, dla którego to się działo, a ja byłem na tyle otwarty na to, co dzieje się w mojej głowie, żeby zauważyć to, co chciało do mnie dotrzeć. Gdybym zajął się czymś innym, przeoczyłbym tę odpowiedź.

Robienie „nic” może być też jałowym „zawieszeniem się”. To co innego niż jaskinia. Czegoś jest w życiu za dużo i dlatego się wyłączasz. Potrzebujesz wsparcia, a nie samotności. Rozróżnić to nicnierobienie od jałowej pustki można po tym, jak się czujemy. Jeśli „nic” nas buduje, to znaczy, że jest dobre. Jeśli nie, problem jest gdzie indziej i nie ma co siedzieć samemu w ciszy. To wszystko jest też tajemnicze. Pamiętam jednego z uczestników moich warsztatów, który jak się zajęcia zaczynały, zasypiał, a budził się na przerwę. Po czym zasypiał, jak zaczynaliśmy pracę. I tak przez dwa lata. Zadziwiające, ale jego życie się zmieniało. Zasypianie to sygnał progu. Mówi: to, co się dzieje, to za dużo, ale jest mi to potrzebne, bo nie odchodzę, tylko wracam.

Zbigniew Miłuński, filozof i terapeuta psychologii procesu. Pracuje jako psychoterapeuta, trener, konsultant w zakresie rozwoju osobistego, komunikacji interpersonalnej, rozwiązywania konfliktów. Prowadzi autorskie warsztaty rozwoju osobistego, w tym warsztaty dla mężczyzn.

  1. Styl Życia

Balet dla dorosłych. Na pierwszych lekcjach nie uczymy ciała, tylko głowę

Na zdjęciu Dominika Nahajowską (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)
Na zdjęciu Dominika Nahajowską (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jej przygoda z baletem zaczęła się w wieku 21 lat. Dziś jej instagramowy profil „White Pointe Shoes” obserwuje prawie trzydzieści tysięcy osób. To zapisana w obrazach i słowach historia młodej dziewczyny, która postanowiła zrealizować swoje marzenie i przekonać innych, że nie ma czegoś takiego jak „nienadawanie się” do sportu. Rozmowa z Dominika Nahajowską - promotorką baletu dla dorosłych. 

Jej przygoda z baletem zaczęła się w wieku 21 lat. Dziś jej instagramowy profil „White Pointe Shoes” obserwuje prawie trzydzieści tysięcy osób. To zapisana w obrazach i słowach historia młodej dziewczyny, która postanowiła zrealizować swoje marzenie i przekonać innych, że nie ma czegoś takiego jak „nienadawanie się” do sportu. Rozmowa z Dominika Nahajowską - promotorką baletu dla dorosłych. 

W dzieciństwie chciałam zostać baletnicą, moja mama zabrała mnie nawet do Poznania do szkoły baletowej, ale nie zdecydowała się zostawić swojego dziecka w internacie. Gdy trafiłam na twojego bloga, moje dziecięca marzenia odżyły, ale pomyślałam sobie, że mam 37 lat i może to już za późno. Na balet rekreacyjny, czyli tak zwany balet dla dorosłych nigdy nie jest za późno! Nie ma ograniczeń wiekowych czy wymagań fizycznych. Nie ważne ile masz lat i jaką masz kondycje, możesz stanąć przy drążku i poczuć się jak baletnica. Trochę Ci opowiem, jak to wyglądało kiedyś. Jedyny balet, z jakim mogłaś się spotkać, to balet zawodowy, do którego dzieciaki trafiały po zdanym przesłuchaniu do szkoły baletowej. I albo się dostawały, czyli całe życie wiązały z tańcem, albo ich przygoda kończyła się w tym miejscu. Dzisiaj już jest inaczej – tak jak nie musisz być zawodowym kolarzem, żeby mieć przyjemność z jazdy na rowerze, czy zawodowym kulturystą, żeby przychodzić na siłownie, tak samo nie musisz być baletnicą, żeby stanąć przy drążku. Szkoły czy zajęcia z baletu dla dorosłych przechodzą prawdziwe odrodzenie – głównie za sprawą Mary Helen Bowers, która przygotowywała Natalie Portman do roli Czarnego łabędzia, a potem swoim treningiem rzeźbiła ciała Aniołków Victoria’s Secret.

Wchodząc na sale, przeżyjesz taką samą lekcje, jakiej codziennie doświadczają tancerze baletu, choć oczywiście dostosowaną do twoich możliwości.

W jakim wieku są ludzie na takich zajęciach dla amatorów? Nie będę tam najstarsza, bo to jakoś tak głupio. Bez obaw, balet dla dorosłych jest dla dorosłych. Z moich obserwacji wynika, że średnia wieku to 25-45 lat, chociaż oczywiście zdarzają się też osoby starsze. Jedna z moich koleżanek, która zresztą potem występowała w zespole amatorskim, zaczęła tańczyć w wieku 40 lat. Dzieci dorosły i postanowiła wreszcie zawalczyć o to, co całe życie chodziło jej po głowie. Wiem, że w wielu szkołach tańca są zajęcia z baletu dla seniorów 60+.

Napisałaś, że zawsze czułaś się wykluczana ze sportu, bo byłaś za chuda, mizerna, bo zajęcia z wychowania fizycznego nie należały do twoich ulubionych. Co się stało, że w wieku 21 lat postanowiłaś pójść na zajęcia z baletu, a nie na salę fitness? Wcześniej próbowałam fitnessu, jogi czy pilatesu, ale czułam że to nie dla mnie. W torebce latały karnety z „jedną pieczątką”, bo wolałam stracić pieniądze niż się męczyć. Byłam pewna, że po prostu mam słomiany zapał. Na salę baletową trafiłam przypadkiem – dostałam bilety na spektakl od znajomej, pierwszy raz w życiu usiadłam na widowni Opery. Zakochałam się. Byłam absolutnie zachwycona tym, do czego jest zdolne ludzkie ciało, ale też bijącymi ze sceny emocjami.

Wróciłam do domu i zaczęłam szukać informacji o obsadzie. Odkryłam, że jeden z tancerzy prowadzi zajęcia dla dorosłych amatorów. Poszłam i przepadłam. Dzisiaj mam 30 lat, wiele w moim życiu się zmieniło, ale na salę baletową ciągle wracam. Chyba jednak nie mam słomianego zapału.

Jak wyglądały twoje początki?  Ile czasu zajęło ci dojście do poziomu, no właśnie, o jakim poziomie można mówić w przypadku dorosłych osób, które zaczynają? Początki zazwyczaj są ciężkie i tak samo było w moim przypadku, chociaż balet sprawiał mi tyle radości, że specjalnie o tym nie myślałam. Chciałam tańczyć. Nie przejmowałam się tym, czy wychodzi, czy nie, byłam gotowa się potykać i przewracać, żeby w końcu się nauczyć.

Nie da się jednak ukryć, że byłam w fatalnej kondycji – studiowałam dwa kierunki, więc głównie się uczyłam, nie byłam rozciągnięta, cały czas bolały mnie plecy. Gdyby nie balet, pewnie do dzisiaj by tak zostało.

(Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes) (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)

„Na pierwszych lekcjach baletu nie uczymy ciała, tylko głowę”. Balet zaczyna się w głowie? Tak i to na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, trzeba pokonać wstyd i uprzedzenia, i na takich zajęciach się pojawić. Uwierzyć, że dasz sobie radę, a nawet jak nie dasz, to nikt cię za to nie zabije. Następny mit – że nauczyciele (pedagodzy) są niemili, albo że mogą kogoś wyrzucić, jak się nie sprawdzi. Jasne – wyjątki się zdarzają, ale najczęściej takie osoby szybko kończą swoją pedagogiczną karierę. W większości przypadków pedagog to osoba, która lubi przekazywać wiedzę i pomagać podopiecznym. Czasem sama jestem pod wrażeniem ich cierpliwości.

Druga rzecz, to walka z ciałem, bo dla niego balet to nowość. Nowy ruch, którego trzeba się nauczyć, przyswoić. Nauczyć trzeba się również wyrozumiałości i motywowania samego siebie, niepoddawania się po pierwszej porażce. Sukces jest nagrodą dla tych, którzy mają siłę próbować do skutku. Nie muszę ci mówić, że to się potem przekłada na wszystkie dziedziny życia.   

Czego będę uczyć się na pierwszych zajęciach? Czy muszę być już rozciągnięta, czy tego wszystkiego będę się uczyć od podstaw? Od absolutnego zera. Przychodząc na zajęcia nie musisz mieć żadnych umiejętności. Na pierwszych lekcjach nauczysz się podstawowych figur (pas) przy drążku. Każda ma swój cel : otwarcie bioder, wzmocnienie nóg itd. Poznasz też nazewnictwo, teorie, technikę. Będzie ciekawie.

Na co powinnam zwrócić uwagę szukając zajęć baletu dla dorosłych? Przede wszystkim na to, czy na sali są drążki – jeśli chcesz spróbować „prawdziwego baletu” będę niezbędne. Cześć szkół prowadzi też zajęcia w stylu body balet, czyli balet na macie, ale to nie do końca to, czego chcesz spróbować. Warto też przyjrzeć się pedagogowi – czy jest empatyczny, czy tłumaczy jasno, czy koncentruje się na podstawach. Jak mówiłam wcześniej, bywają różne przypadki i szkoda czasu na te negatywne osoby. Poza tym, czuj się jak w domu.

Czy będę tańczyć na pointach? W czym w ogóle ćwiczy się na początku? Pointy to następny, zazwyczaj wyczekiwany, etap nauki. Jak tylko twoje ciało będzie gotowe, nie ma przeciwskazań żebyś zaczęła! Ten moment u każdego przychodzi indywidualnie, uzgadnia się to z pedagogiem – dla jednego będzie to po trzech-czterech miesiącach, dla drugiego rok od rozpoczęcia nauki, ale nie jest tak, że jest to nieosiągalne. Na pierwsze zajęcia wystarczą bawełniane skarpetki, jak ci się spodoba – baletki ze sklepu baletowego.

Skoro jesteśmy przy stroju, to w czym powinnam ćwiczyć, jeśli na pierwszych zajęciach nie widzę się jeszcze w body i białych rajstopach? Sama długo się przekonywałam do białych rajstop… ale w nich najlepiej widać, jak pracują mięśnie nóg. W balecie strój ma swoje znaczenie – musi być taki, żeby pedagog widział twoje stopy, kolana, linię bioder, plecy. Jeśli zakryjesz się dresem od stóp do głów, nie będzie w stanie cię poprawić. Jednak dopasowana koszulka i legginsy też załatwią sprawę. Na sali pojawiają się osoby ubrane bardzo różnie – od typowo baletowych outfitów po zupełną awangardę. Na pewno nie  będziesz się wyróżniać, zresztą każdy i tak patrzy pod swoje nogi – jak już ustaliłyśmy, balet mocno zajmuje głowę.

A można ćwiczyć w domu, na przykład korzystając z twoich zajęć na YouTube? Moje treningi to głównie rozciąganie i wzmacnianie „pod balet”. Baletu jako takiego bez nadzoru w domu nie polecam, bo bardzo łatwo nabawić się złych nawyków, a one mogą prowadzić do kontuzji. Zresztą cała magia polega na stawaniu przy drążku. W domowej wersji dobrze sprawdzają się, wymyślone podczas lockdownu zajęcia na tzw. zoomie – czyli my widzimy pedagoga, a pedagog nas.

(Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes) (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)

Pewnie często słyszysz to pytanie, ale czy balet to kontuzjogenna dyscyplina, czy nie ma różnicy między nim, a zajęciami fitness? Zdjęcia pokrzywionych od point stóp hulają w Internecie, a „Czarny Łabędź” nadal zbiera żniwa. Wiadomo – każdy sport zawodowy, a tak można traktować balet, niesie za sobą pewne ryzyko, ale rekreacja mało kiedy jest szkodliwa, w końcu ruch to zdrowie. Balet dla dorosłych to fajna, bezpieczna forma ruchu, która często pomaga nam w typowo środowiskowych dolegliwościach – wzmacnia plecy, likwiduje garbienie, usprawnia ciało. Nie ma się czego obawiać, aczkolwiek różnica moim zdaniem jest na korzyść baletu. Na żadnych zajęciach z fitnessu nigdy nie czułam się tak „zaopiekowana” przez pedagoga, jak zawsze jestem na balecie.

Jakie korzyści, oprócz satysfakcji i nauki czegoś nowego, daje ci balet? A jakich korzyści można jeszcze oczekiwać od pasji? Mam wrażenie, że zapomnieliśmy, co oznacza słowo „rekreacja”, czyli robienie czegoś dla przyjemności. W życiu robimy masę rzeczy, których nie lubimy, ale które coś nam dają – np. praca, niektóre relacje towarzyskie. Czas sobie przypomnieć, że istnieją też rzeczy, które warto robić dla czystej przyjemności. Dbać o równowagę między „muszę”, a „chcę”. To właśnie może dać ci balet.

  1. Psychologia

Jak oszczędzać i nie rezygnować z przyjemności na wakacjach?

Na początku należy zastanowić się, czy skoro tak bardzo zależy mi na superfajnym urlopie, na który mnie nie stać, to czego tak naprawdę chcę? Jaka potrzeba za tym stoi? Może zdołam ją zaspokoić tańszymi wakacjami, a może jeszcze czymś innym. (Fot. iStock)
Na początku należy zastanowić się, czy skoro tak bardzo zależy mi na superfajnym urlopie, na który mnie nie stać, to czego tak naprawdę chcę? Jaka potrzeba za tym stoi? Może zdołam ją zaspokoić tańszymi wakacjami, a może jeszcze czymś innym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
W tym roku miało być inaczej, a jednak znowu po wakacjach masz do spłacenia debet na koncie lub zadłużenie na karcie? Psychoterapeuta Mateusz Ostrowski przekonuje, że zamiast się frustrować, lepiej zdać sobie sprawę z tego, że jakaś część nas pragnie spełniania zachcianek. Druga część – racjonalna – jest w stanie ją trochę okiełznać. I o to „trochę” toczy się cała dyskusja

W tym roku miało być inaczej, a jednak znowu po wakacjach masz do spłacenia debet na koncie lub zadłużenie na karcie? Psychoterapeuta Mateusz Ostrowski przekonuje, że zamiast się frustrować, lepiej zdać sobie sprawę z tego, że jakaś część nas pragnie spełniania zachcianek. Druga część – racjonalna – jest w stanie ją trochę okiełznać. I o to „trochę” toczy się cała dyskusja

Obiecałam sobie, że w tym roku wydam mniej na urlop, ale, niestety, znów mam debet na koncie. Przez kilka miesięcy nad głową będą mi wisiały spłaty. Jak pozbyć się dyskomfortu związanego z tym, że zadłużam się podczas wakacji? Są dwa wyjścia: albo tego nie robić, albo się na to zgodzić. Z jednej strony można sobie pomyśleć: „Niedobrze mi z tym, nie służy mi to, więc próbuję rozwinąć racjonalną stronę mojej osobowości”, z drugiej – można się na ten dług zgodzić: „To jest mój wybór, chcę mieć fajne wakacje, chcę dać sobie coś ekstra – wiem, że to będzie kosztować”. W psychologii pieniądza dużo mówi się o odraczaniu gratyfikacji, czyli odkładaniu przyjemności na później, a korzystanie z kredytu jest takim przyspieszaniem gratyfikacji. Jeżeli to jest mój świadomy wybór i zakładam, że będę w stanie spłacić debet w przyszłości, nie ma w tym nic złego. Pytanie, na ile robię to świadomie, a na ile ulegam wpływom. Czy to zewnętrznym, takim jak reklama, czy wewnętrznym, wynikającym z niespełnionych potrzeb, które chcę zaspokoić właśnie tymi wakacjami, na które się zadłużam.

Tym razem chcę naprawdę coś zmienić, bo wiem, że mam tendencję do wydawania pieniędzy lekką ręką. Jak wzmacniać w sobie tę racjonalną postawę? W podejściu do pieniędzy jesteśmy rozpięci między hedonizmem a racjonalizmem. Taka teza pojawia się między innymi w behawioralnej hipotezie cyklu życia, w której każdy ma w sobie „plannera” dążącego do życia w racjonalny sposób, ale utrudniają mu to różne pokusy, na które podatna jest nasza inna wewnętrzna postać – „doer”, czyli ktoś, kto pragnie przyjemności szybko, tu i teraz. Taka wewnętrzna polaryzacja jest dość powszechna. Najgorszą rzeczą byłoby skupienie się na jednej albo drugiej stronie. Jeśli utożsamię się wyłącznie z wewnętrznym hedonistą, to dopóki mam szczęście, bogatych rodziców i spadek – mogę tak funkcjonować, ale w życiu zazwyczaj dochodzi do jakiegoś ograniczenia, z którym trzeba się zmierzyć – w wariancie najgorszym mogę wręcz wylądować na bruku.

Jeśli przesadzę z racjonalnością, z koncentracją na przyszłości, planowaniu – pozbawię się radości życia. Zbyt zapatrzeni w przyszłość ludzie mają często odłożone duże oszczędności, ale z nich nie korzystają, a przecież jak mówił znany ekonomista John Maynard Keynes: „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”.

Jeżeli uważa pani, że brak pani racjonalności i pragnie ją rozwijać, to powinna pani robić rzeczy, które będą ją wspierać, nie zapominając o swoim wewnętrznym hedoniście. Trzeba dać mu miejsce i sposób na odczuwanie przyjemności, bo inaczej będzie on sabotował te zmiany. I skończy się jak z postanowieniami noworocznymi, których przestajemy przestrzegać po kilku tygodniach. Dlatego dobrze zacząć od mniejszych zmian i przygotować plan szczegółowy, rozpisany na miesiące, a nawet na tygodnie. Realizując go krok po kroku, będzie pani czuć satysfakcję i mieć poczucie sprawstwa, a to zawsze daje napęd. Racjonalną stronę można także wzmacniać przez robienie jednej rzeczy regularnie i z myślą o przyszłości, np. zapisać się do szkoły językowej czy na zajęcia z jogi. Jeśli się uda z jedną rzeczą, będzie łatwiej z kolejną. Wytrenowany „mięsień” silnej woli będzie pracował lepiej.

Uważa pan, że finansowej dyscyplinie może pomóc dyscyplina w innych sferach życia? Tak. Bo jeżeli czegokolwiek uczymy się w sposób przyszłościowo-racjonalny, budujemy w sobie pewną umiejętność, której będzie nam potem łatwiej użyć przy planowaniu finansów. Jeśli mamy w sobie mocnego hedonistę, musimy szukać działań, które będą wzmacniały naszą sferę racjonalną. Jako ciekawostkę mogę podać fakt, że badacze z uniwersytetu w Chicago stwierdzili, że ludzie podejmują bardziej racjonalne decyzje finansowe w języku, który nie jest dla nich ojczysty. To ma głęboki sens, bo przecież pierwszego języka uczymy się głównie przez emocje, a języka obcego w racjonalny sposób: poznajemy gramatykę, reguły. Nam chodzi zaś o nauczenie się przestawiania na ten racjonalny tryb.

Sposobem jest budowanie nawyków, przy czym ważna jest regularność, bodziec, który odpala czynność, i nagroda. Nie można z niej rezygnować, ale nie musi być ona bardzo realna, chodzi o pewien stan satysfakcji. Odkładając jakąś kwotę, za każdym razem może pani sobie wyobrazić efekt, a to przywoła pewne emocje. Jeżeli przy wpłatach będzie sobie pani przypominać ulgę związaną ze spłaceniem debetu, poczucie wolności, mniejszy lęk o przyszłość – to spłaty nie będą już takie bolesne. Z kolei jeżeli narzuci sobie pani reżim szybszej spłaty, to może pani „wędrować” pomiędzy wewnętrznymi stanami: od hedonizmu do życia w tym reżimie. A to nie najlepsze rozwiązanie... Nasz wewnętrzny hedonista jest tym mocniejszy, im bardziej go ograniczamy. Jeśli przez cały rok trzymamy go krótko, a tylko na wakacjach pozwalamy mu na swobodę, to faktycznie zachowuje się nierozsądnie. Gdybyśmy mu dawali więcej przestrzeni w codzienności, to prawdopodobnie nie musiałby aż tak bardzo odreagowywać raz na rok. I w efekcie byłoby nam łatwiej korzystać z tej racjonalnej strony.

A tak rozbrykaliśmy się, więc teraz trzeba się zdyscyplinować. Taką powakacyjną frustracją w pewien sposób karzemy też siebie. Od tego właśnie zaczęliśmy rozmowę. Jeśli przyjmę, że miałem fajne wakacje, bawiłem się i sporo wydałem – wtedy zmieniam optykę i po prostu spłacam zadłużenie. To zdejmuje trochę napięcia. Pamiętajmy jednak, że konflikt w naszej głowie wyraża też to, co się dzieje w całym świecie, bo przecież wymaga się od nas z jednej strony racjonalności, planowania, zachęca do oszczędzania, a z drugiej jesteśmy bombardowani hasłem „kup teraz”. Instytucje finansowe namawiają nas do oszczędzania, jednocześnie kusząc kartami kredytowymi. Żyjemy w otoczeniu, które nie wspiera racjonalnego modelu. Tym większy wysiłek musimy włożyć w to sami.

Mówi pan, że zaciąganie długów może wzmacniać lęk o przyszłość. Z jakim ryzykiem wiąże się życie na kredyt? Na liście stresorów kredyt hipoteczny zajmuje dość wysokie, 20. miejsce. W zależności od osobowości przejmujemy się tym mniej lub bardziej, ale z pewnością duży kredyt zaburza poczucie bezpieczeństwa. No i pojawia się ryzyko, którego często nie bierzemy pod uwagę. Polecam książkę Nassima Taleba, ekonomisty, filozofa pochodzącego z Libanu, „Czarny łabędź”. Tytuł wziął się stąd, że odkrycie czarnego łabędzia wywołało duże zdziwienie, długo znano tylko białe. W książce czarny łabędź jest symbolem mało prawdopodobnej rzeczy, która – jeśli się wydarzy – robi ogromną rewolucję, a po fakcie wszyscy są w stanie to wytłumaczyć. Taki właśnie był kryzys ekonomiczny w 2008 r.: poza nielicznymi wyjątkami nikt go nie przewidywał, gdy się wydarzył, przewrócił rynek do góry nogami, a potem wszyscy mówili, że właściwie można go było się spodziewać. To pokazuje ludzką skłonność do myślenia w kategoriach tego, co znamy, i zakładania, że tak będzie zawsze. Bardzo mało prawdopodobne rzeczy wypieramy, ale przecież one od czasu do czasu się przydarzają. Tak jak doszło do kryzysu w skali makro, tak może dojść do kryzysu w mojej indywidualnej gospodarce. Czy jestem przygotowany na to, że mogę stracić pracę? Jeżeli nie mam oszczędności, a jeszcze generuję długi, to igram z rzeczywistością. Oczywiście mogę sobie poradzić, ale nastawiam się na większe ryzyko.

Pieniądze i emocje zawsze idą ze sobą w parze? Ekonomią rządzą przede wszystkim chciwość i strach. Stąd w marketingu niweluje się strach i wzmacnia chciwość. Strach ma złą renomę – mamy myśleć pozytywnie i nie bać się niczego. Ale jeśli zastanowimy się nad strachem w bardziej atawistyczny sposób, to jest to mechanizm ostrzegawczy, potrzebny biologicznie do przeżycia, a my tę czujność sztucznie usypiamy. Dlatego uwzględnianie strachu i ryzyka ma sens. Szczególnie, że człowiek jest kiepski w szacowaniu niebezpieczeństwa. Decyzje kredytowe zapadają zwykle pod wpływem emocji, reklamy są coraz bardziej skuteczne, sprzedawcy lepiej wyszkoleni, więc faktycznie potrzeba wiele asertywności, żeby decydować racjonalnie. Im bardziej emocjonalnie podejmiemy tę decyzję, tym większe mogą być jej negatywne konsekwencje. Na tej zasadzie wpadamy w dół finansowy po wakacjach, bo „tak bardzo marzyłem o idealnym urlopie”. Dlatego przed podjęciem decyzji warto odwołać się do prostych sposobów: porównać różne oferty, policzyć koszty, to, ile faktycznie będziemy musieli potem spłacić. I wreszcie zastanowić się, czy muszę się zadłużać na wakacje. A może lepiej przesunąć wyjazd? Skoro podczas urlopu zawsze robię debet i potem miesiąc w miesiąc oddaję spore kwoty, to przecież mógłbym te kwoty regularnie odkładać wcześniej, przed wakacjami. Wyszłoby mi nawet taniej, bo bez odsetek. To wymaga rozwijania racjonalnej części, ale też i dbałości o swojego wewnętrznego hedonistę. Moim zdaniem bez zadbania o obie strony osobowości to się nam nie uda.

A może nas nie stać na ten wakacyjny hedonizm? Za mało zarabiamy, ale „wkręcamy się” w pewien system. Zdecydowana większość pożyczek nie jest przeznaczona na rzeczywiste życiowe potrzeby, czyli np. sytuację, że zabrakło mi do pierwszego albo ktoś w rodzinie zachorował i trzeba mu zapewnić prywatne leczenie czy opiekę, albo inwestuję w kurs, który podniesie moje kompetencje. Większość kredytów nastawiona jest na spełnianie marzeń. Chcemy poczuć się bezpiecznie, komfortowo, wyjątkowo... I tu znowu powraca temat trzeźwego podejmowania decyzji. Co będzie dla mnie dobre? Skoro tak bardzo zależy mi na superfajnym urlopie, na który mnie nie stać, to czego tak naprawdę chcę? Jaka potrzeba za tym stoi? Może zdołam ją zaspokoić tańszymi wakacjami, a może jeszcze czymś innym. Chcę spędzić wreszcie czas z rodziną? Super, ale co mi w tym przeszkadza przez cały rok? Potrzebuję odpoczynku? Jakie przekonania nie pozwalają mi odpoczywać na bieżąco? Jeśli znajdę rzeczywistą potrzebę, to presja wyjazdu na wymarzone drogie wakacje zmaleje, więc mniej wydam. Hedonistyczne zachowania to często swoista rekompensata. Ale czy potrzebujemy takich trików? Czy nie lepiej rozpoznać swoje potrzeby i starać się zaspokajać je na co dzień?

Jak najlepiej oszczędzać pieniądze? Wzmacniając swojego racjonalistę

  • Najlepszym sposobem racjonalisty na poradzenie sobie z hedonistą są zasady. Mogą być to zasady zewnętrze, jak ustawienie automatycznego przelewu raz w miesiącu na określoną kwotę na konto oszczędnościowe albo stałą ratę spłaty debetu. Jeśli to za mało, można skorzystać z programów oszczędnościowych, które proponują instytucje finansowe. W umowie z nimi zobowiązujesz się do określonych wpłat w określonych terminach. – Ja nazywam to outsourcingiem silnej woli – mówi Mateusz Ostrowski. Tyle tylko że każda taka usługa kosztuje – banki pobierają prowizje. Jeśli sam odkładasz pieniądze, wyjdzie taniej.
  • Warto też umówić się na zasadę wewnętrzną. Prostą, ale wymagającą konsekwencji – chodzi o zbudowanie nawyku. Niech to będzie jedna rzecz, np. chcesz wyjść z debetu i postanawiasz co miesiąc przeznaczać na spłatę określoną kwotę.
  • – Najłatwiej oszczędza się na konkretny cel – mówi Mateusz Ostrowski. Jeśli nie masz celu, brakuje ci nagrody w działaniu nawykowym. Dlatego dobrze jest odkładać na coś, np. jeśli oszczędzasz na emeryturę, możesz wizualizować siebie na ganku przed domem, jeśli na wakacje – nad basenem pod palmami. Cel oznacza pewną realność, bo oszczędzanie i wydawanie sprowadza się właściwie do odraczania i przyspieszania gratyfikacji.
Mateusz Ostrowski terapeuta pracy z procesem, trener biznesu. Członek Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu. Prowadzi terapię indywidualną i dla par oraz warsztaty rozwoju osobistego. Lubi podróże na Wschód i literaturę science fiction, www.mateuszostrowski.pl.