1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Odzyskana solidarność - prawa kobiet to prawa człowieka

Odzyskana solidarność - prawa kobiet to prawa człowieka

Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)
Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)
Kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To ważne, że wyszły razem, ale też wielopokoleniowo, i że się podczas tych protestów wspierały – mówi psycholog Zofia Milska-Wrzosińska.

Jest pani jedną z sygnatariuszek petycji polskich psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów w sprawie niedawnego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Przestrzegają państwo przed konsekwencjami, jakie może ono mieć dla życia „indywidualnego, rodzinnego i społecznego”. Porozmawiajmy zatem o tych konsekwencjach i o tym, co wydarzyło się pod koniec października.
Oczywiście, konsekwencje będą się różnić w zależności od tego, o jakiej grupie mówimy, a mam tu na myśli różnice pod względem wieku, płci, miejsca zamieszkania czy życiowego doświadczenia. Ale jeśli miałabym uogólniać, powiedziałabym, że to orzeczenie było dla wielu bardzo głęboką, wręcz wstrząsającą ingerencją w prywatność. Okazało się, że tu właśnie przebiega granica, której przekroczenie wywołuje u nich natychmiastowy i silny sprzeciw. Przecież w ciągu ostatnich kilku lat demonstracje w Polsce były na porządku dziennym – w obronie wolnych sądów, gimnazjów czy instytucji kulturalnych – a jednak nie było widać, żeby tak wielu ludzi, zwłaszcza młodych, gromadnie uznało to za swoją sprawę. A tę uznali. Nie sądzę, by ktokolwiek wcześniej to przewidział, również rządzący.

W powszechnym przekonaniu, zwłaszcza wśród starszych pokoleń, młodych przecież niewiele obchodzi.
Złośliwie mówiono, że oni wyszliby na ulice tylko wtedy, gdyby im zabrano dostęp do Internetu. Tymczasem wyszli w obronie swojej prywatności. Okazało się, że mamy aktywną, twórczą młodzież, która jak już się zaangażuje, gdy uzna jakąś sprawę za swoją – jest gotowa mocno i wyraźnie wyrażać swoje stanowisko. A przy okazji oni są inteligentni, dowcipni, odważni, z dystansem do siebie i świata.

Zgadzam się, październikowe protesty po raz pierwszy to, co prywatne, uczyniły publicznym. Widać to było w treści transparentów, ale też w internetowych postach znanych kobiet. Wiele z nich właśnie teraz publicznie opowiedziało o historii swoich poronień czy traumatycznych porodów.
Skoro strefa publiczna wkroczyła tak bezceremonialnie w najintymniejsze sprawy obywateli, to prywatność przestała być prywatnością. Gdy ktoś mówi kobiecie, że na przykład nie powinna stosować antykoncepcji, która na razie nie jest zakazana, albo że jak jest w ciąży, to musi urodzić, z wyjątkiem dwóch przypadków, które realnie rzadko kiedy były przesłankami do terminacji ciąży, czyli gwałtu i bezpośredniego zagrożenia życia matki – to w jakimś sensie ją obnaża, wdziera się w istotę jej kobiecości. I niektóre kobiety odpowiedziały: „Skoro chcecie zaglądać nam do brzuchów, to dobrze, my wam opowiemy, co tam jeszcze może się zdarzać”. Nie jestem szczególną zwolenniczką odsłaniania prywatności, przeciwnie, uważam, że warunkiem równowagi psychicznej jest zachowanie dla siebie i najbliższych strefy intymności. Ale kiedy ta intymność jest atakowana, to nasza prywatność staje się publiczna. Można mieć tylko nadzieję, że w pewnym momencie nastąpi proces korekcji, czyli życie seksualne i kwestie prokreacyjne przestaną być argumentem politycznym, będą prywatnym doświadczeniem pary.

No właśnie, mówi pani „pary”. Czy to był tylko bunt kobiet? Na początku jak najbardziej tak, ale potem?
Oczywiście na początku dotyczyło to kobiet, które uznały, że władza im chce odebrać coś podstawowego. One mocniej zareagowały, bo poczuły obmierzłe totalitarne łapy w swoim wnętrzu. Ale trzeba pamiętać, że prokreacja, rodzicielstwo to obszar, w którym role genderowe bardzo się w ciągu ostatnich 50 lat zmieniły. Kiedyś, jak to bardzo ciekawie opisuje profesor Bogusław Pawłowski, mężczyzna był zaprogramowany psycho­biologicznie, żeby spłodzić jak najwięcej dzieci – bo wtedy są większe szanse, że któreś przeżyje, a on przekaże dalej swój materiał genetyczny. Z punktu widzenia kobiety było na odwrót, bo koszt biologiczny ciąży i urodzenia dziecka, a potem zajmowania się nim jest wysoki, więc biologicznie korzystniej było rodzić tych dzieci mniej, móc się nimi jak najlepiej i najdłużej opiekować w bezpiecznym gnieździe. Wtedy matka mogła dbać o potomstwo tak, by jej materiał genetyczny przetrwał. Historia zna wiele przykładów wybitnych mężczyzn, którzy nie byli zainteresowani swoimi legalnymi dziećmi, o nieślubnych już nie mówiąc. Z emocjonalnym przywiązaniem mężczyzny do potomstwa bywało różnie, niektóre przypadki z dzisiejszej perspektywy mogą szokować.

W ciągu ostatnich 50 lat dziecko również dla mężczyzny stało się czymś cennym. Ta rewolucja wydarzała się stopniowo, i to w dużej mierze dzięki kobietom, które dokonały procesu reedukacji mężczyzn. Kluczowe znaczenie miała antykoncepcja. Przestało być tak, że mężczyzna zapładnia, a kobieta, chcąc nie chcąc, zachodzi w ciążę. Od czasu kiedy kobiety zyskały kontrolę nad swoją płodnością, to również one decydują, z kim i kiedy mają dzieci. A decydują wtedy, kiedy uznają, że ich inwestycja w ten związek i tego mężczyznę jest sensowna. Dlatego też partner, który chce przekazywać swoje geny dalej, musi brać w tej kwestii pod uwagę także wolę i decyzję partnerki. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie będzie chciała mieć tych dzieci piętnaścioro i wybierze kogoś, kto wesprze ją w urodzeniu i bezpiecznym wychowaniu dwójki lub trójki potomstwa. Wracając do strajków, kiedy mężczyźni dowiedzieli się, że ich kobieta, z którą są teraz lub będą w przyszłości, może być zmuszona do donoszenia ciąży z bardzo uszkodzonym płodem, kalekim czy niemającym szansy na godne życie, od razu zrozumieli, że ich to też dotyczy – nie tylko w akcie współczucia, ale że to jest też w ich interesie, by kobiety chciały uprawiać z nimi seks, zachodzić w ciążę i mieć kolejne dzieci. Dostrzegli, że ta zmiana ustawowa jest też przeciwko nim, nie tylko przeciwko kobietom. Dlatego tak dużo młodych chłopaków pojawiło się na demonstracjach w całej Polsce.

Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl

Na ulice wyszła nowa kobieta, ucieleśniona – z macicą, biodrami i waginą. Ale też kobieta wkurzona, niemówiąca językiem salonów. Zastanowiło mnie, jak wielkie oburzenie wzbudziła zwłaszcza kobieca agresja i wulgaryzmy. Czy można powiedzieć, że obudziła się dzika kobieta?
Nie wiem, czy się obudziła, czy tylko się ukazała. I nie sądzę, by tu chodziło o dzikość, bardziej pewnie o siłę. Oczywiście dzikość może być czasem wprzęgnięta w siłę – wtedy kiedy chce się coś pokazać w sposób ostry, bezkompromisowy. Na pewno okazało się jedno – że wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. A co do wulgarności, to aby ją lepiej zrozumieć, trzeba przywołać drugi aspekt orzeczenia Przyłębskiej. Pierwszy dotyczył głębokiego naruszenia prywatności, bo jednak życie intymne to jest sprawa najbardziej osobista, jaka może być. Drugi można opisać w kategoriach przemocy. Bo sam sposób wprowadzenia zmiany w system legislacyjny był zrobiony w sposób przemocowy, zresztą nie pierwszy raz. Od kilku lat władza wręcz demonstracyjnie nie liczy się z wolą sporej części społeczeństwa. A jeżeli lekceważy się ludzi w taki sposób, i to jeszcze z intencją upokorzenia i pokazania, kto może więcej – jest to przemocowe. Nie było debaty społecznej ani dyskusji parlamentarnej, tylko po prostu w jakimś momencie odmrożono zapytanie do Trybunału Konstytucyjnego, które tam leżało i pewnie mogło sobie jeszcze leżeć, jak wiele innych wniosków.

W moim odczuciu wulgarność i to, co się działo w trakcie demonstracji, to była reakcja na przemoc. Schowaną pod płaszczykiem hipokryzji i podawaną jako coś, co się robi, bo ma się do tego prawo, albo rzekomo dla czyjegoś dobra.
Reakcją na przemoc były furia, złość i bunt. Bo jeśli jedna strona odmawia rozmowy, to drugiej pozostaje jedynie krzyknąć: „wypierdalać” – bo na to ludzie reagują, słyszą to i się temu dziwują. Przecież były tysiące grzecznych, racjonalnych petycji przeciwko rozmaitym zmianom, jakie wprowadzał rząd, i co? One były pomijane, nawet niebrane pod uwagę. Nie było żadnej rozmowy z protestującymi.

Stąd pojawiające się hasła: „Grzeczne już byłyśmy”.
Połowa społeczeństwa mogłaby powiedzieć: „Grzeczni już byliśmy – robiliśmy demostracje, żeby wspomnieć protest czarnych parasolek, pisaliśmy petycje, próbowaliśmy, pokazywaliśmy”. Ile było opracowań na temat tego, jak złe jest to, co dzieje się w Polsce z sądami! I nic. Przeciwnie, parę skompromitowanych posłów wpakowano do trybunału. U kobiet doszedł jeszcze czynnik sprawstwa: „Zaskoczę was. Pokażę wam, że nie da się mną rządzić tak, jak wam się podoba”. A skoro nas nie szanujecie, to jesteśmy gotowe do wojny. Stąd mocno rezonujące hasło z demonstracji: „To jest wojna”. Czyli: „Wy wypowiedzieliście nam wojnę, a my przyjmujemy wyzwanie”.

„Bo my też mamy siłę”.
Oczywiście! Bardzo dużo mówiło się niedawno, i to z niepokojem, o tym, że dziewczynki z gimnazjów czy liceów są coraz bardziej agresywne i „używają słów”. Sama czasem podsłuchiwałam na ulicy dyskusje między dziewczynkami w wieku 12–13 lat wracającymi ze szkoły: „I, kurwa, ten chuj mi powiedział, żebym wypierdalała”. Mowa była skądinąd o nauczycielu, który wyprosił dziewczynkę z lekcji. One się nie obrażały, nie kłóciły, one miały po prostu taki styl narracyjny. Już wtedy myślałam, że coś się zmienia, że to naprawdę jest inne pokolenie. Bo tak, jak prawie zawsze przy zmianie, wahadło odchyla się daleko, a potem stopniowo wraca bliżej środka. Młode dziewczyny patrzą na to, co się dzieje, i myślą: „Jak to jest, że im wolno, a nam nie? Jak to jest, że pijany ojciec może wyzywać matkę od kurew, a ona ani ja nie możemy odpowiedzieć, nazwać go chujem złamanym?”. Mam wrażenie, jakby to nowe pokolenie dziewczyn ćwiczyło, jak to się robi.

Czyli w tym buncie chodziło o pewne wyrównanie w prawach?
Proszę zauważyć, że przekaz rządzących był zbudowany w klimacie napominania małych dzieci przez mądrych rodziców: „To jest dla waszego dobra, tylko wy tego na razie nie rozumiecie”. I na przykład wykorzystywał do tego powstałą w kręgach kościelnych ideę „syndromu poaborcyjnego”, czyli arbitralne twierdzenie, że każda kobieta po dokonaniu aborcji przeżywa zespół chorobowy. Nie, że jest smutna czy żałuje, ale że ma zaburzenie psychiczne i trzeba ją z tego wyleczyć. To tak, jakby powiedzieć kobiecie: „Dziecko drogie, ty nie widzisz tej boskiej woli w swojej macicy, bo niewiele ogarniasz swoim malutkim rozumkiem, ale zapewniam cię, że to, o czym myślisz, to morderstwo, potem bardzo byś cierpiała, dlatego dla twojego dobra zakazuję ci tego robić, jeżeli nie chcesz być ukarana”. Poza tym stanowisko władz zakłada, że kobieta podejmuje decyzję o aborcji w emocjach, w panice, bo zobaczyła na USG uszkodzony płód, a dorosły mężczyzna o mentalności, powiedzmy sobie otwarcie, dziadersa, ma wiedzę, zrozumienie i mądrość, dlatego on będzie decydował. Jak ten dobry ojciec podejmie za nią decyzję. I to właśnie doprowadziło kobiety do furii.

Może dlatego, że od wieków mężczyźni za nas podejmują decyzje. Ojcowie, bracia, mężowie...
No więc teraz jest nad nami taki ojciec zbiorowy, który mówi, że to nie jest przeciwko nam, tylko dla nas, z troską o naszą psychikę i ciało. Myślę, że ten wyższościowy paternalistyczny ton, nieznośnie rodzicielski, to jest coś, czego kobiety biorące udział w protestach najbardziej nie akceptują w tym wszystkim. Można czasem założyć, że rodzic wie lepiej, ale to musi być rodzic, który ma autorytet. A dzisiejsza władza w Polsce dla wielu osób nie spełnia kryteriów mądrego rodzica czy ojca – autorytetu.

W moim odczuciu to był też bunt przeciwko patriarchatowi.
Ja bym powiedziała, że to był bunt dorosłych dzieci przeciwko ojcom, którzy są niezbyt mądrzy, niezbyt dobrzy, których trudno uznać za autorytet, bo się wielokrotnie skompromitowali, i trudno kochać, bo są okropnie niesympatyczni. Przy tym trzeba pamiętać, że niektórzy z tych ojców to niestety matki. I tacy rodzice traktują swoje dorosłe dzieci jak głupie i nieumiejące podejmować własnych decyzji. Próbują im narzucić wizję świata, nie mając do tego podstaw, bo nie są z nimi w dobrej relacji i nie mogą się powołać na mądrość inną niż taka: bo ja tak chcę i uważam. Czyli nie sam patriarchat jako przewaga mężczyzn był tu wrogiem – od tego odchodzimy już coraz bardziej. Byli nim fałszywi ojcowie, dziadersi (i dziaderki), którzy nie widzą, że dzieci wiedzą więcej i myślą inaczej. Nie słuchają ich, a wtedy one zaczynają mówić tak, by je usłyszano.

Myślę, że te protesty pokazały też, że siła kobiet jest w grupie. Nawet jeśli w tej grupie nie do końca mamy to samo zdanie.
Zgadzam się i uważam, że to bardzo ważne, że kobiety nie tylko wyszły razem, ale też wyszły wielo­pokoleniowo i że się podczas tych protestów wspierały – było tam wiele podnoszących na duchu obrazków, ukazujących kobiecą solidarność. Kiedy zobaczyłam, jak ogromne liczebnie były te demonstracje, pomyślałam o czymś jeszcze. Przypomniały mi się zdjęcia z pierwszej pielgrzymki do Polski postaci przez lata bardzo idealizowanej, czyli papieża Jana Pawła II tuż po jego wyborze. Aby go powitać, na ulice wyszły tłumy Polaków, a władza komunistyczna patrzyła na to z pewnym wahaniem, wstrzymując się jednak od reakcji. Wtedy użyto określenia, że Polacy się policzyli. Czyli zobaczyli, ilu ich naprawdę jest, ilu z nich wyszło na ulice w tej samej sprawie. Teraz można powiedzieć, że protestujące kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To było ważne zwłaszcza w małych miasteczkach, gdzie nie można być anonimowym w tłumie, bo wszyscy się znają. Obyśmy tej odnalezionej solidarności nie straciły. 

Zofia Milska-Wrzosińska, psycholog, psychoterapeutka, współzałożycielka Laboratorium Psychoedukacji, w którym pracuje od jego powstania. Prowadzi psychoterapię w nurcie psychodynamicznym.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Weź plakat na "spacer"

Plakaty projektu Oli Jasionowskiej dostępne na stronie plakatnastrajk.pl
Plakaty projektu Oli Jasionowskiej dostępne na stronie plakatnastrajk.pl
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Powstała baza bezpłatnych plakatów Strajku Kobiet. Można je wydrukować, przykleić na karton i wziąć na manifestację, albo po prostu powiesić w oknie lub na drzwiach mieszkania czy domu w geście solidarności z protestującymi.

Chwytliwe hasło i intrygująca forma graficzna to siła plakatu. Warto wesprzeć się nią w czasie odbywających się niemal codziennie protestów przeciw wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji z przyczyn nieodwracalnych wad płodu.

Plakat projektu Kornelii Kruk (materiały ze strony plakatnastrajk.pl) Plakat projektu Kornelii Kruk (materiały ze strony plakatnastrajk.pl)

Plakaty można bezpłatnie pobrać ze strony plakatnastrajk.pl. W ciągu dwóch dni odnotowano 2,2 mln unikalnych wejść na stronę, z czego widać, że zainteresowanie inicjatywą jest bardzo duże. Organizatorzy zapraszają wszystkich twórców, aby zgłaszali swoje projekty plakatów związanych z obecnym strajkiem kobiet na adres: strajk@zamieszanie.pl

 

  1. Moda i uroda

Serce dla Nadziei - Carolina Herrera wspiera Czerwony Krzyż

Carolina Herrera de Baez - córka Caroliny Herrery, dyrektor kreatywna marki. Zdjęcie z kampanii Heart for Hope (Fot. materiały prasowe)
Carolina Herrera de Baez - córka Caroliny Herrery, dyrektor kreatywna marki. Zdjęcie z kampanii Heart for Hope (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W odpowiedzi na globalny kryzys związany z pandemią Dom Mody Carolina Herrera  zorganizował akcję Heart for Hope - Serce dla Nadziei. To charytatywna inicjatywa, której misją jest solidarność i wsparcie dla organizacji, które podzielają wartości takie jak pasja, oraz tworzenie i pielęgnowanie radości. 
W ramach akcji, która trwa do końca 2020 roku, 10% wartości z całej sprzedaży torebek i innych dodatków zostanie przekazane na rzecz Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca. Torebki i dodatki domu mody CH to wyjątkowe działa robione z dumą od lat. Rzemieślnicy tej marki znani są z fachowości, staranności, oddania i niedoścignionej doskonałości, dzięki czemu produkty CH stają się przedmiotami kolekcjonerskimi przekazywanymi z pokolenia na pokolenie.

"Wierzymy w osobistą podróż każdej torebki, która wykracza daleko poza sam przedmiot, odzwierciedlając charakter i historie zebrane wraz z upływem czasu przez członków rodziny. To właśnie z tą pasją, duszą i poświęceniem, oddajemy te przedmioty w służbę naszej globalnej społeczności. Mamy nadzieję, że dzięki Heart for Hope i naszym ponadczasowym dziełom, będziemy dzielić się Alegria de vivir (radość życia), która nas definiuje i jednoczy. "

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

  1. Styl Życia

Ten dzień to prezent

Historie bohaterek są tak różne, że wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. (Fot. Kamila Bannach)
Historie bohaterek są tak różne, że wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. (Fot. Kamila Bannach)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Panien młodych jest 11. I ani jednego pana młodego. Bo tym dziewczynom do ślubu nie po drodze. Ale jednocześnie każda chciałaby założyć piękną suknię. Chciałaby, żeby ktoś ją pięknie uczesał, zrobił makijaż, żeby o nią zadbał. Każda chce poczuć się najpiękniejsza. Dziś tak właśnie będzie.

Ania Żukowska w swojej Stodole Czereśniowy Sad od lat organizuje przyjęcia weselne. Marta Trojanowska projektuje suknie ślubne. Siedziały przy ognisku, wieczorem, po zakończeniu poprzedniego szalonego projektu. Pandemia postawiła znak STOP, ale Ania nie jest osobą, która potrafi wrzucić na luz. Musi działać. Wymyśliły więc, że może by zrobić pokaz sukien ślubnych Marty. Okej, ale sam pokaz to za mało, powiedzmy przy okazji coś jeszcze kobietom. I tak narodziło się #doslubuminiepodrodze.

Fot. Agnieszka Sopel Fot. Agnieszka Sopel

„Marta ze swoim Kubą nie ma ślubu, ja z Grześkiem też długo nie miałam, a wesela nie zrobiliśmy do tej pory – mówi Ania. – Jest wiele kobiet, które ślubu nie biorą. Niektóre nie mogą, inne nie chcą. Są i takie, które z powodu choroby mogą ślubu nie doczekać… Bywają powody prawne, a bywają i emocjonalne. Wynikające z przekonań czy trudnych doświadczeń. Może znajdziemy dziewczyny, które zechcą się swoimi historiami podzielić? Kiedy wrzuciłyśmy temat na Instagrama, zostałyśmy zasypane zgłoszeniami. Historie naszych bohaterek są tak różne, że, mamy nadzieję, wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. Dużo się mówi o sile kobiet, my chciałyśmy nie gadać, ale coś zrobić. Dać naszym bohaterkom ich czas, zadbać o nie, dać im miejsce, żeby powiedziały coś, co może pomóc innym. Bo to wszystko są silne dziewczyny. I chcą się tą swoją siłą dzielić, wzmacniać nawzajem. Nie mają na co dzień łatwo, więc postanowiłyśmy zrobić coś specjalnie dla nich. Dlatego zaprosiłyśmy je wcześniej, były masaże, makijaże, dobieranie sukienek, leżenie w hamaczkach, na leżaczkach, opowieści, dzielenie się, śmiech, wsparcie. Kobiece. Niech się odnajdą w takiej wspólnocie”.

Fot. Hania Komasińska Fot. Hania Komasińska

Robię to dla siebie!

Bogusia kiedyś myślała, że celem jej życia jest znaleźć chłopaka. Że musi mieć narzeczonego, wziąć ślub, bo tylko wtedy będzie szczęśliwa. Że w pełni można żyć jedynie w parze. „Teraz wiem, że nic podobnego. Jestem sama. I jestem szczęśliwa. Dbam o siebie. Zaczęłam się zmieniać. Od paru lat trenuję pole dance, nabrałam świadomości ciała, umiem się poruszać, jestem też bardziej pewna siebie”. A jeśli kiedyś weźmie ślub, będzie to tylko jej własna decyzja, na pewno nie ulegnie presji innych, że wszyscy tak robią, że ważne jest mieć tę obrączkę i być żoną. „Chcę żyć w zgodzie ze sobą, nie myśleć, że każdego dnia musisz zrealizować jakiś plan. Szczęśliwie”.

Fot. Hania Komasińska Fot. Hania Komasińska

Kasia już kiedyś miała ślub. „A po ślubie mój mąż zabrał nasze pieniądze i uciekł z dziewczyną mojego brata. Nic, zupełnie nic wcześniej nie zauważyłam. A trwało to rok. Tyle czasu byłam ślepa. Wiele lat byliśmy razem, prowadziliśmy wspólnie firmę. Oddałam temu całą siebie...”. Kasia miała poczucie, że jej życie się skończyło. „Czarna dziura. Nie umiałam się pozbierać”. Uciekła w stany depresyjne, potem w imprezowanie. „Pięć lat trwało, zanim z tego wyszłam. Podniosłam się w końcu, poznałam chłopaka, muzyka, jesteśmy razem. Myślałam, że już nikomu nie zaufam, a już na pewno nie artyście, nie człowiekowi, który całe weekendy spędza poza domem. Ale nagle się okazało, że ufam. On dał mi dużo siły. Wspierał mnie. Mamy córeczkę, zaraz będzie druga. Ślub? Nie pojawił się ten temat. Mnie to nie jest potrzebne. Uzyskałam co prawda kościelne stwierdzenie nieważności małżeństwa, ale nie dlatego, że planuję kolejny ślub. Zrobiłam to dla siebie”. Mówi jednak, że fajnie będzie założyć suknię ślubną, poczuć się piękną, choć jest w zaawansowanej ciąży. „Z reguły to ja wszystko organizuję, to ja się wszystkim zajmuję. A dziś jest inaczej. I jak fajnie!”.

Fot. Agnieszka Sopel Fot. Agnieszka Sopel

Kamilla ma 32 lata i od siedmiu jest wdową. Mąż zginął, kiedy starszy syn miał sześć lat, młodszy – pięć miesięcy. Mówi, że czas co prawda nie leczy ran, ale jednak koi ból. „Nie poddałam się. Postanowiłam zbudować dom. To był mój cel. Stworzyć swoje miejsce na Ziemi, nie pomnik czy wyraz hołdu dla zmarłego męża. Nie było łatwo, ale to zrobiłam. Skończyłam też studia, teraz wybieram się na pielęgniarstwo. Lubię pracę z ludźmi, chcę pomagać. Jeśli kogoś w życiu spotkam, będzie dobrze. Ale nie szukam. Mam siłę, żeby być sama. Szczęśliwa. A nawet jeśli kogoś spotkam, nie będę chciała ślubu. Miałam jeden, niezwykły, cudowny. To mi wystarczy”.

Fot. Charlottesse Lowres Fot. Charlottesse Lowres

Dzisiejszy dzień jest dla niej ważny. „Chciałabym powiedzieć innym dziewczynom, że mają siłę. Wszystkie mamy, czasem nawet nie wiemy, jak wielką. Zdarzają się tragedie, trudne doświadczenia, ale da się iść do przodu. Chcę się ubrać w piękną suknię, chcę się śmiać i cieszyć. Synkowie mi kibicują, starszy czeka na zdjęcia, obiecałam, że będę mu wysyłać. Fajnie mieć taki czas dla siebie. Kiedy można z innymi kobietami pobyć, wygadać się. I pośmiać”.

Fot. Charlottesse Lowres Fot. Charlottesse Lowres

Wykorzystać swój czas

Karolina ma 24 lata. Dwa lata temu dowiedziała się, że choruje. Neuroendokrynny nowotwór trzustki z przerzutami. Chemia nie działa, teraz Karolina bierze udział w badaniu klinicznym. „Nie wiem, kiedy umrę, ale w sumie tego nikt nie wie. Nie chcę mówić ani myśleć o śmierci, ale o życiu. O tym, że trzeba je cenić. Nowotwór nauczył mnie radości. Wcześniej były nerwy, stres, porównywanie się z innymi. Kiedy zachorowałam, studiowałam fizjoterapię, ale nie byłam przekonana, czy to jest to, co chcę robić. Teraz mam przerwę. I dowiedziałam się, czego chcę. Chcę pomagać chorym onkologicznie. Skoro mam mało czasu, to muszę go wykorzystać. I nauczyć się być szczęśliwą, także sama ze sobą. Powiedziałam sobie: słuchaj, Karolina, musisz żyć normalnie, nie będę tracić czasu na smutek, płacz, stres. Dużo czytam, odpoczywam. Zwolniłam. Ale walczę”.

Fot. Kamila Bannach Fot. Kamila Bannach

Przyjaciele namawiali ją od dawna, żeby opowiedziała swoją historię. Mówili jej: „Jesteś taką fighterką, musisz się tym podzielić”. Dlatego kiedy zobaczyła zapowiedź projektu „ślubnego”, pomyślała: „Może to coś dla mnie?”. Chce przekazać, że warto walczyć o siebie, doceniać to, co się ma, wykorzystać każdy dzień. Celebrować go. „Nie od nas zależy, czy dostaniemy od losu raka, ale od nas zależy, co zrobimy z tym czasem, który jest nam dany. Czy będzie to coś wspaniałego, magicznego, czy zużyjemy go na nerwy i smutek. Myślę, że w mojej chorobie dorosłam”.

Fot. Kamila Bannach Fot. Kamila Bannach

Był pokaz sukien ślubnych, było przyjęcie, była siła kobiecego wsparcia. Zostały zdjęcia i grupa na Instagramie, ciągle gadają ze sobą, piszą: „Jakie my jesteśmy piękne, wszystkie, po prostu wcześniej tego nie widziałyśmy”. Bogusia: „Jestem tak szczęśliwa, że was poznałam. Spotkanie z wami otworzyło mi oczy na wiele spraw. Nie sądziłam, że historie takie jak wasze mogą się komukolwiek przydarzyć. Myślałam, że to raczej inspiracje na scenariusz filmowy, które w prawdziwym życiu się po prostu nie zdarzają. Teraz już wiem, że się myliłam i życie potrafi pisać najlepsze, najbardziej nieprawdopodobne scenariusze. Dziękuję wam bardzo”. „Gdybym miała te dziewczyny narysować – mówi Ania Żukowska – to na rysunku one wszystkie trzymałyby się mocno za ręce”.

  1. Styl Życia

Prawdziwe piękno tkwi w naszej kobiecości i różnorodności. Wyjątkowa kampania marki L'Oréal Paris

Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii
Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii "KobieTY w roli głównej". (Fot. materiały prasowe)
Coraz więcej mówi się o kobiecej sile, wyjątkowości i potencjale, który w nas drzemie. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest, by każda z nas prawdziwie poczuła to głęboko wewnątrz siebie. Pomóc w tym ma najnowsza kampania marki L'Oréal Paris. 

"Dziś największą siłą jest siła kobiet" - mówi z przekonaniem Grażyna Torbicka w spocie promującym kampanię "KobieTY w roli głównej". I jakoś ciężko jest nie uwierzyć w te słowa. Tym bardziej, że wtóruje jej osiem wyjątkowych kobiet, znanych nam ze świata kultury, telewizji i Internetu.

https://youtu.be/nloEJUdaiqE

Kampania L'Oréal Paris "KobieTY w roli głównej" powstała, by docenić siłę kobiecości - dodawać kobietom pewności siebie i odwagi do odnajdowania własnej definicji kobiecości. Jej bohaterkami jest dziewięć wyjątkowych kobiet, które poprzez swoją różnorodność, pasje i historie, mają zaszczepić w nas siłę do inicjowania zmian. Marieta Żukowska, Ola Żebrowska, Magda Bereda, Karolina Gilon, Alicja Szemplińska, Anna Markowska, Olga Kleczkowska, Radzka oraz Grażyna Torbicka opowiadają nam swoje historie po to, byśmy w każdej z nich odnalazły cząstkę siebie i wyciągnęły z nich odpowiednie wnioski.

Z jednej strony Grażyna Torbicka – niezwykła osobowość, prawdziwa ikona kina, telewizji, dziennikarstwa - która niejednokrotnie musiała udowadniać swoją siłę. Z drugiej reprezentantki młodego pokolenia – piosenkarki, youtuberki, modelki, których głos trafia szczególnie do tak ważnej grupy dorastających dziewczyn. Alicja Szemplińska, Magda Bereda, Ania Markowska czy Olga Kleczkowska to kobiety, które pasją i aktywną postawą udowadniają, że wiara w swoją wartość jest prawdziwą potęgą. Z kolei Marieta Żukowska, aktorka znana z niesamowitej energii, uśmiechu i wyjątkowego uroku, przekonuje, że sekretem kobiecej siły jest miłość do samej siebie. Radzka, czyli Magdalena Kanoniak, dodaje, by pamiętać o samoakceptacji i pod żadnym pozorem nie ulegać presji otoczenia. Natomiast Karolina Gilon to symbol podążania własną drogą, którą sama sobie wyznaczyła: „To ja decyduję o tym, kim jestem”.

To, że nasza siła płynie ze wzajemnego wsparcia, potwierdza Ola Żebrowska, której nie zobaczymy w spocie marki, ale odnajdziemy w szeregach kobiet kampanii. Podczas, gdy pozostałe dziewczyny dzieliły się swoimi doświadczeniami na planie zdjęciowym, Ola pisała swój własny scenariusz historii KobieTy w roli głównej” – została po raz kolejny mamą. Ola kobiecą solidarność miała okazję odkrywać od najmłodszych lat – wychowała się w końcu wśród ośmiu sióstr!

Kampania "KobieTY w roli głównej" i manifesty jej głównych bohaterek mają przypominać o sile naszej kobiecości, którą możemy odnaleźć również w naszej różnorodności. Każda z nas ma za sobą inne doświadczenia, a mimo tego niektóre prawdy o nas i naszych potrzebach są niezwykle uniwersalne. Przez najbliższe miesiące bohaterki kampanii będą wspierać i promować kobiecą współpracę, a owoce tego będzie można odnaleźć na ich profilach instagramowych. Kampania L'Oréal Paris to wielowątkowy i wielowymiarowy kobiecy dialog, wzajemne dzielenie się własnymi historiami i doświadczeniami. My się do niego przyłączamy!

  1. Styl Życia

Ewa Pajor - drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy
 w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot.Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy  w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot.Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com) Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.