1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy czas to dla kobiety wyrok? To, co musimy utracić

Czy czas to dla kobiety wyrok? To, co musimy utracić

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Fragment książki "To, co musimy utracić" Judith Viorst

Nie ominie nas żałoba z powodu utraty naszych bliskich. Ale czeka nas także żałoba z powodu utraty dawnych form naszego „ja” – wszystkich wcześniejszych sposobów określania samych siebie. Potrzebę definiowania siebie na nowo rodzą zmiany w naszym ciele. Prowadzi do niej wszystko, co przeżyliśmy do tej pory. Kierują wszystkie formy, w jakich postrzegają nas inni ludzie. I jest kilka takich chwil w życiu, kiedy będziemy musieli zrezygnować z dawnego obrazu nas samych i żyć dalej bez oglądania się wstecz.

Różne okresy i fazy w życiu człowieka, ich charakter i wiążące się z nimi zadania, zostały określone i opisane między innymi przez Konfucjusza, Solona, Talmud, Szekspira, Erika Eriksona, Gail Sheehy, Elliota Jaquesa, Rogera Goulda i Daniela Levinsona. Współczesne badania pokazują, że w rozwoju dorosłego człowieka istnieją dające się przewidzieć stadia, chociaż trzeba dodać, że poszczególni ludzie przechodzą przez nie w skrajnie odmienny sposób. Z badań tych wynika też, że w ramach ogólnej struktury, wewnątrz której wypracowuje się odrębny los każdego z nas, mamy do czynienia na przemian z okresami stabilizacji i transformacji.

W okresach stabilizacji nadajemy pewien kształt własnemu życiu – dokonujemy kluczowych wyborów, dążymy do pewnych celów. W okresach transformacji podważamy fundamenty zbudowanej przez nas struktury – stawiamy pytania, badamy nowe możliwości. Każda poważna przemiana to kres poprzedniej formy naszego życia, z którym wiąże się – jak pisze Levinson „pewne zakończenie, proces rozłąki lub utraty”. Następnie mówi: „Zadanie, jakie czeka nas w okresie przemiany rozwojowej, to położyć kres realizacji czegoś w naszym życiu; nauczyć się akceptować straty, jakie to położenie kresu możliwościom niesie ze sobą; zrewidować i ocenić własną przeszłość; zdecydować, które jej aspekty należy zachować, a które odrzucić; rozważyć własne pragnienia i możliwości odnośnie do przyszłości. Musimy wyrzec się sporej części naszej przeszłości, musimy się od niej odciąć, oddzielić ją od naszego życia, odrzucić ją z gniewem i zrezygnować z niej ze smutkiem i żalem. Wiele elementów przeszłości może jednak stać się fundamentem przyszłości. Musimy dążyć do zmian zarówno w nas, jak i w otaczającym nas świecie”.

W trakcie tych zmian z niemowlaka stajemy się dzieckiem, potem nastolatkiem, a następnie wchodzimy w kolejne stadia dorosłości. Pierwsze stadium to transformacja z okresu wczesnej dorosłości, czyli stadium zrywania ze światem poprzedzającym dorosłość, przypadające między siedemnastym a dwudziestym drugim rokiem życia. W trzeciej dekadzie życia podejmujemy pierwszą stałą pracę, obieramy konkretny styl życia i wstępujemy w związek małżeński. Rewizji naszych decyzji dokonujemy pod koniec lat dwudziestych i na początku lat trzydziestych w fazie transformacji lat trzydziestych, kiedy to dopełniamy nasze życie o to, czego mu brakuje, modyfikujemy część własnych postaw i poglądów, a część odrzucamy. Między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia stabilizujemy się, angażujemy w pracę, w życie towarzyskie, w życie rodzinne, w życie społeczności lokalnej i tak dalej. Około czterdziestego roku życia dochodzimy do okresu w życiu, będącego pomostem między wczesną dorosłością a wiekiem średnim. Levinson nazywa ten czas okresem przejściowym wieku średniego. Dla większości z nas to czas kryzysu wieku średniego. Ja też miałam taki kryzys:

Co począć mam z kryzysem wieku średniego? Dopiero co rankiem miałam siedemnaście lat. Ledwie zaczęłam tańczyć, a już słyszę Dobranoc, miłe panie. Tak szybko. Jeszcze zastanawiam się, kim zostanę, jak dorosnę, A już trądzik zniknął mi z twarzy i strzyka mi w kolanie; Tak szybko. Dlaczego mam wrażenie, że pamiętam Pearl Harbor? Na pewno byłam wtedy za mała. Kiedy chłopcom, z którymi niegdyś szłam pod ramię, Zaczęły wypadać włosy? Dlaczego nie mogę już chodzić boso po parku i nie przeziębić nerek? Tyle we mnie jeszcze poezji i dlatego zdaje mi się, że to niesprawiedliwe. Podczas gdy myślałam – „Jestem jeszcze dziewczyną” Przyszłość zmieniła się w przeszłość. Czas na szalone pocałunki płynie szybko i pora już na Neskę bez kofeiny. Tak szybko.

Są tacy, którzy wypowiadają się wciąż z niczym niezmąconym optymizmem o tym okresie naszego życia, kiedy nasza skóra i małżeństwo tracą swój blask, kiedy tyle młodzieńczych marzeń zamieniło się w proch i kiedy, mimo iż w głębi serca mamy zaledwie siedemnaście lat, reszta nas dociera powoli do zenitu życia. Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Jeśli Sophia Loren to przykład wieku średniego, to nie jest tak źle, jak ludzie mówią. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, czekających na nas po drugiej stronie szczytu, na który się wspinamy, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Możemy oczywiście starać się wmówić sobie, że nie zmieniliśmy się od czasów studiów, ale będzie to trudne. Ponieważ – czego nie da się ukryć – gdy byliśmy na studiach nie mieliśmy obwisłych powiek, a gdy przestawaliśmy się śmiać, na twarzy nie zostawały zmarszczki. Możemy też próbować przekonywać siebie, że mamy tyle lat, na ile się czujemy, ale ten idiotyczny slogan to jedynie odsunięcie problemu na dalszy plan. Jeśli bowiem dziś przed pójściem do łóżka wypijemy kawę, to obudzimy się o drugiej w nocy i nie będziemy mogli zasnąć. I jeśli przed snem zjemy pizzę, zerwiemy się nad ranem z bólem żołądka. I jak tu czuć się młodo? Możemy wreszcie wmawiać sobie, że w połowie życia jesteśmy bardziej sexy niż kiedykolwiek przedtem. To może być prawdą. Ale musimy się też zmierzyć z inną prawdą, że być może wzbudzamy teraz więcej szacunku niż pożądania. A jesteśmy niezbyt przygotowani na to, by zadowolić się jedynie szacunkiem. (…)

Utrata korzystnego wyglądu w wieku średnim jest o wiele boleśniejsza dla kobiet niż mężczyzn, ponieważ ci mogą mieć zmarszczki, być łysi i posiadać inne piętna czasu, a nadal będą postrzegani jako osoby seksualnie atrakcyjne. Mężczyzna pod pięćdziesiątkę może znaleźć wiele gotowych odpowiedzi na zaloty trzydziestolatek; ma teraz pieniądze i władzę, których nie miał w młodości. I chociaż zestarzał się, może wyglądać atrakcyjniej dzięki swej pewności siebie, zmarszczkom pod oczami i włosom przyprószonym siwizną.

Inaczej sprawa się ma – jak pisze Susan Sontag – z kobietą.

„W życiu kobiety, o wiele bardziej niż w życiu mężczyzny, liczy się atrakcyjność fizyczna. Tymczasem piękno, utożsamiane w przypadku kobiet z młodością, nie dotrzymuje kroku wiekowi. (...) Kobiety stają się seksualnie nie do zaakceptowania znacznie wcześniej niż mężczyźni”.

Dlatego właśnie kobieta boi się starości, bo postępujące lata pozbawią ją jej mocy seksualnej zdolnej zwabić mężczyznę. Jedna z kobiet, która w wieku czterdziestu pięciu lat nie porażała już mężczyzn swym widokiem, przyrównała z goryczą ten fakt do kastracji. Jednak ani ta moc, ani gorączkowe współzawodnictwo o to, by być zawsze najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, które właśnie zebrały się w tym pokoju, nie tłumaczą do końca tego, że wiele kobiet przygląda się swemu gasnącemu pięknu ze świadomością nieuchronnego wyroku, jaki wydał na nie czas. Musimy bowiem pamiętać także i o tym, że skoro młodość łączy się z urodą, uroda z atrakcyjnością seksualną, a ta z kolei pozwala zdobyć i utrzymać przy sobie mężczyznę, zatem upływ lat, odciskający swe piętno na urodzie, może wywołać w kobiecie przeraźliwy lęk przed porzuceniem.

„Mój mąż z pewnością przehandluje mnie na młodszy i ładniejszy egzemplarz – tak mniej więcej brzmi okrutna myśl rodząca się w wielu kobiecych głowach. – Żaden inny facet mnie nie zechce i będę musiała spędzić resztę życia w samotności”.

To jeden z koszmarów wieku średniego, które często się urzeczywistniają.

„Większość mężczyzn, gdy się starzeje, przeżywa smutek i obawy – pisze Sontag. – Ale kobiety przeżywają własne starzenie się boleśniej, bo ze wstydem. Dla mężczyzny starzenie się to przeznaczenie, coś, co musi się zdarzyć, bo przecież jest się człowiekiem. Dla kobiety to nie tylko przeznaczenie, lecz także stan całkowitej bezbronności”.

Nawet jeśli kobieta nie zostanie porzucona przez mężczyznę, gaśnięcie urody odbierane jest przez nią – bo rzeczywiście tak jest – jako strata. Odbierane jest jako utrata swej władzy i możliwości. (…)

I być może zaczną nachodzić nas myśli, że teraz będzie już tak zawsze i że będziemy musiały rezygnować ze wszystkiego po kolei. (…) Czujemy się rozbici. Przerażeni. Nie czujemy się bezpiecznie. Zdaje się nam, że „wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze”. Nagle naszym przyjaciołom, a może i nam samym, przytrafiają się romanse, rozwody, ataki serca, rak. Niektórzy z nich – mężczyźni i kobiety w naszym wieku! – już zmarli. I kiedy także i u nas pojawiają się bóle i dolegliwości, zaczynamy z konieczności odwiedzać internistów, kardiologów, dermatologów, ortopedów, urologów, stomatologów, ginekologów i psychiatrów, i od każdego z nich oczekujemy uspokajającej porady: „Proszę się nie martwić, będzie pan/pani żył/żyła wiecznie”. (…)

Każdy doświadczany ból i każda zmiana i zmniejszenie się możliwości naszego organizmu to oznaki naszej śmiertelności. I kiedy przyglądamy się, jak łagodnie, a czasem raptownie, podąża ku schyłkowi życie naszych ojców i matek, zaczynamy pojmować, że wkrótce zniknie tarcza oddzielająca nas od śmierci, że kiedy oni znikną, przyjdzie kolej na nas.

Co więcej, gdy nad naszymi rodzicami bierze górę starość, ich potrzeby zaczynają pochłaniać nasz czas i burzyć nam spokój. Zostajemy znowu wplątani w ich życie, a nasze rozmowy z nimi przez telefon obracają się bez przerwy wokół pieniędzy i zdrowia. Nasze dorosłe już dzieci same mogą zatroszczyć się o siebie, ale czy owdowiała mama lub ojciec mogą żyć bez niczyjej opieki? Z niecierpliwością i niechęcią, towarzyszącymi naszej miłości, a czasem biorącymi nad nią górę, a także ze smutkiem i poczuciem winy, zaczynamy przystosowywać się fizycznie i emocjonalnie do rosnącej zależności rodziców od nas.

Gdy wchodzimy w wiek średni, dostrzegamy, że naszym przeznaczeniem jest stać się rodzicami własnych rodziców. Niewielu z nas włączyło dotąd ten fakt do swego życiowego planu. Jako odpowiedzialni dorośli ludzie staramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, chociaż nie ulega wątpliwości, że bardziej nam się podobało, gdy byliśmy rodzicami naszych dzieci.

Ale i to – jak się przekonujemy z rosnącymi wciąż mieszanymi uczuciami – powoli zbliża się do kresu. Dzieci bowiem stopniowo nas teraz opuszczają, wyprowadzając się do innych domów i miast lub wyjeżdżając do innych krajów. Ich życie toczy się tam, dokąd nie sięga nasza kontrola i troska. To prawda, że puste gniazdo ma też swoje dobre strony, niemniej będziemy musieli przystosować się do tego, by stać się na powrót tylko połówką pary, a nie głową tętniącego życiem domu, gdzie w pokoju walają się czyjeś adidasy, nie tą jedyną i szczególną osobą, którą już nigdy nie będziemy, a o której mówi się: „Spytam mamy”.

Gdy stary świat wali się w gruzy, zaczynamy podważać dotychczasowe definicje samych siebie, podtrzymujące nas przy życiu, dochodząc do wniosku, że rozgrabieniu ulec może dorobek całego naszego życia, kwestionując to, kim jesteśmy i czym staramy się być oraz pytając siebie, czy w naszym życiu, jedynym jakie zostało nam dane, nasze osiągnięcia i cele mają jeszcze jakąkolwiek wartość? Czy nasze małżeństwo ma sens? A praca, czy jest czegoś warta? Dojrzeliśmy wewnętrznie, czy sprzedaliśmy się? Czy nasze więzi z rodziną i bliskimi opierają się na miłości, czy są tylko rozpaczliwym uzależnieniem? Do jakiego stopnia wolni i silni pragniemy lub ośmielamy się być?

A jeśli przypadkiem mamy dopiero zamiar zdecydować się na ten śmiały krok, wiemy, że musimy zrobić go teraz, bo w naszym życiu zaczęło się już odliczanie czasu, który nam pozostał. Wiemy, że licznik biegnie nieubłaganie, że możliwości wyboru z każdą chwilą kurczą się i że mimo to, iż wiele jest jeszcze rzeczy, które chcielibyśmy dać i otrzymać, niektóre, cenne dla nas aspekty naszego życia, należą nieodwołalnie do przeszłości. Skończyło się dzieciństwo i młodość i trzeba zatrzymać się chwilę nad nimi i opłakać ich stratę, zanim ruszymy dalej w życie.

Może nam to sprawić pewną trudność. Co prawda Dorothy Dinnerstein twierdzi, że „wyrzeczenie się tego, co nieodwracalnie minęło w naszym życiu, jest z samej swej definicji pozytywne”, i że „wyzbywając się gorącego, pełnego nadziei młodzieńczego podniecenia, otrzymujemy w zamian bogactwo wrażliwości oraz zdolność i swobodę roztaczania opieki nad drugimi, które niesie z sobą wiek średni”; jednak rzadko kiedy udaje nam się pozostawić za sobą własną młodość bez walki. Kiedy staje nam przed oczyma to, co już utraciliśmy w wieku średnim lub co niebawem utracimy, kiedy doświadczamy poczucia skończoności i śmiertelności, tylko garstka będzie w stanie odrzucić młodość w oczekiwaniu na to, co można zyskać w zamian. Wielu zmagać się będzie z problemem straty cały czas.

Dlatego bywa, że ociągamy się, trwamy sztywno w miejscu, zostawiamy rzeczy takimi, jakie są i opieramy się wszelkim zmianom. Albo podejmujemy rozpaczliwe wysiłki, by na powrót stać się młodym. Lub padamy ofiarą dolegliwości psychosomatycznych. Bywa też, że z uporem maniaka odwracamy uwagę od tego problemu, stawiając sobie cele, narzucając rygory i snując plany samodoskonalenia.

Ci, którzy opierają się zmianom, buntują się przeciwko rzeczywistości, jaką niesie z sobą czas, trzymając się kurczowo swej władzy i niezmiennego podejścia do życia. Będą twardo wierzyć w to, że dzieci pozostaną posłuszne ich życzeniom, że ich młodsi koledzy w pracy „co tak sobie plotą piąte przez dziesiąte – jak określił to pewien mężczyzna – zawsze będą pamiętać, gdzie ich miejsce”, że współmałżonkowie nie ruszą – jak to ujął ktoś inny – „w jeden diabeł wie, w jakim nowym kierunku”. (…) Nie potrafią i nie chcą się przystosować do nowej sytuacji i gwałtownie ją odrzucają.

Z kolei ci, którzy poszukują młodości, dalecy są od tego, by sztywno opierać się wszelkim zmianom; oni chcą cofnąć się w czasie. Lubili to, co mieli dawniej, i chcieliby dostać to z powrotem. Z tego powodu część żonatych mężczyzn i coraz większa liczba kobiet znajduje nowych, młodszych partnerów lub decyduje się na romans i skok w bok, by przynajmniej przez chwilę zapomnieć o wiotczejących członkach i piersiach. Inni chcą odzyskać młodość dzięki chirurgii plastycznej, pobytom w uzdrowiskach, wizytom u kosmetyczki i zajęciom z aerobiku. Nie mam tu na myśli podejmowanych przez większość nas w tym wieku prób zrobienia wszystkiego, co się da, by pozostać sprawnym i zdrowym. Myślę o czymś więcej, o tym, że ludzie poszukujący straconej młodości chcieliby odzyskać życie i wygląd sprzed lat dwudziestu.

U osób uskarżających się na różne dolegliwości przygnębienie psychiczne prowadzi do schorzeń somatycznych, łącznie z zawałem serca, a nawet rakiem. (…)

Osoby zajęte samodoskonaleniem odwracają swą uwagę od problemu, wypełniając szczelnie swój czas; biegną zbyt szybko, by zauważyć, co straciły. Nikt nie przeczy, że uczenie się nowych rzeczy i powrót do szkoły mogą być doświadczeniem pozytywnym, jednak gorączkowa aktywność ma swą cenę. Dla niektórych ludzi, angażujących się w zewnętrzne, a nie wewnętrzne formy rozwoju, może to być sposób na uniknięcie konfrontacji z tym, co niesie wiek średni. Taka aktywność może być także szalenie wyczerpująca.

Ozdobiłam już sześć poduszek na kursie koronczarstwa, Czytam Kanta i Jane Austin. Z kursu chińskiej kuchni dla zaawansowanych Wiem, jak przyrządzić wieprzowinę z czarną fasolą. Nie muszę męczyć się dłużej, by odnaleźć siebie, Bo wiem już, czego chcę. Być zdrową, mądrą i bardzo dobrze wyglądać. Na kursie ceramiki uczę się, jak polerować garnki, na lekcjach gitary nowych chwytów, na jodze coraz lepiej wychodzi mi kwiat lotosu. Nie muszę zastanawiać się nad tym, co najważniejsze w mym życiu, Bo już wiem: Dobrze wyglądać, być zdrową i mądrą. I podziwianą. Z byłym mistrzem tenisa ćwiczę serwy Wkuwam koniugacje z greki i daję ujście frustracjom w czasie terapii pierwszego krzyku. Nie muszę pytać samej siebie, czego szukam, bo wiem już, że chcę być atrakcyjna, zdrowa i mądra. I podziwiana. I zadowolona. Rozkwitam na zajęciach z ekologicznej uprawy roślin, Na lekcjach tańca poprawiłam sobie uda, Na zajęciach budzenia świadomości nikt nie jest lepszy ode mnie Pracuję pilnie dzień i noc, bo chcę być atrakcyjną, zdrową i mądrą. I podziwianą. I zadowoloną. I dzielną. 1 oczytaną. I cudowną gospodynią, Fantastyczną w łóżku, Poliglotką, Wysportowaną, Uzdolnioną artystycznie... Halo, czy ktoś mógłby mnie zatrzymać?

Spotyka się także inne, nie tak gorączkowe reakcje, charakterystyczne dla wieku średniego i odzwierciedlające panujący w nas chaos i lęk, ponieważ mimo iż jesteśmy być może u szczytu swych możliwości, wiemy, że znajdujemy się w kleszczach czasu, że nasz „postój na ziemi – jak przypomina nam o tym pewna poetka i wiele stewardes – będzie krótki”. Dlatego wielu z nas może doświadczać przygnębienia lub goryczy: „A więc całe życie to tylko tyle?” Albo bolesnego rozczarowania, zwłaszcza gdy nie udało się nam sięgnąć własnych ideałów i zrealizować zamierzeń. Wielu będzie powtarzać ze znudzeniem i zniecierpliwieniem: „I co dalej?”, jeśli udało nam się je osiągnąć i zrealizować. U wielu innych zaczyna się proces samodestrukcji – piją, łykają pigułki, za szybko prowadzą samochód lub świadomie próbują popełnić samobójstwo. Wielu z nas zazdrości w tym okresie młodszemu pokoleniu – nawet własnym, rozkwitającym teraz seksualnie, synom i córkom. Wielu dręczy poczucie winy z powodu popełnionego zła i zaniedbanego dobra. Albo ogarnia rozpacz; znaleźliśmy się w „głębi ciemnego lasu”, niepewni, czy kiedykolwiek odnajdziemy właściwą ścieżkę.

Psychoanalitycy przyznają, że nie potrafią dokładnie przewidzieć wszystkich reakcji na kryzys wieku średniego. Każdy człowiek posiada jakieś słabe i mocne strony. Jeśli jednak osiągamy ten zwrotny punkt w naszym życiu, nie rozwiązawszy wcześniej najważniejszych konfliktów albo nie ukończywszy wcześniejszej fazy rozwoju, istnieje – ich zdaniem – większe prawdopodobieństwo tego, że w naszych obecnych doświadczeniach powtórzą się lęki z przeszłości i dawne niewłaściwe rozwiązania. (…)

Jeżeli chodzi o naszą pracę, przyjdzie nam być może zaakceptować ze smutkiem ograniczenia i rozczarowania związane z naszymi osiągnięciami. Może się zdarzyć, że pragnąc uzyskać więcej satysfakcji zawodowej, porzucimy dawne zajęcie, by obrać zupełnie nową drogę kariery. I w sercu, i w kalendarzu mniej miejsca rezerwować będziemy na pracę, a więcej na swoje prywatne sprawy i na potrzeby lokalnej społeczności. Niektórzy, zrezygnowawszy częściowo z marzeń o władzy i sukcesie, mogą stać się na tyle wolni, by pomagać w karierze młodszym kolegom i stać się dla nich inspirującym oraz życzliwym nauczycielem i doradcą.

Zdarzyć się może i tak, że kobiety pracujące dotąd całe życie i nie rezygnujące z zawodu, nawet gdy wychowywały dzieci, także dokonają rewizji swojej kariery. Naukowcy nie mogą nam jeszcze powiedzieć zbyt wiele na ten temat, bowiem dla większości zamężnych kobiet z klasy średniej praca zarobkowa nie stanowiła przymusu. Ruch feministyczny radykalnie zmienił punkt widzenia na rolę kobiety i już w połowie lat siedemdziesiątych każda znana mi kobieta w wieku średnim snuła plany zawodowe lub powrotu do pracy po urodzeniu dziecka. U podłoża tego leżały przyczyny zarówno negatywne, na zasadzie: „Muszę mieć pracę, bo gdy spytają mnie na przyjęciu, kim jestem, nie będę wiedziała, co powiedzieć”, jak i pozytywne – kobiety czuły się społecznie uprawnione, a nawet przynaglane do tego, by dać pełniejsze ujście swym zdolnościom i kompetencjom.

Trzeba jednak dodać, że wielu mężów nie uważało powrotu żon do pracy za błogosławieństwo, a niektórzy nadal tak myślą. Co więcej, wielu mężów, których żony od niedawna pracują, czuje się opuszczonych i ma wrażenie, że nikt się o nich nie troszczy i że zostali odstawieni na boczny tor. „Równie dobrze mógłbym mieszkać z kolegą w akademiku” – skarżą się niektórzy z nich. „GDY ONA PRACUJE POZA DOMEM ON, W WOLNYM CZASIE, MOŻE CZUĆ SIĘ WYIZOLOWANY”, głosi nagłówek w „The Wall Street Journal”. Dzieje się tak dlatego, że w czasie, gdy wielu mężów zaczyna zwalniać tempo życia i koncentruje się na domu, uwaga ich żon kieruje się poza domowe ognisko i zaczynają się one skupiać na karierze zawodowej.

Psychologowie nazywają to zjawisko niezgodnością faz lub trajektorią kariery. Jak twierdzą naukowcy, zmiana stosunków między mężczyzną a kobietą wiąże się z tym, że kobiety w wieku średnim stają się bardziej męskie, mężczyźni zaś tracą częściowo swą agresywność i chęć osiągnięcia sukcesu i stają się pod wieloma względami bardziej „kobiecy”. Niezależnie od tego, czy żona podejmie pracę czy nie, to zachwianie równowagi płci może doprowadzić do ostrych napięć w małżeństwie. Z drugiej jednak strony, unifikacja biegunów naszej seksualności jest źródłem ogromnych korzyści dla nas i dla naszych związków. (…)

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. Wkroczyliśmy w jesień życia; wiosna i lato są już za nami. I – inaczej niż w kalendarzu – gdy dojdziemy do końca, nie będzie na nas czekał nowy początek.

Albowiem nie potrafimy także zatrzymać czasu. „Udało mi się pogodzić ze stratami wieku średniego, ale wylałam przy tym wiele łez – zwierzyła mi się niedawno pięćdziesięcioletnia przyjaciółka. – Jestem już dojrzała i wystarczająco przystosowana do tego, by darzyć sympatią okres życia, w którym się teraz znajduję. Chciałabym tylko, żeby jakieś nadziemskie moce pozwoliły mi pozostać już na zawsze na tym etapie”.

My wszyscy, którym udało się przeżyć kryzys wieku średniego, także bylibyśmy wdzięczni, gdybyśmy mogli „pozostać na tym etapie” teraz, gdy w dojrzały sposób patrzymy na świat, gdy płonie w nas zapał, przed nami nowe perspektywy, a wokół ludzie, których kochamy i praca, którą chcemy wykonać. Teraz, kiedy zostawiliśmy za sobą dawne „ja”, jeszcze bez zmarszczek i nieśmiertelni, sądzimy, że dość się już napracowaliśmy i chcielibyśmy skończyć już na zawsze z wyzbywaniem się, utratą i zostawianiem za sobą przeszłości.

Jednak to jeszcze nie koniec.

To, co musimy utracić Judith Viorst Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze