1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Dojrzałość daje poczucie luzu, przestrzeni i wolności. Rozmowa z Joanną Flis, psycholożką

Dojrzałość daje poczucie luzu, przestrzeni i wolności. Rozmowa z Joanną Flis, psycholożką

Joanna Flis, autorka podcastu Madame Monday (Fot. materiały prasowe)
Joanna Flis, autorka podcastu Madame Monday (Fot. materiały prasowe)
W podcaście, a teraz też książce „Madame Monday” (Pani Poniedziałek) psycholożka Joanna Flis udowadnia, że dorosłość wcale nie musibyć nudna, sztywna i pozbawiona przyjemności. W świecie pełnym Piotrusiów Panów i Wiecznych Dziewczynek wskazuje inną postawę, w której dojrzałość staje się naszą nową supermocą.

Kiedy dorastałam, zarówno ja, jak i moi koledzy i koleżanki nie mogliśmy się doczekać momentu, kiedy będziemy mogli robić te wszystkie „dorosłe” rzeczy. Dziś ci sami koledzy i koleżanki wcale nie chcą być dorośli. Dojrzałość kojarzy nam się głównie ze starzeniem i zmarszczkami – czyli czymś, z czym trzeba walczyć. Co się z nami stało przez te 20–30 lat?
Myślę, że jako dzieciaki pragnęliśmy korzystać z przywilejów dorosłości, ale niekoniecznie w dojrzały sposób. Większość z nas wyobrażała sobie, że pełnoletność pozwoli nam na nieograniczoną swobodę, która będzie wyrażać się choćby w piciu alkoholu i podróżowaniu po świecie. Sądzę, że byliśmy też przekonani, że nasza dorosłość będzie zupełnie inna niż dorosłość naszych rodziców. Że nie przytrafią się nam rzeczy, które przytrafiały się inżynierowi Karwowskiemu z serialu „Czterdziestolatek”, bo my będziemy nowym pokoleniem, które będzie miało zupełnie inne problemy i wyzwania. Łudziliśmy się, że nie będziemy tak ponurzy, rozgoryczeni, sfrustrowani i zestresowani, że rozegramy życie po swojemu. I myślę, że to się nie udało waśnie dlatego, że zabrakło nam dojrzałości.

A jak nie ma dojrzałości, to dorosłość bywa okropna.

Zanotowałam sobie taki cytat z twojej najnowszej książki „Madame Monday. Po dorosłemu”: „Dorosłość zaczyna się, gdy orientujesz się, że życie rozczarowuje, a dojrzałość, gdy potrafisz sobie z tym radzić”. Chcesz powiedzieć, że dojrzałość musimy w sobie dopiero wypracować, bo w przeciwieństwie do pełnoletności nie przychodzi sama?
Dorosłość to moment, w którym opadają wszelkie iluzje na temat świata. Przychodzi trochę jak ten dzień, w którym przestajesz wierzyć w Świętego Mikołaja. No więc takich Świętych Mikołajów jest w naszym życiu więcej. Na przykład z czasem orientujemy się, że nie jesteśmy na świecie po to, by dostać wszystko, czego pragniemy. Bo chcieć to nie zawsze móc. Boleśnie doświadczamy tego, że dobrym ludziom też przytrafiają się złe rzeczy, a czasem ci, którzy zachowują się niewłaściwie, otrzymują wszystko, co według nas najlepsze. Świat nie jest sprawiedliwy, a sens życia musimy odnaleźć sami… To tylko kilka z przykładów, kiedy opadają nam klapki z oczu. Jeszcze później przekonujemy się, że dzieci nie zawsze są nam wdzięczne, choć wydaje się, że mogłyby. I że niezależnie od tego, jak bardzo byśmy się starali jako rodzice, to nie mamy gwarancji, że będą szczęśliwe – mogą chorować na depresję, mimo że zrobiliśmy wszystko podręcznikowo. A miłość, nawet jeśli jest głęboka, prawdziwa i wychuchana, też potrafi zniknąć albo się wypalić.

Kiedy to wszystko zbierzemy do kupy, to możemy się tym światem nieźle rozczarować. Pojawiają się myśli: „To po co ja tu jestem? Czy w ogóle warto się starać? Co zrobić, żeby przestać czuć to, co czuję?”. Czasem zamiast rozczarowania przychodzi złość, zaczynamy tupać nóżką i szukać innych sposobów, często magiczno-życzeniowych, żeby zmienić świat, który nas otacza. Jeśli jednak uda nam się z tego rozczarowania przejść do działania, otwieramy się na życie po dorosłemu. Mówimy sobie: „OK, nie zmienię świata, on rządzi się swoimi prawami, a niektóre są dość brutalne – ale mogę zmienić siebie. Nauczyć się radzić sobie z rzeczywistością taką, jaka jest. Przestać narzekać, przestać być roszczeniowa i cała w pretensjach, a zamiast tego spróbować sprostać wyzwaniom w sposób, który będzie dla mnie najlepszy”. I to jest moment wielkiej odwagi. Bo łatwiej jest zamknąć się w sobie i obrazić na wszystko i wszystkich.

Dojrzałość jest zatem… umiejętnością?
Jest kompetencją służącą do dźwigania zadań dorosłego życia. Jeśli jej nie wykształcimy, to będziemy je dźwigać po dziecięcemu, czyli walczyć, dominować, kłócić się, uciekać w konsumeryzm czy uzależnienia… Zwykle prowadzi to jednak do braku satysfakcji z życia. Świat jest dość wymagającym miejscem, ale mimo wszystko jest dość rozsądny, bo kiedy serwuje nam różne zadania rozwojowe w różnych okresach naszego życia, to najcześciej są one szyte na miarę naszej dojrzałości.

Mówisz o dźwiganiu – to może nie być zbyt zachęcające dla kogoś, kto właśnie postanowił, że nie chce być dorosły – ale dojrzałość daje też coś więcej: spokój i oparcie w sobie. Czy to nie jest odpowiedź na naszą dzisiejszą tęsknotę za autorytetami? Szukamy ich na zewnątrz, a możemy zajrzeć w siebie…
I znaleźć tam kogoś, kto nam podpowie, jak zachować się w danej sytuacji najbardziej właściwie dla nas samych. Dojrzałość daje o wiele więcej – sprawia, że stajemy się mniej egocentryczni, mniej przywiązani do rzeczy, mamy większy dystans do siebie, więc trudniej jest nas głęboko zranić, ale też mamy większą łatwość w ustanawianiu granic, dzięki czemu możemy pielęgnować w sobie na przykład dojrzałą nadzieję.

Czym jest dojrzała nadzieja?
To coś zupełnie innego niż wiara dzieciaka w to, że na pewno będzie dobrze. My już wiemy, że będzie, jak będzie, ale mimo to możemy wybrać, że będziemy postępować tak, jakby miało być dobrze. Tak samo jest z pogodą ducha – mam świadomość, że świat bywa zły, a ludzie mogą mnie skrzywdzić, ale wybieram, że mimo wszystko będę pogodną osobą. Bo trudne zadania rozwojowe będą się nam przytrafiały i tak czy siak będziemy musieli je dźwigać niczym mityczny Atlas kulę ziemską. Ciężko nie być Atlasem, gdy choruje ci dziecko, gdy jesteś przez wiele lat bezrobotna, borykasz się z ubóstwem, doświadczasz przemocy czy zmagasz z odchodzeniem rodziców. Dojrzałość pozwala nam wtedy znaleźć gdzieś odwagę i nadzieję, żeby żyć dalej, starać się, robić dla siebie wszystko, co najlepsze.

I jeszcze jedna ważna rzecz – dojrzałość to nie jest doskonałość. To nie jest tak, że wytworzymy w sobie posągową, krystaliczną postać, która zawsze zachowa się właściwie. Nie, ale dzięki dojrzałości częściej będziemy zachowywać się w zgodzie z własnymi wartościami albo w sposób, który nas przybliża do osiągania naszych celów. A to nigdy nie jest proste, lekkie i bezrefleksyjne. Dojrzałe wybory wymagają namysłu, najczęściej są kontrintuicyjne. No i wreszcie – nawet jeśli jesteśmy dojrzali, nie za każdym razem jesteśmy w stanie się tak zachować. Tymczasem żyjemy w cancel culture, czyli kulturze wykluczenia. Według jej zasad wystarczy, że ktoś uznawany do tej pory za autorytet zachowa się niewłaściwie i go od razu kasujemy. A przecież my wszyscy jesteśmy w drodze, wszyscy się uczymy dojrzałych zachowań. W zasadzie dojrzałość dopełnia się jako konstrukt naszej osobowości w momencie, w którym umieramy, bo to nasze ostatnie zadanie rozwojowe.

Jakkolwiek by to pesymistycznie zabrzmiało…
Chcę po prostu powiedzieć, że dążenie do dojrzałości jest zadaniem na całe życie. To ciągłe uczenie się, jak żyć lepiej, mimo że nasze ciała się starzeją, a samo życie różnie się z nami obchodzi. Czasem spotykam starsze osoby, które są bardzo rozgoryczone, i to ich rozgoryczenie, ta ich roszczeniowość, zaciekłość, zajadłość, zawiść czy wręcz nienawiść do innych – są dla mnie papierkiem lakmusowym tego, czy mieli szansę spotkać się ze swoją dojrzałością. Nie chcę tu nikogo stygmatyzować czy etykietować, bo często ludzie nie wybierają sobie niedojrzałych wzorców sami. Po prostu nie mieli innych przykładów w swoim najbliższym otoczeniu.

Czasem nie dostajemy takich dojrzałych wzorców w domu czy w szkole, ale też niewiele ich jest dziś w społeczeństwie. Spójrzmy choćby na naszą scenę polityczną. Oglądanie obrad sejmu od kilku dobrych lat jest jak oglądanie relacji z przepychanek przedszkolaków. Nie dziwi więc, że nowy marszałek sejmu Szymon Hołownia zyskuje popularność. Jego słowa i zachowania na tle dotychczasowego pokrzykiwania w rodzaju „Ja panu nie przerywałem!” zdają się bardzo dojrzałe.
Rzeczywiście możemy zobaczyć, że nowy marszałek próbuje dźwignąć kompetencje dojrzałego przywódcy. Wchodzi w rolę dorosłego rodzica tych wszystkich dzieci, które tam się ze sobą kłócą, po części próbuje je wychowywać czy edukować, odwołując się do pewnych przepisów, a po części kontrolować własne emocje. Robi to bez pogardy, bez oceniania, choć zdarza się, że wymknie mu się jakiś żart – od razu dodam, że poczucie humoru jest jednym z dojrzalszych mechanizmów obronnych. Dla mnie jako dla osoby, która się interesuje rozwijaniem dojrzałości, to świetny przykład kogoś, kto jest w procesie odkrywania własnej dojrzałej postawy, kto się jej uczy i modeluje ją na zewnątrz. Niektórzy komentują, że to jest wystudiowane. Ale dojrzała dorosłość taka właśnie jest! Ona nie przychodzi nam spontanicznie i automatycznie. Spontanicznie i automatycznie to niektórym włącza się charyzma, jak wychodzą na scenę.

Moją książkę otwieram cytatem mówiącym o tym, że niedojrzałe społeczeństwo zachowuje się o wiele bardziej infantylnie, niż jego mądrość na to pozwala. Zobacz, my przecież mamy szkoły, mamy uniwersytety, mamy książki i podcasty, mamy całą tę psychoedukację oraz różne przykłady dojrzałych osób, a mimo to w grupie zachowujemy się najmniej dojrzale.
Sejm też jest taką grupą. Tam, gdzie jest zgoda na prymitywne zachowania – celowo nie mówię: „dziecinne”, bo to byłoby krzywdzące dla dzieci – tam nawet ktoś, kto ma dojrzały repertuar własny, może mieć skłonność do tego, by go odłożyć i sięgnąć po ten z niższej półki funkcjonowania. To nam pokazuje, że jesteśmy złożeni z różnych elementów. Pewne niedojrzałości też w nas są, one nie znikają, ale wychodzą na światło dzienne wtedy, kiedy jest na nie przyzwolenie. Dlatego tak ważna jest kontrola społeczna, reagowanie, modelowanie właściwych postaw.

O niedojrzałe zachowania łatwiej, kiedy pojawiają się emocje, stres, przemęczenie albo kiedy inne narzędzia przestają być skuteczne. Badania potwierdzają, że w grupie podejmujemy mniej rozsądne decyzje. Dlatego jeśli chcemy być dojrzali, musimy sami siebie pilnować, być ciągle uważni i przytomni. Nic dziwnego, że nie zawsze się nam to udaje.

W książce wyróżniasz pięć filarów dojrzałości: inteligencję emocjonalną, intelektualną i społeczną, mądrość, która jest czymś innym niż wiedza, oraz elastyczność.
Próbowałam stworzyć pewną bazę, bo kiedy sięgnęłam po literaturę na temat dojrzałości, to szybko się zorientowałam, że dotyczy ona raczej… starości. Zastanawiałam się, dlaczego tak dużo piszemy o dojrzałości w znaczeniu zaawansowanego wieku, a tak mało o dojrzałości jako o stanie. Teraz jestem już mądrzejsza niż wtedy, kiedy zaczynałam pracę nad książką, zauważyłam bowiem, że Erik Erikson, twórca etapów rozwoju psychoseksualnego, który badał różne kryzysy rozwojowe i je opisywał, swoją bazę tworzył w momencie, w którym jako ludzie żyliśmy o wiele krócej niż dzisiaj. Medycyna nie była jeszcze tak rozwinięta, warunki życia były gorsze i rzeczywiście koło czterdziestki pojawiało się przedostatnie zadanie rozwojowe, by nauczyć czegoś innych, zostawić coś po sobie, a potem było tylko zadanie polegające na tym, by się ze sobą zintegrować albo w rozpaczy umrzeć. Dziś od momentu osiągnięcia czterdziestki doszło nam co najmniej 30 albo 40 lat życia, w którym z tej naszej dojrzałości możemy skorzystać. Wreszcie pojawiła się przestrzeń na wykorzystanie jej potencjału w sposób dużo bardziej wykraczający poza dotychczasowe zadania związane z urodzeniem potomstwa i jego wychowaniem. Tylko my nie mamy pojęcia, co właściwie chcielibyśmy z nią zrobić...

Duża część dorosłych będących w procesie kształcenia dojrzałości próbuje zacząć wtedy od nowa albo chce jeszcze raz rozegrać to samo życie, czyli cofa się do poziomu 20-latka, żeby powielić coś według znanego scenariusza: założyć rodzinę, zmienić pracę, odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jeszcze może być. A część postanawia wyjechać w Bieszczady i zacząć hodować alpaki. Bardzo mnie to zastanawia, bo wydaje mi się, że to jest jednak ucieczka. Przecież możemy coś kontynuować, rozwijać się dalej tu, gdzie jesteśmy. Marzą mi się duże badania ilościowe albo nawet jakościowe, które pokazałyby, jak ludzie z rozmaitych kultur wykorzystują lub mogą wykorzystać ten okres życia i potencjał zwany dojrzałością.

A ty masz na to pomysł? Co zrobić z tym czasem i umiejętnością?
W mojej książce przewija się taka idea, że moglibyśmy zacząć żyć dla innych, ale bez poświęcania się, odnaleźć swoją użyteczność społeczną. Erikson też o tym trochę mówił. Ale oczywiście to nie jest jeszcze zbiór wyczerpany.

Dla mnie osobiście czterdziestka to moment, kiedy w końcu mogę odsunąć się od siebie i pokonać iluzję oddzielenia od ludzi. Może też pokonać iluzję oddzielenia od przyrody – trochę bardziej poczuć się jej częścią. Jestem ciekawa, co tam się dalej kryje, bo jeszcze nie przekroczyłam tego progu, głęboko wierzę w to, że tam jest duchowość, poczucie łączności i zniwelowanie samotności, która nas zżera. Ale ponieważ – jak już mówiłam – nie umiemy jeszcze tego zadania rozwojowego rozwiązać, nie zbliżamy się do innych ludzi na tyle, na ile tego potrzebujemy – to mniej więcej w okolicach 40. roku życia większość z nas zaczyna chorować na depresję albo zaburzenia lękowe.

A w podtrzymaniu iluzji oddzielenia pomagają nam nowe technologie...
Inna sprawa, że dziś nie ma dla nas, starszyzny z kompetencjami dojrzałości, za bardzo miejsca. Być może to kobiety zaczną je powoli znajdować. Na Instagramie obserwuję konta użytkowniczek, które przestały walczyć ze swoim wiekiem, a atrybuty dojrzałości – typu siwe włosy – traktują jako coś bardzo cennego. Albo jak Pamela Anderson zaczynają pokazywać światu swoją prawdziwą twarz, mówiąc: „Zobaczcie, jak dojrzałość mnie ubogaciła, jakim jestem pięknym człowiekiem i jaką lekcję daję tym samym innym”.

Bardzo chciałabym, byśmy wrócili do kompetencji mądrości, jaką posiadają osoby dojrzałe, które mają i wiedzę, i doświadczenie życiowe. Wychowywałam się w wielopokoleniowym domu i pamiętam pozycję moich pradziadków czy dziadka – oni naprawdę pełnili funkcję starszyzny. Byli kimś, kogo można było poprosić o radę, wsparcie czy opinię. Takie dobre relacje ze starszyzną mamy na przykład w nauce, gdzie profesorowie, którzy niejedne badania i niejeden projekt mają już za sobą, którzy niejedną książkę przeczytali czy napisali – stanowią najlepsze źródło wiedzy. Żaden Chat GPT ich nie zastąpi.

Dla mnie dojrzałość oznacza bowiem szerokość, czyli to, że umiem osadzać różne rzeczy w kontekstach – także historycznym, zmieniającym się politycznym, społecznym, kontekście różnych wydarzeń życiowych, jakie mi się przytrafiły, kontekście mojego wieku czy kryzysów rozwojowych, które mam za sobą. Bardzo bym chciała, byśmy tam, gdzie musimy się kierować pewnym rozwojem moralnym, dopuszczali do głosu osoby mające umiejętność wnioskowania moralnego już bardzo rozwiniętą. Marzy mi się świat, w którym głos osób dojrzałych, nie tylko wiekiem, byłby cenny, a ludzie mieliby ochotę uczyć się z ich doświadczenia. Tylko czy my rzeczywiście tego chcemy…?

Na pewno nie lubimy moralizowania i patosu, ale myślę, że tęsknimy za mądrymi radami.
Oczywiście młodzi nas też bardzo wielu rzeczy uczą – ta chęć czerpania z wiedzy czy doświadczenia powinna iść w dwie strony. Starsi powinni umieć używać optyki młodszych – to jest przejaw ogromnej dojrzałości.

No właśnie, bo dojrzałość to też: umiejętność przyznawania się do błędów, mówienia „nie wiem”, ciągłe uczenie się, cofanie się z drogi, którą szliśmy, i próbowanie nowej. Także pokora oraz akceptacja zwyczajności i przeciętności.
I tu warto powiedzieć o jeszcze jednej kwestii, pewnie sama obserwujesz to często w naszym coraz bardziej narcystycznym społeczeństwie... Ile jest sytuacji, w których ludzie robią coś złego, ale się do tego nie przyznają i afera ucicha, a ile takich, w których ludzie przepraszają, przyznają się do błędu i mimo to zostają skancelowani? Co się więc bardziej opłaca? W naszej społeczności, niestety, nadal – być cwaniakiem, ignorantem i cynikiem.

Kiedy pisałam tę książkę, zastanawiałam się, czy nie jest aby tak, że bycie dojrzałym to tym samym zgoda na bycie społecznym frajerem. Przyznajesz się do winy, wybaczasz, dajesz komuś drugą szansę – i dostajesz za to po głowie. Mogłaś wygrać cynizmem i ignorancją, ale zachowałaś się właściwie. Jak jesteś dzieckiem, to może jeszcze dadzą ci za to plus do dzienniczka, pochwałę i jakieś słodycze, ale w dorosłości przeważnie nie tylko cię nie pochwalą, ale jeszcze z krzywym uśmieszkiem powiedzą: „Frajerka”.

Aby być dojrzałym, trzeba mieć w sobie dużo samozaparcia i takiej postawy profesora Władysława Bartoszewskiego, który mówił, że jak nie wiesz, jak się zachować, to zachowaj się przyzwoicie.

Mówił też: „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”.
I bardzo podobnie jest z dojrzałością. Ona zawsze jest właściwa i zawsze się opłaca, ale ta jej opłacalność nie zawsze jest taka oczywista. Czasem największą nagrodą, jaką za nią dostajemy, jest jedynie wewnętrzne poczucie, że jestem OK. Dojrzałe postawy budują nasze poczucie własnej wartości. Czuję się osobą wartościową, kiedy umiem wprowadzać w życie wartości, które są dla mnie najważniejsze, czyli kiedy zachowuję się przyzwoicie, dojrzale.

Wszyscy chcielibyśmy myśleć o sobie lepiej, być z siebie dumni, a dojrzałość w 99 procentach nam tę potrzebę zaspokaja. Nawet jeśli to, co zrobiłam, było największym frajerstwem na świecie, czyli: oddałam wygrany los na loterię, bo nie był mój.

Przytoczę jeszcze jeden cytat z twojej książki: „Dojrzałość to ciągłe balansowanie pomiędzy akceptacją świata takiego, jaki jest, a umiejętnością utrzymania nadziei”. Skoro dorosłość oznacza zgodę na rozczarowania, czy jest w niej też miejsce na oczarowania, które jednak wiążemy raczej z dziecięcością, a nie dojrzałością?
Nadzieja, radość, oczarowanie – to wszystko są umiejętności obcowania ze światem; optyka, jaką przyjmujemy, i niczym przez szkiełko patrzymy na świat. W pewnym sensie w dzieciństwie przychodzi nam to z większą łatwością, bo jeszcze nie wiemy, jaki jest świat. Możemy projektować na otaczającą nas rzeczywistość marzenia o tym, jaka mogłaby być. Im dłużej żyjemy, tym staje się to coraz trudniejsze. Przychodzą wspomniane rozczarowania. Ta optyka nie jest już naturalnym procesem projekcyjnym, ale naszą suwerenną decyzją, czyli: „Wybieram, że tak będę patrzyła na świat. Wybieram, że będę w nim szukała czegoś, co mnie oczarowuje i jest piękne. Wybieram, że będę poszukiwała takiego sposobu myślenia o rzeczywistości, który uwzględni optymizm. Wybieram, że będę widziała nadzieję tam, gdzie racjonalnie za wiele jej nie ma, ale wiem, że jest mi potrzebna. Celowo wzbudzam w sobie ten stan”.
To tak jak z wdzięcznością, której praktykowanie stało się dzisiaj modne. Też jak z miłością, która w fazie zakochania jest prosta, niemalże jak oddychanie, podczas gdy dojrzała miłość to codzienny wybór tego, jak chcesz na tę drugą osobę patrzeć.

Zauważyłam, że na swoim Instagramie zadajesz różnym osobom pytanie o to, jaka była ich pierwsza dojrzała decyzja. A ty pamiętasz swoją?
Moja historia jest trochę inna… Ponieważ bardzo szybko zostałam mamą, równie szybko zaczęłam żyć po dorosłemu, nie mając do tego dojrzałości emocjonalnej. Cały ten proces był więc u mnie odwrócony. Pracowałam wtedy w administracji publicznej, a jednocześnie studiowałam, byłam dużo poważniejszą panią niż dzisiaj. Próbowałam dźwigać zadania dorosłości bez dojrzałości, czyli na zaciśniętych zębach, na pracoholizmie, na perfekcjonizmie, na kompletnym pomijaniu radości. Byłam jak robot. I rzeczywiście dopięłam swego, co prawda niemałym kosztem emocjonalnym i osobistym. Dlatego tak atrakcyjne było dla mnie, kiedy zaczęłam odkrywać, że mogę podejmować się różnych innych zadań dorosłości z taką lekkością, z jaką robię to teraz. Nie muszę być smutną, sztywną, nadmiernie poważną osobą, żeby się ze mną liczono. Nie muszę mieć etatu, by czuć się bezpiecznie finansowo. I nikomu nie muszę udowadniać, że sobie radzę w macierzyństwie.

Nie wiem więc, jaka była moja pierwsza dojrzała decyzja, ale wiem, kiedy ta dojrzałość zaczęła do mnie przychodzić, bo poczułam wtedy w sobie dużo więcej luzu, przestrzeni i wolności. 

Joanna Flis psycholożka, psychoterapeutka uzależnień i współuzależnienia. Wykładowczyni i badaczka związana z Uniwersytetem Szczecińskim. Ekspertka projektu „Młode głowy” realizowanego przez fundację Unaweza. Autorka książek, w tym najnowszej „Madame Monday. Po dorosłemu” oraz podcastu pod tym samym tytułem.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze