1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Narcyz – mężczyzna, który niszczy kobiety

Narcyz – mężczyzna, który niszczy kobiety

Narcyz to człowiek, z którym relacja zawsze będzie toksyczna. Jego toksyczne zachowanie powoli wyniszcza partnerkę. (fot. iStock)
Narcyz to człowiek, z którym relacja zawsze będzie toksyczna. Jego toksyczne zachowanie powoli wyniszcza partnerkę. (fot. iStock)
Perwersyjny narcyz to wielki manipulant i oczywiście zwolennik kłamstwa! On od zwykłego kłamcy różni się tym, że chce zaszkodzić. Jest jak wielki włochaty pająk, który podstępnie tka sieć, żeby cię w niej zamknąć – pisze Lisa Letessier w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

Psychiczne i fizyczne konsekwencje dla jego ofiar są fatalne: utrata poczucia wartości, nerwica lękowa, ataki paniki, depresja, zaburzenia apetytu, zaburzenia snu, symptomy fizyczne (migreny, bóle brzucha, bóle pleców itd.). Im dłuższy okres jego oddziaływania na kogoś, tym dłużej potrwa odzyskiwanie równowagi przez osobę krzywdzoną.

Narcyz. Oto krótki opis, który pozwoli go rozpoznać:

Perwersyjny narcyz obwinia innych. Powołuje się na więź, która was łączy lub taki czy inny powód, by pokazać, jak bardzo nie powinieneś robić tego czy innego. Podkreśla, jak wiele dla ciebie zrobił. Jest wyjątkowo wymagający i oczekuje perfekcyjności. Partner musi dorastać do jego inteligencji, nigdy nie zmieniać zdania, wszystko umieć itd. Perwersyjny narcyz chętnie krytykuje i dewaluuje, a dzień później schlebia i jest uważny. Posiłkuje się twoimi wartościami, zasadami moralnymi, żeby zaspokoić własne potrzeby i czasami wykorzystać je przeciwko tobie.

On żywi się tobą, pochłania cię. Im gorzej się czujesz, tym lepiej dla niego. Odbiera ci zalety, talenty, sukcesy, aż do wyczerpania. Jeśli to nie jest możliwe, minimalizuje je lub niszczy. Jest skrajnie zazdrosny i wymaga całkowitej dyspozycyjności. Nie akceptuje tego, że możesz mieć tajemniczy ogród. Nie masz prawa zachować żadnej przestrzeni prywatnej. Za to on nie dzieli się swoimi odczuciami w sposób konkretny. Nigdy nie wyraża jasno ani swoich potrzeb, ani próśb, ani opinii. Udziela wykrętnych i niejednoznacznych odpowiedzi. Przeinacza sytuacje i doprowadza do nieporozumień, zadając paradoksalne pytania, na które w rzeczywistości nie da się dobrze odpowiedzieć. Mówi na przykład bliskiej osobie, że nie znosi, gdy ta wciąż go osacza, jednak gdy ona planuje wyjść z przyjaciółmi, zarzuca jej, że zostawia go samego. Często bawi się dwuznacznością.

Człowiek ten zmienia opinię oraz wypowiedzi w zależności od rozmówcy lub chwili. Także jego zachowanie pozawerbalne może nagle być inne. Nie przyzna, że zmienił zdanie, lecz będzie przekonywał, że został źle zrozumiany lub usłyszany. W efekcie zaczynasz mieć wątpliwości co do własnych osądów i wydaje ci się, że popadasz w szaleństwo.

Perwersyjny narcyz potrafi udawać ofiarę i doprowadzić do tego, że poczujesz się katem, tym, kto krzywdzi, nie rozumie go, nie jest dla niego dość dobry. Nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności i nigdy nie przeprasza (a jeśli, to nieszczerze – tylko strategicznie). Zawsze o wszystko obwinia innych. Jeśli temat lub sytuacja nie podobają mu się, odchodzi lub brutalnie sprowadza rozmowę na inne tory. Działa w sposób pasywno-agresywny, zaczyna milczeć bez wyjaśnienia, nagle przestaje dzwonić. Zachowuje się wrogo i nie potrafi znieść frustracji. Wszystko mu się należy natychmiast. Nawet nie dopuszcza myśli, że ktoś może wyznaczać granice albo odmówić mu czegoś.

Odsuwa cię od bliskich, podstępnie roznieca konflikty. Oddala się. Zwłaszcza odgradza się od osób, które zagrażają jego wpływowi, przyjaciół, którzy go rozgryźli, psychoterapeutów itd. Nigdy nie angażuje się w sytuacje konfrontacyjne, robi uniki lub korzysta z pośrednictwa innych ludzi albo technologii (e-mail, SMS itd.). Nie znosi jakiejkolwiek krytyki i działa w złej wierze. Często projektuje i przypisuje ci swoje wady. Ponieważ kłamie bez przerwy, będzie cię traktował jak kłamcę! Zresztą często postępuje niezgodnie z tym, co mówi.

Perwersyjny narcyz grozi lub szantażuje. Mówi nieprawdę, przeinacza, interpretuje. Tak często kłamie, że przestaje być tego świadom. Jeśli ktoś go przyłapie, przekręca fakty, aby tamten poczuł się albo jak osoba niespełna rozumu, albo nikczemna. Nigdy nie przyzna się do kłamstwa. Przymuszony do tego, maksymalnie banalizuje znaczenie tego, co zrobił, jakby nie miało to żadnego znaczenia, a rozmówca przesadzał.

To egocentryk całkowicie pozbawiony empatii. Jest w stanie mówić bardzo raniące rzeczy w sposób naturalny, dowodząc, że to ty wykazujesz się zbyt wielką podejrzliwością i „nie można ci nic powiedzieć”. Ma za nic twoje potrzeby i przekonuje, że właśnie ty nie szanujesz jego potrzeb. Towarzysko jest natomiast bardzo ceniony, wygląda na sympatycznego, uwodzicielskiego, altruistycznego, wykształconego. Często jest bardzo dowcipny.

Perwersyjny narcyz jest świadom swojej władzy. Często odznacza się wysokim ilorazem inteligencji, co czyni go jeszcze bardziej niebezpiecznym i diabolicznym. Doskonale wie, co robi, nawet jeśli czasami wypiera konsekwencje własnych czynów i przyczyny działania.

Nie jest zdolny do kwestionowania swoich zachowań, ponieważ nie toleruje poczucia winy, więc przerzuca je na drugą osobę. Niekiedy działa subtelnie, żeby nie zostać odrzucony. Poczucie dominacji nad partnerem daje mu rozkosz.

Perwersyjny narcyz może ukrywać się przez lata pod postacią księcia z bajki czy syreny. Aż do dnia, gdy jakieś wydarzenie pokaże go w pełnym świetle. Może to być przeprowadzka, narodziny dziecka, jakieś zobowiązanie, awans itp. Terapeutka poznawczo-behawioralna, specjalistka zaburzeń perwersyjno-narcystycznych, Izabelle Nazara-Aga, wskazała 30 cech manipulanta (odróżnia ona osobowość perwersyjno-narcystyczną od perwersji charakteru). Według jej kryteriów − do zdiagnozowania wystarczy, aby potwierdziło się 14 z nich (Nazare-Aga, 2005).

Narcyz i jego ofiary

Przejdziemy teraz do ofiar perwersyjnych narcyzów. Są to często osoby bardzo empatyczne. Mogą nosić w sobie schemat samopoświęcenia, podporządkowania się lub wadliwości/ wstydu. Są bardzo szczere i uczciwe, lubią ludzi i mają skłonność do chronienia bliskich. Jednak choć pozbawione zaufania do siebie, są bardzo dumne i z trudem akceptują fakt, że padły ofiarą perwersyjnego narcyza.

Jak już uprzedziłam na początku rozdziału, jeśli w swoim partnerze rozpoznasz perwersyjnego narcyza – uciekaj. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić – to prawda. Oto kilka rad, żeby przeżyć, zanim dojrzejesz do podjęcia decyzji (Bouchoux, 2011):

  • Przestań się usprawiedliwiać i przyjmować krytykę! Ucinaj krótko rozmowy, przywołuj go do porządku i zapytaj, kim jest, żeby cię osądzać.
  • Przestań się izolować! Odnów kontakty z bliskimi, ustal momenty, kiedy odcinasz się od niego, i poszukaj pomocy u psychologa lub psychiatry.
  • Nie szukaj logiki i nie męcz się rozpamiętywaniem, czy coś ci powiedział, czy nie; zrezygnuj z prób zrozumienia i zaakceptuj fakt, że nie myślicie w ten sam sposób.
  • Poproś o pomoc. Uwolnienie się od wpływu perwersyjnego narcyza jest wyjątkowo trudne. Człowiek będący w związku z perwersyjnym narcyzem często czuje się bardzo samotny, ponieważ otoczenie nie rozumie, dlaczego ktoś tkwi w tej destrukcyjnej relacji. Przyjaciele tracą cierpliwość i niełatwo im już wczuć się w twoją sytuację. Często warto skorzystać z pomocy wyspecjalizowanego psychologa lub psychiatry, żeby odejść z toksycznych relacji.

Melisa, 30 lat, przychodzi do mnie na terapię po rozstaniu. Jest uwikłana w szczególnie toksyczny związek z perwersyjnym narcyzem. Kiedy pisała swoją opowieść (poniżej), była jeszcze pod dużym wpływem tego mężczyzny. Gdy zaczęłyśmy pracować nad opisaniem jej historii, pierwsze słowa, które powiedziała, brzmiały:

„Kiedy słucham tego, co opowiadam, upewniam się, że to wszystko to moja wina i źle zrobiłam”. To wskazuje, jaką rolę odgrywa zniekształcenie poznawcze.

» Kiedy spotkałam Adama, byłam świeżo po zerwaniu. Regularnie wymienialiśmy służbowe e-maile i między nam zaczęło się rodzić pewne porozumienie. Opowiadaliśmy sobie o życiu, codzienności, dużo się przekomarzaliśmy. Pewnego dnia Adam zaproponował, żebyśmy się spotkali po pracy, ale nie chciał, aby nas widziano razem. Nie wiem dlaczego, ale później nie bardzo miałam na to ochotę. Nie wiem, co mnie zablokowało. Napisał mi SMS-a, że jest rozczarowany, bo myślał, że bardzo chcę się z nim spotkać.

W końcu poszłam na spotkanie. Na przywitanie pocałował mnie. Wtedy zrozumiałam, że jestem w nim zakochana. Wszystko zaczęło się superszczęśliwie. Był uroczy, uważny, mówił mi mnóstwo komplementów, lubił mnie przytulać, spędzać czas ze mną. Było pięknie. Wydawało mi się, że znalazłam księcia z bajki. A potem pojechał na urlop w góry. Wtedy wszystko się zachwiało… I ciągnęło się sześć lat.

Przez pierwsze dwa dni na nartach nie odezwał się. Ja wysłałam mu masę wiadomości. Kiedy w końcu postanowił mi odpowiedzieć, stwierdził, że to nie najlepszy pomysł, żebyśmy byli razem.

Po jego powrocie i tak byliśmy zmuszeni widywać się w pracy. Porozmawialiśmy i on poprosił, żebyśmy spróbowali jeszcze raz. Ale to nie trwało długo. Znowu mnie zostawił. Stwierdził, że nie jestem dziewczyną dla niego, że do niego nie pasuję. Zupełnie tego nie rozumiem, bo spędzaliśmy razem fajne chwile; potem dowiedziałam się, że jestem zbyt uwodzicielska, zbyt nastawiona na to, by dobrze się „sprzedać”; że nie chce takiej dziewczyny jak ja, że nie może mi ufać. Potem dał mi kolejną szansę.

Przez wiele miesięcy schodziliśmy się i rozstawaliśmy. Było fajnie, a potem robił mi wyrzuty. Z trudem znosiłam tę zabawę w ciepło-zimno, bo byłam naprawdę zakochana i przywiązana do niego. Nie chciałam go stracić.

Kiedyś spałam u niego. Zanim położyłam się do łóżka, chciałam wziąć prysznic, powiedziałam mu: „Za pięć minut wracam”. Przyszłam po 20 minutach. Leżał na łóżku, patrzył na mnie i nie reagował, kiedy do niego mówiłam. Zapytałam, o co mu chodzi. Wtedy spojrzał na telefon i zawyrokował: „Okłamałaś mnie, to nie było pięć minut”. Za tym poszła lekcja na temat kłamstwa. Nie odzywał się do mnie, położył się po swojej stronie łóżka, zabraniając mi się dotykać. Potem przez wiele dni mnie unikał.

Inna sytuacja. Postanowiłam kupić sobie czerwony płaszcz, który od dawna mi się podobał. Kiedy wróciłam cała szczęśliwa do domu, pokazałam go Adamowi, byłam pewna, że powie, że jest ładny i stylowy. Zmienił się na twarzy. Stwierdził, że jest dokładnie jak myślał – że zależy mi bardzo, żeby się wyróżniać, i dlatego wybrałam ten kolor, bo wszystkie spojrzenia, zwłaszcza męskie, będą się zwracać w moją stronę; że nie mogłam się oprzeć! Znowu przepraszałam, zalana łzami, przysięgałam, że nie chcę go zranić, że mi przykro, że zwrócę płaszcz, bo nie zależy mi na tym, żeby wszyscy na mnie patrzyli. Znowu się zdystansował…

Pamiętam też wieczór, kiedy leżałam u niego w łóżku z książką. Wyszedł z łazienki, popatrzył na mnie z uśmiechem, a potem powiedział: „Idealny obrazek”. Spytałam dlaczego, a on na to: „Pięknie wyglądasz! Łatwo mi sobie wyobrazić, że będziemy razem na zawsze”.

Potem wydarzyła się historia z koleżanką z biura, Alicją. Skumplowałyśmy się i kiedyś spontanicznie postanowiłyśmy szybko spotkać się po pracy. To było dla mnie skomplikowane, bo rozmawiałyśmy o życiu, prywatnych sprawach, a ja nie mogłam powiedzieć nic o Adamie, bo to tajemnica. Równolegle ona z Adamem też się przyjaźniła! Kiedy wracałam wieczorem, często komplementował do mnie Alicję i opowiadał o niej, mówił, co robili w ciągu dnia, jakie anegdoty padły, co ich rozbawiło do łez itd.

Z czasem zaczęli się spotykać po pracy, wymyślili sobie zdrobnienia. Alicja nawet zaprosiła go do domu na kolację. Widziałam, że są coraz bliżej, przywozili sobie upominki z podróży, czasami wysyłali SMS-y w weekendy. Dla mnie to było podejrzane i robiłam się coraz bardziej zazdrosna.

Historia z Alicją trwała ponad półtora roku… Z czasem coraz bardziej odsuwałam się od niej, zrobiłam się podejrzliwa, byłam przekonana, że ona chce Adama. Ponieważ nie wiedziała o nas, nie rozumiała mojego zdystansowania. Odsunęła się ode mnie, ale utrzymała relację z Adamem. Myślałam, że oszaleję…

Wszyscy naokoło mówili, że on jest niesamowicie uwodzicielski, tak w środowisku zawodowym, jak prywatnie.

Któregoś wieczoru, kiedy byliśmy na planszówkach, przez kilka minut rozmawiałam z jednym z jego przyjaciół. Kiedy jechaliśmy razem metrem, Adam powiedział, żebym wracała do siebie. Nie chciał mnie widzieć. Powiedział mi: „I co, podoba ci się? Przyznaj”. Odpowiedziałam, że to bez sensu, że mam w nosie jego kumpla, nie podoba mi się i to jego kocham. Podsumowałam, że nie rozumiem, o co chodzi. Wtedy mi odpalił: „Myślisz, że nie widziałem, jak rozmawialiście! Patrzyłaś na niego jak kurwa!”.

Ciągle się bałam, że popełnię jakieś faux pas, że zrobię coś, co mu się nie spodoba, i że potem będzie miał o to pretensje i mnie zostawi.

W międzyczasie zmarła na raka moja babcia. Przez dwa pierwsze dni bardzo mnie wspierał, pocieszał, mówił, że przyjdzie na pogrzeb. W końcu, na dzień przed pogrzebem stwierdził, że jednak nie, że ma dosyć bycia moją podpórką. Kiedy wróciłam wieczorem po pogrzebie, był bardzo miły. Kupił moje ulubione danie na pocieszenie po tym ciężkim dniu.

Podczas kłótni często mówił zdanie: „Nie jesteś na moim poziomie”, połączone z gestem: jedna ręka w górze „ja jestem tu”, a druga niżej „a ty tu”.

Mówił, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, ale ze mną też nie; że myślał o tym, żeby zerwać, ale że byłby nieszczęśliwy, gdyby to zrobił; że lubi to wszystko, co robimy razem, wspólne wartości, rozmowy, spędzany czas.

Potem spotkał inną dziewczynę.

Miałam dowód, że nie jest wiarygodny, ponieważ spotykał się i sypiał ze mną, kiedy ewidentnie był też z kimś innym. W seksie był jednak wyraźnie dominujący. Lubił mówić, że jestem jego własnością, że należę do niego w całości, od stóp do czubka głowy, że może ze mną zrobić, co chce i kiedy chce.

Wciąż jeszcze nie jestem w stanie słuchać, kiedy ktoś mi mówi, że zerwanie było najlepszą rzeczą, jaka mi się zdarzyła. «

A to historia Marii, 45 lat. Przychodzi na terapię, żeby nauczyć się zarządzać stresem, który wywołuje poważne dolegliwości fizyczne. Kłopoty Marii biorą się ze skomplikowanych problemów rodzinnych i ujawniają się w bolesnych relacjach. Mimo że udało się jej zakończyć toksyczny związek, wciąż odczuwa jego poważne efekty.

» Najtrudniej przełknąć mi, a zwłaszcza przetrawić to, że przeżyłam sztuczną relację. To ostatnia, zostawiła mi masę blizn. Jestem po niej podejrzliwa do tego stopnia, że nie umiem już zaufać mężczyźnie. Siedem lat nadziei, że człowiek, którego kocham, czuje to samo co ja…

To był związek na odległość, ponieważ on mieszkał za granicą, ale dość niedaleko. Żeby przeżywać to, co uważałam za prawdziwą miłość, jeździłam do niego. On nigdy nie przyjechał do mnie do Francji. Przy każdym spotkaniu wyobrażałam sobie, że nasz związek wzrasta krok po kroku, że kiedyś się połączymy, tylko muszę być cierpliwa. Jego rodzina przyjęła mnie dość dobrze i „zaadoptowała” mojego dwunastoletniego syna.

W czasie wakacji często zwiedzaliśmy jego kraj i staraliśmy się spędzać razem możliwie dużo czasu. Ale on zawsze miał sprawy zawodowe i przez kilka dni był nieobecny. Dość regularnie jeździłam też do niego, żeby pobyć sam na sam. Z czasem spotkania stały się mniej zażyłe i jego pożądanie malało. Do tego stopnia, że w pewnym momencie nie chciał już, żebyśmy uprawiali seks. Ostatniej wspólnej nocy położył się koło mnie w ubraniu i nawet mnie nie dotknął. Koszmar i okropna trauma dla mnie!

Wiele razy chciałam to zakończyć, ale zawsze wracał, obiecywał, że będzie lepiej, mówił, że potrzebuje czasu, że jesteśmy z innych kultur, ale bardzo mu na mnie zależy – nie wydaje mi się, żeby choć raz przez te siedem lat powiedział mi „kocham cię”.

Po entym razie chciał, żebym przyjechała i żebyśmy razem wybrali mieszkanie. RAZEM… Właściwie robił mi wyrzuty, że zawsze o wszystkim decyduję i nie zostawiam mu pola do działania przy organizacji naszych spotkań! Zrozumiałam to w ten sposób, że chce się zaangażować we wspólne przyszłe życie! Uwierzyłam raz jeszcze i stwierdziłam, że trzymam go za słowo. Ale kiedy przyleciałam, żeby razem szukać mieszkania, nie czekał na mnie na lotnisku! Zniknął na trzy dni, a gdy się znów pojawił, projekt już nie miał sensu…

Wreszcie zrozumiałam, że mam dość upokorzeń. Jestem już w stanie rozmawiać z nim bez płaczu. Ale długo to trwało i było bardzo bolesne. Potrzebowałam czasu, żeby przyznać, że trafiłam na perwersyjnego narcyza i czułam, jakbym okłamywała samą siebie, udając, że nie widzę, jak mną manipuluje. «

Osobowości toksyczne nie zawsze można łatwo rozpoznać. Jeśli zidentyfikujecie u kogoś taką osobowość, pora uciekać jak najdalej! Niekiedy, zwłaszcza w stosunku do perwersyjnych narcyzów, stosujemy wyparcie. Nie chcemy przyznać, że ktoś, kogo tak mocno kochaliśmy lub nadal głęboko kochamy, kto tak bardzo uszczęśliwiał nas na początku, cierpi na chorobę psychiczną.

Fragment pochodzi z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczny? Socjopata? Sprawdź mężczyznę na początku związku

Kobieta w toksycznym związku całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.(Fot. iStock)
Kobieta w toksycznym związku całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.(Fot. iStock)
Mężczyźni robią tylko to, na co im pozwalamy lub dają nam to, czego chcemy. Naprawdę więc warto wiedzieć, czego chcemy.

  • Socjopata to osobnik, który wie, czego kobiety potrzebują i daje to tylko po to, żeby coś osiągnąć, a nie że po prostu chce to dać. Rachunek za to jest potem bardzo wysoki.
  • Niewinna kobieta, a szczególnie ta bardzo spragniona miłości jest bardzo łatwym łupem – czytaj 90 procent kobiet.
  • Kobieta taka zostaje zaczarowana, upita, zahipnotyzowana tym wszystkim, co chciała usłyszeć na swój temat. Socjopacie bardzo łatwo jest mówić takie rzeczy, słodzić i obiecywać, ponieważ wie, że nic z tego nie da – więc obiecać może wszystko.
  • Normalny facet nie obiecuje, bo by się czuł głupio, gdyby tego nie dał lub czuje, że może tego nie dać, albo nie wie jeszcze lub czułby się zobligowany.
  • Socjopata żeruje na głodzie kobiet i ich braku doświadczenia. Bardzo dobrze by było, żeby każda „poznała” takiego i nauczyła się łatwo rozpoznawać, bo jest ich sporo.
  • Więc po pierwsze, nie spieszyć się. Jest to bardzo trudne dla tej, która tak bardzo już czeka i jest głodna...
  • Więc pierwsza zasada, powściągać siebie i swoje uczucia.
  • Jeśli nie umiesz tego zrobić na początku i wpadasz jak śliwka w kompot, w zakochanie, podaruj sobie ten stan, ale po jakimś czasie bardzo uważnie siebie zapytaj: „No dobrze, już się trochę zanurzyłam, a teraz wychylam głowę na powierzchnię i zaczynam obserwować, co tu się dzieje takiego, że tak bardzo chciałam wpaść?”.
  • Zacznij go sprawdzać, na przykład prośbami o przysługi, zapoznaj go z brzydką koleżanką i zobacz, jak się będzie do niej odnosił, lub z bardzo ładną.
  • Odmów mu parę razy.
  • Sprawdź, ile miał żon i ile dzieci po drodze – sprawdź, co one o nim sądzą (gdy masz okazję – naprawdę tego słuchaj). Słuchaj też, co on mówi o swoich byłych.
  • Socjopata po okresie uwodzenia nudzi się swoją ofiarą i zaczyna sprawiać sobie przyjemności, czyli się znęcać – musi sobie przecież odkuć ten okres inwestycji w nią – kretynkę. Zauważysz wtedy moja droga, że wśród komplementów będą zdania typu: „jesteś za gruba”, „zobacz jak tamta wygląda” i ty nieszczęśnico, zaczniesz się starać – „Boże, on ma rację, jestem głupia i za gruba, muszę nad sobą pracować...”. I co zaczynasz robić? Kopać sobie własny grób. A trzeba jemu spokojnie powiedzieć: „Widziały gały, co brały”.
  • Jak działa psychopata? Mówisz mu: „Jest mi przykro, jak tak do mnie mówisz”, a on ci na to: „To się postaraj, to nie będę musiał tak do ciebie mówić”. Wyjechał, nie wrócił wtedy kiedy miał wrócić, obiecał że się odezwie, nie odezwał się, poniża cię coraz bardziej, raptem jesteś nieinteligentna, gorsza niż inne, on nagle nie ma pieniędzy, nic nie kupuje, nic nie załatwia. Jest coraz bardziej wściekły i niezadowolony, odcina cię od koleżanek, właściwie od wszelkich atrakcji, już nie pomaga ci i nie współczuje, za to ma pretensje, że jesteś wymagająca i leniwa. Jak mówisz, że się źle czujesz, to on mówi, że to twoja wina – i tu niestety ma rację...
  • Jeśli będzie eskalować wymagania – a będzie, to już wie- my, że to jest ten przypadek – psychopata nam się trafił. I jeszcze dwa, trzy sprawdziany dla pewności i pana wysyłamy na drzewo, a same wracamy do domu – do siebie.
  • Psychopaty nie uleczy żadna miłość. On kocha władzę.
  • Kobieta psychopaty gaśnie w oczach. Jak na początku świeciła i rozkwitała i wszystkie jej zazdrościły, to teraz więdnie i to w szybkim tempie. W oczach ma lęk i błaganie – oszczędź... Ale on jest bez litości, ponieważ tym się właśnie karmi – swoją złą mocą. A najgorsze jest to, że ona ciągle czeka, że on będzie taki jak przedtem i w dodatku wierzy, że to się stanie. Całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.
  • Jest to uzależnienie porównywalne do heroiny. Żeby utrzymać swoją władzę kat od czasu do czasu dokarmia swoją ofiarę – dobrym słowem, komplementami, obietnicą ślubu, podziwem – żeby mu starczyła na dłużej i zbyt szybko nie umarła albo się nie zabiła.

Siłę manipulowania świetnie zobrazuje takie doświadczenie: mamy dwie beczki z wodą; w każdej z nich pływa myszka. W jednej z beczek pływa, pływa, pływa aż w końcu się topi. W drugiej beczce wkładamy myszce patyczek, którego ona się chwyta na chwilę, ona odpoczywa, my patyczek wyjmujemy. Wkładamy ten patyczek co jakiś czas, nieregularnie. Myszka bardzo, bardzo długo pływa. Dużo więcej wytrzymuje niż tamta bez patyczka. Rozumiesz, o co tu chodzi? Ona ma nadzieję, że patyczek ją uratuje i że warto czekać. Lepiej szybko sobie zdać sprawę, że patyczek jest właśnie po to, żebyś jak najdłużej wytrzymała w koszmarnej dla ciebie sytuacji, która i tak skończy się tragicznie. Trzeba uciekać i to od razu. Nie można chwytać się patyczka – iluzji. Gdyby miał być ratunkiem, uratowałby od razu i nie kazał się tak długo męczyć. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet zaczynają od doprowadzenia kobiecości do absurdu, reklamiarskiego absurdu. „Jesteś godna najlepszych perfum, jesteś inna niż wszystkie, masz wyjątkowe ciało – żadna takiego nie ma, tylko ty tak potrafisz prezentować luksusowe rzeczy, jesteś mądra, masz starą duszę...”. Taki cwaniak wie, co każda kobieta chce usłyszeć, ponieważ sprawdza twoje reakcje i jest nastawiony na czytanie ciebie – czym cię porazi najbardziej. Jednej powie, że jest najpiękniejsza, a drugiej – że jest najmądrzejsza. A prawda jest taka, że jesteś inna niż wszystkie, ale też jesteś taka jak wszystkie.

Piękna, ale nie najpiękniejsza, mądra, ale nie najmądrzejsza i tak dalej, i tak dalej. On tymi super adoracjami nakręca ciebie na nierealne pragnienia, na nierealną samoocenę i tym mu łatwiej, o ile gorzej o sobie myślisz. Dziewczyny źle myślące o sobie marzą, żeby być naj, a nie żeby być zwykłą, normalną dziewczyną. Wydaje im się, że z dna swojej biedy wewnętrznej muszą się wznieść na wyżyny, żeby tej biedzie zaprzeczyć. Podczas gdy realność jest taka, że jestem OK. Ale to się wydaje takie nudne... Normalny facet chce normalnej dziewczyny; zwyczajnej, średniej, pasującej do niego.

Socjopata nie może mieć normalnej dziewczyny, bo ona go obnaży i zostawi. Jeśli powie: „A jakaż pani jest niezwykła...”, normalna kobieta odpowie: „Niech pan nie przesadza” lub: „Wiem, dziękuję”, a głodna odpowie: „Naprawdę?” z błyskiem w oku... I poczuje się nagle wreszcie doceniona i odkryta... I on to świetnie zobaczy. Ale nie po to władował dziewczynę w dobre samopoczucie, żeby jej było dobrze i żeby z tym została, tylko po to, żeby mieć nad nią władzę. Do czego używa tej władzy? A do czego używają władzy ci, którzy jej pragną? Do manipulowania i wykorzystywania ludzi – i niszczenia ich na końcu. Najłatwiej niszczyć taką, która i tak o sobie źle myśli, bo zrobi to za nas. Wystarczy zagrozić jej, że znowu będzie niezauważona i niczyja, a już służy na dwóch łapkach. Niestety kobiety o takim pokroju obdarzają kata szczególną mocą zamiast go odrzucić.

Najczęściej taka dziewczyna miała ojca tyrana, o którym nie wiedziała, że jest nadmuchanym balonem przez lęk jej matki. Myślała o nim, że jest supersilnym bogiem tylko niedobrym dla niej, bo ona nie spełnia jego oczekiwań. Marzyła, że kiedyś jej bóg zobaczy jak bardzo ona go kocha i jak bardzo czeka na dobre słowo – tatuś tego nie powiedział, ale nasz socjopata tak. Spełnia on jej marzenie i staje się czymś niebywale potrzebnym i istotnym. Nareszcie jej lata męki, udręki i nadziei zwróciły się. Powodem braku samoakceptacji może też być dla dziewczyny, toksyczna, niekochająca matka. Przeczytajcie Suzan Forward „Matki, które nie umieją kochać” i Karyl McBride „Nigdy dość dobra”.

Rozumiecie jak trudno potem z tego zrezygnować, jak trudno to podważyć, jak trudno wrócić z powrotem do bycia nierozpoznaną, niezadowoloną, nieważną, żadną...

Rozwiązanie jest gdzie indziej – nie w mężczyźnie.

Chyba że spotkasz i zgodzisz się na normalnego, poczciwego chłopaka i pozwolisz mu się trochę podleczyć i przyjmiesz jego miłość bez fajerwerków. Trochę się ukoisz, trochę się nakarmisz, ale resztę i tak musisz zrobić sama. Bowiem masz się rozliczyć ze swoją przeszłością, która jest źródłem twojej wewnętrznej biedy – najważniejszym źródłem. Nie możesz zrobić tego sama – bo jakbyś mogła, to byś zrobiła.

Rzecz w tym, że najbliżsi ludzie nas skrzywdzili i potrzeba innych, życzliwych, żeby nas nauczyć miłości do siebie. Część z tego może dać partner, ale na pewno nie wszystko, część z tego mogą dać przyjaciółki, ale nie wszystko, bo nie są terapeutkami. Czasem rodzice przepraszają za przeszłość, ale to rzadkie. Można się tego nigdy nie doczekać, a poza tym nasi rodzice dają nam tyle, ile MOGĄ dać. Potrzebna jest porządna terapia, gdzie uleczymy największe rany z przeszłości i nauczymy się samoakceptacji. Tylko tak możemy wygrać z mężczyznami, którzy nienawidzą kobiet, że nie będziemy czekać na ochłapy od mężczyzny, tylko nauczymy się dawać sobie samej miłość.

Fragment książki "Instrukcja obsługi faceta". 

  1. Psychologia

Pod presją krytyki, oceny i umniejszania w związku. Co robić?

Nie krytykuj siebie – od tego zacznij. (Fot. iStock)
Nie krytykuj siebie – od tego zacznij. (Fot. iStock)
Jednym z „ulubionych” zajęć ludzi jest krytykowanie innych. Dlaczego? Bo daje, na chwilę, ulgę, że ktoś inny jest od nas gorszy, więc to nie my jesteśmy ci gorsi. I tak, zamiast poprawiać sobie samopoczucie przez autorozwój, który jednak wymaga wysiłku, ludzie-umniejszacze plują na bliźnich. Nie ma żadnego powodu, żeby się temu poddawać.

Co możesz  dla siebie zrobić?

  • Bardzo uczciwie odpowiedz sobie, czy ty także nie umniejszasz jego, nie oceniasz, nie ubliżasz – jeżeli nie, to czytaj dalej...
  • Zacznij od tego, że na tyle, na ile potrafisz, spokojnie – poinformuj go: „Zauważam kochanie, że bardzo mnie ostatnio krytykujesz, czy wiesz o tym?”.
  • Powiedz: „To dla mnie przykre” „Boli mnie”.
  • Powiedz mu: „Stop, nie idź dalej – nie życzę sobie takiego zachowania i takich tekstów”.
  • Jeśli on ich nie zaprzestanie lub znów do nich wróci, bo będzie sprawdzał, czy już mu wolno, powiedz mu na przykład, że wyjedziesz na tydzień do koleżanki, bo nie chcesz być w tak nieprzyjemnym towarzystwie.
  • Cokolwiek powiesz, że zrobisz, jeśli on będzie kontynuował dokuczanie – musisz być konsekwentna i to właśnie zrobić, co obiecałaś!
  • Zastanów się, jak krytyka na ciebie działa – czy pomimo tego, że uważasz, że jest niesłuszna to jednak sprawia, że czujesz się gorsza i dotyka cię. Jeżeli tak, to czas iść na terapię i zastanowić się, czy znasz własną wartość.
  • Zastanów się, czy nie dajesz mu za dużo. Czasami ktoś nas bardzo krytykuje, bo czuje, że nie mamy nic własnego i korzystamy tylko z jego życia. Wchodzimy w obszary jego życia za daleko, wisimy na nim. Może tak właśnie jest – że żyjesz nim, a nie sobą?
  • Jest też taka smutna możliwość, że nie zdając sobie z tego sprawy, jesteś bardzo przyzwyczajona do znoszenia krytyki – więc jakby jej wyczekujesz, a być może nawet do niej prowokujesz.
  • Sięgnij po pewność siebie (jeśli ją masz. Jeśli nie – idź na warsztaty z asertywności) i daj mu jasno znać, że nie dasz sobie w kaszę dmuchać i że nie zasługujesz ani nie życzysz sobie krytyki i negacji ciebie.
  • Nie pozostaw wątpliwości, że nie zgodzisz się na taki stan rzeczy i jeżeli będziesz miała wybierać pomiędzy nim a tobą, to wybierzesz siebie.
  • On musi wiedzieć, że nie dasz mu się zniszczyć.
  • Zawsze wybieraj swoje dobro w takich sytuacjach i pokazuj partnerowi, że nie dasz mu się umniejszyć
  • Nie krytykuj siebie – od tego zacznij.

Stan permanentnej krytyki, umniejszania i unieważniania kogoś jest oznak czego toksycznego w zwizku, w partnerze albo w tobie. Albo i w nim, i w tobie. Może yła w rodzinie toksycznej, w której twoja wartość była podwaana i jeste do tego przyzwyczajona – wtedy niestety znajdujesz si w ramionach partnera podobnego do którego rodzica albo do obojga.

Jeeli twój partner ci krytykuje cały czas, to albo nastpił moment przekroczenia granic, albo granic nigdy nie było. Niestety kobiety czsto w ogóle nie dbaj o granice, bo wol, eby mężczyzna zarzdzał ich yciem. Lub myl, e tak powinno by. Maj wtedy zysk w postaci własnej nieodpowiedzialnoci, tak jak w byciu dzieckiem, iluzj bezpieczestwa, ale faktycznie jest tak, e rezygnuj ze swojego ycia – i z satysfakcji z niego.

Jeeli jednak krytyka pojawiła si niedawno, to warto sprawdzi, co si dzieje ze zwizkiem, z tob lub z mężczyzn i zacząć to rozwizywa wspólnie.

A jeli w zwizku wyczerpało si wszystko co dobre i ywe – to moe czas odejść.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta".

  1. Seks

Seks wbrew własnym chęciom to gwałt. Także w małżeństwie

Dopóki sama sobie nie przyznasz prawa do szanowania własnego ciała, odmowy na coś, na co nie masz ochoty, oddzielenia własnych potrzeb i pragnień od oczekiwań partnera – przemoc w seksie może dotknąć także ciebie. (Fot. iStock)
Dopóki sama sobie nie przyznasz prawa do szanowania własnego ciała, odmowy na coś, na co nie masz ochoty, oddzielenia własnych potrzeb i pragnień od oczekiwań partnera – przemoc w seksie może dotknąć także ciebie. (Fot. iStock)
Z lęku, dla świętego spokoju, by zapobiec zdradzie...  Z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika, że 80 proc. zgwałconych kobiet zna sprawcę. To sąsiad, kolega, a często partner. Bo gwałt to nie tylko akt przemocy, ale także seks, na który godzisz się wbrew sobie.

Masz prawo mówić „nie”

,,Byłam z nim cztery lata, bardzo się kochaliśmy i pewnego wieczora, kiedy siedzieliśmy na kanapie, zaczął się do mnie dobierać. Lubiliśmy się ze sobą kochać, ale tego dnia byłam zmęczona i marzyłam tylko o śnie. Najpierw delikatnie dałam mu do zrozumienia, że tego nie chcę. Nie zareagował. Zaczęłam się z nim szarpać, on rzucił mnie na łóżko i zaczął ściągać mi spodnie. Wystraszyłam się, zaczęłam krzyczeć, walnęłam go w głowę książką. Jakoś się wyrwałam i uciekłam do łazienki. Choć nic mi nie zrobił, psychicznie czułam się fatalnie. Straciłam zaufanie i miłość do niego. Chciał mnie zgwałcić – tak to odebrałam. Wbrew mojej woli chciał się ze mną kochać. Potem przepraszał, mówił że stracił panowanie nad sobą. Nie umiałam mu wybaczyć. Rozstaliśmy się. Czy przesadziłam? Tak bardzo się wtedy przestraszyłam. On dzwoni i prosi, żebym dała mu szansę. Ale ja chyba już go nie kocham... ”.

To jedna z mniej drastycznych historii, zaczerpnięta z internetowego forum. Dopóki sama sobie nie przyznasz prawa do szanowania własnego ciała, odmowy na coś, na co nie masz ochoty, oddzielenia własnych potrzeb i pragnień od oczekiwań partnera – przemoc w seksie może dotknąć także ciebie.

On zawsze może, a ona zawsze chce

„Zmuszanie do seksu w małżeństwie to nie gwałt, seks małżeński jest powinnością” – takie przekonanie, zdaniem Renaty Kałuckiej – psychologa, psychoterapeuty, wciąż pojawia się w głowach wielu mężczyzn i kobiet.

– Kobiety często nie czują się nadużywane w sferze seksualnej, nie uświadamiają sobie, że mają prawo odmówić zbliżenia – tłumaczy psycholog. – Zgoda na seks wbrew sobie to także rodzaj gwałtu, to gwałcenie samej siebie – z lęku, dla świętego spokoju, żeby pohamować agresję męża czy... zapobiec zdradzie.

Seksuolodzy dodają, że jeden z częstych problemów, z jakim zwracają się do nich pacjenci, to zgoda na seks z partnerem, który jest pod wpływem alkoholu. Kobiety mówią: ,,Jak powiem: nie, to pójdzie się napić, zrobi awanturę albo znajdzie sobie inną”. Pół biedy, jeśli kobieta ma świadomość tego, co robi i dlaczego to robi, potrafi z kimś o tym porozmawiać, poprosić o pomoc i uwierzy, że można inaczej. Jednak wiele ofiar odwiedza psychoterapeutę dopiero, kiedy dzieje się coś złego, np. przemoc przybiera inną formę niż ta seksualna i partner zaczyna krzywdzić dziecko. Innym powodem bywa kolejna niechciana ciąża albo sytuacja, gdy kobieta trafia do szpitala po dramacie w sypialni.

– Niedawno przyszła do mnie pacjentka, która od wielu miesięcy szukała pomocy psychologicznej dla swojej otyłej córki – opowiada Renata Kałucka. – Po kilku spotkaniach, zupełnie przypadkiem, wyszła na jaw sprawa przemocy w jej małżeństwie. Kiedy zapytałam o relacje intymne, pacjentka z uśmiechem na ustach, jakby temat jej nie dotyczył, powiedziała, że zamyka się przed mężem w sypialni. Ale on czasami, chcąc ją zwabić, bije psa, wtedy ona wychodzi i ,,mają seks”. Po tym wyznaniu więcej się jednak u mnie nie pojawiła.

Zgoda na seks wbrew sobie to postawa, z którą wiele kobiet wchodzi w związek. Bo patriarchalne wychowanie nakazuje, by kobieta była wierna, uległa, zawsze chętna na zbliżenie, a mężczyzna, kiedy pragnie seksu, musi go dostać, zwłaszcza od żony.

Już zakochane nastolatki zgadzają się na danie ,,dowodu miłości”, choć emocjonalnie nie są na to gotowe. Doświadczenie starszych koleżanek uczy je, że seks jest dobrym towarem przetargowym. Dzięki niemu można zyskać popularność lub zdobyć kontrolę nad kochanym mężczyzną.

Trwająca latami nieumiejętność chronienia własnej intymności skutkuje brakiem satysfakcji ze zbliżenia, chorobami kobiecymi, utratą szacunku do siebie i w efekcie – wejściem w rolę ofiary.

Co nas kręci i podnieca

Gwałt to nie tylko sytuacja, w której ktoś wymusza seks, uciekając się do przemocy i agresji, ale także współżycie z partnerem wbrew wewnętrznym barierom, własnej moralności czy pomimo bólu.

– Kiedyś zgłosiła się do mnie para będąca w związku opartym na wzajemnej fascynacji seksualnej – opowiada Kałucka. – Przez lata eksperymentowali w sypialni – ku obopólnej radości. Mąż był dumny, że ona taka wyzwolona, proponował coraz bardziej śmiałe i wyrafinowane zabawy. Potem żona zachorowała, miała poważną operację ginekologiczną, co już jest symptomatyczne. Nie miała ochoty często się kochać. Prosiła partnera, by był bardziej delikatny. Wtedy on, rozczarowany, zaczął ją zmuszać do seksu.

Media zachęcają do przekraczania barier w sypialni. Na początku to może być rzeczywiście wspaniała zabawa, ale eskalacja eksperymentów prowadzi czasem do sytuacji, kiedy trudno się zatrzymać. Partner chce więcej, tak, jak jeszcze nigdy dotąd, a kobieta nie potrafi zagłuszyć lęku, wstydu, obrzydzenia. Nie chce się kochać na przykład w czasie miesiączki, ale partnera to kręci. Brzydzi ją seks oralny, boli stosunek analny, ale on grozi, że pójdzie do prostytutki. Zdaniem seksuologów, w seksie dozwolone jest wszystko, na co obydwoje partnerzy mają ochotę, z wyraźnym podkreśleniem: obydwoje.

Jedna z pacjentek, której mąż jest stałym bywalcem portali randkowych, podszyła się pod bezpruderyjną dwudziestolatkę i wysłała do niego mejla z odważną propozycją. Uprawiali coraz odważniejszą korespondencję, mąż zdradził jej swoje najbardziej wyrafinowane fantazje seksualne. Przyszła do gabinetu z pytaniem, czy jeśli spełni je w realu, to będzie miała gwarancję, że mąż jej nie zdradzi…

Do gabinetu Renaty Kałuckiej trafia więcej zdesperowanych kobiet, które dla dobra małżeństwa są w stanie zaakceptować nawet zdradę partnera. Przyszła kiedyś osoba, której mąż okazał się homoseksualistą, a ona, chcąc utrzymać małżeństwo, weszła w trójkąt z mężem i jego partnerem.

„Nie chcę tego wiedzieć!”

Pomoc osobie gwałconej w małżeństwie nie jest łatwa, ponieważ często ona sama nie dostrzega wagi swojego problemu.

– Czasami proponuję pacjentce dokonanie bilansu potrzeb, które zaspokaja jej związek – tłumaczy Kałucka. – Proszę, żeby wypisała zyski i straty. Bywa, że choć z mojego punktu widzenia starty są przerażające, to jeszcze wiele spraw musi się wydarzyć, by ona sama zrozumiała, że płaci zbyt wysoką cenę. Wskazówka: ,,Zobacz, jak naprawdę wygląda twoje życie” – to nie wszystko. Niekiedy pacjentka daje mi komunikat: ,,Nie chcę tego widzieć”, i ja, jako psychoterapeuta, muszę to uszanować. To smutne, ale czasami naprawdę musi się wydarzyć jakiś dramat, by człowiek obudził się i popatrzył na swoje życie tak, by dostrzec wszystkie jego strony – i te dobre, i te złe.

W sprawach przemocy bardzo pomocne są grupy wsparcia. Wysłuchanie historii innych kobiet, które przeszły podobną drogę, pokazały, że można wyjść ze związku, w którym jest przemoc, stanąć po swojej stronie – bywa dla wielu motorem do działania.

Każda kobieta ma swój pomysł na życie i nikt nie ma prawa w nie ingerować. Nikt nie może ci mówić, jak masz żyć. Jeśli uważasz, że granice twojej intymności bywają naruszane, a wstydzisz się o tym rozmawiać – zrób autodiagnozę. Na czym polega? Po intymnym zbliżeniu stań przed lustrem i zapytaj samą siebie: ,,Czy było mi dobrze? Czy jestem piękną kobietą, która zasługuje na szacunek?”.

Odpowiedz też sobie na kilka podstawowych pytań:

  1. Czy ,,po” miałam ochotę przytulić się do partnera, czy też zawstydzona uciekłam do łazienki?
  2. Kiedy zbliża się noc, stosuję uniki, zwlekam z pójściem do sypialni, nasłuchuję, czy partner zasnął, wykręcam się bólem głowy?
  3. Czy często zgadzam się na coś wyłącznie dla przyjemności partnera, a po fakcie czuję do siebie obrzydzenie?
Jeśli po zbliżeniu jest ci smutno, czujesz się winna, wstydzisz się, czujesz ból, to znak, że robisz coś, na co nie masz wewnętrznej zgody. Uświadomienie sobie tego faktu, to pierwszy ważny krok do uszanowania siebie i swoich potrzeb.

  1. Psychologia

Narażając się na towarzystwo toksycznych ludzi niepotrzebnie cierpimy

Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały. (fot. iStock)
Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały. (fot. iStock)
Cierpienie uszlachetnia? A co nas nie zabije, to nas wzmocni? Według niektórych — dwie bzdury ubiegłego stulecia. Toksycznych ludzi spotkamy na swej drodze i trzeba sobie z nimi radzić. Także z tym złośliwcem, którego czasem widzisz w lustrze.

W czasach Karola Wielkiego żył mędrzec Hraban Maur, który rozważał celowość istnienia komarów, istot wielce dokuczliwych. Otóż twierdził, że opatrzność stworzyła je, żeby dać nam okazję do ćwiczenia się w pokorze. – Ale oczywiście, gdy któryś z tych darów opatrzności próbował go ukąsić, bez wielkich ceregieli go zabijał – mówi dr Adam Aduszkiewicz, filozof i couch, z którym rozmawiam o zagadnieniu radzenia sobie z ludźmi toksycznymi: podłymi, wrednymi, destruktywnymi. – Jeśli oczekuje pani ode mnie, że powiem, że spotkanie z takimi ludźmi, to dar opatrzności, która ofiaruje nam szansę, by rozwinąć w sobie pokorę, miłość, empatię i tak dalej…, to nic z tego. Tak jak nie pozwalamy, żeby gryzły nas komary, tak nie możemy pozwolić, żeby nas dręczono.

Wyrażony ból

Anna, studentka ekonomii cierpiała od lat na bulimię. Nigdy nie czuła się kochana i akceptowana. W jej domu drwiło się z tego, co dla niej było ważne. Kiedy przyniosła z podwórka gołębia ze złamanym skrzydłem, rodzice wyśmiali ją, a ojciec wyrzucił ptaka na śmietnik. Anna często czuła smutek i rozpacz. Ponieważ nikt nie chciał jej zrozumieć, zdarzało się, że wybuchała złością. Dostała od rodziny etykietkę „ta trudna i z problemami”.

Trafiła na psychoterapię. Po kilku miesiącach leczenia, podczas domowej awantury, Anna wpadła w złość i stłukła lustro. Wielki huk, dużo bałaganu. Wiele osób w takiej sytuacji  w poczuciu winy stara się sprzątnąć dowody swojego „szaleństwa” i jak najszybciej kupić nowe lustro. Anna tego nie zrobiła. Mimo krzyków otoczenia miała odwagę nie sprzątnąć szkła. Przez chwilę przyglądała się roztrzaskanym kawałkom, a potem ułożyła je w mozaikę.

– W tym momencie zaczął się proces jej zdrowienia. Anna zobaczyła siebie z innej perspektywy. Już nie tylko jako rodzinną niszczycielkę-dziwadło. Stanęła po swojej stronie, zrobiła dla siebie to, czego nie zrobili jej bliscy – zaciekawiła się sobą, tym, co czuje i myśli, co spowodowało wybuch destrukcji – mówi psychoterapeutka Aneta Bartnicka-Michalska.

Chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie w dzieciństwie może na coś się przydać. Ale tak nie jest. – Jeśli jako dzieci nie byliśmy kochani, w dobry, akceptujący i wspierający nasz rozwój sposób, w dorosłym życiu nie potrafimy mówić, czego pragniemy i z czym się nie zgadzamy – mówi Aneta Bartnicka-Michalska. – A kiedy nikt z bliskich nas nie słucha i nie chce usłyszeć, sięgamy po „objawy”. Okaleczamy się, wpadamy w furię, nałogi, mamy lęki, cierpimy na depresję. Samookaleczenie to sposób wyrażania uczuć, sygnał, że życie nie jest takie, jak powinno. To powiedzenie sobie i światu: „jestem wściekła, nieszczęśliwa, bezradna!”.

Anna przestała bać się tego, co czuje: bólu, goryczy, złości. Mogła więc je ujawnić, dzielić się nimi nie tylko poprzez „objawy”. Dziś jest autorką wielu lustrzanych kolaży, które powstały już jako przejaw jej kreatywności, a nie aktu rozpaczy.

Spotkania na trasie

Z domu wyruszasz w dorosłość. Najlepiej byłoby nie spotkać na swojej drodze ludzi złych, zazdrosnych, złośliwych. To nie jest możliwe. Toksyczni są utrapieniem jak katar, deszcz, wiatr w oczy. Umiejętność radzenia sobie z nimi to ważny element sztuki życia. Kto wie, czy nie najważniejszy…

Zdaniem Jaya Cartera, psychologa i autora książki „Wredni ludzie”, partnerzy toksycznych ludzi mają kłopoty z żołądkiem, dwunastnicą, sercem, chorują na nowotwory, a nawet popełniają samobójstwa. Ale choć toksyczni są tak poważnym zagrożeniem, niełatwo ich rozpoznać. Stosują masę trików i sztuczek. Udają przyjaźń, troskę, a nawet miłość. Carter nazywa ich „umniejszaczami” – niszczą poczucie wartości swoich bliskich. Wiele napisano na temat ich strategii, ale zamiast ją studiować, najlepiej zawierzyć sobie.

Jeśli po kontaktach z kimś tracisz radość życia, siły i talenty, męczy cię irracjonalne poczucie winy, to na pewno spotkałeś jednego z nich: trujących, paskudnych, destrukcyjnych ludzi.

– A wówczas bierzmy nogi za pas! – radzi dr Aduszkiewicz. – Jeśli to niemożliwe, sięgnijmy do rad Marka Aureliusza, który w „Rozmyślaniach” opisywał sposoby na wrednych. Potraktujmy spotkanie z nimi jako okazję do studiowania różnorodności ludzkich charakterów. Już samo przyjęcie pozycji obserwatora pomoże zachować dystans do raniących słów i podłych czynów.

Marek Aureliusz radzi także zastanowić się i zadać sobie pytania: Według jakich reguł żyje taki człowiek? Co nim kieruje? Może myśli, że cały świat jest zły i tak się zabezpiecza? A może kieruje nim lęk?

– Często ludzie, którzy wychowywali się w domach pełnych agresji czy chaosu, nie potrafią znieść spokoju, ciszy i łagodności – wyjaśnia psychoterapeuta dr Tomasz Srebnicki – Dla nich to stan niepokojący, nieznany. Nazywają chwile spokoju „ciszą przed burzą”, harmonia budzi ich lęk. Dlatego wszczynają kłótnie, obrażają się z byle powodu, chcą, żeby w ich otoczeniu znów panowało to, co znają, czyli agresja, chaos i napięcie.

 
– Czasem zrozumienie motywacji pozwala nam wzbudzić w sobie litość. A ona bywa lepsza od gniewu, zwłaszcza bezsilnego – mówi dr Aduszkiewicz. – Bywa, że ludzie stają się też źli pod wpływem sytuacji, w jakiej się znaleźli. Dowodzi tego pamiętny eksperyment profesora Philipa Zimbardo, w którym studenci odgrywali role więźniów i strażników. Po kilku dniach Zimbardo musiał go przerwać, gdyż „strażnicy” w zaskakująco okrutny sposób zaczęli zachowywać się wobec „więźniów”. Zdaniem profesora, to kontekst, w jakim znajdują się ludzie, decyduje o ich zachowaniu. Dlatego wystąpił w obronie strażników z Guantánamo, ogólnie potępionych za znęcanie się nad irackimi jeńcami. Dowodził, że to armia i prezydent George W. Bush stworzyli warunki, które uczyniły z tych ludzi katów.

Aureliusz radzi jeszcze: zapytajmy siebie samych, co się z nami dzieje, gdy stajemy się obiektem działań człowieka wrednego? Czemu czujemy się źle, jesteśmy niespokojni, mamy poczucie zagrożenia? Bo taka konfrontacja daje okazję do tego, żeby przyjrzeć się uważnie samemu sobie i dowiedzieć się, dlaczego czyjeś działanie wywołuje w nas ból, lęk, wściekłość. Gdy się to uda, będziemy mocniejsi.

Warto też zastanowić się, czy sam nie prowokuję dokuczliwości innych. Jay Carter pisze, że czasem do ataku doprowadza nasza bierno-agresywna postawa. Dzieje się tak, gdy umniejszamy siebie w oczach innych, mówimy o sobie: „ależ ja jestem niezdara”, gdy podlizujemy się albo nie potrafimy przyjmować komplementów. Ci, którzy nie szanują samych siebie, nie są szanowani przez innych.

Dresiarze

– Jedno z trudniejszych doświadczeń dotknęło mnie w Warszawie, na placu Zbawiciela – opowiada dr Mateusz Gola, neurokognitywista, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo- behawioralny – Miałem wtedy 15 lat. Wracałem ze szkoły, kiedy podszedł do mnie dresiarz i powiedział, żebym oddał mu walkmana. Odpowiedziałem: „spadaj!”. To, co się stało później, nie trwało dłużej niż kilka minut, ale konsekwencje tego zdarzenia ciągnęły się za mną latami. Okazało się, że dresiarz był z dwoma kolegami. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy poczułem pierwsze uderzenie... Trafiłem do szpitala. Ten wypadek zmienił moje przekonania na temat świata. Pomyślałem, że nie jest to jednak bezpieczne miejsce, że ludzie mają różne motywy. Ale najtrudniej było mi sobie poradzić z tym, że nie mogłem w tym wydarzeniu znaleźć żadnego sensu.

Dopiero podczas modlitwy na rekolekcjach ignacjańskich w Kaliszu, znalazł odpowiedź. Zrozumiał, że życie jest jak wycieczka w góry. Najważniejsze to dotrzeć do schroniska przed zmrokiem. Dlatego jeśli ktoś rzuci w nas kamieniem, obrazi, nastraszy, nie warto tracić czasu na dochodzenie, dlaczego to zrobił. Szkoda czasu na odrzucanie kamieni, planowanie zemsty, rozpacz. Najlepiej uznać: boli mnie ta rana od uderzenia kamieniem, ale idę dalej. Wiem dokąd zmierzam i czemu to dla mnie ważne.

Trzeba też jasno powiedzieć sobie: to nie była moja wina, byłem ofiarą. – Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały, choć realnie nie możemy być za nie odpowiedzialni – mówi Mateusz Gola. – Robimy to, by zachować poczucie kontroli nad naszym światem, by utrzymać złudzenie, że robiąc coś – lub czegoś nie robiąc – możemy zapobiec kolejnej krzywdzie. Czytałem kiedyś o kobiecie, która wierzyła, że nosząc torebkę na lewym ramieniu wywołała w lewej piersi raka. Chciała wierzyć w coś tak absurdalnego, by ocalić w sobie złudzenie kontroli nad losem, bo ono dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy przecież nie nosić torebki na ramieniu, żeby nie zachorować kolejny raz.

Trudno pogodzić się z tym, że nie kontroluje się świata, ale też tylko ta prawda pozwala nam zrzucić z ramion ciężar odpowiedzialności za to, co się wydarza. Jest więc nam lżej – posługując się znów wspomnianą metaforą – wędrować dalej po górach i łatwiej dotrzeć do schroniska.

Wzgórza Golan

– Na Wielkanoc byłem w Izraelu – opowiada Mateusz Gola. – Wyjechałem z Jerozolimy na północ do Galilei i tam chodziłem po Wzgórzach Golan, tak na przełaj. W pewnej chwili wypełzł mi spod nóg olbrzymi wąż. Przerażony nie mogłem się ruszyć. A kiedy serce przestało mi kołatać i mogłem iść dalej, szedłem bardzo ostrożnie, patrząc pod nogi, by nie nadepnąć na innego węża. Tak doszedłem do drogi. Zdziwiłem się, bo ciągnęło się wzdłuż niej ogrodzenie z drutu kolczastego. Przerzuciłem plecak górą, a sam przeszedłem pod drutem. Kiedy byłem już na drodze, odwróciłem się jeszcze, żeby spojrzeć na zachodzące za wzgórzami słońce. Wtedy zobaczyłem tablicę ostrzegawczą: „Zakaz wstępu, pole minowe”.

Pół roku później trafił w internecie na film o człowieku, który tak jak on, chodził po Wzgórzach Golan i wszedł na minę. Urwało mu nogę. Przyleciał po niego helikopter medyczny, ale w czasie transportu ranny wypadł z uprzęży… i zginął na kolejnej minie. – To była dla mnie następna lekcja. Zaprzestałem prób dociekania sensu złych wydarzeń, jak pobicie czy spotkanie z wężem – wyznaje Gola. – Te zdarzenia mają sens, choć być może ja go nigdy nie poznam. To, z czym musiałem się zmierzyć, może chronić mnie przed czymś gorszym lub nauczyć czegoś, co jest lub będzie mi bardzo potrzebne. Trudne doświadczenia, spotkania ze złymi ludźmi pozwalają dostrzec, że może to ma jakiś wyższy, niepojęty dla nas sens życia. I paradoksalnie – dają wyzwolenie.

– Zdaniem Marka Aureliusza, poznanie wrednych ludzi uwalnia od męczącej pogoni za idealnym światem i wspaniałymi ludźmi bez skazy. Pogoń za doskonałością może być wielkim utrapieniem – dodaje dr Aduszkiewicz. – Lepiej żyje się temu, kto przyjmie złożoność ludzkiej natury, z jej złością, chorymi ambicjami, lękami i zahamowaniami. Bo poza nimi są także szlachetność serca, miłość i oddana przyjaźń.

Amerykański filozof Alasdair Macintyre mówi, że na ludzkie życie można spojrzeć jak na poszukiwanie dobra. – Nic więc dziwnego – mówi dr Andruszkiewicz – że ludzie w tych poszukiwaniach wchodzą w kolizje, jedni drugim jawią się jako wredni. I nie ma co oczekiwać, że będzie inaczej. Pozostaje radzić sobie z własnymi przykrymi odczuciami na temat innych ludzi, rozwijać siłę ducha i nie ustępować w sprawach, które są dla nas ważne. Jeśli nie możemy z kimś się dogadać, to trudno, trzeba umieć zaznaczyć własne granice albo się rozstać. Ale również pamiętać, że ta kolizja nauczyła nas wytyczać granice cierpliwości i zdolności przekonywania.

  1. Psychologia

Toksyczny partner – jak żyć z manipulantem?

Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Spotkałam księcia z bajki. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć.

Spotkałam księcia z bajki. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące.

„To moja druga połówka” – opowiadałam przyjaciółkom, gdy w wieku 37 lat ja, samotna mama ośmiolatki, w końcu z nim zamieszkałam. „Chagall mógłby się od niej uczyć” – pąsowiałam, gdy przechwalał się na Facebooku moimi ilustracjami do książek. Zapłacił czynsz za pół roku, szalał z moją córką na rowerach. Oswajał każdy mój lęk. „Ze wszystkim sobie poradzimy, KMŻ [kobieto mojego życia]” – pisał dziesiątki czułych SMS-ów dziennie. Mam je do dziś.

Piekło i raj

Zanim pojawił się on, przez pięć lat byłam samotną mamą. Zaradną, niezależną optymistką. Samotność? Nie dramatyzowałam. Weekendy i wakacje z przyjaciółkami i ich dzieciakami. Rytuały domowe z córką. Z nim brakowało na nie czasu. „Nic beze mnie” – domagał się. Moja niezależność najpierw go fascynowała, potem doprowadzała do szału. Czułam się winna, gdy nie dość szybko odpowiadałam na SMS-y, za długo rozmawiałam przez telefon albo nie zachwyciłam się jego pomysłem na biznes. „Nie masz pojęcia, co to partnerstwo” – znowu albo awantura, albo milczenie. Jak mantrę powtarzał: „Obchodzą cię tylko twoje bazgroły. Traktujesz mnie jak zabawkę” – i wychodził. Biegłam za nim przekonana, że za mało daję. Był zazdrośnikiem. Deprecjonował moich znajomych, krytykował siostrę. „Chce cię od nas odciąć” – ostrzegały przyjaciółki. A ja myślałam: „Dostaję od niego tyle miłości, że postaram się jeszcze bardziej”. Im bardziej był ze mnie niezadowolony, tym bardziej bałam się go stracić. Powstał między nami dziwny rytuał. Jego foch – moje wycofanie – jego „wybaczenie”. I gorący seks albo rodzinna wyprawa do Kazimierza na zgodę. Jednak wystarczała iskra, by znowu powstał pożar. Krytykował wszystkich wokoło. Przypomniałam sobie, że zauważyłam to już podczas pierwszych randek. Nawet przeszło mi przez myśl, że ma niskie poczucie własnej wartości. Ale zakochana kobieta widzi to, co chce zobaczyć.

Kiedy powiedzieć „dość”?

Lista zarzutów się wydłużała. Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie. Czasem miałam wrażenie, że stanę na rzęsach, a on i tak będzie niezadowolony. Migrenę, rozdrażnienie na córkę zrzucałam na przemęczenie pracą. Pierwszy raz w życiu musiałam poprawiać ilustracje. „Musisz zacząć w siebie wierzyć” – pocieszała redaktorka. Faktycznie, z samooceną było u mnie kiepsko. Marna kucharka – on nie tykał moich dań. Zła matka. Brzydula – za grube uda, odstające uszy.

„On tobą manipuluje, szantażuje odrzuceniem, a sam pewnie drży, że go zostawisz. Postaw mu się, ma cię szanować!” – mówiły przyjaciółki.

Często opowiadał o jakiejś koleżance z pracy. Któregoś wieczoru na jego komórce wyświetliła się od niej wiadomość. Zerknęłam: „Dziękuję za cudowną delegację [serduszko]. Wybacz, jeśli zbyt otwarcie odpowiedziałam na twoją serdeczność [serduszko]”. Wrzeszczałam, płakałam. „Inwigilujesz mnie, zabraniasz rozmawiać nawet z sąsiadem. A ty?!” Śmiał się. „Coś sobie uroiłaś. Musisz się leczyć, ile razy mam ci to powtarzać, ty nie wiesz, jak być z kimś w związku”. On miał prawo na mnie wrzeszczeć. Moja furia została uznana za niepoczytalność. Przez kolejne dni byłam jak zahibernowana. „Umówiłem cię ze świetną terapeutką, pójdziemy razem, chcę ci pomóc”. Chciałam zasłużyć na jego miłość. Nawet za cenę zaburzeń, które mi wmawiał.

Droga na dno

Terapeutka, o dziwo, nie podpisała się pod „diagnozą” , że nie umiem być z kimś blisko, że może mam borderline – jak sugerował, opowiadając o mojej furii. Zaproponowała terapię par.

Podpisaliśmy kontrakt na kilkanaście spotkań. W aucie on obśmiał terapeutkę, powiedział, że poszuka innej, i podarł kontrakt. On nie musi się leczyć, on nie ma problemów, jest zarąbistym facetem – słyszałam. Poszłam sama. Bladłam, odpowiadając na jej pytania. Jak się przy nim czuję? Jak śmieć. Zero szacunku z jego strony. Lęk. Smutek. We wszystkim jestem beznadziejna. Nie umiem się skupić na pracy. No i najgorsze – moja córka też boi się jego reakcji. „Niech pani poczyta o toksycznych mężczyznach” – wręczyła mi książkę. Na kolejną wizytę nie poszłam. Nie miałam siły mierzyć się z prawdą.

Nasz zjazd na dno trwał jeszcze kilka­naście tygodni. Próby ratunku? Był seks – zwierzęcy, bez czułości. Trzymałam się ostatnich iluzji. I sama ze sobą nie wytrzymywałam. Łykałam xanax albo piłam. Finał był tak absurdalny, że aż śmieszny. To on spakował walizki. „Zniszczyłaś mnie jako faceta, oddałem ci się cały, a ty nie umiałaś tego docenić” – powiedział.

Po rozstaniu wróciłam do terapeutki. Lizałam rany przez dwa lata. Dziś jasno widzę, jak mną manipulował, żal mi go, bo zrozumiałam, że sam miał kłopoty ze sobą. Toksyczni ludzie nie wiedzą, że krzywdzą. To mi daje siłę, żeby nie czuć się winną naszej porażki.