1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czego możemy nauczyć się z bajek? Rozmowa z Katarzyną Miller

Czego możemy nauczyć się z bajek? Rozmowa z Katarzyną Miller

Bajki powinniśmy czytać nie tylko dzieciom, ale też sobie. Zwłaszcza te, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też pomoże pokonać dzisiejsze problemy. (Ilustracja: iStock)
Bajki powinniśmy czytać nie tylko dzieciom, ale też sobie. Zwłaszcza te, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też pomoże pokonać dzisiejsze problemy. (Ilustracja: iStock)
Lubimy czytać je dzieciom, i bardzo słusznie, ale według psycholożki Katarzyny Miller powinniśmy poczytać też sobie. A zwłaszcza wrócić do bajek, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też może pomóc pokonać dzisiejsze problemy.

Chyba nie pamiętam, kiedy usłyszałam pierwszą baśń lub bajkę. Sądzę, że wiele osób ma podobnie. To świadczy o tym, że towarzyszą naszemu wychowaniu od najmłodszych lat.
No oby, oby ciągle tak było...

Sprzedaż klasycznych baśni nadal ma się dobrze, do tego powstaje wiele nowych wersji...
I nie zawsze są one mądre, niestety. W baśniach jest wiele okrucieństwa, a przede wszystkim często okrutni są tam rodzice lub opiekunowie. Niektórzy nie lubią czytać klasycznych bajek swoim dzieciom właśnie z powodu tego okrucieństwa. Boją się je w sobie odnaleźć, gdyż czują się tu bezradni. Dlatego też scenarzyści piszą nowe wersje, gdzie jest więcej pozytywów, ale mniej prawdy o życiu. A dzieci się lepiej wychowują i bardziej wzmacniają na prawdziwych bajkach, w których Babę-Jagę wrzuca się do pieca i pali żywcem. Bo wtedy dopiero jest sprawiedliwy koniec – zło już nie istnieje, zostało unicestwione. Opłaca się być więc dzielnym, opłaca się pomagać innym, prosić o pomoc i współpracować z tymi, którzy są w porządku. Opłaca się być żywym, a nie grzecznym. Jest w tym nadzieja dla dziecka.

Idea tworzenia i czytania bajek jest ciągle ta sama – mają nam pomóc w rozwoju, dodać wiary w siebie i pomóc przejść przez rozmaite kryzysy. Dobrze mówię?
Dobrze mówisz. Bajki mają, po pierwsze, pokazać dzieciom, że ich lęki i obawy są zupełnie normalne. Bo w życiu, oprócz dobrych rzeczy, zdarzają się też rzeczy straszne, ale można sobie z nimi poradzić i trzeba to robić poprzez rozwijanie siebie, stawianie na siebie oraz szukanie lub wykształcanie w sobie pewnych umiejętności albo cech. Po drugie, bajki pokazują, że życie jest drogą, a każdy jest królem w swoim królestwie. To słynne zdanie, które pojawia się na zakończenie prawie każdej bajki, a które mówi o tym, że król i królowa żyli od tej pory długo i szczęśliwie, jest tak naprawdę o wiele mądrzejsze i piękniejsze niż nam się wydaje. Nie chodzi w nim wcale o to, że oni później nie mieli żadnych kłopotów, tylko że poprzez drogę, którą przeszli, nauczyli się radzić sobie, ufać sobie, pomagać sobie wzajemnie, wierzyć w dobro i żyć w zgodzie z przyrodą. Stają  się ludźmi coraz pełniejszymi.

Wiedzą, jak sobie radzić ze złem, które może ich spotkać, więc optymistycznie patrzą w przyszłość.
Dokładnie tak, w związku z tym mądrze rządzą swoim królestwem.

Czyli sobą?
Sobą i wszystkim, co jest ich życiem.

Dlatego w bajkach jest tyle księżniczek, królewien i królewiczów?
Po części tak, a po części dlatego, że byli dobrym symbolem. Większość klasycznych baśni powstała w czasach, gdy król i królowa byli po prostu najważniejsi. Byli autorytetami, wzorami; dziś powiedzielibyśmy – celebrytami. Na nich wszyscy patrzyli i każdy chciał być tacy, jak oni.

Bajki miały pokazać, że wcale nie mają lżej od nas?
Raczej, że to są ludzie i też muszą przejść swoją drogę, czegoś się nauczyć, doświadczyć – jak każdy. Mimo że pewnie oni to przejdą na innym poziomie bytowym. Choć królewna wygnana do lasu nie ma już służby, prawda?

Jest też spora grupa bajek, typu Głupi Jaś, Tomcio Paluch czy Rybak i Złota Rybka, które nie opowiadają o koronowanych głowach, a o prostych ludziach i ich mądrości.
Moją ukochaną bajką z tej grupy jest ta o rybaku, który znalazł szktatułkę z dżinem. Rybak był bardzo biedny i na dodatek tego dnia nie udało mu się niczego złowić. Kiedy już miał się poddać i iść do domu, nagle w sieci poczuł coś ciężkiego. Była to złota szkatułka, on ją oczywiście otworzył, a wtedy ze środka wychynął dżin i powiedział: „Aha, to teraz cię zabiję”. „Jak to? Przecież cię uratowałem” – zdziwił się rybak. „No to zaraz ci wyjaśnię. Mój kalif, u którego byłem wezyrem, był jeszcze większym czarownikiem niż ja. Kiedy mu się sprzeciwiłem, zamknął mnie w tej szkatułce i wrzucił na dno jeziora. Przez pierwsze sto lat obiecywałem sobie, że kto mnie uratuje, dostanie królestwo i królewnę za żonę i będzie zawsze szczęśliwy. Przez następne sto mówiłem, że kto mnie uratuje, dostanie królestwo, królewnę, ale nie będzie już taki szczęśliwy. Za kolejne sto – nie będzie już miał królewny, za kolejne – królestwa, a na końcu postanowiłem sobie, że jak ktoś mnie odnajdzie, to go zabiję, bo mam już tego dosyć”. Zobacz, to bardzo fajny obraz tego, jak człowiek traci nadzieję i jak się wtedy zmienia jego podejście.

Rybak tak trochę podumał i powiedział: „To wszystko jest bardzo smutne i przykre, ale mnie się wydaje, że ty kłamiesz”. „Ja kłamię?!”. „Taki wielki dżin nie może się przecież zmieścić w takiej małej szkatułce”. „Taak? To ja ci zaraz pokażę…”. No i ponieważ dżin miał chorą ambicję, schował się z powrotem do szkatułki, na co rybak zamknął wieko i wrzucił dżina z powrotem do jeziora.

I jaki morał z tej bajki? Bo bajka chyba musi mieć morał...
Co prawda rybak nadal niewiele złowił i się nie najadł, za to okazał się mądrzejszy od wielkiego mędrca. Został jakby ten sam, a jednak nie był już taki sam, prawda? Zdobył jakieś zaufanie do siebie, może też podziw i wdzięczność. Ale może nie zawsze chodzi o morał? Przeżycie, doznanie, znalezienie się gdzie indziej jest wielką wartością. Obcujemy z dżinem, czarami, głębią jeziora i głębią czasu, ze sprytem, wygraną i przegraną...

Jest taka piękna książka Pierre’a Péju „Dziewczynka w baśniowym lesie”. Francuski filozof polemizuje w niej z Brunonem Bettelheimem, psychoanalitykiem i badaczem baśni.  Jego zdaniem nie chodzi o interpretowanie baśni, lecz o to, by obcować z nimi. „Chodzi o porywy i siły, o intensywność uczuć, o niejasne sposoby odczuwania”. Mnie fascynuje podejście i Bettelheima, jako psychoterapeutkę, i Péju, jako poetkę.

A powiedzmy trochę o kobietach w bajkach. Z jednej strony mamy Królewny Śnieżki, Calineczki, Kopciuszki, a z drugiej – macochy, czarownice i złe królowe. Panuje tu o wiele większa różnorodność niż wśród męskich bohaterów.
Kobiety w bajkach są takie jak te w życiu. Bywają macochy dobre i złe, bywają złe i dobre królowe, tak jak bywają złe i dobre matki. Bywają też takie dziewczyny jak Gerda z „Królowej Śniegu” albo jak Córka Rozbójnika, którą Gerda spotyka. Obie są zupełnie inne, a jednocześnie mają do siebie ogromny szacunek, są bardzo mądre i odważne. A pamiętasz, jak Gerda spotyka wróżkę od kwiatów? Ona jest wobec dziewczynki bardzo ciepła, troskliwa i chce ją zatrzymać u siebie na zawsze. I to jest na przykład matczyna nadopiekuńczość. Bardzo częsta zresztą. Niektórzy może woleliby tam zostać...

A Królowa Śniegu kim jest?
Ona jest zniszczoną kobietą, przez los albo przez ludzi, potwornie zimną w środku i w związku z tym chce, by świat wyglądał tak jak jej wnętrze. Żeby nie być jednak sama, porywa Kaja i jego też zamraża. A udaje jej się to między innymi dlatego, że jest bardzo piękna – zimno w końcu konserwuje (śmiech). Motyw pięknej królowej, zazdrosnej o młodą królewnę jest bardzo częsty w bajkach. Najbardziej rozpoznawalny jest w „Królewnie Śnieżce”, gdzie pada słynne: „Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”.

W bajkach ważną rolę pełnią też zwierzęta.
Czasem są pomocnikami, a czasem przewodnikami. Zwierzęta w bajkach są zawsze mocno ugruntowane w świecie, w którym żyją, wiedzą, co trzeba robić i jak. Oprócz takich jak Smok Wawelski czy wilk z „Czerwonego Kapturka”, są raczej pozytywnymi postaciami. A jeśli się im pomoże, to potem się odwdzięczają. Często poddają bohatera próbie, która ma zaświadczyć o jego wewnętrznej klasie.

Jako dziecko uwielbiałam takie bajki. Pamiętam zwłaszcza jedną, o trzech braciach, którzy kolejno mieli iść po wodę do zaczarowanego źródełka, żeby uleczyć chorą matkę. Po drodze mijali wiele zwierząt w potrzebie i tylko najmłodszy zatrzymał się, by pomóc, a one potem bardzo pomogły jemu.
Czyli przemawiało do ciebie dobro, które potem wraca i świat jako wspólnota, w której to, co zrobiłeś dla innych, nie idzie na marne.

Oraz taka refleksja, że nigdy nie wiesz, kiedy będziesz potrzebował pomocy od tego najmniejszego, któremu teraz pomagasz.
Do dziś pamiętam taki motyw z bajki, w której chłopiec albo dziewczynka uratowali pszczołę, a potem odwdzięczył im się za to cały rój. To jest moim zdaniem najcenniejsze przesłanie wszystkich bajek. To, co wypuszczasz dobrego, wróci, tylko nie wiesz nigdy, z której strony i jak. Ale też nie możesz tego robić jedynie po to, by wróciło. Warto widzieć coś więcej niż czubek swojego nosa i niż cel swojej podróży. Bo sama droga jest ważniejsza niż cel.

Zgodzisz się wybrać ze mną w taką podróż po najpopularniejszych z bajek i po tym, jak można je czytać terapeutycznie?
No pewnie, z przyjemnością!

Zacznijmy od „Calineczki”. Czy to jest opowieść o – delikatnie mówiąc – niefortunnych zalotnikach?
Moim zdaniem Calineczka znalazła się po prostu w nie swoim świecie. To wszystko, co kret, ropucha, mysz polna czy chrabąszcz od niej chciały, było zupełnie normalne w ich świecie i w ich relacjach z ich pobratymcami. Niemniej jednak wobec Calineczki było opresyjne. Te wszystkie zwierzęta chciały ją, bo była takim cudem, dziwem – dziewczyną nie większą niż paluszek, wyhodowaną z ziarenka, które zasadziła kobieta bardzo pragnąca własnego dziecka. To jest opowieść o tym, że nie można szukać w innych światach niż swój. Można się kimś zachwycić, można nawet się wdać we wspaniały romans, ale życie z kimś całkiem różnym od nas nie byłoby dobre. Bo wtedy się ma, że tak powiem, za dużo niewspólnego ze sobą.

To teraz „Kopciuszek”. W powszechnym mniemaniu to synonim dziewczyny wykorzystywanej i wykonującej najgorsze prace. Nieśmiałej, kryjącej swoje atuty.
Stąd właśnie moje głębokie przekonanie, że to jedna z tych bajek i bohaterek, które są zupełnie niewłaściwie interpretowane. Albo się ją uważa za ofiarę losu albo za taką, co to jej się cudem trafił książę. Ja widzę ją zupełnie inaczej.

Po pierwsze, to dziewczyna, która miała kochającą matkę. Mimo że umarła wcześnie, zostawiła jej poczucie, że jest ważna. Postać wróżki, czyli matki chrzestnej, jest właśnie uosobieniem matki, która wraca, kiedy Kopciuszek jej potrzebuje, i która stale się nim opiekuje. Jest tu też zła macocha z dwiema córkami. Macocha to z kolei taka baśniowa postać, która, jak podkreślał Bettelheim, pełni rolę matki stawiającej dziecku hołubionemu i pieszczonemu zadania i ograniczenia, dziecku więc się to nie podoba. Moim zdaniem macochy w baśniach mają za zadanie także podkreślić postawę ojca, oddającego władzę nad domem i dziećmi kobiecie, takiemu trochę umywającemu ręce. I przypomnę tu ojca Jasia i Małgosi, który na żądanie nowej żony wyprowadził dzieci do lasu. Ojciec Kopciuszka też nie zwraca uwagi na to, że macocha traktuje jego córkę gorzej niż swoje córki, każe jej sprzątać, jadać w kuchni i generalnie służyć całej reszcie. Ciągle nie ma go w domu, jakby wcale się nie interesował tym, co się w nim dzieje.

Pomimo tego wszystkiego Kopciuszek jest pogodną, ciepłą i bardzo pogodzoną ze sobą istotą. Dziewczyna tańczy i śpiewa, pracując, karmi myszki okruszkami, wszystkie zwierzątka ją lubią, ufają jej i się z nią bawią – ona nie jest samotna ani godna pożałowania. I zobacz, mimo że jej przyrodnie siostry i macocha są dla niej okropne, nie jest dla nich złośliwa, nie mści się na nich, nie narzeka, nie złości się. A kiedy się dowiaduje o balu, oczywiście, że chce na niego iść, ale po to, by zobaczyć, pobawić się, potańczyć. Nie jak jej przyrodnie siostry, które są przez matkę wypychane na bal, by zdobyć męża. A kiedy dostaje suknię i powóz – i trzeba to podkreślić – przyjmuje to zupełnie naturalnie. Wsiada do karocy i jedzie. Mało tego, bawi się na balu jak nikt. Ta radość z niej tak promieniuje, że książę po prostu musi zwrócić na nią uwagę. Poza tym się spóźnia – czyli ma dobre entrée!

I jeszcze wychodzi przed czasem!
Nie dybie na księcia, nie narzuca się mu, w tym sensie jest inna od wszystkich panien na balu. Kompletnie nie widzę w niej ofiary. A co do jej „bezsensownej” pracy: to najbardziej kobieca praca pod słońcem, która nie jest wojną, a oddzielaniem ziaren od popiołu, czyli znajdywaniem tego, co jest w życiu ważne i odżywcze. Dla mnie to bajka o pogodzie ducha, czyli o tym, że kiedy cieszysz się z tego, co masz, przychodzi więcej.

A „Kot w Butach”? Moim zdaniem opowiada o tym, że wszyscy potrzebujemy dobrego PR-u.
Kot wpada na świetne pomysły, by zapromować swojego pana, czyli Jasia młynarczyka, królowi i jego córce. Zwierzęta w bajkach, mitach czy snach często uosabiają pewne cechy ludzkie. Kot jest dla mnie właśnie taką częścią Jasia, która jest bardzo inteligentna, spostrzegawcza i sprawcza i potrafi siebie „sprzedać”. Czyli morał z bajki jest taki, że nieważne, czy urodzisz się biedny, jeśli umiesz korzystać ze swoich zasobów i z pomocy. No i przypomnijmy początek bajki – początki są zawsze niesłychanie ważne – czyli skąd ten kot się w ogóle wziął. Otóż ojciec, stary młynarz dzielił majątek na łożu śmierci i starsi bracia dostali dom, sad i osła, a Jaś dostał kota. Czyż to nie jest cudowne? Tym, co najcenniejszego dostajesz, jest twoja inteligencja i spryt. Z nią i dom sobie wybudujesz, i sad zasadzisz. Ta bajka przypomina mi zresztą inną, jedną z moich ulubionych, o Jasiu Głuptasku.

Tu też początek jest genialny: „Miał dziedzic dwóch synów, a trzeci, Jasiek, latał po polach, nieubrany, niewykształcony...” Zobacz, od początku widzimy, że on w tej rodzinie się nie liczy. Wiesz, ile dzieci tak właśnie się czuje, bo są tak traktowane? Ale to nie znaczy, że nie mogą potem najlepiej żyć! W bajce wszyscy jadą do królewny w konkury. Ojciec wyposaża dwóch synów w piękne ubrania, daje im konie i pieniądze na drogę. A Jasiek? Wskoczył na swoją kozę, bo tylko ją miał, i wesolutki wyruszył przed siebie za braćmi. I zbierał, co miał po drodze. A to gówienko zaschnięte, a to zdechłą wronę... Kiedy wszyscy dojechali na miejsce, królewna była już nieźle znudzona zalotnikami. Każemu zadawała jakieś pytanie. I żaden się nie popisał odpowiedzią. Przyszła też kolej na Jasia. Królewna pyta go, tak jak i innych: „A co mi przyniosłeś w darze do jedzenia?”. „A zdechłą wronę” – odpowiada niezbity z tropu Jaś. „A na czym mi ją podasz?” – już z lekkim uśmiechem pyta królewna. „A na tym gówienku zeschniętym”. „A jak mi ją podasz?”, „A rozprysnę to gówienko na posadzce, żeby wszystkich pobrudziło” – odparowuje Jasiek. Kiedy królewna zaczęła się śmiać, to już jasne było, że wybierze tego, z którym będzie się bawić całe życie.

Obie bajki mówią o naszym potencjale.
O potencjale i Wewnętrznym Dziecku, które jest otwarte, spontaniczne, które ma pomysły, jest szczere i nie udaje nikogo. Ale też traktuje innych jak fajnych ludzi. Jaś w królewnie zobaczył dziewczynę, która się nudzi i którą przydałoby się rozweselić.

Dzięki temu ona też mogła poczuć się zwykłą dziewczyną, a nie nagrodą. W bajkach królewna zawsze była „dorzucana” w gratisie do królestwa.
Niejedna kobieta „królewna” tak ma.

A „Śpiąca Królewna”?
Tu z kolei mamy piękną opowieść o dorastaniu, którego nie można zlekceważyć i w żaden sposób zatrzymać. W „Śpiącej Królewnie”, co rzadkość, występują oboje rodzice. Przestraszeni klątwą jednej z wróżek (niezaproszonej na chrzciny królewny), głoszącą, że ich córka zaśnie na wieki, kiedy ukłuje się w palec wrzecionem w wieku 15 lat, dostają świra na punkcie chronienia jej przed wszelkim niebezpieczeństwem. Zaczynają od wyrzucenia z kraju wszystkich kobiet, które tkają ubrania – wyobraźmy sobie, jak w ten sposób zubażają poddanych. A co robi królewna w dniu 15. urodzin? Wchodzi na wieżę, na którą nie wolno jej było wchodzić, a tam już czeka stara kobieta, prządka, ostatnia, która się uchowała w kraju – i królewna oczywiście kłuje się w palec. Zasypia więc na sto lat, a wraz z nią zasypia królestwo, pogrążone w smutku. Na szczęście trafia się królewicz, który budzi królewnę pocałunkiem prawdziwej miłości.

I z tym fragmentem mamy dziś pewien problem. Niektórzy oburzają się, że książę całuje niczego nieświadomą królewnę, czyli robi to wbrew jej woli.
Ale tu wcale nie o to chodzi, według mnie oczywiście. Choć ciekawi mnie i cieszy różnorodność odczytywania baśni, to lubię moje interpretacje podbite doświadczeniem i życiowym, i zawodowym.

Więc o co chodzi?
Królewna ma 15 lat, kiedy zasypia, i to zasypia z krwią na palcu, a krew jest menstruacyjna. Czyli następuje przejście dziewczynki w kobietę, do czego nie chcieli dopuścić król i królowa. Mamy więc kolejną parę nadopiekuńczych rodziców. Postępują zupełnie jak niektórzy ministrowie, którzy uważają, że jeśli młodych odetnie się od wiedzy o seksie, to przestaną go uprawiać. Rodzice królewny nie zgadzają się na to, by ona wiodła prawdziwe życie. Chcą zatrzymać jej rozwój.

Zasypia więc na sto lat, żeby obudzić się już w innym świecie. Książę jest z jednej strony mężczyzną w niej zakochanym, ale z drugiej strony – jej wewnętrznym animusem, męskim pierwiastkiem. Grzeczna dziewczynka nie wytwarza w sobie animusa, czyli mocy do obrony swoich praw. A Śpiąca Królewna ewidentnie była taką dziewczynką. Od rodziców tego nie dostała, dopiero od księcia, który ją obudził. Książę pełni tu rolę rówieśnika, kogoś z zewnątrz, kto wnosi nową energię. I to jest właściwy etap rozwoju, bo młodzi muszą zostawić dom, żeby dorosnąć. Dziecko ma żyć własnym życiem, a rodzice – własnym.

Mówiłyśmy już trochę o „Królewnie Śnieżce”, że opowiada o kobiecej zazdrości.
Rywalizacji, nienawiści, nieżyczliwości, egocentryzmie... No ale są też krasnoludki, które opiekują się Śnieżką w lesie.

I co one symbolizują?
Wszystkie instynkty, cechy i wyposażenie Śnieżki, jak i duchy przyrody, siły życia, które istnieją i bardzo pomagają ludziom. Tylko trzeba z tego ich wsparcia korzystać. Proponuję: „Nie pomagajcie nikomu, kto nie prosi, nie dziękuje i nie korzysta. Bo wtedy wszystko się marnuje”.

A „Królowa Śniegu”, o której też już mówiłyśmy – czy to jest opowieść o kobiecie, która ratuje mężczyznę, jak Gerda – Kaja?
Znów to powtórzę, Gerda jest dla mnie najpełniejszą postacią kobiecą w bajkach. Oczywiście można czytać „Królową Śniegu” na kilka sposobów, ja lubię ten jungowski, według którego Gerda ma w sobie zarówno animę, jak i animusa. Pierwiastek kobiecy i męski. Moim zdaniem Kaj jest właśnie jej animusem, więc idzie po niego, żeby spotkać swoją dzielność. Żyjemy w czasach, w których kobiety znacznie częściej niż kiedyś spotykają swoją dzielność. Można więc powiedzieć, że to jest bardzo aktualna baśń. Poszłabym nawet dalej i powiedziała, że ponieważ kobiety znajdują swojego animusa, to dzięki temu są w stanie uratować także mężczyzn, którzy posłali świat w bardzo złą stronę, bo od dawna szczycą się tym, że zaprzeczyli swojej animie.

Skoro ratujesz mężczyznę w sobie, ratujesz też męskość?
Jeśli zaczynasz rozumieć mężczyznę w sobie, jeśli twój ojciec zaszczepia ci dobry obraz męskości, a do tego masz fajnych braci i kumpli – to męskość jest energią, z którą z przyjemnością się spotykasz, nie obawiasz się jej, nie chcesz jej zwalczać, a i ona nie zwalcza ciebie.

Baśń, która w dzieciństwie utkwiła mi w pamięci, to „Dzikie łabędzie”. Czyli opowieść o siostrze, która aby zdjąć zaklęcie z braci, szyje dla nich koszule z pokrzyw zbieranych o północy przy cmentarzu. Bardzo mi to przemawiało do wyobraźni.
Prawda? Coś dla Pierre’a Péju! A bracia – znów – zostali zaczarowani przez złą macochę. Ciekawe jest to, że aby przeciwzaklęcie podziałało, dziewczyna ma nic nie mówić do momentu, gdy skończy szyć ostatnią koszulę. Macocha i ją wygania z zamku, więc ona siedzi w lesie i szyje te koszule, kalecząc sobie przy tym palce. Aż spotyka ją król, który się w niej zakochuje. Kolejna postać męska, która bierze sobie niemotę. Dziewczyna jest miękka, biedna, więc król może się przy niej czuć jeszcze bardziej królem. Ale jeden z doradców zarzuca jej, że jest czarownicą. Pod wpływem jego podszeptów król zapomina o swojej miłości, dochodzi do procesu. W ostatnim momencie przylatują jej bracia, ona zarzuca im koszule, zamieniają się w mężczyzn, tylko jednemu zostaje skrzydło zamiast ręki, jako przypomnienie, że nie ma całkowitej „idealności”.

No to na zakończenie bajka, która mnie jako dziecko najbardziej przeraziła – „Sinobrody”.
Ach, cudowna! Przejmująca i bardzo plastyczna.

Przecież to opowieść o przemocy wobec kobiet.
Ale też o psychopatii i złu oraz łatwości ulegania im. W książce „Bajki rozebrane” mówię o niej tak: „Postać ta ma dużą nośność w kulturze, a bajka jest bardzo ważna dla kobiet, przede wszystkim dla tych, które poszukują mężczyzn, związku pełnego poczucia bezpieczeństwa i spełnienia. To jest baśń nie o nas jako o dzieciach, tylko o nas jako dorosłych. To jest baśń o naszej naiwności, o pragnieniach, których często nie widzimy i nie potrafimy sobie zdać sprawy z ich istoty, o depresji, w jaką wpadamy, o bezwzględności mężczyzn, z którymi mamy często do czynienia. Nie mówiąc o naszej dzielności, o tym, że związki często zmuszają nas do tego, byśmy dorosły i porzuciły pewną dziecięcość”.

Sinobrody jest bogaty, odpychający i miał wiele żon, z którymi nie bardzo wiadomo, co się stało. Ale najmłodsza córka pewnej rodziny się go nie bała. Wziął ją więc za żonę i przykazał, że wszędzie może w ich domu wchodzić, poza jednym pokojem. Jest kilka wersji bajki, w jednej to siostry ją namówiły, w innej sama zdecydowała się włożyć kluczyk do zamka. I znalazła tam wszystkie żony, zabite. Niestety kluczyk zaszedł krwią, więc mąż po powrocie dowiedział się, że go nie posłuchała. Oczywiście to nie jest dobrze, żeby mężczyzna miał komnatę pełną trupów, ale jest dobrze, żeby miał swoją przestrzeń, w którą kobieta nie wlezie. A ona włazi.

Dzisiaj zamiast komnat kobiety sprawdzają komórki partnerów...
„A co ty tak z nią esemesujesz?”, „Kto do ciebie o tej porze pisze?”. Gdyby żona Sinobrodego nie otworzyła komnaty, to on nie miałby powodu chcieć jej za to zabić. Złamała obietnicę, jaka była warunkiem jej dobrobytu. Często mówię: czego chcą kobiety? Kobiety chcą więcej.

To też jest baśń o tym, że każdy ma swój mroczny kawałek i trzeba sobie i innym na to pozwolić. Nie zmuszajmy ludzi do wyjawiania tajemnic. Oczywiście tu nie chodzi o to, że życzę kobietom życia z mordercami, choć niektóre się o to same proszą, pisząc listy do więźniów i potem za nich wychodząc.

Sinobrodego zabijają bracia, którzy ruszają siostrze na pomoc, czyli znów podkreślana jest potrzeba dzielności, odszukania w sobie animusa. Ale też jak ważne jest to, że mamy pomocników w życiu.

Na czym właściwie polega terapeutyczność bajek? To wszystko jako dzieci odbieramy podświadomie?
Bardzo dużo przekazów odbieramy podświadomie. Poza tym im wcześniej nauczymy się prawdy, że życie bywa różne: fajne i okrutne też – tym lepiej. Naturalnie chodzi o to, by dziecko było gotowe to przyjąć i chciało słuchać. Niektóre chcą, by w kółko czytać im jedną bajkę.

Rodzice są tym zwykle zmęczeni...
Ale właśnie te bajki, których najczęściej chcemy słuchać, są nam najbardziej potrzebne do rozwoju. Dzieci, którym dużo czytano bajek w dzieciństwie, mają zwykle swoje ulubione i te, których najbardziej się boją. To wszystko o czymś mówi. Moją ulubioną była „Królowa Śniegu”, bo moja matka była królową śniegu. A Gerda była dziewczyną, którą chciałam się stać, i chciałam wierzyć, że mogę.

A jest sens nam, dorosłym wracać do tych bajek?
I to wielki! Ciągle dużo te bajki o nas, dziś żyjących, mówią. Tym, którzy chcą dowiedzieć się więcej, jak je interpretować, polecam moją książkę, „Cudowne i pożyteczne” Bettelheima, Pierre’a Péju i jeszcze inną: „Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną” Mai Storch, psychoanalityczki i pisarki. Właściwie cała  jest oparta  na pięknej baśni o dziewczynie bez rąk. Opowiada o tym, jaką pracę nad sobą musi wykonać nieporadna i nieprzygotowana przez rodziców do życia dziewczyna, ale też jaką drogę muszą przejść kobieta i mężczyzna, żeby się ze sobą spotkać.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Hortiterapia – mindfulness nad grządką

"Obecnie ogrodnictwo utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie" – czytamy w książce „Kwitnący umysł”. (Fot. iStock)
Oczyszczenie duszy, obudzenie ciała, odreagowanie emocji, uwolnienie od traumy – to wszystko można zyskać dzięki kontaktowi z naturą. Czy uprawianie ziemi będzie wkrótce zapisywane na receptę? Bardzo prawdopodobne. Na razie warto zafundować sobie hortiterapię – ogrodową autoterapię.

Terapeutyczny sens ogrodnictwa odsłania przed nam Sue Stuart-Smith, psychiatra, psychoterapeutka, autorka książki „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”. Odkryła go, spacerując, a następnie pielęgnując własny kawałek ziemi. Jak podkreśla, hortiterapia (czyli ogrodowa terapia) sprawdza się przede wszystkim w pracy z osobami po przeżyciu straty. Czyli właściwie z każdym z nas, bo, owszem, ta najbardziej bolesna związana jest ze śmiercią czy odejściem kogoś ważnego, ale przecież od chwili narodzin ciągle coś tracimy... choćby złudzenia.

Niezawodne lekarstwo

Praca w ogrodzie była ważnym elementem zdrowienia w rodzinie Sue Stuart-Smith. Najpierw uratowała jej dziadka, który wrócił do domu wyniszczony fizycznie i psychicznie po pierwszej wojnie światowej, potem pomogła mamie pozbierać się po śmierci ojca Sue. Mimo to ona sama ogrodnictwem zajęła się dość późno, bo w wieku 35 lat, głównie pod wpływem męża, także ogrodnika. Stopniowo coraz bardziej wciągała się w to zajęcie, a także – jako psychoterapeutka – znajdowała w nim coraz więcej podobieństw do terapii psychoanalitycznej. Zaczęła od hodowli ziół i roślin jadalnych. Zafascynowana procesem powoływania do życia, ale i niszczenia; jak wyznaje – w ogrodnictwie jest bardzo wiele z agresji, bo ciągle musisz coś zabijać, a to chwasty, a to mszyce, a to ślimaki. Jest w nim też kojąca powtarzalność i zaufanie do cyklu przyrody. „Teraz traktuję uprawianie ogrodu jako sposób na wyciszenie i odciążenie mojego umysłu. Jakimś sposobem ten szum sprzecznych myśli w mojej głowie oczyszcza się i uspokaja w miarę, jak moje wiadro napełnia się chwastami. Pomysły, które znajdowały się w stanie uśpienia, wychodzą na powierzchnię, a myśli, które nie były jeszcze uformowane, łączą się w całość i nieoczekiwanie nabierają kształtu. W takich chwilach mam poczucie, jakbym wykonując te wszystkie prace fizyczne, jednocześnie uprawiała ogród własnego umysłu” – pisze w książce. Jej zdaniem posiadanie ogrodu to ciągłe poznawanie tego, co działa, a co nie, ale też budowanie relacji z danym miejscem: jego klimatem, rodzajem ziemi i jego roślinami.

„Ogrodom przypisywano uzdrawiającą moc od czasów starożytnych. Obecnie ogrodnictwo stale utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie. Zasadniczo pielęgnowanie ogrodu jest doświadczeniem, które karmi i dla wielu ludzi, obok posiadania dzieci i założenia rodziny, proces uprawiania działki jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”. Może dzieje się tak też dlatego, że uprawianie ogrodu jest bardzo twórczym rytuałem. Przemieniamy zewnętrzną rzeczywistość i tworzymy wokół siebie piękno. A jak często mamy taką możliwość?

Niczym ogród

Przekonanie o tym, że powinniśmy pielęgnować swoje ciała, serca i dusze niczym ogród, sięga czasów starożytnych i coraz częściej stosuje się je we współczesnej nauce w odniesieniu do mózgu. Komórki, które tworzą sieci połączeń neuronalnych, rozrastają się, a ich rozgałęziające się struktury przypominają drzewa, dlatego nazywają się dendrytami (gr. dendron – drzewo). I na podobnej zasadzie się rozwijają. Na początku życia mózg stanowi dziki gąszcz ponad 500 miliardów neuronów. Po to, by osiągnął dojrzałość, 80 proc. tych komórek musi zostać usuniętych. W ten sposób robi się przestrzeń dla pozostałych, które mogą utworzyć połączenia neuronalne i rozbudować je w skomplikowane sieci. Sieci te są kształtowane i przebudowywane przez cały cykl życia (to tzw. plastyczność mózgu), a będące częścią układu odpornościowego komórki mikrogleju pełnią w naszym mózgu rolę ogrodnika: najczęściej w nocy pielą i wyrywają z korzeniami słabe połączenia nerwowe i uszkodzone komórki. Odkwaszają, sprzątają, zmniejszają stan zapalny, przycinają zbędne synapsy, a nawet „nawożą” mózg.

Ja i nie-ja

Donald Winnicott, psychoanalityk i pediatra, podkreślał, że małe dziecko może istnieć tylko w związku z opiekunem, a w ich relacji najważniejsza jest przestrzeń „pomiędzy”, w której matka odczuwa emocje dziecka, a dziecku wydaje się, że ono i matka to jedno (symbioza). „Podobnie jest z ogrodem, który nie może istnieć bez ogrodnika. I zawsze stanowi odzwierciedlenie umysłu człowieka i efekt jego opieki. W procesie uprawiania ogrodu również nie da się jasno określić, gdzie kończy się ‹ja› i zaczyna ‹nie-ja›. Kiedy pracujesz w ogrodzie, natura żyje w tobie i przez ciebie przepływa” – pisze Sue Stuart-Smith.

Autorka wyjaśnia, że zaangażowanie w pracę w ogrodzie sprawia, że z czasem staje się on częścią naszej tożsamości – jakbyśmy zapuszczali korzenie w jednym miejscu. Poczucie zapuszczenia korzeni to ważny atrybut więzi, według teorii przywiązania Johna Bowly'ego – przywiązujemy się poprzez specyficzne zapachy, faktury, dźwięki, doznania. Ogród jest do tego idealnym środowiskiem.

Lepsze skupienie

Szereg badań nad wpływem natury na naszą reakcję na stres przeprowadził Roger Ulrich, profesor architektury zdrowia na Uniwersytecie Technicznym Chalmersa w Göteborgu. Już po kilku minutach przebywania w naturze zmniejsza się aktywność współczulnej części autonomicznego układu nerwowego, odpowiadającej za reakcję stresową, a wzrasta aktywność części przywspółczulnej, odpowiedzialnej za stan odprężenia. Zmiany pulsu i ciśnienia krwi są widoczne w ciągu kilku minut, a poziom kortyzolu spada po 20–30 min.

Niemal automatyczne wejście w stan odprężenia, na przykład podczas spaceru po parku, to efekt spuścizny po przodkach; z przyczyn ewolucyjnych przebywanie na łonie natury wyłącza myśli lękowe i sprzyja poczuciu tzw. odprężonej czujności, która pozwalała przetrwać w naturalnym środowisku. Współczesne życie skupia się na zawężonej formie uważności, choćby wynikającej z wielogodzinnego skupiania się przed monitorem komputera. Kiedy nadużywamy świadomych procesów poznawczych, stajemy się podatni na zjawisko zmęczenia uwagi, a nasz mózg ma wtedy mniejszą możliwość zahamowania rozpraszających bodźców.

Kontakt z naturą działa jednocześnie uspokajająco i ożywczo. Ponadto jeśli wykonujemy na łonie tej natury jakąś pracę – na przykład kopiemy grządki czy sadzimy kwiaty, poprawia się nasza zdolność koncentracji uwagi na tym, co robimy, a cisza i brak nadmiarowych bodźców zmieniają naszą uważność. Cichną niespokojne myśli, obniża się lęk, co pozwala poczuć się bezpiecznie i otworzyć się na świat zewnętrzny.

Moc zieleni

Ogród ułatwia organizmowi wejście w stan fizjologicznego relaksu. Rośliny nigdy nie wywołują gwałtownych ruchów, nie trzeba mieć się na baczności. „Dźwięk wiatru szumiącego w drzewach działa kojąco. Kolor zielony w połączeniu z niebieskim automatycznie obniża poziom pobudzenia” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”.

Esther Sternberg, lekarka medycyny, pisząca o właściwościach uzdrawiających przestrzeni, nazywa zieleń „domyślnym trybem naszego mózgu” – gen kodujący pigment fotoreceptora pojawił się jako pierwszy na drodze ewolucji i ma największą czułość na rozkład widmowy światła słonecznego i na długość fal światła odbitego od roślin zielonych. Dlatego zielony nas wycisza, uspokaja i daje nadzieję na lepszy czas.

Hildegarda z Bingen, dwunastowieczna przeorysza, teolożka i zielarka twierdziła, że ludzie mogą rozkwitać tylko wtedy, kiedy rozkwita świat przyrody. Pielęgnowanie ogrodu to, jej zdaniem, jedna z najprostszych form samouzdrawiania. „Odpowiednia uprawa ziemi oznacza poświęcenie uwagi, zauważenie pierwszych oznak niedomagania, zrozumienie, czego rośliny potrzebują” – puentuje Stuart-Smith. Kiedy uprawiamy ziemię, pielęgnujemy postawę troskliwości wobec świata, a także wobec samych siebie.

Jak korzystać z ogrodowej terapii?

  • Jeśli nie masz dostępu do prawdziwego ogrodu, popracuj z tym wymyślonym, zapamiętanym albo wyobrażonym. Zamknij oczy i zobacz, co w nim rośnie. Jakie rośliny, drzewa, kwiaty... Poczuj zapach ulubionych kwiatów czy ziół i dotyk wiatru na twarzy. Pospaceruj w wyobraźni po swoim magicznym ogrodzie.
  • Dobrą alternatywą są ogrody w szkle. Zwłaszcza takie, w których rośliny żyją zgodnie z cyklami przyrody: jest czas opadania liści i czas kwitnienia. Taki ogródek możesz kupić albo zapisać się na warsztat i wykonać go samodzielnie.
  • Jak najczęściej spędzaj czas w naturze; spaceruj po lesie, przytulaj się do drzew, oddychaj.
  • Weź ołówek i kartkę papieru i narysuj drzewo owocowe tak, jak je sobie wyobrażasz. Przyjrzyj się swojemu rysunkowi i sprawdź, czy twoje drzewo sprawia wrażenie silnego, czy ma mocne oparcie. Pień odzwierciedla postawę życiową, gałęzie to relacje ze światem a owoce – osiągnięcia życiowe.

Więcej w książce: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora

Polecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. AgoraPolecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora
  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”. Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości, granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Taniec serca - na czym polega biodanza?

Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Patrzysz komuś w oczy, dotykasz go tylko przedramionami, oboje poruszacie się w swoim rytmie… Kilka sekund i zmiana partnera. Po dwóch godzinach jesteś pełna euforii, miłości do świata i akceptacji. Możliwe? David Goodman, nauczyciel biodanzy, twierdzi, że jak najbardziej.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z pojęciem „biodanza”?
Byłem już wtedy naukowcem i psychoterapeutą, ćwiczyłem też różne formy tańca. Na biodanzę natknąłem się na jakimś festiwalu. Od razu zauważyłem, że jest silnie związana z intymnością pracy psychoterapeutycznej. Chociaż to było dziewięć lat temu, to nadal pamiętam kobietę, która jej uczyła. W jej ruchach widziałem smutek, który spowijał jej życie, ale też ogromną miłość do dzieci. Zrozumiałem, że biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. I to właśnie w niej fantastyczne – ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. Kiedy się go uczysz, dowiadujesz się, jak zmierzać uczuciami w tę samą stronę, co ciałem.

No właśnie, na czym dokładnie polega ten taniec?
Biodanza to taka unia tańca i tantry. Ruchu tanecznego, miłości i radości. Oferuje znacznie więcej możliwości niż zwykły taniec. Pozwala dawać miłość innym, ale też ją przyjmować. Nie tylko pojedynczym osobom, ale także grupie. W nieseksualnej formie – to bardzo ważne. Pozwala wyrażać siebie jako osobę delikatną, troskliwą, odważną. Możesz być kimś, kim wiesz, że chcesz być, właśnie dzięki tej akceptacji grupy, miłości, poczuciu wolności na zajęciach. Jeśliby się jej głębiej przyjrzeć, to nie jest nawet taniec. Główną różnicę stanowi tantryczny element, który pozwala łączyć się w ruchu z innymi ludźmi w grupie. Każdy poziom biodanzy jest jak szamańska podróż zaplanowana przez prowadzącego, by tworzyć spójne dwie godziny aktywności. Etap po etapie. Co trzy minuty kolejna sekcja. Na początku taneczne gry mają tylko rozgrzać. Stopniowo zwiększa się ich intensywność. Każda kolejna sekcja jest wyższym etapem w tej rozwojowej podróży. Prowadzący może zabrać wszystkich do miejsca, do którego bez niego by nie dotarli. W ciągu dwóch godzin w ludziach pojawiają się takie emocje, jakich nie odczuliby, chodząc przez lata na kurs tańca czy na dziesiątki imprez. Pamiętasz te grupowe, ekstatyczne tańce w filmie „Dirty Dancing”?

Oczywiście.
To się nigdy nie zdarza. Bo ludzie w grupie nie są tak naprawdę razem. Chyba że, jak w biodanzie, ktoś przeprowadzi ich przez kolejne etapy, by pozbyli się swoich blokad, nawiązali kontakt z innymi i wreszcie naprawdę się spotkali. I po to jest biodanza – dla chwil, które potem się długo pamięta. Które zabierają nas głęboko w „tu i teraz”.

Słyszałem, że potrafi też leczyć niską samoocenę, wstyd, nieśmiałość...
To prawda. Pierwsza część zajęć wprowadza atmosferę, w której wyzwanie jest minimalne. To istotne, bo dla osób z niskim poczuciem wartości samo wyjście na parkiet i zatańczenie z kimś twarzą w twarz jest już wyczynem. Pojawiają się myśli: „On mnie nie lubi, nie tańczę dobrze, jestem gruba”… Na kolejnych etapach ćwiczeń biodanzy te wyzwania stopniowo się zwiększają. W drugiej części zajęć wchodzimy już w coś, co nazywa się „regresją”. Chemia ciała, a konkretnie hormony, kompletnie się zmienia. Na tym etapie jesteś już w stanie głęboko połączyć się z podświadomym umysłem – to część, w której gromadzone są m.in. zakazy i nakazy z dzieciństwa. Pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami są pauzy. Cisza. I w tych momentach kogoś przytulasz albo ktoś przytula ciebie. Ta cisza jest silnie wyczuwalna. Wtedy dokonuje się w uczestnikach zmiana. Bo czują się całkowicie zaakceptowani. Głęboko i bezwarunkowo. Kolejna osoba z grupy cię przytula albo ty obejmujesz kogoś. I następna, następna.... Aż w końcu grupa tworzy jedną całość. To wszystko mówi twemu ciału: „Jesteś w porządku, lubimy cię”. Dzięki temu blokady puszczają. Zdajesz sobie sprawę, że możesz z kimś zatańczyć i że będziesz zaakceptowany. Takie informacje podświadomie trafiają do uczestnika. I leczą jego niską samoocenę.

Stosujesz biodanzę także w terapii?
Oczywiście. Człowiek, który rozwinął ćwiczenia biodanzy, był lekarzem, psychologiem klinicznym. Szkolenie prowadzących trwa aż trzy lata. Uczymy się na nim, jak reaguje ciało, i całej biologii procesu. Jej nazwa jest z tym związana – „bio” oznacza skupienie na tym, jak reaguje organizm, a „danza” to południowoamerykańskie określenie tańca, ruchu.

Jak silna może być terapia biodanzą? Na Maltę, gdzie mieści się nasz ośrodek, przyjeżdżają zwykle ludzie, by tam zamieszkać. Wpadają na moje zajęcia i widzę, że na początku bywają niespokojni, zdenerwowani, nie potrafią patrzeć sobie w oczy. Ale po roku, dwóch są pełni życia, radości. Sposób, w jaki się poruszają, mówią, gestykulują – jest pełen sensualności. Są świadomi swoich emocji. Ich życie totalnie się zmienia.  Znajomy powiedział mi: „Od kiedy skończyłem 12 lat, nie potrafiłem przytulić się do ojca. Ale od czasu, gdy chodzę na biodanzę, często go obejmuję i on też zaczął to robić. To niesamowite”. Ludzie opowiadają mi o tym, jak biodanza zmieniła ich relacje z matkami – nie złoszczą się już na nie. Z kolei rodzice twierdzą, że dzięki zajęciom mniej krzyczą na dzieci, rzadziej reagują nerwowo na problemy. Biznesmeni, którzy mieli kłopoty z delegowaniem obowiązków albo komunikowaniem się ze współpracownikami, na biodanzie uczą się utrzymywać kontakt wzrokowy. „Teraz jestem o wiele bardziej efektywny. Mogę spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy i czuję się z tym znacznie lepiej. Przez kilka dni po każdych zajęciach mam takiego kopa, jakbym dostał skrzydeł” – opowiadał mi jeden z uczestników.

Biodanza też świetnie relaksuje i pomaga w zasypianiu – wiele ludzi przychodzi do nas właśnie z powodu stresu i problemów ze snem. Te efekty biodanzy są silne i trwałe.
Mnie uczestnicy mówili, że najbardziej przyciąga ich poczucie obezwładniającej radości.
Tak, ludzie wychodzą z tych zajęć w euforii. To pierwszy profit, jaki odczuwają. Z czasem zauważają, że tym, co naprawdę dają im zajęcia, jest zdolność do okazywania swojej wrażliwości i praca ze swoimi emocjami.

Mam wrażenie, że biodanza może być potężnym narzędziem do tworzenia społeczności.
Jak najbardziej. Ludzie zbierają się w grupy, spotykają po zajęciach, wyjeżdżają razem na festiwale biodanzy, które są organizowane na całym świecie i bardzo popularne zwłaszcza na południu Europy, ale także w Anglii, Norwegii, Niemczech, we Francji, w Holandii. Są nawet specjalne ćwiczenia, które można stosować do team buildingu.

Dlaczego tak istotny jest kontakt wzrokowy?
Celem biodanzy nie jest tworzenie wyzwań, po których ludzie będą się mogli szybko dowartościować, ona ma stworzyć warunki, w których zmieniają się pragnienia uczestnika. A to umożliwia właśnie kontakt wzrokowy. Ilość ćwiczeń z jego elementem zależy od grupy. Na przykład tutaj, na Festiwalu w Nowym Kawkowie, ludzie przywykli do dobrych relacji z innymi, więc ten kontakt wzrokowy podczas ćwiczeń jest relatywnie częsty. Ale nie zawsze tak bywa, to prowadzący ocenia, co jest właściwe dla danej grupy i sytuacji. Biodanza ma sprawić, że niewerbalnie mówimy do siebie: „Widzę cię, a ty widzisz mnie”. Dzięki kontaktowi wzrokowemu między ludźmi odbywa się piękna konwersacja, bez użycia jednego słowa. Rozmawiają tylko oczy. Kontakt wzrokowy to doskonały sposób przekazywania innym miłości. Biodanza otwiera twoje serce. Pozwala zobaczyć piękno w innych osobach. W grupach zaawansowanych najistotniejsza nie jest już radość, euforia, ale właśnie piękno człowieka, którego widzisz naprzeciw ciebie.

Drugi z najistotniejszych elementów zajęć to dotyk.
Tak. To niezbędny element rozwoju człowieka. Na przykład niemowlętom jest potrzebny, by zbudować system nerwowy i odporność organizmu, zwłaszcza przez pierwszy rok życia. Ale także jako dorośli powinniśmy być dotykani. Dotyk redukuje stres i zmęczenie, pomaga też w podejmowaniu decyzji – ludzie regularnie dotykani łatwiej dokonują trudnych wyborów. W przeszłości, w czasach plemiennych, dotyk był powszechny. Był potwierdzeniem twojej przynależności do danej grupy. Teraz zredukowany jest do minimum, praktykujemy go tylko wobec najbliższych. Ale to za mało, potrzebny jest również w kontaktach społecznych. Ani kino, ani wyjście do restauracji, ani spotkania ze znajomymi tego nie zapewnią. Ale zrobi to biodanza.

Na ile pomaga fakt, że w zajęciach uczestniczą dość duże grupy?
Dynamika grupy silnie wpływa na uczestników. Radość i euforia nie pojawią się w małej, 2–3-osobowej grupie. Tutaj potrzeba spotkania w większym kręgu, co najmniej 12–15 osób.

Liczebność grupy zależy także od tego, jak doświadczeni są uczestnicy – na wyższych poziomach wystarczy nawet 5 osób – wtedy atmosfera robi się bardziej intymna. Prowadzący stymulują dynamikę grupy, m.in. poprzez różnorodną muzykę –  rock, opera, etno. Jest przestrzenią, w której uczestnicy mają się poruszać. Zresztą próba opisania biodanzy jest próbą opisania smaku czekolady. Musisz jej sam spróbować, by to zrozumieć.

Jak to wygląda?

Ćwiczenie pierwsze
  • Uczestnicy chodzą po sali, swobodnie, swoim krokiem i tempem. Kiedy kogoś mijają, spoglądają mu w oczy, uśmiechają się i idą dalej. Na hasło „Jeden” każdy tańczy w rytm muzyki, jak chce i czuje. Na hasło „Dwa” uczestnicy próbują kopiować taniec czy zachowanie kogoś w pobliżu. Na hasło „Trzy” wszyscy tworzą pociąg. Na hasło „Cztery” jedna osoba tańczy w środku, a reszta wokół niej.
Ćwiczenie drugie
  • Uczestnicy dobierają się w pary i w rytm muzyki wykonują równo następujące zadania: cały czas patrząc sobie w oczy, klaszczą prawymi rękami, a potem lewymi. Co kilkanaście sekund na hasło prowadzącego następuje zmiana partnera.
Ćwiczenia na wyższych poziomach
  • Przy spokojnej muzyce uczestnik delikatnie dotyka włosów drugiej osoby. Bardzo delikatnie. Co kilkanaście–kilkadziesiąt sekund następuje zmiana partnera.
  • Uczestnicy w parach delikatnie dotykają siebie nawzajem, ale tylko przedramionami.
David Goodman terapeuta, doktor fizyki kwantowej, trenuje techniki walk Wschodu oraz różne formy tańca.

  1. Psychologia

Jak chronić dziecko przed przemocą? Z pomocą mogą przyjść bajki terapeutyczne

Dzieci obarczone strachem przed przemocą przybierają postawy wycofujące i tym samym przyciągają agresora. (Fot. iStock)
Dzieci obarczone strachem przed przemocą przybierają postawy wycofujące i tym samym przyciągają agresora. (Fot. iStock)
Gdy dziecko doświadcza przemocy od dorosłych, jest to całkowicie inne doświadczenie niż gdy agresorem jest ktoś mu równy - kolega z klasy, znajomy z podwórka. Nie demonizujmy skutków jednorazowego bycia ofiarą przemocy, bo nasze rodzicielskie emocje mogą wyrządzić więcej szkody niż samo zajście.

W przedszkolach bardzo rzadko, ale już w szkołach aż 2% dzieci jest ofiarami przemocy. Dotyczy to uczniów w wieku 7-12 lat, zwłaszcza drobnych, niewysportowanych, o nietypowej karnacji, budowie ciała lub obarczonych wadami wymowy. Gdy dziecko w szkole doświadcza przemocy, odbiera mu to całą radość przebywania wśród rówieśników i uczy zamykania się przed ludźmi. Uchroń je przed tym, ale nie wyolbrzymiaj traumatycznej siły jednorazowej przemocy wśród dzieci.

Świat…

… jest przepełniony przemocą. Dzieci doświadczają jej bardzo często, ale jednostkowe doświadczenia— uderzenie przez kolegę, wyrwanie czegoś, wyzwiska — są jednym z elementów życia w społeczeństwie i trudno oczekiwać od świata, że właśnie nasze dziecko potraktuje ze szczególną troskliwością. Dla nas, rodziców, taki incydent bywa znacznie silniejszym przeżyciem niż dla dziecka. Dzieci grają w gry pełne wirtualnej przemocy, odzywają się do siebie jak postacie z filmów, czyli bardzo szorstko, bez szacunku— i to je uodparnia na odbiór przemocy. Jako wykształcone, świadome społeczeństwo, cierpimy obecnie na nadwrażliwość i przerysowujemy skutki, jakie wywiera na psychice dziecka przemoc.

My, dorośli, panicznie boimy się przemocy. Jeszcze zanim dziecko pójdzie do przedszkola czy szkoły, już im ten strach wdrukowujemy. „Pamiętaj, jeśli ktoś cię popchnie, natychmiast powiedz pani. Jeśli ktoś cię zaczepi, zabierze ci coś…”. Wiele dzieci z góry wie, że NA PEWNO staną się ofiarami przemocy, bo przecież z jakiego innego powodu rodzice tyle razy by ich o tym uprzedzali? Dzieci obarczone strachem przed przemocą przybierają postawy wycofujące i tym samym przyciągają agresora.

Lepiej zapobiegać niż leczyć

Każdy rodzic musi zmierzyć się z prawdą: nie da się dziecka całkowicie ochronić przed przemocą. Nie da się w stu procentach jej zapobiec, ale trzeba dołożyć wszelkich starań, żeby jej nie prowokować, a gdy już się stanie, możliwie zniwelować jej skutki.

Zapobiegaj:

  • Rozwijaj optymizm dziecka —wtedy, nawet jeśli przytrafi mu się przemoc, poradzi sobie bardzo szybko.
  • Pozwalaj na samodzielne kontakty z innymi dziećmi; nie wkraczaj od razu gdy tylko uważasz, że dziecko ma jakieś problemy. Pozwól mu rozwiązywać je o własnych siłach, żeby nie nabrało utrwalonego przekonania, że bez ciebie z niczym sobie nie poradzi.
  • Nigdy nie stosuj sam przemocy; nie bij, nie krzycz, nie ubliżaj, nie szarp. W ten sposób absolutnie nie uodparniasz dziecka na przemoc, a wręcz przeciwnie — przyzwyczajasz je, że skoro ty (osoba, która ma je kochać najbardziej na świecie) możesz je bić, to już każdy może. I będzie to po twoim dziecku widać.
  • Pilnuj, żeby twoje dziecko miało kolegów. Znacznie łatwiej je zaatakować, kiedy jest samotne i odtrącone. Wychowuj człowieka uśmiechniętego, pogodnego, miłego, koleżeńskiego, tolerancyjnego — takie dzieci są lubiane i bywa, że nawet w agresorach wzbudzają pozytywne emocje.
  • Nie staraj się za wszelką cenę wychować swojego dziecka na indywidualistę. Ty będziesz mieć satysfakcję, że wasze dziecko jest inne niż jego koledzy (że syn nie ma modnych klocków, gier, gadżetów lub córka nie ma ani jednej lalki ), ale inne dzieci obiorą to jako obcość, a obcego łatwiej zaatakować niż kogoś podobnego do siebie.
  • Dawaj przykład. Gdy jedziesz samochodem, nie klnij na innych kierowców, tylko zacznij wymyślać „dlaczego ten pan tak agresywnie się zachował”. Może mu się śpieszy, może czegoś zapomniał, może chce mu się siusiu. Takie zabawy rozładowują napięcie.
  • Gdy oglądacie razem film, czytacie książki, jesteście świadkami jakiejś sytuacji, zawsze prowokuj temat przemocy - tego, że czasem doświadcza jej każdy i nie znaczy to, że jesteś kimś gorszym lub słabszym.
  • Czytaj dziecku bajki terapeutyczne, w których bohaterowie samodzielnie poradzili sobie z przemocą w swoim otoczeniu.

Bajki terapeutyczne

To specyficzny rodzaj literatury - wymyślony przez pedagogów tekst literacki, który dyskretnie, ale z mocą oddziaływania sztuki, ma pokazywać dziecku, że rozwiązanie jego problemu nie zawsze jest niemożliwe. Specyfika rozwiązywaniu problemów polega na braku jakiejkolwiek ingerencji sił magicznych, przypadku czy szczęścia. W tych bajkach nigdy nie występują wróżki, czary, magiczne przedmioty. Bohater ma do dyspozycji tylko siły ukryte w realnym świecie, zwłaszcza w sobie samym. Podejmuje jakieś działanie i ono przynosi skutek.

Bohaterowie bajek terapeutycznych często są ofiarami przemocy, bo bajki wspaniale sprawdzają się przy tym właśnie dziecięcym problemie. Przykłady tej przemocy są identyczne z tymi, na które narażone są dzieci w naszych szkołach, więc proces identyfikacji z bohaterem jest bardzo łatwy. Fabuła pokazuje jak dręczony bohater mimo utrwalonego lęku, zastraszenia i braku pomysłów, co robić, rozwiązuje problem.

Bajkę można zamówić przez Internet i zostanie ona napisana specjalnie na potrzeby twojego dziecka; realia życia bohatera będą zbieżne z tymi, w których żyje twoje dziecko (podobne miejsce zamieszkania, struktura rodziny, nawet imiona). Możesz też sam wymyślić i opowiedzieć dziecku bajkę terapeutyczną. Należy tylko pamiętać, że o ile maluchy do siódmego roku życia wysłuchają każdej opowieści, bez dociekania celu opowiadania, to już dzieci starsze mogą od razu zdemaskować twoje intencje i zapytać: „Po co mi to opowiadasz?”. Dlatego dla starszych dzieci bajka terapeutyczna powinna przyjąć formę mocno nasyconą realizmem. „Coś sobie przypomniałem”- mówi tata w formie zwykłej domowej rozmowy. „Kiedyś, chyba w trzeciej klasie, miałem w szkole koleżankę, której nikt nie lubił, dzieci okropnie ją traktowały, i wiesz, jak ona sobie poradziła?”.

Bajki terapeutyczne mają jeszcze i taki walor, że w bardzo łagodny sposób, bez straszenia dziecka, pokazują, że absolutnie każdy problem można rozwiązać. Można je też bez strachu stosować zanim problem się pojawi.

Ewa Nowak, pedagożka, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży.

  1. Psychologia

Praca z procesem - metoda terapeutyczna, dzięki której zajrzysz za kulisy samego siebie

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem jest przekraczaniem progu, masz więc prawo odczuwać lęk i czuć się zagubiony. Trzeba będzie podjąć wysiłek zaprzyjaźnienia się z tym, czego w sobie nie akceptujesz. Uchylić drzwi, zanim zostaną wyważone...

Człowiek żyje z pewnym wyobrażeniem o tym, kim jest, jakie są jego słabe i mocne strony, jak zachowuje się w określonych sytuacjach. Właśnie – wyobrażeniem... Za nim skrywają się zlekceważone pragnienia, nieuświadomione potrzeby, wewnętrzne konflikty. Jeśli nie dopuścimy do głosu odrzuconych, wypartych części swojej osobowości, możemy w nieskończoność zastanawiać się, czego nam brakuje, co sprawia, że czujemy się poirytowani, smutni, niespełnieni...  Metoda terapeutyczna nazywana pracą z procesem (w skrócie POP) polega właśnie na zaglądaniu za kulisy.

Podpowie ci sen

Twórcą metody jest Amerykanin Arnold Mindell – fizyk, który pod koniec lat 60. przyjechał do Europy, do Zurychu, by na tamtejszej uczelni zrobić doktorat. Miasto liczyło wówczas 800 tysięcy mieszkańców, z czego 20 tysięcy było psychologami i psychoterapeutami. Ten klimat zaczął mocno oddziaływać na Mindella: niezwykłe poruszenie, dzikie sny... Kiedy wreszcie trafił na Marie-Louise von Franz, uczennicę Carla Gustava Junga, uznał, że jego drogą jest psychoterapia. Zrobił doktorat, i owszem, tyle że z psychologii. Podążając śladami Junga, zgłębiał zagadnienia nieświadomości zbiorowej i synchroniczności, mity i archetypy, łącząc to wszystko z wiedzą z zakresu fizyki kwantowej. Przez wiele lat badał też zjawiska snu, rolę symptomów fizycznych i ich wzajemne powiązania. Z przekonaniem, że nie tylko sny, ale i dolegliwości mają nam wiele do powiedzenia... Pracując z chorymi czasami wręcz prosił ich, żeby lepiej poczuli ból, tym samym własne ciało.

Podczas jednej z takich sesji mężczyzna chory na raka żołądka przyznał, że czuje, jakby coś w jego brzuchu chciało wybuchnąć. Dodał, że zawsze miał trudności z wyrażaniem siebie, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na wybuch... W tym  momencie przypomniał sobie sen o tym, że jest nieuleczalnie chory i że lekarstwem na jego chorobę ma być właśnie coś na kształt bomby. Dla Mindella stało się jasne: ten człowiek stłumił swoje emocje, a jego ciało i sen wyrażały potrzebę eksplozji. Ze względu na wyraźne zależności między snami a symptomami cielesnymi, Mindell nazwał swoją metodę „pracą ze śniącym ciałem”. Właściwie nie była to jeszcze odrębna metoda – wciąż odnosił swoje badania do psychologii analitycznej. Z czasem jednak zauważył, że działanie w obrębie szkoły jungowskiej staje się ograniczeniem. Chciał eksplorować nowe obszary, szukać własnych rozwiązań. Tak powstała praca z procesem.

„Ja” spotyka „nie ja”

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. – Człowiek ma tendencję do utożsamiania się tylko z częścią doświadczeń, myśli, aspektów, inne wyrzuca poza margines. Tak tworzy się sfera „ja” i „nie ja” – tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. – Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema sferami, tym większa nierównowaga. Odrzucone, zaniedbane aspekty, pozostające poza sferą „ja”, zaczynają się do niej dobijać, czasem bardzo gwałtownie. Chcą zostać zauważone, uwzględnione – po to, by człowiek objął całość swoich doświadczeń.

Wydarzenia, które oceniamy jako negatywne – choroby, wypadki, zdrady – zwykle zmuszają nas do zmiany i pomagają w ustaleniu nowej równowagi. Podobną rolę spełniają sny, zwłaszcza te naładowane silną energią. Te, z których budzimy się przerażeni, spoceni, poruszeni. Często pojawia się w nich jakaś postać albo zwierzę, jesteśmy gonieni, atakowani. To jakiś zmarginalizowany aspekt psychiki upomina się o przyznanie mu należnego miejsca... W języku Mindella mówi się, że mamy na pewne zachowania próg. Załóżmy, że oznajmiamy (z dumą): „Nie jestem zachłanny”. Niby wszystko w porządku, ale być może oznacza to tak naprawdę, że odmawiamy sobie jakichś dóbr, przyjemności, jesteśmy zamknięci na przyjmowanie? Nie chodzi przecież o to, żeby zacząć się rozpychać łokciami, czasem wystarczy lekkie przesunięcie na skali, większa otwartość. Postawienie sobie pytania: „co jest takiego w krytykowanej przeze mnie postawie, co mógłbym wykorzystać w swoim życiu, włączyć do swojego repertuaru zachowań?”.

Tomasz Teodorczyk lubi porównywać człowieka do wielopokojowego domu: do niektórych pomieszczeń nie wchodzimy, może nawet nie wiemy o ich istnieniu. Rozwój polega na tym, że zaglądamy do kolejnych pokoi, oswajamy je, uczymy się korzystać z nich w odpowiedni dla siebie sposób. Praca z procesem ma doprowadzić do objęcia całego domu. Bo każdy przekroczony próg to dodatkowa przestrzeń, nowe możliwości. – Większość progów jest wynikiem wychowania – mówi Teodorczyk. – Jeśli chłopcu koduje się od najmłodszych lat, że mężczyzna musi być silny, twardy, zaradny, to jego miękkie aspekty – wrażliwość, czułość – nie będą wspierane, akceptowane i możemy się spodziewać napięcia z powodu konfliktu pomiędzy dwiema rozszczepionymi częściami.

 

Próba siły

W „nie ja” zawarty jest ogromny potencjał. To energia, z której nie korzystamy, która często sprawia nam problemy, a która – włączona w obszar „ja” – może okazać się niezwykle pożyteczna, stać się naszą siłą.

Zdaniem Agnieszki Wróblewskiej, trenerki pracy z procesem, każdy z nas może uzyskać dostęp do tej siły, do osobistej mocy. – Szkopuł w tym, że ona często budzi w nas lęk, kojarzy się ze zranieniem, krzywdą – mówi Agnieszka Wróblewska. – Boimy się ludzi, którzy posługując się siłą, tracą nad nią kontrolę. A jeśli zdarzy się, że sami posłużymy się własną, mamy wyrzuty sumienia...

Jakie to mogą być sytuacje? Załóżmy, że ktoś na nas krzyknie – czujemy lęk, drżenie, opór, oskarżamy drugą osobę, że nadużywa siły. A za jakiś czas być może popełniamy podobne „nadużycie” wobec innej osoby, odgrywając się za niedawną krzywdę. Takie zdarzenia, a także nasze negatywne doświadczenia z przeszłości, sprawiają, że zaczynamy unikać siły, boimy się jej zarówno w innych, jak i w nas samych.

– Tymczasem jest też inny jej rodzaj – mówi Agnieszka Wróblewska. – Moc osobista, która nie ma nic wspólnego z tego typu przepychankami. Prawdziwa siła dodaje nam skrzydeł. Coś nas niesie, wszystko się układa. W tym sensie nie jest ona tak do końca osobista... Można to porównać z żeglarzem, który swoje pomysły na to, dokąd płynąć dopasowuje do kierunku wiatru. Może wtedy rozwinąć dużą prędkość, bez żadnego wysiłku, bez korzystania z silnika – tłumaczy trenerka. I przywołuje podstawową zasadę taoizmu wu wei (po chińsku „niedziałanie”), która mówi, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, a zdarzeniom przydarzać się – podążając za ich znaczeniem. W praktyce oznacza to, że dopóki płyniemy z nurtem naszej rzeki, sprawy przyjmują pomyślny obrót, czujemy własną moc. Kiedy wypadamy z tego nurtu, zaczynają się kłopoty.

Co właściwie sprawia, że komplikujemy sobie życie, zaczynamy żłobić dodatkowe koryto? – Często bierze się to z błędnych przekonań, z presji społecznej – mówi Agnieszka Wróblewska. – Na przykład dziewczyna jest urodzoną wojowniczką, indywidualistką, ale w dzieciństwie wciąż widziała w reklamach obrazki rodzinnej sielanki, w której kobieta odgrywa rolę rozpromienionej pani domu. I zaczęła wierzyć, że tylko w takiej wersji może jako kobieta osiągnąć spełnienie. Ważne, żeby to odkryć, zdemaskować zewnętrzne źródło takich pragnień, wyjść ze stereotypu narzuconego przez innych: rodzinę, grupę towarzyską czy zawodową, społeczeństwo.

Stań się nim

Żeby spotkać się ze swoją siłą i przyjąć ją, Agnieszka Wróblewska proponuje ćwiczenie w parach. Wieloetapowe. Szukamy takiej sfery naszego życia, w której szczególnie czujemy się pozbawieni mocy, kontroli, sprawczości, i opowiadamy o niej partnerowi. Potem mamy przywołać postać tej samej płci (historyczną, baśniową itp.), obdarzoną mocą i władzą. Taką, która nas fascynuje. Opisujemy jej cechy, zachowanie, koncentrując się na sprawowanej przez nią władzy. Próbujemy wyrazić tę władczość – gestem, ruchem, dźwiękiem, wreszcie całym ciałem... To samo robimy z postacią odmiennej płci: sprawdzamy, jakie są podobieństwa i różnice pomiędzy bohaterami. I wreszcie kluczowy moment: mamy stać się drugą z badanych postaci (tą przeciwnej płci), zachowywać się, mówić, poruszać, jak ona... Czy pojawia się opór? Co powstrzymuje nas przed przyjęciem fascynującej nas energii, siły i władzy? Jak moglibyśmy ją wykorzystać? Teraz już możemy wrócić do punktu wyjścia i zadecydować, jak wprowadzić energię, z którą nawiązaliśmy kontakt, do własnego życia.

Rezultaty są zaskakujące: ktoś stał się Silvio Berlusconim po to, żeby przekonać się, jakie poczucie siły daje... poczucie humoru. Niekoniecznie wyrafinowane, grunt, że gotowe do zastosowania nawet w najtrudniejszej sytuacji. Ktoś inny miał okazję przekonać się, jak to jest być Królową Śniegu – odkrył, że taka chłodna, niewzruszona siła to znakomita przeciwwaga dla jego nadwrażliwości.

Agnieszka Wróblewska tłumaczy, dlaczego w ćwiczeniu kładzie się większy nacisk na osobę przeciwnej płci. Bo prawdopodobnie w takiej konfrontacji trafimy na większy próg – osobników innej płci trudniej jest naśladować. Także trudniej pewnie będzie nam zaakceptować, że moglibyśmy być tacy, jak oni. Tym samym mają nam więcej do zaoferowania, dają szansę na wyrażenie się w zupełnie nowy sposób.

Nie walcz, zaakceptuj

  1. Kiedy czegoś nie lubimy, zwykle chcielibyśmy to natychmiast i bezpowrotnie wyeliminować z naszego życia. Tymczasem praca z procesem mówi: zamiast z tym walczyć, spróbuj odkryć znaczenie tego zdarzenia dla swojego rozwoju, po czym zaakceptuj i zintegruj ten aspekt siebie, który domaga się twojej uwagi. Przyjrzyj się osobie, której nie znosisz – sugeruje Arnold Mindell. Po czym zadaj sobie pytanie: co mnie w niej najbardziej denerwuje? Spójrz na świat z jej perspektywy: w jakich sytuacjach ta drażniąca jakość mogłaby być przydatna w moim codziennym życiu?
  2. Możesz też zbadać swój stosunek do ziemi: sprawdź, z jakimi uczuciami patrzysz na rzeczy piękne, a jakie emocje budzą w tobie pozostałe widoki. Czy potrafisz je zaakceptować, dostrzec w nich ukryte piękno, potencjał?
  3. Ćwiczenie z książki Mindella: wyjdź na dwór i rozejrzyj się, bez pośpiechu, za dwoma przedmiotami wielkości dłoni – jednym, który ci się podoba, i drugim, do którego czujesz niechęć. Następnie rozpocznij medytację, trzymając w ręku najpierw jeden, potem drugi przedmiot. Zapisz spostrzeżenia. Obiekt, który ci się podoba, zwykle przypomina w jakiś sposób kochaną czy podziwianą osobę. Według Mindella jest on wyobrażeniem całkowitej i pełnej osobowości, do której zmierzasz w swoim procesie. Nielubiany przedmiot symbolizuje odrzucaną część ciebie – to, czego nie znosisz, a co potrzebujesz lepiej poznać.