1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości

Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości

Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Ludziom pokornym żyje się łatwiej. 

Wielu ludzi się dziwi, gdy im się mówi, że pokora to coś bardzo pozytywnego. Dla części z nich wiąże się ona bowiem przede wszystkim z religią i uniżeniem, a może nawet poniżeniem. Tak jak odrzucamy słowo „litość” i nie chcemy, by ktoś się nad nami litował, tak samo nie chcemy być pokorni, bo wydaje nam się, że ktoś pokorny daje sobie postawić but na karku i zaprzecza swojej wartości. Guzik prawda. Będąc młodą zbuntowaną dziewczyną, też miałam taką wizję pokory. Za żadne skarby nie chciałam być pokorna wobec matki. Byłam przekorna, zbyt ostra, nieustannie walczyłam. Zbliżyłam się do niej dopiero długo po wyprowadzce z domu. Wreszcie dotarło do mnie, że nie muszę walczyć ze światem. Wróciłam też do duchowości (nie mylić z religią). A jak jest duchowość, to jest i pokora.

Do prawdziwej pokory trzeba dojrzeć. Z czasem doszłam do tego, że to jest po prostu zgoda na to, co się dzieje. Przeciwieństwo roszczeniowości, obrażania się na świat, pychy. Człowiek pokorny wcale nie uważa, że jest mniej ważny niż inni, wie, że jest tak samo ważny. Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat.

Jakoś nie dziwi nas, gdy nie poszczęści się komuś innemu. A jak to dotyka nas, pytamy, dlaczego ja. Zdarza się, że dzieci umierają na nowotwór, a my pytamy, dlaczego nasz rodzic zachorował na tę chorobę. Otóż z tego samego powodu.

Może to właśnie religia przyczyniła się do tej niechęci do pokory swoimi nakazami typu: „Zły grzeszniku, kajaj się, posyp sobie głowę popiołem”. Bo religijnie pokora wiąże się przecież z uznaniem grzechów, a więc w pewnym sensie z myśleniem, że jestem jakaś gorsza i należy mi się kara. Z drugiej jednak strony – stoi za nią przekonanie, że źródłem wszystkiego jest Bóg i że wszyscy jesteśmy przed nim równi. Widzę w tym pewne niebezpieczeństwo – ślepa ufność pokładana w Bogu łatwo może się zmienić w myśl, że ja nic nie mogę, będzie tylko tak, jak Bóg zechce. Tymczasem do własnych poczynań lepiej Boga nie mieszać, bo to my za nie odpowiadamy.

W Polsce wszyscy czują się spadkobiercami tradycji szlacheckiej, a przecież przytłaczająca większość społeczeństwa to byli chłopi. Cóż, nie bardzo sobie radzimy z poczuciem własnej ważności i wartości. Dlatego potrzebujemy podpórki w postaci – często wymyślonego – szlacheckiego pochodzenia. I dlatego też myślimy, że jak przychodzi nam się na coś godzić, to znaczy, że ktoś nas wziął pod but. Podejrzewamy, że kryje się za tym rodzaj poniżenia, wykorzystywania.

Pokora przynosi ulgę, o czym najczęściej nie wiemy. Jej sedno oddaje modlitwa o pogodę ducha, do której często się odwołuję

„Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

Jeśli przyswoimy tę treść, przestajemy się szamotać. Bo mamy świadomość swoich ogromnych możliwości, ale też ograniczeń. Nawet jeśli mam wielkie zasoby, nie mogę wszystkiego. Jeśli jestem pokorna naprawdę, potrafię sobie wybaczać. Nieustanne żale i pretensje do siebie i innych oznaczają, że nasza pokora jest tylko deklarowana. Swojej pokory nauczyłam się powoli, pomogły mi spotkania z różniącymi się ode mnie  ludźmi, którzy byli zadowoleni z siebie, robiąc rzeczy może nie najważniejsze dla wszystkich, ale takie, które chcieli i lubili. To był przykład samoakceptacji. Często przykro patrzeć, jak ktoś nieustannie stara się być kimś innym, lepszym od siebie samego.

Na czym polega pokora wobec życia? Podam jeszcze przykład dotyczący związków, a konkretnie mojego partnera Edka, z którym jestem najdłużej, bo ponad 30 lat, choć z przerwami. Jestem na tyle dorosła, żeby wiedzieć, że jeden mężczyzna to każdy mężczyzna, a jedna kobieta to każda kobieta. Mówiąc jaśniej, wiem, że nie mogę sobie powybierać fajnych cech i potem znaleźć mężczyzny, który je wszystkie będzie miał. Dostaję partnera, jaki jest. Niektóre rzeczy w nim uwielbiam, innych nie znoszę, jeszcze inne toleruję. Tych pierwszych jest na tyle dużo, że pozostałe mają mniejsze znaczenie. Biorę pełen zestaw, to jest też pokora. My się z Edziem coraz bardziej lubimy, coraz bardziej się siebie uczymy znosić. Dajemy sobie prawo do tego, że czasem każde z nas jest nie do wytrzymania. Moją pokorą jest zgoda na niego, a jego pokorą jest zgoda na mnie. Wiem, że on mnie nie idealizuje, ale też nie odrzuca, gdy bywam niefajna albo gdy się zdarzy, że nie spełnię jego oczekiwań i marzeń. Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości, nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. Oszukiwanie się, że możemy być doskonali, jest niebezpieczne, prowadzi nas choćby do perfekcjonizmu, który unieszczęśliwi nas i naszych bliskich. Stąd tylko krok do stawiania siebie ponad innych. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Nie musi się porównywać, wie, że jeden jest lepszy w tym, drugi w czymś innym. Pokora jest oparciem, miejscem regeneracji.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Psychologia

Celebruj relacje

Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy - hormonu szczęści.

Relacje to skomplikowane sprawy, które nierzadko są źródłem różnego rodzaju zaburzeń lękowych. Z kolei życie w lęku utrudnia nam kontakty z ludźmi. Obawy, czy jesteś dostatecznie dobrym partnerem albo przyjacielem, strach przed porzuceniem i lęk wywołany nieustannym analizowaniem każdej sytuacji uniemożliwiają ci spokój i radość z przyjemnych chwil spędzanych z bliskimi.

Przyjaźnie. Związki. Rodzic. Dziecko. Kolega z pracy. Każdy z nas nawiązuje bardzo wiele różnych relacji. Możesz określić, w jakim kierunku pójdą i czy będą się wiązać z lękiem. Jest na to dość przyjemny sposób: wyszukiwanie drobnych rzeczy, które chcesz celebrować każdego dnia.

Chodzi o punkt widzenia. Ludzie mają tendencję do skupiania się na negatywach, co w naturalny sposób wzbudza lęk. Szukając negatywnych cech w ludziach i w naszych relacjach z nimi – często w sposób nieuświadomiony – widzimy głównie problemy. Komplikacje zdarzają się w każdym związku, ale jeśli koncentrujemy się głównie na nich, czujemy coraz większy strach i zdenerwowanie.

Gdy przeniesiemy uwagę na pozytywne aspekty relacji, mamy szansę na zupełnie inne doświadczenia. Aby jednak ta metoda była skuteczna, trzeba nie tylko dostrzegać pozytywy, ale wręcz je celebrować. To proste. Myśl o pozytywnych stronach twojego związku, a następnie rób drobne rzeczy, które to uczczą.

Na przykład:

  • Kup sobie lub komuś, kogo znasz kawę i wypijcie ją razem, delektując się jej smakiem.
  • Stwórz własną playlistę, którą udostępnisz znajomemu lub członkowi rodziny. Baw się, dodając nowe piosenki i dzieląc się reakcjami.
  • Znajdź znajomego, który będzie chodził z tobą na spacery. Ciesz się dawką ruchu i miłym towarzystwem.
  • Dodaj własne pomysły – pomyśl o prostych, ale atrakcyjnych sposobach na uczczenie pozytywnych aspektów twoich relacji.
  • Czy celebrowanie naprawdę pomaga zapanować nad lękiem? Odpowiedź brzmi: tak. Celebrowanie stymuluje mózg. Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy. To mechanizm nagrody w postaci dobrego samopoczucia. Twój mózg łączy relację z przyjemnością, jaką sobie z tej okazji fundujesz (przy czym nie muszą to być huczne obchody) i wydziela dopaminę, która odpowiada za uczucie zadowolenia i redukuje lęk. Zmiana nastawienia, celowe dostrzeganie i celebrowanie pozytywów pobudza wydzielanie hormonu szczęścia i zmniejsza niepokój.

Serdeczność wraca

Nieważne, czy chodzi o przyjaźń, miłość czy relacje zawodowe. Gdy dwoje ludzi dostrzega dobro w sobie i w partnerze, ich relacja jest silna i satysfakcjonująca. Oczywiście nie jest całkowicie wolna od problemów, ale potrafimy się wspierać i koncentrować na pozytywach, nawet podczas konfliktu. Kluczem jest nasze poczucie własnej wartości oraz przekonanie o wartości drugiej osoby.

Mówiliśmy już, że możesz wzmocnić poczucie własnej wartości dzięki „serdecznym afirmacjom”. Z kolei ciepłe myślenie o partnerze, przyjacielu czy innych ludziach w twoim życiu ma kilka skutków. Po pierwsze, zaczynasz inaczej postrzegać daną osobę, akceptując ją w całości, bez skupiania się na wadach. To uczy cierpliwości i zrozumienia dla innych. Eliminuje też lęk, ponieważ nie koncentrujesz się na problemach – ani własnych, ani cudzych. Osłabienie lęku wynika również z zaakceptowania wartości twojego przyjaciela lub partnera. Jeśli dostrzegasz wartość w sobie i innych pomimo ich słabości, łatwiej jest ci nawiązywać relacje. W miarę jak utrwalasz pozytywną perspektywę, twój lęk w naturalny sposób zanika.

Możesz wykorzystać serdeczne afirmacje także wobec innych, podobnie jak wykorzystujesz je w stosunku do siebie. Pozytywne stwierdzenia mogą dotyczyć ciebie, osób w twoim życiu i reszty świata. Możesz je zapisać i schować w łatwo dostępnym miejscu. Niektórzy trzymają listę w samochodzie i zerkają na nią, stojąc na światłach, inni przechowują ją w miejscu, w którym spędzają najwięcej czasu w ciągu dnia. Listę możesz stworzyć również w telefonie. Najważniejsze, abyś mógł z niej korzystać codziennie.

W tworzeniu listy pomogą ci poniższe przykładowe afirmacje. Możesz je przeformułować tak, żeby pasowały zarówno do innych osób, jak i do ciebie.

  • Oby mój partner/przyjaciel czuł się komfortowo, odpoczywając ze mną.
  • Oby dostrzegał, jak jest dla mnie ważny.
  • Oby pozbył się wszystkich zmartwień.
  • Oby pozbył się lęku przed oceną. O
  • Obyś potrafił spojrzeć na siebie i innych z ciepłem i sympatią, czując spokój zamiast lęku.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Mówię „tak”, myślę „nie” – dlaczego robimy dobrą minę do złej gry?

Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Dlaczego wiele kobiet, mówiąc np. „Wszystko w porządku”, „Jasne, możesz iść do pubu”, nie zawsze właśnie to ma na myśli? Dlaczego nie mówi prawdy?
  • Nie mówi wprost, gdyż w młodości nikt ich nie uczył, że może bezpiecznie pokazywać swoje emocje – te negatywne również.
  • Dziewczynki są wychowywane na to, żeby były grzeczne i żeby wczuwały się w emocje innych.
  • Kobieta nie chce wprowadzić negatywnych emocji, więc ukrywa je.
  • Z drugiej strony bardzo się męczy, więc „po fakcie” robi awanturę lub wybucha, czasem żałując tego i winiąc się.
  • Kobieta może odczuwać niepokój związany z tym, że mężczyzna wychodzi, podoba mu się ktoś inny itp. To są normalne emocje, ale nie dla kobiety, która czuje się bezsilna.
  • Poczucie bezsilności wynika z tego, że nikt nie liczył się z nią jak była mała, nie było ważne, czy chce czy nie chce, żeby mama wyszła czy została. Nie miała wpływu na to, czego chciała lub czego nie chciała.
  • Bezsilność też ma dużo wspólnego z poczuciem wartości. Kobieta cały czas może bać się o swojego mężczyznę, o to, że coś go porwie i już do niej nie wróci. Chce, żeby on się domyślił, czego ona naprawdę chcą. Już sama taka propozycja, że on chce iść gdzieś sam czy np. do klubu, obraża ją. Bo przecież ona zawsze z nim! Co ona mówi naprawdę? „Nie idź! Nie chciej iść, zostań ze mną lub weź mnie ze sobą”. Kobieta mówi też „A ja?”, „A ja co mam ze sobą zrobić?”, „Jak ty wybierasz inne rzeczy, to ja nie mam wartości”.
  • Globalnie kobiet nie zachęca się do rozwoju i samodzielności, więc w takich sytuacjach czują się niechciane.Dlatego tak ważne są dla kobiet warsztaty i szkolenia, które mają je wyciągnąć ze stereotypów.
  • Kobiety myślą, że są po coś, dla niego, muszą mieć wartość serwisową, więc jak facet ma swoje plany, to czują się niepotrzebne.
  • Kobieta pracująca nad sobą ucieszy się, że facet wychodzi i ma czas dla siebie... ma przecież tyle do zrobienia.
  • Jeżeli facet za często mówi o innej kobiecie i jest nią zachwycony, to zdrowa kobieta powie: „Słuchaj, mówisz o tej Ewce, że ona taka fajna, a mnie się przykro robi. To ja jestem twoją kobitką, pamiętasz? - oczywiście szczerym i miłym tonem.

Długo miałam kłopot z takim przekazem i przykładem, jaki płynął od mojej mamy pt. trzeba robić dobrą minę do złej gry. Znaczy – kobieto, nie pokazuj prawdy o sobie, bo znajdziesz się na straconej pozycji. Wobec kogo? Ano oczywiście, przede wszystkim wobec faceta, ale też właściwie wobec wszystkich. Bo wyjdziesz na tę głupią co to się przejmuje, odsłania się, słowem – nie radzi sobie.

Długie lata pokutowało i ciągle w wielu kręgach pokutuje przekonanie, że radzić sobie to albo nie czuć przykrych uczuć, albo ich nie pokazywać. Jestem przekonana, że ludzie w to głęboko wierzyli i niektórzy wciąż wierzą, że tak jest dla nich lepiej. Myślę, że moja mama też. Już jej darowałam i ogromnie się cieszę, że sama mogę żyć inaczej. Że żyję w czasach, w których o człowieku dowiadujemy się coraz więcej. Że sama też się mogę ludźmi i sobą w taki nowy, autentyczniejszy sposób zajmować.

Dwie nowożytne wojny światowe, a szczególnie ta druga, przeorały świat. W owym słynnym czasie „przed wojną” świat szczycił się uporządkowaniem, postępem, rozwojem. Ludzie mieli dość wyraźnie przypisane sobie miejsca w hierarchii społecznej i dość jasne role do odegrania. Jeśli sprawdzali się w rolach i akceptowali swoje miejsce, mieli poczucie sensu życia. Mogli się oczywiście przemieszczać między poziomami społecznymi, to nawet mogło być „coś”. Przemieszczanie do góry związane było z uznaniem, do dołu z politowaniem. Ale było dość rzadkie, wyraziste, wybijające się z tła.

Tło obowiązywało. I było jasne, gdzie góra, gdzie dół. Po wojnie już nic nigdy nie było takie samo.

Może się wam wydaje, że uderzyłam w zbyt wysoki ton, no bo gdzie damski fałsz do wojny. Zawsze „się wiedziało”, że kobitki umieją prowadzić grę. Tak, i ta gra była częścią tego porządku przedwojennego. Te flirty, minki, uwodzenia to był program do odegrania przed ślubem lub romansem. Panowie byli od zdobywania, panie od ulegania, po uprzednim wykonaniu odpowiednich kroków.

Wojna pokazała ludzkie masowe okrucieństwo, zło i obojętność na taką skalę i tak w środku naszego uporządkowanego świata, że ten porządek stałości społecznej runął.

Okazało się, że na nic nie ma gwarancji. Nastąpił chaos. Ale ludzie zaczęli powoli odbudowywać poczucie bezpieczeństwa, przenosząc je coraz bardziej do środka. Do swego wnętrza. Człowiek zaczął także sensu życia szukać bardziej w sobie niż na zewnątrz. Przywróciliśmy wartość jednostce. Skoro państwa, przywódcy, idee nas nie ratują – musimy ratować się sami. Wydaje mi się, że to pomogło kobietom wzmóc falę równouprawnienia. Kobieta jest jednostką ludzką, człowiekiem, osobowością, obywatelką, twórczynią. Jednak tam gdzie fala się wznosi – inna opada. Kiedy coś tak bardzo się zmienia, następuje też opór starego. Kobiety patriarchalne chcą zachować stary porządek. Miały w nim może poślednią rolę, ale miały zapewnienie bytu przez mężczyzn. Nie musiały być za siebie odpowiedzialne. Poza tym ktoś inny wtedy jest winien jeśli coś z życiem, ze światem się psuje. Nie one.

Żyjemy w naszych czasach, wpływa na nas cała sytuacja ogólnoświatowa, krajowa, regionalna, a rodzinna i osobista jest tego wszystkiego wypadkową. Część kobiet walczy o prawa do odpowiedzialności za siebie, widzą w tym ogromną wartość dla swego prawdziwego ludzkiego wzrostu, a nie dla odgrywania ról, część się od tego uchyla, bo niesie to ze sobą ryzyko osobiste i lęk.

Pojawiła się też po wojnie psychoterapia. Niegdyś nie przyszłoby ludziom do głowy chodzić do obcych świeckich po wysłuchanie, pomoc, poradę. Chodziło się ewentualnie do księdza. Teraz rośnie wiedza o ważności dzieciństwa, wychowania, traum życiowych, molestowania seksualnego, ale także o siłach człowieka, jego wspaniałym wyposażeniu i narzędziach, dzięki którym może sobie radzić z bólem i cierpieniem. I teraz już wiemy, że pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. Uczymy się, choć powoli (ale to dobrze, że powoli) tego jak być sobą, tego co to znaczy, tego aby dbać o swoje prawa, szanując też prawa innego. Kobiety są w niezwykłej, wspaniałej i jednocześnie bardzo trudnej sytuacji, budzą się do nowego stylu życia i bycia z radością i naturalnie, ale i z obawą i świadomością, że patriarchat nie chce ustąpić. Wewnątrz jednostek też odbywa się podobny proces. Znamy najlepiej to, co już było. Stare i zasiedziałe, co broni się przed zmianą, podczas gdy zmiana już otworzyła nowe drzwi. W sprzyjających warunkach łatwiej być sobą, w trudnych wracamy do starych sposobów. Pojawia się fałsz, uniki; wewnętrzna obrona, żeby za bardzo nie kosztowało lub nie bolało.

Jeśli chcemy prawdy, sami ją stosujmy, pamiętając o asertywności: dbam o swoje prawa, nie przestając pamiętać i o twoich. Jeśli obie strony to egzekwują – budujemy porozumienie oparte o solidne podstawy. Solidne, bo prawdziwe.