1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Metoda psychodynamiczna - gdy nie potrafisz wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych

Metoda psychodynamiczna - gdy nie potrafisz wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych

Terapia psychodynamiczna jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. (Fot. iStock)
Terapia psychodynamiczna jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. (Fot. iStock)
Jestem stara, jestem brzydka. Nie stworzyłam związku, nie mam dzieci. Lata mijają... Czułam się ciężka i bezwolna jak ciasto na kluski – opowiada 40-letnia Maria. Siedem lat terapii metodą psychodynamiczną pozwoliło jej poznać siebie i wreszcie dorosnąć. 

Pewnego dnia stanęłam przed lustrem, spojrzałam na siebie i powiedziałam: „Nie jestem już młodą dziewczyną, ciało też już nie nastolatki. Nie stworzyłam trwałego związku z mężczyzną, nie mam dzieci. A na karku 32 lata”. I nagle poczułam się jak ciasto na kluski – ciężka, bezwolna, bez sił, żeby się ruszyć. Od tego momentu nad moją głową zaczęły gromadzić się czarne chmury.

Coraz częściej wpadałam w stany przygnębienia, smutku, apatii, beznadziei i braku sensu życia. Ale też frustracji i złości na siebie. Myślałam: „Kurczę, czas ucieka, a ja mam ciągłe poczucie niespełnienia, braku satysfakcji z czegokolwiek. Chcę, by moje życie wyglądało inaczej! Co jest ze mną nie tak? Dlaczego jestem sama?”.

Mijały lata, a ja nie żyłam, tylko trwałam, międląc wciąż jakieś smutne sprawy. Potem ból psychiczny przerodził się w fizyczny: pojawiły się migreny, bezsenność, kołatanie serca… Byłam sobą zmęczona. Podobnie jak moja przyjaciółka, która wreszcie mną potrząsnęła, mówiąc: „Słuchaj, Marysiu, już nie mam siły rozmawiać z tobą o tym, że nie masz faceta, bo zachowujesz się tak, jakbyś wcale nie chciała go mieć, i nie robisz nic, by go znaleźć. Myślę, że masz ze sobą jakiś problem i powinnaś pójść na terapię. Użalaniem się nad sobą niczego nie zmienisz”. I poleciła mi znajomego psychoterapeutę.

Zawarłam kontrakt

Z ciężkim sercem weszłam do gabinetu i opisałam bagaż, z jakim przyszłam. Terapeuta wysłuchał mnie spokojnie, po czym rozpoczął od przedstawienia zasad terapii: co najmniej 2, a najlepiej 3–4 sesje w tygodniu po 50 minut. Jeśli na którąś nie przyjdę, to i tak będę musiała za nią zapłacić. Każda sesja jest odliczana skrupulatnie co do minuty. Jak się spóźnię, to zabieram sobie cenny czas. Żadnego przekładania spotkań. I zwracamy się do siebie per „pan/pani”. Koniec, kropka.

Takimi sztywnymi, wręcz restrykcyjnymi zasadami charakteryzuje się metoda, w jakiej pracował mój terapeuta – psychodynamiczna, oparta na założeniach teorii psychoanalizy. Kiedy jednak na „dzień dobry” usłyszałam zestaw tych reguł i to, że mam ich bezwarunkowo przestrzegać, mocno się wkurzyłam: „Ten terapeuta chce na mnie zarobić! Mam stać się taką samą wariatką, jak bohaterowie filmów Woody'ego Allena i przez kilka lat przychodzić do niego z byle problemem, bo inaczej nie zrobię kroku do przodu?!”– pomyślałam. Ale czułam, że stoję pod ścianą. Zacisnęłam zęby i powiedziałam do siebie: „Teraz albo nigdy!”, a głośno: „Zgoda”. Byłam zdeterminowana, potrzebowałam pomocy, więc zaufałam. Zawarłam z terapeutą swoisty kontrakt. Później okazało się, że takim ustawieniem terapii zapoczątkowuje się proces leczenia, który w moim przypadku trwał prawie 7 lat.

Lustro prawdy

Terapeuta pracujący metodą psychodynamiczną nie mówi miłych słów, nie głaszcze po głowie, nie radzi, jak postąpić... Pełni rolę takiego lekko wycofanego lustra, na które rzutuję swoje nastroje, uczucia, przeżycia i wszystkie schizy, po czym odwraca je w moją stronę i pokazuje mi prawdziwe „ja”.

Tworzywem do analizy mogło być wszystko: moje spóźnienie lub to, że przyszłam za wcześnie, to, co mi się śniło lub mnie poruszyło, coś, co przeczytałam, zobaczyłam... Każde przeżycie, uczucie, emocja. Siadaliśmy zwróceni do siebie twarzą w twarz i rozmawialiśmy o sprawach bieżących, o tym, co się działo w moim życiu „tu i teraz”. Jeśli wracaliśmy do zdarzeń z dzieciństwa, z przeszłości, to jedynie po to, żeby pokazać, jaki wpływ wywarły na moje obecne zachowania czy wybory.

Na przykład: przychodziłam na sesję zdenerwowana i opowiadałam o zdarzeniu, które mnie rozzłościło. Z tej wypowiedzi terapeuta wyłapywał pewne elementy moich zachowań, emocji, które potem mi pokazywał. I ja nagle widziałam obraz dziewczyny niesympatycznej, nieznośnej, agresywnej lub prowokującej do agresji. To było dla mnie ogromnie trudne do przyjęcia, bo dotąd uważałam się za osobę łagodną, wrażliwą, delikatną, nie potrafiącą walczyć o swoje, podporządkowaną... Inny przykład: Mówiłam, że nie lubię pana K., bo jest oschły, zawistny, gburowaty, a tu nagle widzę, że ja też noszę w sobie takiego małego zgreda. Osłupiałam z wrażenia. Dlaczego go nie cierpię? Bo nie lubię tej części swojego „ja”. Terapeuta pokazywał mi ciemniejszą stronę mojej osobowości, cechy, które spychałam w podświadomość, skrywałam przed sobą, nie chciałam się do nich przyznać.

Momentami tak mnie to wkurzało, że miałam ochotę rzucić się na terapeutę z pięściami. Myślałam: „Boże, po co ja tu przychodzę?! Nie dość, że mnie gnoi, to jeszcze mu za to płacę. Zamiast mnie podbudować, wmawia mi jakieś okropne rzeczy. Jest jak moja mama – tylko mnie krytykuje i wytyka błędy”. Nasza relacja bywała niezwykle trudna, zwłaszcza na początku terapii. Ale to nie kto inny, tylko właśnie terapeuta wziął na siebie trud zderzania się z moimi nastrojami i emocjami. Był ze mną także w trudnych momentach, które wydarzyły się w moim życiu w czasie tych siedmiu lat terapii.

Nazywam się Narcyz

Kiedy wpadałam w depresyjny nastrój, czułam się jak w smole. Narzekałam: „Jestem stara, świat mnie odrzuca, wszystko jest dla młodych. Jestem brzydka, nie mam partnera, inni mają lepiej ode mnie”. I kołowrót negatywnych myśli szedł w ruch.

Kiedyś przyszłam na sesję i opowiedziałam o sytuacji towarzyskiej, w której dostałam po tyłku. I... ku mojemu wielkiemu zdumieniu – terapeuta uświadomił mi, że sama się w taką wepchnęłam. Więcej: czerpałam z tego jakąś perwersyjną satysfakcję! Zaczęłam więc przywoływać z pamięci i analizować różne relacje, w jakie wchodziłam z innymi, i dochodziłam do wniosku, że – istotnie – pewnym osobom pozwalałam się źle traktować, nawiązywałam destrukcyjne związki, sama siebie nie szanowałam i odbierałam sobie godność. Musiałam się zgodzić z terapeutą, że faktycznie mam skłonność do wchodzenia w rolę pokrzywdzonej – z niechęci do widzenia rzeczywistych problemów. Nie zdawałam sobie sprawy, że ucieczka od siebie może przybierać taką formę. Że przyjmuję rolę ofiary, a równocześnie mam w sobie cechy… narcyza.

Zawsze mi się wydawało, że jestem taką grzeczną dziewczynką, że muszę pracować nad tym, by bardziej walczyć o swoje. Dopiero na terapii zrozumiałam, że ja to potrafię, tylko tę waleczność stłumiłam. Od dzieciństwa nosiłam w sobie poczucie, że się wszystkim podporządkowuję, buntuję, ale podporządkowuję. Przeżyłam szok, kiedy terapeuta uświadomił mi, że mam ogromną potrzebę bycia wyjątkową, zawsze na świeczniku, na wysokim stanowisku. Że chciałabym, by świat kręcił się tak, jak mu zagram. Tylko wypycham to ze swojej świadomości. Nie wierzę w siebie. Wydaje mi się, że muszę zrobić Bóg wie co, by udowodnić sobie, że jestem coś warta. Nie potrafię zaakceptować tego, jaka jestem. Stąd mój narcyzm. Okropny stan, w którym pustkę wewnętrzną i żałobę po stłumionym „ja” wypełnia się osiągnięciami, budowaniem i desperacką obroną wizerunku osoby wyjątkowej.

Walka buntu z uległością 

Dopiero w wieku 36 lat odkryłam główne źródło swoich zachowań i wyborów. Nie sądzę, bym znalazła je bez pomocy terapeuty. Tym źródłem była bardzo mocna, a zarazem destrukcyjna więź z mamą. Pępowina, której nie potrafiłam przeciąć, stać się niezależną osobą i wziąć życie w swoje ręce. Wydawało mi się, że jestem samodzielna. Niezależność to był mój lejtmotyw. Kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo pozostaję uzależniona psychicznie od mamy. Dociągałam do czterdziestki, a nadal nie dorosłam.

Odkąd pamiętam, zawsze się przeciwko mamie buntowałam. Zapierałam się czterema łapami, żeby tylko nie zrobić tego, co ona chce. Kiedy byłam mała i nie mogłam buntować się otwarcie, stosowałam inne metody – najczęściej bierny opór lub ociąganie się. Nigdy nie podobało jej się to, co robiłam. We wszystkim mnie kontrolowała, wciąż krytykowała, wytykała błędy i potknięcia. Nie znosiłam być posłuszna. Może dlatego, że nigdy mnie nie przytulała, nie chwaliła, a tylko wciąż czegoś ode mnie wymagała i za najdrobniejsze nieposłuszeństwo obrażała? Bardzo krótko mnie trzymała, a ja potrzebowałam więcej swobody. I miłości. Na jej pochwałę lub uśmiech musiałam sobie zawsze zasłużyć. Recytowałam więc np. wierszyki na spotkaniach towarzyskich, choć tego nienawidziłam. Z oporami, ale robiłam, co mi kazała, choć często się we mnie gotowało. Ustępowałam.

Przez długie lata walczyły we mnie bunt z uległością. Kiedy opuściłam dom, przestałam podporządkowywać się jej woli, ale bunt pozostał. Mama codziennie do mnie dzwoniła, kontrolowała i oceniała moje życie. Myślałam, że już jestem wolna, że już nie ma nade mną władzy, że robię ze swoim życiem, co chcę. Jakże się myliłam. Nie założyłam rodziny, bo mama ciągle mnie pytała, kiedy wyjdę za mąż. Nie urodziłam dzieci, bo mama wciąż mówiła, że trzeba je mieć, no bo kto mi na starość poda szklankę wody – doprowadzało mnie to do pasji. Podświadomie byłam głucha na swoje potrzeby. Moje życie nadal obracało się wokół buntu przeciwko mamie, a stłumione potrzeby rozsadzały mnie od środka w postaci agresji, złości, frustracji. Skutkowały nieudanymi relacjami z mężczyznami...

Podczas terapii dotarło wreszcie do mnie, że dorosłość zaczyna się w momencie, kiedy już nie buntuję się przeciwko mamie, tylko przyznaję, że związek, rodzina, dzieci są dla mnie ważne. Nie rezygnuję z siebie i własnych potrzeb w imię utrzymania sztucznego wizerunku. Zrozumiałam też, że nie można wszystkiego zwalać na mamę i mówić np.: „A ja to jestem taka, bo mamusia mnie nie kochała” – to absurd! Coś od rodziców dostajemy, a czegoś nie, tak samo, jak oni coś dostali lub nie od swoich rodziców. I z tym, co wynieśliśmy z domu, możemy zrobić coś dobrego lub coś złego.

Wreszcie, po latach buntowania się, nakręcania mogę żyć spokojnie. Uniezależniłam się od mamy. Naprawdę dorosłam. Gorycz i złość spłynęły ze mnie podczas terapii.

Mam prawo do bycia sobą

Uświadomienie sobie czegoś nie oznacza, że automatycznie to przyjmiemy i od razu zaczniemy żyć inaczej. To dopiero pierwszy krok do zmian. Wszystko trzeba przepracować. Niektóre uczucia, postawy, zachowania czy schematy myślowe wychodziły na sesjach drugi, piąty czy nawet setny raz, ale już ten pierwszy uruchamiał we mnie pewien proces emocjonalny. Rodziła się większa akceptacja siebie – dziewczyny witalnej, ciekawej świata, empatycznej, odważnej, ale czasem też rozlazłej, leniwej, ze skłonnością do masochizmu lub narcyzmu. Ta ciemna część mojej osobowości potrafiła kiedyś storpedować entuzjazm, ciekawość i kreatywność tej drugiej. Boże, ile planów przez to nie zrealizowałam, odbierając sobie siły i nadzieję!

Teraz, kiedy czasami zalewają mnie czarne myśli, nie pozostaję wobec nich bezradna – uruchamiam narzędzia terapeutyczne, czyli pewną refleksję nad tym, co odczuwam, co się ze mną dzieje, dlaczego tak się dzieje, i potrafię powiedzieć sobie: „Stop! To do niczego nie prowadzi”. A jak spotykam się z zachowaniami, które mnie ranią lub złoszczą, to się wyzłoszczę, jak trzeba poprzeklinam, ale już się nie nakręcam, nie obracam w sobie tego w nieskończoność – dzięki temu emocje opadają i szybko się regeneruję. Dałam sobie prawo do bycia sobą. Jestem Marysią, a nie jakąś Jolą.

Najważniejsze: nauczyłam się doceniać i pielęgnować relacje z ludźmi – teraz są o wiele głębsze, cieplejsze. Stałam się bardziej uważna na to, co mówię i robię innym. Poświęcam im więcej czasu. Zmieniłam się. Nie tylko bardziej rozumiem i akceptuję siebie, lecz także lepiej odczytuję problemy tkwiące w innych ludziach. Mam dla nich więcej empatii, zrozumienia, współczucia, a mniej złości i agresji. I pielęgnuję w sobie tę pogodę ducha. Poznałam też mężczyznę, z którym stworzyłam szczęśliwy związek. Planujemy być ze sobą do końca świata i jeden dzień dłużej.

Dla ciekawych siebie

Terapia psychodynamiczna (analityczna, wglądowa) należy do metod wywodzących się z klasycznej psychoanalizy freudowskiej, ale korzysta także z późniejszych szkół nurtu. Jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. Terapeuci stosujący tę metodę odwołują się do freudowskiej teorii istnienia w ludzkiej psychice stłumionych, nieuświadomionych popędów i ich destruktywnej siły, lecz różnią się sposobem pracy z pacjentem. W terapii psychodynamicznej ważną rolę odgrywa relacja pacjent – terapeuta, dlatego na samym początku terapii następuje bardzo konkretne i rygorystyczne ustalenie warunków kontraktu. Omówienie zasad i cen, zaakceptowanie i ustalenie celu są już początkiem terapii. Podstawowym narzędziem pracy terapeuty jest rozmowa, ale – odmiennie niż w klasycznej psychoanalizie – pacjent nie leży na kozetce, lecz siedzi „twarzą w twarz” z terapeutą i rozmawia z nim o sprawach dziejących się „tu i teraz”.    

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Psychoterapia – od czego zacząć? Kiedy warto skorzystać z pomocy?

Psychoterapia jest sposobem na zmniejszenie cierpienia. Pomaga nam wyjść z błędnych schematów i rozpoznać, co robimy nie tak. (fot. iStock)
Psychoterapia jest sposobem na zmniejszenie cierpienia. Pomaga nam wyjść z błędnych schematów i rozpoznać, co robimy nie tak. (fot. iStock)
Lęki, frustracja, smutek, brak wiary w siebie, niezadowolenie z życia – takie stany mogą ciągnąć się latami. Coraz gorsze samopoczucie przekłada się na związki i relacje, powoduje, że człowiek męczy się sam ze sobą. Często jednak decyzja o podjęciu terapii jest wciąż odkładana, co może doprowadzić do chorób psychosomatycznych czy depresji. Powody odwlekania są różne. Wiele osób po prostu nie wie jak zacząć i czego spodziewać się po psychoterapii. O tym, jak przebiega proces terapeutyczny i jakie przynosi korzyści rozmawiamy z Katarzyną Szostak – psycholożką i psychoterapeutką z Centrum Psychoterapii Help.

Lęki, frustracja, smutek, brak wiary w siebie, niezadowolenie z życia – takie stany mogą ciągnąć się latami. Coraz gorsze samopoczucie przekłada się na związki i relacje, powoduje, że człowiek męczy się sam ze sobą. Często jednak decyzja o podjęciu psychoterapii jest wciąż odkładana, co może doprowadzić do chorób psychosomatycznych czy depresji. Powody odwlekania są różne. Wiele osób po prostu nie wie jak zacząć i czego spodziewać się po psychoterapii. O tym, jak przebiega proces terapeutyczny i jakie przynosi korzyści rozmawiamy z Katarzyną Szostak – psycholożką i psychoterapeutką z Centrum Psychoterapii Help.

Jakie uczucia, emocje są ewidentnym wskazaniem do psychoterapii? Kiedy powinna zapalić się „czerwona lampka”? Po pomoc psychologiczną warto się zgłosić, gdy odczuwamy jakiś rodzaj subiektywnego cierpienia, gdy emocje, myśli czy zachowania utrudniają nam codzienne funkcjonowanie, obniżają jakość życia, a dotychczasowe metody radzenia sobie z trudnościami nie przynoszą ulgi lub wręcz nasilają problemy.

Niestety, wciąż o wizycie u psychologa czy psychoterapeuty myślimy w kategoriach „nie mam wyjścia, muszę iść”. Przecież do innych specjalistów zapisujemy się z reguły, gdy coś nas niepokoi, jest inne niż dotychczas, jakoś zmienione, a nie, gdy są już ewidentne wskazania.

Z czym ludzie najczęściej zgłaszają się do gabinetu psychoterapeuty? Najczęściej zgłaszają się z trudnościami w relacjach z innymi, w relacji z samym sobą. Miewają trudności w nawiązywaniu, pogłębianiu czy utrzymywaniu bliskich, satysfakcjonujących relacji, czują się nierozumiani, nieakceptowani, niedoceniani, źle traktowani i to prowadzi do jakichś konsekwencji: kłótni, złości, smutku, wycofywania się z relacji.

Miewają trudność z wywieraniem nadmiarowej presji na siebie i/lub innych, z akceptacją jakichś aspektów siebie i/lub innych. Niektórym bardzo trudno pogodzić się ze stratą. Zgłaszają się z brakiem umiejętności konstruktywnego radzenia sobie z emocjami, z napięciem (np. w sytuacji kryzysu). Są i tacy, którzy próbując radzić sobie z cierpieniem, korzystają z niekonstruktywnych metod, takich jak uzależnienia, czy przygodny, ryzykowny seks.

Niektórzy czują się gorsi od innych, niewarci miłości, brakuje im chęci do życia. Miewają też objawy utrudniające codzienne funkcjonowanie: ataki paniki, natrętne myśli, fobie, tiki, trudności ze snem, różnego rodzaju bóle, drętwienia czy dolegliwości układu pokarmowego.

Co tak naprawdę psychoterapia ma nam dać? Czego możemy oczekiwać? Wiele osób ma mylne wyobrażenia na ten temat. Poza możliwością „wygadania się” w bezpiecznych, nieoceniających warunkach, kiedy to przez 50 minut cała uwaga skierowana jest na klienta, co – warto podkreślić – już jest ważnym czynnikiem leczącym, psychoterapia daje możliwość zwiększenia świadomości swojego funkcjonowania (lepszego poznania siebie). Terapia daje również szansę do szukania nowych, przynoszących więcej korzyści metod radzenia sobie, podejmowania bardziej świadomych i wynikających z wyboru decyzji, a co za tym idzie zmniejszenia odczuwanego cierpienia.

Często pacjenci myślą, że psychoterapeuta powie im jak żyć, poda gotowe rozwiązanie, „uleczy”. Czy zdają sobie sprawę, że sami muszą wykonać dużo pracy? Rzeczywiście, część klientów spodziewa się wizyty, która będzie przypominała tę u lekarza - ja powiem co mi jest, a psychoterapeuta powie mi, co mam z tym zrobić, aby było mi lepiej i po kilku spotkaniach trudność zostanie rozwiązana. Nie mają wyobrażenia, że to jest droga, której przejście często zajmuje kilka, kilkanaście miesięcy. I nie ma co się dziwić, nie mają obowiązku wiedzieć, na czym psychoterapia polega. To dość naturalne, że przychodzą w cierpieniu i z oczekiwaniem, że ono zniknie. To jest zadanie dla psychoterapeuty, aby edukować, urealnić oczekiwania, starać się zrozumieć trudności tej osoby i wspólnie z nią ustalić terapeutyczne cele do pracy.

Klienci przychodzą z objawami i nadzieją, że zadzieje się coś, co sprawi, że te objawy znikną. Często dysponujemy różnymi poznawczo-behawioralnym narzędziami, pozwalającymi zmniejszyć trochę ich dotkliwość. Niemniej to tylko wierzchołek góry lodowej i stosunkowo powierzchowna praca. Dlatego w toku rozmów staramy się ustalić mechanizmy trudności oraz ich źródła - jak one się ukształtowały. Mając takie szersze rozumienie możemy danej osobie zaproponować pracę nad przyczyną jej trudności. Jeśli klient będzie nią zainteresowany, wspólnie ruszamy w podróż, jaką jest psychoterapia. Za jej plan i wskazywanie drogi w kierunku celu odpowiedzialny jest terapeuta. Za wykonanie pracy nad zmianą - klient.

Na czym polega ta praca, którą człowiek wykonuje podczas trwania psychoterapii? Jest to zależne od tego, z czym się zgłasza i jakie są przyczyny trudności. Ogólnie rzecz ujmując: na zaopiekowaniu się krzywdami z przeszłości, przepracowaniu śladów minionych doświadczeń.

Bardzo ważnym elementem pracy terapeutycznej jest zwiększenie świadomości natury swoich problemów, a także wysiłek działania wbrew swoim dotychczasowym mechanizmom.

Coraz więcej osób ma teraz dolegliwości psychosomatyczne. Czy dzięki terapii widać poprawę stanu zdrowia? Objawy w ciele, o ile wykluczono podłoże medyczne, mogą być efektem trudności psychologicznych. Somatyzacja to nieświadome generowanie objawów fizycznych. Wyraża cierpienie psychologiczne, które z różnych powodów trudno wyrazić w bardziej jawny sposób. To taki mechanizm obronny, polegający na nieświadomym przekierowaniu wypartych uczuć w objawy fizyczne (forma symbolicznej komunikacji).

Wracając do mojej metafory góry lodowej, jest to objaw widoczny nad powierzchnią wody. Praca psychoterapeutyczna polega na odkryciu, co jest pod jej powierzchnią i przepracowaniu przyczyn, które powodują taki efekt. W wyniku psychoterapii jest możliwe poradzenie sobie z dolegliwościami psychosomatycznymi.

Załóżmy, że osoba podjęła już decyzję o rozpoczęciu psychoterapii. Od czego powinna zacząć? Znaleźć psychoterapeutę, czy może nurt, w którym chce pracować? Myślę, że każdy z tych pomysłów jest dobry. Każdy z nas, w zależności od sposobu swojego funkcjonowania, swoich potrzeb, preferencji, dotychczasowych doświadczeń - wybierze dla siebie inną metodę selekcji. I to jest ok.

Warto na pewno zwrócić uwagę, aby psychoterapeuta, do którego się zapisujemy miał odpowiednie wykształcenie. Psychoterapeuta nie musi być psychologiem, ważne jednak, aby ukończył lub był w trakcie pełnego, 4-letniego szkolenia psychoterapeutycznego w szkole spełniającej standardy PRP lub EAP, akredytowanej przez PTP czy PTTPB. Ważne również, aby psychoterapeuta poddawał swoją pracę stałej superwizji, uczestniczył w kursach, szkoleniach i konferencjach branżowych.

Jakie nurty mamy do wyboru w psychoterapii i co je wyróżnia? Nurt psychoanalityczny wywodzi się z teorii Freuda i polega na odkrywaniu nieświadomych mechanizmów funkcjonowania i przenoszeniu ich do świadomości. Terapeuta pracuje głównie na przeniesieniu, czyli przekierowywanych na niego emocjach związanych z innymi osobami oraz przeciwprzeniesieniu, czyli emocjach, jakie pacjent w nim wywołuje. Jest to psychoterapia długoterminowa, często odbywa się w rytmie dwóch sesji w tygodniu. Psychoterapeuta mówi niewiele, nie jest dyrektywny.

Nurt psychodynamiczny również polega na poznaniu mechanizmów własnych zachowań i ich wpływu na codzienność, szczególny nacisk kładzie się na relację terapeutyczną. Pojawia się tu nieco więcej dialogu z pacjentem, psychoterapeuta pełni rolę korektywnego obiektu.

Psychoterapia Gestalt zakłada, że źródłem trudności są niezaspokojone w dzieciństwie potrzeby. Skupia się na budowaniu świadomości siebie oraz tego, co zaburza klientowi kontakt ze światem, będąc tym samym źródłem jego cierpienia. Jak każde podejście humanistyczne, akcentuje podmiotowość klienta i stawia go na równi z terapeutą.

W nurcie systemowym trudności klienta rozumiane są jako objaw konfliktów i problemów występujących w systemie rodzinnym (w rozumieniu: rodzina pochodzenia, związek, małżeństwo, własna rodzina). Psychoterapeuta strata się zrozumieć sposób funkcjonowania całego systemu i funkcję, jaką pełnią w nim objawy. W psychoterapii uczestniczy jedna osoba, para lub cała rodzina.

Nurt poznawczo-behawioralny (CBT), najbardziej dyrektywny i ustrukturalizowany - korzysta z wystandaryzowanych protokołów, które służą do modyfikacji myślenia i zachowania. Skupia się na teraźniejszości, identyfikacji wzorców, zależności pomiędzy myślami, emocjami i zachowaniami oraz na rozwiązaniu problemu. Nurt ten przechodzi ostatnio sporo zamian, tzw. trzecia fala uzupełnia ten sposób myślenia o doświadczenia z innych nurtów, m.in. humanistycznych. W ten sposób powstała m.in. terapia schematów (TS), terapia akceptacji i zaangażowania (ACT), terapia dialektyczno-behawioralna (DBT) czy terapia skoncentrowana na współczuciu (CFT).

Nurt integracyjny wykorzystuje techniki i metody wszystkich nurtów, dobiera się je do potrzeb klienta.

Czy nie jest tak, że na poszczególne problemy zaleca się konkretny nurt? Jak długo trwa psychoterapia w poszczególnych nurtach? Nie każdy psychoterapeuta pracuje ze wszystkimi trudnościami. Część problemów wymaga od terapeuty dodatkowego przeszkolenia, jak np. terapia uzależnień czy terapia par. Jeśli mamy jakąś hipotezę na temat tego, co nam dolega lub mamy diagnozę od psychiatry, na pewno warto zapytać psychoterapeutę czy pracuje z taką trudnością. Jeżeli jednak nie potrafimy tego samodzielnie określić, to pierwszych kilka spotkań terapeutycznych jest właśnie po to, aby w tym pomóc. To jest czas, w którym zarówno klient ma szansę zobaczyć czy ten psychoterapeuta, jego osobowość i sposób pracy są dla niego ok, czy czuje się przy nim dobrze, jak i psychoterapeuta ma okazję rozeznać się nieco w tym, jak wygląda ta góra lodowa pod powierzchnią wody i czy ma on odpowiednie kompetencje do tego, aby pomagać i prowadzić taką psychoterapię. Jeśli nie, na pewno podpowie, gdzie warto udać się po dalszą pomoc - czy to do innego specjalisty, czy to do innego psychoterapeuty, który będzie umiał skuteczniej pomagać.

Nurty psychoterapeutyczne różnią się między sobą sposobem myślenia, konceptualizowania trudności i wykorzystywanymi technikami pracy. Badania pokazują, że efektywność psychoterapii w mniejszym stopniu zależy od nurtu pracy, a w większym od relacji terapeutycznej.

Czas trwania psychoterapii uzależniony jest od wielu czynników, obecnie chyba wszystkie nurty proponują pracę zarówno krótkoterminową, czyli ok. 12-20 spotkań, jak i długoterminową, czyli ok. roku, dwóch, a nawet trzech lat.

Po czym poznajemy, że trafiliśmy na właściwego psychoterapeutę? Po tym, jak czujemy się w relacji z nim - czy w miarę bezpiecznie, swobodnie i komfortowo, czy mamy poczucie, że możemy powiedzieć o wszystkim, kiedy będziemy na to gotowi. Rozmawiając o ciężkich dla nas doświadczeniach trudno, aby było nam miło i przyjemnie, ale ważne jest, aby czuć się wysłuchanym, rozumianym, akceptowanym, szanowanym. Dobrze mieć poczucie, że psychoterapeuta jest na mnie uważny, skupiony na mnie, stara się mnie rozumieć, jest moim sojusznikiem i działamy we wspólnej sprawie.

A jeśli mamy wątpliwości – to przez jak długi okres dawać tej relacji szansę? Czasem już po jednym spotkaniu, jak po pierwszej randce, wiemy, że nic z tego nie będzie. Wtedy nie warto kontynuować. Taka pierwsza faza psychoterapii - faza konsultacji - z reguły trwa od trzech do pięciu spotkań. Jest to czas na wstępne rozpoznanie trudności klienta i postawienie celów do dalszej pracy terapeutycznej. Czas, w którym omawiamy: nad czym klient chciałby pracować, co jest możliwe do pracy, na co możemy się umówić, a na co nie i czy klient widzi w tym sens. Jeśli tak, podejmuje decyzję o podjęciu psychoterapii.

Co w sytuacji, gdy osoba ma już depresję lub zaburzenia psychiczne i bierze leki psychotropowe? Czy wówczas o psychoterapii decyduje psychiatra? Decyzja o podjęciu psychoterapii zawsze należy do klienta. Nawet jeśli psychiatra, neurolog czy internista sugeruje lub wręcz kieruje na terapię, to klient podejmuje ostateczną decyzję. Spotkania konsultacyjne z psychoterapeutą są czasem wstępnego rozpoznania trudnościach i często pomagają klientowi zobaczyć,czy widzi w takiej pracy jakiś sens dla siebie, czy dostrzega, w czym ona mogłyby mu pomóc.

Najlepsze efekty w leczeniu depresji i wielu innych zaburzeń osiąga się łącząc leczenie farmakologiczne, czyli wizyty u psychiatry, z psychoterapią, czyli regularnymi, cotygodniowymi lub częstszymi spotkaniami z psychoterapeutą.

Czy dla osób będących pod opieką psychiatry polecane są jakieś szczególne rodzaje psychoterapii? Nawet w szpitalach psychiatrycznych pracują psychoterapeuci wszystkich nurtów.

Wiele osób, szczególnie w czasie pandemii, sięga po leki uspokajające i antydepresyjne? Czy ma to wpływ na przebieg psychoterapii? Leki wpływają na funkcjonowanie człowieka, taka jest ich funkcja. Zawsze należy brać je pod opieką lekarza psychiatry i zgodnie z jego zaleceniami. W takim przypadku z reguły ułatwiają przebieg procesu psychoterapeutycznego, choć nie zawsze są niezbędne do tego, aby poradzić sobie z trudnościami. Niejednokrotnie psychoterapia jest wystarczająca. Niejednokrotnie też leki są wręcz niezbędne, aby móc pracować terapeutycznie albo też, w przypadku cięższych zaburzeń czy chorób psychicznych, psychoterapia jest jedynie działaniem wspomagającym leczenie psychiatryczne.

Leki przyjmowane niezgodnie z zaleceniami albo też leki na receptę przyjmowane bez odpowiedniego nadzoru lekarza mogą utrudniać lub wręcz uniemożliwiać proces terapeutyczny. Jeśli przyjmowanie leków ma charakter nałogowy, niezbędna jest pomoc terapeuty uzależnień.

Jak pandemia wpłynęła na jakość psychoterapii? Mam na myśli psychoterapię online. Znam terapeutów, którzy zrezygnowali z tej formy prowadzenia psychoterapii. Zresztą sami pacjenci nie chcieli jej dłużej kontynuować… Spotkania online mają swoje ograniczenia, ale badania pokazują, że psychoterapia online jest równie skuteczna jak ta prowadzona tradycyjnie, w gabinecie. Nic nie zastąpi kontaktu bezpośredniego, niemniej dla wielu klientów to jest jedyna możliwa forma korzystania z pomocy, nie tylko w dobie pandemii. Całe szczęście, że technologia dalej nam takie możliwości.

Warto przy tym zadbać, aby spotkania online możliwie najbardziej przypominały spotkania w gabinecie - odbywały się w formie rozmowy z kamerą i aby obie strony mogły się wzajemnie widzieć i prowadzić rozmowę w komfortowych warunkach – umożliwiających skupienie, zapewniających dyskrecję, swobodę wypowiedzi, bez udziału osób trzecich, za zamkniętymi drzwiami, bez konieczności trzymania telefonu w ręce, przy zminimalizowanej liczbie rozpraszaczy.

Trudno mi sobie wyobrazić psychoterapię w postaci rozmowy telefonicznej bez kamery, wymiany maili czy czatu. Choć są to czasem skuteczne narzędzia do przeprowadzenia interwencji kryzysowej.

Kiedy wiadomo, że psychoterapia dobiega końca? Psychoterapia zakończona sukcesem to taka terapia, w której udało się osiągnąć założone cele - te postawione na początku psychoterapii, jak i te, które pojawiły się w trakcie jej trwania (o ile się pojawiły). Z reguły klient czuje większy spokój, mniej cierpienia, ma mniej ważnych spraw do omówienia, ma poczucie, że umie sobie radzić z nimi samodzielnie. Chwali się swoimi sukcesami, z zadowoleniem opowiada o nowych sposobach reagowania.

Wtedy wspólnie przyglądamy się, jakie mieliśmy cele, co się udało osiągnąć i w jakim stopniu. Zastanawiamy się, czy jest coś jeszcze, czego klient by potrzebował, w czym psychoterapeuta może mu służyć. Jeśli tak - stawiamy sobie cele do dalszej pracy, jeśli nie - kończymy na tym etapie nasze spotkania.

Niektórzy pacjenci mają wątpliwości, czy powinni pójść na psychoterapię do mężczyzny, czy do kobiety. Naprawdę jest jakakolwiek różnica? W jakich sytuacjach płeć rzeczywiście ma znaczenie? Częściej to wynika z indywidualnych preferencji klienta, przy kim czuje się swobodniej, bezpieczniej, lepiej. Zdarzają się przypadki, w których płeć psychoterapeuty może coś klientowi ułatwiać bądź utrudniać. Może tak się zdarzyć, że psychoterapeuta zasugeruje pracę z osobą innej płci, nie jest to jednak częste.

Psychoterapie grupowe to temat na osobną rozmowę. Zapytam więc tylko: w jakich przypadkach są one bardziej wskazane niż psychoterapie indywidualne? Myślę, że mniej to jest związane z konkretną trudnością czy zaburzeniem, a bardziej z indywidualnym sposobem funkcjonowania jednostki i tym, co jej najbardziej posłuży.

Psychoterapia grupowa bywa bardzo pomocna dla osób doświadczających trudności w relacjach międzyludzkich i społecznych, którym trudno jest inicjować czy budować satysfakcjonujące relacje. Daje wiele okazji do eksperymentowania. Niemniej bywa też, że właśnie z tego powodu jest zbyt dużym wyzwaniem.

Psychoterapia grupowa sprawdza się ponadto w terapii uzależnień, zaburzeń osobowości, zaburzeń odżywiania czy depresji.

Katarzyna Szostak: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Tytuł magistra psychologii uzyskała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, gdzie ukończyła również Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii. Absolwentka Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Bierze udział w licznych kursach i szkoleniach, obecnie kształci się w Studium Pomocy Psychologicznej dla Par IPZ oraz robi Kurs Terapii Schematu w Centrum CBT. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji.

  1. Zdrowie

Kontrowersyjna ayahuasca

Ayahuasca znana jest jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. (Fot. Wikimedia Commons)
Ayahuasca znana jest jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. (Fot. Wikimedia Commons)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ayahuasca - skład i działanie

  • Ayahuasca to mieszanina liści krzewu Psychotria viridis oraz łodyg liany Banisteriopsis caapi. Poprzez gotowanie uzyskuje się z nich halucynogenny napój, stosowany przez szamanów i członków grup religijnych w Peru, Ekwadorze i Kolumbii. Ze względu na zawartość dimetylotryptaminy (substancja, którą naturalnie wytwarza szyszynka) jest zakazany w wielu krajach, także w Polsce, jako środek odurzający o najwyższym stopniu ryzyka uzależnienia. Lekarze ostrzegają, że może mieć silny potencjał aktywujący dla osób predysponowanych do zaburzeń dwubiegunowych, schizofrenii, stresu pourazowego, zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, depresji i zaburzeń przetwarzania sensorycznego.
  • Neurolodzy z Uniwersytetu São Paulo opublikowali wyniki badań, z których wynika, że 2–3 godziny po zażyciu ayahuaski wśród osób cierpiących na umiarkowaną lub ciężką postać depresji można zaobserwować efekty, na jakie trzeba czekać tygodniami po zażyciu standardowych antydepresantów. Brian Anderson, psychiatra z Uniwersytetu Kalifornijskiego, uważa, że pozytywne skutki przeciwdepresyjnego działania ayahuaski mogą utrzymywać się nawet przez wiele tygodni. Obecna w ayahuasce harmalina w małych dawkach uważana jest za antydepresant, ale im więcej jej spożyjemy, tym bardziej psychodeliczne wizje pojawią się w naszej głowie.

Powrót do źródła miłości

Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe) Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe)

Jak ayahuasca pojawiła się w pani życiu? Gosia Trojanowska: Przypadek. Choć tych podobno nie ma. Ponad 10 lat temu gdzieś w Internecie przeczytałam o leczeniu ayahuaską osób uzależnionych od alkoholu i zaczęłam się tym interesować, ponieważ ten problem występował w mojej rodzinie. Uzależniony był mój ojciec, a także były mąż, a kiedy syn wchodził w dorosłość, przestraszyłam się, że i on może wpaść w alkoholizm. Na pierwszą ceremonię pojechaliśmy razem, choć syn, który miał wówczas 20 lat, początkowo był temu przeciwny, ponieważ ayahuasca kojarzyła mu się z narkotykami. Dziś już wiemy, że pomaga wyjść z nałogu także narkomanom. To, co przeżyliśmy w czasie pierwszej ceremonii, odmieniło nasze życie.

W jaki sposób? Dowiedzieliśmy się dużo o sobie. W Ameryce Południowej ayahuasca jest używana przez szamanów i uzdrowicieli zwanych ayahuasqueros jako sposób na poszerzanie świadomości. Doświadczenie po jej wypiciu trudno opisać, gdyż wszyscy przeżywamy to indywidualnie i za każdym razem jest ono inne. DMT obecne w napoju naturalnie występuje w naszym mózgu jako związek chemiczny produkowany przez szyszynkę podczas snu, sprawia, że po wypiciu naparu zwanego boską medycyną zaczynamy funkcjonować jak w czasie snu, ale jesteśmy przebudzeni i w pełni świadomi tego, co się wokół nas dzieje. Częstotliwość fal mózgowych przechodzi z poziomu beta (aktywny) do poziomu alfa (zrelaksowany) lub theta, gdzie pojawiają się mistyczne doświadczenia duchowe. Przeżywamy proces rozpadu ego i wznoszenia świadomości, co daje możliwość dotarcia do informacji zawartych w podświadomości i świecie duchowym. Pojawiają się różne wizje, nierealne obrazy, czasami piękne, ale także przerażające, fizycznie odczuwamy przepływ energii i wibrację, dochodzą do nas dziwne, jakby kosmiczne dźwięki. Brzmi to bardzo magicznie, ale ayahuaską zainteresowali się już naukowcy i lekarze, którzy udowodnili jej pozytywny wpływ także w leczeniu depresji i stresu pourazowego.

Przeprowadzając takie ceremonie, ma pani styczność z wieloma osobami, czy może to pani potwierdzić? Badania naukowe dotyczące stricte medycznego wpływu ayahuaski na nasze zdrowie są ciągle prowadzone i można powiedzieć, że to dopiero początek odkryć. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że ayahuasca zmienia ludziom życie na lepsze. Powszechnym efektem jest głębsze zrozumienie naszej egzystencji na Ziemi i osobowości. Jakbyśmy docierali do niezbadanych poziomów swojej psyche, do nieświadomości. Odsłaniają się przed nami niesamowite pokłady miłości, duchowości i boskości, których w naszym bardzo racjonalnym życiu każdy potrzebuje, aby osiągnąć prawdziwe szczęście. W dotychczasowych badaniach wykazano dobroczynny wpływ ayahuaski na ośrodki w mózgu odpowiedzialne za uczenie się i zapamiętywanie. Potwierdzono zwiększoną aktywność neuronów oraz wymianę informacji między obszarami mózgu, które normalnie nie komunikują się ze sobą. Oznacza to, że umysł nie porusza się już utartymi ścieżkami, ale tworzy nowe połączenia.

W kulturze zachodniej ayahuasca traktowana jest jako niezwykła substancja chemiczna, którą można wykorzystać w medycynie i w leczeniu różnych chorób oraz uzależnień. W kulturze amazońskiej jest duchem wszystkich duchów, który pomaga ludziom w odnalezieniu ich duchowej ścieżki i  pojednaniu ze wszechświatem.

A czym jest dla pani? W czasie swoich ceremonii chcę połączyć oba podejścia i pomagać ludziom. Dać im jak najwięcej miłości, akceptując to, kim są, aby mogli stać się lepsi i szczęśliwsi. Choć na wiele pozytywnych efektów związanych z wypiciem ayahuaski nie ma konkretnych dowodów, gdyż po prostu trudno je zmierzyć, potwierdzają je uczestnicy ceremonii. Przez dłuższy czas odczuwają większy optymizm, czują się spokojniejsi, połączeni ze światem, który je otacza, i ludźmi. Zrozumiawszy swoje błędy lub pomyłki albo samych siebie, zaczynają bardziej się szanować, okazują więcej miłości bliskim, zwierzętom, często zostają wegetarianami, zaczynają troszczyć się o Matkę Ziemię. Odnajdują też sens życia, który wcześniej w rozpędzonym, nierzadko bardzo destrukcyjnym i pełnym złych emocji życiu, gdzieś się im rozmył. Wracają do źródła miłości, które jest cały czas w nas samych.

Czy brak przygotowania terapeutycznego – wcześniej pracowała pani jako pięlegniarka – jednak nie przeszkadza w przeprowadzaniu ludzi przez te obszary? Szamani też nie kończą studiów psychologicznych lub specjalizacji z psychiatrii, a naukowcy tak naprawdę ciągle nie rozumieją, w jaki sposób działa mózg. Ludzie nazywają mnie szamanką, bo jak oni staram się postrzegać świat i ludzi w duchowy sposób. Widzieć życie i miłość, która jest energią tkwiącą we wszystkim: w ciele, w kamieniach, drzewach, zwierzętach, całej naturze, ale także w niebie i kosmosie. Takie postrzeganie przekracza możliwości zrozumienia przez człowieka na obecnym etapie naszego rozwoju, a także opisania w sposób naukowy. Podstawą do prowadzenia przeze mnie ceremonii jest moje ponadczteroletnie już ich doświadczanie, wcześniej przez wiele lat brałam w nich udział jako uczestniczka. Ostatnio byłam też w Peru, aby u źródła dowiedzieć się, w jaki sposób tradycyjnie się je przeprowadza, oraz spotkać z prawdziwymi szamanami.

To przede wszystkim praca z samym sobą. Nikt za nas jej nie wykona. Ayahuasca może jedynie wskazać kierunek. Ze swojej strony staram się stworzyć każdemu uczestnikowi jak największy komfort i poczucie bezpieczeństwa w procesie, który może być naprawdę trudny.

Z jakimi trudnymi przypadkami spotkała się pani? Ayahuasca jest naturalną medycyną i świętym napojem, więc nie powinna być używana dla rozrywki. Kiedyś przyszła do mnie dziewczyna, która myślała, że będzie miała dobrą zabawę, ale wyszły z niej wszystkie demony, które wcześniej próbowała ukryć.

Jako dość trudny, ale jednocześnie bardzo dla mnie satysfakcjonujący przypadek, wspominam ceremonię z udziałem 30-letniego mężczyzny, który poruszał się na wózku inwalidzkim, gdyż jako nastolatek złamał sobie kręgosłup przy skoku na główkę. Był bardzo agresywny i wulgarny, cała frustracja związana z tym traumatycznym przeżyciem wyświetliła się przed nim jak film. W czasie ceremonii współpracuje ze mną kilka osób, których zadaniem jest wspierać uczestników w przechodzonym procesie. Czujnie wspieraliśmy tego mężczyznę, aby mógł przejść swój proces, nie przeszkadzając pozostałym osobom.

Pamiętam też kobietę, która w młodości była zmuszana do stosunków kazirodczych z bratem, i chyba szukała zapomnienia, więc ostatecznie odesłałam ją na terapię do odpowiedniego specjalisty. Zawsze interweniuję, kiedy czuję, że dla kogoś przychodzenie na ceremonie jest próbą ucieczki od problemu, a nie jego rozwiązania.

Modna rozrywka, która może mieć przykre skutki

Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum) Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum)

Ayahuasca to modny i celebrycki narkotyk. Dzisiaj jest trendy pojechać do Ameryki Południowej i przeżyć seans z użyciem ayahuaski. Pływanie kajakiem na Mazurach jest już nudne, kiedyś może i jechało się pomedytować w Bieszczadach, teraz jedzie się medytować z kamerą do robienia selfie na Malediwy. Tak zwany rozwój jest dziś formą kreacji. Ale to, że ktoś robi sobie selfie podczas medytowania, to jeszcze nic, najgorzej jeśli ktoś eksperymentuje z substancjami, które są właściwe dla określonego kręgu kulturowego. Indianie, którzy od pokoleń korzystają z różnych naturalnych środków psychoaktywnych do kontaktu z Bogiem lub mityczną pamięcią plemienia, są przygotowani na ich działanie i do niego przyzwyczajeni. Natomiast jeśli mieszkaniec Europy chce używać tych substancji głównie do uciech, to taka intencja zostaje bardzo boleśnie ukarana.

Każde pokolenie ma jakąś miejską legendę. Millennialsi mają ayahuaskę, 10 lat wcześniej była ibogaina, a jeszcze wcześniej mieliśmy całą masę innych narkotyków, których nazw już nie chcę tu przytaczać, a które miały nas poprowadzić na skróty do celu. Sam pamiętam, nie jako badacz, ale raczej uczestnik różnych ekscesów, że do końca lat 80. do leczenia schizofrenii stosowano LSD, silny narkotyk halucynogenny. Odstąpiono jednak od tego, bo okazało się, że jeżeli diagnoza była źle przeprowadzona i podawano LSD osobom, które miały epizody psychotyczne, ale nie były zaklasyfikowane jako schizofrenicy, to ten narkotyk wywoływał u nich schizofrenię.

Dzisiejszą modę na ayahuaskę i wiarę w to, że ona coś może poprawić czy wyleczyć, zaliczam do legend typu „ziemia jest płaska” czy „szczepionki trują nasze dzieci”. Robi się duże pieniądze na wmawianiu ludziom, że ayahuasca jest lekiem na wszystkie problemy tego świata. To kompletna bzdura! Na czym opieram tę mocną tezę? Na obserwowaniu twarzy i sposobów artykułowania myśli moich pacjentów, którzy się załapali na różnego rodzaju seanse w krajach Ameryki Południowej. W zeszłym roku miałem trzy takie osoby. Byli to bardzo poważni ludzie, menedżerowie. Nie małolactwo, które trafiło na jakąś grupę w Internecie i postanowiło: „a co tam, spróbuję, będzie fajnie”. Wszyscy pracowali ze mną wcześniej ze swoimi problemami: jedna osoba nad problemem z alkoholem, druga nad życiem osobistym, a trzecia nad podniesieniem sprawności działania. Ich wspólnym mianownikiem było to, że za namową przyjaciół zdecydowali się przeżyć seans z ayahuaską, który miał otworzyć ich umysł na odmienne stany świadomości. Miał być taką właśnie drogą na skróty do otchłani niezgłębionej siły człowieczej, poprzez zażycie jakiegoś psychodelicznego narkotyku. Wszyscy troje trafili do psychiatrów, bo ja nie byłem już w stanie dalej z nimi pracować.

Planeta Ziemia obfituje w całą masę różnego rodzaju substancji psychoaktywnych, które niekoniecznie muszą uzależniać, żeby różnych naiwnych przemielić i wypluć z powrotem, niestety, z poważnymi defektami, głównie psychicznymi.

Psychodeliki są motorem zmian, pytanie: jakich?

Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe) Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe)

Substancje psychodeliczne zawsze były traktowane jako te, które ukazują duszę. Najpierw takie praktyki były czysto szamańskie i związane z duchowością, potem hipisowskie, czyli związane z wolnością (nie tylko seksualną, ale i wolnością w myśleniu), a teraz psychodelikami interesują się naukowcy i chcą je wykorzystywać do badania możliwości ludzkiego mózgu, leczenia uzależnień, depresji czy raka.

Podobno szamani w trakcie ceremonii z użyciem tzw. świętych roślin, w tym ayahuaski, potrafili dokonywać zmian na poziomie DNA. Są koncepcje, które mówią, że gdyby nie rewolucja psychodeliczna lat 70., nie byłoby w ogóle komputerów i Doliny Krzemowej. Steve Jobs przyznał, że zażycie LSD było jednym z najważniejszych doświadczeń w jego życiu, które pozwoliło mu założyć Apple. Stało też za odkryciem komputerowej myszki, która powstała w laboratoriach w Stanford w czasie eksperymentu z halucynogenami. Według najnowszych badań wystarczy jedna dawka LSD, aby doszło do trwających 6 miesięcy zmian w mózgu. Narkotyki i halucynogeny są więc motorem rozwoju sztuki, cywilizacji oraz ludzkiego mózgu. Jakiś czas temu w jednym z artykułów zadałem pytanie, co się stanie, kiedy ta transformująca siła będzie powszechnie dostępna? Które fragmenty naszego mózgu się rozwiną, a które ulegną atrofii?

Prawdopodobnie w ciągu dekady zostaną zalegalizowane narkotyki halucynogenne, co już obowiązuje w Holandii (legalne halucynogenne trufle), Czechach (legalny ayahuascowy kościół Daime) czy USA (legalny Native American Church, gdzie zamiast świętej hostii przyjmuje się w czasie mszy psychoaktywnego peyotla). W 2021 roku dojdzie do legalizacji MDMA, czyli ecstasy, w Stanach Zjednoczonych wchodzi w trzeci etap badań, będzie też uznawane w Europie. Już dziś wykorzystuje się je w terapiach rodzinnych, w leczeniu stresu pourazowego czy alkoholizmu. Z kolei ibogaina jest środkiem wykorzystywanym przy wyciąganiu ludzi z uzależnienia od alkoholu czy heroiny.

Renesans przeżywają dziś nie tylko środki chemiczne, ale  i bardziej naturalne, tradycyjne substancje, jak grzyby halucynogenne, peyotl czy właśnie ayahuasca. Hitem jest tzw. microdosing, czyli używanie w mikrodawkach grzybów halucynogennych czy LSD do zwiększania możliwości ludzkiego umysłu.

Moje zdanie na temat psychodelików, w tym ayahuaski? Oczywiście, że istnieje ryzyko, że zmiany w mózgu pod jej wpływem będą niekorzystne, podobnie jak dzieje się w wypadku zbyt częstego spożywania alkoholu, zbyt częstego grania w gry komputerowe, brania udziału w reality shows czy nadmiaru seksu. Dzięki narkotykom możemy bowiem osiągnąć dwa rodzaje stanów. Pierwszy: odmienne stany świadomości, które osiągamy też wtedy, gdy tracimy nad sobą kontrolę i się wkurzamy albo idziemy w zakupoholizm w centrum handlowym. Drugi to szamański stan świadomości, który jest związany ze świadomym używaniem środków zmieniających świadomość, czyli gdy w pełni kontrolujesz to, co się dzieje.

Powiedzmy, że mam problem do rozwiązania – idę z nim do szamana lub sam potrafię osiągnąć szamański stan świadomości. Wtedy ten środek służy mi do pracy. Jeśli jednak biorę go po to, by się urąbać na imprezie, to jest poważne zagrożenie, że nieźle pomiesza mi się w głowie.

  1. Psychologia

Czy psychoterapia naprawdę leczy duszę?

W dobie pandemii w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w chaosie, odzyskania poczucia sensu życia. (Fot. iStock)
W dobie pandemii w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w chaosie, odzyskania poczucia sensu życia. (Fot. iStock)
Po gloryfikacji intelektu, a potem wierze, że najważniejsze są ciało i czucie – nastał czas duszy. Kim jestem? Jaki jest sens i cel mojego życia? – pytania, które w pewnym momencie zadaje sobie większość z nas, padają coraz częściej także w gabinetach terapeutycznych. Można by powiedzieć: nareszcie, bo psychoterapia oznacza przecież nic innego jak leczenie duszy.

Choć psychologia to nauka o duszy, wymiar duchowy w terapii od czasów Freuda był niedoceniany. Terapeutom wręcz zabraniano poruszania z pacjentem tematów jego duchowości i moralności, bo nie bardzo było wiadomo, co zrobić z tymi informacjami. Od „tych” spraw był duchowny.

Jednak w dobie pandemii, kiedy świat zatrząsł się w posadach, w każdym z nas obudziła się naturalna potrzeba wyciszenia lęku, odnalezienia się w tym chaosie, odzyskania poczucia sensu życia – okazało się, że dotychczas stosowane metody terapii przestały być skuteczne. Zamknięci w domach, odizolowani od innych, pozbawieni oparcia w zewnętrznym świecie, zaczęliśmy szukać go w czymś uniwersalnym, a wiara w coś, co pozwoli przetrwać ten trudny czas, stała się ważniejsza niż wiedza i czucie.

Kiedy choruje dusza

„Psychoterapia zawsze była leczeniem duszy, ale w przyszłości religia i duchowość będzie w niej obecna w sposób bardziej specyficzny i otwarty. Klinicyści włączą religię i duchowość jako standardowy wymiar diagnozy klinicznej, szczególnie jako źródło potencjalnej siły i wsparcia społecznego” – taka oto prognoza znalazła się w opracowaniu „Systemy psychoterapeutyczne. Analiza transteoretyczna” wydanym przez Instytut Psychologii Zdrowia w 2016 roku. I słowo stało się ciałem...

Choć nie ma jeszcze na ten moment wypracowanych i wystandaryzowanych „procedur terapeutycznych”, to terapeuci nie mogą nie reagować na oczekiwania ludzi, którzy przychodzą do gabinetów z prośbą o… – no właśnie, czy na pewno z prośbą o pomoc, raczej z prośbą o wysłuchanie i zrozumienie ich wewnętrznego świata. Jeszcze do niedawna oczekiwali przede wszystkim wskazówek, jak radzić sobie ze swoimi problemami, chcieli „przepracowywać dzieciństwo”, podnosić poczucie własnej wartości czy radzić sobie z toksycznym szefem. Dziś coraz częściej zdarza się usłyszeć: „Nie zgadzam się z twoją interpretacją, posłuchaj, jak ja to widzę, ja wierzę, że to jest tak i tak”. Po okresie zaufania do wiedzy (kult rozumu), po czasach wyniesienia na piedestał czucia (kult emocji) nastała pora wiary – pomaga to, w co człowiek wierzy, że pomaga. Zaczęło się od wiary w rozmaite metody uchronienia się od zachorowania na koronawirusa. Jedni wierzą w homeopatię, inni w oddychanie metodą Wima Hofa, morsowanie czy dietę zgodną wywodzącą się z Tradycyjnej Medycyny Chińskiej.

Storytelling

Mit o wszechmocnym i wszechwiedzącym terapeucie powoli odchodzi w zapomnienie. Ludzie zgłaszający się na terapię bardziej potrzebują słuchacza, który bez oceniania, etykietowania, za to z ciekawością wysłucha ich historii czy sposobów radzenia sobie z pandemiczną rzeczywistością.

Do łask wraca znane, ale dotychczas niedoceniane podejście narracyjne, w ramach którego pacjent snuje swoją opowieść o sobie i o świecie. A terapeuta zapewnia przestrzeń, w której może zaufać, otworzyć się, a nawet zadać pytanie: co o tym myślisz?

Pandemiczna narracja pacjentów często jest właśnie opowieścią ich duszy; w niewielkim stopniu dotyczy codziennych problemów, a jeśli już, to bardziej opowieści o tym, jak sobie z nimi poradzili. Czasami pacjent opowiada o jakimś wydarzeniu z przeszłości, które zdeterminowało jego życie, i swojej wierze w to, że właśnie teraz, kiedy świat wywrócił się do góry nogami, może zmienić ten scenariusz na całkiem inny, zacząć wszystko od nowa. Tematem opowieści często jest miłość, ale nie zawsze jako relacja, bardziej w wymiarze duchowym, jako wartość sama w sobie – miłość do życia albo miłość jako antidotum na lęk. Bywa, że pacjent potrzebuje rozmowy o wierze w coś lub kogoś większego od niego. Pandemia sprawiła, że cała iluzja wielkości, potęgi człowieka rozprysła się jak mydlana bańka, ustępując poczuciu kruchości. W wielu wypadkach potrzeba terapii otwartej na wymiar nie tylko duchowy, ale także religijny. Bywa, że dla pacjenta ma znaczenie, czy i w co wierzy terapeuta, i ma on prawo o to zapytać, a w zależności od odpowiedzi podjąć decyzję o terapii. W rozmowie z pacjentem na temat jego wiary i doświadczenia religijnego najważniejsze jest podejście niedyrektywne, w którym terapeuta staje się towarzyszem, a nie przewodnikiem na drodze pacjenta w poszukiwaniu jego własnej prawdy o sobie i o świecie. Taka zmiana perspektywy z: terapeuta, który wie, i pacjent, który potrzebuje porady, na: pacjent wie lepiej, a terapeuta jest jedynie jego lustrem – potrzebuje czasu, uważności i zaufania.

Opowieści, które snujemy na temat samych siebie i świata, w których wszystko sobie układamy, porządkujemy, wyjaśniamy i próbujemy zrozumieć, są sposobem na ogarnięcie informacyjnego chaosu. Są ważne i nikt nie ma prawa ich kwestionować, ponieważ są głosem naszej duszy. Tak jak kiedyś w dzieciństwie baśnie czy opowieści science fiction pomagały nam zrozumieć świat, dziś indywidualne narracje pozwalają nam poznać samych siebie i odkryć swoje miejsce we Wszechświecie. Bywa, że czujemy pragnienie, by pokazać światu swoją historię: opowiedzieć i zobaczyć ją oczami naszego rozmówcy, zatańczyć, namalować albo przedstawić językiem metafory. To pozwala nam przyjrzeć się z dystansu najpierw naszej narracji, potem naszemu życiu, a na koniec także światu.

Jednym z ćwiczeń duchowych zalecanych przez starożytnych było spojrzenie na wydarzenia na Ziemi z perspektywy gwiazd. To pozwala nam poczuć albo raczej przypomnieć sobie, uwierzyć, że stanowimy jedynie mały punkt we Wszechświecie, w którym panuje ład i porządek, i wszystko się dzieje tak jak być powinno. Być może to jest właśnie remedium na lęk i rdzeń naszego wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa.

Oblicza duchowości

Dla wielu komentatorów pozytywną zmianą w czasach pandemii stało się właśnie odkrywanie duchowości w jej wielorakich postaciach. Ludzie w intuicyjny sposób zaczęli poszukiwać metod radzenia sobie z pandemicznym stresem na przykład poprzez modlitwę czy medytację. Okazało się, że znacząco wzrosło zainteresowanie aplikacjami do medytacji, np. w kwietniu 2020 roku ściągnięto je ponad 10 mln razy. Calm, Headspace czy Meditopia – poprzez ćwiczenia medytacyjne skutecznie pomagały radzić sobie z lękiem i problemami ze snem. Wspólne medytacje online, lekcje jogi, webinary na temat duchowości na portalach społecznościowych, poradniki rozwoju duchowego – nawet ci, którzy do tej pory koncentrowali się przede wszystkim na świecie materialnym, poczuli ciekawość dotyczącą sfery ich ducha. Dotychczasowe problemy dotykające traum z dzieciństwa, toksycznej pracy czy braku satysfakcji w związku odeszły w cień w obliczu pragnienia konfrontacji z prawdą o samym sobie w tu i teraz.

Sposobem kontaktu z duchowością może być również kontakt z naturą, sztuką czy językiem symboli, także poczucie wspólnoty z innymi ludźmi, połączenie duchowe z przodkami czy wartościami rodzinnymi. Zdaniem Wojciecha Bonowicza, poety, publicysty, autora biografii księdza Tischnera, duchowość to wymykanie się utartym ścieżkom, dotykanie sfery niewyrażalnej, czyli tajemnicy, wzruszenie. Duchowość to także obszar, który może łączyć ludzi różnych religii, wierzących i niewierzących.

Ken Wilber, twórca psychologii integralnej, tłumaczy że duchowość wiąże się z każdą ludzką czynnością na jej najwyższym poziomie rozwoju, co oznacza, że człowiek może się realizować i rozwijać duchowo poprzez każdą aktywność, która jest dla niego ważna i w którą angażuje się całym sobą. Duchowość to także (a może przede wszystkim?) kontakt z samym sobą: ze swoją jasną i ciemną stroną, ze swoimi nadziejami, ale także z lękami, z radościami i ze smutkami, ze swoją przeszłością i obawami o przyszłość. To poszukiwanie odpowiedzi na pytania: Kim jestem? Czego nie chcę, a czego chcę? Dokąd zmierzam? Jaki jest sens i cel mojego życia?

Skoro pacjenci pytają dziś terapeutów o to, w co wierzą, może niedługo podobnie będziemy zaczynać rozmowę z nowo poznaną osobą. Zamiast: Czym się zajmujesz? Gdzie mieszkasz? albo: Gdzie byłeś na wakcjach?

Masz prawo

Ostatni rok zmienił oczekiwania pacjentów wobec terapii. Pamiętaj zatem, że:
  • Dylematy duchowe są równie ważne jak problemy codziennego życia i masz prawo poruszać je na sesji.
  • Masz prawo zapytać terapeutę, czy jest wierzący i czy gotów jest wysłuchać twojej duchowej opowieści.
  • Jeśli potrzebujesz terapii bardziej „dla duszy” niż „dla głowy”, masz prawo wybrać terapeutę pracującego w nurcie humanistycznym, psychologii procesu albo takiego, który łączy w swojej pracy wiele metod (terapia eklektyczna).

  1. Psychologia

Brak miłości, nieudane związki - jakie korzyści może dać psychoterapia?

Wiele
Wiele "miłosnych" schematów trudno jest przepracować bez pomocy terapeuty, co pokazują zresztą poniższe historie. Nieraz wystarczy kilka spotkań, żeby "coś" w sobie otworzyć. Często jednak trzeba przygotować się na dłuższą pracę. (fot. iStock)
Dlaczego nikt mnie nie kocha? Dlaczego wciąż spotykam egoistów i maminsynków? Dwa lata temu takie pytania zadawali sobie Monika, Tomek i Ada. Dzisiaj kochają i są kochani. Cud? Szczęśliwy traf? Nie. Praca nad sobą pod okiem terapeuty. To dzięki temu otworzyli się na miłość.

Trzy lata temu Monika, 37-letnia wykładowczyni socjologii o urodzie Moniki Bellucci, wpatrywała się w telefon, czekając na wiadomość. Umówiła się z Markiem, że przyjedzie po nią i pojadą do kina. Nie odbierał telefonu. Po godzinie przysłał wiadomość, że jest u kolegi i da znać, jak wyjdzie. Odezwał się po dwóch dniach, jak gdyby nigdy nic. Była do tego przyzwyczajona. W końcu Marek nie po raz pierwszy wystawił ją do wiatru w ciągu ostatniego roku, czyli od momentu, w którym poznali się na portalu randkowym.

– Zawsze to ja rzucałam faceta, gdy czułam, że to nie jest związek dla mnie – opowiada Monika. – Marka nie udawało mi się zostawić, choć mówił mi wprost, że nic z tego nie będzie. Nawet jak zorientowałam się, że takich adoratorek jak ja ma kilka, też nie potrafiłam wybić go sobie z głowy. Jak ulał pasował do mnie żart z filmu braci Marx: „Ta kobieta zachowuje się jak idiotka i wygląda jak idiotka, ale niech to nikogo nie zmyli: ona jest idiotką!”.

Monika znała rozmaite teorie psychologiczne, miała świadomość, że całe jej życie miłosne przebiega pod znakiem lęku przed bliskością. Ba, wiedziała nawet, że źródło tkwi w relacji z ojcem.

– Od dziecka bałam się go i walczyłam z nim, prowokowałam i nienawidziłam, gdy mnie karał – opowiada. – Ojciec był też kochający i uroczy, więc nic dziwnego, że w dorosłym życiu tworzyłam związki typu „dwoje na huśtawce”. I wybierałam facetów, z którymi mogłam mieć na zmianę przyciąganie i odpychanie. A jak któryś chciał stabilizacji, to nieświadomie prowokowałam go, żeby mieć pretekst do odejścia.

Dlaczego więc Monika, mimo wiedzy na temat swoich miłosnych mechanizmów, nie potrafiła się od nich wyzwolić? Bo zmiana czegoś, co zapisało się w naszym umyśle w pierwszych latach życia i utrwalało przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt, wymaga nie lada wysiłku. To tak, jakbyśmy chcieli, by na ścieżce, którą przez 30 lat chodzili ludzie, nagle wyrosły stokrotki. Musimy się napracować, żeby to osiągnąć. Często pierwszym krokiem jest zasięgniecie rady kogoś, kto zna się na trawnikach i hodowli kwiatów.

Czas pozwolić sobie na wszystkie odczucia

Monika trafiła do psychoanalityka poleconego przez koleżankę. – Przez pierwszy rok chodziłam na analizę pięć razy w tygodniu – opowiada. – Czasami jechałam przez całe miasto tylko po to, żeby opowiedzieć sen o wampirach i usłyszeć: „dziękuję” w momencie, gdy mówiłam, że jeden z nich miał twarz ojca z fotografii z młodości. Wychodziłam i przez resztę dnia zastanawiałam się, co to znaczy. Z boku wyglądało to na szaleństwo, ale ja byłam pewna: to musi zadziałać. Niezwykłe, choć może lepiej powiedzieć: niezwykle bolesne, było też to, jak przeżywałam historie, które opowiadałam wcześniej wiele razy i wydawało się, że nie robią już na mnie wrażenia. Na przykład o tym, że ojciec mnie uderzył, gdy nie posłuchałam go i nie zwolniłam rowerem na zakręcie i prawie wpadłam pod autobus. Miałam wtedy sześć lat. Na analizie wróciły do mnie wszystkie uczucia, które tłumiłam przez lata. Ryczałam jak bóbr, choć do tej pory płakałam tylko w samotności. Pozwalałam sobie na odczuwanie bezradności, strachu, przerażenia, nienawiści. Ale też czułości, zrozumienia, otwartości na ludzi, akceptacji siebie i innych, cierpliwości.

Na tym polega siła psychoanalizy: ponownie przeżywając traumy, pod okiem doświadczonego analityka i jako dorośli ludzie, mamy szansę się od nich uwolnić. Oczyścić naszą nieświadomość z tego, co nas unieszczęśliwia. Stworzyć przestrzeń do działań, które dają spełnienie i satysfakcję. U Moniki oznaką zmiany było to, że po pół roku analizy przestał ją obchodzić Marek.

– Wtedy zobaczyłam, że wokół mnie są fajni faceci – opowiada Monika. – Jednym z nich był mój przyjaciel. Nagle zaiskrzyło między nami i od dwóch lat jesteśmy razem. Za trzy miesiące bierzemy ślub. Owszem, to nie bułka z masłem, bo ja wciąż walczę ze swoimi lękami i chęcią prowokowania napięć. Ale to mężczyzna, którego naprawdę kocham. Jestem pewna: nie byłoby to możliwe bez psychoanalizy.

Złamanie schematów i zasad

Ada, 34-letnia montażystka, dwa lata temu miała krótką fryzurkę w stylu lat 20., pracę przy serialu, ambitne plany zawodowe i przekonanie, że najpierw musi wzmocnić swoją pozycję zawodową, a dopiero potem myśleć o związku. Bo tak się działo w jej życiu, że zakochiwała się wtedy, gdy odnosiła sukcesy. Jej mantrą było: „Najpierw stanąć na nogi, potem chodzić na randki”.

Rok później Ada wciąż miała krótkie czarne włosy, choć na fryzjera wydała ostatnie pieniądze. Nie miała już pracy w telewizji ani mieszkania w centrum. W ramach oszczędności wynajęła pokój na obrzeżach miasta. Miała kredyt do spłacenia i coraz większy lęk, że życie ją przerasta. Zazdrościła koleżankom w związkach, że nie muszą same zmagać się z rzeczywistością. Ona mogła liczyć tylko na siebie. W dobrych czasach, gdy było ją stać na taksówki, restauracje i wakacje w Maroku, samotność jej nie doskwierała. Teraz, wracając nocnym autobusem z imprezy, z zazdrością patrzyła na pary trzymające się za ręce.

Do terapeutki trafiła bynajmniej nie z powodu tęsknoty za męskim ramieniem. Wysiadło jej kolano. Nie był to żaden uraz ani choroba. Wiedziała, że to z napięcia, bo za kilka dni miała mieć poważną rozmowę o pracę i strasznie się bała, że się nie uda.

– Pomyślałam: to znak, że jest ze mną źle – tłumaczy Ada. – W desperacji pożyczyłam pieniądze od współlokatorki i poszłam do terapeutki, która bardzo pomogła mojej koleżance. Wiedziałam, czego chcę: wzmocnienia i tego, by życie ruszyło z miejsca.

Dwie sesje po trzy godziny zrobiły swoje. – Czułam się tak, jakbym przestawiła sobie zwrotnice w mózgu – śmieje się Ada. – Tak, by uwagę kierować na to, co pozytywne, wzmacniające i twórcze. Miałam jasność: to, jak się czuję, zależy ode mnie. Mogę sobie pozwolić na przygnębienie, biczowanie się, że jestem beznadziejna i wszyscy inni mają lepiej. A mogę też cieszyć się tym, co jest. Skoro i tak mam długi i nie stać mnie na fryzjera, to po co się dodatkowo tym zadręczać? Czy nie lepiej pójść na spacer i radować się widokiem zieleni? Lepiej. No to szłam na spacer.

Szła tym chętniej, że na przechadzki wyciągał ją Jacek, przystojny i uznany w środowisku reżyser. Kręcił się koło niej od dwóch miesięcy. Wcześniej ani myślała zajmować sobie głowę amorami. Przecież musiała skupiać się na szukaniu pracy. – A teraz pomyślałam: co mi szkodzi spotykać się z ciekawym facetem? – opowiada Ada. – Przecież nie muszę ani iść z nim do łóżka, ani do ołtarza. Trochę było w tym też przekory, bo nie dość, że koleżanki ostrzegały mnie przed nim: „to narcyz, który wyniszcza kobiety”, to jeszcze randkowanie w sytuacji, gdy nie mam pracy i pieniędzy, było wbrew moim zasadom.

Jak się okazało, w miłości dobrze jest wyjść poza schematy. Zwłaszcza te, które usztywniają nasze myślenie (jak: „najpierw muszę znaleźć pracę, a potem chodzić na randki”) i zakładają klapki na oczy. Wizyta u coacha pomogła Adzie popatrzeć na siebie i swoją sytuację świeżym okiem. Dostrzec nowe możliwości i zastosować inne metody działania. – Jestem pewna, że bez tego nie zdecydowałabym się na randki z trudnym facetem, jakim bez wątpienia jest Jacek – mówi Ada. – No i nie byłabym od sześciu miesięcy w fajnym związku. Bo wbrew ostrzeżeniom życzliwych, okazał się delikatnym i wrażliwym facetem. Nie wiem, czy to facet na całe życie, ale bycie z nim daje mi radość i siłę. A tego potrzebuję, zwłaszcza teraz, gdy moja sytuacja zawodowa wciąż jest chwiejna. Choć powoli się poprawia. Nie wiem, czy więcej zleceń to efekt sesji, czy tego, że jestem bardziej pewna siebie i zadowolona z życia. Jest jeszcze jeden plus sytuacji: Jackowi podoba się, że zapuszczam włosy i uwielbia mnie w kucyku. Więc przy okazji oszczędzam na fryzjerze.

Warto zawalczyć o siebie

– Nic nie mogę znaleźć, bo Mikołaj robił wczoraj porządki w kuchni – gdera Tomasz, 30-letni scenarzysta, szukając zielonej herbaty. Z 28-letnim anglistą, którego poznał 10 miesięcy wcześniej, miesiąc temu wynajęli mieszkanie i wciąż je urządzają. Tomasz narzeka, ale jest szczęśliwy. – Czasami trudno mi uwierzyć, że mam swój dom – mówi Tomasz. – A tak naprawdę kogoś, z kim tworzę ten dom. Bo choć to brzmi trochę pompatycznie, to ja traktuję Mikołaja jak najbliższą rodzinę.

Swoistym przygotowaniem do życia w tej rodzinie była dla Tomasza psychoterapia. Poszedł na nią dwa lata temu, bynajmniej nie z powodu miłosnych zawodów czy samotności. Odpowiadały mu przygody i romanse, które szybko się kończyły. Bez darcia szat i ran. – Uważałem, że nie nadaję się do związku i tak naprawdę go nie potrzebuję – mówi. – Nie lubiłem, jak ktoś mi się kręcił po mieszkaniu.

Poszedł do psychoterapeuty analitycznego, poleconego przez przyjaciółkę, bo czuł się zablokowany twórczo. – Rozmawialiśmy o moim pisaniu i apatii, ale „ojciec prowadzący” z uporem maniaka powtarzał: „Panie Tomaszu, panu przydałby się jakiś facet na żonę. Pan by pisał, a on by robił panu herbatę i podawał ciasteczka” – opowiada Tomasz. – Myślałem: „facet, co ty gadasz?!”, ale gdy poznałem Mikołaja, nie miałem oporów, żeby zaprosić go do siebie. Na moje wątpliwości, że to pewnie nie wyjdzie, psychoterapeuta odpowiadał: „Co panu szkodzi, najwyżej go pan rzuci”. To brzmiało cynicznie, ale może dlatego przekonująco dla takiego neurotyka jak ja. Mój psychoterapeuta zachęcał mnie też do tego, żebym powiedział matce, że jestem gejem i że związałem się z Mikołajem. Wcześniej myślałem: „to nie jej sprawa, z kim sypiam”. Ale jak w końcu jej powiedziałem, poczułem się tak, jakby odpadł mi obowiązek udawania kogoś, kim nie jestem. Także udawania przed sobą, że fajnie jest być samemu.

– Dla mnie pójście na psychoterapię oznaczało, że się nie poddaję, że walczę o siebie – dodaje Tomasz. – Teraz nie tylko jestem bardziej pewny swoich możliwości, odblokowany twórczo i szczęśliwie zakochany, ale też mam świadomość, że jak się pracuje nad sobą, to ma się efekty. Czasami takie, których się nie spodziewasz, a które są tym, czego naprawdę pragniesz.

  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi? Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano. Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania? Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia? No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek… …który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą? Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy? To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie… Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego. Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach. Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”. Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy. Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem? Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.