1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Medytacja z Nityą - przyjrzyj się relacjom, które najbardziej cię bolą

Medytacja z Nityą - przyjrzyj się relacjom, które najbardziej cię bolą

W relacjach najwyraźniej można zobaczyć, jak tworzy się i manifestuje identyfikacja osobowa. To też najlepszy sposób weryfikacji naszych przywiązań i mechanizmów. (Fot. iStock)
W relacjach najwyraźniej można zobaczyć, jak tworzy się i manifestuje identyfikacja osobowa. To też najlepszy sposób weryfikacji naszych przywiązań i mechanizmów. (Fot. iStock)
Relacje to najlepszy sposób weryfikacji naszych przywiązań i mechanizmów. Potrafią dobitnie pokazać w co wierzymy i jakim przekonaniom podlegamy. Nauczycielka medytacji Nitya Patrycja Pruchnik proponuje by przyjrzeć się tym, które najbardziej bolą.

Tworzenie "osoby"

W relacjach bodaj najwyraźniej można zobaczyć, jak tworzy się i manifestuje identyfikacja osobowa. To dzięki nim na przykład możesz się przyjrzeć mechanizmowi projekcji, kiedy przerzucasz własne wyobrażenia i oczekiwania na kogoś, kto nie potrafi im sprostać. Czyli tworzysz jakąś „osobę” podług swojego konceptu, a następnie obwiniasz ją o to, że wcale tą „osobą” nie jest. To właśnie w związkach ujawnia się też mechanizm kryjący się za byciem ofiarą bądź katem, czyli niemal automatycznego przybierania postawy osoby poszkodowanej lub atakującej. Nieświadomie reagujemy pod dyktando tych mechanizmów. Bezrefleksyjnie wierzymy, że świat przydarza się nam jako oddzielnym jednostkom, co pociąga za sobą konieczność bronienia się albo karania. Mechanizm tworzy nawyk, który bardzo głęboko zakorzenia się w naszym ciele i umyśle. Uważamy, że odzwierciedla on nas samych, utożsamiamy się z nim, jemu podporządkowane są nasze zachowania. Ale czy to naprawdę nasza tożsamość? Obsesyjnie podążamy za zaspokojeniem wewnętrznego poczucia braku i niekompletności na zewnątrz, na przykład w partnerze. W związkach znajduje odzwierciedlenie wiara w to, że druga „osoba” z definicji „powinna” zaspokajać nasze potrzeby. Nieświadomie żądamy od niej określonego zachowania, a jeśli się to nie udaje, odchodzimy, obrażamy się, manipulujemy czy też stosujemy przemoc. Wszystko to nieświadomie wymuszamy, próbując zaspokoić potrzebę bycia kochanym, bezpiecznym, docenionym, ważnym. Czasem popadamy z tego powodu w ogromną frustrację, smutek, a nawet w depresję.

A teraz…

Chciałabym, abyś świadomie przyglądał się temu, co kontakt z drugim człowiekiem w tobie uruchamia. Jeśli nie jesteś teraz w relacji partnerskiej, nie szkodzi; zadanie to dotyczy każdej relacji i każdego człowieka z twojego otoczenia: szefa, podwładnego, rodziców, siostry, nauczyciela, sąsiada itd. Zwróć uwagę na takie momenty, w których reagujesz odruchowo, czujesz automatyczne pobudzenie myśli i emocji. Nie chodzi mi o analizowanie zdarzeń, lecz wyłącznie o nieoceniającą samoobserwację. Spróbuj przyglądać się sobie w taki sposób przez cały dzień. Gdy pojawią się silne emocje bądź oceny, zapytaj, „kto”, „co” czuje się tak źle bądź dobrze. „Co” doświadcza tychże myśli bądź emocji? Zauważ reakcję na ludzi, którzy nie wiedzieć czemu nagle przyprawiają cię o ból głowy, zauważ, kiedy próbujesz nadmiernie przypodobać się innym. Przypatrz się, jaka narracja pojawia się wówczas w twojej głowie. Jaką przyjmujesz postawę, czego próbujesz bronić, jak chcesz być postrzegany? Obserwuj w szczególności niewygodne momenty, w których nagle usłyszysz w głowie oceniający głos. Zauważ, jak reagujesz, kiedy usłyszysz od kogoś komplement, a jak wtedy, gdy jego słowa lub czyny sprawiają ci przykrość.

Praktyka pochodzi z książki: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się – z inspiracji swojego mistrza Mooji’ego – rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wpływ rodziców na związek. Rozmowa z Katarzyną Miller

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
O tym, jak ważne jest, by zminimalizować wpływ rodziców na swój związek, ale też zdać sobie sprawę z tego, że dom nosimy zawsze w sobie – z psycholog Katarzyną Miller rozmawia Joanna Olekszyk.

Niektórzy porównują związek do podróży. Jak często wybieramy się w nią na jednym wózku z rodzicami? Bardzo często, dlatego powinniśmy ich z tego wózka jak najszybciej wysadzić.

Z drugiej strony psychoanaliza mówi, że dzieciństwo ma wielki wpływ na to, jacy jesteśmy, więc wprawdzie wysadzić rodziców z wózka powinniśmy, ale czy i tak nie będą na nim siedzieć w archetypicznym wymiarze? Ja mam na myśli to, żeby podziękować rodzicom za to, co nam dali, i dalej pójść swoją drogą. Ale masz rację, z rodzicami jesteśmy związani na zawsze. Poza tym dzieci bardzo często chcą, by rodzice jak najdłużej na nich coś łożyli: pieniądze, opiekę, uwagę. To są dzieci nie do końca wypuszczone spod skrzydeł, przyzwyczajone do bezwolności, które na przykład chcą, żeby ich matki opiekowały się ich dziećmi. To, jaka ilość kobiet w Polsce jest na etatach babć, jest nie do uwierzenia. Na pewno jedną z przyczyn stanowi to, że nadal jesteśmy trochę za biedni, by pozwolić sobie na opiekunkę do dziecka. Z jednej strony dziadkowie dają wnukom wiele dobrego i są przeciwwagą dla rodziców, z drugiej robią im też wiele krzywdy, a to rozpieszczają, a to wkładają do głowy dziwne rzeczy... Ja na przykład miałam paskudną babcię, i to jedyną, jaką znałam. Dewotka, nic jej nie obchodziło, tylko zdanie księży. Rzymski katolicyzm bardzo się dokłada do naszych złych wspomnień z dzieciństwa, jest dosyć histeryczny i bardzo emocjonalny, no i często prowadzi do obłudy, typowo polskiej dulszczyzny.

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? Po prostu ich lubić, nie jakoś bardzo, ale wystarczająco, czyli bardziej lubić niż nie lubić. Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre. Jeśli tylko znajdziesz coś fajnego w swojej mamie, tacie, teściu czy teściowej, to doceń to i powiedz na głos. Przecież spędzisz z nimi kawał życia – wspólnie tkacie dywan, po którym będziecie razem chodzić. Tkajcie go więc w ładnych kolorach, choć wiadomo, że w miarę używania trafi się też brzydka plama. Jeśli nic dobrego nie możesz powiedzieć o teściowej, to chociaż jej podziękuj: „Dziękuję ci za twojego syna”. Oczywiście wiele babek się zapiera, że nie będą mówiły innym czegoś miłego, bo oni im też nie mówią. Albo się zrażają: „Ja mu to już raz powiedziałam, ale on nie zareagował, więc przestałam”. Nie można przestawać, trzeba kontynuować. Jeśli cokolwiek chcesz osiągnąć, to musisz to robić wytrwale. Przecież jak się chcesz nauczyć jeździć, to trzeba się do tego na początku zmusić i regularnie powtarzać. Zmuszasz się, żeby się czegoś nauczyć, bo ci na tym zależy. A na relacjach ci nie zależy?

Do związku wnosimy też często naszego wewnętrznego rodzica... Boże, ile osób bierze udział w jednym związku! Moi rodzice, jego rodzice, nasi rodzice wewnętrzni, a do tego byli partnerzy. Seks łączy nas jak więzy krwi.

Jak często rodzic wewnętrzny okazuje się podobny do prawdziwego rodzica? Bardzo często. Mało tego, jeszcze częściej partner jest podobny do tego naszego wewnętrznego rodzica. Super, jeśli to jest ciepły rodzic, gorzej jeśli sekujący.

Sami wybieramy sobie takiego partnera? Oczywiście. Ludzie nieustannie mylą się w jednej sprawie: wydaje im się, że w życiu dokonują określonych wyborów, łącznie z wyborem partnera, by lepiej się poczuć. Otóż nie, my chcemy się czuć tak, jak czuliśmy się w domu – bo to już znamy, to jest bezpieczne. Owszem, jeżeli ktoś się napracuje, to może sobie ofiarować nowy start, z którym będzie dużo bardziej szczęśliwy, ale musi być dla siebie na tyle ważny, żeby mu się chciało i żeby nie zaprzestać tego wysiłku.

Czyli znów konsekwencja. Tak jest. Ja na przykład po latach zdałam sobie sprawę z tego, że facet, z którym jestem już bardzo długo, czyli mój Edek, często dowala mi tak jak moja mamusia. Kiedy to zrozumiałam i sobie ponazywałam, nagle zaczęłam zupełnie inaczej ustawiać to nasze wspólne życie. Przede wszystkim przestałam cierpieć – bo my zawsze cierpimy na własne życzenie. Skoro więc chcę z nim nadal być, to muszę zmienić coś w sobie, w moim podejściu. Zdać sobie sprawę z tego, że niby się z mamusią rozstałam, ale za to szybko podrzuciłam ją w jego skórę. Dalej ją sobie funduję, na własne życzenie. Jego zachowania interpretuję jako krzywdę, bo to samo robiła mi mama. Poza tym ja go prowokuję. Oczywiście on gra też w swoją grę. Ale jeśli ja się wycofam, to on też przestanie.

Czyli jest pewna prawda w twierdzeniu, że dobieramy sobie partnerów takich jak nasi rodzice? Pewnie, że jest. Ktoś powie: „Ale moja mama była gospodarna, a moja żona nie jest”. No ale gospodarność nie musi być tą najważniejszą rzeczą, może jest podobna w innych.

A czy wybieramy sobie partnerów podobnych do rodzica, z którym byliśmy bardziej związani, czy z którym się częściej kłóciliśmy? Kwestia, z kim byliśmy bardziej związani, jest dość skomplikowana. Wiesz, jaka jest psychoterapeutyczna prawda? Że jeśli najpierw przepracujesz rodzica, z którym twoim zdaniem było ci gorzej, to potem okazuje się, że z tym drugim też tak wesoło nie było. Kiedy rodzice się często kłócą, to nie dają się zaakceptować jako para. Jako dziecko musimy wybrać, czyją stronę bierzemy. Więc decydujemy i potem ładujemy pozytywy w tę jedną osobę, a drugą zaczynamy odsądzać od czci i wiary.

Chcemy udowodnić sobie, że dobrze wybraliśmy... A potem po latach okazuje się, że nie było wcale tak czarno-biało. To są czasem wstrząsające odkrycia. Moja przyjaciółka po kilkuletniej terapii zrozumiała, że jej biedna mama, uciemiężona żona alkoholika, tak naprawdę leżała na swoich dzieciach, żądała od nich współczucia i każde w pewien sposób skrzywdziła. Podczas gdy tata był ciepłą, fajną osobą, którą ona też stopniowo wykańczała, może i tak by pił, ale na pewno przez jej historię cierpiętnictwa nie miał szansy się przebić ze swoją.

Ja dokonałam dobrego wyboru w dzieciństwie, czyli przyznałam rację tacie, ale po latach, jak przepracowałam sobie konflikty rodziców, dostrzegłam w tym wszystkim też winę taty. Mama miała więc podstawy – jako kobieta – by go nie do końca uszanować.

Edka wybrałaś jednak kluczem mamy? Nie do końca, on ma też dużo z mojego taty. Ja dzięki ojcu mam bardzo dobre relacje z mężczyznami, bo stoję za sobą i nigdy się im nie daję. Potrafię być wredna, nie przeraża mnie, gdy ktoś tak o mnie mówi. Choć w sumie to nie jestem wredna, ja po prostu umiem o siebie zawalczyć. Natomiast w związku z Edkiem na początku zachowałam to cierpiętnictwo, które wyniosłam z domu, cierpiętnictwo mojej mamy. Ale już się go pozbyłam.

Chcemy wyjść z domu, lecz ciągle go w sobie nosimy. Tak, to odwieczny paradoks. Nie możemy się całkowicie odciąć od tego, co znamy z domu, bo to dół góry lodowej nas trzyma, nie góra – dół, czyli to wszystko, co w nas nieuświadomione, ukryte. Poza tym rodzice często nie chcą wypuścić nas na wolność i ciągniemy ich za sobą w postaci ogona. Dlatego gdy jesteś pierwszy raz w domu swojego chłopaka, patrz na jego rodziców. Jeśli tatuś jest kapeć, a mamusia po nim jeździ, to twój chłop prawdopodobnie będzie chciał, żebyś to ty była tą silną stroną w związku, która go niesie, a w dodatku ubóstwia. Jeśli tatuś jest macho i rozstawia rodzinę po kątach, zobacz, jak traktuje syna. Jeśli go gnoi, to jest to zniszczone dziecko, a jeśli syn jest do niego podobny i tatuś jest z niego dumny, gadają sobie o osiągnięciach, a mama lata dookoła stołu – to ty będziesz miała tak samo. Albo może być tak, że jego rodzice są ze sobą mocno związani, a on jest gdzieś z boku – wtedy dostałaś od losu małego, niedokochanego chłopczyka, który będzie się czepiał twojej spódnicy. Oczywiście przyszli teściowie mogą okazać się bardzo fajnymi i sympatycznymi ludźmi, ale i tak zobaczysz w nich coś, co ci się nie spodoba. Co nie znaczy, że masz każdego chłopaka z tego powodu odrzucać...

Wystarczy, że pomyślisz o swoich rodzicach... No właśnie, zastanów się, co on zobaczy, jak przyjdzie do ciebie. Z każdym facetem warto bardzo jasno porozmawiać o rodzicach – swoich i jego. Na pewno wasz związek ma być ważniejszy niż związek z rodzicami. Bardzo wiele dorosłych dzieci jest uwikłanych w różne zaszłości. Oczywiście jeśli chcesz szukać tylko takiego, który jest samodzielny, to możesz długo szukać. Masz takiego, jakiego masz, jeśli cię nie gnębi, nie poniża, nie nadużywa – to z jego psychologicznymi problemami można sobie poradzić. Ty też pewnie masz jakieś swoje.

Może byłoby nam łatwiej w związkach, gdybyśmy od razu sobie to mówili: „Słuchaj, nie będzie ci ze mną łatwo, mam skomplikowaną relację z mamą, ojciec był w moim życiu praktycznie nieobecny, do tego w mojej rodzinie kiepsko jest z komunikacją”. Kiedy miałam kilkanaście lat i zakolegowywałam się z chłopakami albo zaczynałam z jakimś chodzić, to my sobie o tym wszystkim mówiliśmy, i to bardzo szczerze. Nastolatki są bardzo uczciwe wobec siebie i takie wyznania bardzo ich do siebie zbliżają. Mają o czym porozmawiać, mogą sobie powspółczuć, wysłuchać się nawzajem, pośmiać się z tego i też to unieważnić, powiedzieć: „Daj sobie spokój z matką, mamy siebie”.

Bardzo czule wspominam chłopaka, z którym byłam od siódmej klasy – strasznie nas połączyło to, że mogliśmy sobie pourągać na nasze mamuśki. Wiedział, co ja z moją przechodzę, pocieszał mnie, rozumiał i stawał w mojej obronie. Był moim rycerzem, moją tarczą przed domowym chłodem. Oczywiście, że wolałabym mieć fajniejszą mamę, która by powiedziała: „Wpadnij kiedyś na herbatę” czy „Nie łaźcie tyle po ulicach, posiedźcie sobie w domu”, bo my ciągle chodziliśmy, a to do kina, a to do parku, bo w domu nie było nam wolno. Jak patrzę, jak moja sąsiadka przyjmuje kolegów swojego syna na korytarzu, to zawsze sobie myślę: „Boże, to jak oni tam przyjmą przyszłą synową?”.

Poza tym jeśli ona nie zna jego znajomych, to jakby nie znała jego... ...a on czuje się tak, jakby nie miał domu, nie uczy się, jak przyjmować gości, jak zapraszać ich do siebie, jak zapytać, co im potrzeba. No, jak się dostaniesz do takiego domu, dziewczyno...

…przyjmą cię w korytarzu. Albo sprawią, że tak się poczujesz.

Może wtedy zrozumiesz, jak on miał z nimi ciężko... ...i zaczniesz mu współczuć. Chciałam przestrzec kobiety przed dwiema rzeczami. Po pierwsze, żeby za bardzo nie żałowały swoich ukochanych, bo będą im matkowały, a do tego babki mają niesłychaną tendencję. Po drugie, aby za bardzo nie chciały, żeby to on im wyrównał to, czego nie dostały w dzieciństwie. I jeszcze jedno – żeby nie marzyły o tym, że teściowa będzie ich mamą. A marzą. To znaczy te, które mają niedobrą mamę. Jak mają naprawdę fajną, to myślą, że żadna inna nie będzie lepsza, więc wychodzą za mąż razem ze swoją mamusią. Natomiast jak mają niedobrą, to marzą, że teściowa im to wynagrodzi. Oczywiście zdarzają się fajne teściowe, ale i tak żadna nie będzie twoją matką. Jest taka zmyła w mówieniu do teściowej „mamo”...

No właśnie, zalecasz czy przestrzegasz przed tym? Obecnie jest tendencja do mówienia po imieniu i to jest dobra tendencja. Według mnie słowo „mama” można mówić tylko do jednej osoby w życiu. Oczywiście można komuś powiedzieć: „Chciałabym, żebyś była moją mamą”, ale to zawsze jest tylko zastępstwo, czyli inna kobieta się nami opiekuje w imieniu mamy.

Matki często mają idealną wizję partnerki dla swojego syna i czasem on z taką dziewczyną rzeczywiście się wiąże, tylko potem coś im nie wychodzi, on ma już nową, a mama nadal wzdycha do tamtej. I często nadal się z nią przyjaźni.

No ale czy ona rzeczywiście wybiera wtedy idealną dziewczynę dla syna, czy raczej dla siebie? Raczej dla siebie, czasem podobną do niej, czasem taką, jaką chciałaby być. To naturalne i ludzkie, a czasem nieświadome. Na pewno jak się zakolegowałaś ze swoją byłą teściową, to nadal się z nią koleguj. Przecież to nikomu nie szkodzi, a jest więcej sympatii w świecie. Dlatego tak lubię francuską literaturę i filmy, w których aż roi się od podobnych relacji, gdzie była żona mojego faceta jedzie z nami na wakacje i w dodatku wszyscy się lubimy. Ale to jest możliwe tylko przy wysokim stopniu świadomości i akceptacji tego, że wszyscy jesteśmy zarówno fajni, jak i ułomni.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Miłość na skróty? Nie, dziękuję. Jak zbudować solidną i długotrwałą relację?

Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. (Fot. iStock)
Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. (Fot. iStock)
Szybko, mocno, piorunem. Kochamy się na skróty. Szukamy łatwych błyskotek, szybkich podniet. A potem gryziemy z bólu palce i płaczemy samotni. Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. Ale do tego trzeba mieć odwagę.

Kontakt z Internetu, randka przy butelce wina. Seks jak najbardziej „w porządku”,  a znajomość się nie rozwinęła. Do drugiej randki nie doszło, za daleko trzeba by dojeżdżać. On się już nie odezwał, ona zapomniała, jak miał na imię. Robert chyba.

– Takie znajomości w naszych czasach to nic niezwykłego – uważa psycholog Katarzyna Platowska. – Makdonaldyzacja życia sprawia, że jesteśmy nastawieni do niego konsumpcyjnie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Etap wzajemnego poznawania partnerów i dochodzenia do decyzji: „chcę iść z tobą do łóżka” – uległ w ostatniej dekadzie wyraźnemu skróceniu. Dawniej mężczyznę wybierano z wielką starannością, bo „do żeniaczki”, na wiele lat. Dziś szukamy partnera na… kilka orgazmów. Oczekujemy – jak przystało na członków konsumpcyjnego społeczeństwa – że ma być po prostu przyjemnie. W końcu: „Jesteśmy tego warci!”.

Dorosłe dzieci

Pragnienie miłości? Bycie na topie? Rozładowanie napięcia seksualnego? W szybkiej decyzji o seksie kryje się jeszcze coś – tęsknota za doskonałością dzieciństwa.

– Seks jest podświadomym sposobem dorosłych ludzi na powrót do symbiozy, którą przeżywaliśmy jako dziecko z matką i za którą w głębi duszy tęsknimy – uważa Anna Gawkowska, psycholog i terapeutka. – Aby poczuć tę symbiozę, dostać namiastkę bliskości i miłości, śpieszymy się do łóżka. Tyle że szybkość zdarzeń i fakt, że już na pierwszej randce zanurkujemy pod wspólną kołdrę, tego nie zagwarantuje. Z reguły okazuje się, że po jakimś czasie, zwykle niedługim, związek i tak się rozpada.

– Jeśli nie jesteśmy w stanie być ze sobą blisko emocjonalnie, to osiągnięta przez seks symbioza nie da nam spełnienia, jest tylko fizyczna i na krótko zaspokoi nasze ciało. Kiedy więc pożądanie gaśnie, relacja kuleje i skutecznie się rozpada – podkreśla Gawkowska.

Wniosek? Mało popularny i niemodny: poczekać, bliżej się poznać, iść do łóżka dopiero wtedy, kiedy przekonamy się, że partnerowi naprawdę na nas zależy, że jesteśmy dla niego ważni jako człowiek. W przeciwnym razie będziemy jedynie „zaliczać się nawzajem”, seks będzie wartością samą w sobie, a nie kolejnym krokiem ku relacji i bliskości.

Zawrotna szybkość łóżek

Chcielibyśmy zbudować solidną i długotrwałą relację, ale… zapomnieliśmy, jak to się robi. Oto kolejny problem nowoczesnej miłości. Nie potrafimy budować związku, przejść wszystkich etapów, które są konieczne, by się poznać. Przykład. Beata i Jurek zaczęli bardzo nowocześnie: na randkowym portalu, spodobali się sobie na zdjęciach, potem wymienili się numerami komórek. I już pierwszy sms sprawił, że Beata poczuła się dziwnie: Jurek zaczął zwracać się do niej per „skarbie”. W drugim napisał: „Chciałbym cię zobaczyć, przytulić, dotknąć, pocałować”. Beata stwierdziła, że to nie jej tempo, że on za szybko skraca dystans. I tak mu też odpisała. Jego odpowiedź brzmiała: „dobrze skarbie”. Wycofała się.

– Dojrzałą emocjonalnie kobietę zastanowi taka szybkość i skłoni, by jeszcze bardziej zwolnić rozwój akcji – uważa Gawkowska. – Ale osoba, która długo była samotna lub nie dostała dość ciepła w domu rodzinnym i teraz ma deficyt, zareaguje pozytywnie na taką nadmiarową i nieadekwatnie szybką bliskość. Bo bycie czyimś „skarbem” czy przytulanie i całowanie są czymś intymnym, łączą bliskich sobie ludzi.

Zdrowy człowiek nie powinien dopuszczać do siebie każdego, lecz wybrać osobę, której pozwoli się do siebie zbliżyć. Ale i z tym jest coraz trudniej. Skrócenie dystansu między ludźmi to znak naszych czasów: od razu mówimy sobie na ty, wszyscy jesteśmy kolegami. Powierzamy dość osobiste sprawy nawet nowo poznanej osobie. Poznajemy ludzi wirtualnie i – zanim jeszcze ich zobaczymy – opowiadamy im o bardzo osobistych przeżyciach. To plus pustka, jaką nosimy w sercu, prowadzi nas szybko do łóżka, po trzech miesiącach znajomości zaręczamy się, a pół roku później... jesteśmy już po ślubie.

Zawieranie znajomości przez Internet czy randki online są także symptomem pośpiechu. Już na starcie zdradzamy swoje intencje. Wiadomo przecież, że szukamy partnera. Od razu więc przechodzimy do rozmowy nie o tym, czy i po co chcemy się spotkać, a gdzie i kiedy to spotkanie ma mieć miejsce. To prawdziwy bieg na skróty.

– Ta chęć szybkiego poznania się jest zrozumiała, bo przecież pragniemy stać się częścią czyjegoś życia, być kimś ważnym dla drugiej osoby. Ale gwarantują to raczej związki długotrwałe: ktoś zna nas młodych i starych, wesołych i smutnych, energicznych i zmęczonych – i akceptuje w każdej odsłonie. To pozwala nam podejść do siebie z troską i czułością, bliskością i intymnością, nawet bez pożądania, ale z miłością. To zupełnie inne przeżycia niż te z początku znajomości – twierdzi Anna Gawkowska.

 
Szybkie skracanie dystansu ma jeszcze jedno zadanie: łagodzi napięcie. Poznawaniu się dwojga ludzi towarzyszy spore napięcie, dużo niewiadomych i znaków zapytania. Ludzie mają na to różne sposoby: rzucanie się w relację jak kamikaze jest jednym z nich.

– „Błyskawiczne” związki mogą czasem zadziałać, ale to raczej rzadkość – uważa Gawkowska. – Lepiej przeprowadzić jakąś weryfikację: poznać potencjalnego partnera i wyeliminować tych, którzy szukają tylko łatwego seksu lub są nie z naszej bajki. Bo absurd tkwi właśnie w tym: spieszymy się z pogłębianiem relacji, by przeżyć coś, co nam może dać tylko budowanie związku przez długie miesiące czy lata.

Konieczne fazy

Związek nie zawiązuje się ot tak. Zanim to nastąpi musi przejść przez pewne fazy. I to ma głęboki sens. Długie poznawanie się sprawia, że mamy okazję pokłócić się, poróżnić, rozwiązać jakiś problem życiowy, przeżyć trudniejsze chwile, gorsze dni. To pomaga przyjrzeć się nam jako parze, sprawdzić, czy umiemy być ze sobą na dobre i na złe, czy łączy nas coś więcej niż tylko pożądanie. Bo ono trzyma nas kilka miesięcy, może kilka lat, szczególnie na początku, kiedy chemia mocno nas spaja. Ale to nie oznacza jeszcze prawdziwego uczucia. – Gdy pożądanie wygaśnie, poróżni nas pierwszy problem i związek się skończy – ostrzega Gawkowska.

Lepiej związać się na stałe z kimś, z kim nam się dobrze rozmawia, choć nie jest cudownie w łóżku – bo za kilkanaście lat to drugie nie będzie mieć dużego znaczenia, a to pierwsze – ogromne. W większości przypadków rozstajemy się nie dlatego, że przestaliśmy się kochać, tylko że nie potrafimy wybaczać sobie tego, co nas poróżniło. Świadczy to niekiedy o tym, że związek nie został zbudowany na solidnych fundamentach, tylko na zauroczeniu, pożądaniu i tęsknocie za miłością. Coraz mniej mamy związków, które partnerzy budowali powoli, etap po etapie, w których trwają przez długie lata, czerpiąc miłość, radość i czułość.

– Każdy wspólnie pokonany kryzys pozwala nam wzrastać, jeśli jesteśmy w stosunku do siebie i partnera uczciwi – uważa Platowska. – Ale kiedy jest trudno, nie szukamy rozwiązania tu i teraz. Szukamy rozwiązania na zewnątrz: nowego związku, kochanki, kochanka...

Nowa dawka energii

Daje ją każdy nowy związek. I czasem myślimy, że ta energia poniesie nas przez kolejne lata. Tak niesie Julitę, która wciąż w kimś się zakochuje i... zawsze kończy we łzach. Marzy o wielkiej miłości, szuka, próbuje... Tylko co z tego, skoro ciągle źle wybiera?

We współczesnym świecie niewiele jest stałości. Szukamy błyskotek, podniet: łatwych, szybkich, ekscytujących, takich jak sporty ekstremalne, narkotyki, seks. Nie staramy się poznać uczuć i potrzeb partnera. Bliskie relacje kojarzą się nam najbardziej z przyjemnościami – wspólnymi posiłkami, najlepiej przy świecach, wyjazdami, najchętniej zagranicznymi, z kinem i imprezami, no i oczywiście z uprawianiem seksu. Jeśli partner nie spełnia tych wszystkich oczekiwań, zaczynamy rozglądać się za kolejnym.

– Nasze czasy cechuje ogromna możliwość wyboru – mówi Gawkowska. – Dawniej partnera wybierało się w tej samej wsi, dziś możemy poznawać ludzi z całej Polski, a nawet świata. Nie miałam orgazmu już któryś raz z rzędu? Nie pasujemy do siebie w łóżku? On jest kiepskim kochankiem? Szybko stwierdzamy: „to zły związek” i szukamy nowego. A w Internecie są tysiące propozycji „lepszych modeli”, na które można bez trudu wymienić ten „szwankujący” – ładniejszych, przystojniejszych, bogatszych, sprawniejszych w łóżku, z lepszym ciałem...

To bogactwo wyboru oszałamia i sprawia, że ludziom trudno się czasem zatrzymać. Daje poczucie, że może tuż za rogiem czeka na nas ktoś jeszcze lepszy, królewicz na białym koniu. A przecież, żeby zbudować trwałą relację, trzeba się zatrzymać przy jednym partnerze, a pozostałym powiedzieć „dziękuję”. Inaczej wpadniemy w pułapkę stałego poszukiwania.

– Są ludzie, którzy nigdy nie wchodzą w bliskie relacje, ale wciąż takich poszukują i dzięki temu zyskują poczucie, że są na dobrej drodze, bo robią, co mogą – uważa Gawkowska. – Obstawianie jednocześnie dwudziestu ofert jest świetną metodą na uniknięcie prawdziwego związku. Pozwala też uniknąć kontaktu z tym, co nas wewnętrznie boli, konfrontacji z własnym cierpieniem. Kolejne zakochania i nowi podniecający kochankowie są doskonałym sposobem znieczulania się.

Tak więc, jeśli pragniemy bliskości i miłości, musimy wybrać jedne drzwi i pozamykać inne. Poznamy kogoś na portalu randkowym? Czemu nie? Ale gdy już zaczniemy się z kimś spotykać, zamknijmy tam swoje okienko. Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Taki związek daje wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. Ale do tego trzeba mieć odwagę.

  1. Styl Życia

Medytacja na wyczerpanie psychiczne

Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. (Fot. iStock)
Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. (Fot. iStock)
Trudno o jakiekolwiek pozytywne nastawienie, gdy czujemy się wyczerpani psychicznie, zawodzi nas pamięć, przerasta rozwiązywanie problemów. To symptomy zmęczonego mózgu. Jak wysłać głowę na urlop – mówi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki.

Trudno o jakiekolwiek pozytywne nastawienie, gdy czujemy się wyczerpani psychicznie, zawodzi nas pamięć, przerasta rozwiązywanie problemów. To symptomy zmęczonego mózgu. Jak wysłać głowę na urlop – mówi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki.

Im większy stres i im dłużej trwa, tym trudniej przychodzi nam prawdziwa relaksacja i głęboki odpoczynek. Wpadamy w błędne koło: brak odpoczynku zwiększa stres, a coraz większy stres utrudnia odpoczynek. Jak się z niego wyrwać?

Medytując i ćwicząc jogę – tak od tysięcy lat utrzymują jogini, a od niedawna również naukowcy. Przeprowadzone na uniwersytecie w Bostonie badania potwierdziły, że regularna praktyka jogi przyczynia się do zwiększenia ilości kwasu gamma-aminomasłowego (GABA) w mózgu (co – upraszczając – pozwala nam dobrze spać, zrelaksować się oraz zwiększa sprawność umysłową). Z kolei uczeni z uniwersytetów Harvarda, Yale i z Instytutu Technologii w Massachusetts wykazali, że mózgi osób, które regularnie medytują, są… większe.

Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. Choć medytacje te mogą się wydać na początku skomplikowane, nie wymagają od nas żadnego doświadczenia, a ich pozytywne efekty odczuwamy już po kilku dniach. Wystarczy kilkanaście minut dziennie, odrobina koncentracji i chęci, by poprawić jakość swojego życia.

Ćwiczenie na umysłowe wyczerpanie

Na umysłowe wyczerpanie proponuję medytację złożoną z czterech etapów. W czasie każdego z nich siedzimy w wygodnej pozycji z wyprostowanym kręgosłupem. Oczy są zamknięte i skupione na punkcie między brwiami. Oddychamy przez nos.

Ramiona zginamy w łokciach, dłonie wysuwamy do przodu. Wnętrze prawej dłoni kierujemy do dołu, lewej – do góry. Każdy wdech składa się z ośmiu krótkich wdechów, każdy wydech – z ośmiu krótkich wydechów. Wykonujemy ruch rękoma wyprostowanymi od łokcia do dłoni, tak jakbyśmy na przemian odbijali piłkę prawą i lewą ręką. Gdy podnosimy prawą dłoń, lewą opuszczamy. Dłonie podnoszą się na wysokość ok. 20 cm. Każdy taki ruch jest skoordynowany z krótkim wdechem lub wydechem. Utrzymujemy szybkie, rytmiczne tempo (czas trwania: 3 min).

Wykonujemy taki sam ruch rękoma, ale wnętrze prawej dłoni jest skierowane do góry, a lewej – do dołu (czas trwania: 3 min). Powtarzamy pierwszy etap (czas trwania: 3 min). Opuszczamy ramiona, kładziemy dłonie na kolanach. Oddychamy spokojnie i głęboko. Oczy są zamknięte (czas trwania: 5 min).

  1. Psychologia

Relacje są jak lustra – w drugiej osobie możemy zobaczyć nieznane aspekty siebie

Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów, mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Rozmowa z psychoterapeutą Michałem Dudą.

Czy można podać definicję relacji między kobietą a mężczyzną? Pojęcie relacji jest tak bogate, że ujęcie jej w jedną definicję nie wydaje mi się możliwe. Na relację można się patrzeć w sferze funkcjonowania społecznego, osiągania jakichś celów. Można też spojrzeć na nią jak na konsekwencję różnych doświadczeń życiowych, które przeżyliśmy w przeszłości.

Po co są relacje? Odpowiadając na to pytanie, warto wykroczyć poza romantyczny stereotyp, który pokazuje relację i miłość jako przypadkowe, tajemnicze spotkanie, które nie wiadomo skąd się bierze i jest niezwykłe. Im dłużej zajmuję się relacjami, tym wyraźniej widzę, że pełnią one funkcję, są po coś. Na ogół z relacjami wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. Relacja zwykle ma rozwiązać problemy, uratować, otworzyć jakieś nowe szanse, uchronić od trudności. Relacje są jak lustra – w drugiej osobie widzimy nieznane aspekty siebie, przy niej możemy z nimi przebywać i przez to czujemy się pewniejsi. To jest pesymistyczna wizja...

Wynika z niej, że jesteśmy razem z powodu psychicznych deficytów. Z perspektywy gabinetu psychoterapeutycznego tak się rysuje ten obraz. Oczywiście, związki mogą się też zmieniać, mogą się przeformułować pod względem ról, w jakie się wchodzi. Ale to zwykle jest wyzwaniem i wiele osób decyduje się na łatwiejszą wersję, czyli na zmianę obiektu uczuć. Kiedy relacja przestaje spełniać swoje funkcje dla danej osoby, szuka się już kogoś innego. Kogoś, kto będzie pasował do nowego mnie. Dlatego trzeba uważać – jak się człowiek chce zmienić, potencjalnie zagraża to związkowi, w którym jest.

Relacje odzwierciedlają nasze wnętrze, miejsce, w którym jesteśmy. Tak. Ukształtowani jesteśmy przez to, co przeżyliśmy w dzieciństwie i jak reagowaliśmy na otoczenie, w którym wyrośliśmy. Trzeba było jakoś się z tym uporać, jakoś na to odpowiedzieć. Sposób poradzenia sobie z rzeczywistością w tym wczesnym okresie życia przekłada się na to, jak funkcjonujemy w relacjach. Ludzie żyją jakąś historią ze swojej przeszłości i to, co robią w związkach – z kim się wiążą, jakich jakości szukają – czasami wydaje się kompletnie nielogiczne. Ale staje się bardzo logiczne i zrozumiałe w kontekście właśnie tej historii.

Na przykład? Powiedzmy, że mamy kobietę, którą wychowała matka agresywna, zabierająca dużo przestrzeni, podporządkowująca sobie ojca i niespecjalnie licząca się z granicami innych. Córka, ta dziewczynka, musi coś z tym zrobić. Są dwa najczęstsze style radzenia sobie z taką sytuacją. W pierwszym dziewczynka się buntuje, kontestuje, walczy, próbuje jakoś matkę spacyfikować, obronić swoją godność. Jej partner najprawdopodobniej też będzie buntownikiem. Drugi styl radzenia sobie to wycofanie do wewnątrz, do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Taka dziewczynka będzie w ogóle unikała relacji albo będzie szukała symbiotycznych związków ze starszymi facetami, którzy mają znaczącą pozycję w świecie i którzy dają obietnicę, że ją obronią przed matką i rzeczywistością. To jest duże uproszczenie, ale mówię to po to, żeby zrozumieć wybory partnerów w kontekście radzenia sobie z przeszłością. Dziewczynka numer jeden raczej nie będzie z ustawionym mężczyzną w uzależnieniowym związku. Przeciwnie – będzie z mężczyznami walczyć, a jak będą czegoś od niej chcieli, raczej im się nie powiedzie. Dziewczynka numer dwa nie zwiąże się natomiast na stałe z jakimś kontestatorem, bo będzie szukała bezpieczeństwa jako alternatywy relacji z matką. Nie ma jednej definicji relacji, ale relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów. Mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Kiedy to już się stanie, sens wiązania się z określonym typem mężczyzny czy kobiety znika. Po co są relacje? Myślę, że w dużym stopniu właśnie po to.

Od pesymistycznej wizji przeszliśmy do optymistycznej. Takiej, w której dziewczynka numer jeden lub dziewczynka numer dwa rozwiąże swój problem. Dziewczynka numer jeden i dziewczynka numer dwa są czymś więcej niż ta sytuacja z dzieciństwa. To prędzej czy później dochodzi do głosu, siłą rzeczy domaga się, żeby się urzeczywistnić, żeby to się mogło jakoś wydarzyć. One mają taką potrzebę...

Żeby już przestać być dziewczynką. Albo chłopcem. Mężczyzn też to dotyczy. Ale to nie jest takie proste, bo wymaga spojrzenia na siebie z innej perspektywy.

Kiedy dziewczynki lub chłopcy są w swoich starych historiach, chyba nie są w prawdziwej relacji? Mam poważną wątpliwość na temat tego, co jest prawdziwe, a co nieprawdziwe w relacji. Jak ktoś naprawdę czuje uczucia, to jest prawdziwe? Jak jest realne, uświęcone związkiem małżeńskim, wspólnym mieszkaniem, to jest prawdziwe?

A może jest prawdziwe, kiedy już nie szukamy w drugim dorosłym człowieku taty ani mamy? I wtedy relacja jest już taka dorosła? Myślę, że prawdziwa jest taka, jaka jest na dany moment. Jeśli ktoś jest w miejscu, w którym szuka mamy czy taty, prawdziwe jest szukanie mamy i taty. Czy to jest dorosłe? Nie jest. Czy prawdziwe? Wydaje mi się, że na ten moment jedyne możliwe do urzeczywistnienia. Oczekiwanie, że ktoś nie będzie w tym miejscu, jest krytykowaniem tej osoby w sposób mało konstruktywny, bo ona nie jest w stanie tego tak „na pstryk” przeskoczyć. Teraz jest tak. Czy ten związek jest prawdziwy? Tak, chociaż oparty na braku świadomości uwarunkowań, które do niego doprowadziły. Ale nadal nie powiedziałbym, że to jest nieprawdziwe. Dla tych osób to jest prawdziwe. Kiedy taka osoba mówi, że kocha, to można powiedzieć, że się myli. Ale ona naprawdę coś czuje, ten ktoś jest dla niej ważny, tak to przeżywa. W pewnym sensie z zewnątrz można powiedzieć, że nie jest to do końca prawda, ale od wewnątrz, w doświadczeniu tej osoby, jest to stuprocentowa prawda.

Może chodzi o świadomość, że w relacji odgrywamy starą historię? I jeszcze raz odgrywamy i jeszcze raz.

Może chodzi o to, żeby jednak nie za często? Raz można, a nawet jest to nieuniknione. W końcu ludzie jednak się orientują, że to się powtarza. Kobiety często mówią – dlaczego ciągle spotykam takiego samego faceta. Mimo wszystko jednak, nie potępiałbym tych zbudowanych na starych historiach relacji.

Dlaczego? Nie wydaje mi się, żeby one były tylko złudzeniem. Tam są zaangażowane realne uczucia i tworzą się realne więzi, te osoby są ważne dla siebie jakoś, na jakimś etapie. Łatwo jest je potępić tak intelektualnie, ale jak się na nie popatrzy z perspektywy czasu, to okazuje się, że były one głębokie, istotne. Każda relacja, nawet ta już następna, też daje się opisać w tych kategoriach.

Jak to? Kogo wybiorę, gdy już jestem kimś, kto jest świadomy historii z przeszłości, które mną kierowały? To nie jest dowolny wybór. Raczej wybiorę kogoś, kto będzie pasował do tego miejsca w życiu, w którym jestem. Kogoś, kto będzie w stanie nawiązać ze mną kontakt adekwatny do języka, którym się posługuję, do sposobu myślenia, którego używam, do mojego rodzaju odczuwania rzeczywistości w tym momencie. I chociaż nie zwiążę się z kimś takim, jak poprzednio, to wybór nie jest przypadkowy.

Taka relacja czymś będzie się różniła od poprzedniej? Dawna historia nie zagra już głównej roli, spotkamy się na innych płaszczyznach. Ale trzeba mieć świadomość, że każdy z nas ma historię, która nas wikła i że od czasu do czasu odradza się sen o tym, że spotkam kogoś, kto rozwiąże wszystkie moje problemy przez sam fakt bycia z nim w związku.

Taki sen mamy na stałe? Tak. To się nie kończy, bo ma swoją energię. Ale można za tym iść, albo za tym nie iść. Albo temu uwierzyć, albo za czwartym razem się nauczyć, że to jednak nie do końca tak jest. Część osób radzi sobie z tym, przejawiając pewien rodzaj cynizmu i wpada na pomysł, że można tak żyć na zimno, racjonalnie, tak trochę osobno.

To chyba nie jest dobry pomysł. To jest fatalny pomysł. Z drugiej strony myślę, że obsesja szukania idealnego związku prowadzi do problemów.

Jakie jest rozwiązanie? Dobrze wiedzieć, że mam w sobie jakąś historię i że czasami ją w sobie rozpoznaję, a czasami nie. Czasami się zapędzam, czasami komuś zrobię awanturę albo się popłaczę nie wiadomo dlaczego. Ale to jest normalne, zwykłe, w jakiś sposób prawdziwe. Jest trend, żeby się z tego tak całkowicie wyleczyć, ale nie wydaje mi się, żeby to było możliwe. Trzeba sobie pozwolić to mieć, nie karcić się za to, nie krytykować, nie mówić sobie, że jest się niedoskonałym. Jak się trochę zaakceptuje tę historię i swoją na nią reakcję, wtedy nie próbuje się poprzez relację jej rozwiązywać.

Rozwiązanie jest poza relacją? Wydaje mi się, że tak. Wtedy nie ma już oczekiwań, że relacja rozwiąże moje osobiste problemy, bo pozwalam sobie je mieć. W codziennym życiu istotne jest, żeby w którymś momencie, będąc sobą zainteresowanym i znając siebie, zrezygnować z wizji, że wszystko będzie takie piękne.

I dorosłe, i dojrzałe. Lepiej przyjąć, że czasem jesteśmy słabi, że można nas oszukać, że można nas zdradzić. To jest ludzkie, normalne. Oczywiście, mamy różne reakcje na to i czasami są one zbyt uciążliwe, żeby z nimi żyć i potrzebujemy pomocy. Ale wyczyszczenie tego do końca nie jest, moim zdaniem, możliwe. To jest tak, jakbyśmy mieli w ogóle wymazać tę część historii. Wtedy jakaś część naszego życia musiałaby zniknąć. Tak jakbyśmy sobie zrobili lobotomię serca (jeśli coś takiego istnieje).

To boli. No właśnie. Lepiej pogodzić się z tym, że nigdy do końca nie będziemy tacy całkiem normalni. Takie podejście wydaje mi się bardziej akceptujące, kochające siebie i tę drugą osobę.

  1. Seks

Przestań gadać, chodź do łóżka

Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
W kobietach często pokutuje przekonanie, że grzeczne dziewczynki nie są nachalne, że to mężczyzna powinien inicjować znajomość czy zbliżenie. To stereotypy. Gdy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, będzie też umiała przejąć inicjatywę, jeśli tego zechce – mówi terapeutka Olga Haller.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy wyciąga rękę po to, na co ma ochotę. Tak zawsze robiły dzieci. Teraz wszyscy trochę jakby zdziecinnieliśmy. Mężczyźni sięgali po kobiety, gdy one były skrępowane tradycją i więzami woli rodziny. Mogły tylko dawać znaki, upuszczać chusteczkę, błysnąć oczkiem, niewiele więcej. Więcej to jedynie kobiety upadłe... Dzisiaj rzeczywiście wielu z nas przypomina rozbrykane dzieci w sklepie z zabawkami. Może się zakręcić w głowie od możliwości konsumpcyjnych. A seks przez wielu jest do tej kategorii zaliczany. Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, przynajmniej nie otwarcie, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, nawet potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. A wolność to więcej możliwości, ale i nowe wyzwanie, jak z niej korzystać.

Nawet zmiany na lepsze trzeba okupić jakąś karą... Były przecież zalety tradycyjnej sytuacji. Tak, nie da się ukryć, że to było wygodne dla kobiet – nie przejmować inicjatywy, czekać i patrzeć, jak oni się krzątają, starają, dwoją i troją.

Czasami wam zazdrościłem, że możecie tak wyczekiwać i obserwować. Ale jak coś nie szło po waszej myśli, była katastrofa! Dramat! Obu stronom nie było więc wygodnie. Kobieca seksualność w niewoli stereotypów musiała być skrywana, ujarzmiona, skrępowana regułami obyczajów. Każda niewola pozbawia wpływu, tym samym odpowiedzialności, a poczucie wpływu jest człowiekowi niezbędne. Powstał więc cały system znaków, sygnałów, zachowań w kontaktach damsko-męskich. Dlatego kobiety w relacjach z mężczyznami opanowały sztukę uwodzenia, flirtu: ruch brwi, spojrzenie spod rzęs, półsłówka, półruchy, półmroki i nagłe zwroty akcji. Ile z tego jest prawdziwą zabawą dla obu stron, a ile pamiątką po czasach niewolnictwa – to właśnie powinny odkrywać współczesne kobiety. Gdy pragniemy kontaktu, np. w sytuacji zakochania czy pożądania, najważniejszy jest ten obszar „pomiędzy” – czyli to, co się dzieje  p o m i ę d z y  odczuwaniem potrzeby a jej zaspokojeniem. To nie jeden skok, ale cały proces. Warto uczyć się iść małymi krokami....

Kiedy odczucia związane z potrzebą kontaktu są silne, a nic nie można zrobić, pojawia się nieznośne cierpienie. Wszyscy próbujemy tego uniknąć różnymi sposobami. Jako niepewna siebie 18-latka próbowałam sobie poradzić, stawiając wszystko na jedną kartę. On miał 19 lat, poeta, taki cudny. Kochałam się w nim z daleka, on nie zwracał na mnie uwagi. Zadręczając się brakiem pewności, nie mogłam czekać. Pojechałam do jego miasta... A czy miałam nadzieję? Chyba nie. Nie miałam odwagi, by poflirtować, ale pojechać miałam. Zapukałam do drzwi. Otworzyła matka, a on w wyrku, oszołomiony, bo jeszcze spał. Powiedziałam... Nie miał pojęcia, że się w nim kocham, a ja: „dziękuję, cześć”. I wyszłam. A potem płakałam pół dnia.

Trudno to nazwać dialogiem i dobrym porozumiewaniem się, już raczej desperacją z braku umiejętności dogadania się. O tak. Brakowało mi tego wszystkiego, co potrzebne „pomiędzy”. Wielu dziewczynom brakuje treningu w komunikowaniu się z rówieśnikami. Nie mają wsparcia dorosłych, kiedy pojawiają się potrzeby kontaktów z chłopakami. A wcześniej brak tego, co uważam za bazę dojrzałej kobiecości – za mało pomocy matek oraz innych kobiet w zaakceptowaniu swojego ciała i seksualności. Dorastają w przekonaniu, że muszą się z tym ukrywać, że od inicjowania znajomości czy zbliżenia są mężczyźni, a one mogą tylko wymyślać sposoby, manipulacje, podchody. Kiedy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, to będzie umiała inicjować kontakty, kiedy tego zechce, ale i powiedzieć „nie”. Będzie miała więcej oparcia w sobie, pewności siebie, niezależności. A w patriarchacie nie o to chodziło, prawda?

To straszne odmawiać kobiecie, która wbrew obyczajom ośmiela się pierwsza wyciągnąć rękę. Kobiety miały trening w mówieniu „nie” w takiej sytuacji. My przeciwnie. Pamiętam nieszczęsną, która zapukała nagle do mego mieszkania bez zapowiedzi i stała bidula na progu. Nie wpuściłem jej. Czułem się potem jak bydlę. A przecież to było uczciwe. Zgadzam się, że uczciwe. Ale w tej sytuacji odbiła się cała nierówność między kobietami a mężczyznami. Ty nie dałeś sobie pozwolenia, żeby jej odmówić wprost, a ona nie miała szansy tego usłyszeć i przeżyć. W nowym porządku, którego wszyscy się uczymy – ani ty bydlę, ani ona bidula. Jako partnerzy równi sobie macie te same prawa: pytać, prosić, zgadzać się, odmawiać i przeżywać. W otwartej odmowie mógł ci przeszkodzić stereotyp mężczyzny, którego obowiązkiem jest nie przepuścić okazji, być zawsze gotowym do seksu i romansu. Lepiej było udać, że nikogo nie ma w domu.

Znajoma pisze: „Pokutuje w nas przekonanie, że to on powinien zapraszać i że grzeczne dziewczynki nie są nachalne... A co, jak wyśmieje, odrzuci!?”. Dziewczyny boją się drwin, obmowy, etykietki dziwki. Te nasze obawy sprawiają, że tak się „podchodzimy” od wieków, kobiety i mężczyźni, w poszukiwaniu miłości, spełnienia. I wszyscy staramy się, jak możemy, uniknąć cierpienia. Różnie nam to wychodzi.

To, że czasami nie dajecie wyraźnego znaku przyzwolenia, marnuje tyle okazji! Kobiety nie wiedzą, jak często faceci nie startują, gdyż błędnie uważają, że nie mają szans... Ileż jest opowieści po latach: byłem taki zakochany w tobie. – Co, naprawdę?! A ja w tobie. Jaka szkoda, że nie wiedziałam. Czy to dobrze czy to źle? Ta niepewność jest nieodłączna i naturalna, o ile nie wynika z represyjnej obyczajowości! Przecież nie chodzi wcale o to, żeby każde młodzieńcze zauroczenie przeradzało się w związek! Coraz więcej kobiet uświadamia sobie nowe możliwości. Coraz częściej dzieje się to nie tylko w wyniku zmiany obyczajów, ale i głębszej przemiany, tej „wewnętrznej podróży”, by odnaleźć i poznać siebie wbrew stereotypom. Dziś wiele kobiet zachowuje się odważniej niż kiedykolwiek. Okazują mężczyznom zainteresowanie, inicjują znajomości, bo facet je interesuje, chcą go poznać bliżej, a także dlatego, że po prostu mają ochotę na seks.

Moja znajoma, pani profesor, która zwiedziła pół świata, pisze do mnie: „W dawnych czasach mojej młodości zapraszanie faceta do łóżka było czymś sporadycznym. Dobrze wychowana dziewczyna tego nie robiła. Teraz – w dobie Internetu, kolosalnych możliwości poznawania ludzi  – wszystko jest dozwolone. I myślę, że tak lepiej i prościej. A czy boimy się odrzucenia? Tak. Ale młodsze są odważniejsze, a starsze nie mają nic do stracenia”. Wiele z nas jest nadwrażliwych w tej kwestii. Uogólniając – męskie zainteresowanie ma dla kobiet nadmierne znaczenie, jest potwierdzeniem ich wartości, którego tak często im brakuje. Znowu, niestety, odzywa się patriarchalny spadek – musimy mieć mężczyznę, żeby utwierdzić się w prawie do istnienia. Kobiecość obolała, niepewna, samokrytyczna, nadwrażliwa zmaga się z tym, jak zasłużyć na uwagę, jak go zdobyć, podejść, jak się nie narazić? To często przynosi kolejne rozczarowania.

Dlatego w listach do nas czytam: „Zapraszając się do łóżka, warto zostawić jakąś furtkę, żeby się wycofać”. Tę wypowiedź rozumiem nie jako prostą asekurację na wypadek niepowodzenia, co kobiety rzeczywiście często robią. Warto zostawić furtkę, bo przecież inicjowanie seksu to jednak nie transakcja handlowa, umowa kredytowa czy biznes. To raczej sztuka kontaktu, kochania, uwodzenia. A jak sztuka, to proces twórczy, nieprzewidywalny. Pełen rozmaitych możliwości, które warto wspólnie odkrywać. Kiedy w tym procesie spotkają się dwie osoby równe sobie, każda z nich ma prawo zaangażować się, ale i wycofać. To jak gdyby pójść w odwiedziny, nie będąc do końca pewnym, czy gospodarz jest w domu, czy ma czas i chęć na wizytę. Możemy być odważni, ale i gotowi do odwrotu, jeśli rozpoznamy, że to nie ten czas. Dzięki temu będziemy mogli zaryzykować i wybrać się znowu. Czasem wyrażenie chęci wprost jest dobre, wyjaśniamy sytuację, oszczędzamy energię. Czasem zaś bywa przedwczesne – unikamy niepewności i ryzyka, ale zabieramy potrzebom, uczuciom możliwość dojrzewania. Dzisiaj w codziennym pośpiechu brakuje nam cierpliwości. W wielu sprawach, także w seksie, w relacjach.

Mówimy o świecie, który się zmienia. Internet – jakie to ułatwienie w podchodzeniu się nawzajem! W dodatku daje przewagę kobietom dialogu. Dla nieśmiałych jest osłoną i pomocą... Tam mamy te same prawa, a kobiecie łatwo przejąć inicjatywę, zwykle lepiej od nas piszecie i ubieracie ładniej uczucia w słowa. Ukazało się już kilka książek o internetowych kontaktach, także erotycznych. Wiele kobiet szuka partnerów przez Internet, na portalach towarzyskich, dla singli czy na czatach. Nie sądzisz chyba, że to same nimfomanki czy seksoholiczki. To często kobiety, które właśnie w Internecie znalazły okazję, żeby dać upust swojej seksualnej naturze. Odważają się na to, na co zapewne nie pozwalają sobie w realu – bezwstydnie wykazywać inicjatywę, zapraszać, stawiać warunki. Bywają wulgarne, ostre, wyuzdane. Szczegółowo potrafią mówić o tym, co chcą zrobić mężczyźnie albo czego oczekują od niego. Znam takie, którym to posłużyło. Kiedy już odkryły, jakie mają możliwości w sieci, gdy są anonimowe, i że mężczyźni z chęcią je przyjmują, potrafiły spożytkować to doświadczenie w życiu. Często jednak trudno im zintegrować te doświadczenia, nadal przeżywają siebie jako osobę podzieloną: na tę opętaną seksem, godną pożałowania, i tę porządną, która panuje nad sobą, nie odkrywa wszystkich kart.

Myśląc o sobie z dawnych czasów, jednak żałuję, że nie było Internetu. Nieśmiały, dręczyłem się z wyrokiem aktywności, też z lęku przed odtrąceniem... A to lęk głębinowy i powszechny. Wszyscy go doświadczamy. Biegłość w zapraszaniu do łóżka nie wyratuje nas od tego lęku. Musimy się z nim zmierzyć – dać mu się poprowadzić bez panicznej przed nim obrony. To paradoks, że kiedy odważamy się iść tropem niechcianych uczuć, niewygodnych konfliktów wewnętrznych, one poprowadzą nas w kierunku większego oparcia w sobie. To podstawa naszej wolności osobistej, także seksualnej. Dzięki temu kobiety wreszcie mogą decydować o sobie w seksie – sięgać, po co chcą, a nie godzić się na to, czego nie chcą. Bo do tej pory zbyt często decydowano za nas.