1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mówię „tak”, myślę „nie” – dlaczego robimy dobrą minę do złej gry?

Mówię „tak”, myślę „nie” – dlaczego robimy dobrą minę do złej gry?

Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Dlaczego wiele kobiet, mówiąc np. „Wszystko w porządku”, „Jasne, możesz iść do pubu”, nie zawsze właśnie to ma na myśli? Dlaczego nie mówi prawdy?
  • Nie mówi wprost, gdyż w młodości nikt ich nie uczył, że może bezpiecznie pokazywać swoje emocje – te negatywne również.
  • Dziewczynki są wychowywane na to, żeby były grzeczne i żeby wczuwały się w emocje innych.
  • Kobieta nie chce wprowadzić negatywnych emocji, więc ukrywa je.
  • Z drugiej strony bardzo się męczy, więc „po fakcie” robi awanturę lub wybucha, czasem żałując tego i winiąc się.
  • Kobieta może odczuwać niepokój związany z tym, że mężczyzna wychodzi, podoba mu się ktoś inny itp. To są normalne emocje, ale nie dla kobiety, która czuje się bezsilna.
  • Poczucie bezsilności wynika z tego, że nikt nie liczył się z nią jak była mała, nie było ważne, czy chce czy nie chce, żeby mama wyszła czy została. Nie miała wpływu na to, czego chciała lub czego nie chciała.
  • Bezsilność też ma dużo wspólnego z poczuciem wartości. Kobieta cały czas może bać się o swojego mężczyznę, o to, że coś go porwie i już do niej nie wróci. Chce, żeby on się domyślił, czego ona naprawdę chcą. Już sama taka propozycja, że on chce iść gdzieś sam czy np. do klubu, obraża ją. Bo przecież ona zawsze z nim! Co ona mówi naprawdę? „Nie idź! Nie chciej iść, zostań ze mną lub weź mnie ze sobą”. Kobieta mówi też „A ja?”, „A ja co mam ze sobą zrobić?”, „Jak ty wybierasz inne rzeczy, to ja nie mam wartości”.
  • Globalnie kobiet nie zachęca się do rozwoju i samodzielności, więc w takich sytuacjach czują się niechciane.Dlatego tak ważne są dla kobiet warsztaty i szkolenia, które mają je wyciągnąć ze stereotypów.
  • Kobiety myślą, że są po coś, dla niego, muszą mieć wartość serwisową, więc jak facet ma swoje plany, to czują się niepotrzebne.
  • Kobieta pracująca nad sobą ucieszy się, że facet wychodzi i ma czas dla siebie... ma przecież tyle do zrobienia.
  • Jeżeli facet za często mówi o innej kobiecie i jest nią zachwycony, to zdrowa kobieta powie: „Słuchaj, mówisz o tej Ewce, że ona taka fajna, a mnie się przykro robi. To ja jestem twoją kobitką, pamiętasz? - oczywiście szczerym i miłym tonem.

Długo miałam kłopot z takim przekazem i przykładem, jaki płynął od mojej mamy pt. trzeba robić dobrą minę do złej gry. Znaczy – kobieto, nie pokazuj prawdy o sobie, bo znajdziesz się na straconej pozycji. Wobec kogo? Ano oczywiście, przede wszystkim wobec faceta, ale też właściwie wobec wszystkich. Bo wyjdziesz na tę głupią co to się przejmuje, odsłania się, słowem – nie radzi sobie.

Długie lata pokutowało i ciągle w wielu kręgach pokutuje przekonanie, że radzić sobie to albo nie czuć przykrych uczuć, albo ich nie pokazywać. Jestem przekonana, że ludzie w to głęboko wierzyli i niektórzy wciąż wierzą, że tak jest dla nich lepiej. Myślę, że moja mama też. Już jej darowałam i ogromnie się cieszę, że sama mogę żyć inaczej. Że żyję w czasach, w których o człowieku dowiadujemy się coraz więcej. Że sama też się mogę ludźmi i sobą w taki nowy, autentyczniejszy sposób zajmować.

Dwie nowożytne wojny światowe, a szczególnie ta druga, przeorały świat. W owym słynnym czasie „przed wojną” świat szczycił się uporządkowaniem, postępem, rozwojem. Ludzie mieli dość wyraźnie przypisane sobie miejsca w hierarchii społecznej i dość jasne role do odegrania. Jeśli sprawdzali się w rolach i akceptowali swoje miejsce, mieli poczucie sensu życia. Mogli się oczywiście przemieszczać między poziomami społecznymi, to nawet mogło być „coś”. Przemieszczanie do góry związane było z uznaniem, do dołu z politowaniem. Ale było dość rzadkie, wyraziste, wybijające się z tła.

Tło obowiązywało. I było jasne, gdzie góra, gdzie dół. Po wojnie już nic nigdy nie było takie samo.

Może się wam wydaje, że uderzyłam w zbyt wysoki ton, no bo gdzie damski fałsz do wojny. Zawsze „się wiedziało”, że kobitki umieją prowadzić grę. Tak, i ta gra była częścią tego porządku przedwojennego. Te flirty, minki, uwodzenia to był program do odegrania przed ślubem lub romansem. Panowie byli od zdobywania, panie od ulegania, po uprzednim wykonaniu odpowiednich kroków.

Wojna pokazała ludzkie masowe okrucieństwo, zło i obojętność na taką skalę i tak w środku naszego uporządkowanego świata, że ten porządek stałości społecznej runął.

Okazało się, że na nic nie ma gwarancji. Nastąpił chaos. Ale ludzie zaczęli powoli odbudowywać poczucie bezpieczeństwa, przenosząc je coraz bardziej do środka. Do swego wnętrza. Człowiek zaczął także sensu życia szukać bardziej w sobie niż na zewnątrz. Przywróciliśmy wartość jednostce. Skoro państwa, przywódcy, idee nas nie ratują – musimy ratować się sami. Wydaje mi się, że to pomogło kobietom wzmóc falę równouprawnienia. Kobieta jest jednostką ludzką, człowiekiem, osobowością, obywatelką, twórczynią. Jednak tam gdzie fala się wznosi – inna opada. Kiedy coś tak bardzo się zmienia, następuje też opór starego. Kobiety patriarchalne chcą zachować stary porządek. Miały w nim może poślednią rolę, ale miały zapewnienie bytu przez mężczyzn. Nie musiały być za siebie odpowiedzialne. Poza tym ktoś inny wtedy jest winien jeśli coś z życiem, ze światem się psuje. Nie one.

Żyjemy w naszych czasach, wpływa na nas cała sytuacja ogólnoświatowa, krajowa, regionalna, a rodzinna i osobista jest tego wszystkiego wypadkową. Część kobiet walczy o prawa do odpowiedzialności za siebie, widzą w tym ogromną wartość dla swego prawdziwego ludzkiego wzrostu, a nie dla odgrywania ról, część się od tego uchyla, bo niesie to ze sobą ryzyko osobiste i lęk.

Pojawiła się też po wojnie psychoterapia. Niegdyś nie przyszłoby ludziom do głowy chodzić do obcych świeckich po wysłuchanie, pomoc, poradę. Chodziło się ewentualnie do księdza. Teraz rośnie wiedza o ważności dzieciństwa, wychowania, traum życiowych, molestowania seksualnego, ale także o siłach człowieka, jego wspaniałym wyposażeniu i narzędziach, dzięki którym może sobie radzić z bólem i cierpieniem. I teraz już wiemy, że pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. Uczymy się, choć powoli (ale to dobrze, że powoli) tego jak być sobą, tego co to znaczy, tego aby dbać o swoje prawa, szanując też prawa innego. Kobiety są w niezwykłej, wspaniałej i jednocześnie bardzo trudnej sytuacji, budzą się do nowego stylu życia i bycia z radością i naturalnie, ale i z obawą i świadomością, że patriarchat nie chce ustąpić. Wewnątrz jednostek też odbywa się podobny proces. Znamy najlepiej to, co już było. Stare i zasiedziałe, co broni się przed zmianą, podczas gdy zmiana już otworzyła nowe drzwi. W sprzyjających warunkach łatwiej być sobą, w trudnych wracamy do starych sposobów. Pojawia się fałsz, uniki; wewnętrzna obrona, żeby za bardzo nie kosztowało lub nie bolało.

Jeśli chcemy prawdy, sami ją stosujmy, pamiętając o asertywności: dbam o swoje prawa, nie przestając pamiętać i o twoich. Jeśli obie strony to egzekwują – budujemy porozumienie oparte o solidne podstawy. Solidne, bo prawdziwe.

Instrukcja obsługi kobiety Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Martyna Wojciechowska: "Wspieram, nie oceniam"

Martyna Wojciechowska:
Martyna Wojciechowska: "Pamiętam doskonale, jak powtarzałam, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zawsze. I kiedy tylko trochę z niej ubędzie, to chcę ją od razu zapełnić. Tak bardzo byłam wszystkiego spragniona. Dzisiaj z pełną świadomością tego, że mówię coś zupełnie odwrotnego, twierdzę, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. I cieszę się z tego, ile w niej mam". (Fot. Marta Wojtal)
Czego teraz wszyscy najbardziej pragniemy? Natury, wolności i słońca. Oto więc Martyna Wojciechowska, wcielenie tych trzech jakości. Dziś ma w sobie więcej spokoju i akceptacji, ale ma też nową misję. Chce powiedzieć młodym ludziom, że są wystarczająco dobrzy, wystarczająco fajni i wystarczająco atrakcyjni. I to bardzo chce!

Kiedyś kojarzyłaś mi się z wojowniczką, dziś powiedziałabym, że z matką naturą.
Podoba mi się to porównanie. Bo chyba dobrze obrazuje moją przemianę. Oczywiście nadal potrafię skutecznie walczyć, ale metody tej walki, jeśli w ogóle do niej dochodzi, są już inne. Jest we mnie więcej akceptacji, spokoju, łagodności, ale też pokory i wątpliwości. A bycie blisko natury zawsze było dla mnie najważniejsze, i to na wielu poziomach. Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni.

Natura to zmiana, ale też żywioł. Daje życie, ale i je odbiera. Cierpliwie znosi to, jak ją traktujemy, ale potrafi też powiedzieć: dość.
Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę. Na przykład nie zamierzam już w imię czegokolwiek – tytułów, zaszczytów, pieniędzy czy jakichkolwiek innych korzyści – godzić się na kompromisy dotyczące przebywania w moim najbliższym otoczeniu ludzi, z którymi jest mi zwyczajnie nie po drodze. Dla mnie dziś relacje są ponad wszystko.

Martyna Wojciechowska: 'Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni'.(Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni".(Fot. Marta Wojtal)

Słusznie! Pewne rzeczy jesteśmy jednak w stanie dostrzec dopiero z perspektywy czasu.
Ostatnio wpadł mi w ręce wywiad, którego udzieliłam wiele lat temu. Niesamowite, jak różna jestem od tamtej siebie. Nie chodzi o to, że wtedy kłamałam, a teraz mówię prawdę, tylko po prostu zupełnie inaczej widziałam pewne rzeczy. Pamiętam doskonale, jak powtarzałam, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zawsze. I kiedy tylko trochę z niej ubędzie, to chcę ją od razu zapełnić. Tak bardzo byłam wszystkiego spragniona. Dzisiaj z pełną świadomością tego, że mówię coś zupełnie odwrotnego, twierdzę, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. I cieszę się z tego, ile w niej mam.
Kiedy tak jak ja dojrzewa się w mediach, bo właściwie całe moje dorosłe życie w nich spędziłam, ma się też możliwość zobaczenia siebie w naprawdę różnych odsłonach. To trochę jak taki oficjalny pamiętnik.

I coś w rodzaju osobistej kroniki zmian. Lubisz wracać do swoich dawnych zdjęć? Ja niedawno przejrzałam swój album z liceum i pomyślałam: „Jaka fajna i śliczna dziewczyna. Szkoda, że wtedy tego nie wiedziała. I że nikt jej nie powiedział”. Zamiast tego ciągle słyszała, że jest za chuda, za wysoka, ma za dużo tu i tam.
Być może osoby z twojego otoczenia robiły to, bo same słyszały w młodości podobne rzeczy, bo nie potrafiły wyjść z kanonu, w którym zostały wychowane. W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych.
Dlatego bardzo się pilnuję i przy mojej córce nie rzucam już od niechcenia takich pustych komentarzy: „Ale mi się przytyło”. Albo: „Cholera, mam grube uda”. Szczerze, to uważam, że mam, ale od kiedy zrozumiałam, że niewinny komentarz powtarzany wielokrotnie zapisuje się na naszej matrycy przekonań i matrycy przekonań naszych dzieci, zaczęłam uważać na to, co mówię o sobie i o innych. Świadomie chcę przerwać ten ciąg powielania zapisu. Oczywiście moja 13-letnia córka, jak każda nastolatka, jest także pod wpływem otoczenia, rówieśników, social mediów, więc nie tylko ode mnie zależy to, jak będzie się postrzegała. Ale staram się jak mogę wspierać ją w niezależności myślenia o sobie i o świecie. Każdy człowiek, szczególnie młody, ma mnóstwo wątpliwości i bez przerwy zastanawia się, czy jest wystarczająco dobry, wystarczająco fajny, wystarczająco atrakcyjny. Dlatego dobrze by było, gdybyśmy wreszcie przestali wypowiadać gorzkie opinie o innych ludziach. Że ta jest gruba, a ta chuda, tamta za niska, a jeszcze inna – za wysoka. To wszystko zostaje w nas na głębszym poziomie, daje przyzwolenie innym do ciągłego oceniania, przypinania łatek. Odetnijmy się wreszcie od tego.
I nie chodzi mi o to, by ludzie, którzy dzięki Internetowi zyskali możliwość zabierania głosu, mieli zostać go pozbawieni. Istnieje natomiast coś takiego jak odpowiedzialność za słowa, które wypowiadamy w przestrzeni publicznej. Dlatego ja #WspieramNieOceniam, mam zero tolerancji dla hejtu i namawiam do tego innych.

Martyna Wojciechowska: 'W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych". (Fot. Marta Wojtal)

Stąd zeszłoroczna kampania twojej Fundacji „Unaweza” i hasło I’m enough, czyli: „Jestem wystarczająca”.
To hasło trafiło na bardzo podatny grunt, bo okazało się, że większość z nas, dorosłych kobiet, czuje się niewystarczająco mądra, ładna, zabawna, ale też często czujemy się niewystarczająco dobrymi mamami, żonami czy kochankami. Pewnego dnia zrozumiałam, że to, co próbujemy zrobić, to potrząsnąć kobietami, które już czują się niewystarczające. A co, gdyby zwrócić się do osób znacznie młodszych? Do tych, których poglądy dopiero się kształtują – i zacząć działać, zanim te przekonania się ugruntują? Dlatego to, czym jako szefowa Fundacji „Unaweza” zamierzam się teraz zajmować, to nasze dzieci i młodzież. Zapraszam do współpracy wszystkie zainteresowane fundacje i organizacje, bo wierzę, że trzeba zacząć działać ponad podziałami.


Czy widziałaś, jakie są statystyki dotyczące samooceny polskich nastolatków, przygotowane przez sieć badawczą HBSC? Jesteśmy na ostatnim miejscu w Europie, z najwyższym wskaźnikiem negatywnego postrzegania własnego ciała! I to mnie przeraża. A dotyczy „tylko” wyglądu. Celowo mówię to w cudzysłowie, bo przecież wygląd to coś, na czym wyjątkowo skupia się uwaga nastolatków, choć z badań wynika, że „za grube” czują się już dziewięciolatki. I wiemy też, że dziewczynki są znacznie bardziej narażone na depresję z tego powodu niż chłopcy. Nasze dzieci czują się nietrakcyjne, zagubione i niezrozumiane, nie dają rady dźwigać presji. Wzrósł odsetek samobójstw wśród najmłodszych i jest to obecnie najczęstsza przyczyna śmierci dzieci w wieku 15–19 lat w krajach bogatych, w Polsce przyczyną co piątego pogrzebu dziecka jest samobójstwo. Nie można nie reagować, a tymczasem coś tak podstawowego jak telefon zaufania dla dzieci i młodzieży nie ma wsparcia państwa i stosownego dofinansowania!

Martyna Wojciechowska: 'Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę". (Fot. Marta Wojtal)

Może takie statystyki powinny się pojawiać na pasku informacyjnym obok tych covidowych?
U ilu nastolatków dziś stwierdzono depresję, u ilu bulimię, u ilu anoreksję... Ilu się okaleczyło, ilu targnęło się na życie... Im dłużej i im głębiej grzebię w tym temacie, tym mocniej czuję, że to powinna być teraz nasza najważniejsza misja. Od tego przecież zależy, jakie będą nasze przyszłe pokolenia, jaki będzie świat. Dlatego podczas tej sesji występuję też w koszulce z napisem Beautiful enough, czyli: „Wystarczająco piękna”. To początek kolejnej kampanii Fundacji „Unaweza”, której celem jest praca nad samooceną naszych dzieciaków. Wybrałam prowokacyjnie kolor różowy, który w tym przypadku ma być kolorem siły, a projekt pomogła mi stworzyć moja córka Marysia. „Jestem wystarczająco piękna!” – powtarzajmy to sobie każdego dnia i dawajmy sobie wzajemnie wsparcie. Bez oceniania.


To, co robisz, jest bardzo ważne, ale też bardzo trudne, bo trzeba najpierw mocno uderzyć się w pierś. I zastanowić się, co ja robię i mówię. Czy idąc ulicą, nie powiedziałam lub nie pomyślałam o innej kobiecie: „Jak ona się ubrała”? Ja tak. I to nie raz.
Przyznaję, że i ja pomyślałam kiedyś o innej kobiecie: „Gdybym miała takie nogi, w życiu nie założyłabym krótkiej spódnicy”. Dziś myślę inaczej. O sobie także. Moje ciało, choć nie jest idealne, jest najwspanialsze, bo pozwoliło mi zrobić rzeczy niezwykłe, a moje nogi zaniosły mnie na szczyty wszystkich najwyższych gór na siedmiu kontynentach i na wiele niezwykłych krańców świata. A poza tym wygląd to prywatna sprawa każdego z nas i nikomu nic do tego.

Niektórzy mówią, że czyjś strój obraża ich poczucie estetyki.
Na świecie jest blisko 8 miliardów ludzi. Wyobraźmy sobie, że każdy chciałby, by dbano o jego poczucie estetyki. No, nie jest to możliwe. Poza tym piękno jako wartość uniwersalna nie istnieje. Ja mam to szczęście, że spotykam się z kobietami z najbardziej egzotycznych zakątków naszego globu i za każdym razem mam szansę sobie o tym przypomnieć. Na przykład pobyt w Kolumbii podziałał na mnie bardzo odchudzająco, choć zaznaczam, że moja waga się nie zmieniła. Po prostu stanęłam pomiędzy tymi fantastycznymi, pięknymi Kolumbijkami i wyglądałam przy nich jak drobinka – a żadna z nich nigdy nie powiedziałaby o sobie, że ma za duży tyłek, bo są dumne ze swoich rozmiarów. Natomiast w naszym europejskim kanonie urody uchodzę za kobietę solidnych gabarytów. Dlatego powtarzam, że czasem wystarczy zmienić miejsce na Ziemi – dziś nie jest to już żaden problem ani wyzwanie – żeby nagle to, co jest kompleksem czy powodem do wstydu, urosło do rangi atrybutu atrakcyjności. Co znaczy, że wszystko, a piękno w szczególności, jest względne.

W twoim cyklu „Kobieta na krańcu świata” było wiele poruszających odcinków, ale ja zapamiętałam szczególnie jeden, który dla mnie – ale i dla ciebie z tego, co pamiętam – był nie lada wyzwaniem. Chodzi o Larisę Renar prowadzącą w Sankt Petersburgu szkołę dla kobiet, które chcą zostać żonami milionerów.
To było dla mnie jak lądowanie na innej planecie! A jednocześnie bardzo polubiłam Larisę. Miała tak skrajnie inne niż ja podejście do podstawowych spraw życiowych, że niemal wszystko we mnie chciało się z nią kłócić. A jednocześnie świetnie spędzało się nam ten wspólny czas. Oczywiście jej techniki „szkoleniowe” mogą wzbudzać wiele kontrowersji. Począwszy od tego, jak prosić mężczyznę o prezenty: gdzie i jak wtedy siedzieć, w które oko wybranka patrzeć. Jednak najbardziej zaskoczyła mnie technika „przyciągania bogactwa”. Pamiętam, że wszystkie studentki miały przynieść ze sobą dolary, euro lub ruble i na koniec spotkania trzeba było rzucać te pieniądze do góry i się nimi nacierać. Pomyślałam wtedy: „To się nie dzieje, to jest niemożliwe”. Po czym usiadłam z nimi w kręgu i one zaczęły obsypywać mnie tymi banknotami, a ja dostałam ataku histerycznego śmiechu. Mimo że jechałam do Petersburga z pewną opinią na temat Larisy, to jednak na miejscu otworzyłam głowę, zakładając, że mój punkt widzenia nie jest przecież jedynym słusznym i niech każdy żyje jak chce.

Pamiętam wątek o jej książce…
Tak, Larisa napisała książkę o tym, jak z męża zrobić milionera, która w Rosji stała się bestsellerem. Spytałam ją wprost: „A czy nie byłoby prościej, żebym to ja została milionerką?”. Na co ona zaczęła mi tłumaczyć, że trzeba pozwolić się obdarować, bo kobieta obdarowywana prezentami kwitnie. „A czego ty pragniesz, Martyno?” – zapytała. „Co chciałabyś dostać?”. Powiedziałam, że przydałby mi się nowy kask motocyklowy, a ona gwałtownie zaprotestowała: „Nie, nie! To musi być coś, co napełnia twoją kobiecość, poczucie estetyki, zmysły. To może być biżuteria, pachnąca świeca, coś z zupełnie innego wymiaru niż praktyczny”. Ja z kolei lubię moje praktyczne i raczej minimalistyczne podejście do tematu zakupów, nie mówiąc o tym, że czuję się dumna i niezależna, kiedy sama kupuję sobie prezenty. Larisa – odwrotnie.
Ale za to od jakiegoś czasu lubię dostawać kwiaty. Pamiętam, że kiedy poznałam Przemka, przyszedł i spytał, czy takiej zdeklarowanej feministce jak ja można w ogóle kupić kwiaty. Odpowiedziałam: „Kwiaty? Moje koty je zjadają, a potem wymiotują. To niezbyt dobry pomysł”. Sama nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam, dziś byłabym chyba bardziej dyplomatyczna. Ale on któregoś dnia przyszedł z bukietem i powiedział: „Zaryzykuję”. Od tamtego czasu dostaję kwiaty regularnie.

Martyna Wojciechowska: 'Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją". (Fot. Marta Wojtal)

A Larisa uśmiecha się do ciebie z Petersburga... W jednym się z nią zgadzam. Za rzadko pozwalamy się obdarować. Cudownie móc i chcieć sobie coś kupić, ale fajnie też coś dostać, nie tylko od mężczyzn.
Ja regularnie doświadczam wspaniałej energii siostrzeństwa. Doszło do tego, że wilczyce, jak mówię o mojej paczce przyjaciółek, nawet mnie nie pytają, czy mi w czymś pomóc. Wiedzą, że odpowiem jak klasyczna Zosia Samosia, że sobie poradzę, co zresztą jest zgodne z prawdą. Więc nie pytają, tylko robią. Kiedy miałam trudny moment w życiu, napisałam na naszej grupie, że jest mi źle, ale nie chcę o tym rozmawiać i w ogóle ogarniam rzeczywistość, więc żeby się nie martwiły. I wiesz co, były u mnie kilka minut później. Rozmawiać faktycznie nie chciałam, ale ze mną pobyły, coś ugotowały. Każdemu życzę takiej watahy, ale przyznaję, że wymaga to też otwarcia się na ludzi. I tu znów uderzmy się w pierś – jak często wykręcamy się od budowania bliskich relacji? Jak wiele stawiamy murów i ograniczeń: „zarobiona jestem”, „oddzwonię”, „może za tydzień”. Uczę się więc mówić, że chętnie przyjmę pomoc, a nawet proszę o nią częściej niż kiedyś. To działa.

Inna sprawa to uprzedzenia i ocenianie innych ludzi jedynie na podstawie wrażenia. Ile razy tak miałam, że myślałam o kimś: „nie lubię jej”, mimo że wcale jej nie znałam.
Wiele lat temu jechałam do Meksyku realizować odcinek o kobiecie wampirzycy – sama nadała sobie taki pseudonim. Maria Jose Cristerna, bo o niej mowa, jest najbardziej zmodyfikowaną kobietą na świecie. Cała jej skóra jest pokryta tatuażami, kolczykami, do tego ma zęby jak wampir i liczne implanty w ciele. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie odkrywanie jej wrażliwości oraz historii, która sprawiła, że jej ciało stało się jedyną sferą, nad którą mogła mieć kontrolę i władzę. Doświadczyła przemocy domowej i bardzo długiego zaniedbywania. Jedyne, co było naprawdę jej, to było właśnie jej ciało. I dlatego tak je zmodyfikowała. A ja skarciłam się za to, że wcześniej, patrząc na jej zdjęcia, widziałam w niej dziwaczkę; nie przypuszczałam nawet, że jest absolwentką prawa i udziela bezpłatnie porad kobietom, które są w kryzysie przemocy domowej; albo że jest przykładną mamą trójki dzieci. Scena, w której smaży im naleśniki, a one odrabiają pracę domową, wbiła mi się w pamięć.

Z drugiej strony to, że kategoryzujemy ludzi na podstawie ich wyglądu, to normalne działanie naszego mózgu. Nie ma co się o to obwiniać, ale trzeba wyjść poza ten pierwszy odruch, ten mechanizm. Nie chciałabym, byśmy teraz biły się w pierś cały czas.
Słowem kluczem jest „zmiana”. Otwartość na to, że można zrobić coś inaczej. I pozwolenie sobie na to. Zmiana jest niepokojąca, bo wynosi nas poza strefę komfortu, dlatego na samym początku może nas uwierać. Ale warto w niej wytrwać.

Życie to ciągła zmiana. Dziś czujemy to bardziej niż kiedykolwiek. Mam wrażenie, że tym trudniej reagujemy na zmiany przychodzące z zewnątrz, im bardziej w środku jesteśmy niepoukładani.
Ja w ogóle powinnam mieć na imię Zmiana. Zresztą swoje prawdziwe imię też zmieniłam, zmieniając tym samym trochę swój los i swoją historię. Marta – piastunka ogniska domowego, słowo z języka aramejskiego – a Martyna – wywodząca się od Marsa, boga wojny – to są dwie różne kobiety. To imię wybrało mnie samo, bo odkąd pamiętam, wszyscy tak do mnie mówili, ale dopiero niedawno zmieniłam je też oficjalnie.
W moim życiu było wiele zmian, czasem to były zakręty, a czasem dramatyczne zwroty akcji. Przeprowadziłam zmiany o charakterze ewolucyjnym, krok po kroku, ale też wykonałam wiele wolt. Jedną z takich rewolucji było i jest dla mnie doświadczenie macierzyństwa i myślę, że wiele z nas zna to uczucie.
Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu. A tobie jakie pierwsze słowo kojarzy ci się, kiedy słyszysz „zmiana”?

Nowość. Lubię nowości.
Czyli czujesz raczej ekscytację, ciekawość.

Tak. A ty?
Ja też. Choć czasem czuję też lęk, niepokój, i to też naturalna reakcja. Ale wierzę też, że wszystko w naszym życiu jest jednak kwestią decyzji. Odwaga przeprowadzenia zmian to też decyzja. Dziś czuję się dużo bardziej poukładana, ale nie traktuję siebie jako osoby dokończonej. Wiem, że jeszcze wiele zmian przede mną. Kiedyś bardzo lubiłam planować i nadal lubię, ale teraz ma to bardziej postać wyznaczenia kierunku niż robienia listy rzeczy do zrobienia. Życie tyle razy mnie zaskoczyło, często też pozytywnie, że nauczyłam się większej elastyczności i otwartości na nowe.

Niedawno na Instagramie napisałaś, jak na przestrzeni lat zmieniało się też twoje podejście do kobiecości. Najpierw chciałaś zawojować męski świat, potem, jak dziś to widzisz, przesadnie podkreślałaś kobiecość. A teraz z czym ci się kojarzy to słowo?
Pierwsze skojarzenie to „wrażliwość”, ale po chwili zastanowienia nie chciałabym, żeby wrażliwość była przypisana tylko kobietom, bo to po prostu bardzo piękna ludzka cecha. Kobiecość i męskość zyskują dziś nowe znaczenia, przestaje być aktualny podział na typowo kobiece i typowo męskie cechy, zawody czy zachowania. Myślę, że warto być po prostu sobą. Nie mnie wartościować, co jest bardziej kobiece, a co mniej. Ale faktem jest, że kobiety liderki w dzisiejszych trudnych i niestabilnych czasach radzą sobie lepiej, bo są bardziej empatyczne, chętniej szukają porozumienia ponad podziałami, mają mniejsze ego.

Co byś chciała, by młode dziewczyny, w wieku twojej córki, myślały o sobie, o kobiecości, o świecie?
Że mogą wszystko, a niemożliwe nie istnieje – w tym sensie, żeby nie czuły sztucznych ograniczeń wynikających z płci, roli społecznej, miejsca, w którym się urodziły, a przede wszystkim z cudzych oczekiwań. To jest to, co chciałabym dziś powiedzieć wszystkim młodym ludziom, choć mam też świadomość tego, że jestem dla nich lamusem.

Słucham?!
Czyli takim oldskulem, dinozaurem. Dowiedziałam się tego od mojego dziecka [śmiech].

Z tym lamusem to jednak mogłabyś się zdziwić. W końcu masz Barbie, która wygląda jak ty i jest sheroską.
I jestem tym zachwycona! Niedawno opublikowałam u siebie na Instagramie informację o tym, że powstała kolejna Barbie – tym razem z protezą nogi. Inspiracją do jej powstania jest cudowna kobieta – brazylijska modelka Paola Antonini France Costa, która w wyniku wypadku straciła nogę. Dopiero co do grona Barbie Sheros dołączyła Anita Włodarczyk i strasznie się cieszę, że jest Barbie, która rzuca młotem. Moja Barbie ma tatuaże i mały plecaczek, który jest idealną kopią mojego, a do tego ciężkie buty. Ma 46 lat, a zaraz 47, i z pewnością wygląda i żyje niestandardowo.

Martyna Wojciechowska: 'Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu'.(Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu".(Fot. Marta Wojtal)

A tak w ogóle to chciałam ci podziękować za twojego Instagrama. To serwis dobrych informacji, zachwytów nad przyrodą i ludźmi.
Przyznaję, że jest to dla mnie bardzo ważna przestrzeń i że czuję się, jakbym codziennie wydawała serwis informacyjny. Podchodzę do tego bardzo poważnie, zresztą grono, które obserwuje moje profile na social mediach, to ponad 2 miliony ludzi na Instagramie, drugie tyle na Facebooku, a to zobowiązuje. Mając świadomość każdego słowa, staram się pisać o inspirujących ludziach, ale też dużo uwagi poświęcam naturze i ochronie środowiska, bo przecież planeta Ziemia to jedyny dom, jaki mamy. Sporo piszę też o fascynujących miejscach, choć wiem, że dziś nasze podróże są raczej wirtualne niż realne. A najbardziej cieszy mnie to, że w przestrzeni moich social mediów nie ma hejtu. Jest za to konstruktywna wymiana myśli.

Kiedy ukaże się ten numer (chodzi o wydanie papierowe naszego pisma, przyp. redakcja), rozpoczniesz kolejną przygodę…
Tak! I to dla mnie zupełna nowość, a pomysł wziął się z tego, że moje dziecko mi powiedziało: „Mamo, jeśli chcesz być naprawdę cool, to powinnaś mieć kanał na YouTubie i podcasty na Spotify”. Kocham moją pracę w telewizji i nie zamierzam z niej rezygnować – wyjeżdżam zresztą zaraz na plan kolejnego sezonu programu „Kobieta na krańcu świata” – ale postanowiłam też zaimponować mojemu dziecku, więc zaczynam szerszą działalność internetową. Mój kanał na YouTubie i jednocześnie podcast noszą tytuł „Dalej”. Opowiadam w nim o ludziach, którym się chce. O tych, którzy chcą więcej, nie w sensie gromadzenia, tylko doświadczania.

I co Marysia na to?
Wyraziła aprobatę, przychodzi ustawiać scenografię do nagrań, konsultuje moje pomysły, a ja bardzo liczę się z opinią Mani, która jest dla mnie głosem nowego pokolenia. Zapraszam ludzi raczej nie z pierwszych stron gazet, takich, którzy robią rzeczy niesamowite, ale rzadko przebijają się z nimi do mainstreamu. Pierwszym gościem „Dalej” będzie jednak kobieta ikona, która od zawsze była dla mnie inspiracją do odkrywania świata – Elżbieta Dzikowska. Podziwiałam ją już jako mała dziewczynka i bardzo chciałam być taka jak ona. Wciąż mnie zawstydza swoją witalnością i ma oczy dziecka – jest w nich nieustająca ciekawość. Jej się zawsze chce.

A tobie?
Totalnie i nieustająco mi się chce!

Nawet teraz, kiedy nikomu się nie chce?
No różnie bywa, bo przecież jestem człowiekiem, a nie cyborgiem, ale generalnie chce mi się. W tej cholernej pandemii to nawet bardziej mi się chce, jakby na przekór. I chciałabym tą swoją energią podzielić się z innymi, bo mi wystarczy też dla tych, którym chwilowo się nie chce. Pomaga mi to, że jestem otoczona pozytywnymi ludźmi, którzy mają zapał i energię, a to jest zaraźliwe. Co chwila wymieniamy się z dziewczynami z redakcji i z fundacji pomysłami, inspirujemy się, wzajemnie motywujemy, kiedy którejś opadają skrzydła.
No i postanowiłam sobie, że przebiegnę maraton. Robiłam wiele rzeczy, ale tego jeszcze nie. Bo skoro kluby sportowe zamknięte, a parki i lasy otwarte, to biegać akurat można, więc biegam coraz więcej. I latam.

Co to znaczy?
W moim życiu stale przewija się motyw skrzydeł, są obecne wszędzie, w Fundacji „Unaweza”, w mojej kolekcji biżuterii dla W.Kruk. Po prostu zawsze chciałam latać, doświadczyć pędu powietrza. Próbowałam siadać za sterami awionetki, śmigłowca, podobało mi się, ale jakoś nie kliknęło. Okazało się, że dla mnie kwintesencją latania są skoki spadochronowe. Kiedy to zrozumiałam, zapisałam się na kurs, zostałam samodzielnym skoczkiem spadochronowym i zaczęłam skakać. Dopiero doświadczenie swobodnego lotu w powietrzu okazało się spełnieniem moich marzeń. Po pierwszym samodzielnym skoku napisałam: „Zrobiłam to!”, do Heather Swan, bohaterki jednego z odcinków „Kobiety na krańcu świata”, bo to ona wiele lat temu podsunęła mi ten pomysł. Sama jest zresztą rekordzistką świata w kilku dyscyplinach skoków spadochronowych. Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją.
Jest taka gra, w którą gram ze znajomymi w podróży – „O kim teraz myślę?”. Mają to być bardzo znane osoby. Inni zadają pytania, ty odpowiadasz: tak lub nie. Kiedyś ty byłaś jej bohaterką i było to najtrudniejsze zadanie, bo nie mieściłaś się w żadnej kategorii.
Rzeczywiście, może trudno mnie zaszufladkować, można powiedzieć, że jestem „wielozadaniowa”. Ostatnio Elżbieta Dzikowska mi tłumaczyła, że podróżnik wyjeżdża, żeby coś odkryć, turysta – żeby wypocząć, więc chyba jestem podróżniczką. Jestem też dziennikarką z wyboru, bo nie z wykształcenia. No i jestem mamą. W sumie to też mam problem ze skategoryzowaniem siebie. Najchętniej zostałabym więc po prostu sobą, Martyną. 

Martyna Wojciechowska, podróżniczka, dziennikarka, autorka kilkunastu książek, zdobywczyni między innymi Korony Ziemi. Od 2009 roku realizuje na antenie TVN program „Kobieta na krańcu świata”. Od 2019 roku stoi na czele Fundacji „Unaweza”, która daje kobietom skrzydła poprzez wyrównywanie szans ekonomicznych, społecznych i prawnych. Prywatnie mama Kabuli i Marysi. Żona dziennikarza i podróżnika Przemysława Kossakowskiego

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Cicha 23 Event Place w Markach, www.cicha23.pl

zdjęcia: Marta Wojtal, makijaż: Eryka Sokólska, fryzury: Ewa Pieczarka, stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, produkcja: Dominika Zasłona-Dukielska. Martyna ma na sobie koszulę dżinsową i dżinsy LEVI'S, botki MAKO, kardigan beżowy MAX MARA/MODIVO.PL, sukienkę jako koszulę POLO RALPH LAUREN/MOLIERA2.COM, top BYNAMESAKKE, dżinsy LEVI'S, buty TAMARIS, sweter beżowy H&M, biustonosz TRIUMPH, spodnie beżowe RESERVED, kardigan na zdjęciu czarno-białym VICHER, top TOMMY HILFIGER/MODIVO.PL, dżinsy LEVI'S, botki MAKO, sweter H&M, koszulę RESERVED, biżuterię W.KRUK.

  1. Psychologia

Samokrytyka – wewnętrzna mowa, która cię osłabia

Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. (Fot. iStock)
Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. (Fot. iStock)
Jeśli zaprogramujesz swój głos wewnętrzny, aby mówił ci pozytywne rzeczy, może on stać się twoim najwierniejszym kibicem i siłą napędową, która będzie cię pchać ku sukcesowi.

Komunikaty, które otrzymałaś i uwewnętrzniłaś w dzieciństwie, zespoliły się z twoim obrazem ciebie samej i nadały ton twojemu wewnętrz nemu głosowi, który często określa się mianem „mowy wewnętrznej”, „monologu wewnętrznego” lub „autorozmowy” (ang. self-talk). Składają się na niego wszystkie nasze myśli, zarówno te świadome, jak i podświadome. Przez cały dzień coś myślimy – formułujemy opinie na własny temat, analizujemy zdarzenia i rozważamy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe zamiary.

Zatrzymaj się na moment i zastanów, jakie myśli przebiegają przez twoją głowę dokładnie w chwili, gdy czytasz to zdanie.

Myślę, że: ….

Niektórzy ludzie opisują mowę wewnętrzną jako „głos” w swoich głowach, a jeśli nie masz skłonności do introspekcji, uświadomienie sobie, że ty też go słyszysz, może sprawić, że poczujesz się lekko zwariowana, lecz w rzeczywistości jest to całkiem normalne. Wszyscy go słyszymy i nie ma to nic wspólnego z halucynacjami ani z rozdwojeniem jaźni. Jest to po prostu część bycia człowiekiem i następstwo posiadania wysoce rozwiniętego mózgu – i, tak między nami, może to być cudowny dar. Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. W rzeczywistości samo uświadomienie sobie, że się go posiada, jest niezmiernie ważnym krokiem na drodze do samopoznania i pełniejszego zrozumienia własnego sposobu myślenia. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że jeśli zaprogramujesz swój głos wewnętrzny, aby mówił ci pozytywne rzeczy, może on stać się twoim najwierniejszym kibicem i siłą napędową, która będzie cię pchać ku sukcesowi.

Mowa wewnętrzna a wczesne przekazy

Naszą mowę wewnętrzną często kształtują komunikaty, które faktycznie odbieramy lub tylko dopowiadamy sobie w trakcie dorastania; nie kiedy rozbrzmiewają w niej te same głosy, które słyszeliśmy jako dzieci. Jeśli byłaś stale krytykowana lub ganiona przez innych, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że wykształciłaś silny krytyczny wewnętrzny głos, na okrągło powtarzający reprymendy, które otrzymywałaś – lub nadal otrzymujesz – od innych ludzi. Kiedy zaczniesz już wsłuchiwać się w swój wewnętrzny głos, bądź szczególnie czujna w chwilach, gdy zdaje się on odzwierciedlać lub naśladować komunikaty na twój temat, które otrzymywałaś lub w które uwierzyłaś w przeszłości. (…)

Wpływ negatywnej mowy wewnętrznej na poczucie własnej wartości

Kobiety z niskim poczuciem własnej wartości wykazują zazwyczaj negatywne wzorce myślowe, zwłaszcza gdy dotyczą ich samych. Gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, głos w naszej głowie może przyjąć postać wewnętrznego krytyka, który osądza każdy nasz krok. U kobiet z niską samooceną ten wewnętrzny cenzor ma tendencję do surowego potępiania ich poczynań i deprecjonowania ich jako ludzi. Jeśli cechujesz się niskim poczuciem własnej wartości, prawdopodobnie wyrzucasz sobie w nieskończoność najdrobniejsze potknięcia, podajesz w wątpliwość własne decyzje i surowo ocenisz każde swoje posunięcie w nieustającym strumieniu mowy wewętrznej.

W książce opisane są historie Suzanne i Caroline Obie znajdo wały się w tym samym położeniu: musiały sobie radzić z napastliwym szefem. Różnice w samoocenie i sposobie mówienia do siebie sprawiły jednak, że czuły się i reagowały zupełnie inaczej.

Koncepcja mowy wewnętrznej opiera się na założeniu, że o tym, co czujemy, nie decydują same zdarzenia; wyznacznikiem naszych emocji, nastroju i ostatecznego toku postępowania jest natomiast sposób, w jaki o nich myślimy. Suzanne zżerały myśli, że nie jest dostatecznie dobra i bystra. Czuła się bezsilna i tkwiła w pracy, w której była niedoceniana, a nawet molestowana seksualnie. Natomiast Caroline ta sama sytuacja sprowokowała do myślenia, że takie traktowanie jest niedopuszczalne. Postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić coś, aby poprawić swoje położenie. Poniższa historia również jest przykładem tego, jak wielką moc ma wewnętrzny głos.

Niskie poczucie własnej wartości może uniemożliwić ci obiektywne spojrzenie na sprawy w sytuacji, gdy coś idzie nie tak, jak powinno. Możesz zakładać, że to wszystko twoja wina, i nie dostrzegać szerszego kontekstu, gdyż wychodzisz z założenia, że to ty jesteś zła lub niegodna. Zamiast wziąć pod uwagę, że istnieje wiele możliwych wyjaśnień – szef właśnie się rozwodzi, u kasjerki dopiero co zdiagnozowano raka, a przyjaciółka ma kiepski dzień – będziesz zakładać, że przyczyną każdego konfliktu jest to, że z tobą jest coś nie w porządku.

Więcej w książce „Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie” Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. Stanie się również wsparciem dla każdej kobiety, która czuje się zniechęcona lub ma poczucie niespełnienia w jakiejś sferze życia. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny i mogące przynieść korzyść niemal każdemu, niezależnie od tego, z jakiego rodzaju przeciwnościami się mierzy.

  1. Psychologia

Jak budować zdrową niezależność? - 7 kroków

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
Obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:
  • Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)?
  • Co o tym sądzę?
  • Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu?
  • Czego najbardziej się boję?
To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

Joanna Godecka: life coach, praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. 

  1. Psychologia

Czy poczucie fizycznej atrakcyjności wpływa na karierę?

– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. (Fot. iStock)
– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. (Fot. iStock)
Tak, ponieważ wiąże się z nią poczucie własnej wartości, a z niej wynika to, jak zarządzamy własnym potencjałem, również w pracy.

"Jesteś piękna!”. Jak często słyszymy takie słowa na co dzień – od bliskich, znajomych, tych, których kochamy i z którymi pracujemy? Zdecydowanie za rzadko. Może dlatego mamy tak kiepskie zdanie o własnej atrakcyjności?

Po co ci szkolenie?

Joanna Godecka, life coach, uważa, że niską samoocenę, wynikającą także z tego, że nie czujemy się pięknie, staramy się kompensować na różne sposoby. W sferze zawodowej stosunkowo łatwo to osiągnąć: nadrabiamy inteligencją, pracowitością, podnoszeniem kwalifikacji oraz zawodowej rangi. Działanie takie nie jest złe samo w sobie, ale jeśli u źródła zapisywania się na kolejne kursy i szkolenia oraz pragnienia awansu czy posiadania władzy znajduje się kompensacja niskiego poczucia atrakcyjności, nie osiągniemy prawdziwego i trwałego spełnienia. Działamy bowiem w kierunku „od”, uciekamy od wewnętrznego dyskomfortu, ponieważ chcemy poczuć ulgę. To do niczego dobrego nas nie doprowadzi. Owszem, możemy wspiąć się na kolejny szczebel kariery, poprzez podniesienie kwalifikacji umocnić swoją wartość na rynku pracy, ale czy to będzie, po pierwsze, trwałe osiągnięcie, a po drugie, czy przyniesie nam wewnętrzną satysfakcję? Niekoniecznie. Zauważmy, że ten wyścig zaczyna się już w szkole, kiedy środowisko, w którym wyrastamy, popycha nas w kierunku bycia bardziej prymuską niż cieszącą się swoim unikalnym pięknem dziewczynką. Stwierdzenia typu: „Pięknością nie jesteś, więc ucz się i ciężko pracuj” kodują nas na długi czas. Gdy próbujemy zagłuszyć wewnętrzny ból płynący z niskiego poczucia własnej wartości, istnieje niebezpieczeństwo, że wpadniemy w pułapkę konieczności podejmowania coraz to bardziej wymagających wyzwań: zdobywania nowych umiejętności oraz wyższej pozycji. Zatrzyma nas dopiero wypalenie zawodowe, porażka, choroba, poczucie bezsensu życia. Jak temu zapobiec? Możemy zacząć od tego, że inaczej spojrzymy na samo piękno.

Kogo widzisz w lustrze?

– Pojęcie piękna, w tym szczególnie kobiecego, możemy rozpatrywać na wielu płaszczyznach – mówi Joanna Godecka. – Zdecydowana większość Polek kojarzy je przede wszystkim z aspektem urody: zgrabną sylwetką, pięknymi włosami czy rysami twarzy. Jeśli jednak zejdziemy na obszar mniej oczywistego piękna, przekonujemy się, że Polki zaczynają doceniać takie wartości, jak optymizm, osobowość, dobroć. Okazuje się bowiem, że dzięki takiemu spojrzeniu jest nam bliżej do akceptacji różnorodności. Wówczas lansowane agresywnie przez media trendy nie wpływają na nas destrukcyjnie.

Joanna Godecka podkreśla, że definicja piękna zmienia się wraz ze wzrostem świadomości. Odkrywamy, że liczą się nie tylko idealne proporcje i harmonijne rysy, ale także specyficzna aura, która wynika z poczucia wewnętrznej spójności, radości, swobody. I to jest przepis na wszelki sukces, też zawodowy. – Można powiedzieć, że świat kocha ludzi, którzy kochają świat, a za pięknych uważamy tych, którzy pięknem emanują – mówi Joanna Godecka. – Ten proces, czyli wymiana energii między nami i otoczeniem, zaczyna się od odkrycia w sobie potencjału, zasobów i zatroszczenia się o nie.

Jakie są te zasoby? Należą do nich między innymi:

  • osobowość, czyli unikatowość naszych cech sprawiająca, że jesteśmy tym, kim jesteśmy;
  • poczucie własnej wartości pozwalające na wyrażanie siebie w sposób autentyczny i empatyczny;
  • wynikająca z poczucia własnej wartości nienarzucająca się pewność siebie, która sprawia, że czujemy się atrakcyjne;
  • optymizm, ponieważ osoba, która szczerze się uśmiecha, automatycznie staje się piękna;
  • inteligencja emocjonalna powodująca, że umiemy nawiązywać wspierające relacje;
  • dbanie o siebie, które dowodzi, że cenimy i szanujemy siebie;
  • szeroko pojęta elegancja, czyli umiejętność podkreślania swoich walorów odpowiednim, gustownym strojem, a wynika ona ze świadomości, w czym dobrze się czujemy i wyglądamy.

To są składowe definicji piękna, którego odbiór staje się coraz bardziej indywidualną sprawą. A piękno zewnętrzne? – Poczucie bycia piękną możliwe jest tylko w sytuacji, w której doceniamy siebie i patrzymy w lustro z akceptacją – podkreśla Joanna Godecka. – Najważniejszy jest powód, dla którego codziennie spoglądamy w to lustro. Jeśli szukamy jedynie mankamentów, które uwypukla nasz Wewnętrzny Krytyk, wtedy swoje wysiłki skupiamy wokół prób uczynienia problemu mniej widocznym. A przecież nie o to właśnie chodzi. Chodzi o skupianie się na tym, co w nas jest piękne. To my same uczymy ludzi, jak mają na nas patrzeć. Jeśli my widzimy tam piękno, inni także je zauważą. Jeśli my go nie dostrzegamy, nie przekonamy o tym świata.

Wsparcie koleżanek zza biurka

Wiele kobiet przyznaje, że ważna jest dla nich opinia innych kobiet. Chętnie prosimy o pomoc w ocenie córkę, przyjaciółkę czy też mamę, licząc na ich szczerą opinię, bo trudno nam odnieść się do własnej atrakcyjności. W miejscu pracy, gdzie spędzamy przecież tak dużo czasu, tym bardziej możemy się wspierać.

– Chodzi o umiejętność dawania innym kobietom wsparcia w dążeniu do bycia najlepszą wersją samej siebie – podpowiada Joanna Godecka. – Nie wszystkie z nas zdają sobie sprawę z tego, jak ważna jest relacja pomiędzy kobietami w pracy, jak wiele może ona wnieść w nasz sposób postrzegania siebie. Może nam dodać skrzydeł, ale także je podciąć. Bo w zespole tworzymy wspólne wzorce.

Dlatego zamiast rywalizacji i wzajemnego oceniania warto postawić na współpracę oraz życzliwość. Poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa w przyjaznym otoczeniu jest nieocenionym elementem sprzyjającym rozwojowi najlepszych cech. Wzmacnia odwagę bycia sobą. Gdy życzliwe koleżanki udzielają pozytywnej informacji zwrotnej, łatwiej nam uwierzyć w piękno własnego ciała oraz duszy. Wówczas poczucie własnej wartości ugruntowuje się. Zaczynamy traktować siebie z czułością i odrobiną dystansu. Tworzymy nowy, pozytywny wzorzec i dzielimy się nim z innymi.

Uczymy się od siebie także przez obserwację, dlatego starajmy się wzajemnie dostrzegać swoją indywidualność i ją podkreślać. Radość i poczucie piękna są zaraźliwe!

– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. – Podczas gdy projektanci, kosmetolodzy oraz trenerzy motywacyjni zasypują nas komercyjnymi pomysłami, my skontaktujmy się ze sobą. Pielęgnujmy poczucie własnej wartości, dostrzeganie siebie jako wyjątkowej istoty ludzkiej, obdarzonej unikatowym pięknem.

A wtedy życie zawodowe nie będzie nam niczego rekompensować, a wprost przeciwnie – idealnie dopełniać.

Joanna Godecka, life coach, zajmuje się psychoterapią w nurcie pozytywnym, coachingiem oraz sesjami Integrującej Obecności i Synchronizacją Pozytywną.

  1. Psychologia

Taka, jaka jesteś – jesteś ok

Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. (Fot. iStock)
Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. (Fot. iStock)
Przychodzimy na świat z ciałem, które zostało nam dane. Służy nam do odczuwania siebie i świata, ale też wyraża naszą osobowość i unikalność. Nikt drugi na świecie nie ma takich linii papilarnych jak ty, ale też takiego nosa i rąk, takiego błysku w oku. Dlaczego zamiast docenić ten dar, ciągle doszukujemy się w nim rys i pęknięć?

Z badań samooceny kobiet, których komentatorką była terapeutka Joanna Godecka, wynika, że tylko 20 proc. uważa się za ładne czy atrakcyjne. Oznacza to, że 80 proc. ma kompleksy. – Kompleks z psychicznego punktu widzenia jest brakiem samoakceptacji, samoodrzuceniem – mówi Joanna Godecka. – Odrzucamy jakąś część siebie, osądzając ją jako gorszą i ukrywając to, co uważamy za mankamenty.

My, kobiety, mamy w tym sporo praktyki. Nosimy spodnie odpowiednio maskujące krągłe łydki, wkładamy biustonosze typu push-up, by ukryć brak krągłości piersi. Zagęszczamy włosy, pudrujemy piegi, brak talii skrywamy pod luźnymi ubraniami, chociaż wcale nam się nie podobają. Skąd biorą się te kompleksy? – Często z dzieciństwa spędzonego wśród bliskich, którzy sami mieli kompleksy – odpowiada terapeutka. – Z badań wynika, że matki uważające się za niezbyt atrakcyjne indukują swój model myślenia córkom. Jeśli nie czują się dobrze w swoim ciele i komentują jego niedoskonałości, uczą dzieci postrzegania siebie przez pryzmat słabych stron.

Nawet jeśli w domu nie doświadczamy oceny swojego wyglądu, możemy ją usłyszeć od rówieśników, a ci bywają okrutni. Zaszczepione w dzieciństwie kompleksy zwykle ugruntowują się w okresie nastoletnim, kiedy zmienia się i kształtuje nasza sylwetka – dziewczynom rosną piersi, zaokrąglają się biodra, ale też pojawiają się wypryski czy nadmierne owłosienie. Chłopcy mają z kolei pierwszy zarost, przechodzą mutację. W efekcie później bardzo surowo się oceniamy i nie czujemy się ze swoim wyglądem komfortowo.

Jestem za gruba, więc nie wychodzę z domu

Kompleksy rzutują na wiele sfer życia – towarzyską, uczuciową, zawodową. Utrudniają realizację marzeń, blokują sprostanie aspiracjom. Stajemy się defensywni i koncentrujemy się na przewidywaniu negatywnych scenariuszy, zakładając, że nie mamy szans na spełnienie swoich oczekiwań. Że nie jesteśmy warci sukcesu. Czasem niedoskonałości mogą urosnąć do rangi tak wielkich problemów, że bycie szczęśliwym staje się niemal niemożliwe. Długotrwała koncentracja na wadach i słabych stronach wiąże się z obniżeniem nastroju i większą podatnością na depresję.

– Jeśli lęk przed konfrontacją, wynikający z kompleksów, jest tak silny, że zaczynamy się wycofywać z jakiejś aktywności, będzie on zajmował kolejne obszary – mówi Joanna Godecka. – Jeśli nie pójdę na firmową imprezę, ponieważ uważam, że jestem za gruba, to za jakiś czas nie wybiorę się też na spotkanie w małym gronie znajomych i zacznę popadać w niebezpieczną izolację. Skupiając się na lęku i uznając jego przewagę, daję mu moc. Kiedy zaś coraz bardziej się rozpanoszy, utwierdzę się w przekonaniu, że jakieś drzwi są już dla mnie zamknięte. I może mimo że jestem singielką i pragnę związku, przestanę spotykać się z mężczyznami. Lęk nasyca kompleks, który staje się coraz potężniejszy.

Sprowokowane

Joanna Godecka jako terapeutka uczestniczyła w programach telewizyjnych przy metamorfozach wyglądu kobiet i zauważyła, że skutecznym sposobem na kompleksy są prowokacje. Polegają one na obezwładnianiu kompleksu poprzez wyciąganie go na światło dzienne. Od natężenia lęku zależy, na ile warto próbować robić pewne rzeczy trochę na przekór sobie. – Kobiecie, która dopiero w mocnym makijażu, perfekcyjnej fryzurze i eleganckim ubraniu, może wyjść na ulicę, poradziłabym, żeby przespacerowała się po galerii handlowej nieumalowana, w dżinsach i T-shircie, z włosami związanymi gumką – mówi terapeutka. – Ludzie, którzy uważają się za mało atrakcyjnych, żyją w przekonaniu, że ich mankamenty są nie tylko widoczne, ale wręcz wytykane palcami. A podczas takiego eksperymentu okazuje się, że wzbudzamy takie samo zainteresowanie jak bez maskujących zabiegów. To może być uwalniające przeżycie, bo zaczniemy oswajać się z sytuacjami, które wydawały się groźne. Przestaniemy tkwić w pułapce, że musimy coś zrobić, żeby było dobrze, i dojdziemy do wniosku, że nie musimy już odwracać uwagi od kompleksów.

Dlatego kobiecie uważającej się za zbyt wysoką zalecane jest chodzenie w szpilkach, a niskiej – w balerinach. To nam pomoże w akceptacji siebie i zaprzestaniu odrzucania siebie. – Akceptacja jest dłuższym procesem, który trzeba wspierać – mówi Joanna Godecka. – Nie możemy czekać wyłącznie na wyniki pracy wewnętrznej. Na to, aż prawdziwie pogodzimy się z tym, jakie jesteśmy. Tego typu prowokacje przyśpieszają ten proces. Po pewnym czasie potrzeba prowokacyjnych zachowań znika. Nie chodzi o to, żeby właścicielka masywnych ud zawsze chodziła w legginsach, ale żeby mogła bez problemu chodzić na basen i spacerować w kostiumie kąpielowym po plaży, ciesząc się słońcem i wakacjami.

Nie walcz i nie uciekaj

Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. Ucieczka od kompleksów poprzez zabiegi odwracania od nich uwagi tak naprawdę nasila koncentrację na nich. Joanna Godecka sama zmagała się z lękiem przed wystąpieniami publicznymi, zdarzało się, że podczas emisji na żywo była jak sparaliżowana. – Nie chciałam jednak z tej części mojej pracy rezygnować – opowiada. – Najpierw po prostu mówiłam na wizji, że mam tremę i z tego powodu mogę nie wypaść idealnie. Potem odkryłam, że im mniej myślę o lęku, tym słabiej go zasilam i mniej go we mnie jest. Za to starałam się być dobrze przygotowana i skupiałam się na tym, że wiem, co mam powiedzieć. To był mój drugi sposób. Potem wreszcie pomyślałam sobie – czy ja muszę za każdym razem dawać niebywały występ? Jeśli coś nie pójdzie, to trudno.... To też było pomocne. Jeżeli chcemy coś zwalczyć, za bardzo się napinamy i osiągamy efekt odwrotny.

Kompleksy sprawiają, że podświadomie rywalizujemy z osobami wyższymi, o bardziej gładkiej cerze, mądrzejszymi. Wtedy stajemy w kontrze, prowadzimy wojnę, a to osłabia. Według Nathaniela Brandena, autora książki „6 filarów poczucia własnej wartości”, akceptacja jest odmową bycia własnym wrogiem. – To już wystarczy – mówi Joanna Godecka. – Jeśli nie jesteś swoim wrogiem, to znaczy że jesteś życzliwy i wspierający. Jeśli jesteś wrogiem, walczysz. To, co robisz, i to, co myślisz, jest destrukcyjne, niszczy cię.

Jeśli krytykujesz swoje cienkie włosy, zapytaj się, czy jesteś swoim wrogiem czy przyjacielem. Czy powiedziałabyś to samo komuś bliskiemu? Tym, co człowieka wzmacnia, jest bezpieczeństwo emocjonalne. Dlatego mimo kompleksów, a może zwłaszcza z nimi, okazujmy ludziom otwartość i życzliwość. Chociaż boimy się odrzucenia z powodu nadwagi, podejmijmy próbę kontaktu. Wtedy kompleksy stracą swoją moc. – Zaobserwowałam, że tym, co wręcz magicznie działało na kobiety, które zgłosiły się do programu telewizyjnego, żeby przejść metamorfozę wyglądu, było wsparcie całej ekipy pracującej przy programie. Każdy chciał pomóc: fryzjer, makijażystka, stylistka. Ta życzliwość okazała się uzdrawiająca. Dlatego namawiam do zapraszania ludzi do swojego życia – kiedy dostajemy wsparcie, zaczynamy się czuć bezpieczniej. Zapewnijmy je sobie i innym.

Ćwiczenia z akceptacji

Nauczycielka jogi Tiffany Cruikshank w swojej książce „Zredukuj wagę dzięki medytacji” proponuje dwa ćwiczenia ku większej akceptacji swoich niedoskonałości i swoich atutów.

Ćwiczenie 1. Przezwyciężenie perfekcjonizmu

Nasze niedoskonałości są częścią ludzkiej natury, bez nich bylibyśmy jak roboty, a życie byłoby niesamowicie nudne. To niedoskonałości otwierają nas na relacje i dostrzeganie podobieństw w drugim człowieku. Perfekcjonizm i doskonałość każą trzymać się na dystans. Zatem czy mając tego świadomość, możesz zacząć postrzegać swoje wady jako coś, co czyni cię idealnie nieidealną? Jako część siebie, która pozwala ci nawiązać lepszy kontakt ze światem? Niezależnie od tego, czy są to piegi, cellulit, czy przerwa między zębami.

Wybierz jedną niedoskonałość, która twoim zdaniem szczególnie cię wyróżnia, np. kształt nosa. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, że wszyscy ludzie na świecie mają ten sam kształt ciała? Po czym byśmy ich wtedy odróżniali? Może to właśnie niedoskonałości nadają nam charakter? Zastanów się, jak to jest żyć w twoim ciele z twoim nosem. A teraz wybierz trzy cechy, które cię wyróżniają – czy bez nich byłabyś sobą? Cokolwiek wybrałaś: piegi, kształt nosa czy rozstępy po ciąży – zastanów się, jaką rolę te niedoskonałości odegrały w ukształtowaniu ciebie, np. gdyby nie twoje rozstępy, nie byłabyś teraz matką. Jeśli bardzo nie lubisz jakiejś części swojego ciała, spróbuj odpuścić sobie negatywne odczucia na jej temat tylko na jeden dzień. Sprawdź, jak się wtedy poczujesz.

Ćwiczenie 2. Przyjmowanie swojego piękna

Wiele kobiet praktykuje codziennie różne rytuały związane z urodą – robią makijaż, układają włosy, starannie wybierają ubrania. Ale ta rutyna może zamienić się w obowiązkowe przygotowania przed pokazaniem się światu. Przez myśl im nie przejdzie, by wyjść z domu bez makijażu albo z rozczochranymi włosami. Gdy więc zdarzy się im mieć włosy w nieładzie, nie będą czuły się sobą – mimo że nadal sobą będą. A przecież wszystkie mamy w sobie naturalne piękno, które widać też na zewnątrz: uśmiech, blask skóry, długie nogi czy wyraziste oczy. Uwydatnianie naszego piękna i przyciąganie do niego uwagi jest sprytnym sposobem na zaprezentowanie siebie. Kiedyś jednak trzeba powiedzieć „dosyć”. Czy jesteś pewna, że nie możesz pójść do pracy bez makijażu? Przyjrzyj się uważnie swoim nawykom związanym z urodą i zastanów się, czy codzienna rutyna nie stała się obowiązkiem, bez którego wpadasz w panikę. Czy jesteś w stanie bardziej odsłonić swoje naturalne piękno? Zacznij się doskonalić w dostrzeganiu tego piękna – myśl o tych elementach fizyczności, z których jesteś najbardziej zadowolona.

Wymyśl jeden lub dwa sposoby na naturalne podkreślenie urody, które zaczniesz stosować od teraz. Może to być picie większej ilości wody, szczotkowanie włosów aż do połysku czy relaksująca kąpiel z olejkami zapachowymi. Chodzi o metody zupełnie różne od dotychczasowych. Zastanów się też, co możesz wyeliminować z codziennej rutyny dbania o wygląd. Może zrezygnować z jakiegoś kosmetyku? Kupując balsamy i kosmetyki do makijażu, nabywamy jednocześnie przekaz, że nasze piękno zależy od ich użycia. Uświadom sobie, że to, jaka pokazujesz się światu, wysyła innym podświadomy komunikat o tym, czy wierzysz w swoje wrodzone piękno, które kryje się w skórze lub uśmiechu, a nie w warstwie podkładu.

Emocjonalna myśl, która została stłumiona

Pojęcie kompleksu narodziło się na przełomie XIX i XX wieku. Jako pierwszy użył go Josef Breuer, austriacki lekarz i filozof, który współpracował z twórcą psychoanalizy Zygmuntem Freudem. Razem opracowali metodę katartyczną, która polegała na uwalnianiu się od traumatycznego wspomnienia w stanie hipnozy. Zaobserwowali, że po uświadomieniu traumy związanej z konkretnym wydarzeniem i opowiedzeniu o nim, ustępowały objawy nerwicy. W psychologii pojęcie kompleksu rozpowszechnił wybitny szwajcarski psycholog i psychiatra Carl Gustav Jung, dla którego oznaczało ono zbiór ukrytych w nieświadomości myśli, przeżyć i doświadczeń, ujawniających się pod wpływem określonego bodźca. – Dzisiaj kompleks potocznie oznacza dyskomfortowe uczucia, które pojawiają się w związku z ekspozycją społeczną – mówi Joanna Godecka. – Z kompleksem Breuera, Freuda i Junga łączy go to, że najczęściej jest związany z przeżywaniem lęku i wstydu. Kompleksy w jakimś stopniu dotyczą każdego z nas i nikt jeszcze nie wymyślił złotej recepty na ich całkowite uleczenie.