1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dążenie do ideału może być źródłem cierpienia. O pułapkach perfekcjonizmu rozmawiamy z Marią Rotkiel

Dążenie do ideału może być źródłem cierpienia. O pułapkach perfekcjonizmu rozmawiamy z Marią Rotkiel

Perfekcjonizm jest postawą, składają się na nią różne cechy, a wynikiem jest funkcjonowanie w ciągłym przymusie, by wszystko, co wychodzi spod naszych rąk, było idealne. Ale idealne w naszym subiektywnym odczuciu. (Fot. iStock)
Perfekcjonizm jest postawą, składają się na nią różne cechy, a wynikiem jest funkcjonowanie w ciągłym przymusie, by wszystko, co wychodzi spod naszych rąk, było idealne. Ale idealne w naszym subiektywnym odczuciu. (Fot. iStock)
Dążenie do perfekcji może być słuszne i chwalebne, a może też być źródłem cierpienia. – Perfekcjonista bywa lękowy, upierdliwy, drażliwy. Trudno mu się wyluzować, nie potrafi być tu i teraz, cieszyć się, że jest zdrowy, że świeci słońce – mówi psychoterapeutka Maria Rotkiel.

Kiedy mówimy: „Zrobiłaś to perfekcyjnie”, wydawałoby się, że komplementujemy. Jednak pod słowem „perfekcyjnie” kryje się też pułapka.
Perfekcjonizm jest postawą, składają się na nią różne cechy, a wynikiem jest funkcjonowanie w ciągłym przymusie, by wszystko, dosłownie wszystko, co wychodzi spod naszych rąk, było idealne. Ale idealne w naszym subiektywnym odczuciu. Czyli świat może uważać i powtarzać mi, że jest już dobrze, a nawet bardzo dobrze, a ja nadal muszę biec do swojego ideału.

Rozumiem, że nie da się do niego dobiec…
Nie, dlatego perfekcjoniści wciąż odczuwają frustrację. Dlatego też, z lęku przed tym, że nie zrobią czegoś na sto procent, czasem w ogóle nie podejmują działania albo wycofują się na bardzo wczesnym etapie. Stereotyp, że perfekcjonista jest znakomitym pracownikiem, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bo taka osoba żyje w ciągłym napięciu, trudne emocje są u niej dominujące. Postawa perfekcjonizmu przekłada się na każdy aspekt funkcjonowania. Nierealistyczne oczekiwania, czyli niezgodne z możliwościami i potencjałem, bo perfekcjonista tak jak każda inna osoba dysponuje „tylko” 24 godzinami na dobę – sprawiają, że jest wciąż drażliwy, niezadowolony z siebie, więc nieprzyjemny także dla otoczenia. Tu nie ma miejsca na zadbanie o siebie, swoje zdrowie, swoje relacje z otoczeniem, nie ma miejsca na bycie, przeżywanie, bo zaprogramowany robot nie może być „tu i teraz”.

I nie może cieszyć się w zasadzie niczym. Moja znajoma przez długi czas nosiła się z zamiarem kupienia nocnej szafki. Ale szafka musiała być… idealna. Żadna nie spełniała „odpowiednich” kryteriów, podejmowanie decyzji trwało wieki, jednak w końcu dwie szafki przeszły do ostatniego etapu. Kiedy w końcu jedna przyjechała do domu, usłyszałam, że ta druga byłaby na pewno lepsza… Przykład innej perfekcjonistki, która po wyjechaniu samochodem z myjni skupia się tylko na tym, czy na właśnie wymyte auto nie spadnie przypadkiem jakaś kropelka deszczu… To niby błahe sprawy, ale w obu przypadkach nie ma mowy o cieszeniu się niczym, nie ma mowy o czerpaniu radości z życia w żadnym aspekcie.
Tak to właśnie działa. Perfekcjonizm bardzo często jest komponentem złożonego problemu. Może być wpisany w obraz nerwicy natręctw czy lęku uogólnionego lub zaburzeń osobowości. Nasza osobowość, nasze schematy zachowań, nasz charakter, w tym również temperament, tworzą pewną konstrukcję. Jeden element pasuje do drugiego. U perfekcjonisty też wszystko musi się zgadzać. Dlatego jest wielce prawdopodobne, że perfekcjonista będzie jednocześnie osobą lękową. Tu chodzi o pewien rodzaj zaklinania rzeczywistości, w psychologii poznawczej nazywamy to podstawowymi przekonaniami albo dysfunkcyjnymi założeniami. Zaklinanie rzeczywistości w praktyce może wyglądać tak: „Jeśli wszystko zrobię perfekcyjnie, ludzie będą mnie lubili i szanowali”. Podstawowe przekonanie będzie w tym przypadku brzmiało: „Nie zasługuję na szacunek i miłość”. Wokół tego przekonania będziemy obrastać w rozmaite cechy, tendencje i zasady, czyli założenia determinujące nasze decyzje i zachowania. Dlatego perfekcjonista bywa lękowy, bywa upierdliwy, drażliwy. To nie jest ktoś, komu łatwo przychodzi stan, który potocznie nazywamy wyluzowaniem się. Nie potrafi być tu i teraz, cieszyć się, że jest zdrowy, że świeci słońce – funkcjonuje według sztywnych założeń, zamiast cieszyć się tym, co jest.

Nową szafką…
Właśnie! Nie potrafi docenić, że jest ona wystarczająco dobra, poza tym przecież nie na „szafce” buduje się poczucie sensu, poczucie swojej sprawczości. Natomiast perfekcjonista tak nie potrafi, on właśnie na takiej błahej sprawie tworzy swoje poczucie sprawczości, a także poczucie bezpieczeństwa. Tu pojawia się bowiem bardzo mocny imperatyw do kontrolowania rzeczywistości. A, jak wiadomo, rzeczywistości nie da się kontrolować. Bo jaki ja mogę mieć wpływ na to, czy kiedy wyjadę z myjni, nie spadnie drobny deszczyk?

Perfekcjoniści są bardzo uciążliwi dla otoczenia. Są trudnymi partnerami, rodzicami, współpracownikami. To zwykle roszczeniowi pracownicy, potrzebują dostarczania wciąż kolejnych narzędzi koniecznych do perfekcyjnego wypełniania swoich obowiązków. Perfekcyjny klient? Mogę sobie tylko wyobrazić, co przeżywali sprzedawcy w sklepach meblowych, w których pani znajoma poszukiwała nocnej szafki – czy na pewno nie jest nigdzie zarysowana, czy farba nie zejdzie, czy pod wpływem słońca nie zmieni koloru albo czy się po dwóch latach nie zacznie rozklejać. Taka silna potrzeba kontroli jest męczarnią dla całego otoczenia. Bywa, że spod rąk perfekcjonisty wychodzą cudeńka, ale… męka po drodze bywa nie do zniesienia, cena psychologiczna jest bardzo wysoka.

Wyjdzie cudeńko, jeśli strach przed tym, że może wyjść nieidealnie, w ogóle pozwoli zacząć.
Pewnie raczej zacznie, gorzej będzie skończyć. Perfekcjonista nie potrafi stawiać kropki. Ma tendencję do ciągłego poprawiania.

U perfekcjonisty zawsze jest jakiś ciąg dalszy, który musi nastąpić?
Tak, zakończenie projektu, w rozumieniu procesu, „oddanie go” jest bardzo trudne. A napięcie towarzyszące ciągłemu poprawianiu, udoskonalaniu objawia się często agresją wobec otoczenia, które niecierpliwi się w oczekiwaniu na kropkę.

Ale chyba są też jakieś dobre strony?
Perfekcjonista ma zwykle wysokie standardy moralne, to osoba lojalna, słowna. Jednak w efekcie to wszystko, co dobre, przykrywa sztywność w postawie, brak elastyczności, której życie bez wątpienia od nas wymaga. Jest skrupulatny, drobiazgowy, zwraca uwagę na szczegóły, to plus, ale… zwykle zanurza się w tych drobiazgach na tyle, że w nich po prostu tonie. Zbytnia szczegółowość wciąga nas jak bagno.

Proszę nie sądzić, że chcę skupiać się na krytyce perfekcjonistów, tak naprawdę najważniejsze to powiedzieć jasno, że oni cierpią. Bo potrzeba bycia idealnym jest nie do zaspokojenia, ona jest jak czarna dziura, otchłań nie do zasypania. To jest ktoś, kto nigdy albo prawie nigdy nie przeżywa tego przyjemnego momentu, kiedy siadamy i sami sobie mówimy w myślach: „Uff, udało się, dałaś radę”. Proszę wyobrazić sobie, jak trudne i smutne musi być życie bez takich chwil. Perfekcjonista ich nie doświadcza. Bo albo gani siebie, że mogło być lepiej, albo „pędzi” dalej do czegoś, co w jego mniemaniu jest na liście działań numerem dwa do natychmiastowego wykonania. Nie potrafi się zatrzymać. Bezruch jest dla niego przerażający, wtedy bardzo mocno wzrasta poziom lęku. Poza tym działanie jest często miarą własnej wartości – jeśli nie działam, nie ma mnie, nie liczę się, nic nie znaczę.

Tu nie ma miejsca na choćby namiastkę spontaniczności, prawda? Są tylko sztywne plany, logistyka.
Tak, to codzienność wypełniona organizacją. I frustracją, kiedy plany nie mogą być zrealizowane w stu procentach. A nie mogą nigdy, bo żaden człowiek nie ma mocy kontrolowania wszystkich czynników zewnętrznych. I zawsze nam jakaś „kropla deszczu” spadnie na przed chwilą umytą szybę. Co z tego, że perfekcjonista nigdy nie spóźni się z własnej winy na spotkanie choćby o minutę, skoro spóźni się ktoś, z kim się umówił, spotkanie zacznie się później, więc na kolejne nie ma szans być na czas. Tak wygląda życie, każdy to wie. I lepiej lub gorzej, jednak to akceptujemy. Perfekcjonista nie potrafi tego zaakceptować, czuje w takich momentach ogromny dyskomfort.

Perfekcjonizm nie jest jednak dożywotnim wyrokiem, da się z nim walczyć.
Perfekcjonizm nosi znamiona uzależnienia, jest jak samonapędzające się koło. Ci, którzy obudzili się z koszmaru, przypominają w swoim schemacie przebudzenia osoby uzależnionej właśnie. Czyli często muszą doświadczyć bardzo dużej trudności, która ich konfrontuje z destrukcyjnym funkcjonowaniem. Według mnie perfekcjonizm to autoagresja. I najczęściej chęć rozwoju, walka z nim wyzwalana jest przez potężny kryzys – rozstanie z partnerem, utratę pracy – ale też dużą pozytywną zmianę w życiu, jak pojawienie się dziecka na świecie. Ten moment to dla perfekcjonistek często przełom. Zwykle są to dojrzałe, późne mamy, bo – wiadomo – czekały na idealny czas, które zaczynają, z miłości do dziecka, przyglądać się sobie. I chcą zmiany. Przełomem są też często kryzysy zdrowotne, bo perfekcjonistki cierpią na rozmaite dolegliwości psychosomatyczne. To są stałe pacjentki rehabilitantów, masażystów, stomatologów, napięte, zgrzytające zębami. Aż w końcu czują, że mają dość. Są – jak mówią – zmęczone sobą.

Trudno dokonać tej zmiany?
Teraz coś optymistycznego – psychoterapia doskonale się tu sprawdza, wychodzenie z perfekcjonizmu to bardzo przyjemna praca; praca, która uczy troski i czułości wobec siebie samej. Dość szybko widać efekty, bo kiedy poczujemy po raz pierwszy, jak przyjemnie jest być dobrą dla siebie, natychmiast chcemy więcej!

Maria Rotkiel, psychoterapeutka, trenerka, doradczyni rodzinna, zawodowa, autorka książki „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” (wydawnictwo Czarna Owca). Prywatnie mama Adasia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze