1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sama czy samotna? – Jak poradzić sobie z samotnością?

Sama czy samotna? – Jak poradzić sobie z samotnością?

W natłoku codziennych spraw większość ludzi wciąż gna z miejsca na miejsce. Bardzo niewielu z nas znajduje czas, by przystanąć i rozejrzeć się wokół. W rezultacie tracimy wiele okazji do nawiązania kontaktu. (fot. iStock)
W natłoku codziennych spraw większość ludzi wciąż gna z miejsca na miejsce. Bardzo niewielu z nas znajduje czas, by przystanąć i rozejrzeć się wokół. W rezultacie tracimy wiele okazji do nawiązania kontaktu. (fot. iStock)
Istnieje subtelna różnica pomiędzy byciem samym a czuciem się samotnym i ważne jest, byś umiał odróżnić jedno od drugiego. Bycie samym to przebywanie w pojedynkę – takie doświadczenie może odświeżać i wzmacniać, a dla niektórych osób ma wartość terapeutyczną. Może jednak przerodzić się w poczucie samotności. Przebywanie w pojedynkę staje się wówczas nie do zniesienia i pragniemy nawiązać kontakt z innymi, ale przychodzi nam to z trudem – wyjaśnia Hope Kelaher, psychoterapeutka, autorka książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Każdemu z nas zdarza się być zarówno samym, jak i samotnym. Można jednak doświadczać samotności również w towarzystwie. Pamiętasz sytuację, kiedy byłeś otoczony ludźmi, ale jakoś nie mogłeś znaleźć z nimi wspólnego języka? Takie momenty mogą wiązać się z poczuciem samotności, niekiedy potwornie bolesnym. Niestety, są także bardzo powszechne, doświadczają ich miliony osób. Statystyki wskazują, że niemal w każdej chwili prawie połowa Amerykanów czuje się samotna, przy czym poczucie to jest bardziej dotkliwe dla osób młodszych niż dla starszych.

Samotność w epoce mediów społecznościowych może doprowadzić do przekonania, że więcej znaczy lepiej – obserwowania niezliczonych osób na Instagramie albo przewijania w prawo każdego zdjęcia na Tinderze. Jednak więcej nie zawsze znaczy lepiej. Część osób odczuwa samotność mimo posiadania 5, 15 czy nawet 50 głębokich więzi. Inne skwapliwie korzystają z każdej okazji do znalezienia towarzystwa i w rezultacie spędzają czas z nielubianymi osobami, co tylko nasila u nich poczucie przygnębienia i samotności.

Zdarza się, że uczucie samotności wynika z czynników innych niż brak przyjaciół czy wysokiej jakości relacji. Niekiedy trudno jest określić wyraźny, oczywisty powód. Do odczuwania przez dorosłego samotności może się jednak przyczynić wiele kwestii związanych nie z jego kręgami społecznymi, a z doświadczeniami z wczesnego dzieciństwa, niedostępnymi rodzicami lub traumą w relacji. Takie czynniki najlepiej jest odkrywać i przepracowywać podczas terapii z odpowiednio wykwalifikowanymi specjalistami.

Nie jesteś sam w swojej samotności - badania

Osamotnienie najtrafniej można opisać jako uczucie pojawiające się, kiedy chciałbyś mieć towarzystwo, ale nie jesteś w stanie go zdobyć – na przykład kiedy chcesz spotkać się z przyjaciółmi w piątkowy wieczór, ale wszyscy mają już jakieś plany. Samotne oglądanie Netflixa może być przykre, ale szybko mija.

Samotność różni się od osamotnienia, ponieważ ma charakter przewlekły – utrzymuje się przez cały czas.

Przewlekła samotność to dość powszechne zjawisko. Wyniki badań wskazują, że:

  • Niemal połowa dorosłych w USA skarży się na samotność lub wykluczenie.
  • Najbardziej samotne wydaje się pokolenie Z, urodzone w latach 1997–2013.
  • Na drugim miejscu plasuje się pokolenie Y, urodzone w latach 1981–1996.
  • Starsze pokolenia doświadczają samotności w mniejszym stopniu.

Zmaganie się z samotnością – wskazówki

Zapewne udało ci się już określić, w jakich sytuacjach jesteś sam, a wolałbyś nie być. Kolejny, trudniejszy krok to zaradzenie samotności. Wiadomo, że w przypadku niektórych osób przyczyny tego uczucia leżą głębiej niż w sieci społecznej, a zmierzenie się z głębokim podłożem samotności, wynikającym z traumy lub wczesnego dzieciństwa, może wymagać dłuższego czasu i pomocy specjalisty.

Zapewne zastanawiasz się, jak możesz samodzielnie poradzić sobie z uczuciem samotności w swej wyprawie w poszukiwaniu dobrych, znaczących przyjaźni. Poniżej znajdziesz propozycje sposobów, które pozwolą ci zwalczyć lub złagodzić to uczucie.

  1. Praktykuj samowspółczucie.

Pierwszy krok do pokonania samotności to spojrzenie w głąb siebie i przypomnienie sobie, że nawet w chwilach cierpienia nie jesteś sam. Przypomnij sobie statystyki. Postaraj się nie zadręczać i nie snuć negatywnej narracji na temat przyczyny swoich uczuć. Spróbuj zwrócić uwagę na coś, co się układa. Może ci się wydawać, że nie ma takiej rzeczy, ale to nieprawda. Zawsze da się znaleźć coś takiego. Nie musi to być nic wielkiego, wystarczą dwa drobiazgi. Może dziś rano obudziłeś się punktualnie, zanim zadzwonił budzik. Może dojazd do pracy był mniej koszmarny niż zwykle albo nie ma szefa, więc będziesz mógł wyjść nieco wcześniej. Może po drodze do domu zobaczyłeś uroczego psa i uśmiechnąłeś się na jego widok. Dostrzeganie małych rzeczy, które dają nam radość, pomaga być dla siebie dobrym. Ja na przykład w trudnych sytuacjach – na przykład po tym, jak osoba, z którą miałam zjeść w piątek kolację, odwoła plany, bo umówiła się z kimś innym, albo po kłótni z kolegą z pracy – staram się skupiać na pozytywach, choćby najmniejszych, które dostrzegłam przed negatywnym doświadczeniem. Na słonecznej pogodzie, ulubionej przekąsce albo pozytywnej rozmowie. Zauważam i zapamiętuję takie rzeczy, a później przypominam sobie, jakie uczucia we mnie wywołały. Pomaga mi to łagodzić uczucia negatywne wynikające z odwołanych planów lub kłótni.

  1. Bądź obecny.

To największe wyzwanie dla wszystkich, zwłaszcza w przypadku złego samopoczucia. Kiedy czujemy się przygnębieni, wolelibyśmy zrobić wszystko, byle NIE być tu i teraz.

Wyćwiczenie umiejętności skupiania się na chwili obecnej pozwoli ci jednak lepiej się dostroić do innych ludzi i otaczającego świata. W osiągnięciu tego celu mogą ci pomóc medytacja i codzienna praktyka uważności. Postaraj się codziennie wykonywać ćwiczenie oddechowe lub chodzić w sposób uważny. Niektórym osobom koncentrację na teraźniejszości ułatwia powtarzanie mantr. Moje ulubione to: „Nic nie jest stałe”, „Ani dobre, ani złe”, „Jestem tu i teraz” i „Nie ma dwóch takich samych chwil”.

  1. Choć raz dziennie zrób coś ludzkiego.

Pewna bardzo mądra osoba, godząca naukę, pracę i rodzinę, powiedziała mi kiedyś, że kluczem do ograniczenia ryzyka izolacji społecznej jest „zrobienie czegoś ludzkiego przynajmniej raz dziennie”. Oznaczało to dla niej opuszczenie osobistej przestrzeni. Siedzenie w swojej bańce może być łatwiejsze, ale nasila uczucie samotności. Upewnij się, że chociaż raz dziennie wyjdziesz gdzieś, by dać sobie okazję do osobistych kontaktów w innej fizycznej przestrzeni – choćby robiąc zakupy lub tankując auto.

  1. Zgadzaj się na wszystko (lub chociaż na tyle, na ile dasz radę).

Stare powiedzenie głosi, że jeśli nigdy nie przyjmujesz zaproszeń, to w końcu przestajesz je otrzymywać. Niestety, to prawda. Jeśli będziesz odrzucać okazję za okazją, mogą się one więcej nie powtórzyć. Przyjmowanie zaproszeń może być trudne, jeśli czujesz się samotny lub przygnębiony i instynktownie masz ochotę zagrzebać się w łóżku z Netflixem. Walcz z tym! Tak właśnie zrobiła moja przyjaciółka Ashley, która nie czuła się gotowa wrócić do częstych wyjść na miasto po kilkumiesięcznym pobycie u rodziców, gdzie dochodziła do siebie po poważnej operacji. Mogła wziąć na wstrzymanie i odrzucać zaproszenia – tak byłoby łatwiej. Zaczęła jednak czuć się samotna, a nie chciała pozwolić, by to uczucie i jej rekonwalescencja spowodowały jeszcze większe zaległości. Mimo zmęczenia i braku wprawy zaczęła przyjmować zaproszenia na lunche, mecze tenisa, koncerty i tak dalej. Stanowiło to dla niej wyzwanie, tym większe, że była z natury introwertyczką, ale znalazła w ten sposób chłopaka i troje przyjaciół, poszerzyła także swą sieć społeczną. Trzeba przyznać, że jej nowa mantra, „Po prostu powiedz »tak«”, zadziałała! W dodatku Ashley upiekła dwie pieczenie przy jednym ogniu – jest teraz znacznie mniej introwertyczna niż wcześniej!

  1. Zaplanuj czas.

Harmonogram daje poczucie zorganizowania, a niekiedy również celu. Większą część dnia pochłaniają nam plany zawodowe, ale czas wolny jest równie istotny. Jego planowanie nie musi być uciążliwe, a da ci okazję do uważności, zrobienia co dzień czegoś ludzkiego i kontaktów towarzyskich. Zamiast leniwie zastanawiać się, jak spędzić najbliższą niedzielę, i ryzykować, że za dużo czasu przesiedzisz w internecie lub przed telewizorem, postaraj się zaplanować wyjście do muzeum lub do kina. Znajdź czas, by przyrządzić ulubione danie i przygotować wstępnie lunche na cały tydzień. Gwarantuję, że poczujesz się dzięki temu bardziej produktywny, pewny i, przy odrobinie szczęścia, skuteczny.

  1. Ogranicz siedzenie przed ekranem.

Każdemu zdarza się zatracić w wędrówkach po internecie, a większość z nas spędza zbyt wiele czasu przed ekranem. Dane zebrane przez grupę Nielsen zajmującą się badaniami rynku wskazują, że dorośli Amerykanie spędzają ponad jedenaście godzin dziennie przed urządzeniami multimedialnymi. Sam ten fakt wyjaśnia, dlaczego tak wiele osób ma trudności z nawiązywaniem osobistych kontaktów. Jeśli podobnie jak wiele innych osób zmagasz się z uzależnieniem od elektroniki, możesz złagodzić doskwierającą ci samotność, spędzając mniej czasu przed ekranem. Im krócej będziesz przed nim siedzieć, tym więcej dasz sobie okazji do interakcji z innymi osobami i otoczeniem.

  1. Świadomie wykorzystuj czas przed ekranem.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby jednoczesne ograniczenie czasu spędzanego przed ekranem i wykorzystywanie go w sposób uważniejszy i bardziej świadomy. Jak wspomniałam powyżej, każdemu zdarza się utkwić w błędnym kole bezcelowego surfowania po sieci. Podobnie jak w przypadku uważnego chodzenia, aby świadomie wykorzystywać czas przed ekranem, należy określić jego cel. Zanim ponownie sięgniesz po urządzenie elektroniczne, zadaj sobie poniższe pytania: Co zamierzam osiągnąć za pomocą swojej następnej wizyty w internecie? Czy mógłbym wykorzystać ten czas, aby odnowić z kimś kontakt? Jak wiele czasu poświęcę na przewijanie i klikanie „Lubię to”? Czy mógłbym lub powinienem robić w tym czasie co innego? Czy czułbym się lepiej, gdybym robił to, zamiast błądzić po sieci?

  1. Spraw sobie zwierzaka lub pobaw się z cudzym.

Takie rozwiązanie nie jest odpowiednie dla każdego, ale posiadanie zwierzęcia poprawia nastrój i łagodzi uczucie samotności. Wyniki badań wskazują, że osoby mieszkające samotnie, ale posiadające zwierzę, ogólnie lepiej sobie radzą. Kontakt ze zwierzęciem nie jest w stanie całkowicie zastąpić wsparcia społecznego otrzymywanego podczas interakcji międzyludzkich, jednak z badań wynika, że posiadanie zwierzaka jest pomocne i może w wielu przypadkach zapewniać wsparcie emocjonalne. Wielu właścicieli zwierząt zyskuje dzięki swoim pupilom okazję do kontaktów i sposób na złagodzenie samotności. Posiadanie zwierzęcia oznacza chodzenie do sklepu zoologicznego, do weterynarza, a w przypadku psa – na spacery. Z moich doświadczeń jako właścicielki psa wynika, że samo wyprowadzanie go dostarcza wielu okazji do łatwego, spontanicznego nawiązania rozmowy. Zwierzak pomaga przełamać lody. Nawet jeśli sam nie możesz mieć psa, masz szansę odczuć związane z nim korzyści, pilnując czworonoga sąsiadów, odwiedzając kafejkę przyjazną zwierzętom czy pracując jako wolontariusz w schronisku.

  1. Porozmawiaj z kimś.

Zastanów się nad zwierzeniem się ze swoich uczuć bliskiej osobie. Okazanie w ten sposób wrażliwości może pogłębić waszą więź. Jeśli powiesz, co czujesz, komuś, kto się o ciebie troszczy, możesz też otrzymać od niego wsparcie społeczne i emocjonalne. Wiele lat temu pracowałam z Jonem, młodym człowiekiem, który przeprowadził się do Nowego Jorku po ukończeniu studiów i miał w pracy bardzo napięty grafik. Spędzał w niej tyle czasu, że pozostawało mu bardzo niewiele wolnego. Jon nie potrzebował bardzo intensywnych kontaktów towarzyskich – lubił od czasu do czasu pobyć sam, ale z czasem zbyt częste osamotnienie zmieniło się w samotność. Jon zdobył się na odwagę i opowiedział kilkorgu bliskich przyjaciół ze studiów o swoich problemach. Ku jego zaskoczeniu pospieszyli z pomocą. Zaczęli dbać o to, by częściej esemesować do Jona, odwiedzać go i wciągnąć go do swoich nowojorskich sieci znajomych. Dzięki swoim zwierzeniom mój pacjent nie tylko poczuł się lepiej – odwaga, jaką wykazał, ujawniając swą wrażliwość, pozwoliła mu nawiązać głębsze, bardziej znaczące przyjaźnie.

  1. Zacznij marzyć.

Takie zalecenie może się niektórym wydać nierozsądne, zwłaszcza w chwilach gorszego samopoczucia, ale wyobrażanie sobie, jak chcemy, by wyglądało nasze życie, pomaga. Udowodniono, że śnienie na jawie i fantazjowanie poprawia nastrój. Marzenia mogą mieć bardzo oczyszczające działanie i dawać chwilę wytchnienia w trudnych sytuacjach. Kiedy marzymy lub wizualizujemy, jak inaczej mogłoby wyglądać nasze życie, mózg przez cały dzień wykonuje drobne ćwiczenia z wizualizacji, sprawiając, że wprowadzamy mikrozmiany pomagające w dążeniu do wymarzonego celu. Czy potrafisz wyobrazić sobie, jak byś się czuł, gdybyś przyjął tamto zaproszenie albo poszedł na happy hour z kolegami z pracy? Czy fantazjując o tym, z kim chciałbyś mieć częstszy kontakt, łatwiej zdobyłbyś się na telefon do tej osoby lub odpisanie jej następnym razem, kiedy pierwsza się odezwie?

  1. Pozbądź się negatywnych myśli.

Zanim dowiesz się więcej o negatywnych myślach, musisz uświadomić sobie istnienie pętli przyczynowo-skutkowej pomiędzy myślami, uczuciami i zachowaniami. Terapia poznawczo-behawioralna opiera się na założeniu, że da się wprowadzić zmiany na każdym z tych poziomów: myśli, uczuć i zachowania. Jeśli doskwiera ci samotność, możliwe, że doświadczasz nieświadomych negatywnych myśli, które uznany psycholog i ekspert w dziedzinie szczęścia, dr Elisha Goldstein, określa skrótem NUTs od angielskiej nazwy Negative Unconscious Thoughts.

Negatywne myśli, kryjące się pod powierzchnią naszej świadomości, to między innymi głęboko zakorzenione przekonania. Te powiązane z uczuciem samotności to na przykład: „Nie zasługuję na przyjaciół”, „Kto w ogóle chciałby się ze mną przyjaźnić?” czy „Zawsze będę czuć się sam”. Takie nieświadome negatywne myśli wywołują negatywne uczucia, takie jak przygnębienie, i nasilają zachowania izolujące. Jak można zmienić tę negatywną pętlę przyczynowo-skutkową? Należy zacząć od odwrócenia początkowych negatywnych myśli lub ich przeformułowania w pozytywne. Na przykład negatywną myśl „Kto chciałby się ze mną przyjaźnić?” można przeformułować na „Wiele osób chciałoby się ze mną przyjaźnić”. Zastanów się, jaki wpływ na twoje uczucia i zachowania mogłaby wywrzeć myśl „Wiele osób chciałoby się ze mną przyjaźnić”. Taka automatyczna pozytywna myśl mogłaby wywoływać pozytywne uczucia i pozytywne zachowania.

Pomocne może być na początek nazywanie negatywnych myśli. Nazywając negatywne myśli, nie tylko stajesz się ich świadomy, ale także robisz pierwszy krok do pozbycia się ich. To ważna umiejętność – dopóki nie zrozumiesz swoich negatywnych myśli, nie będziesz w stanie ich zwalczyć ani przeformułować. Kiedy nabierzesz wprawy w przeformułowywaniu myśli, będziesz mógł wyjść ze strefy komfortu w nowe obszary dające sposobność do zawarcia przyjaźni.

Fragment pochodzi z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla osób, które pragną budować szczere i bliskie relacje z ludźmi. Wyposażona w wiele ćwiczeń pomoże poznać i pożegnać rozmaite blokady, stojące na drodze do życia pełnego prawdziwych przyjaciół.

Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu Hope Kelaher Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Razem, ale osobno - o samotności w związku

Samotność w związku może brać się z tego, że sama nie jesteś w bliskiej relacji ze sobą, że tak naprawdę potrzebujesz zająć się sobą. (Fot. iStock)
Samotność w związku może brać się z tego, że sama nie jesteś w bliskiej relacji ze sobą, że tak naprawdę potrzebujesz zająć się sobą. (Fot. iStock)
Jesteś z kimś, a czujesz się sama. Co to za zjawisko? Z drugim człowiekiem spotykamy się na różnych poziomach. Jednocześnie też jesteśmy w relacji sami ze sobą. I od tego uzależnione jest nasze odczuwanie samotności w związku. Za nią może stać dużo różnych potrzeb, różnych konfliktów.

Odczuwasz, że czegoś ci brak i do końca nie wiesz czego. Może być tak, że właściwie nie jest ci w tym związku jakoś bardzo źle, ale nie macie o czym rozmawiać, nie czujesz wsparcia, często zainteresowania. A jak się spotykacie, nie ma w was radości, energii. Jest za to smutek, osowiałość, trochę przygnębienia. Niskie fale. Ale także lęk, że jest się samym - to zagrażające, przytłaczające. Zastanawiasz się, dlaczego to się przydarzyło. Może chodzić o to, że pragniesz bliskości w związku, widocznie nie doświadczasz jej w takim stopniu, w jakim byś chciała. Chodzi ci o to, żeby druga strona bardziej się mną zajęła? Jeśli tak, warto zadać sobie pytanie, czy my we dwójkę jesteśmy sobą zainteresowani. Zauważasz, że partner jest odrębnym od ciebie człowiekiem? A na ile postrzegasz go tylko w ramach jakichś wyobrażeń, przyzwyczajeń, wygody? Czy zauważasz jego potrzeby, czy jesteś nim najszczerzej zainteresowana? Zanim skierujesz żale i pretensje pod adresem partnera, najpierw sobie zadaj te pytania. Jeśli chcesz, żeby on był tobą bardziej zainteresowany, warto wiedzieć, o jakie konkretnie zainteresowanie ci chodzi. Co byś chciała, żeby się wydarzyło między wami? O jaki rodzaj bycia razem ci chodzi? Może o zapomnianą fascynację?

Czy mam własną przestrzeń w życiu?

Samotność w związku może brać się z tego, że sama nie jesteś w bliskiej relacji ze sobą, że tak naprawdę potrzebujesz zająć się sobą. Warto więc zapytać się: czy ja jestem sobą zainteresowana? To się często zdarza w sytuacji, kiedy partner rzeczywiście jest sobą zajęty, ma swoje pasje, realizuje się poza związkiem. Twój zarzut jest wtedy taki: ty masz swoje sprawy, a mną się nie interesujesz. A czy przypadkiem nie przydałoby ci się zająć sobą w takim zdrowym egoistycznym znaczeniu tego słowa. Zastanowić się: co ja lubię robić? Bo może trochę zazdrościsz, że on ma swoje pasje? Może w nim lokujesz odpowiedzialność za to, że jesteś taka niezrealizowana i taka samotna. Czasami malutka samotność, taka na mikro skalę, dotyka nas, kiedy będąc z kimś, nie mamy kontaktu ze sobą. Nie możemy się sobą zająć z powodów różnych wewnętrznych przekonań, przyzwyczajeń, ograniczeń. Mieć zainteresowania to też odpowiedzialność, bo to ja wybieram swoją drogę. W tym przypadku rozwiązaniem może okazać się po prostu zajęcie się sobą. Chodzi o coś takiego jak własna przestrzeń. O banalne rzeczy - poranne picie kawy i patrzenie się w okno. Święte pół godziny dla siebie. Przestrzeń, w której naprawdę rozpoznasz siebie, bez relacji z tą drugą osobą. Zadbanie o to, żeby mieć własne miejsce, sprawia, że odnajdujesz „swój dom”. I ta samotność powoli się rozpuszcza.

Dajcie mi spokój, piję kawę!

Poczucie samotności w związku może być punktem zwrotnym, momentem kiedy uświadamiamy sobie, że trzeba coś zmienić. Jeżeli jesteśmy w stanie szczerze przyjrzeć się tej sferze, to natrafimy, o co tak naprawdę chodzi. Czy chodzi o to, żeby być bliżej tej relacji, czy może o to, żebym stała się bardziej introwertyczna, skupiona na sobie. Jaka niezrealizowana potrzeba za tym poczuciem stoi? Czy potrzebuję się powkurzać, domagać się czegoś otwarcie lub o coś poprosić, czy też powiedzieć: dajcie mi spokój, ja teraz piję kawę. Albo: wychodzę na spotkanie z koleżankami. Osobista przestrzeń, taka którą mamy poza relacją, jest każdemu potrzebna. Nie lękajmy się jej. Najpierw muszę coś dać sobie, żeby świadomie móc wnosić siebie do związku. Tyle i tyle jest moje i tylko moje, a tyle i tyle daję. Samotność jest chyba wpisana w życie każdego z nas. Ta w związku też. To objaw, że coś ważnego się nie wydarza, że czegoś brak. Owszem, to jest smutne, trudne, może nawet trzeba będzie się rozstać. Ale z drugiej strony samotność się pojawia, bo dotyka potrzeby zadbania o siebie. Gdy doskwiera, to znak że trzeba coś zrobić. Dlatego zadawajmy sobie ważne pytania na swój temat!

Potrzebuję ciebie, kochanie...

Czasami bywa też tak, że każda ze stron w związku ma swoje pasje i swoją przestrzeń. W ciągu dnia każdy żyje w swoim świecie, a wieczorem siadają obok siebie i nie mają o czym rozmawiać. I ktoś czuje się samotny. Wówczas coś złego dzieje się poziomie komunikacyjnym relacji. W takiej sytuacji warto zadać sobie takie pytania: czy chcę się z nim dzielić tym, co wydarzyło się w ciągu dnia? Czy chcę, żeby on naprawdę mnie słuchał? - i samej zacząć robić to, czego w tej chwili między nami brakuje lub o to poprosić. Czasami kłopotem w związku jest powiedzenie czegoś takiego jak: Bardzo potrzebuję, żebyś był tutaj dla mnie i słuchał, co ja gadam. Potrzebuję, żebyś po prostu był. Potrzebuję wsparcia. Niekiedy trudno nam przyznać się do pewnej zależności. Jest w nas ta potrzeba, tylko że my nie potrafimy zrobić na nią miejsca, bo stawia nas ona w pozycji kogoś słabszego. Bo najczęściej to siła jest premiowana. Do słabości w relacji trudniej się przyznać z obawy, że się zostanie porzuconym, odrzuconym. Mamy takie przekonanie, że jeżeli kogoś potrzebuję, to znaczy że z moją siłą jest coś nie tak. Może tu chodzić też o jakieś indywidualne uwarunkowania. Może kiedyś poczułaś się odrzucona lub byłaś w sytuacji, kiedy potrzebowałaś pomocy, a otrzymałaś wyraźne „nie” od znaczącej osoby. I stąd wynika: „ja nie potrzebuję, sama dam sobie radę”. Czasem uważamy, że o niektórych rzeczach nie należy ze sobą rozmawiać. Nie możesz wyrazić jakiejś swojej krytyki lub pewnych oczekiwań? Na początku są to małe szczelinki, które potem rozrastają się w wielkie rozziewy między ludźmi. I rzeczywiście jesteśmy daleko od siebie. Warto sobie uzmysłowić, czego nie mówisz i co byś chciała powiedzieć. Może jest w tobie złość, a chodzisz smutna i przygnębiona? Na co sobie nie pozwalasz w tej relacji i dlaczego? A może jednak zrobisz to? Chociaż trochę, chociaż na próbę.

Czy to już koniec? 

Psychologia zorientowana na proces, której twórcą jest Arnold Mindell, mówi o micie relacji, czyli o jego ukrytym sensie. Po co ta relacja jest? Po co my dwoje zeszliśmy się ze sobą i co poprzez nasz duet będzie się chciało wydarzyć? Mit relacji można rozpoznać w znaczących wydarzeniach z czasu, kiedy związek się zaczynał, kształtował. Chodzi tu o jakieś niezwykłe przypadki, niespotykane zdarzenia, które potem pamiętamy. Warto do nich wracać. Mit organizuje związek. Jeżeli go zaniedbamy, tracimy kontakt z siłami, które nasz związek stwarzają i relacja się rozpada. Czasami jest tak, że mit się dośni do końca, wypełni. Osiągnęliśmy to, do czego relacja była przeznaczona, no i wtedy koniec - pora się rozstać.

  1. Styl Życia

Samotność z wyboru. Dlaczego ludzie decydują się na samotne życie?

Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Bycie razem, nie tylko od święta, wychodzi nam coraz gorzej. Coraz lepiej natomiast - życie w samotności, choć usilnie próbujemy budować związki. Koniec końców wielu z nas wybiera niezależność, wolność, możliwość samorealizacji. A człowiek ponoć jest istotą stadną. Dziwne, prawda?

Badania nie pozostawiają złudzeń – tradycyjna rodzina nie ma się już tak dobrze, jak miała, przynajmniej w deklaracjach Polaków. Dotychczas, od wielu zresztą lat, to ona plasowała się na pierwszym miejscu w hierarchii wartości. Od mniej więcej 2010 roku (o czym mówią badania CBOS) rodzina ustąpiła miejsca sferze zawodowej. I to głównie za sprawą młodych ludzi, między 18. a 34. rokiem życia. Okazuje się, że 66 procent z nich nad rodzinę przedkłada ambicje zawodowe, a tylko 20 procent wskazuje sferę bliskich relacji jako wartość najistotniejszą. Badania pokazują także, że blisko jedna czwarta Polaków żyje dzisiaj w pojedynkę. Samotne życie to nie jest tylko okresowa moda, ale zjawisko opisane przez socjologów i psychologów.

Życie samotnika: nie wiem, jak chcę, ale wiem, jak nie chcę

Psycholożka Anna Nowakowska zauważa, że przyczyny tego zjawiska są pochodną przemian kulturowych i obyczajowych.

– W Polsce, zwłaszcza w wielkich miastach, nie istnieje już presja społeczna wymuszająca określony styl życia, tym bardziej zawieranie małżeństw. Młodzi ludzie nie do końca wiedzą, jak chcą żyć, ale za to wiedzą, jak nie chcą, czyli tak jak ich rodzice, którzy latami trwali w nieudanych związkach. Życie w pojedynkę wybierają jednak nie na zawsze, tylko na krótką metę, do czasu, kiedy się dorobią, kupią mieszkanie, samochód. Ale ta lista wciąż jest aktualizowana, więc samotne życie się przedłuża.

Psychologowie podkreślają, że samotność dorosłych ma często źródło w ich dzieciństwie. A ściślej w tym, czy rodzice okazywali im uczucia. Jeśli nie okazywali, jeśli wychowywali w emocjonalnym chłodzie, to wielce prawdopodobne, że oni też tego nie potrafią i w dorosłości nie będą umieli zbudować bliskich relacji. Wybiorą życie samotnika.

Anna Nowakowska: – Ale często zamiast coś z tym zrobić, na przykład pójść do terapeuty, ludzie deprecjonują wartość bliskich relacji, odrzucają je, twierdząc, że związek to zamach na ich niezależność, wolność, rozwój, samorealizację. A bliskość nie wyklucza wolności i niezależności każdego z partnerów. Wszystko zależy od ustalenia granic. Bo jeśli te granice są sztywne, związkowi grozi rutyna. Jeśli z kolei granice są zbyt słabe i każdy dryfuje w swoim kierunku, jedność pary jest zagrożona. Czasem, paradoksalnie, pomaga sformalizowanie związku. Daje partnerom poczucie, że nawet jeśli się oddalą, to trudniej niż w związku nieformalnym, ot, tak sobie, spakować walizki i odejść.

Życie w samotności to także konsekwencja różnych lęków. Między innymi przed tym, że w bliskim związku o wiele więcej stracę, niż zyskam. Będę zajęty domem, a w tym czasie coś ważnego może mnie ominąć! Ten lęk ma już nawet swoją nazwę, FOMO (fear of missing out), i jest widzialny gołym okiem. Ludzie nie podnoszą głów znad tabletów i smartfonów, bo tyle ciekawego tam się dzieje. A w realu? Nuda.

Kolejny lęk – że kiedy z kimś zamieszkam, a więc kiedy się otworzę, obnażę, to wyjdą na jaw wszystkie moje skrywane, często urojone, wady. Samotność to także efekt rozwodów, prawdziwej plagi ostatnich lat. W Polsce rozpada się już ponad jedna trzecia małżeństw z krótkim stażem. Po takich doświadczeniach ludzie nie chcą sparzyć się po raz drugi, wolą życie samotnika.

Samotny wilk w opałach - jakie konsekwencje może mieć życie w samotności?

Zanim powiesz: „Wybieram samotność”, zastanów się, czy to ci się opłaca. Po pierwsze, grozi ci depresja. Amerykański psycholog, profesor Richard Booth, już w 2002 roku alarmował, że długotrwałe życie w samotności może prowadzić do depresji, i postulował zaklasyfikowanie jej do zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Po drugie, jesteś bardziej niż niesamotnicy narażona na stres. Badaczka wpływu samotności na nasze zdrowie, dr Lisa Jaremka z Uniwersytetu w Ohio, dowiodła, że życie w samotności przez długi czas działa jak silny stresor. Z jej badań wynika, że organizm samotnej osoby wytwarza o ponad dziesięć procent więcej hormonów stresu niż takiej, która przebywa w otoczeniu innych ludzi.

Po trzecie, wybierając życie samotnika, fundujesz sobie choroby, ponieważ stres osłabia nasz system odpornościowy. Organizm samotnika produkuje także więcej cytokiny – wydzielanego przez białe krwinki białka, które przyspiesza procesy nowotworowe. Osoby, które prowadzą samotne życie częściej chorują na alzheimera. Inne badania, przeprowadzone przez dr Uri Gouldborta z Tel Awiwu, pokazują, że życie w samotności szczególnie niebezpiecznie wpływa na mężczyzn. Ryzyko śmierci wskutek udaru mózgu jest o 64 procent większe u samotnych mężczyzn niż u pozostających w związkach.

Jak radzimy sobie z życiem w samotności? Badania nad samotnymi studentami, jakie przeprowadził psycholog Warren Jones, pokazały, że zupełnie nieskutecznie. Młodzi ludzie, którzy prowadzą samotne życie – zamiast zapraszać znajomych, wychodzić do miejsc, gdzie spotykają się rówieśnicy – oglądają telewizję, uciekają w jedzenie lub używki. Kiedy już znajdą się w towarzystwie, zachowują się tak, że zrażają do siebie ludzi: milczą albo za dużo mówią o sobie, nie interesują się interlokutorem. Dodatkowo pogarszają swoją sytuację tym, że mają nierealistycznie wysokie wymagania zarówno wobec siebie, jak i wobec innych.

Anna Nowakowska: – Ludzie, którzy twierdzą, że wybrali życie w samotnika, przychodzą do mnie po ratunek, bo cierpią. Przed światem udają, że życie w pojedynkę jest super, że mogą robić, co chcą, ale w gabinecie przyznają, że to ściema. Zachęcam ich do zainwestowania w relacje, póki jeszcze nie jest za późno. Bo wraz z upływem czasu coraz trudniej przestawić się na inny styl życia, ciężko zmienić codzienne nawyki samotnika, znaleźć przestrzeń – i tę dosłowną, i mentalną – dla innej osoby, podzielić się z nią swoim życiem. Mówi się, że ludzie samotni dziwaczeją, i jest w tym dużo prawdy. Z moich obserwacji wynika, że łatwiej otworzyć się na związek samotnym z konieczności, wdowom, porzuconym, rozwiedzionym. Ich motywacja do zmiany swojej sytuacji, potrzeba skontaktowania się z drugim człowiekiem jest dużo większa niż tych, którzy deklarują samotność z wyboru. Ale zanim wejdzie się w nowe, dobrze zamknąć stare, przeżyć żałobę, rozstanie. Pobyć tylko ze sobą, ze swoimi myślami, w ciszy. Takie praktykowanie bycia samemu ze sobą działa jak lekarstwo. Bo samotność nie jest tylko zła, czasem okazuje się zbawienna. Chociaż na dłuższą metę nie da się jej obronić.

  1. Psychologia

Zamiast zastanawiać się, dlaczego jesteś sama, pomyśl, jak wiele masz z tego korzyści

Uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie! (Fot. Getty Images)
Uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie! (Fot. Getty Images)
- Takie „chwile bez związku”, nawet jeśli trwają kilka lat, są niezwykle cenne. Koncentrujemy się wtedy na pracy, na rozwoju, poznaniu siebie. To taki egocentryczny czas, ale jeśli nie będziemy się wtedy zbytnio separować od świata, to nic tak dobrze nie przygotuje nas do wejścia w kolejną relację - mówi psychoterapeutka Maria Rotkiel.

Wiele kobiet zadaje sobie pytanie: „Dlaczego jestem sama?”. Czy możemy im dać na nie prostą odpowiedź?
To faktycznie nie jest łatwe. Bo żeby ją znaleźć, trzeba się sobie dobrze przyjrzeć. Zrobić bilans zysków i strat związanych z dotychczasowymi ważnymi relacjami z mężczyznami. Zysków, czyli naszych doświadczeń, refleksji, tego, czego się nauczyłyśmy. Strat, czyli tego, czego jeszcze nie przerobiłyśmy. Oczywiście, można nawet z trudnych relacji wyjść zwycięsko, czyli zbudowaną, mądrzejszą, czasem może trochę ostrożniejszą, ale niebojącą się uczucia. Zwykle jednak kurz opada, a my zostajemy pokiereszowane, pełne trudnych emocji, i nawet nie do końca zdajemy sobie sprawę, jak wiele jeszcze w tej kwestii musimy ze sobą przegadać. Aby wejść w kolejny związek i zbudować dobrą relację, najpierw trzeba siebie poznać, zrozumieć i pokochać. Ten proces to ogromne wyzwanie!

Boimy się być same, boimy się samotności.
Nie lubię określenia „być samą”, bo tak naprawdę my nigdy nie jesteśmy same. Po pierwsze, mamy siebie, i jak się sobą opiekujemy i siebie kochamy, to zawsze będziemy mogły na siebie liczyć. Po drugie, zawsze mamy wokół ludzi, czasami na własne życzenie czy z powodu jakichś życiowych trudności trochę się od nich izolujemy, ale zawsze jest obok ktoś, kto nas wspiera. To może być siostra, przyjaciółka, mama, nawet sąsiadka. Nigdy nie jesteśmy więc same, ale bywamy bez partnera, nie w związku. Czasami świadomie podejmujemy decyzję, by w tym momencie skoncentrować się na sobie, odpocząć. Takie „chwile”, nawet jeśli trwają kilka lat, są niezwykle cenne. Koncentrujemy się wtedy na pracy, na rozwoju, poznaniu siebie, na podróżach. To taki trochę egocentryczny czas, ale jeśli nie będziemy się wtedy zbytnio separować od świata, to nic tak dobrze nie przygotuje nas do wejścia w kolejną relację. Między innymi dlatego, że będziemy miały możliwości przemyślenia tego, co spotkało nas w poprzednich związkach, a to bardzo często jest kotwicą trzymającą nas w marazmie, frustracji.

Te zaś skłaniają nas do tworzenia uogólnień na zasadzie: „Wszyscy mężczyźni to dzieci” czy „Wszyscy mężczyźni to egoiści”. A to nieprawda.

Albo: „Wszyscy mężczyźni w Polsce są do chrzanu”.
Nieprawda. Chociaż osobiście uważam i nie boję się tego powiedzieć, że w Polsce jest więcej fajnych kobiet. Mówiąc „fajnych”, mam na myśli: poukładanych, otwartych na innych, lubiących siebie i godzących swoje potrzeby z potrzebami innych. Co nie znaczy, że nie ma fajnych facetów…

…ale jakoś na żadnego z nich nie możemy trafić.
Myślę, że są dwa rodzaje motywacji do tego, żeby być bez partnera. Pozytywne („Potrzebuję czasu dla siebie”, „Chcę się poukładać sama ze sobą”, „Na ten moment nie ma w pobliżu nikogo, kto by mnie interesował”) i negatywne, czyli wszystkie te, które wynikają z lęków i niepokojów, które prowadzą do błędów poznawczych, czyli wspomnianych generalizacji, w skrócie polegających na konstrukcji: „Wszyscy faceci są jacyś”. To mogą być błędy poznawcze w stosunku do samych mężczyzn, w stosunku do życia (np. „Nie ma prawdziwej miłości”) i w stosunku do siebie (np. „Nie zasługuję na miłość”).

W nurcie psychoterapeutycznym, w którym pracuję, mówimy o tzw. dysfunkcyjnych założeniach. To reguły i zasady, które rządzą naszym życiem, często głęboko zakorzenione. Na przykład: „Muszę być idealna, żeby zasłużyć na miłość”. Dlaczego taka kobieta jest sama? Bo dąży do niedoścignionego ideału, to może być jej wygląd, to może być to, że jest „do rany przyłóż”, ale tak naprawdę spełnia potrzeby innych, a nie swoje.

Po czym poznać, które są te dysfunkcyjne?
To założenia, które zamykają nas na świat, wynikają z lęku i niepokoju. Bo ustawiają nas w kontrze: albo biernej, albo agresywnej. Wtedy postrzegamy w mężczyznach lub w nas samych wrogów i walczymy, czyli jesteśmy agresywne. Albo nic nam się nie chce, nie wierzymy, że coś dobrego nas jeszcze spotka, czyli stajemy się bierne.

Słyszałam dziewczyny, które mówią: „Ja chyba nie potrafię kochać”.
Moim zdaniem potrzeba dostawania i dawania miłości jest silniejsza nawet niż instynkt życia. Człowiek jest istotą stadną. Nawet jeśli jesteśmy introwertyczne czy nieśmiałe, to jednak łakniemy obecności innych ludzi. Natomiast możemy doświadczyć we wczesnym dzieciństwie – i mówię już o okresie okołoporodowym – traum, czyli trudnych doświadczeń. Nieobecności – psychicznej czy fizycznej – matki, ale też agresji, przemocy. Te doświadczenia składają się na naszą umiejętność budowania relacji. Składa się na nią nasza gotowość na miłość, samoświadomość, także odwaga, bo każdy związek jest ryzykiem. Czasem pytam moje klientki: „Czy chciałabyś, aby nigdy nikt cię nie skrzywdził i nie zdradził?”. „Tak” – słyszę w odpowiedzi. „A czy jest na to jakiś sposób?” – pytam. – „Bo jedyny, jaki przychodzi mi do głowy, to nigdy się nie zakochać”. „Ale ja chcę kochać” – mówią. I dopiero od tego momentu możemy zacząć pracować, uczyć się dojrzale kochać.

Tego można się nauczyć?
Tak, powiedziałabym nawet, że trzeba. Większość z nas wchodzi w dorosłość trochę niedokochana. Jeśli rodzice byli nieprzewidywalni, oziębli emocjonalnie albo zbyt przytłoczeni swoimi kłopotami – mogli zbudować w nas pewnego rodzaju ambiwalencję, która polega z jednej strony na dążeniu do bliskości, z drugiej na ucieczce przed nią, wynikającej z lęku, że zostaniemy zranieni. Ale można też mieć wspaniałe dzieciństwo (albo tak je postrzegać, ale to już inna sprawa), a mimo to w późniejszym życiu być mocno zranioną na przykład w pierwszej ważnej relacji z mężczyzną. Dobre dzieciństwo jest warunkiem koniecznym, by budować dobre relacje, ale niewystarczającym.

Chcemy być kochani, więc szukamy miłości, ale czasem robimy to zbyt kompulsywnie. Może problematyczne jest samo „szukanie”?
Ja nie obawiam się tego słowa. Gdybym została singielką, co mam nadzieję się nie stanie, bo mój partner jest ojcem mojego dziecka i bardzo go kocham, ale gdybym znów była bez partnera, to szukałabym nowego. Cóż złego powiedzieć znajomym: „Jak znacie kogoś fajnego, to dajcie znać” albo spytać koleżanki: „Słuchaj, kim jest ten przystojny facet z twojej pracy?”. To postawa aktywna: wychodzę do ludzi, rozglądam się, może nawet zapisuję na portal randkowy. Korzystam z okazji, ale też potrafię je stworzyć. Bo kiedy jest nam źle, robimy się bierne. Oczywiście, w siedzeniu w domu z dobrą książką i herbatą nie ma nic złego, chodzi o to, żeby to nie było rodzajem ucieczki i poddania się. Dlatego zachęcam: zaproś znajomych, wyjdź do kina, zapisz się na nowe zajęcia. Jeśli jedną z myśli, która tobą kieruje, będzie: „A może tam kogoś poznam?”, nie ma w tym nic złego. Ale JEDNĄ z myśli, bo dotknęłaś tu ważnej kwestii – kompulsywności w nastawieniu na cel, jakim jest znalezienie partnera, i zapominaniu o całej reszcie. Kiedy za wszelką cenę chcę mieć faceta, to pojawia się ogromne ryzyko, że złapię się na wydmuszkę, czyli trafię nie na królewicza, a na rozbójnika. Zdaje się, że to Jung kiedyś powiedział: „Zakochanie to rzutowanie własnych fantazji na przypadkową ofiarę”. Czyli mam wyobrażenie, że mężczyzna powinien być taki a taki i nakładam je na pierwszego mężczyznę, który mi się spodoba. I on staje się ofiarą moich oczekiwań i żądań. Bo potem przyjdzie otrzeźwienie, okaże się, że on nie jest taki, jaki miał być. A on jest taki, jaki był. Tylko ja tego nie widziałam. Można zakochać się mądrze, na trzeźwo.

W książce „Nas dwoje” radzisz, by prowadzić dzienniczek znajomości.
Bo my mamy często bardzo trafne spostrzeżenia, tylko one nam umykają, ponieważ nie wchodzimy z nimi w wewnętrzny monolog. Zrzucamy to na karb intuicji, która tak naprawdę jest poszerzoną percepcją. Czyli ktoś nam mówi: „Nigdy nie poznałem tak pięknej kobiety”, a my czujemy w tym jakiś fałsz. To nie magia czy szósty zmysł, my po prostu widzimy kątem oka, że zaraz potem sprawdza godzinę na komórce czy patrzy się takim samym wzrokiem na naszą koleżankę. Poszerzona percepcja to umiejętność dostrzegania i analizowania ważnych sygnałów, które wiele mówią o drugiej osobie i sytuacji.

A jak długo dawać szansę komuś, kto jest miły, ale jakoś nie ma iskry?
No wiesz, ja też jestem miła, ale to nie znaczy, że mamy zacząć chodzić na randki (śmiech). Trzeba siebie spytać, czego chcemy. Chodzenie na randki z miłymi mężczyznami jest bardzo… miłe. Czemu nie. Ale jeśli chcę budować głębszą relację, a czuję, że akurat tego mężczyzny nie chcę bliżej poznać…?

Nawet czysto fizycznie…
Związek to relacja dwojga przyjaciół i zarazem kochanków – sfera erotyczna, seksualna jest istotna. Może się okazać, że poznałam bardzo fajnego faceta, który będzie moim dobrym kolegą, może nawet przyjacielem, ale czy zaraz partnerem? Bo jeśli jego zapach mi nie odpowiada czy nie mam chęci, by go dotknąć, choćby musnąć w przelocie rękę… to chyba nic z tego nie będzie. Czasem to rodzi się w miarę pogłębiania znajomości i tutaj zachęcałabym, by dawać tę szansę, o którą pytasz. Na początku możemy być spięci, speszeni… Ale jeśli po trzeciej randce wkurza mnie, jak on siorbie i naprawdę mnie to irytuje (śmiech), to proponowałabym się nad tym zastanowić. Nawet jeśli to głupotka, ale skoro ją dostrzegam, może oznaczać, że nie ma właśnie tej pożądanej chemii. Fizyczna przyjemność, jaką odczuwamy w obecności drugiej osoby, jest konieczna, choć niewystarczająca. Ale myślę, że większość czytelniczek może mieć całkiem odwrotny problem. Stawiamy na fizyczność, a potem się okazuje, że nie mamy żadnych wspólnych tematów.

A co, kiedy wszystko gra, ale on nie chce się wiązać?
Z reguły w takiej sytuacji kobiety zadają sobie pytanie: „Co ze mną nie tak?”. A przecież ten człowiek jest z jakiegoś domu, ma na swoim koncie jakieś doświadczenia, bagaż życiowy i może problem tkwi po jego stronie. Może boi się bliskości, może został bardzo zraniony i ma swoje dysfunkcyjne założenie. Relacja to dwie osoby. Nie szukajmy od razu problemu w sobie, ale też nie skreślajmy od razu znajomości i nie reagujmy agresywnie, przypisując komuś złe intencje. Pamiętajmy, że nie mamy zdolności telepatycznych – nie przewidujmy, nie zgadujmy – zapytajmy! „Słuchaj, chciałabym cię bliżej poznać, ale odnoszę wrażenie, że ty się dystansujesz”. Bardzo ważne jest powiedzenie tego, co czujemy, a nie tego, czego się domyślamy. Jeśli mężczyzna jest świadomy swoich przeżyć, emocji, motywacji, może odpowiedzieć wprost: „Tak, masz rację, rozstałem się niedawno z żoną, mam jeszcze obawy przed wchodzeniem w związki”. Mężczyzna, który potrafi tak powiedzieć – skarb (śmiech). Z reguły to kobiety mają większą łatwość werbalizowania swoich emocji. Dlatego też on może powiedzieć coś nie wprost, ale my możemy to nazwać, zadając kolejne pytanie: „Czy z tego, co powiedziałeś, mogę wywnioskować, że boisz się bliskości?”. Pytajmy, nie stwierdzajmy i nie oceniajmy. Zamiast: „boisz się”, mówmy: „boisz się?”.

A może po prostu on nie jest nami zainteresowany?
Ja myślę, że mężczyźni nie mają problemu, by dać do zrozumienia kobiecie, że nie są zainteresowani. To my, kobiety, mamy problem z zachowaniami wprost, asertywnymi, czytelnymi. Dlatego warto nad sobą popracować, zanim wejdziemy w kolejny związek. Uczmy się asertywności od mężczyzn, ale przede wszystkim uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie!

Maria Rotkiel psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek. 

  1. Psychologia

Samotność - ucieczka od czegoś i do czegoś. Czy życie samotnika jest naprawdę dobre?

Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem. (Fot. Getty Images)
Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem. (Fot. Getty Images)
Ludzie dojrzali godzą się na pewną dozę samotności po to, żeby dokonywać wewnątrz niej odpowiedzialnych rozstrzygnięć. Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być cierpieniem – mówi psychoterapeuta, profesor Bogdan de Barbaro.   

Mówi się, że samotność to choroba naszych czasów. Jest aż tak źle?
O rzetelne uogólnienie można byłoby się pokusić wtedy, gdyby się żyło w różnych czasach. W tym sensie nadaję się do rozmowy na ten temat, bo żyłem w różnych epokach, doświadczyłem moderny i postmoderny. Może to powierzchowna diagnoza, ale za tak zwanej komuny więzy międzyludzkie były silniejsze, ludzie odwiedzali się bez zapowiedzi, pomagali sobie. Teraz są mniej otwarci, a więzi międzyludzkie słabną. Taką cezurą zmiany wydaje się rok 1989. W tym okresie zbiegły się różne rewolucje: polityczna, społeczna, technologiczna, obyczajowa. Zachłysnęliśmy się wtedy wolnością, technologiami…

…i skupiliśmy na walce o różne dobra, zaniedbując relacje.
Patrząc na współczesność z perspektywy socjologicznej czy kulturowej, można powiedzieć, że niewątpliwie żyjemy w czasach konsumpcjonizmu, hedonizmu. Wartość szybko egzekwowanej przyjemności jest znacznie większa niż niegdyś. Możliwe, że w czasach ponowoczesnych trudniej jest odróżnić wolność od swawoli, że zatarła się różnica między tymi pojęciami. Tymczasem prawdziwa wolność jest sprzężona z odpowiedzialnością, a swawola, choć przecież rdzeń słowotwórczy w tych pojęciach jest podobny, to wolność bez odpowiedzialności. Do tego dochodzi wzmacnianie podziałów na MY i ONI. Ten podział istniał od dawna, ale w komunizmie więcej ludzi konsolidowało się wokół MY, tego głębszego, ufundowanego na wartościach.

Samotność to cierpienie spowodowane poczuciem, że nie jestem w żadnym MY?
Można tak powiedzieć. Przy czym krąg MY może mieć różny promień: może być diadą, na przykład dwojgiem partnerów, może być rodziną, a nawet, jak to przywołał w amerykańskim Kongresie Lech Wałęsa, narodem.

Może być też MY facebookowym.  
MY facebookowe jest zapośredniczone przez technologię. Widziałem fotografię przedstawiającą grupę nastolatków w muzeum na tle obrazu Rembrandta. Przyszli oglądać dzieła mistrzów, a siedzą i esemesują, każdy zapatrzony w swoją komórkę. Wydawałoby się, że przeżywają MY podwójnie: w grupie, w której przyszli do muzeum, i z osobami, z którymi esemesują. Ale to MY może być wtedy spłaszczone, powierzchowne. Bo trudno jest zastąpić bezpośredni, żywy kontakt, jaki na przykład mam teraz z panią, kiedy rozmawiamy, patrzymy na siebie, wypowiedziana przez panią myśl dociera do mnie, rodzi jakąś moją myśl, którą się z panią dzielę. Natomiast kultura obrazkowa rozcieńcza to Buberowskie JA – TY. Ale nie chciałbym narzekać na dzisiejsze czasy. Nie chcę też, żeby powstało wrażenie, że MY ma wyprzeć JA. Chociaż MY, czyli ja-w-relacji, trzyma się mocno. Konstrukcjoniści społeczni, na przykład Kenneth Gergen, wyrazili kiedyś takie przekonanie: nawet jeżeli zaginie JA, to zostanie JA relacyjne. Teza, że JA istnieje tylko w relacji, wydaje mi się ciekawa. To oznacza, że tylu mnie, w ilu relacjach jestem, bo jestem kimś innym, kiedy rozmawiam z panią, kim innym, gdy za chwilę będę rozmawiał z synem itd.

A  JA wewnętrzne?
Też nie jest jedno. Może być we mnie mój surowy ojciec, moja czuła matka, rywalizujący ze mną brat, oczekujący ode mnie heroizmu dziadek. We mnie są ich „głosy”. I tak jak palce gitarzysty mogą potrącić tę czy inną strunę, tak sytuacja, rozmowa z kimś mogą uruchomić ten, a nie inny głos. Czym innym jest zatem samotność w znaczeniu emocjonalnym, uczuciowym, a czym innym w znaczeniu społecznym. Można być społecznie niesamotnym, mieć dużą rodzinę, mnóstwo znajomych, a być wewnętrznie samotnym. I można być singlem, a nie być samotnym i być w dobrym kontakcie z samym sobą. Samotność jest więc pojęciem wieloznacznym, słów zaczynających się od rdzenia „samo-” w Słowniku języka polskiego jest chyba ze dwie strony. Czyli to ważne pojęcie.

Jednym ludziom łatwiej współtworzyć MY, innym trudniej. Gdzie tkwi przyczyna?
To, jacy jesteśmy, zależy między innymi od tego, co się z nami działo w dzieciństwie, czy mieliśmy bezpieczne więzi. Jeżeli czułem się kochany, to w dorosłości jestem nie tylko gotów do bliskości, ale także umiem wchodzić w związki. Jeżeli natomiast moje pierwsze doświadczenia z rodzicami były, jak to określają badacze więzi, pozabezpieczne, na przykład chaotyczne czy lękowe, to w moim dorosłym życiu mogę mieć trudność w relacjach, choć pewnie też tęsknotę za niesamotnością. Upraszczając – to, jak bardzo czuję się samotny w dorosłości, zależy od tego, jak bardzo byłem samotny w dzieciństwie, a to, jak bardzo byłem samotny jako dziecko, zależy między innymi od stylu wychowania, którego częścią jest bliskość. Bezpieczna lub nie.

Co jeśli rodzice nie dali nam tej bliskości? 
Przestrzegałbym przed ich obwinianiem. Rodzi się pytanie: Czy opis trudnego dzieciństwa, wyrządzonych krzywd zostawię na poziomie opisu, czy będę go używał po to, żeby wejść w rolę skrzywdzonego? Jeżeli wejdę w rolę skrzywdzonego, na przykład przez surowego ojca albo zimną matkę, to wtedy będzie mnie krzywdzić ten opis, a nie matka czy ojciec. Niekiedy w psychoterapii pracujemy nad tym, że owszem, doznałeś krzywdy w dzieciństwie, ale teraz już tamtej krzywdy sprzed lat z tobą nie ma, tylko jest znaczenie, jakie temu nadajesz. Możesz się w tej krzywdzie rozgościć i schować. Ale to nic ci nie daje, tylko zabiera sprawczość. Może odbierać także gotowość do ryzyka wejścia w związek. Bo bywa, że rozpamiętujący krzywdy człowiek kieruje się przekonaniem, często nieuświadomionym, że skoro matka mnie skrzywdziła, to ty, kobieto, też mnie skrzywdzisz, no więc nie zaryzykuję związku. Natomiast jeśli oddzielę to, co było, od tego, co jest teraz, to mam szansę zobaczyć, że, owszem, matka nie dała mi czułości, że boję się kobiet, ale też że zależy mi na bliskości, więc zaryzykuję, zrobię krok ku. Oczywiście, to bardziej złożone, bo niewykluczone, że taki mężczyzna będzie szukał kobiety, która mu przypomina chłodną matkę. W każdym razie bardzo ważne jest, aby odróżniać przeszłość od teraźniejszości. W przeciwnym razie zachowujemy się jak ktoś, kto nie zdjął kamizelki kuloodpornej, którą założył na wojnie, gdy świszczały kule, mimo że już dawno nastał pokój.

Wielu młodych ludzi żyjących na maksa twierdzi, że samotność to ich wybór. 
Życie w pośpiechu, intensywne może być satysfakcjonujące, jeśli ktoś lubi ekscytację, wyścig. Nie można takiemu komuś powiedzieć: „Nie rób tego”. Ale można go przestrzec przed niebezpieczeństwem spłycenia życia, przed zmniejszeniem szansy na głęboki związek. Wierzę, że głęboki związek ma wartość niezwykłą. Może single tak bardzo miłują wolność jako fundamentalną wartość, bo według nich perspektywa więzi jest perspektywą więzienia. Więź i więzienie mają wspólny rdzeń. Jako mąż, a jeszcze bardziej jako ojciec, mam mniej wolności, niż miałem jako narzeczony. Ludzie się na to nie godzą i pewnie dlatego w Europie około 30 procent małżeństw się rozwodzi, a we Francji czy w Kalifornii – nawet ponad połowa.

Samotność z wyboru to nie pójście na łatwiznę? 
Zamieniłbym „pójście na łatwiznę” na „lęk przed głęboką więzią”.

Skąd ten lęk?
Między innymi stąd, że w dzieciństwie nie zaznaliśmy bezpieczeństwa, a jak już o tym wspomniałem – wtedy rodzi się wzorzec więzi. Jeżeli byłem bity przez rodziców, to nie wchodzę w bliski związek, bo boję się, że będę bity.

Taka samotność nie wydaje się do końca wyborem.
Raczej, jakby powiedzieli psycholodzy, racjonalizacją. To znaczy – mówię, że to mój wybór, ale pod spodem jest lęk przed bliskością. Inna przyczyna obawy przed wchodzeniem w bliski związek może być związana z tym, że dzisiaj w zasięgu ręki jest przyjemność bezpośrednia i krótkotrwała. Tymczasem długotrwały związek wymaga trudu. A po co mam się trudzić, skoro mogę korzystać z przyjemności?

Socjolog José Ortega y Gasset powiedział, że miłość to samotność we dwoje.
Można rozumieć to zdanie na dwa sposoby. Pierwszy – że czasem dwie osoby tworzą diadę, do której nikogo nie wpuszczają, jest MY i reszta świata. A drugi – że ludzie mogą być razem, spać razem i czuć się samotni. W każdej parze niezbędna jest równowaga między razem a osobno. Są ludzie, którzy wolą to „razem”, i jeżeli trafią na partnera, który lubi „osobno”, to toczą grę polegającą na tym, że jedno goni, bo chce bardziej razem, a drugie ucieka, bo chce bardziej osobno. No i obydwoje mają poczucie krzywdy, jedno, bo czuje się osaczane, a drugie, bo czuje się opuszczane. W wersji optymalnej dobrze byłoby uzgodnić, ile ma być tego razem, ile osobno, czyli mówiąc górnolotnie: ile miłości, a ile wolności.

Ludzie tego nie uzgadniają.
Myślę o behawioralnym uzgodnieniu. To znaczy, że jedno ustąpiło drugiemu albo polubiło to, co lubi drugie. Albo znaleźli jakieś wyjście pośrednie, obustronnie satysfakcjonujące. Ale to rzeczywiście duży problem, z mojej praktyki wynika, że wątek „gonię – uciekam” jest obecny w ponad połowie par, które są w terapii. W tych związkach nie ma zgody co do proporcji między razem a osobno. Bo jak jest za blisko, to jest za duszno, jak jest za daleko, to jest zbyt samotnie. To uciekanie i gonienie ma często postać wahadła: ten, kto goni, doprowadza do tego, że uciekający jeszcze bardziej ucieka. Wtedy goniący się obraża, no to uciekający wraca, potem znów ucieka. Jeżeli ludzie nie włączą refleksji na temat ich relacji, ten taniec może trwać latami.

 Jak się dogadać?
Najwięcej szans ma dogadanie się jest na początku, kiedy związek ufundowany jest na energii pragnienia, czy to erotycznego, czy uczuciowego. Kłopot pojawia się często wraz z przyjściem na świat dziecka. Oto najczęstszy schemat: Kobieta, która pragnie bliskości z mężczyzną, a tego nie dostaje, zagarnia dziecko. Mąż czuje się opuszczony, więc chowa się na przykład w komputer albo w pracę zawodową, no to ona jeszcze bardziej idzie w związek z dzieckiem. A mąż jeszcze bardziej się wycofuje, jest zły na żonę, która śpi teraz z dzieckiem, i na dziecko, co mu zabrało żonę. Pojawia się sprzężenie zwrotne, które może tę negatywną wersję rozwijać.

Kobiety chyba częściej czują się samotne.
Nie znam na ten temat statystyk ani badań, spodziewałbym się, że więcej jest samotnych mężczyzn. Przewagą kobiet jest to, że mają kontakt z uczuciami i dysponują większą empatią. Niektórzy wiążą to z oksytocyną, której kobieta ma więcej niż mężczyzna. Ale mężczyźnie trudniej o bliskość, czułość nie tylko z powodów hormonalnych, ale także kulturowych, bo gdyby okazał uczucia, a zwłaszcza swoją delikatność, to uważany byłby za mięczaka. Chodziło pani o to, że kobiety mogą czuć się częściej samotne w tym sensie, że nie dostają tego, czego chcą?

Tak, ale myślę, że i kobiety, i mężczyźni chcą teraz mieć wszystko natychmiast.
Taka w nas, dorosłych, dziecinność. Bo jedną z cech ludzi niedojrzałych jest właśnie to, że chcą natychmiastowego zaspokojenia potrzeb. Natomiast osoba dojrzała potrafi odroczyć to spełnienie.

Może więc dzisiaj ludzie nie są tak samotni, tylko tak niedojrzali?
Możliwe, że jedno pociąga za sobą drugie, że człowiek niedojrzały będzie sobie radził z samotnością poprzez rozrywkę albo bliskość powierzchowną, albo poprzez ucieczkę w świat wirtualno-narkotykowy.

Parafrazując Fromma, można powiedzieć, że samotność bywa ucieczką OD czegoś albo DO czegoś. Można uciec OD związku, a można uciec DO idei, pracy, pasji.
Rzeczywiście. Jeśli osoba, która realizuje się DO, na przykład w pasji, ma partnera, który to rozumie, ich związek może dobrze funkcjonować. Ale czasem ludzie nie chcą zrozumieć partnera, wolą go wymienić na nowego. Kiedy jakieś urządzenie nie działa tak, jak byśmy chcieli, to albo staramy się je naprawić, albo je wyrzucamy i kupujemy nowe. A żeby całość znów zadziałała, czasem wystarczy wymienić małą część. Warto rozróżniać elementy wymienialne od niewymienialnych. Związek może być niewymienialny, tylko trzeba nad nim pracować.

Ale przed samotnością do końca się nie uchronimy. 
To prawda. Samotni jesteśmy w obliczu śmierci, cierpienia, pytań ostatecznych. Niekiedy ma znaczenie to, że ktoś bliski trzyma za rękę. Ale ten ktoś nie przeżyje za nas choroby, śmierci. Są sytuacje graniczne, w których decyzja musi być podjęta przez nas samych. Gdy ktoś mnie pyta o radę, czy powinien zrobić tak, czy inaczej, mówię: „Odpowiedź musisz znaleźć w samotności, nikt nie może wziąć odpowiedzialności za twoją decyzję”. Do odpowiedzialnej wolności potrzeba samotności, ludzie dojrzali godzą się na pewną dozę samotności po to, żeby dokonywać odpowiedzialnych rozstrzygnięć. Bez tego się nie da. Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem.

Sposobem na samotność może być po prostu wyjście do ludzi?
To niełatwe. Między tęsknotą za kontaktami a kontaktem jest poważna przeszkoda w postaci blokady emocjonalnej, na przykład takiej, że boję się ludzi, nie ufam im, obawiam się wyśmiania, bo na przykład nie cenię siebie. Czasami zachęcamy człowieka, żeby zrobił coś, co mu pozwoli zrealizować potrzebę, ale zapominamy, że między frustracją z niezrealizowanej potrzeby a zrealizowaną potrzebą są różne emocjonalne trudności, na przykład lęk przed ludźmi.

Wtedy trzeba zacząć od pracy nad sobą?
Tak, od zorientowania się, skąd ten lęk pochodzi. Możliwe, że powstał w dzieciństwie i dzisiaj nie jest już adekwatny do kontekstu.

Bogdan de Barbaro profesor, psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin.