1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Od pewnej osoby, która miała problem alkoholowy, usłyszałam na to określenie „zaprawiać”. Ekspertka o zakłamanym języku (współ)uzależnionych

Od pewnej osoby, która miała problem alkoholowy, usłyszałam na to określenie „zaprawiać”. Ekspertka o zakłamanym języku (współ)uzależnionych

(Fot.  Bert Stern/Condé Nast via Getty Images)
(Fot. Bert Stern/Condé Nast via Getty Images)

Odsłuchaj artykuł

Agnieszka Radomska - Od pewnej osoby, która miała problem alkoholowy, usłyszałam na to określenie „zaprawiać”. Ekspertka o zakłamanym języku (współ)uzależnionych

00:00
15s
0,5 x
15s
W języku nie ma przypadkowości – przekonuje specjalistka od komunikacji dr Małgorzata Majewska, którą pytamy o to, jak zakłamuje on rzeczywistość osób uzależnionych i współuzależnionych, stając się narzędziem manipulacji. Oraz co można zrobić, by zmienić narrację, usłyszeć siebie i zacząć mówić własnym głosem.

Spis treści:

  1. Język w uzależnieniu pomaga zrozumieć ukryte wzorce zachowań
  2. Co łączy uzależnienie i przynależność?
  3. Uzależnienie jako próba poradzenia sobie z cierpieniem
  4. Język osób uzależnionych zdradza mechanizmy iluzji i zaprzeczeń
  5. Specyficzny język uzależnień: od „gadania z Władkiem” po kod zamknięty dla wtajemniczonych
  6. Osoba współuzależniona mówi w cudzej narracji

  • Język w relacjach z osobami uzależnionymi i współuzależnionymi nie jest neutralny – często zakłamuje rzeczywistość i staje się narzędziem manipulacji.
  • Dr Małgorzata Majewska tłumaczy, że słowa mogą wzmacniać poczucie winy, zależność i bezradność.
  • Warto wiedzieć, jak rozpoznawać te mechanizmy i jakie komunikacyjne strategie mogą pomóc odzyskać kontrolę nad własnym głosem.
  • Autorka podkreśla, że zmiana narracji wymaga świadomego słuchania siebie i wyrażania potrzeb wprost.
  • Dzięki temu osoby współuzależnione mogą zacząć budować zdrowsze relacje i unikać manipulacyjnych pułapek językowych.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Sens” 06/25

Język w uzależnieniu pomaga zrozumieć ukryte wzorce zachowań

Agnieszka Radomska: Po co brać na warsztat słowa w przypadku uzależnienia?

Małgorzata Majewska: Bardzo długo, nauczając o języku, myślałam, że ludzie chcą się zmieniać, że wystarczy im pokazać, że coś szkodzi, by chcieli to ze swojego życia wyeliminować. Tymczasem im jestem starsza i im więcej mam prywatnych doświadczeń, tym bardziej mam wrażenie, że człowiek zrobi wszystko, żeby utrzymać status quo. I pewnie nawet dałby radę, gdyby nie jego język, który zdradza to, co nieuświadomione.

W języku nie ma przypadkowości i każdy drobiazg w bezlitosny sposób pokazuje, jak osoba mówiąca widzi świat, a więc także to, jak ktoś, kto pije, konstruuje rzeczywistość, by swoje picie przemycić albo zbagatelizować.

Od pewnej osoby, która miała problem alkoholowy, usłyszałam na to określenie „zaprawiać”. To opisuje wysiłki, jakie podejmuje człowiek uzależniony, żeby nie widzieć swoich zachowań jako choroby, a raczej jako dobrą rozrywkę. Wszystko to widać właśnie w języku, bo pod warstwą językową ukrywają się głębsze sensy.

Czytając twoją książkę „Zacznij mówić własnym głosem”, pomyślałam, że ta lektura jest jak zdejmowanie wierzchniej warstwy z cebuli i sprawdzanie, co kryje się pod nią, a więc pod słowami, gdy mowa o alkoholu. Użyłaś metafory obierania cebuli, która tu faktycznie pasuje, choć dla mnie bardziej przekonujące jest inne porównanie.

Mieszkam na wsi i często obserwuję gospodarzy, którzy na zimę otulają krzewy róży włókniną, by nie zmarzły. Jeśli jednak w odpowiednim momencie nie ściągnie się tego zabezpieczenia, róża zgnije. Dla mnie język jest taką włókniną, otuleniem. Chroni, ale też sprawia, że ten, kto wypowiada słowa, nie musi patrzeć na prawdę.

Mówiąc, że ludzie nie chcą się zmieniać, mam na myśli to, że nie chcą ściągać tej ochronnej warstwy, by zobaczyć, co jest pod nią. Podkreślam jednak, że moje rozważania nie są i być nie mogą konkurencją dla działań fachowców, psychologów i terapeutów uzależnień, a raczej ich dopełnieniem. Napisałam książkę po to, by osobom uwikłanym w problem alkoholowy było łatwiej rozpoznać pewne mechanizmy.

Co łączy uzależnienie i przynależność?

Piszesz, że słowo „uzależnienie” ma ten sam źródłosłów co słowo „przynależność”. To w pewnym sensie językoznawcza próba wyjaśnienia przyczyn tej choroby. Co uzależnienie ma wspólnego z przynależnością?

U źródeł słów „uzależnienie” i „przynależność” znajduje się ta sama prasłowiańska forma ležati (leżeć) i legti (lec), i to nie jest przypadek. W każdym z nas istnieją równocześnie dwie sprzeczne potrzeby. Z jednej strony potrzebujemy przynależeć do wspólnoty, a z drugiej – być indywidualni, osobni. Dla noworodka przynależność jest kwestią przetrwania, bo poza wspólnotą jest skazany na śmierć; ta świadomość jest pierwotna, przedwerbalna i przedkonceptualna.

Niektórzy ludzie mieli szczęście urodzić się w rodzinie, która zapewniła bezpieczne przywiązanie, czyli dała poczucie, że wszystko, co czujesz, jest w porządku i masz do tego prawo. W takiej sytuacji możesz i przynależeć do wspólnoty, i rozwijać własną autonomię.

Jeśli jednak ta pierwsza i najważniejsza wspólnota – rodzina – przyjmuje dziecko warunkowo, a więc słyszy ono, że będzie kochane, pod warunkiem że nie będzie płakało, nie będzie smutne, nie będzie się złościć, bardzo szybko uczy się, co musi zrobić, by spełnić warunki przynależności.

Karane odrzuceniem za smutek czy złość zrozumie, że ma ich nie odczuwać, ale gdy dorasta, te niezaopiekowane kawałki prędzej czy później dochodzą do głosu. Alkohol, ale też każde inne uzależnienie – na przykład kompulsywne zakupy – to coś, co pozwala poradzić sobie w chwili, kiedy ten kawałek w nas, którego udajemy, że nie ma, dopomina się o swoje. Jeśli ktoś na skutek traumatycznych doświadczeń żywi przekonanie, że nie ma dla niego miejsca we wspólnocie, to picie, ćpanie czy kompulsywne zachowania pozwalają na chwilę wyzwolić się od tego przekonania i poczuć ulgę.

Jest jednak druga strona medalu. Moi znajomi, gdy dowiedzieli się, że piszę książkę o alkoholu i szukam prawdziwych historii, które oczywiście zostaną w książce zanonimizowane, dzwonili do mnie i mówili: „Gośka, takiej historii to jeszcze nie słyszałaś”. Uderzyło mnie to, bo te historie były niemal identyczne...

Zrozumiałam, że chodzi o poczucie wyjątkowości, o wiarę w to, że alkoholizm czyni unikalnym, podobnie zresztą jak współuzależnienie. Kobiety współuzależnione często mówią o sobie: „Każda by go rzuciła, a ja nadal przy nim trwam”, więc w domyśle jestem wyjątkowa. Z tej narracji wytrąca bezlitośnie dr Ewa Woydyłło w cytowanej przeze mnie rozmowie ze współuzależnioną Katarzyną Nosowską, której w trakcie spotkania powiedziała to słynne już zdanie: „Chciałabym pani powiedzieć, że pani historia jest wyjątkowa. Ale nie jest. Ma pani wiele sióstr. Ja jestem pani siostrą”.

Uzależnienie jako próba poradzenia sobie z cierpieniem

Myślę, że wszystkie te historie są podobne także dlatego, że ich wspólnym mianownikiem jest cierpienie. Pisze o tym Gabor Maté, do którego odwołujesz się w książce wielokrotnie. W jego definicji uzależnienie wynika z potrzeby zapełnienia emocjonalnej pustki czymś z zewnątrz.

To jest próba poradzenia sobie z cierpieniem za pomocą na przykład substancji chemicznej. Dlaczego heroina uzależnia właściwie od pierwszego zażycia? Dlatego że odtwarza stan symbiotycznego, idealnego zlania, jaki noworodek ma z matką. Daje spokój i przynosi ukojenie w bólu.

Wracając do języka: osoba uzależniona musi tak skonstruować swoją opowieść, by zapełnić dręczącą ją pustkę, a potem już spokojnie może się napić…

Oczywiście, i to też nie jest przypadek. Kwantyfikator jest bezpieczny, bo komuś, kto go używa, zapewnia poczucie, że nie jest na scenie sam. Gdy ktoś używa konstrukcji językowych typu „wszyscy”, „każdy” czy „normalny człowiek”, to ja przede wszystkim słyszę, że ktoś boi się zostać sam. I to znowu jest o potrzebie przynależenia do wspólnoty.

Zwróć jednak uwagę, że gdyby wszyscy pili, nie byłoby potrzeby o tym mówić. Jedną z głównych zasad rządzących językiem jest zasada ekonomii, która klasyfikuje mówienie o tym, co niepotrzebne, jako zbędne wydatkowanie energii. W tym momencie musi więc pojawić się pytanie: Po co ktoś mówi coś oczywistego?

Przywołuję przykład z imprezy, gdzie kobieta powiedziała: „Zazwyczaj nie piję, ale dzisiaj sobie pozwoliłam”. Zgodnie z zasadą ekonomii nie miałaby potrzeby tego mówić, tymczasem potrzebowała się wytłumaczyć – by może powiedziała tak ze strachu, na zasadzie: „Niech ona sobie nie pomyśli, że mam problem z alkoholem”.

Język osób uzależnionych zdradza mechanizmy iluzji i zaprzeczeń

Język nas zdradza... A ty zdradzasz w tej książce, jak to się dzieje. Pokazujesz na konkretnych przykładach, jak na poziomie języka dostrzec podstawowe mechanizmy uzależnienia – mechanizm iluzji i zaprzeczeń, nałogowego regulowania emocji i rozproszonego ja.

Wszystkie te mechanizmy są widoczne w języku, przykłady można by mnożyć. Iluzji sprzyja ironia w mówieniu o alkoholu i jego piciu. Znam wielu uzależnionych, którzy stosują szyderstwo jako metodę oswajania świata, zresztą nie dotyczy to tylko uzależnienia.

Osoby z dużą nadwagą też często same siebie wyśmiewają. Pamiętam opowieść jednej z otyłych kobiet: „Byłam ostatnio z przyjaciółką w Hiszpanii… i dwa wieloryby, czyli ja z Kaśką”. Kiedyś myślałam, że to oznacza po prostu zdrowy dystans do siebie, zwłaszcza że towarzyszył temu śmiech. Dziś wiem, że jest dokładnie odwrotnie.

Takie osoby żyją w iluzji, że jeśli same siebie wyśmieją, to będzie mniej bolało. To są komunikaty typu: „Zagram z tobą w grę, że się nie przejmuję, bo tak naprawdę bardzo się przejmuję”.

Ironia może uczynić lekkim najtrudniejsze doświadczenie, zrobić z poważnej choroby, jaką jest otyłość czy uzależnienie, wersję light. Temu samemu służą dowcipkowanie, zabawne anegdoty, prześmiewcze wspominki z suto zakrapianych imprez, ale także stosowanie zdrobnień. „Piwerko”, „wódeczka”, „kieliszeczek”, „winko” nie wskazują na problem grubego kalibru, raczej na coś nie tylko przyjemnego, lecz nawet bezpiecznego. I tak to widzi osoba uzależniona.

Cytujesz w książce fragment z „Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha, który doskonale pokazuje, co trzeba zrobić na poziomie języka, by zacząć trzeźwieć.

Ten kawałek jest kwintesencją zabiegów językowych, którymi na poziomie nieświadomym posługuje się osoba uzależniona. Bohater Pilcha, Janek, w czasie terapii mówi: „Tak, pił człowiek, strasznie człowiek pił…”. Terapeutki uczą go, że „zamiast «człowiek» trzeba mówić: «ja», zamiast «diabeł» trzeba mówić: «alkohol»…”. To jest ważne dlatego, że trzeźwienie zaczyna się w momencie, gdy opowieść, która pozwala pić, zamienia się w relację o tym, ile ktoś wypił.

„Wielka Księga” Anonimowych Alkoholików nazywa to uzbrojeniem w fakty o samym sobie, co opisuje mechanizm kotwiczenia. W języku taką kotwicą są detale wskazujące: miejsce, czas, osobę, zdarzenie, rzecz. Ma znaczenie nawet forma własnego imienia, jakiej ktoś użyje mówiąc do siebie o tym, że pił alkohol. „Krzychu, wczoraj wypiłeś tyle i tyle” brzmi zupełnie inaczej niż „Krzysztofie…”.

W pierwszym wypadku sam siebie traktuje jak kumpla, ziomka, w drugim mówi do siebie w wołaczu, trochę z pozycji karcącego, srogiego rodzica. Ten niby-niepozorny wybór formy pokazuje, jakiego siebie sam widzi.

Specyficzny język uzależnień: od „gadania z Władkiem” po kod zamknięty dla wtajemniczonych

Istnieje coś takiego jak specyficzny język, przede wszystkim dotyczący narkotyków, ale alkoholu także, zrozumiały tylko dla wtajemniczonych. Porównujesz go do więziennej grypsery, bo to jest rodzaj wspólnoty językowej. Zamieściłaś nawet słowniczek, w którym tłumaczysz, co znaczy na przykład „gadać z Władkiem”. Skąd ten pomysł?

Słowniczek stworzyłam przede wszystkim z myślą o rodzicach nastolatków, którzy podejrzewają, że ich dzieci przyjmują narkotyki. Mam jednak pełną świadomość, że stracił na aktualności już w momencie ukazania się książki, bo język ewoluuje, powstają nowe określenia. Ważne było dla mnie to, by uczulić rodziców, że istnieje coś takiego jak kod zamknięty, który pokazuje, kto jest wtajemniczony, a kto nie.

Jeżeli syn albo córka zachowuje się dziwnie i używa słów, które wydają się śmieszne, zabawne, jak właśnie „pogadać z Władkiem”, warto być czujnym. Władek nie jest zbyt popularnym imieniem w grupie rówieśniczej dzisiejszych nastolatków, a to wyrażenie oznacza brać amfetaminę.

Tego typu sformułowania to wyraźny sygnał, że ta osoba nie czuje przynależności w rodzinie i znalazła sobie wspólnotę, która jej daje przynależność, a detalem tej wspólnoty na przykład są narkotyki. Tym słowniczkiem chciałam wzbudzić czujność wobec nieznanych określeń, bo czasem właśnie specyficzny język jest tym, co można zauważyć jako pierwsze.

Osoba współuzależniona mówi w cudzej narracji

Dużą część swoich rozważań poświęcasz również językowi obecnemu we współuzależnieniu.

Osoba współuzależniona poprzez nadmierne poczucie odpowiedzialności za innych i definiowanie siebie w odniesieniu do wspólnoty często w języku przypisuje sobie realną sprawczość w stosunku do alkoholika/alkoholiczki. Całą uwagę skupia na próbie kontrolowania i zarządzania nałogiem drugiej osoby. Cokolwiek ta osoba mówi o sobie i tak punktem odniesienia jest zawsze czyjeś uzależnienie. Na poziomie języka to jest uwięzienie w cudzej narracji.

Osoba współuzależniona jest w pewnym sensie niewolnikiem scenariusza, który napisał ktoś inny, nie zwracając uwagi na jej potrzeby czy emocje.

Dominuje tu opowieść, która ma chronić wspólnotę, dlatego tak ważny jest rodzinny pakt milczenia. Istotne jest więc nie tylko to, co i jak się mówi, lecz także to, co zostaje przemilczane?

To sytuacja, którą rządzi zasada: „Nikomu ani słowa o tym, co się dzieje w naszym domu”. Pewne rzeczy muszą zostać przemilczane, by nikt spoza wspólnoty rodzinnej nie dowiedział się, jaka jest prawda, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Paktem milczenia rządzi lojalność absolutna, z której poczucia można nie wyzwolić się latami. Język w rodzinach dysfunkcyjnych nie opisuje i nie wyjaśnia rzeczywistości, ale służy do tego, by ją zaciemniać, a szczególnie by przesłonić historię uzależnienia. To w jakimś sensie stabilizuje wspólnotę, bo towarzyszy temu wiara, że jeśli usunie się problem z opowieści, to on realnie przestanie istnieć.

Innym mechanizmem chroniącym wspólnotę jest idealizowanie rodziny i projektowanie całego zła na coś na zewnątrz. To są zdania typu: „Gdyby tylko on przestał pić, bylibyśmy taką szczęśliwą rodziną”. Banalne z pozoru słowo „tylko” jest tu kluczem. Jeśli całe zło zostaje skanalizowane w alkoholu, to osoba współuzależniona nic nie musi robić.

Z jednej strony marzy o tym, by partner przestał pić, a z drugiej – piekielnie się tego boi. Prawda jest bowiem taka, że ten pakt, utrzymujący status quo, służy obu stronom. Bardzo trudno powiedzieć kobiecie, której mąż pije, że niezmienianie tej sytuacji trochę jej służy. Ona najczęściej w ogóle nie jest gotowa tego usłyszeć. U wielu kobiet samo zobaczenie swojej postawy w kategoriach uzależnienia od uzależnionego, a nie jako dobrej i pełnej poświęcenia, budzi sprzeciw.

Jak trzeba zmienić opowieść, by wyjść z tego impasu?

Ewa Woydyłło mówi, że pierwszy krok w leczeniu współuzależnienia polega na tym, by zacząć mówić o tym ze wszystkimi dookoła. Zerwanie paktu milczenia to jedyny sposób sięgnięcia po pomoc. To jest oczywiście bardzo, bardzo trudne.

Nazywanie rzeczy po imieniu, mówienie wprost: „Mój partner pije”, dla wielu kobiet stanowi barierę nie do przeskoczenia, także dlatego, że obawiają się jego reakcji oraz tego, że nie będą w stanie udźwignąć jego złości. Innej drogi jednak nie ma. Na opisanie tego procesu mam trafną metaforę – trzeba włączyć światło, by zobaczyć kurz. Gdy byłam małą dziewczynką, babcia często mówiła: „Nie wkręcajcie takiej ostrej żarówki, bo będzie widać pajęczyny w kątach”. A to właśnie o to chodzi, by zobaczyć wyraźnie te pajęczyny. To jest tylko pierwszy krok, ale niezbędny, by rozpocząć długą drogę – drogę do siebie.

Małgorzata Majewska, dr nauk humanistycznych, językoznawczyni, specjalistka od komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Zafascynowana pograniczem języka i psychologii, z pasją bada jego znaczenie i rolę w relacjach międzyludzkich.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE