Na starość łatwiej jest powiedzieć „nie”, trudniej udawać kogoś innego. Niektórzy nawet więcej ryzykują, bo już nie boją się oceny.
Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 10/2026.
Dość powszechnie sądzi się, że na starość ludzie bardziej się boją. A ja coraz mniej się boję. Ale też coraz mniej się wszystkim przejmuję. Gdy sobie myślę o tym, jak starzała się moja mama – bo tata nie dożył starości – to widzę, że miała pewne rzeczy gdzieś. Jak nie chciała pójść do kogoś, to nie szła. Jak jej się chciało położyć do łóżka i poczytać, to to robiła. Ze znajomymi spotykała się dlatego, że miała na to ochotę. To wszystko może nie kojarzy się z odwagą, ale to jest odwaga.
Bo mama wybierała, co chce robić, czym pewnie narażała się na różne oceny. Na pewno mniej ją to obchodziło niż kiedyś.
Mam teraz podobnie. Zdecydowanie nie robię rzeczy, na które nie mam ochoty. Mówię na przykład otwartym tekstem, że gdzieś nie przyjadę, że się z czymś nie zgadzam. Prawdę mówiąc, ja w sobie i w ludziach zawsze ceniłam to, że nie zgadzają się na wszystko. Bo jak ktoś się zgadza na wszystko, to nie wiesz, co naprawdę myśli. Zawsze tak miałam, że nie przyjmowałam każdej propozycji, nawet tej nie do odrzucenia, a teraz mam tak jeszcze bardziej. Już wiem, że z powodu mojej odmowy świat się nie zawali. A jak się jest młodym, to się słyszy (słyszą to przede wszystkim dziewczynki), że masz robić wszystko, żeby być lubianą, bo inaczej będzie ci ciężko. Im jestem starsza, tym wyraźniej widzę, że ludzie, którzy są przy mnie, nie kierują się tym, czy odmówię im czegoś, czy nie. Są ze mną mimo wszystko. W moim wieku człowiek ma też odwagę zawierać nowe znajomości, których kiedyś by nie zawierał z obaw, czy wypada w nie wchodzić.
Jest takie powiedzenie: „Kto bogatemu zabroni?”. Można je strawestować: „A kto staremu zabroni?”. Może wszystko.
W moim życiu pojawia się dużo propozycji wyjść na różne eventy, zaproszeń od konkretnych ludzi. Oczywiście jestem za to wdzięczna i jak mogę, to idę z radością. Ale niedawno odmówiłam komuś, kogo lubię, kogo dobrze jest mieć w gronie znajomych. Kiedyś być może tego bym nie zrobiła, bo bym pomyślała, że może będzie tam ktoś, kogo dawno nie widziałam. Albo, że ktoś zapamięta, że nie przyjechałam, że się obrazi, więcej nie zaprosi. A teraz mam odwagę nie robić tego, czego nie mogę.
Odwaga w dojrzałym wieku polega nie tylko na tym, że nie boimy się już mówić „nie”, ale i mówić „tak”. Już nie traktuję siebie jako osoby, która musi się dostosowywać i zmieniać pod jakimś kątem. Na pewno daję sobie dzisiaj więcej prawa do siebie. A kiedy człowiek siebie akceptuje, jest odważniejszy.
Często słyszę: „Co ty opowiadasz, że starość jest piękna!”. Rozumiem taki punkt widzenia, ale współczuję temu, kto to mówi. Odwagą jest przyjęcie zmian, jakie życie przynosi, tego, że na niektóre rzeczy mnie zwyczajnie już nie stać. Na przykład że pod pewnymi względami jestem niesprawna, że już nie pójdę daleko, że jak się ze mną idzie, to trzeba na jakiś czas przystanąć. A że ktoś pomyśli o mnie „stary rupieć”? Ja też tak o sobie mówię. Lubię się śmiać, żartować z siebie, lubię się bawić. Zabawa na starość, przyznawanie się do słabości, to też odwaga. Bo nie jest powabne mówienie mało atrakcyjnej prawdy o sobie.
Tak, jestem odważna, pisząc: „kocham się starzeć”. Kocham starość nie za niedogodności, ale mimo tych niedogodności. Brzmi nieprawdopodobnie, ale jest autentyczne. Uczyłam się przez całe życie, że każdy etap ma coś ważnego i cennego. I teraz wiem, że to, że w pewnych aspektach życia jestem mniej sprawna, mniej użyteczna, mnie nie przekreśla. Bo w innych jestem użyteczna bardziej. Nabyłam tak zwanej życiowej mądrości, tolerancji, odpuszczam i ludziom, i sobie. I nie obrażam się na pana Boga, że mu się starość nie udała. Udała się, to nam się nie cała starość udaje. A czy udała się nam cała młodość? Też nie.
Odwagę masz wtedy, gdy akceptujesz siebie taką, jaka jesteś. Po prostu.
Katarzyna Miller, terapeutka. Pisze książki, wiersze, śpiewa.