1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego mężczyźni odchodzą?

Dlaczego mężczyźni odchodzą?

Jeśli zbyt pochopnie rezygnujemy ze związku, zaprzepaszczamy szansę rozwoju. Cena wolności bywa bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Jeśli zbyt pochopnie rezygnujemy ze związku, zaprzepaszczamy szansę rozwoju. Cena wolności bywa bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Mężczyźni uciekają nie od kobiet, ale od schematu związku, którego nie potrafią zmienić, bo go nie rozumieją. To nie kobieta czy związek są więzieniem. On jest zniewolony przez swoje wewnętrzne blokady i ograniczenia – mówi Benedykt Peczko.

On odchodzi. Wnosi o rozwód. Czuje się stłamszony, wykorzystywany, zniewolony, krytykowany, osądzany. A przede wszystkim „utracił wolność”. Jego męska siła i niezależność cierpią w związku z kobietą. Szarpie się w potrzasku i wreszcie uwalnia się z niego. Wychodzi z więzienia. W książce „Dlaczego mężczyźni odchodzą” Brenda Shoshanna pisze o tym, że odchodzą właśnie dlatego, że czują się z nami jak w więzieniu.
Tak często też czują się kobiety w związkach z mężczyznami – ograniczane, krępowane, niewystarczająco dobre. One też odchodzą, niejednokrotnie zostawiając mężczyzn z dziećmi. Mówią: „Mam was wszystkich dosyć! Odchodzę! Róbcie sobie, co chcecie! Teraz będę się zajmować sobą!”. Dla mężczyzny to jest szokujące wyznanie.

Śmiałam się, że będziemy rozmawiać o „znikających facetach”. Oczywiście, znikają również kobiety. Wreszcie jest sprawiedliwie – wątpliwe pocieszenie.
Wyemancypowane kobiety, wolni mężczyźni – taki jest wzorzec naszej kultury. Zewsząd słyszymy: nie ograniczajmy się, korzystajmy z życia. Trudności w relacjach coraz bardziej dotyczą młodych mężczyzn, którzy żyją w silnym wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony, są nasyceni wyobrażeniami, jaką wolnością powinni się cieszyć; tyle możliwości kroczenia swobodnie różnymi ścieżkami, tyle przygód czeka! Z drugiej strony, bycie z kimś też jest trendy. Niełatwe jednak, więc gdy nie wytrzymują w związku zbyt długo, zrzucają winę na zaborczość kobiet. Pójdę sobie! Spróbuję czegoś innego! To jest racjonalizacja, żeby samemu nie poczuć się źle, nie poczuć się winnym. Ta strategia sprawdza się na krótko, bo ileż można podróżować, konsumować wciąż nowe przygody, korzystać z życia.

No tak, wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pragnienia serca. Brenda zapewnia, że mężczyźni pragną miłości. A po kolejnych ucieczkach, na które decydują się, gdy tylko ich poczucie wolności i niezależności zostaje naruszone, czują się sfrustrowani i samotni.
Mężczyznom zależy na trwałych związkach. Oczywiście, nie wszystkim mężczyznom, tak jak nie wszystkim kobietom. Przywiązanie do zmian, do wiecznej zabawy rodzi smutek. Wielu mężczyzn odczuwa smutek; zwłaszcza ci, którzy wybierają wolność wyboru. „Niby tylu ludzi wokół, tyle kobiet, możliwości, a jestem samotny” – takie skargi słychać często. Ci z nas, którzy zdecydowali się pozostać w związku i tworzyć go, mogą dostarczyć wiele inspiracji i wsparcia. Przelotne związki są jak fajerwerki na niebie, sporo huku i dymu; kolorowe widowisko, które szybko gaśnie, przemija. To coś innego niż gwiazdy, które są na niebie stale. Gdy w naszych relacjach jest dużo zmian, nie może rozwinąć się poczucie bezpieczeństwa i zaufania. W mocnym związku coraz głębiej poznajemy samych siebie i siebie nawzajem, swoją siłę i słabsze strony. Mogą zdarzyć się kłótnie, rozbieżności i kryzysy, ale znamy siebie również w tych kryzysach. Dojrzewamy, stajemy się coraz silniejsi.

Jeśli zbyt pochopnie rezygnujemy ze związku, zaprzepaszczamy szansę rozwoju. Cena wolności bywa bardzo wysoka. Wielu mężczyzn odkrywa, że nie musieli wychodzić z relacji, żałują tego. Uciekli nie od kobiety, ale od schematu związku, którego nie potrafili zmienić, bo go nie rozumieli. To nie kobieta czy związek są więzieniem. Mężczyzna jest zniewolony przez swoje wewnętrzne blokady i ograniczenia, przez siłę negatywnych stereotypów.

Czytałam o mężczyźnie, który pod koniec życia wyznał, że miał cztery żony, ale tak naprawdę mógłby się nie rozstawać z tą pierwszą, ponieważ w każdym kolejnym związku napotykał te same problemy.
Właśnie mam kontakt z mężczyzną, który powiedział swojej partnerce: „Już tak dłużej nie wytrzymam. Mam dość. Codziennie zachowujemy się w taki sam sposób, codziennie mówimy to samo”. Nie był już w stanie znosić narzekań i pretensji. Zapytał: „Gdzie my jesteśmy w tym wszystkim? Liczą się tylko pieniądze, rozwój zawodowy, zajmujemy się zewnętrznymi celami, zadaniami, obowiązkami. Nasz związek umiera”. A kobieta odpowiedziała: „Taki jest ten świat. Wszyscy tak żyją”. On się wyprowadził, co ją otrzeźwiło, bo dotarło do niej, że traci rodzinę. Oni, jak wiele par, wpadali w tak zwane pętle komunikacyjne. Jedno mówiło: „ty znowu swoje”. A drugie: „a ty, jak zwykle, nigdy…”.

To jest niewola, z której, jak się wydaje, nie ma wyjścia. Tej parze się udało. Poprosili o pomoc z zewnątrz. Zaczęli ze sobą rozmawiać. Wiele spraw przeformułowali. Dokonali odnowy duchowej związku. Spotkali się na nowo, zmienili się. Ten mężczyzna nie żałował, że odszedł. Wiedział, że gdyby został, byłoby jeszcze gorzej. Jednak przed odejściem próbował się porozumieć, próbował zrozumieć, pytał, co się z nimi dzieje, mówił o tym, co czuje, że mu zależy.

Wyjątkowy mężczyzna. Zwykle to kobiety chcą rozmawiać. Ale – jak mi często mówią – z nim trzeba się obchodzić jak z jajkiem, ostrożnie, delikatnie. Brenda pisze, że większość mężczyzn jak ognia boi się, żeby nie być modeliną w rękach kobiety, a każdą krytyczną uwagę odbierają tak, jakby właśnie byli w szkole i znów dostali jedynkę. Bo my podobno chcemy rządzić i stale się o coś czepiamy – a to źle wyglądają, a to za mało zarabiają, nie zajmują się domem, dziećmi i tak dalej.
Źle się ze sobą komunikujemy, bo dobrego porozumiewania nie uczymy się w żadnej szkole. Potrzeba tu samoświadomości – w jaki sposób rozmawiamy ze sobą. Istnieją zasady dobrej komunikacji, które chronią przed eskalacją złości, agresji, żalu. Gdy czujemy się atakowani, odruchową reakcją jest obrona i kontratak albo wycofanie, ucieczka właśnie. W dobrej komunikacji mówimy o zachowaniach, nie oceniamy osoby – nie mówimy „jesteś egoistyczny, leniwy, nieodpowiedzialny”. Gdy mężczyzna słyszy takie słowa, z pewnością zacznie się bronić i to w sposób bolesny dla partnerki. Gdyby zgodził się z nią, że taki właśnie jest, dokonałby psychicznego samobójstwa. Gdy słyszymy: „musisz się zmienić” czy „zmień się!”, jesteśmy zdezorientowani, bo co to znaczy?

„Nie podoba mi się sposób, w jaki się ubierasz, kolor krawata nie pasuje do marynarki, mógłbyś skrócić włosy, przystrzyc brodę…” Nie do wiary, ale takie komunikaty bywają dla mężczyzn sygnałem do ucieczki ze związku.
Jeśli tak, to zapewne mamy tu do czynienia z potężnym urazem z przeszłości. Być może mama czy opiekunka ubierały lub karmiły chłopca na siłę. Być może wchodziły bez pytania do pokoju, przeglądały szuflady, plecak, a w okresie dojrzewania wybierały mu dziewczyny, krytykowały jego wybory. Później, w dorosłym życiu, aby zachować swoją odrębność, wytworzył sztywne granice. Niewinną uwagę traktuje jak zamach na swoją osobę, czuje przymus obrony. Reakcja emocjonalna jest nieproporcjonalna do tego, co się wydarzyło, co usłyszał. Jakikolwiek ruch ze strony kobiety odbiera jako wrogie posunięcie, akt przemocy. Ta reakcja dotyczy jakiejś osoby z przeszłości, a nie kobiety, z którą teraz tworzy związek. Nadmiernie reagują mężczyźni z niskim poczuciem własnej wartości: „No tak, jestem do niczego, nawet krawata nie umiem sobie dobrać!”.

On boi się odrzucenia. Gdy słyszy uwagi, woli się wycofać. Żeby nie narazić siebie na porzucenie, sam odchodzi.
To jest dla niego pozornie lepsze rozwiązanie, bo może czuć się panem sytuacji; to on decyduje. Chroni siebie przed zranieniem. Jednak na dłuższą metę to nie działa. W końcu i tak ból da o sobie znać. I trzeba się nim zająć.

Jak mogłaby brzmieć zdrowa reakcja na krytyczną ocenę kurtki, koszuli czy krawata? Bo przecież są mężczyźni zadowoleni z tego, że kobieta interesuje się ich wyglądem, doradza, kupuje ubrania, dobiera krawaty, zapach wód kolońskich.
On mógłby zapytać: „A co podoba ci się w moim wyglądzie? I czy to, co ci się nie podoba, jest tak silne, że rzutuje na naszą relację?”. Mógłby zapytać: „Co by ci się bardziej podobało?”. Gdyby się tego wszystkiego dowiedział, podjąłby najlepszą decyzję. Zainteresowanie ze strony kobiet wielu mężczyzn odbiera jako wyraz troski, życzliwości, wsparcia, bo kobiety mają dobry gust, wyczucie kolorów, patrzą z zewnątrz, więc więcej widzą. W związkach, które tworzymy, zapominamy o pozytywnych intencjach, które kryją się pod krytycznymi uwagami, być może niefortunnie wypowiedzianymi. Dobrze by było, gdybyśmy wykształcili w sobie nawyk przyglądania się sobie: co się ze mną dzieje, gdy na przykład partnerka mówi, że inny kolor krawata byłby lepszy. Jak się czuję z tym prostym, niewinnym komunikatem? Jeśli mnie to jeży, rani, pogarsza mi nastrój, warto się zastanowić dlaczego. Kiedy pierwszy raz poczułem się w ten sposób? Czy znam to uczucie z przeszłości? Co z przeszłości dodaję do tej sytuacji? Jaka jest pozytywna intencja kobiety? Chce, żebym dobrze wyglądał. Ja też chcę dobrze wyglądać.

Rozpoznanie i skupienie się na intencji może wiele zmienić. Jeśli to mój ulubiony krawat i nie chcę go zmieniać, kobieta nie odrzuci mnie z tego powodu, nie przestanie mnie kochać. Jeśli kobieta mówi, mówi po coś – to jest właśnie pozytywna intencja, pozytywny cel, który chce uzyskać, nawet gdy robi to w sposób przykry. Nie chodzi o to, żeby ona teraz się zamknęła i dała mi spokój, ale żebym się dowiedział, co jest poza fasadą.

„Za dużo pracujesz, za mało zarabiasz”.
Pozytywnym celem może być tutaj: chcę, abyśmy więcej czasu spędzali razem, we dwoje i z dziećmi. Troszczę się o ciebie, o życie rodzinne, o nasze zdrowie i bezpieczeństwo materialne. Ona nie mówi po to, by mnie upokorzyć; mówi, bo jej na nas zależy. Takie myślenie, takie podejście otwiera przestrzeń do rozmowy, do wspólnych ustaleń, wydobywa serdeczne uczucia, które przecież mamy dla siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Decyzja o rozwodzie – świadomy wybór, do którego warto się przygotować

Różne są przyczyny rozwodów. Jeśli jesteśmy wewnętrznie pewni, że dany związek nie rokuje dobrze to i tak warto rozważyć wszystkie
Różne są przyczyny rozwodów. Jeśli jesteśmy wewnętrznie pewni, że dany związek nie rokuje dobrze to i tak warto rozważyć wszystkie "za" i "przeciw". (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy jest dobry moment na podjęcie decyzji o rozwodzie? Czy po tej „drugiej stronie lustra” faktycznie jest tak pięknie? Jak się przygotować do tej decyzji, jeśli wydaje nam się nieunikniona?

Rozwód jest niezwykle trudnym wyzwaniem, które może okazać się decyzją tak samo pochopną, co ratującą życie ludzkie. Właściwe rozeznanie sytuacji, ocena szans i zagrożeń wynikających zarówno z trwania w związku, który jest dla nas wyniszczający, jak i zakończenia go, to działanie wyróżniające odpowiedzialną postawę.

Trzeba mieć świadomość, że życie po drugiej stronie lustra to kolejne wyzwanie. Nieistotne, jaki był nasz poprzedni związek, czy skrajnie toksyczny, czy też zwyczajnie nudny, to był on przewidywalną przestrzenią, w której funkcjonowaliśmy przez dłuższy czas. W rytmie, jaki ten związek nadawał grała nasza codzienność. Wyjście z takiego związku metodą rozwodu, to zawsze przejście do innego świata, którego trzeba się nauczyć, albo przypomnieć.

W zależności od tego, jak współuzależniający charakter miał nasz poprzedni partner, to od momentu zakończenia relacji z nim stajemy się niejako odpowiedzialni sami za siebie i za nasze decyzje. Nie mamy już audytorium, przed którym trzeba „jakoś dobrze” wypaść. Mamy siebie i swoją chęć przetrwania i życia inaczej niż dotychczas.

Odpowiedzialne podjęcie decyzji o rozwodzie wiąże się z zaplanowaniem tego, co będzie „po”, tzn. przygotowaniem odpowiedzi na pytania: z czego będę żył/żyła? gdzie będę mieszkał/mieszkała? W jaki sposób zapewnię sobie wsparcie i skąd będę mógł/mogła je otrzymać?

Jeśli jesteśmy rodzicami powinniśmy pomyśleć o zapewnieniu bezpieczeństwa swoim dzieciom, tj. mieszkania, zaspokojenia podstawowych potrzeb, edukacji, wsparcia ich kolegów, koleżanek, kontaktu z drugim rodzicem. Takie podejście do podjęcia tej bardzo poważnej decyzji pomaga w jej ugruntowaniu się. Jeśli zapewnimy sobie parasol ochronny, wsparcie, wówczas będziemy mniej podatni na instynktowne powroty, nierzadko wywołane strachem przed wyzwaniami, jakie spotykamy w nowej sytuacji.

Wiele kobiet odchodzi i wraca od swoich mężów - oprawców dlatego, że szukają stabilizacji. Upatrują ją w czymś, co dobrze znają, a z czego dotychczas chciały uciekać. Intuicyjnie działają według schematu, w którym to powrót do sytuacji znanej jest bezpieczniejszy aniżeli zbudowanie wokół siebie rzeczywistości, która to poczucie bezpieczeństwa nam zapewni. Paradoksalnie, wówczas wszystko, co miało wpływ na podjęcie tak ważnej decyzji przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, liczy się tylko przywrócenie znanego status quo.

Aby uniknąć tego rodzaju zachowań powinniśmy zadać sobie pytanie, jakie są nasze wyobrażenia o życiu po rozwodzie? Jak my odnajdujemy się w tym, w jaki sposób to życie sobie wyobrażamy? Co musimy zrobić zanim podejmiemy tę decyzję, aby zmaksymalizować nasze szanse podtrzymania swojego świadomego wyboru? To tak, jakbyśmy zdecydowali się na daleką wyprawę po wodę, której od kilku dni brakuje w naszej wiosce. Od tego, jak się do tej wyprawy przygotujemy zależy, czy ją odnajdziemy, w co i ile jej nabierzemy, czy przeżyjemy i czy wrócimy silni dla innych, którzy na nią i na nas czekali.

Życie po drugiej stronie lustra nie jest ani trudne, ani łatwe, ani piękne, ani brzydkie.

Życie po rozwodzie, jest takie, na jakie jesteś przygotowany/przygotowana. Samotność po rozwodzie będzie dla jednych wyzwoleniem, dla innych powodem przygnębienia. Kłopoty finansowe będą dla jednych druzgocące, a dla innych mobilizujące. To od twojego podejścia i wsparcia, o jakie się dla siebie zatroszczysz, zależy efekt wyboru: zostać czy rozstać się?

Podejmuj decyzje nie obwiniając nikogo.

Ewelina Jasik, propagatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.

  1. Psychologia

Pod presją krytyki, oceny i umniejszania w związku. Co robić?

Nie krytykuj siebie – od tego zacznij. (Fot. iStock)
Nie krytykuj siebie – od tego zacznij. (Fot. iStock)
Jednym z „ulubionych” zajęć ludzi jest krytykowanie innych. Dlaczego? Bo daje, na chwilę, ulgę, że ktoś inny jest od nas gorszy, więc to nie my jesteśmy ci gorsi. I tak, zamiast poprawiać sobie samopoczucie przez autorozwój, który jednak wymaga wysiłku, ludzie-umniejszacze plują na bliźnich. Nie ma żadnego powodu, żeby się temu poddawać.

Co możesz  dla siebie zrobić?

  • Bardzo uczciwie odpowiedz sobie, czy ty także nie umniejszasz jego, nie oceniasz, nie ubliżasz – jeżeli nie, to czytaj dalej...
  • Zacznij od tego, że na tyle, na ile potrafisz, spokojnie – poinformuj go: „Zauważam kochanie, że bardzo mnie ostatnio krytykujesz, czy wiesz o tym?”.
  • Powiedz: „To dla mnie przykre” „Boli mnie”.
  • Powiedz mu: „Stop, nie idź dalej – nie życzę sobie takiego zachowania i takich tekstów”.
  • Jeśli on ich nie zaprzestanie lub znów do nich wróci, bo będzie sprawdzał, czy już mu wolno, powiedz mu na przykład, że wyjedziesz na tydzień do koleżanki, bo nie chcesz być w tak nieprzyjemnym towarzystwie.
  • Cokolwiek powiesz, że zrobisz, jeśli on będzie kontynuował dokuczanie – musisz być konsekwentna i to właśnie zrobić, co obiecałaś!
  • Zastanów się, jak krytyka na ciebie działa – czy pomimo tego, że uważasz, że jest niesłuszna to jednak sprawia, że czujesz się gorsza i dotyka cię. Jeżeli tak, to czas iść na terapię i zastanowić się, czy znasz własną wartość.
  • Zastanów się, czy nie dajesz mu za dużo. Czasami ktoś nas bardzo krytykuje, bo czuje, że nie mamy nic własnego i korzystamy tylko z jego życia. Wchodzimy w obszary jego życia za daleko, wisimy na nim. Może tak właśnie jest – że żyjesz nim, a nie sobą?
  • Jest też taka smutna możliwość, że nie zdając sobie z tego sprawy, jesteś bardzo przyzwyczajona do znoszenia krytyki – więc jakby jej wyczekujesz, a być może nawet do niej prowokujesz.
  • Sięgnij po pewność siebie (jeśli ją masz. Jeśli nie – idź na warsztaty z asertywności) i daj mu jasno znać, że nie dasz sobie w kaszę dmuchać i że nie zasługujesz ani nie życzysz sobie krytyki i negacji ciebie.
  • Nie pozostaw wątpliwości, że nie zgodzisz się na taki stan rzeczy i jeżeli będziesz miała wybierać pomiędzy nim a tobą, to wybierzesz siebie.
  • On musi wiedzieć, że nie dasz mu się zniszczyć.
  • Zawsze wybieraj swoje dobro w takich sytuacjach i pokazuj partnerowi, że nie dasz mu się umniejszyć
  • Nie krytykuj siebie – od tego zacznij.

Stan permanentnej krytyki, umniejszania i unieważniania kogoś jest oznak czego toksycznego w zwizku, w partnerze albo w tobie. Albo i w nim, i w tobie. Może yła w rodzinie toksycznej, w której twoja wartość była podwaana i jeste do tego przyzwyczajona – wtedy niestety znajdujesz si w ramionach partnera podobnego do którego rodzica albo do obojga.

Jeeli twój partner ci krytykuje cały czas, to albo nastpił moment przekroczenia granic, albo granic nigdy nie było. Niestety kobiety czsto w ogóle nie dbaj o granice, bo wol, eby mężczyzna zarzdzał ich yciem. Lub myl, e tak powinno by. Maj wtedy zysk w postaci własnej nieodpowiedzialnoci, tak jak w byciu dzieckiem, iluzj bezpieczestwa, ale faktycznie jest tak, e rezygnuj ze swojego ycia – i z satysfakcji z niego.

Jeeli jednak krytyka pojawiła si niedawno, to warto sprawdzi, co si dzieje ze zwizkiem, z tob lub z mężczyzn i zacząć to rozwizywa wspólnie.

A jeli w zwizku wyczerpało si wszystko co dobre i ywe – to moe czas odejść.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta".

  1. Psychologia

Jak porozumiewać się z "byłym" lub "byłą" po rozwodzie?

Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. (Fot. iStock)
Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. (Fot. iStock)
Rozwodom towarzyszą zwykle silne emocje. A pod hasłem "dla dobra dziecka" nierzadko ukrywa się chęć zemsty jednego rodzica na drugim. Jak ułożyć sobie kontakty z "byłym" lub "byłą", aby zostały zaspokojone potrzeby wszystkich stron? Może w tym pomóc mediacja - mówi terapeutka Maria Bremer.

Czy rodzice dziecka pozostają dla siebie rodziną, nawet jeśli już nie są razem?
Na pewno nadal są rodzicami wspólnego dziecka, ale czy zawsze są rodziną? Skoro się rozstali, to wydaje się, że już raczej nie... A z drugiej strony przecież kiedyś się nawzajem wybrali, chcieli być razem. Czyli może odpowiedź zależy od tego, czy sami tą rodziną chcą się czuć.

Ale relacja rodzice-dzieci to już coś innego... Zawsze chyba zostaje się rodziną dla swojego dziecka. Czym różni się ta relacja od innych więzi rodzinnych? Czy można w ogóle wycofać się z roli bycia rodzicem?
Tak jak w każdej relacji, tak i w tej zawsze są dwie strony - to, co dla rodzica jest wycofaniem z roli rodzica, dla dziecka oznacza porzucenie. Już samo rozejście się rodziców jest dramatem dla dziecka, a gdy dodatkowo jedno z nich znika z jego życia - dziecko może się jedynie utwierdzić w przekonaniu, że faktycznie miało ono jakiś związek z decyzją o rozstaniu. Nawet jeśli dorośli znajdą nowy pomysł na życie i zaczynają wchodzić w nowe miłosne relacje, to nie powinni zapominać o tym, że są już w jakiejś relacji z kimś, z kim nie mogą się rozstać.

Czy można jakoś stopniować poziom porzucenia przez rodziców? Czy na przykład ktoś, kto dzwoni do dziecka raz na dwa miesiące porzuca je bardziej, niż gdyby dzwonił co tydzień?
To bardzo subiektywne i zależy między innymi od etapu rozwoju, na jakim jest dziecko. Ale dziecko może czuć się porzucone, nawet żyjąc w pełnej rodzinie, bo wystarczy, że konkuruje z rodzeństwem. Nie można mówić o stopniowaniu porzucenia, bo rodzic żyje też w wyobraźni dziecka. Bywa, że relacja z rodzicem rzadziej widzianym, a jednak podtrzymywana i wartościowa, jest lepsza niż ta fizycznie częstsza, ale bez uważności na dziecko. Z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że rodzic po rozwodzie często wyobraża sobie kontakt z dzieckiem jako spotkanie wypełnione aktywnościami. Ale ono widzi brak bliskości mimo fizycznego przebywania razem. I nie chodzi o to, żeby nic nie robić, tylko żeby robić to na zasadach, na jakich chce dziecko.

Mówimy o więzi dziecka z rodzicem, ale przecież jest jeszcze drugi rodzic, który na tę pierwszą wpływa. Jak często przy rozstaniu rodzice myślą o swojej przyszłej relacji w kontekście dziecka i o samej relacji z dzieckiem?
Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. Często jest ono wykorzystywane jako element przetargowy w walce z drugą stroną bądź jako narzędzie zemsty w stylu: "Jestem lepszy, bo dziecko ma ze mną lepszy kontakt". I wtedy dziecko jest używane, ale nie zaopiekowane. Moment rozstania wymaga dużej pracy rodziców, z terapeutą czy mediatorem. Mogą zadbać o przyszłe relacje i jak najmniej skrzywdzić dziecko jako osobę, która nie jest przecież w żaden sposób winna sytuacji, przez którą przechodzi.

Dlaczego ludzie przychodzą do mediatora?
Ponieważ nie umieją ze sobą rozmawiać... Mówią sobie wzajemnie rzeczy, których druga strona nie rozumie, nie słyszy. Jakby rozmawiali innymi językami. Mediator jest w tej sytuacji kimś w rodzaju tłumacza, który, nie biorąc na siebie emocji skłóconych stron, pozwala im się dogadać. Mediator nie daje rad ani nie opowiada się po żadnej ze stron, choć czasami takie jest oczekiwanie. Za chęcią spotkania stoi wtedy ukryty plan, a nie zamiar porozumienia. Rolą mediatora jest obnażanie tej strategii, przy jednoczesnym zadbaniu o komfort obu stron. Bywa też, że na pierwszym spotkaniu mediator widzi zbyt duże napięcie między partnerami i może okazać się, że warto spotkać się osobno, żeby "wypuścić ciśnienie". Parze będzie łatwiej rozmawiać i usłyszeć się wzajemnie, a to jest podstawowym celem każdej mediacji.

Jak wygląda taka mediacja w praktyce?
Wszystko zależy od tego, czy jest czas na to, żeby mediacja wyszła poza ustalenie tzw. kwestii technicznych, czyli kto kiedy opiekuje się dziećmi albo jak dzielić koszty zajęć dodatkowych. Wtedy można zacząć od rozmowy o własnych potrzebach. Potrzeby są tak łączącym tematem, że ludzie już dzięki samej rozmowie zaczynają inaczej patrzeć na siebie. Jeżeli ktoś uświadamia sobie, jakie ma potrzeby i słyszy, że druga strona też ma takie potrzeby, np. dotyczące spotkań z dziećmi - to okazuje się, że różni je strategia ich realizacji, a nie same wartości. I wtedy bliżej jest do jakiegoś porozumienia. W mediacji metodą Porozumienia bez Przemocy - najbliższej mi - ważne jest, żeby powtórzyć to, co się usłyszało: dosłownie albo własnymi słowami.

Czy możesz podać przykład? Dla osób, które nie miały wcześniej kontaktu z tą metodą, w pierwszej chwili brzmi to dość sztucznie...
Chodzi o to, że tzw. trzecia siła - mediator - odgrywa rolę pośrednika. Kiedy na przykład jedna strona mówi do mediatora: "Mój mąż nie interesuje się szkołą dzieci", to mediator po po pierwsze, stara się doprowadzić do tego, żeby komunikat był wyrażony w pierwszej osobie, a po drugie, by został uszczegółowiony. Czyli np. "Chciałabym, żeby mój mąż chodził ze mną na wywiadówki". I tak sformułowana potrzeba jest przekazywana drugiej stronie przed mediatora, który następnie zadaje pytanie: "Co pan usłyszał?". "Że moja żona uważa, że za mało interesuje się dziećmi". A przecież ona tego wcale nie powiedziała! Zatem jako mediator próbuję doprowadzić do tego, żeby mąż powtórzył, że żona oczekuje, iż na wywiadówki będą chodzić razem. Wtedy będzie można już zapytać, co on na to. Gdy odpowie, że dajmy na to może chodzić co drugi raz, mediator znów pyta: "Co pani usłyszała?". "Że mężowi w ogóle na tym nie zależy". I znowu do mediatora należy sprostowanie, że mąż wcale tego nie powiedział. To czasami jest bardzo długa, mozolna droga do celu...

Dlaczego w pierwszej chwili strony słyszą coś tak bardzo różnego od tego, co zostało powiedziane?
W grę wchodzą bardzo silne emocje, które wyłączają racjonalną część naszego mózgu. Jeżeli jestem w swoim bólu, w poczuciu, że druga strona mnie nie szanuje, nie szanuje naszych dzieci i właściwie to w ogóle one go nie obchodzą - to nie słyszę tego, co ona faktycznie mówi. Doprowadzenie do tego, żeby strony powtarzały to, co zostało powiedziane, wprowadza fizyczną ulgę. To zajmuje dużo czasu, zwykle wymaga więcej niż jednego spotkania. Ale gdy ludzie już się usłyszą i usłyszą swoje potrzeby, to sposoby rozwiązania pojawiają się same. Dlatego tak ważne jest, żeby wyczyścić to, co się za tym brakiem możliwości porozumienia kryje.

A jak jest słyszany głos dziecka w mediacjach? Czy któreś z rodziców może mówić w jego imieniu?
Co właściwie oznacza mówienie w języku dziecka? Mówimy to, co nam się wydaje, że będzie dla niego dobre. Jeżeli więc jeden rodzic rezerwuje sobie wyłączność na mówienie w imieniu dziecka, to trzeba uważnie weryfikować, na ile są to faktyczne potrzeby dziecka, a na ile cele rodzica, bo może to być też obszar do nadużyć i wykorzystania dziecka do swoich rozgrywek. Jeżeli rodzic jest w stanie mówić o faktach np. "Zosia lubi jeździć konno. Co możemy zrobić, żeby jej to regularnie umożliwić?", to jest to coś innego niż deklaracja: "Wiem, jakie Zosia ma potrzeby i najlepiej potrafię je spełnić". Jeśli zaś chodzi o udział dzieci w mediacji, to zależy to od ich wieku, ale też i od dojrzałości dorosłych, bo nie można przerzucać odpowiedzialności na dzieci za sytuację, która nie wynikła przecież z ich powodu. Nastolatki, z czasem nawet młodsze dzieci, wiedzą już, czego dokładnie oczekują od rodziców i mają prawo, żeby ich głos został wzięty pod uwagę. Jednak trzeba wykazać się uważnością i delikatnością, a nie uciekać się do pytania w stylu: "Wolisz mamusię, czy tatusia?".

A co, jeśli wszystko jest wymediowane, ale jednak nie działa?
Jeżeli rodzice mają inną wizję, jak rozwiązać nowe problemy i nie mogą się porozumieć, a mają wcześniej dobre doświadczenia z mediacji - to mogą znów odwołać się do pomocy mediatora. To zależy tylko od ich woli. Najczęściej rodzice nie mogą się porozumieć w kwestiach dotyczących dziecka dlatego, ze coś między nimi jeszcze nie zostało przepracowane i napięcie nie opadło. Ale brak porozumienia, któremu zazwyczaj przez cały czas towarzyszy przekonanie, że "to wszystko dla dobra dziecka", prowadzi do tego, że dziecko w pewien sposób znika. Znam to z relacji dzieci, które mówią, że wolałyby, żeby ich nie było, bo wtedy nie byłoby problemu... A stąd prosta droga do depresji czy myśli samobójczych. Myślę, że dorośli nie zdają sobie sprawy, jak bardzo w swoim bólu czy zapamiętaniu mogą być nieuważni na koszty i cierpienia, które w związku z tym ponoszą dzieci. I wcale nie dotyczy to osób pochodzących z tzw. nizin społecznych, ale wykształconych, na stanowiskach, mimo to bardzo niedojrzałych emocjonalnie.

Na ile ważny jest głos innych członków rodziny, zwłaszcza dziadków?
Najważniejsze decyzje podejmują rodzice, ale ważne jest też usłyszenie innych osób, np. babci, która mówi, że zależy jej na spotkaniu z wnuczką przynajmniej dwa razy w roku, z okazji świąt. Oczywiście potem rodzice zrobią to, co postanowią, co wybiorą i co będą w stanie zrobić, ale chodzi o to, by inni też mogli wyrazić swoje potrzeby. Tymczasem często podczas konfliktu w związku strony skupiają się na sobie, tracąc z pola widzenia wszystkich innych, których ta sytuacja dotyczy... nawet dzieci. Z doświadczenia pedagogicznego wiem, z jaką dumą czy zadowoleniem dzieci mówią o swoich dziadkach, czy jak wiele im to daje pod kątem poczucia tożsamości. Zwłaszcza w sytuacji, gdy rozpada się ten najbliższy krąg. Ale jeżeli w babci widzę tylko matkę mężczyzny, który zrobił mi krzywdę, nie ma szans na otwartość, która pozwoliłaby mi usłyszeć o jej potrzebach.

A jeśli faktycznie tak ją postrzegam, to co zrobić, gdy raz w roku musimy spotkać się na urodzinach czy w święta? Zacisnąć zęby?
Myślę, że za każdym razem warto zastanowić się, dlaczego coś robimy. Bo czy chcę zaciskać zęby i udawać? W imię czego? Moim zdaniem można to rozwiązywać w taki sposób, że robi się urodziny osobno dla dwóch rodzin. Zwłaszcza, że rodziny się rozrastają, jest coraz więcej ludzi, więc taki podział może być naturalny. Podobnie święta, przecież one w Polsce trwają kilka dni, więc jest dość czasu, żeby dziecko mogło go spędzić z każdym z rodziców. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do uczciwej odpowiedzi na pytanie: na ile chcę, żeby było dobrze dla dziecka, a na ile chcę postawić na swoim albo upieram się, bo zawsze tak było? Na ile wynika to z moich potrzeb: chcę być razem z bliskimi, chcę, by była dobra atmosfera, bo się kochamy, a na ile jest to przymus, bo zawsze był obiad ze wszystkimi i musi tak być, nawet jeśli zaciskamy zęby? To jest pytanie o wartości, na które każdy musi sobie odpowiedzieć indywidualnie.

  1. Psychologia

Krytyka – broń masowego rażenia

Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Kto z nas lubi być krytykowanym? Jakie emocje wywołuje w nas krytyka i czy faktycznie motywuje nas do wzrostu, doskonalenia? Kto samowolnie się jej poddaje?

Krytykanctwo (krytykowanie) jest jedną z form zaliczanych do tak zwanego języka „szakala”, używając terminu wprowadzonego przez Marshalla Rosenberga, twórcy idei porozumienia bez przemocy. Krytyka, tak jak poniżanie, pretensjonalizm, obwinianie, obarczanie odpowiedzialnością, zamierzone ignorowanie, wyszydzanie niesie w sobie „ujemny ładunek energetyczny” i wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, pobudzaniem kreatywności, tworzeniem czegoś, co ma tchnienie życia w sobie.

Kto z Was ma w swoim otoczeniu zawodowym czy rodzinnym osoby, które niemal na wszystko co zrobimy reagują krytyką?

Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz zostałeś/łaś pochwalony/a przez swojego męża, żonę, matkę, ojca? Masz wrażenie, że możesz się starać za każdym razem coraz bardziej, a wystarczy drobne potknięcie i cały wysiłek na marne, bo zapłata jaką otrzymujesz od innych to w dużej mierze sama krytyka?

Słyszeliście, kiedyś podobne słowa?: „Na ciebie nigdy nie można liczyć”; „No mogłam się tego po tobie spodziewać”, „Dawaj, sam to zrobię, bo ty jak się za coś zabierasz, to jak zwykle porażka”; „Po co ty w ogóle się wychylasz, lepiej siedź w domu i słuchaj innych, to przynajmniej problemu nie będzie”. Przypominacie sobie, co się wtedy w was działo? Co czuliście?

Pewnie wśród tych uczuć były smutek, żal, wstyd, beznadzieja, chęć wymierzenia sobie kary, za niespełnione oczekiwania, rozgoryczenie, odrzucenie… Słowo ma wielką moc, może dać życie, ale może też je zniszczyć. Krytyka niszczy życie, jakie jest w człowieku i jego twórczym potencjale.

Lubimy otaczać się regułami, mieć jasno określone schematy postępowania dla danej płci, wieku, grupy społecznej, czy formacji politycznej. Jeśli ktoś w naszym otoczeniu nie postępuje wedle tych reguł, np. samotna matka z dwójką dzieci zakłada nową rodzinę, komentujemy, że jej już nie przystoi, bo powinna zostać sama i dziećmi się zająć… tak, jakby je nagle zostawiła i się nimi nie zajmowała. Inny przykład, kiedy dojrzała kobieta po 60-stce postanawia założyć biznes, krytykujemy, że na pewno jej się nie uda, że nie zna wymagań rynku, itp., itd. Jeśli ktoś podejmuje wysiłek, łamie konwenanse i onieśmiela własne lęki musi jeszcze zmierzyć się ze środowiskiem, w którym chce rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, realizując swój pomysł na życie, czy pracę. Tu nierzadko właśnie napotyka na krytykę, porównywanie i powątpiewanie w powodzenie. Dlaczego? Czy celowo chcemy sobie zrobić na złość? Czy może wyrazić niezadowolenie, czasem wręcz oburzenie, że ktoś ma odwagę po prostu żyć, zamiast bać się żyjąc?

Odpowiedź tkwi w prostym mechanizmie wzajemności. Ty, który krytykujesz tego, któremu się powiodło, lub zwyczajnie „chciało” zawalczyć o lepszy komfort dla siebie w dowolnej sferze życia, gdzieś, kiedyś, głęboko w swoim sercu odmówiłeś sobie tego sam…Tak jak agresja rodzi agresję, tak krytyka względem siebie, wzmacniana przez najbliższych poprzez atmosferę braku akceptacji dla naszych działań, decyzji... rodzi krytykę wobec innych. Gdy chcemy rozliczać się wzajemnie z praw, reguł, zasad - musimy pamiętać, że wchodzimy do świata, w którym nie ma miłosierdzia, elastyczności, wyrozumiałości. Straszne, prawda? Krytykując, poniżając siebie i innych zamykamy sobie okno na życie, odcinamy sobie dostęp do powietrza. Świadomie wybieramy ciemny pokój, bez okien, do którego, gdy byliśmy dziećmi nie chcieliśmy wchodzić, bo było ponuro i nudno. Teraz sami pokornie go odwiedzamy, bo weszło nam to w krew, poza tym widzimy innych, którzy też go często odwiedzają, albo się tam zasiedzieli i oddychają tym zatęchłym powietrzem konwenansów i zasad.

Nowa myśl, twórcza myśl oraz życie rodzą się w wolności… Nie zniewalajmy własnych serc przez bombardowanie siebie samych i siebie nawzajem słowami krytyki.

Stary nawyk, nawet ten werbalny czy myślowy zawsze można zmienić, wyeliminować, zastępując go innym, tym pożądanym.

Lekarstwem na nasz żal… na ten smutek i odrzucenie, jakie czuliśmy, gdy kolejny raz zostaliśmy skrytykowani, nie jest oddanie komuś innemu tego samego na zasadzie: „a masz!, ja tak miałem, to Tobie niech też nie będzie lepiej”. Uzdrawiającą moc i pozytywną myśl niesie ze sobą akceptacja i miłość. Słowa wypowiadane z troską, wzmacniające naszą siłę sprawczą - nasze poczucie własnej wartości. Nie jest trudno je wypowiedzieć, choć wydaje się, że niektórym nie przechodzą przez usta. A może tym, którym tak trudno skierować słowa miłości, życzliwości, dobroci, szacunku i akceptacji do samego siebie i do innych będzie łatwiej, jeśli uświadomią sobie, że tym sposobem pomagają. Człowiek z zasady lubi pomagać i to jest dobre. Krytyka nie pomaga. To mit. Mówmy do siebie z intencją pobudzenia życia, twórczości. Nie podcinajmy skrzydeł. Otwórzmy się na zmiany i pozwólmy zmieniać innym.

Krytyka to broń, broń masowego rażenia, od której na końcu giniemy my sami. Życie zaczyna się od akceptacji i dialogu…

Warto żyć nie po to, by mieć rację, lecz po to by być szczęśliwymi!

Ewelina Jasik, propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.