1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Uzależnienie od internetu a samotność

Uzależnienie od internetu a samotność

fot. 123rf
fot. 123rf
Korzystanie z internetu jest tak wszechobecne w naszej kulturze, że American Psychiatric Association przyjrzało się kryteriom uzależnienia i jego skutkom.

Internet może wywoływać uzależnienie psychiczne, czego konsekwencją są różne rodzaje stanów depresyjnych, co mocno rzutuje na brak relacyjności a w efekcie doprowadza do samotności.

W artykule opublikowanym w „Scientific American” czytamy, że ludzie którzy codziennie przeglądają dziesiątki stron internetowych, korzystają z portali społecznościowych lub kilka godzin grają w gry komputerowe, potrafią się angażować tylko w przelotne kontakty oraz są narażeni na duże ryzyko depresji. Kompulsyjnie korzystając z internetu, tak naprawdę desperacko szukają emocjonalnego pobudzenia. Nie doświadczają bowiem uczuć, jakie dostarczają kontakty twarzą w twarz. Tymczasem głębokie emocje potrzebne nam są do funkcjonowania. Gdy nie czujemy, nie dzielimy się uczuciami, popadamy w uczuciowe odrętwienie. Im ten stan trwa dłużej, tym trudniej jest z niego wyjść. Wówczas pojawia się depresja, która jest chorobą niewyrażonych uczuć. Pojawiają się też dolegliwości fizyczne, jak bóle głowy, mięśni, kręgosłupa, apatia, problemy z trawieniem, niedotlenienie serca.

Zjawiskiem, które związane jest z uzależnieniem od internetu, jest samotność. Na poziomie psychicznym doświadczamy jej nawet, gdy wymieniamy się informacjami z przyjaciółmi na Facebooku, jeśli nie mamy relacji poza wirtualnym światem. Internetowe znajomości, uważają naukowcy, prowadzą do coraz większej emocjonalnej izolacji i poczucia, że jest się „samemu w tłumie”, braku kontaktu ze światem. Jeśli to się nie zmieni, samotność będzie coraz powszechniejszym doświadczeniem człowieka, alarmują amerykańscy badacze.

Kiedy dokucza samotność - TUTAJ

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Samotni i zamknięci w sobie – dlaczego wielu mężczyzn nie potrafi otworzyć się na bliskie relacje?

Życie jako walka to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, my, mężczyźni, zbyt często traktujemy ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem, co skazuje na samotność i cierpienie. (fot. iStock)
Życie jako walka to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, my, mężczyźni, zbyt często traktujemy ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem, co skazuje na samotność i cierpienie. (fot. iStock)
Chłopcy, a później mężczyźni są tresowani do rywalizacji, walki i samotności. Chcą za wszelką cenę pokazać, co potrafią, jacy są wspaniali i twardzi. Rywalizują z innymi mężczyznami o kobiety, o karierę, o stan posiadania. A przecież głęboką potrzebą każdego człowieka jest bliskość z innymi, otwartość, wzajemne zrozumienie – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

„Dłużej nie mogę tak żyć – mówi kobieta do mężczyzny. – Nie rozmawiamy ze sobą. Nie słuchasz. Nie patrzysz mi w oczy. Nie wiem, co czujesz. Gdzie jesteś? Przy mnie cię nie ma”.
On jest zaskoczony, zraniony: „O co ci chodzi?!”. Nie może pojąć tak jawnej niesprawiedliwości. Przecież się stara, tyle robi dla niej i dla dzieci. Kobieta nie powiedziała jeszcze „odchodzę”. Jeszcze nie jest za późno. Ten kryzys może być ratunkiem dla mężczyzny.

On jest samotny. Nie nawiązuje bliskich więzi. Nie ma przyjaciół. Nie potrafi opowiedzieć o tym, co przeżywa. Surfuje po Internecie. Ogląda telewizję. Czyta gazety. Reperuje samochód. Pracuje. Tak kobiety widzą swoich mężczyzn. Większość mężczyzn cierpi i przedwcześnie umiera na wielkie S, czyli na samotność – tak opisują kondycję mężczyzn psychologowie i socjologowie. Steve Biddulph, autor „Męskości”, posuwa się najdalej: „Bałagan w rodzinach, narodach i na całym świecie jest wynikiem długotrwałego kryzysu mężczyzn, osamotnienia, lęku, tego, że nie znają siebie. Problemy mężczyzn wynikają z izolacji. Mężczyźni muszą się wydostać z więzienia samotności”. Przedłużająca się samotność staje się w końcu nie do wytrzymania: mężczyźni i chłopcy trzy razy częściej popełniają samobójstwo niż kobiety. Męska samotność budzi nasze kobiece współczucie. Ale i wściekłość. Czy mężczyźni chcą się wydostać z tego więzienia?
Wolność wydaje się bardziej przerażająca niż więzienie.

Wolność to bycie z ludźmi, słuchanie ich i rozumienie bez osądzania. Tymczasem mężczyzna walczy. Drugi człowiek jest po to, by się z nim zmierzyć. I wygrać. Pokonać przeciwnika.
Tak właśnie wychowujemy chłopców. Chłopcy, a później mężczyźni są tresowani do rywalizacji, walki i samotności. Chcą za wszelką cenę pokazać, co potrafią, jacy są wspaniali i twardzi. Jak wypadam w oczach innych? Czy się sprawdziłem?

Chłopiec często słyszy: „bądź mężczyzną”, w sytuacji, gdy na przykład ma zostać sam w domu i pokazuje, że się boi, albo płacze, bo mu się coś nie udało. Nikt mu nie mówi wprost, co to znaczy „być mężczyzną”. Ale uczy się z kontekstu. Widzi, że ważne dla niego osoby oczekują, iż będzie sobie radził, to znaczy nie ulegał, wygrywał. Uczy się, że być mężczyzną to nie czuć. Zatrzaskuje swoje wewnętrzne, emocjonalne drzwi. Zostaje zamknięty w środku siebie, zaczyna żyć oddzielony od świata. Kontaktuje się z ludźmi, ale to są relacje płytkie, zadaniowe. Rywalizuje z innymi mężczyznami o kobiety, o karierę, o stan posiadania. Mówienie o tym, co porusza, co powoduje cierpienie, a co zachwyt, wydaje się niestosowne i niemożliwe. Nie ma miejsca na otwartość, ciepło i serdeczność. Trzeba się bić o pozycję, o wizerunek. Trzeba się bić, żeby nie zostać pobitym. Najlepszą obroną jest atak. Muszę być silny, wytrzymały, muszę mieć samochód z największą mocą silnika…

…dopiero wtedy będę najlepszy i odetchnę z ulgą? Ale mężczyźni się bronią, mówiąc, że tak urządzony jest ten świat; taki jest los wszystkich samców w świecie przyrody.
Problem w tym, że rywalizując z innymi mężczyznami, nie mogę poczuć się dobrze, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś lepszy, wyższy, bardziej wysportowany, przystojniejszy, bogatszy, młodszy. W byciu lepszym tak naprawdę chodzi o wewnętrzny komfort, poczucie szczęścia. Walka i rywalizacja opierają się na przekonaniu, że będę szczęśliwy dopiero wtedy, gdy będę lepszy od innych. To się nigdy nie udaje.

W okresie dojrzewania chłopcy walczą o swoją pozycję i wizerunek, aby odpowiednio zaprezentować się wobec dziewczyn. Tak też jest w świecie zwierząt: moje poroże ma najwięcej rozgałęzień, mój ryk jest najdonioślejszy, a ja mam najwięcej kolorowych piór i wybieram najlepsze samiczki. W okresie dojrzewania takie zachowania są jak najbardziej w porządku. Jednak w dorosłym życiu są nieporozumieniem, prowadzą do samotności. Świat zwierząt rządzi się innymi prawami niż świat ludzi. Głęboką potrzebą każdego człowieka jest bliskość z innymi. Potrzebujemy głębokich, bezpiecznych relacji, otwartości, wzajemnego zrozumienia. Potrzebujemy być akceptowani w pełni takimi, jakimi jesteśmy. Jeśli muszę cały czas maskować słabe strony, a podkreślać mocne, prezentuję nie siebie prawdziwego, ale swój idealny wizerunek.

To jest właśnie to pęknięcie, o którym mówią kobiety: „Inni się nim zachwycają, bo taki silny i ambitny, tylko ja widzę go z bliska. Dotykam jego samotności, wewnętrznego smutku”.
Mężczyzna nie czuje się dobrze – nawet wtedy, gdy zewsząd słyszy zachwyty: „O tak, jesteś super, świetny! Chciałbym być taki jak ty!”. To oczywiście daje mu satysfakcję, ale głęboka tęsknota nie zostaje zaspokojona, ponieważ wie, że to nie on został przyjęty, tylko miraż, który tworzy na swój temat. Spotykałem mężczyzn, którzy tak zrośli się ze swoim wizerunkiem, że twardą żelazną zbroję uważali za swoją delikatną skórę.

Wojownik, rycerz ubrany w zbroję, gotowy do walki – ten męski wizerunek ma długą tradycję. Mężczyzna walczy, także o kobietę, pokonuje przeszkody, zwycięża smoka. Życie to walka – to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, mężczyźni traktują ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem. Z takiej metafory możemy mieć pożytek tylko wtedy, gdy znajdziemy w sobie dostęp do wszystkich postaci tego mitu, legendy czy baśni, a więc do rycerza, smoka i wybranki, ponieważ wszystkie są częściami nas samych.

Mam wrażenie, że mężczyźni zastygli w jednej pozie – siedzą na pancernym koniu, z kopią w ręku.
Z czasów, gdy prowadziłem tygodniowe treningi terapeutyczne, pamiętam mężczyzn, którzy przyjeżdżali na nie wielokrotnie. Gdy pytałem po co, mówili, że fundują sobie takie wczasy, mają regularne posiłki, mogą pobiegać po lesie. Ale przecież jedzenie i bieganie można mieć wszędzie. Na treningach dostawali o wiele więcej. Mogli pobyć w miejscu, w którym nie musieli udawać, grać, mogli mówić o swoich słabościach, emocjach, zranieniach, lękach, obawach, zawiedzionych nadziejach, przerażeniu i trwodze. Mogli zdjąć maski, pokazać prawdziwą twarz innym mężczyznom i kobietom. Nikt ich za to nie potępiał, nie wyśmiewał ich z tego powodu, ponieważ wszyscy przyjechali z tym samym i po to samo. Przyjechali, aby normalnie pobyć z ludźmi. Na koniec mówili: „Szkoda, że trzeba wracać do rzeczywistości”. A więc z normą kojarzyło się to, co na zewnątrz, walka, maska, rywalizacja, zamknięcie, samotność. Mówili, że trudno im będzie przenieść do swojego życia nowe doświadczenia i umiejętności. Obawiali się, że ich otwartość i bezpośredniość zostaną wykorzystane przeciwko nim, i to przez najbliższe, kochane osoby.

Wiele kobiet tęskni za chwilą, gdy mężczyzna zdejmie zbroję i wreszcie się odpręży. Niechby ta zbroja zaczęła się choć trochę kruszyć.
Tak się zwykle dzieje w momentach życiowych kryzysów. Mężczyzna zaczyna co nieco czuć, zbroja się luzuje. Przerażające doświadczenie. Przypomina mi się opowieść o japońskich samurajach, którzy spędzali tyle czasu na polach bitew, że przez długie okresy nie schodzili z konia. Gdy kończyła się wojna, nie byli w stanie zdjąć zbroi, ponieważ w tych miejscach, w których zostali zranieni, zbroja przywierała im do ciała. W końcu ją zdejmowali, bo inaczej nie mogliby żyć, ale odbywało się to w mękach, w ogromnym bólu.

Oczywiście, zbroja czasem się przydaje. Pożądana byłaby tu elastyczność – możemy ją zakładać, ale nie musimy, to zależy od kontekstu, okoliczności.

Z jakim bólem potrzebuje zmierzyć się mężczyzna?
Nierzadko z bólem zmarnowanego czasu, życia. To może być kryzys wieku średniego, czterdziestka, pięćdziesiątka. Mężczyzna pracuje ciągle na najwyższych obrotach, ale już czają się pytania: Po co? Jaki to ma sens?

Jak pytał Robert Bly, autor kultowej książki o mężczyznach „Żelazny Jan”: „Czy jesteś już wystarczająco przygnębiony?”
Zauważyłem, że wystarczająco przygnębieni bywają już 35-latkowie. To znak naszych czasów. Tempo życia, które jest wynikiem wolnego rynku napędzającego rywalizację, i samotność sprawiają, że już młodzi ludzie czują niepokój. Szczególnie gdy pojawiają się trudności. To może być kryzys w relacji z partnerką, załamanie zdrowia, krach w pracy, plajta firmy, zwolnienie, śmierć znajomej osoby, a w skali społecznej na przykład atak na World Trade Center 11 września 2001 roku. Domek z kart, który tak mozolnie budowaliśmy, rozsypuje się.

Może być też tak, że mężczyzna nie zauważa kryzysu, broni się przed konfrontacją, na przykład w relacji z kobietą. Może nawet widzieć, że partnerka wycofała się z relacji, że już nie ma do niej dostępu, ale podejrzewa, że to raczej z nią jest coś nie tak. Dociera do niego, jak daleko sprawy zaszły, gdy kobieta ogłasza: „rozstajemy się”. „Co ci się stało?” – pyta wstrząśnięty. „Masz kogoś? Jest jakiś mężczyzna?”. To jest dramatyczny moment, bo jeśli partnerka mówi: „odchodzę”, to znaczy, że kryzys przybrał postać finalną i jest już za późno na negocjacje. Przychodzi załamanie, odpada kawałek zbroi. Mężczyzna czuje się zraniony, cierpi. Jeśli przypisywać wartość cierpieniu, to stwarza ono szansę na dokonanie zmiany. Ale nie wszyscy mężczyźni skorzystają z tej szansy. Wielu ucieknie w racjonalizację: „nie była mnie warta”, „kobiety takie są”. Wielu dojdzie do wniosku, że miłości nie ma. Ale są koledzy, jest walka, są inne kobiety gotowe na przelotne związki, da się żyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Nałóg to głód miłości, akceptacji i sensu życia

Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji.(Fot. iStock)
Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji.(Fot. iStock)
Kiedy Mały Książę rozmawiał z Pijakiem, ten wyznał mu, że pije, bo chce zapomnieć. Zapomnieć, że się wstydzi. „Czego się wstydzisz?” – spytał Mały Ksiażę. „Wstydzę się tego, że piję” – odparł Pijak.

– Przepiłem 20 lat swojego życia – mówi Maciej Kiełbasiński, neofita, instruktor terapii uzależnień. – Długo wydawało mi się, że piję tak jak wszyscy: dla towarzystwa, poprawy humoru, żeby ukryć swoją nieśmiałość, nadwrażliwość, lęk przed kobietami. Po kieliszku stawałem się duszą towarzystwa, byłem pierwszym po Bogu, miałem przyjaciół, dziewczyny, dobrą zabawę. Moje życie składało się na przemian z pijackich ciągów i okresów odrabiania strat. Przez wiele lat wydawało mi się, że umiem pogodzić moje uzależnienie z normalnym funkcjonowaniem; skończyłem szkołę, dostałem się na studia, zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze. Po coraz dłużej trwających ciągach starałem się wyhamować, „zebrać do kupy”, żeby po raz kolejny udowodnić sobie, że nie jestem zerem. Udawało mi się nie pić przez kilka miesięcy. Mówiłem sobie wtedy: ”Nie jest ze mną tak źle, potrafię obyć się bez alkoholu”. Ożeniłem się, bo liczyłem, że jak będę mężem, ojcem – przestanę pić. Podziałało, ale na krótko. Przychodził taki dzień, że musiałem się napić. Swoje alkoholowe ciągi planowałem ze szczegółami: brałem zwolnienie z pracy – 6 dni, dokładnie zaplanowane: trzy na picie, dwa na kaca, jeden na dojście do siebie. Kupowałem w sklepie wódkę, zwykle kilka butelek na zapas, żeby nie zabrakło, i kilka piw na kaca, bo tak się trząsłem, że utrzymanie w rękach szczoteczki do zębów stawało się problemem. Przy tym im więcej piłem, tym lepiej funkcjonowałem w świecie zewnętrznym. Miałem coraz lepszą pracę, więcej pieniędzy. To utwierdzało mnie w przekonaniu, że nałóg w niczym mi nie przeszkadza, a nawet że jestem lepszy od innych, mądrzejszy, sprytniejszy. Ale w głębi duszy czułem coraz większą pustkę.

Kręta droga w dół

Tak naprawdę nie jest istotne, czy przedmiotem uzależnienia jest alkohol, narkotyk, papieros, lekarstwo, jedzenie, seks, hazard, praca… Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji. Dążeniem do chwilowej poprawy nastroju, próbą ukrycia niskiego poczucia własnej wartości, a w konsekwencji ucieczką od życia i samego siebie.

Etiologia uzależnień nadal nie została wyjaśniona. Co było pierwsze: jajko czy kura? Czy określona osobowość sprzyja popadaniu w nałogi, a może to uzależnienie zmienia osobowość? Wiadomo, że istnieją pewne czynniki sprzyjające uzależnieniom, takie, jak: błędna hierarchia wartości, niski stopień autonomii, skłonność do wchodzenia w toksyczne relacje, niska odporność na frustracje, niedojrzałość emocjonalna. Charakterystyczną oznaką uzależnienia jest sięganie po substancję psychoaktywną, pomimo coraz bardziej bolesnych konsekwencji: fizycznych, psychicznych, moralnych, prawnych, duchowych i społecznych. Jak to działa?

Podstawowe mechanizmy uzależnienia:

Uzależnienie emocjonalne, czyli nałóg potrzebny do regulacji uczuć
– Osoba uzależniona nie potrafi zidentyfikować się ze swoimi emocjami. Albo próbuje je ukryć, albo postępuje wbrew nim – mówi Maciej Kiełbasiński. – To potęguje konflikt wewnętrzny, prowadzi do kompulsywnych zachowań czy konieczności sięgnięcia po substancję psychoaktywną. W ten sposób izoluje się od świata, popada w samotność, pozostając sam na sam ze swoim nałogiem. Nabiera fałszywego przekonania, że świat i ludzie jej nie rozumieją. Tłumaczy sobie, że sięga po takie środki dlatego, że ma życiowe problemy, a nie zauważa, że to właśnie uzależnienie je powoduje. Boi się, że zostanie rozszyfrowana ta część jej prawdziwego ja, na które składa się także: bezradność, wrażliwość, potrzeba miłości i akceptacji. Ten lęk paraliżuje ją do tego stopnia, że ukrywa go pod przykrywką złości, agresji i gniewu, wywołując w swoim otoczeniu ciągłe uczucie niepokoju. Ludzie bojąc się, że uzależniony wpadnie w kolejny ciąg picia czy ćpania, starają się zejść mu z drogi, dać spokój i nie denerwować, a to stwarza komfort do trwania w nałogu. A przecież na tym najbardziej mu zależy.

System iluzji i zaprzeczeń – nałogowy sposób manipulowania własnym myśleniem po to, by łudzić się, że nie jest się uzależnionym i że uzależnienie nie powoduje żadnych strat.
– Cechą charakterystyczną każdego nałogu jest pewien mechanizm myślowy, który cały czas przekonuje chorego, że nie jest uzależniony. Dlatego za wszelką cenę chce odzyskać kontrolę nad zachowaniem lub substancją psychoaktywną – tłumaczy Maciej Kiełbasiński. – Najbardziej zdradzieckie są okresy pomiędzy ciągami, kiedy osoba uzależniona zachowuje się w sposób normalny. Przecież ktoś, kto przez dłuższy czas może powstrzymać się od picia, ćpania czy innych kompulsywnych zachowań – nie może być chory! Podejmuje więc kolejną próbę, mówiąc sobie, że wypije tylko jeden kieliszek wódki, raz zagra w ruletkę lub wypali tylko jednego skręta. Tym samym popycha pierwszą kostkę domina, która przewraca kolejną i kolejną, aż do kompletnego wycieńczenia organizmu lub... utraty wszystkich pieniędzy w kasynie. Kiedy udaje się wyjść z ciągu, zderza się z tymi konsekwencjami. Kolejny raz nie dotrzymał słowa, utracił zaufanie do siebie i zaufanie innych. Budzi się niskie poczucie własnej wartości, wstyd i potworny lęk. Osoba uzależniona powtarza sobie, że to był ostatni raz, ale bez profesjonalnej pomocy nie jest w stanie dotrzymać danego sobie słowa. Wszyscy uzależnieni zakłamują, racjonalizują i minimalizują swój problem.

Poczucie kontrolowania uzależnienia
– To mechanizm, z którym najtrudniej jest się rozprawić – mówi Kiełbasiński. – Pacjenci, którzy zgłaszają się na leczenie, ciągle wierzą, że ,,trochę się podleczą”, a dzięki terapii znajdą sposób na kontrolowanie swojego uzależnienia.

Zaburzone relacje z innymi ludźmi
– Osoba uzależniona nie potrafi nawiązywać poprawnych relacji z otoczeniem. Traktuje innych instrumentalnie, przenosząc na nich odpowiedzialność za konsekwencje swojego nałogu – mówi Kiełbasiński. – Rodzina płaci jej długi, żona usprawiedliwia nieobecności w pracy, fakt uzależnienia wszyscy utrzymują w tajemnicy. Chory chce się do kogoś przytulić, pożalić nad swoim losem, czasem złoży jakąś nierealną obietnicę, która da bliskim nadzieję, że wszystko się ułoży. I... dalej korzysta z nałogu.

Gra o życie

W miarę postępującego uzależnienia, także pozytywne emocje – radość, zachwyt, poczucie sukcesu... – powodują tak silne napięcie, że osoba uzależniona musi się „znieczulić”: wypad do kasyna albo na zakupy dla uczczenia sukcesu, agresywny seks w nagrodę po okresie wymuszonej wstrzemięźliwości, kompulsywne objadanie się po udawaniu na przyjęciu, że „jem tyle co wróbelek”.

Emocją, która nasila się w kolejnych etapach uzależnienia, jest wszechogarniający lęk. Żeby go łagodzić, osoba uzależniona coraz częściej sięga po substancję psychoaktywną czy ucieka się do innego kompulsywnego zachowania. Ulga „po zażyciu” jest coraz krótsza, a pojawiające się napięcie – silniejsze. Zduszone emocje pojawiają się szybciej, a powodów do niepokoju jest więcej, bo nałóg sieje coraz większe spustoszenie w życiu uzależnionego. W pracy zawala więcej spraw, ludzie mniej mu ufają. Ostatkiem sił próbuje zachować pozory normalności.

– Po kilku latach picia zrezygnowałem z podejmowania długoterminowych zobowiązań, np. nauki języka, gry w tenisa – opowiada Maciej Kiełbasiński. – Wiedziałem, że nie stać mnie na systematyczność, bo ciągi były coraz dłuższe i nie byłbym w stanie sprostać zobowiązaniom. Poza tym obowiązki przeszkadzały mi w piciu. Całe moje życie zaczęło być podporządkowane chorobie. Zacząłem czuć nienawiść do samego siebie. W końcu stwierdziłem, że nie ma sensu trzeźwieć i postanowiłem zapić się na śmierć. Po dziesięciomiesięcznym ciągu sięgnąłem dna.

Czym jest owo sięgnięcie dna w uzależnieniu? Czasami to jakieś traumatyczne wydarzenie: nagła choroba, wypadek samochodowy, strata pracy, pieniędzy, rodziny. Innym razem nakaz sądu do przymusowego leczenia albo czyjaś bezinteresowna pomoc, albo... spotkanie na swojej drodze kogoś, kto w uzależnionym dostrzeże człowieka.

– Wtedy zwykle po raz pierwszy pojawia się poczucie własnej bezsilności wobec nałogu – mówi Adam Przywara, OFM, kapelan w Ośrodku Terapii Uzależnień. – To mistyczna chwila, w której cały świat się zatrzymuje.

– Kiedy uzależniony widzi, że życie wymknęło mu się spod kontroli i zapanował w nim taki bałagan, że nie potrafi poskładać go w całość, pojawia się nadzieja, że gdzieś jest ktoś lub coś, co może mu pomóc – dodaje Maciej Kiełbasiński. – I zaczyna się gra o życie.

Zdaniem ks. Marka Dziewieckiego, autora artykułu: ,,Choroba alkoholowa, a zniewolenie sfery duchowej”, każde uzależnienie jest dążeniem do iluzorycznego, natychmiastowego szczęścia i pojawia się tam, gdzie brakuje szczęścia rzeczywistego. Chwytamy się go wtedy, gdy w sposób bolesny, choć często nieświadomy, doświadczamy, że droga, którą podążamy, prowadzi donikąd, jednak brak nam odwagi, by uznać ten fakt i zmienić swoje życie. Przy użyciu substancji psychoaktywnej lub nałogowego zachowania wprowadzamy się więc w odmienny stan świadomości, ograniczając tym samym wewnętrzną wolność i gubiąc sens życia, czyli podstawy swojej duchowości. Uzależnienie niszczy wolność emocjonalną, intelektualną, zabija wrażliwość. Człowiek w szponach nałogu oszukuje samego siebie. Najważniejsze dla niego staje się zapewnienie sobie komfortu, by tkwić w uzależnieniu. Nawiązuje toksyczne relacje – solidaryzuje się z innymi uzależnionymi i manipuluje ludźmi. Zamiast rozwiązywać problemy, ucieka przed nimi w nałóg.

Gdzie powinien szukać rozwiązania? W powrocie do duchowości. To ona jest odpowiedzią na nurtujące go pytania i lekarstwem na paraliżujące lęki. Pomaga stworzyć dojrzałą hierarchię wartości, a relacje opierać na miłości i odpowiedzialności.

Nie wystarczy abstynencja. Leczenie to nie tylko przezwyciężenie mechanizmów nałogu, lecz zmiana postawy wobec życia. Na początku musi być świadoma decyzja, że do radzenia sobie z problemami nie potrzeba już alkoholu czy narkotyków. Ale żeby to osiągnąć, konieczne jest zajrzenie w głąb swej duszy.

Ważne spotkania

Zdaniem Adama Przywary, uzależnienie to choroba braku miłości. Maciej Kiełbasiński zaś uważa, że wynika ona z nieznajomości samego siebie, realizowania w sposób przymusowy wartości, które są sprzeczne z tymi, jakie uzależniona osoba wyznaje, nieumiejętności nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. Ale obydwaj zgodnie twierdzą, że drogą wyjścia z nałogu jest drugi człowiek.

– W rozwoju duchowym zawsze chodzi o spotkanie: z Bogiem, z drugim człowiekiem. Spotkanie, które nas zmieni, np. ustali na nowo to, co dla nas istotne w życiu – mówi Adam Przywara.

Po latach walki ze swoim demonem osoby uzależnione wiedzą wszystko o mechanizmach i znakach ostrzegawczych, zaliczają kolejną terapię, pobyt w następnym ośrodku, znają swoje słabości, ale i tak wracają do nałogu, bo brakuje im wiary w coś, co ich utrzyma w stanie abstynencji, duchowego pogłębienia, odnalezienia sensu życia. Potrzebny jest ktoś, kto w umiejętny sposób ukaże im prawdę o nich samych.

– Kiedy otrzymujesz pomoc z zewnątrz, gdy zauważasz innych ludzi, którym udało się wyjść z nałogu, budzi się wiara. Zaczynasz ufać, że w tym względzie są mądrzejsi od ciebie i sięgnięcie po ich doświadczenia pozwoli ci na wyjście z samotności, budowanie swojego życia od nowa, krok po kroku – mówi Maciej Kiełbasiński.

Adam Przywara jako kapelan w ośrodku uzależnień pełni rolę pośrednika między uzależnionymi a Bogiem.

– Nieważne, czy i w co wierzysz – mówi im. – Spróbuj zastanowić się, czy jakaś Siła Wyższa – jakkolwiek ją pojmujesz – nie była w przeszłości obecna w twoim życiu.

Doskonale pamięta Pawła, 26-letniego narkomana, który pięciokrotnie próbował popełnić samobójstwo. Ostatnim razem wypił butelkę „Kreta” (silnie żrącej substancji) i poczuł wtedy, że coś każe mu iść do ludzi. Była noc. Wybiegł z domu i poszedł na stację benzynową. Tam zemdlał. Cudem go uratowano. Po pobycie na oddziale psychiatrycznym, trafił do Ośrodka Terapii Uzależnień. W ramach praktyki pracy zajmował się umierającymi w hospicjum.

– Przez dwa tygodnie widziałem go codziennie w kaplicy – opowiada kapelan. – Szlochał, a ja czułem, że dzieje się w nim coś ważnego. W czasie rozmowy okazało się, że zaczął analizować swoje życie. Poczuł, że tamtej nocy kierowała nim jakaś siła większa od niego. To był początek zmiany. Zaczął odkrywać, kim jest i czego naprawdę pragnie.

Trudne przebudzenia

Chorzy, którym udało się wyrwać z matni nałogu, przyznają: gdy po wielu latach uzależnienia budzisz się do życia, nie wiesz, kim jesteś. Emocjonalnie znajdujesz się na etapie, na którym to się zaczęło.

– Kiedy podjąłem leczenie w ośrodku terapii uzależnień, miałem czterdzieści lat – mówi Maciej Kiełbasiński. – Jednak emocjonalnie byłem na etapie 14-latka, bo to właśnie wtedy sięgnąłem po pierwszy kieliszek.

Zaczyna się dość skomplikowany proces. Najpierw pojawia się radość, że udało ci się pozbyć obsesji, która towarzyszyła uzależnieniu. Po dwóch, trzech latach wychodzenia z jakiegokolwiek nałogu, rozglądasz się dookoła i dostrzegasz, że większość decyzji, jakie w życiu podjąłeś, była temu podporządkowana. Po raz pierwszy jasnym wzrokiem patrzysz na swojego partnera, dzieci, przyjaciół, pracę i zadajesz sobie pytania: „Co ja tu robię? Kim jestem?”. Znika poczucie winy, odkrywasz, że inni także mają swoje wady i swoje problemy. Twoje życie nabiera sensu, zaczynasz powoli rozumieć siebie, a tym samym świat, który cię otacza.

– Żeby odważyć się być sobą, ujawnić światu swoje mocne strony, ale także własne słabości, musisz przełamać lęk przed odrzuceniem – mówi Kiełbasiński. – Skonfrontować się z tym wszystkim, przed czym uciekałeś w uzależnienie. Następnym krokiem jest bolesne rozliczenie się z przeszłością. Trzeba stanąć oko w oko z cierpieniem odczuwanym z powodu zaprzepaszczonych spraw, zmarnowanych okazji i porzuconych celów. W takich chwilach warto posiąść umiejętność rezygnacji: nie na dziś czy jutro, ale na zawsze. Musisz pogodzić się z faktem, że pewnych rzeczy już nie odzyskasz, niektórych wydarzeń nie cofniesz, a życie toczy się dalej i trzeba wziąć za nie pełną odpowiedzialność.

Co jeszcze? Kiedy obudzisz się ze złego snu, być może będziesz za wszelką cenę pragnął, żeby odzyskał spokój ktoś bliski, ktoś, kto cierpiał z powodu twojego uzależnienia przez całe lata, np. twoja matka, która nie dożyła momentu, kiedy przestałeś pić. Poczujesz się wtedy bezradny, no bo jak przekazać jej wiadomość, że z tobą już wszystko w porządku? Może twój partner, który dzielnie trwał przy tobie, gdy byłaś uzależniona od zakupów, albo przegrałaś w kasynie wszystkie swoje oszczędności, nagle odszedł, rzucając ci na do widzenia: „Teraz już poradzisz sobie beze mnie”. Być może w pierwszej chwili pomyślisz: „Jak on mógł mi to zrobić?! Nie warto było się leczyć”, może nawet pojawi się myśl o powrocie do uzależnienia... Ale po chwili przyjdzie refleksja: „Zrobiłam to dla siebie. Skoro udało mi się wyjść z nałogu, poradzę sobie ze wszystkim”. To pierwszy znak pojednania ze sobą, zgoda na swoją przeszłość. Powoli zaczniesz rozpoznawać, co jest dla ciebie ważne: miłość, dobroć, akceptacja, prawda, szczerość, otwartość, zamiast: manipulacji oraz oszukiwania siebie i innych.

– Na początku ważne jest, żeby nie czuć się samotnym – mówi Maciej Kiełbasiński. – Najbliżsi wydają ci się obcy, często nie rozumieją, że sama ich obecność i miłość nie pomogą ci w leczeniu, że musisz iść na terapię, do grupy wsparcia, do ludzi, którzy podzielą się swoim doświadczeniem. Zaczynasz naprawiać swoje relacje z bliskimi, znajdujesz nowych przyjaciół...

Jednego musisz się nauczyć: prawidłowo odczytywać własne emocje i uczucia w danej chwili, bo dopiero wtedy możesz kontrolować swoje zachowanie. Jeżeli wstałeś lewą nogą, będziesz mógł skorygować plan dnia tak, żeby uniknąć nieprzyjemnych sytuacji. Może zrezygnujesz ze spotkań z ludźmi, którzy źle na ciebie wpływają, przełożysz na inny termin zajęcia, które wymagają odpowiedniego nastroju czy koncentracji, a tym samym oddalisz od siebie możliwość powrotu do uzależnienia.

– Bo przecież nie chodzi o substancję czy zachowania, od których byłeś uzależniony, tylko o pewien stan emocjonalny, który te zachowania lub przymus sięgnięcia po substancję powodował – dodaje Maciej Kiełbasiński. – Jeśli wiesz, jakie sytuacje wywołują twoje konkretne emocje, potrafisz nad nimi zapanować. Do dziś czasami ludzie zarzucają mi, że martwię się przede wszystkim o siebie. Tak, bo moje emocje są najważniejsze – zapanowanie nad nimi daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jeśli mam dobry kontakt z samym sobą, mam dobry kontakt także ze światem.

Postęp w rozwoju duchowym widać po tym, z jaką dojrzałością podchodzisz do życia. Kiedy byłeś w nałogu, towarzyszyła ci niepewność, teraz – spokój.

– Wynika on w dużej mierze z powierzenia życia czemuś lub komuś większemu od nas samych – tłumaczy Adam Przywara.– A także z akceptacji swojej niedoskonałości. W duchowości jest miejsce i na smutek, i na radość, na rozgoryczenie i nadzieję, na upadek i powstanie. Bóg akceptuje słabość człowieka.

– Uzależnienie może dotknąć każdego, i wierzącego w jakąś konkretną religię, i agnostyka, i ateistę… – tłumaczy Kiełbasiński. – Jeżeli ktoś uważa inaczej, powinien wyzbyć się egocentryzmu. Ludzie czasem sądzą, że alkoholizm, hazard czy narkomania mogą przydarzyć się innym, ale nie im. Uważają się za lepszych i podejmują ryzyko „pierwszego razu” – pierwszy kieliszek, pierwszy pobyt w kasynie, pierwszy skręt… no bo przecież nic się nie stanie.

Kiedy jest już za późno, gdy już tkwisz w uzależnieniu po uszy, potrzebujesz wiary, która może ci dać siłę do wydostania się z pułapki nałogu.

– Przełomowy moment uznania swej bezsilności, bez zaakceptowania której pozbycie się nałogu staje się niemożliwe, wiąże się z tym, że człowiek „bez siły” musi posiąść moc z zewnątrz – mówi Kiełbasiński. – To może być grupa ludzi, ośrodek terapeutyczny czy Bóg w koncepcji chrześcijańskiej. Kiedy posiądziesz dar wiary, zaakceptujesz, że to nie ty jesteś Bogiem i nie od ciebie zależy końcowy efekt twoich starań czy postawionych sobie celów. Ty możesz jedynie planować działania, ale efekty pozostawiasz opiece boskiej, losowi,– jakkolwiek chcesz to nazwać. Taka postawa zapewni ci wewnętrzną równowagę, spokój duszy, bo przestajesz zmagać się z życiem i jego przeciwnościami, tylko akceptujesz wolę tej siły wyższej wobec ciebie. A kiedy twoje wnętrze przestanie być zapieczone przymusem osiągania tego, czego chcesz, to okaże się, że zostanie ci to po prostu ofiarowane.

Czy grozi ci uzależnienie? Sygnały ostrzegawcze:

  • Obniżanie napięcia emocjonalnego, pocieszanie się, nagradzanie przy użyciu substancji psychoaktywnej (alkoholu, narkotyków) lub zachowań kompulsywnych (przymusu gier hazardowych, seksu, zakupów).
  • Unikanie sytuacji stresujących i „wyręczanie się” innymi ludźmi w załatwianiu swoich spraw oraz rozwiązywaniu własnych problemów.
  • Zaprzestanie na pewien czas używania substancji i zachowań uzależniających (czasowa abstynencja), przeplatane okresami ciągów.
  • Wielokrotnie podejmowane, nieudane próby rzucenia nałogu, charakteryzujące się powtarzaniem bez przerwy tych samych mantr: „muszę ograniczyć palenie”, „muszę przestać chodzić na zakupy” itd.
  • Dominujące emocje, często niezależne od realnych wydarzeń, to lęk i złość, które są pretekstem do sięgnięcia po substancje lub zachowania uzależniające.
  • Pogarszanie się relacji z innymi ludźmi: izolacja, ucieczka w samotność, notoryczne kłamstwa, coraz częstsze manipulacje.
  1. Psychologia

Współczesny singiel - jaki jest i czego poszukuje? 

Współczesny singiel to
to mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. (Fot. iStock)
Współczesny singiel to to mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. (Fot. iStock)
Szuka samego siebie czy związku? A może za wysoko stawia poprzeczkę? Albo za mało jest dziś fajnych kobiet, z którymi mógłby stworzyć udaną relację? Wspólnie z terapeutą Robertem Milczarkiem próbujemy ustalić, czy współczesnemu singlowi blisko do dzisiejszej singielki.

Kim jest współczesny singiel?
To najczęściej mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. To również mężczyzna, który po wielu próbach stworzenia związku zbudował przekonanie, że nie nadaje się do relacji. Według moich obserwacji z gabinetu takie myślenie najszybciej włączają jednak młode kobiety... Uważają, że to z nimi jest coś nie tak.

Czy mężczyźni również szukają winy w sobie?
Mężczyźni raczej zawyżają postrzeganie siebie i swojej wartości, a przyczyny niepowodzenia szukają po drugiej stronie. A że związki trudno jest budować, to nie warto się męczyć, lepiej ułożyć sobie życie w pojedynkę. Potrzeby seksualne i towarzyskie wolą realizować na zasadzie „friends with benefits” lub za pomocą kontaktów nawiązywanych poprzez platformy społecznościowe.

Co zmieniło się w byciu singlem na przestrzeni lat?
Myślę, że młodzi ludzie, czyli pokolenie 20+, po prostu nie chcą ryzykować. Pragną mieć pewność. Dlaczego? Bo przenoszą postawę konsumpcyjną na relacje, wybierają sobie partnerkę podobnie jak produkt. Młodzi mężczyźni mają dzisiaj bardzo wysokie oczekiwania i „koszykowe” podejście do kobiet. Wrzucają do koszyka pewną sumę kryteriów, jak w sklepie internetowym, i zaczynają polowanie: ty – nie, a ty – tak. Bez elastycznego podejścia i gotowości na to, żeby się dostroić, poznać, dotrzeć się. Zamiast tego jest szybka ocena wad i zalet. A jeśli partnerka nie spełnia wymogów, relacja kończy się bardzo szybko.

Kiedy tego słucham, to mam wrażenie, że w relacji z kobietami to młodzi mężczyźni rozgrywają dzisiaj karty.
Jako terapeuta coraz częściej spotykam tego typu sytuacje. Również z relacji kobiet, które mówią: „poszliśmy na spacer, na kawę, umówiliśmy się drugi raz, a on przestał oddzwaniać albo w ogóle nie odbiera”. Lub: „dochodzi do seksu, a on znika”. Albo słyszę od mężczyzny: „miła, inteligentna, ładna, ale ma za krótkie palce u stóp”. I on nie może na to patrzeć. Cecha fizyczna staje się kluczowym kryterium rezygnacji z pracy nad relacją.

Ale dlaczego tak się dzieje?
Chodzi często o nieistotny detal. Ja także rozkładam ręce, gdy to słyszę, jednak towarzyszę mężczyźnie w tym, żeby określił swoje oczekiwania i zastanowił się nad tym, czy są realne. Ten profil psychologiczny cechuje wysoki krytycyzm i oczekiwania względem partnerki, ale bardzo niska autorefleksja na temat tego, jaki jestem. Dużo jest w tym narcystycznej postawy.

Jaka jest tego przyczyna? Nadopiekuńcza matka, która daje synowi wszystko, tak że później partnerka nie jest w stanie jej dorównać? A może zmieniające się role płciowe i to, że kobiety nie stawiają mężczyzn i relacji z nimi jako najważniejszego, co ich wkurza?
Jest wiele czynników, które mają na to wpływ. Spotykam mężczyzn, którzy mają bardzo dobre relacje z rodzicami i wzorce do naśladowania... a mimo to ich oczekiwania wobec kobiet i świata są roszczeniowe albo przepełnione lękiem i obawą przed odrzuceniem. Myślę, że kluczowa jest zmiana cywilizacyjna związana z potrzebą szybkiej konsumpcji. Skojarzył mi się teraz Andrzej Rysuje, który stworzył ostatnio taki rysunek: widzimy mężczyznę kiedyś – w postaci rycerza poranionego strzałami, bez nogi, ręki, tak że generalnie ledwo stoi. A na dole napis: „do wesela się zagoi". Tymczasem co robi mężczyzna dzisiaj? Siedzi w kącie i mówi: „boję się”.

Dlaczego mężczyźni czują lęk?
Chcą związku, ale bez ryzyka, że może się nie udać. Bo można mieć fajny, empatyczny dom, ale później mierzysz się ze swoją grupą rówieśniczą i zaczyna się to całe ocenianie i kategoryzowanie, używanie uprzedmiotawiającego kobiety języka. Nawet jeśli to tylko bardzo nieudane, godne pożałowania żarty, to powtarzają je, bo chcą przynależeć do jakiejś grupy, z czasem przesiąkają tym wyższościowym podejściem wobec kobiet. Do tego dochodzą jeszcze potrzeba szybkiej gratyfikacji i unikanie rozczarowania oraz napięcia. Nic dziwnego, że trudno jest stworzyć związek, jeśli masz tak wysokie wymagania i minimalną refleksję na swój temat...

Jaki jeszcze jest typ współczesnego singla?
To mężczyzna wrażliwy i obiektywnie całkiem fajny, bo aktywny, rozwijający się, ale z dużymi deficytami komunikacyjnymi. Boi się kobiet i tego, że się zmieniły. Boi się także zawstydzenia. Stosuje więc racjonalizację, bo łatwiej jest mu w pozytywny sposób myśleć o sobie i o tym, że jest singlem z wyboru, niż iść na kompromisy. Tutaj przyczyn szukałbym w domu rodzinnym i braku obecnego ojca, który mógłby stanowić wsparcie, poklepałby syna po plecach, poszedł z nim do lasu, wzmocnił męskim pierwiastkiem zdrowej pewności siebie i nauczył, że można się z siebie pośmiać, mieć dystans do siebie.

Wiele singielek twierdzi, że zderzenie swoich oczekiwań i wyobrażeń na temat potencjalnego partnera z rzeczywistością jest najbardziej zabójcze dla relacji.
Ten kto ma oczekiwania – szczególnie wysokie i nierealistyczne – doznaje także rozczarowań. Myśmy się nauczyli stawiać te oczekiwania innym ze względu na przemiany cywilizacyjne. Związane z różnymi stylami podejmowania decyzji konsumenckich, ale też przez to ciągłe powtarzanie: „masz prawo, żeby być najlepszą wersją siebie”.

A co w tym złego?
Jeśli to przesłanie nie idzie w parze z autorefleksją i umiejętnością akceptacji rozczarowań jako części życia, to jest bardzo szkodliwe. Wytwarza ogromną presję porównywania się i dążenie do ideałów rodem z Instagrama. Obserwuję to w pracy z pacjentami – oczekiwania rosną, a z uznaniem własnych słabości i tolerancją na różnice w relacji jest coraz trudniej. Oczywiście mamy prawo oczekiwać czegoś; sztuką jest umiejętność wyważenia tego, czego chcę od relacji a co sam do niej wnoszę.

Do mojego gabinetu trafiają ludzie właśnie na skutek życia zgodnie z takimi wygórowanymi oczekiwaniami. Single, którzy myślą w ten sposób aż do momentu, gdy zaczynają odczuwać upływ czasu i dochodzą do wniosku, że może jednak dobrze jest się do kogoś w nocy przytulić czy dzielić z kimś swoimi doświadczeniami. Pandemia bardzo mocno wpłynęła na singli, wyłączyła im większość bezpieczników do korzystania z życia: dobra kultury, restauracje, kluby fitness, wspólne wyjścia. Świat przestał im dawać to, czego oczekują.

Nie radzą sobie z samotnością?
Samotność uaktywnia w nas różne cechy wynikające z osobowości. Jeżeli ktoś odczuwał lęk przed samotnością, to redukował ten lęk przez częste kontakty z innymi. To jest czasem nieświadome. Taki mężczyzna – dusza towarzystwa, wraca do domu, do łóżka i jest sam, ale miał superdzień, jest pozytywnie naładowany, czuje się szczęśliwy i nabodźcowany. A teraz tego wszystkiego zabrakło. Bo większość czasu spędza z samym sobą. I okazuje się, że to uwydatnia potrzebę bliskości, pokazuje, jak ważny jest drugi człowiek.

To częściej możliwość rozwoju czy kryzysu?
Najpierw kryzysu. Taka sytuacja wywołuje raczej wzrost depresji i poczucia osamotnienia. Poziom napięcia jest tak ogromny, że powoduje wypadanie z trybu funkcjonowania, który do tej pory działał. Mężczyzna ma tak wysoki poziom lęku przed samotnością, nieumiejętność bycia ze sobą i potrzebę bliskości, że zaczynają pojawiać się zaburzenia psychosomatyczne. Poczucie pustki, zaburzenia koncentracji uwagi – to pierwsze sygnały kryzysu. Tego, że komuś zostały wyłączone dotychczasowe sposoby regulowania emocji i potrzeb.

Z kolei patrząc na to z perspektywy młodej rodziny z dzieckiem i w lockdownie, można powiedzieć, że single mają chociaż święty spokój...
Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ludzie przemęczeni obecnością wielu osób na małej przestrzeni chcą wolności. A ci, którzy mają wolność, pragną bliskości i kontaktu z człowiekiem. Zawsze będziemy pragnęli czegoś, czego nie mamy.

No i co z tym zrobić?
Od tego jest właśnie terapia, żeby odbudować balans między wglądem osobistym a działaniem. Bo istnieje cała masa osób, które analizują i robią głęboki wgląd w siebie, ale później nic z tego nie wynika. Nie ma tego transferu od wiedzy do działania, refleksja nie przechodzi przez ich ciało czy emocje. Są też tacy, którzy działają, ale bez większej refleksji. Terapia tworzy warunki do budowania kontaktu ze sobą.

Na czym polega twoja praca terapeutyczna z singlami?
Jeżeli singiel przychodzi na terapię, będąc w kryzysie, najczęściej robi to tuż po wizycie u psychiatry, z rozpoznaniem depresji lub wysokim poziomem lęku. Wtedy zaczynamy pracę nad tym, żeby nauczyć go umiejętności bycia ze sobą.

A jak na współczesnego singla wpływają singielki? Jakie problemy ma singiel z kobietami?
Singiel szuka kobiety idealnej. Ma być atrakcyjna fizycznie, inteligentna, mieć pasje. Z drugiej strony ma być zaangażowana w dom i życie rodzinne. Powinna przejawiać aktywność zawodową i nie być zależna od mężczyzny, ale podtrzymywać tradycje. Skills level hard...

To tak jak z kobietami, które szukają „czułego barbarzyńcy”.
Tylko kiedy i od kogo ci faceci mieli się tego nauczyć? Tak samo kobiety. Od kogo miały nauczyć się bycia niezależną i samodzielną? Od zależnych od mężów matek? Kobiet z syndromem urobionej po łokcie matki Polki?

Czyli pracujesz z mężczyznami nad tym, by zdali sobie sprawę, że takich kobiet nie ma. A może są?
Najpierw mężczyzna musi dojść do jakiegoś rozwojowego wniosku związanego z urealnieniem się, czyli dowiedzieć się, kim jest i w jaki sposób może być odbierany przez kobietę. To nie zawsze są miłe informacje zwrotne. Pracujemy nad tym, jakimi wartościami się kieruje, jakich mężczyzn obserwował w życiu, skąd czerpał wzorce i perspektywę patrzenia na relacje. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby facet powiedział mi: „Puknij się, panie psychologu, w głowę. Co ty mi tutaj za herezje opowiadasz?! Ja wiem lepiej i wychodzę...” Powiedziałbym nawet, że mężczyznom, którzy mają takie oczekiwania wobec kobiet, łatwiej jest się otworzyć w rozmowie z męskim psychologiem, zwłaszcza jeśli mogą traktować go jako kumpla lub starszego brata. Nie czują się wtedy oceniani ani krytykowani, a jednocześnie są prowokowani do tego, żeby wytłumaczyć swoje zachowania i sposoby myślenia. Trochę jak humor z męskiej szatni, który wychodzi tylko facetom w kontakcie z innymi facetami. Taki sposób komunikacji mógłby być postrzegany jako wyśmiewanie, a jest drogą dotarcia do mężczyzn.

Co jeszcze robi się na męskich kręgach i terapiach? W serialu „Fleabag” terapeuta wraz z pacjentami tworzą kobiecą kukłę i kierują pod jej adresem różne niewybredne epitety, żeby wypuścić z siebie długo skrywaną złość do kobiet…
Świat filmu to wykreowana i przerysowana dla podsycenia dramaturgii rzeczywistość, w gabinecie wygląda to często tak, że mężczyzna opowiada mi o tym, jaki jest fantastyczny, a ja zaczynam wtedy trochę ziewać. Daję mu sygnał: nuda, ciągle mówi pan o sobie, ile te kobiety mogą wytrzymać? To celowa interwencja, konfrontuję go z nim samym, w męski sposób. Dlatego mówię o humorze szatni, bo to, w jaki sposób mężczyźni rozmawiają ze sobą, kobiety często mogą postrzegać nawet jako rodzaj bullyingu czy przemocy. Oczywiście takie interwencje terapeutyczne zawsze wynikają z rozpoznania konstrukcji psychologicznej mężczyzny, z którym pracuję, jego wrażliwości i dopasowania do tego kodu komunikacyjnego.

Badania prof. Paula Dolana pokazują, że niezamężne i bezdzietne kobiety to najszczęśliwsza grupa ludzi na świecie. Podobno cieszymy się z tego, że mamy dzieci, jednak już nie z ich obecności. Poza tym kobiety zamężne w mniejszym stopniu realizują siebie oraz doświadczają więcej negatywnych emocji. Czy z mężczyznami jest inaczej? Czy jednak potrzebują do szczęścia kobiety?
Pojawia mi się w głowie teraz taka metafora mężczyzny lwa, którego kobieta drapie po gardle, mierzwi mu grzywę, a on dumny i spełniony wypina lwią pierś. Sam jestem takim facetem, bo uwielbiam przynosić zdobycz do domu i być za to pochwalony. Nie wszyscy mężczyźni są tego świadomi, ale rozpływają się, jeśli tylko mogą dostać jakieś pozytywne wzmocnienie. Poczuć się sprawczy, doceniani przez kobiety, z którymi idą przez życie.

Znam przypadki mężczyzn, którzy byli w relacjach z niezwykle atrakcyjnymi fizycznie i osobowościowo kobietami, które ich emocjonalnie kastrowały. I to zupełnie nieświadomie, po prostu były od nich lepsze, skuteczniejsze zawodowo. Kobiety, które jasno wyrażają oczekiwania, są postrzegane przez mężczyzn często jako agresywne, oceniające i wymuszające różne zachowania, na zasadzie: „No i co tak siedzisz?! Zrób coś”. Dlatego niektórzy mężczyźni wybierają związki z kobietami, które nie są tak atrakcyjne, za to oni właśnie przy nich czują się prawdziwymi mężczyznami, bo mogą się wykazać. Przed mężczyznami jest dużo pracy nad tym, aby nie traktowali silnej kobiety jako zagrożenia umniejszającego ich męskości. Aby potrafili poradzić sobie z przemianami społeczno-kulturowymi i cieszyć się fajnymi, wystarczająco dobrymi relacjami z prawdziwymi kobietami, a nie wyimaginowanym wizerunkiem idealnej partnerki.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych www.robertmilczarek.pl.

  1. Styl Życia

Dziwny czas, czyli rok w pandemii

Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Mija dokładnie rok od wybuchu globalnej pandemii. Zdarzenia, które w takiej skali i postaci nie miało jeszcze miejsca w historii. Czego nas pozbawiło, a co nam dało? Co w nas zmieniło, w czym utwierdziło? Do czego zainspirowało? Pytamy naszych rozmówców, ale i siebie…

Jest Pani gotowa?

Karolina Korwin Piotrowska, dziennikarka, krytyczka filmowa. W Antyradiu prowadzi program „Najgorsze państwo świata” (razem z Michałem Figurskim) i „Kino na podsłuchu”, a na antenie Canal+ –„Aktualności filmowe+”. Jej najnowsza książka, „Reset. Świat na nowo” to 16 rozmów na temat pandemii.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Dokładnie w środę, na dwa dni przed wprowadzeniem pierwszego lockdownu, moja terapeutka spytała: „I jak, pani Karolino? Jest pani gotowa?”. Uniosłam brwi, zdziwiona, o co mnie właściwie pyta. „Bo ja jestem o panią spokojna. Pani jest na wojnie przez całe życie, więc będzie to dla pani sytuacja absolutnie naturalna. Świetnie sobie pani poradzi” – usłyszałam. Rzeczywiście, sytuacja kryzysowa to u mnie, z różnych względów i na różnych poziomach, sytuacja stała, czym się zwykle nie chwalę. A że jestem chora na serce od dziecka, to też nie mam specjalnego problemu ze słuchaniem lekarzy. Ja dzięki nim żyję, więc jeśli mówią mi: „rób to i to”, to ja tego nie kwestionuję.

Lista zakupów

Już jakiś czas temu postanowiłam, że będę kupować mniej ciuchów, więc jedyne, w co się obkupiłam, to rośliny. Mój balkon przerodził się w ogród botaniczny. Zrobiłam to z myślą o tym, że będę miała o co dbać, ale też że będę miała naturę blisko siebie, jeśli nie będę mogła wychodzić. Postanowiłam, że ta moja nora czy jaskinia, jaką stał się dom, będzie od teraz jak najbardziej funkcjonalna. Kupiłam sobie wreszcie porządny laptop – w końcu to moje podstawowe narzędzie pracy – i solidny telewizor, żeby oglądać na nim dobre filmy. A parę filmów i książek bardzo mi w tym czasie pomogło. Plus praca. I kilka ważnych osób. No i psy. Pamiętam, jak po raz pierwszy nagrywaliśmy w reżimie sanitarnym „Aktualności filmowe+”, wszędzie unosił się zapach środków do dezynfekcji, a my, zamaskowani i zestresowani, po raz pierwszy stawialiśmy stopę na niepewnym gruncie. Ale i tego się nauczyłam. Podobnie jak robić wywiady przez Skype’a, który musiałam w tym celu na nowo aktywować. Gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że całą książkę tak napiszę, tobym się w głowę puknęła. Przed marcem nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak Zoom. Trochę gorzej było przy drugim lockdownie, bo praca weszła mi do domu. W tej chwili na moim stole jest konsola radiowa i mikrofon, bo nadaję z kuchni. Ostatni raz w radiu byłam, w sensie fizycznym, w październiku. Naszej porannej audycji słucha ponad milion ludzi, nie możemy sobie pozwolić na chorowanie, tym bardziej że i ja, i Michał Figurski jesteśmy w grupie ryzyka.

Ludzie i psy

Był moment kilkudniowej słabości, zaczęłam bardzo tęsknić za ludźmi, za tym, żeby się do nich przytulić. Ja nie jestem specjalnie dotykalska, ale okazało się, że lubiłam ścisnąć komuś dłoń, dotknąć, a nie strzelać „żółwika”. „Czy wszystko masz? Czy czegoś potrzebujesz?” – już pierwszego dnia dostałam kilka takich SMS-ów i kilka też sama wysłałam. Na szczęście zawsze w lutym robię duże zakupy do domu, miałam więc zapas papieru toaletowego i herbaty, no i trzy kilo kawy. Jedyne, co w tym czasie zamówiłam w ilościach hurtowych, o czym zresztą piszę w książce, to 30 kilo karmy. Musi być specjalistyczna – dla psa z chorą trzustką, a to nie jest artykuł podstawowej potrzeby. Kurier, który mi ją przyniósł, dziwił się: „Pani, co się tu dzieje? Wszyscy po 30 kilo karmy kupują!”. Zaskoczył mnie ogrom dobroci, empatii i wyczulenia na innych. Przekonałam się po raz kolejny, że ludzie, nawet w najbardziej haniebnych okolicznościach, potrafią być fajni, bezinteresowni. I dowcipni. Polska specyfika, czyli szukanie dowcipu nawet na dnie piekła, znów mnie rozczuliła, obyśmy tego nigdy nie zatracili. Kto by przypuszczał, że będę mojego Lolka wypożyczała na spacery, bo ktoś mi napisze na Facebooku: „Pani Karolino, jesteśmy sąsiadami, widuję panią pod blokiem. Dałaby mi pani jednego ze swoich psów, bardzo bym chciał iść do parku. Rodzina daleko, sam w domu siedzę”. Lolek wrócił zadowolony i wybiegany, pan – jak sądzę – też. Psy okazały się paszportem na wolność. W Hiszpanii założono stronę ułatwiającą wypożyczanie czworonogów, była tam nawet charakterystyka „kandydatów”: „Pedro, osiem kilo, lubi biegać”. W Nowym Jorku zabrakło zwierząt w schroniskach, bo się okazało, że ludzie mają wreszcie czas, przestrzeń i ogromną potrzebę, by się nimi zająć. Bardzo sobie ceniłam, że z „psią obstawą” mogłam chodzić po mojej dzielnicy bezkarnie. Wyrabiałam z nimi co najmniej 10 tysięcy kroków dziennie.

Wirtualne siostrzeństwo

Okazało się też, że mam ludzi, na których naprawdę mogę liczyć, jest ich może z pięciu, ale są. Nie chcę mówić, że kwestie bytowe są drugorzędne, ale nawet moi znajomi, którzy po 20 latach prowadzenia restauracji musieli zwinąć interes, przyznali, że w tym czasie najbardziej liczyło się to, kogo miałeś przy sobie. Twoja „ludzka baza”. Ja na przykład po raz pierwszy poznałam, co to siostrzeństwo. Jedna z moich koleżanek założyła babską grupę samopomocową na Fejsie, nie chcę mówić o niej zbyt dużo, bo jest fajna i tajna. Dziewczyny codziennie rano pisały w niej posty, robiły głupie zdjęcia i opowiadały, co się u nich w życiu dzieje. Zobaczyłam wtedy po raz pierwszy, jak bardzo można nie dawać sobie rady z odosobnieniem, lękiem czy tęsknotą. Zrozumiałam, że dla wielu osób to, co się dzieje, jest początkiem końca świata, i nie ma się z czego śmiać. Oni tak to przeżywają i trzeba im pomóc przez to przejść. Czasem dobrym słowem, a czasem głupim memem. To było miejsce, w którym każda z nas mogła napisać: „Jest mi fatalnie”, i wtedy inne się zbiegały, by jej wysłuchać, pocieszyć. Nie wiedziałam, że potrafię tak bardzo wyjść do ludzi. I że kiedy się na to zdobędę, zostanie to bardzo dobrze przyjęte. Grupa nadal działa.

Co dalej?

Mam dużo młodych fanów, którzy studiują w Azji. Dwoje z nich na początku lutego wysłało mi filmiki, one potem pojawiły się w dokumencie o Wuhan, który pokazała w TVN24 Ewa Ewart – mówię o filmikach ukazujących wymarłe miasto, ciała leżące na ulicy i ludzi siłą wciąganych do karetek. Inna fanka, która jest studentką medycyny we Włoszech, wysłała filmik, który zrobiła pielęgniarka na oddziale covidowym w Lombardii. To była jedna z najbardziej wstrząsających rzeczy, jakie widziałam w życiu. Po raz pierwszy zrozumiałam, co to jest za choroba. Nie wyobrażałam sobie, że tak może wyglądać OIOM. Wtedy zaczęłam sobie dawkować newsy ze świata, bo wiedziałam, że to mnie dobije. Szukałam jednak autorytetów: filozofów, socjologów, pisarzy czy specjalistów takich jak profesor Krzysztof Simon, którego uwielbiam za to, że nigdy nie ściemnia. Szukałam ludzi, którzy pomogliby nam to wszystko ogarnąć, bo miałam przeczucie, że kiedy nauczymy się już żyć w zamknięciu, to będziemy potrzebować odpowiedzi na pytania ogólne: Co dalej? Jak to teraz będzie wyglądało? Co to zmieni w moim życiu? My już weszliśmy w ten zakręt, przed którym ostrzegano nas od kilku dobrych lat, i za chwilę, za rogiem ukaże się nam nowa rzeczywistość. Trzeba mieć piękne wspomnienia o świecie, który był. Kolekcjonować zdjęcia, filmy i emocje. Bo on już nie wróci. Mam na myśli świat nadmiernej konsumpcji, kultu przyjemności, bezrefleksyjnych podróży. Nadeszło to wielkie zapowiadane bum. Musimy przestać mówić o zbliżającej się katastrofie ekologicznej, ona już trwa. Pomyślmy lepiej o tym, co zrobić, by pokolenie dzieci, które teraz znów poszło do szkoły, za kilkadziesiąt lat miało wodę w kranach. Wreszcie do mainstreamu przedostało się pojęcie „emigracja klimatyczna”, podczas gdy emigrujących „za wodą” są już tysiące. Idą trudne czasy, wymagające od nas solidarności, empatii, poświęceń i wysiłku. Bardzo bym chciała, by też przeformatowały nasze myślenie. Wszyscy jesteśmy tu tylko na chwilę i bez Ziemi sobie nie poradzimy, za to ona bez nas da sobie znakomicie radę.

ŻYCIE W KILKU SŁOWACH

Michał Rusinek, literaturoznawca (wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim), tłumacz (z języka angielskiego), pisarz (dla dzieci i dla dorosłych), prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej. W ostatniej książce „Zero zahamowań” analizuje teksty piosenek disco polo.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Przede wszystkim zorientowałem się, że do tej pory prowadziłem bardzo podróżniczy tryb życia: spotkania autorskie, wywiady – nagle wszystko to przeniosło się do Internetu. Starałem się zawsze wykorzystywać każdy dłuższy weekend i kilka tygodni wakacji na wyjazdy – tym razem nic z tego. Początki były trudne, jak po odstawieniu jakiejś używki. Ale udało mi się zrobić porządek w szufladzie ze skarpetkami oraz – a to już niebagatelny sukces – w książkach. No i napisałem i przetłumaczyłem dzięki temu więcej niż zwykle. Lockdown to raj dla grafomanów. Jestem gadżeciarzem, więc z początku wirtualne spotkania bardzo mi się podobały (teraz mam już ich dość; człowiek, który za dużo czasu spędza na Zoomie, zmienia się w zoombie). Kupiłem sobie porządny mikrofon, lampę diodową, dodatkowy router, gdyby zerwało mi połączenie internetowe (bo Internet jest teraz na wagę prądu). Całą rodziną staraliśmy się (i staramy nadal) wspierać lokalne zaprzyjaźnione restauracje. Kłopot w tym, że jedzenie zamawiane do domu zwykle przyjeżdża chłodnawe, więc przez ten czas, by tak rzec, nie jemy potraw gorących (co jest ponoć zdrowsze). Nieszczególnie lubię fizyczny kontakt z innymi, ale brakuje mi zajęć ze studentami w trybie stacjonarnym. Okropnie brakuje mi też kawiarni i restauracji, bo rozmowy przy kawie czy lunchu zupełnie inaczej przebiegają niż na Zoomach czy Teamsach. Obawiam się, że kiedy minie pandemia, będziemy się obcałowywać i ściskać na ulicach bez opamiętania.

Widzimy się? Słyszymy się?

Pandemia zmieniła zupełnie nasz sposób codziennego funkcjonowania. Pracę i szkołę trzeba było przestawić na tryb zdalny. Funkcjonującą w języku „telekonferencję” zastąpiono krótszym i bardziej precyzyjnym słowem „online”, które nie doczekało się polskiej wersji. Ba, stało się nawet rzeczownikiem: „Oddzwonię za chwilę, mam online” – mówimy przecież. Zamiast prośby, byśmy się spotkali w rzeczywistości (choć teraz nie wiadomo, gdzie by to miało być, skoro kawiarnie zamknięte), nie mówimy już o „realu”, ale o „offlinie”, jakby to był stan odmienny od życia normalnego, czyli online’owego. Zresztą owe online’owe spotkania rozpoczynamy nie od „dzień dobry”, lecz od pytania: „Widzimy się? Słyszymy się?” – które pełni funkcję toposu otwierającego wypowiedź. Na pożegnanie machamy do siebie infantylnie rękami, nawet po obronach doktoratów (wiem, co mówię). Kilka tygodni temu miałem spotkanie autorskie – oczywiście online – z dziećmi. W pewnej chwili coś niebacznie nacisnąłem i jedno z dzieci wykrzyknęło: „Proszę pana! Jest pan zmutowany!”. Zamarłem, bo wprawdzie jestem tak zwanym ozdrowieńcem – to także jedno ze słów minionego roku – ale wizja zakażenia się ponownie mutacją wirusa lekko mnie niepokoi, podobnie jak wizja siebie jako mutanta. Tymczasem chodziło o to, że wcisnąłem klawisz „mute” i wyłączyłem sobie mikrofon.

Quarantini i covidiota

Zwykle wydarzenia historyczne, nawet jeśli są dookreślane przymiotnikiem „światowy”, mają ograniczony zasięg. Tymczasem pandemia dotknęła nieomal wszystkie kraje (oficjalnie tylko 12, między innymi: Korea Północna, Turkmenistan, Samoa czy Wyspy Salomona, nie odnotowało żadnych przypadków zakażenia koronawirusem, ze względu na ich izolację wynikającą z polityki czy położenia geograficznego). Zatem nie ma się co dziwić, że we wszystkich językach pojawiły się nowe wyrazy związane z pandemią, pozwalające nam wszystkim nazwać to, co się wokół nas (i z nami samymi) dzieje. Nazwanie jest zarazem oswojeniem, to znaczy sprowadzeniem nieznanego, nie do końca zrozumiałego zagrożenia do czegoś znanego. Ale z czym porównać pandemię, jakiej jeszcze nie było? Język pandemii podszyty jest metaforyką i leksyką militarną: z wirusem się „walczy”, służby medyczne są „na pierwszym froncie”, o szpitalach jednoimiennych mówiono „lazarety”, szczepionki nazywane są „jedyną skuteczną bronią” w tej walce, a obronę przed ekonomicznymi skutkami pandemii ma zapewnić „tarcza antykryzysowa”. „Przyłbice” są wprawdzie o wiele mniej skuteczne niż maseczki, ale brzmią – zwłaszcza w uszach Polaka wychowywanego w kulcie oręża – dumnie i militarnie. Przestaliśmy się dzielić na społeczeństwa czy narody, a zaczęliśmy być „stadami”, kiedy zaczęło się mówić o „odporności stadnej”. Do dyskursu publicznego weszło sporo terminologii medycznej. Oprócz wspomnianych – i brzmiących dość tajemniczo – szpitali jednoimiennych pojawiły się „wymazy” oraz dwuznaczny przymiotnik „wymazany”; dwuznaczny, bo „wymazani górnicy” mogli się poczuć nieswojo. Z języka matematyki (i statystyki) weszło – jakże przez nas pożądane – „wypłaszczanie”. Profesor Jerzy Bralczyk, usłyszawszy je, lekko się skrzywił i stwierdził, że on się na razie zaokrągla. To zresztą dotyczy wszystkich nas, bo znacznie mniej się ruszamy. Z językowego lamusa powróciła „kwarantanna”. Nie udało nam się spolszczyć słowa „lockdown”, bo w polskiej „izolacji” brakuje elementu zamknięcia. Paradoksal­nie stwierdzenie „jestem pozytywny” zaczęło oznaczać coś negatywnego, bo pozytywny wynik testu na COVID-19. Niefortunne pod względem językowym było, moim zdaniem, wzywanie do zachowania „dystansu społecznego”. W dobie pandemii powinniśmy zachowywać dystans fizyczny, natomiast pielęgnować relacje społeczne za pośrednictwem dostępnych nam mediów. Choćby po to, by – jak to wymyślili Anglicy – wypić razem (każdy przed swoim ekranem) „quarantini”, czyli aperitif w stanie kwarantanny, a jeśli ktoś wzbraniał się przed alkoholem, to mógł się poddać „kawantannie”, czyli wspólnemu piciu kawy. Pojawiło się też – i to w wielu językach – określenie „covidiota”. Z założenia wykluczające, okazało się jednak paradoksalnie jednoczące. „Covidiotami” nazywa się bowiem „koronasceptyków” i „antymaseczkowców”, czyli tych, którzy uważali, że pandemia jest faktem wyłącznie medialnym. Oni natomiast stosują to określenie wobec tych, którzy w pandemię wierzą i starają się przed nią zabezpieczyć. Innymi słowy, wszyscy w jakimś sensie jesteśmy „covidiotami”.

Memy i dziadersi

Na język w Polsce w ubiegłym roku wpłynęły też oczywiście protesty po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Dodajemy, że były to prawdopodobnie najliczniejsze protesty w całej historii Polski. Ich język był zupełnie inny niż język jakichkolwiek dotychczasowych manifestacji. Po pierwsze dlatego, że uczestniczki protestów, doprowadzone do furii, dały tej furii wyraz, przekraczając granice tego, co w patriarchalnym społeczeństwie kobiecie językowo uchodzi. Głównym hasłem było: „Wypierdalać”, a jeśli ktoś z oburzeniem pytał, czemu jest tak mocne (ja uważam, że mocniejsze było: „Obyś, chuju, wdepnął w lego”), to mógł przeczytać napis na innym transparencie: „Zaniepokojona to ja byłam w 2016”. Większość haseł miało charakter rewolucyjny, na przykład: „Kobiety zniosą wszystko. Najpierw was z piedestału” albo „Wody odeszły, rodzimy rewolucję”. Wiele zawierało odniesienia literackie, na przykład: „Annuszka już rozlała olej”, czy wręcz biblijne: „Zło bobrem zwyciężaj”. Po drugie, język tych protestów był inny dlatego, że ich uczestnicy byli głównie bardzo młodzi. To był ich pierwszy protest. Protest nie tylko przeciwko orzeczeniu TK, lecz także przeciwko meblującym im świat dziadersom („Jedyni starsi panowie, których mam ochotę słuchać, to Przybora i Wasowski”). Protest wyrażony ich językiem, zawierającym aluzje do ich świata: do memów, gier komputerowych, seriali, ale i do lektur szkolnych, nad którymi jeszcze niedawno przysypiali: „Słuchaj, dzieweczko! Ona NIE słucha” czy „Za dużo zdrowasiek szkodzi zdrowiu i życiu. Rozalka”. Zdarzały się też odwołania do tekstów piosenek – na przykład Maanamu (czyli zespołu słuchanego zapewne przez ich dziadków): „To jest ten wiatr, co rozgoni”. Kreatywność językowa tych protestów była niebywała (absolutnie fenomenalnym hasłem było: „Podmiot nie zgadza się z orzeczeniem”) i mam nadzieję, że hasła, które w czasie nich niesiono na zwykłych kartonach, doczekają się naukowych analiz. Ważniejsze jest jednak, że na tych transparentach doszło do swego rodzaju językowej rewolucji. A rewolucje – te niejęzykowe – zawsze zaczynają się od języka.

CO MAM W SPIŻARNI?

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie”.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Kiedy słyszę pytanie: „Czego nauczył mnie ten rok pandemii?”, pierwsze, co się we mnie pojawia, to opór. Przeciwko czemuś, co może przesadnie, ale jednak nazwałabym terrorem rozwojowym. Wciąż mamy poczucie, że trzeba się nieustannie uczyć, rozwijać, ulepszać. Czasem przybiera to wręcz postać kompulsji. Dlatego wydaje mi się ważne, by dać sobie także zgodę na to, żeby ten rok niczego nas nie nauczył. Już samo to, że mamy go za sobą, że przez niego przeszliśmy, jest wystarczające, by czuć coś w rodzaju zadowolenia, satysfakcji, a nawet dumy. I dać sobie też prawo do zmęczenia. Bo przecież pandemia nadal trwa, wciąż jest elementem naszego doświadczenia.

Za czym nie tęskniłam

Jak już pokonam w sobie ten pierwszy opór, to myślę, że, chcąc nie chcąc, rzeczywiście dużo się podczas tego roku nauczyłam. Pandemia dla wielu z nas miała spory rys inwentaryzacyjny. Na zasadzie: co mam w spiżarni? I nie mam tu na myśli tylko zapasów żywnościowych. Patrzysz, z czym zostajesz, kiedy nie masz zapełnionego kalendarza, perspektyw rozrywek, wyjść czy podróży. Ja przekonałam się, że mam bardzo dużo. Po pierwsze, mam właściwie napisaną, tylko jeszcze nie „wypisaną” książkę. Gdyby nie lockdown, przypuszczam, że nawet by to do mnie nie dotarło, bo byłabym zbyt zajęta bieżącymi zadaniami. Jak już siadłam, skończyłam ją w dwa miesiące. Po drugie, zobaczyłam, że parę rzeczy mam w życiu fajnie ustawionych. Mieszkam w domu, który lubię, mam fajny związek i dobrą relację z synem. Poczułam też jeszcze mocniej, jak bardzo kocham swoich rodziców. Zobaczyłam też, że im wokół jest ciężej, tym jest mi trudniej sięgnąć po to, co jest dla mnie zdrowe. Najchętniej siedziałabym tylko na Netflixie albo scrollowała Fejsa. Przełamuję się, żeby wyprowadzać się na spacer, w miarę zdrowo jeść i raz na jakiś czas wejść na matę do jogi. Zrozumiałam, czego już nie chcę robić. Jako osoba zajmująca się szkoleniami i warsztatami rozwojowymi ciągle byłam w drodze. Podczas pandemii przekonałam się, że w ogóle nie tęsknię za podróżami służbowymi. Zdecydowałam, że będę mniej jeździć i znacznie mniej latać, także ze względu na ślad węglowy. Za to bardzo tęskniłam za podróżami dla przyjemności, za zwykłym uściśnięciem rodziców – mam nadzieję, że dzięki szczepieniom wkrótce to się uda. No i bardzo mi brakowało twarzy innych ludzi: pani ze sklepu, taksówkarza czy pasażera w tramwaju. Nawet nie sądziłam, że to tak bardzo składa się na moją codzienność.

Życie jest życiem

Był taki moment, w którym poczułam, że jestem oto w środku tej sławetnej „czarnej godziny”, na którą tyle odkładałam pieniędzy, i… przekonałam się, że nie jest ona tak czarna, jak zwykłam o niej myśleć. Gdyby ktoś rok temu opisał w jednym okrutnym akapicie to, co się wydarzy w 2020 roku – że z powodu śmiercionośnego wirusa będziemy zamknięci w domach, nie będziemy mogli się spotykać z przyjaciółmi, odwiedzać starszych członków rodziny, a praca przeniesie się do Internetu, jeśli w ogóle będziemy mieli pracę – to pewnie pomyślałabym, że tego nie wytrzymamy. Tymczasem dałam radę. Przypomina mi to pewne badania z udziałem osób lękowych. Proszono ich, by opisali to, czego boją się najbardziej i jak się spodziewają, że sobie wtedy poradzą. Następnie prowadzono obserwację, która przyniosła dwa bardzo ciekawe wnioski. To, czego badani się spodziewali, urzeczywistniało się bardzo rzadko. A jeśli już się wydarzało, to się okazywało, że radzili sobie dużo lepiej, niż obstawiali. Ja też mam wrażenie, że poradziłam sobie lepiej, niż mogłabym się spodziewać. Nie lubię mówić: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, ale przyznaję, jest w tym zdaniu jakiś kawałek prawdy. To, co się zdarzyło, jakoś mnie zbudowało. Podczas tego roku często nachodziły mnie myśli o poprzednich pokoleniach i momentach kryzysowych, które były ich doświadczeniem. Zaczęłam sobie przypominać opowieści mojej ciotki i babci o wojnie. Pokazywały mi dróżkę i mówiły: „Tędy chodziłyśmy do szkoły, potem szkołę zamknęli, a potem znów otworzyli”. I naszła mnie refleksja, że życie jest zawsze życiem.

Lęk i przemoc

Z kolei buddyści mówią, że życie nie jest bezpieczne i nigdy nie było. W tym roku sobie o tym przypomnieliśmy. Jak zauważył mój przyjaciel, jest tak, jakby ludzie nagle się ocknęli i zaczęli biegać po swoich mieszkaniach, krzycząc: „Jestem śmiertelny”. Strach przed COVID-19 był i jest uzasadniony, ale mam poczucie, że równocześnie kanalizował inne lęki. Sprejując preparatem dezynfekującym kilka razy dziennie ręce czy klamki, w jakimś sensie daję sobie poczucie, że zapewniam sobie bezpieczeństwo w ogóle. A przecież jednocześnie codziennie wsiadam do samochodu czy wychodzę na ulicę, czyli robię rzeczy potencjalnie niebezpieczne. Inne zagrożenia nie zniknęły i nie znikną. Moim największym rozczarowaniem tego czasu są media newsowe. Straszenie stało się naczelną zasadą wielu serwisów informacyjnych, gazet i portali. Ktoś uznał, że ważniejsze jest, by ludzie klikali, niż by się mniej bali. Od marca robię zdjęcia najbardziej bulwersujących nagłówków, przygotowuję o tym duży tekst. To zaledwie fragment: „Profesor Flisiak: Epidemia wygaśnie latem. Delikatna stabilizacja w każdej chwili może się jednak załamać”. „Sanepid pyta o miejsca na zbiorowe pochówki na cmentarzach. Chce pilnej odpowiedzi”. „W epidemicznych prognozach trudno dziś szukać otuchy. Scenariusze są czarne”. Nie przypadkiem ludzie mówią o potrzebie odłączenia się od newsów, o detoksykacji, bo to jest toksyna. I przemoc psychiczna. Ludzi łatwo jest przestraszyć. Mamy złudzenie, że „banie się” jest czynnością zapobiegawczą. Tak ma działać to słynne: „Zadzwoń, jak dojedziesz”. A dopóki nie zadzwonisz, ja będę w czujności, która chroni ciebie na drodze. To nie logika, ale myślenie magiczne. W wersji łagodnej jest nim trzymanie kciuków za sportowca. Dziś coraz częściej pozwalamy sobie nie wiedzieć, jaka jest aktualna liczba zakażonych i zgonów, pomijamy ten nieodłączny refren naszej pandemicznej codzienności. I ta postawa, to odcięcie od informacji – staje się przestrzenią naszej osobistej wolności.

Tworzy się historia

Wielokrotnie podczas tego roku mówiłam sobie: „O tym będą kiedyś pisać w podręcznikach”. Niezwykłe jest w tym doświadczeniu, jak ono naraz separuje i łączy. Jest w nim też element triumfu ludzkiego umysłu: w ciągu roku do obiegu trafiła skuteczna szczepionka. Mam ogromny podziw dla ludzi, którym udało się tego dokonać: wszystkich, którzy dołożyli do tego choć jedną cegiełkę. Oczywiście jest to owoc pracy pokoleń naukowców i naukowczyń. Widziałam niedawno zdjęcia osób czekających na pierwszą dawkę i przyznam, że się wzruszyłam, bo była to dla mnie naprawdę doniosła chwila. Wiele było takich momentów: widok pustej bazyliki Świętego Piotra i papieża samotnie odprawiającego mszę wielkanocną, czysta woda w kanałach weneckich, ale też strajki kobiet w Polsce. Dla mnie to, co działo się u nas jesienią, było najbardziej poruszającym doświadczeniem społecznym od 1989 roku. Miałam poczucie, że poprzez nasze zbiorowe „grzeczne już byłyśmy” zmieniło się powietrze i nastąpiły nieodwracalne zmiany. Czuję, że po tym już nic nie będzie takie samo. Policzyłyśmy się. Przy naszym boku stanęli też mężczyźni. Rośniemy w siłę i nic tego nie zatrzyma. Jestem przywiązana do tego, co nazywa się niekiedy elementem energii kobiecej, czyli by patrzeć na świat w skali mikro. Uważam, że do tej pory żyliśmy – i nadal żyjemy – w przerośnięciu energii makro, czyli mówimy o zmieniającym się społeczeństwie, pytamy o nadchodzące trendy. Ja wolałabym takie dywagacje zamieniać na pytania osobiste. Czy ty coś zmienisz? Czy ja coś zmienię? Ale też niekoniecznie musimy coś zmieniać. Może lepiej: Co od teraz będzie inaczej? I to pytanie chciałabym skierować do każdej osoby, która nas teraz czyta.

Więcej przemyśleń na temat pandemii znajdziecie w książce Karoliny Korwin Piotrowskiej „Reset. Świat na nowo”, Wydawnictwo Mando.

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

  1. Psychologia

Bliskość – czy można się bać czegoś, czego wszyscy pragniemy?

Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Ludzie unikający bliskości powtarzają ten sam życiowy refren, który powoduje, że tak naprawdę dążą do rozpadu związku, a nie do jego spojenia – mówi psychoterapeutka Sylwia Sitkowska.

Czy to nie paradoks, że boimy się czegoś, czego wszyscy pragniemy?
To rzeczywiście paradoks, ale lęk przed bliskością nie bierze się znikąd. Jednym ze sposobów jego zrozumienia jest teoria więzi Johna Bowlby’ego, lekarza psychoanalityka. Otóż doszedł on do wniosku, na podstawie badań, że jeżeli pierwsza nasza relacja z najważniejszą osobą była bezpieczna, przewidywalna, pełna miłości, szacunku, to najprawdopodobniej bliskie relacje w dorosłości będą podobne.

Lęk przed bliskością się wtedy nie pojawi?
Będzie adekwatny do sytuacji. Bo każdy z nas czasami się boi, że zostanie skrzywdzony przez drugą osobę. A to dlatego, że oddając się w pełni drugiemu człowiekowi, odsłaniamy „miękki brzuszek”, a związek może nas uszczęśliwić, ale też zranić. Według Bowlby’ego, ludzie z doświadczeniem pierwszej bezpiecznej relacji są w stanie zaakceptować ewentualne trudności, wliczyć w koszty to, że czasami będzie nudno, czasami wesoło, a czasami zwyczajnie. Ale mimo to będziemy się wspierać.

A jeżeli pierwsza więź była pozabezpieczna?
Wtedy nawet mały kryzys może być interpretowany jako koniec świata, może spowodować olbrzymie cierpienie. Lęk przed bliskością, przed porzuceniem może się przejawiać w bardzo wielu różnych, czasami dziwnych zachowaniach.

Na przykład?
Możemy na przykład być bardzo zaangażowani w relację, czuć, że nam na niej zależy, ale przez to, że boimy się porzucenia, nie okazywać naszych prawdziwych emocji. Czyli z jednej strony deklarować, że chcemy tworzyć dobry związek, ale jednocześnie swoim zachowaniem tego nie potwierdzać. Jest coś takiego jak pakiet zachowań, które tworzą dobry związek, na przykład: okazywanie sobie czułości, przytulanie się, robienie czegoś dla drugiej osoby, wyciąganie ręki na zgodę, przebaczanie. Wiele par rozbija się o to, że jedna strona myśli: „Potrzebuję więcej czułości”, a druga: „Jak mu okażę czułość, to mnie skrzywdzi i porzuci”.

Jak rozpoznać, że boimy się bliskości? Czy rozkochiwanie i porzucanie to jeden z syndromów?
Takie zachowanie, o jakim pani mówi, może oczywiście wynikać z lęku przed bliskością, ale może być też przejawem osobowości chwiejnej czy seksoholizmu. W lęku przed bliskością jest dużo obaw przed zranieniem, myślenia, że trzeba uważać na partnera, budować mur nas oddzielający albo specjalnie zabiegać o niego, zasłużyć na jego miłość. Jeżeli złapiemy się na budowaniu tego muru, na postawie ucieczkowej z relacji, to warto zastanowić się, czy nie cierpimy na lęk przed bliskością. Najważniejsza jest tu motywacja. Boję się, że ktoś mnie skrzywdzi, porzuci? Więc ja pierwsza go sobie obrzydzę, porzucę – to może być przejaw lęku przed bliskością.

A obawa kobiet przed odsłonięciem się, bo uważają się za niewystarczająco godne miłości?
Takie przekonanie żywią też mężczyźni, jest ono mocno związane z poczuciem własnej wartości. Miałam kiedyś w terapii utytułowanego profesora, który uważał się za głupiego i przez całe życie bał się, że prawda wyjdzie na jaw. Te wyimaginowane braki kompensował sobie zdobywaniem kolejnych tytułów, a mimo to miał poczucie, że swoje osiągnięcia zawdzięcza szczęściu, a nie pracy.

Skąd bierze się takie poczucie?
Na przykład z tego, w jaki sposób byliśmy traktowani jako dzieci. Bo dzieci przyjmują opinie matki, ojca, ciotki czy nauczyciela na swój temat jako fakt i potem wkraczają w dorosłość, patrząc na siebie ich oczami. Kiedyś dość powszechnie uważano, że dzieci i ryby głosu nie mają. Jeżeli dziecko wyrażało swoją opinię, było sobą, to uznawano je za niegrzeczne. I oto wyrasta piękna kobieta, która myśli o sobie, że jest niegodna miłości i nie wie dlaczego. Czuje, że w związku nie może pozwolić sobie na bycie sobą, bo to kojarzy jej się z etykietką niegrzecznej dziewczynki, a takiej – uważa – nikt nie pokocha. Partner nie musi formułować żadnych oczekiwań, to ona tkwi w gorsecie swoich własnych wyobrażeń, jaka powinna być, żeby zasłużyć na miłość. A jeżeli myśli o sobie, że jest niefajna, to nic dziwnego, że inni też mogą tak o niej myśleć.

Jest pani współautorką książki „Niekochalni”? Co to znaczy „niekochalny”? Ten, kto nie daje się kochać, czy ten, kto tego nie potrafi?
I jeden, i drugi. Jeżeli ktoś nie da się pokochać, to też może oznaczać, że nie umie kochać, te wektory działają w dwie strony. Niekochalność to dla mnie taka powtarzająca się melodia, którą nazywam refrenem życiowym. Zmienia się zwrotka – partner, a ja znowu śpiewam ten sam refren, który powoduje, że związek okazuje się niesatysfakcjonujący, że tak naprawdę dążę do jego rozpadu, a nie do jego sklejenia. Jestem niekochalna, bo nawet jeżeli bardzo chcę pokochać i być kochaną, to pakiet zachowań, który noszę, powoduje, że nie potrafię utrzymać uczucia. Trudno kochać, jeżeli nie było się kochanym w mądry sposób przez najbliższe osoby. Czasami powtarzam moim klientkom, że zmiana męża nic nie zmieni, jeśli w kolejny związek wniesiemy swoje nieprzepracowane problemy.

Dlatego pracę nad lękiem przed bliskością trzeba zacząć od siebie?
Tak, trzeba zacząć od pracy nad swoim poczuciem wartości, nad miłością własną, choć może brzmi to jak wyświechtany frazes. Głęboko jednak wierzę, że jeżeli jesteśmy dobrzy dla siebie, to czujemy się lepiej ze sobą i możemy dać dużo więcej dobrego osobom dookoła nas. Proponuję zacząć od uszczęśliwiania siebie – i nie myślę tu o płytkim pojmowaniu szczęścia, konsumpcjonizmie, zaspokajaniu własnych zachcianek bez względu na potrzeby bliskich czy o takiej postawie, że moje zdanie ma być na wierzchu i mam dbać tylko o siebie. Ludzie czasem mają takie wyobrażenie, że dbać o siebie to znaczy nie myśleć o świecie. Nie, cały świat jest też szalenie ważny, człowiek nie jest samotną wyspą, jest istotą stadną, więc warto dbać o innych. Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy.

A może pomocne okaże się związanie z partnerem o bezpiecznym stylu przywiązania?
Na ogół osoby o bezpiecznym stylu przywiązania wybierają ludzi podobnych do siebie. Badania pokazują jednak, że jeżeli wiążę się z osobą o innym stylu, to jest szansa, że mogę przejąć jej styl przywiązania, a ona – mój. Na przykład ktoś o stylu unikającym może przejąć styl bezpieczny, ale może też być odwrotnie. Tak więc jest szansa, że życie nam trochę pomoże lub trochę zaszkodzi. Ale myślę, że dużo bardziej budujące będzie uświadomienie sobie problemu i wzięcie sprawy w swoje ręce. Czyli zmierzenie się z tym, że co prawda chcę mieć dobry związek, ale jednocześnie siedzę w telefonie, nie poświęcam uwagi mojemu partnerowi, robię sceny zazdrości, nie celebruję okazji do świętowania czy jestem ciągle zajęta pracą i nie mam dla niego czasu. W pracy nad sobą można się wesprzeć moją nową książką „Dzieciństwo do poprawki”, w której opisuję, w jaki sposób popracować nad swoim dzieciństwem, żeby zmodyfikować wtłoczone nam wtedy schematy.

Czy nie uważa pani, że pandemia pogarsza sytuację ludzi bojących się bliskości? Mają teraz świetne alibi, żeby się do nikogo nie zbliżać.
Dla osób, które nie mają partnera i boją się nawiązywania relacji, zamknięcie w domu to rzeczywiście dobra wymówka. Ale co z tymi, którzy zostali zamknięci w domu razem ze swoimi partnerami? Oni mogą unikać bliskości w sposób niebezpośredni: poprzez siedzenie przy komputerze, telewizorze, w telefonie. Unikać się można, nawet mieszkając w kawalerce z dzieckiem i psem, bo unikanie się nie musi być jedynie fizyczne, dużo trudniejsze jest to emocjonalne. Najbardziej dojmującą samotność odczuwa się wśród ludzi. Słyszę często w terapii: „Mam męża, żonę, ale czuję się samotny”, i to jest najgorsza samotność.

Jak powszechny jest lęk przed bliskością?
Badania mówią, że dwie trzecie z nas ma bezpieczny styl przywiązania, czyli nie jest źle. Chociaż gdy uświadomimy sobie, że co trzeci z nas prezentuje styl pozabezpieczny, to już przejmuje trwogą. Natomiast patrzyłabym na ten problem szerzej. Każdy z nas czasami, nawet jeżeli ma bezpieczny styl przywiązania, z obawy przed odrzuceniem, zranieniem może przejawiać zachowania, które oddalają go od drugiej osoby. Pamiętajmy, że związek i emocje z nim związane to kontinuum. Mało osób pozostaje gdzieś na krańcach krzywej Gaussa, czyli albo w ogóle nie nawiązuje bliskich relacji, albo ma jednego partnera emocjonalnego oraz fizycznego przez całe życie. Raczej jesteśmy gdzieś pomiędzy, z różnym natężeniem lęku przed bliskością i różnymi zachowaniami ten lęk przejawiającymi.

Coraz więcej jednak ludzi, szacuje się, że w Polsce to już około jednej czwartej dorosłych, wybiera życie w pojedynkę. Czy za takimi wyborami stoi lęk przed bliskością?
Nie stawiałabym tutaj znaku równości, ale jestem przekonana, że bardzo duża grupa singli ma problem z lękiem przed bliskością. Miałam w terapii osoby, które deklarowały, że jako single czują się świetnie, ale prędzej czy później dochodziliśmy do takiego momentu, kiedy ujawniał się lęk przed byciem samemu, ale też lęk przed byciem w związku. Dlatego zawsze proponuję, żeby zdejmować z siebie te „łuski”, którymi się przykryliśmy, i sprawdzać, co tak naprawdę motywuje nas do takiego czy innego zachowania. Bo proszę mi wierzyć, przez lata prowadzenia psychoterapii widzę, jak duże i dobre zmiany można dzięki niej wprowadzić w swoje relacje z innymi. Pamiętam pana, który przyszedł do mnie, bo cierpiał na trudną, widoczną chorobę i chciał się pozbyć wstydu i lęku z nią związanego. Twierdził, że związek jest poza jego zasięgiem i on się z tym pogodził. Ale gdy zaczęliśmy pracować, to okazało się, że ów pan bardzo potrzebował bliskości. Po półtora roku terapii poznał panią, mają dzieci, tworzą fajny związek.

A wracając do singli. Myślę, że ogromna rzesza świadomie podejmuje taką decyzję. Wiedzą, co tracą, a co zyskują. Część z nich ma za sobą trudne doświadczenia w relacjach, więc dochodzą do wniosku, że nie chcą się wiązać, bo to jest trudne, a do tego czasami boli, wolą spotkać się z kimś raz na jakiś czas w miłych okolicznościach niż decydować się na codzienność z drugą osobą. Bo przecież życie razem to nie sielanka. Bywa, że jest pięknie, ale też bywa bardzo trudno. Jeżeli więc jestem singlem i jest mi z tym okej – to nic na siłę. Ale jeżeli jestem singlem, bo boję się, że mi znów nie wyjdzie, więc chciałabym i boję się, to może warto nad tym popracować.

Lęk w relacji to jednak nie wyrok.
Zgadzam się. Nikt nie jest ideałem, każdy czasem zachowuje się niefajnie czy nawet krzywdząco dla drugiej strony. Coś odburknie, wkurzy się. Takie jest życie, warto to zaakceptować, jeśli nasza relacja ma też dobre strony. Nawet w dobrym związku przeplatają się zażyłość i separacja, zależność i wolność, bycie blisko i daleko, gorsze i lepsze dni. I wszyscy od czasu do czasu odczuwamy lęk przed odrzuceniem. I to nie musi być lęk przed bliskością, który na ogół przejawia się zachowaniami rujnującymi związek. Ale nawet wtedy można go przepracować. Pod warunkiem że tego chcemy.

Sylwia Sitkowska, psycholożka i psychoterapeutka z Przystani Psychologicznej, współautorka książki „Niekochalni”, autorka „Dzieciństwa do poprawki”, prezeska Fundacji „Terapeutyczna”.