1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Mity dotyczące dzieci są różne. Ale najważniejszy odnosi się do dziecka wewnętrznego. To dzięki zadbaniu o nie mamy mieć szansę na żywą uczuciowość, spontaniczność, kreatywność, czyli na udane życie. Ale dziecko wewnętrzne może nas też wyprowadzić na manowce, a nawet nam zaszkodzić. Kiedy tak się dzieje – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dziecko wewnętrzne pojawia się w teoriach i wypowiedziach wielu psychologów. Jesteśmy zachęcani do tego, by się nim zajmować, stwarzać warunki do wyrażenia siebie.
Wewnętrzne dziecko jest tą częścią ja, czyli naszego psychicznego oprogramowania, która jest z natury spontaniczna, uczuciowa, wrażliwa, twórcza, ufna i kochająca. W swoim postępowaniu – jak to dziecko – kieruje się zasadą: „chcę – nie chcę”, „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jest więc świadome swoich chwilowych preferencji. Można powiedzieć, że same plusy. Ale nadmiernie aktywne, niemitygowane niczym, wewnętrzne dziecko w życiu dorosłej osoby może narobić wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że niezmiernie rzadko się zdarza, aby wewnętrzne dziecko przetrwało w nas do dorosłości w niewinnym, nieznerwicowanym stanie. Niestety, rodzice, krewni, wychowawcy, duchowni i nauczyciele – prawie na pewno – je spacyfikują i upokorzą albo zarażą wstydem, lękiem i poczuciem winy. Dobrze skalę tego zjawiska ilustruje amerykański dowcip rysunkowy: sala widowiskowa, a na niej tylko dwie poczciwie wyglądające osoby i wielki baner: „Doroczna konwencja dzieci normalnych rodziców”.

To bardzo zabawne, ale i straszne. Uświadomiłeś mi, że właściwie wszyscy, których znam, mieli, powiedzmy, trudnych rodziców!
I w tej sytuacji idea wewnętrznego dziecka nabiera szczególnej wagi. Jej funkcją jest zwracanie powszechnej uwagi na dzieciństwo jako na kluczowy okres w życiu człowieka, w którym określają się, kształtują podstawowe wymiary naszego losu, zręby charakteru i podstawowa strategia przeżycia wśród ludzi. Wszystko to prawda. Lecz wydaje się, że we współczesnej popularnej psychologii i obyczajowości zaczyna obowiązywać wręcz kult wewnętrznego dziecka. A to pociąga za sobą deprecjonowanie, zanikanie naturalnego procesu psychicznego, czyli procesu dojrzewania człowieka.

Kultura każe nam dbać o to, byśmy się nie postarzeli, a z tym kojarzy się nam dorosłość. No więc mamy 50 lat, ale nadal nosimy T-shirty, trampki i wszystko wydajemy na gadżety, ciuchy albo na różne ekscytujące zabawy singli.
Doroślenie nie jest dziś trendy. Konsekwencje tego stanu rzeczy są wielorakie. Jedną z nich jest niezdolność do brania odpowiedzialności za innych – co może się wiązać z coraz bardziej powszechną niechęcią do posiadania prawdziwych, „zewnętrznych” dzieci.

Ale też psychoterapeuci zachęcają, by się zastanowić, czy na pewno chcemy zostać rodzicem, czy to może nasze wewnętrzne dziecko domaga się miłości i troski? No i patrząc na to, co niektórzy wyprawiają ze swoimi dziećmi, łatwo dojść do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby skorzystali z podpowiedzi terapeutów i jednak zajęli się sobą, a nie brali do rodzicielstwa.
Na wstępnym etapie usamodzielniania się i dojrzewania odblokowanie i dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne. Pozwala odzyskać – spacyfikowany przez błędy wychowawcze i edukacyjne – twórczy potencjał, uczuciowość, umiejętność zabawy, spontaniczność, energię i zdolność do empatii. To zaś jest niezbędne dla naszego dalszego harmonijnego dojrzewania i przyszłej, pełnej samorealizacji. Co więcej, dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka pomaga nam zrozumieć potrzeby naszych ewentualnych przyszłych dzieci. Ale warto pamiętać, że skupianie się na wewnętrznym dziecku ma być tylko etapem na drodze do dojrzałości. Dlatego najlepiej, możliwie jak najprędzej, zaczynając od wewnętrznego dziecka, zacząć stawiać sobie wymagania i mądre granice. W przeciwnym razie – podobnie jak to się może wydarzyć w relacji z prawdziwym dzieckiem – wyhodujemy rozkapryszonego tyrana, który rozwali nam życie, powodując nieustanny chaos i zagłuszając coraz to nowe, sprzeczne potrzeby. Wewnętrzne dziecko jako mały tyran pochłania tyle naszego czasu i energii, że z pewnością stanie się konkurencją dla posiadania realnego dziecka.

A więc trzeba okazać miłość, akceptację i czułość sobie, czyli swojemu wewnętrznemu dziecku, ale potem także dowiedzieć się, jak je dobrze wychować?
Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zostało bardzo poranione przez bolesne i trudne doświadczenia naszego dzieciństwa, tę naukę najlepiej pobierać w formie psychoterapii. Zaniedbując tę drogę edukacji, odrzucając ją czy lekceważąc, sprawimy, że nasze wewnętrzne dziecko dostanie od nas albo taką samą edukację, jaką my dostaliśmy kiedyś od naszych rodziców i opiekunów, albo dostanie od nas coś, co będzie tego, co my doświadczyliśmy w dzieciństwie, skrajnym przeciwieństwem. A wówczas, starając się je „wychować”, będziemy całkowicie negować rodzicielski model znany nam z domu rodzinnego i nie postawimy mu żadnych granic, żadnych zasad, żadnych wymagań. I tak wylejemy dziecko z kąpielą. Znów nie damy sobie, dziecku wewnętrznemu, tego, czego nam najbardziej brakowało, gdy byliśmy dzieckiem. Jest niemalże regułą, że gdy wewnętrzne dziecko jest ciężko doświadczone, boleśnie poranione i naznaczone odrzuceniem, to dorosła część naszego ja także je odrzuci, będzie nim gardzić, nienawidzić go i niszczyć na różne sposoby. Dlatego też to psychoterapia jest najważniejszą formą właściwej opieki nad dzieckiem wewnętrznym.

 

Mówisz pewnie do tych z nas, którzy wciąż tylko dokręcają sobie śrubę, podnoszą poprzeczkę, wciąż uważają, że za mało osiągnęli, że nie zasłużyli, że jeszcze muszą coś więcej zdobyć.
Tak, to ci, którzy biorą swoje wewnętrzne dziecko w karby, nadmiernie wymagają od siebie, za dużo pracują, są nadodpowiedzialni. Często wpadają w pracoholizm lub wycofują się z życia i uzależniają od różnych toksycznych substancji, ideologii czy przynależności. Ale coraz liczniejszą grupę pośród tych, którzy źle się zajmują i źle się troszczą o swoje wewnętrzne dziecko, stanowią ci, którzy idą na oślep w drugą stronę i chcąc wynagrodzić swojemu wewnętrznemu dziecku trudne dzieciństwo, ból i upokorzenie, brak miłości czy akceptacji, rozpuszczają je i rozkapryszają, nie stawiając żadnych granic i niczego nie wymagając. Wbrew pozorom obie te postawy są równie groźne dla naszego życia i dojrzewania. Brak im umiaru i zrozumienia, na czym tak naprawdę dojrzewanie polega.

Tutaj kłania się znana koncepcja Zygmunta Freuda – w latach 70. ubiegłego wieku zmodyfikowana przez Erica Berne’a – mówiąca o tym, że aby nasze dojrzewanie przebiegało prawidłowo i żebyśmy nadawali się do życia w świecie dorosłych, oprócz wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica konieczne jest rozwinięcie trzeciej, najważniejszej, części naszego ja, zwanej wewnętrznym dorosłym.

Czym wewnętrzny dorosły różni się od wewnętrznego rodzica i od dziecka?
Jest to ta część w nas, która potrafi być bezstronnym obserwatorem i narratorem naszego życia i postępowania. Ta część, która jest zdolna do podejmowania autonomicznych i odpowiedzialnych decyzji, a także spełniająca funkcję skutecznego mediatora w wiecznym konflikcie pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem. Wewnętrzny dorosły kieruje się bowiem zasadą: wybieram – decyduję – odpowiadam. Posiada więc zdolność do świadomego kierowania swoim postępowaniem w zgodzie z okolicznościami, a nie z przyzwyczajeniami, nawykami czy przekonaniami. Wewnętrzny dorosły potrafi nawet – gdy trzeba – przekraczać swój własny charakter, być wolnym od swojej ulubionej strategii życiowej. A więc nie zawsze reaguje na zagrożenie ucieczką czy agresją. Jest wolny zarówno od rodzicielskiej zasady powinności i obowiązku, jak i od dziecięcej zasady: chcę – nie chcę. Wewnętrzny dorosły podejmuje własne, niezależne decyzje, tak by osiągnąć najlepszy efekt swoich działań. Dziecko i rodzica traktuje jak – wprawdzie zawsze pokłóconych – ale użytecznych doradców.

Kiedy tak o nim opowiadasz, wewnętrzny dorosły wydaje mi się bardzo potrzebny, zwłaszcza jeśli chcemy w życiu coś osiągnąć i uniknąć niepotrzebnych kłopotów.
Właśnie. Dlatego póki nie wykształcimy w sobie tej części, która nazywa się dorosłym, nie możemy uświadomić sobie, co niedobrego dzieje się w naszym życiu. W dodatku żyjemy w wewnętrznym konflikcie, napięciu i lęku. By zarządzać nadaktywnym lub wycofanym dzieckiem, a także zbyt represyjnym i okrutnym lub bezgranicznie opiekuńczym rodzicem, niezbędny jest choćby zaczątek wewnętrznego dorosłego. Podobnie jest on nam konieczny do tego, byśmy mogli zachowywać się i odczuwać zgodnie z okolicznościami. A wracając do wątku świadomego rodzicielstwa – dopiero wtedy, gdy wewnętrzny dorosły urealni się i znajdzie w dobrym kontakcie z rzeczywistością, dopiero gdy pozna swoje ograniczenia i mocne strony, będzie mógł podjąć w pełni odpowiedzialną decyzję w sprawie rodzicielstwa.

Właśnie! Może wtedy uda się mu tak wychować dzieci, by te nie musiały zbierać się do kupy na psychoterapii.
Większość z nas ma niepozałatwiane sprawy związane z wewnętrznym dzieckiem i jest uwikłana w jego neurotyczne lęki, neurotyczną omnipotencję – czyli wiarę w nieograniczoną, nierealną moc.

Mimo tej niedojrzałości dzieci nam się na szczęście przydarzają, inaczej ludzkość przestałaby istnieć – czasami nawet na mocy jakiejś na poły świadomej decyzji. Wtedy jednak są od razu siłą rzeczy włączone w naszą niedokończoną wewnętrzną rozgrywkę pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem.

Na czym ta rozgrywka między wewnętrznym rodzicem a wewnętrznym dzieckiem polega? Jak wpływa na życie realnych dzieci?
Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest nadopiekuńczy, straszy nas światem lub/i rozpieszcza oraz uzależnia, to siłą rzeczy nasze realne dziecko będziemy traktować w podobny sposób. Tacy też byli nasi rodzice, opiekunowie z dzieciństwa. Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest z naszym wewnętrznym dzieckiem w wyniszczającej relacji, to wtedy jest wysoce prawdopodobne, że nasze realne dziecko zostanie przez nas w jakiś sposób – zazwyczaj nieświadomie – skrzywdzone. W obu sytuacjach dziecko jest przez rodziców obsadzone w dramacie rozgrywającym się w ich wewnętrznym teatrze. W tym sensie prawie wszyscy – wyjątki są bardzo nieliczne – bezwiednie traktujemy dzieci instrumentalnie. Mieć i wychowywać dzieci z nieegoistycznej potrzeby sprowadzenia na ten świat jakiejś potrzebującej tego istoty, dbania tylko o to, by w pełni mogła rozwinąć swój niepowtarzalny potencjał, niezależnie od naszych rodzicielskich ambicji, potrzeb, zranień i wyobrażeń – to ideał niezwykle trudny do zrealizowania. Wymaga bowiem od rodziców całkowitego przekroczenia ich egocentryzmu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy potrafisz pielęgnować kontakt ze swoimi zmysłami?

Często zapominamy o tym, że zmysłowej radości doznajemy wtedy, gdy chodzimy boso po trawie, zanurzamy na chwilę stopy w Bałtyku, słuchamy tykania zegarka lub szumu muszli, dotykamy konopnego sznurka albo poczujemy zapach psiej sierści. (Fot. iStock)
Często zapominamy o tym, że zmysłowej radości doznajemy wtedy, gdy chodzimy boso po trawie, zanurzamy na chwilę stopy w Bałtyku, słuchamy tykania zegarka lub szumu muszli, dotykamy konopnego sznurka albo poczujemy zapach psiej sierści. (Fot. iStock)
Kiedy słyszymy: „zmysłowość”, myślimy: „erotyka”. To bardzo zubaża jej prawdziwe znaczenie, które mocno wykracza poza obszar sypialni.

Zmysłowość łączymy z erotyką niejako „z klucza”, bo w naszej rozpędzonej i skupionej na świecie zewnętrznym rzeczywistości seks jest najlepszą – a często jedyną – okazją do kontaktu ze zmysłami. To właśnie w sypialni pozwalamy sobie za nimi podążać, a wręcz się w nich zatracić. W ten sposób korzystamy tylko z maleńkiej cząstki naszych możliwości. Zmysłowość to coś znacznie więcej niż tylko intymność we dwoje.

Pierwszy kontakt ze światem

Zmysłowość w kontekście pozaerotycznym to pojęcie dość… ekskluzywne. Rzadkością jest pielęgnowanie kontaktu z własnymi zmysłami, podtrzymywanie świadomości ich przekazu. Dlaczego tak się dzieje? Przecież kiedy przychodzimy na świat, niczego nie odczuwamy bardziej intensywnie niż doznań, które płyną za pośrednictwem zmysłów. Dla maleńkiego dziecka zmysły to podstawowy komunikator ze światem. Tuż po narodzeniu jeszcze nic o świecie nie wie, nie umie go interpretować i wyciągać wniosków. Wszystko, co potrafi, to odczuwać. Dzieci są nieskażone i cieszy je każda rzecz, której dotykają, smakują, widzą. Ciepło powietrza, zapach skóry matki, smak mleka, głos opiekuna, który cicho nuci – to wszystko są zmysłowe informacje o tym, czy świat jest dobry czy zły. Dlatego tak ważny jest rodzicielski dotyk: przyjemny, opiekuńczy, ciepły i pełen miłości, za którego pośrednictwem rodzice przekazują dziecku tysiące informacji! Bo chodzi nie tylko o to, by zmienić maluchowi pieluszkę, ale też, by zrobić to z miłością. To, w jakim nastroju i z jakim nastawieniem czyni to matka, też dociera do dziecka. Jeśli jest zdenerwowana, podminowana i zła – wszystko jedno, czy na dziecko, bo to już trzecia pieluszka w ciągu godziny, czy na cokolwiek innego – ono czuje, że matczyna opieka niesie ze sobą szorstkość. W ten sposób, bez słowa, matka przekazuje dziecku sporo negatywnych emocji i dezaprobaty, które maluch musi jakoś ogarnąć. Może się czuć odrzucony czy przestraszony. Jeśli na tym pierwszym, zmysłowym etapie zaprzyjaźniania się ze światem będzie dotykany często, ale głównie szorstko, chłodno i mało delikatnie, to w przyszłości może mieć ze zmysłami gorszy kontakt, cenzurować je, zaprzeczać im – nawet doznając pozytywnych emocji – bo nie będzie ich znać i umieć interpretować. Jako dorosły może mieć też problemy w kontakcie z drugą osobą i własnym dzieckiem – bo kiedy ktoś będzie chciał go przytulić, poczuje się dziwnie: z jednej strony przyjemnie, z drugiej – niekomfortowo. Bo jeśli ktoś nie ufa swoim zmysłom, nie ufa też czyimś i przekazywanym za ich pośrednictwem informacjom.

Fałszywe, niewarte uwagi…

W toku wychowania jesteśmy oduczani zmysłowości, w znaczeniu pełnego wykorzystywania naszych zmysłów, ufania im. Kiedy dzieci mówią rodzicom o tym, co widziały czy słyszały, często na różne sposoby otrzymują sygnał przeczący ich zmysłowym doznaniom. Na przykład maluch gniotąc suchy liść mówi: „Mamo, zobacz jak fajnie chrupie”. Na to mama: „E tam, każdy liść tak chrupie, to nic nadzwyczajnego, nie ma się czym zachwycać”. To zaprzeczenie sposobu, w jaki dziecko odbiera bodźce. Jeśli często spotyka się z tym, że to, co widzi lub słyszy, nie jest warte jego uwagi albo jest nieprawdą, dostaje komunikat, że kontakt ze zmysłami nie jest istotny. A przecież dzieciństwo jest tak piękne i pełne przygód dlatego, że opiera się głównie na wiedzy zdobytej za pomocą zmysłów. Bo zarówno zimna woda w styczniu, jak gorący piasek w lipcu są doznaniami, które sprawiają, że czujemy smak życia. Niestety, na skutek takich negujących odczucia uwag, wyrastamy na dorosłych, którzy gubią kontakt ze zmysłowością. Wiemy na przykład, że smakowanie czekolady to wspaniałe zmysłowe doznanie, bo tak podpowiada nam reklama. Podobnie jak zapach żelu, którym myjemy ciało, jest ucztą dla zmysłów. Ale zapominamy, że zmysłowej radości doznajemy także wtedy, gdy chodzimy boso po trawie, przesypujemy piasek z ręki do ręki, zmywamy naczynia, w styczniu zanurzamy na chwilę stopy w Bałtyku, słuchamy tykania zegarka lub szumu muszli, dotykamy konopnego sznurka albo poczujemy zapach psiej sierści.

W służbie ludzkości

Zmysłom zawdzięczamy nie tylko przyjemności, ale także życie. Węch, dotyk, wzrok, smak, słuch – to nasi wierni słudzy. Przyjemność, jaką daje nam na przykład smaczne jedzenie czy piękna muzyka, jest z punktu widzenia natury drugorzędna. Zmysły od tysięcy lat zapewniają nam przetrwanie. Dzięki zmysłowi smaku czy węchu potrafimy wybrać świeże i zdrowe pożywienie, a uniknąć zepsutego, powodującego chorobę i zatrucie. Dzięki czujnemu wzrokowi czy słuchowi mogliśmy w przeszłości umknąć atakującym drapieżnikom, dziś – nadjeżdżającym samochodom. Wzrok pozwala nam wybrać na rodzica naszych dzieci zdrowego i najlepszego z punktu widzenia przedłużenia gatunku osobnika.

Ale człowiek to zabawna istota: zamiast czuć wobec zmysłów wdzięczność, postanowił je... okiełznać. Silny wpływ wielu religii, zwłaszcza chrześcijańskich, sprawiał, że zmysły długo były „na cenzurowanym”. Kościół przez wieki dyktował podejście surowe, ascetyczne i purytańskie. Zmysły jako źródło doznań traktowano jak narzędzie Złego; coś, co nas zwodzi, odwracając uwagę od tego, co ważne (myślenia o zbawieniu, umartwiania ciała i doskonalenia duszy) i wiodąc ku ziemskim rozkoszom. Przed laty ludzi, którzy ulegali zmysłowości, karano i napiętnowano. Największą cnotą była asceza, czyli odmawianie sobie wszystkiego, co przyjemne.

Skąd ten lęk przed zmysłowością? Zapewne stąd, że przecież od najwcześniejszego dzieciństwa zmysły są nierozerwalnie powiązane ze światem uczuć. Lęk przed nimi to tak naprawdę strach przed tym, co dzieje się z nami pod ich wpływem. Bo zmysły rzeczywiście są w stanie odciągnąć nas od rzeczy głębszych, duchowych wartości. Łatwo jest za nimi podążyć, bo korzystanie ze zmysłów daje ogromną przyjemność, a to może zrodzić nieumiarkowanie, ale tylko w przypadku, gdy brak nam wewnętrznej cenzury. Dzieci jej nie mają, więc w roli ich cenzora muszą wystąpić rodzice, którzy powiedzą: „Nie jedz tyle cukierków, bo roboli cię brzuch”. Jako dorośli już wiemy, że nadmiar słodyczy grozi żołądkowymi dolegliwościami i sami zatrzymujemy pociąg ku rozkoszom podniebienia. Najlepszym przykładem na nasze panowanie nad zmysłami jest fakt, że ludzie chorobliwie otyli lub seksoholicy nie objadają się czy nie uprawiają seksu dlatego, że daje im to zmysłową przyjemność. U podstaw ich zachowania leżą głębokie problemy emocjonalne, a nie zmysłowe rozpasanie. Jedzenie jest zmysłowe wtedy, kiedy jest przyjemne, co więcej, objadanie się może świadczyć o braku kontaktu ze zmysłami, bo nie potrafimy wyczuć momentu, kiedy jesteśmy nasyceni, kiedy mamy dość.

Jeśli wychowano nas w pewnych wartościach i sami umiemy zachowywać normy i granice, zmysły nie będą nam w niczym zagrażać, zachowamy właściwe proporcje między przyjemnością a nasyceniem, a instynkt będzie nas chronić przed nadmiarem. Zadbamy i o duchowość, i o cielesność.

W zgodzie ze zmysłami

W podeszłym wieku nasze zmysły funkcjonują gorzej: słabnie smak, wzrok i słuch. Być może dlatego starsi ludzie cenią sobie te momenty w życiu, kiedy czują się radośni, które sprawiają im wiele przyjemności i już tak łatwo nie przechodzą nad nimi do porządku dziennego. Kontakt z własnymi zmysłami utrudnia też życie w mieście, w ciągłej obecności mediów, które bardzo „nakręcają” potrzebę zmysłowych przyjemności. Bombardują nas informacjami o rzeczach, które mogą nam sprawić przyjemność, ale nie biorą pod uwagę tego, że nie każdemu wszystko smakuje czy podoba się w takim samym stopniu. W ten sposób tracimy kontakt z tym, czego tak naprawdę chcą nasze zmysły i oddajemy się konsumpcji tego, co podobno czyni szczęśliwym każdego.

Współczesny świat wykorzystuje naszą zmysłową wrażliwość, by zmusić nas do różnych zachowań. Na przykład w niektórych japońskich korporacjach są rozpylane przez urządzenia klimatyzacyjne różne zapachy: w czasie pracy – pobudzające i ułatwiające koncentrację, w porze lunchu – relaksujące. W sklepach sączy się przyjemna, rytmiczna muzyka, przy czym najlepiej, by jej rytm był zgodny z rytmem bicia serca. To sprawia, że czujemy się lepiej, chce nam się żyć, a to zachęca nas do bardziej energicznego wybierania towarów i odważniejszych zakupowych decyzji. W wielu supermarketach otwiera się piekarnie – bo już dawno udowodniono, że zapach świeżego chleba do kupowania większej ilości jedzenia.

Pod wpływem zmysłów budzą się w nas pragnienia. Zwierzę przy wodopoju pije tyle, ile potrzebuje; człowiek powodowany zasadą przyjemności i chęcią posiadania weźmie więcej niż potrzebuje.

Zmysły są tylko narzędziem. Co z nich wyniknie, decyduje nasze „centrum dowodzenia”, czyli umysł, świadomość i wolna wola. Kiedy małe dziecko odczuwa przykrość czy coś mu dolega, natychmiast uderza w głośny płacz i krzyk. My, dorośli, umiemy znaleźć złoty środek pomiędzy akceptacją przyjemności i nieprzyjemności. Natomiast w podeszłym wieku nasza tolerancja nieprzyjemnych bodźców znacznie wzrasta. Potrafimy ze stoickim spokojem znosić uciążliwy ból krzyża, kręgosłupa czy stawów, który nie zamierza wcale odpuścić. Życie nas hartuje cierpieniem.

We dwoje

Z osobą zmysłową fajnie robić wszystko, nie tylko uprawiać seks. Miło zjeść z nią posiłek, bo jedzenie sprawia jej wyraźną frajdę. Przyjemnie pójść z taką osobą na koncert, by patrzeć, jak wspaniale przeżywa każdy dźwięk. Cudownie wybrać się razem na spacer, ponieważ obcowanie z przyrodą sprawia jej wielką radość. Fantastycznie się do niej przytulić, bo z takiego kontaktu czerpie radość i siłę, a nie sztywnieje w ramionach partnera.

  1. Psychologia

Bezpieczny powrót do szkoły? Młodzi potrzebują wsparcia

Po dziwnym roku zdalnej nauki w końcu zapadła decyzja: wracamy. I choć w czasie izolacji wiele było głosów mówiących, jak fatalnie może się ona odbić na psychice uczniów, teraz też nie ma euforii. Wielu uczniów się powrotu do szkoły boi. „Nauczyciel musi mieć świadomość, że wielu młodych jest w kryzysie. Że wracają do szkoły w sytuacji, w której przeżywają masę trudnych emocji. Warto więc pomyśleć, w jaki sposób odpowiedzieć na ich potrzeby. A młodzi potrzebują, by ich wysłuchano” – mówią psychoterapeutki Kinga Sochocka i Karolina Van Laere. I dodają, że niepokój jest naturalny, ale często rzeczywistość okazuje się znacznie mniej groźna.

Młodzi i młodsi wracają do szkół. Po ponad roku izolacji. Myślicie, że się cieszą? Czy raczej denerwują?

Kinga Sochocka: Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Dużo zależy od tego, jak się czuli podczas tego roku. A badania pokazują, że duża część młodych ludzi czuła się w pandemicznym zamknięciu gorzej. Ale jest oczywiście pewna grupa, która ocenia to inaczej. Twierdzą, że pandemia wpłynęła pozytywnie na ich samopoczucie. Ale nam, z perspektywy naszej pracy, wydaje się, że to są ci młodzi, którzy mają problemy w kontaktach społecznych, z rówieśnikami. Z perspektywy krótkoterminowej wydaje im się więc, że izolacja jest im pomocna. Kiedy jednak pomyślimy o dłuższej perspektywie, to raczej nie jest to prawda. Nie zyskują w ten sposób szansy, by poradzić sobie z tymi problemami, które przecież nie zniknęły.

Doraźnie czują ulgę, że nie są zmuszani do działań, które na co dzień sprawiają im kłopoty? Czyli właśnie do kontaktów społecznych, do relacji z rówieśnikami?
Kinga: Tak, ale z perspektywy rozwojowej możemy raczej spodziewać się długotrwałych problemów. Bo ci młodzi nie mają pola, żeby ćwiczyć, rozwijać kompetencje społeczne. Bez grupy rówieśniczej tego zrobić się po prostu nie da. Niektórzy moi pacjenci mówią, że pandemia im pomaga. Że mogą sobie zaplanować czas, poświęcić się nauce, zainteresowaniom. To ich punkt widzenia. Ale jest i drugi – nie mogą w ten sposób rozwijać kompetencji, które w ich przypadku są deficytowe, a które jednocześnie są niezwykle ważne w życiu.

Kiedy szkoły były zamknięte, dużo mówiono o tym, jak to fatalnie wpływa na młodych. Że to tak ważny czas, że tracą, że nie nadrobią. Teraz, kiedy ogłoszono koniec izolacji, znowu jest niepokój. Że na pewno młodzi zostaną zasypani klasówkami, sprawdzianami, że to dla nich trauma, że sobie nie poradzą. Czy ten niepokój jest usprawiedliwiony?

Karolina Van Laere: Niepokój był, bo nikt nie wiedział, jak ten powrót do szkoły ma wyglądać. Dzieci się do bycia w domu przyzwyczaiły. W jakimś sensie się rozleniwiły, cały dzień mogły odbywać zajęcia, nie wychodząc z łóżka, przeszły na kompletnie inny tryb funkcjonowania i na pewno wielu ciężko będzie z tego zrezygnować. Z drugiej strony do powrotu do normalności właściwie ani rodzice, ani szkoła nie są przygotowani. Nie ma jednej spójnej koncepcji, jak to młodym ułatwić, jak pomóc zaadaptować się do nowej sytuacji.

A ta spójna koncepcja powinna być po stronie szkoły? Domu? Czy po obu stronach?

Karolina: Wydaje się, że po stronie szkoły. Rodzice mogą nie wiedzieć, jak się za to zabrać. Potrzebują wskazówek. Z tego, co słyszymy, szkoły to sobie rozwiązują po swojemu. Część dzieci w trakcie pierwszych dni ma organizowane zajęcia integracyjne, co z perspektywy procesu grupowego jest pomocne. Nie słyszałam natomiast o spotkaniach z rodzicami. A jeśli oni nie są zaopiekowani, jeśli nie wiedzą, jakie emocje mogą towarzyszyć dzieciom, co jest normalne w tej sytuacji, a co nie, to też są zaniepokojeni i spirala się nakręca.

Kinga: Dzieci i młodzież potrzebują teraz stabilności. Same w tym okresie rozwojowym są raczej niestabilne, dużo zmian towarzyszy zarówno rozwojowi układu nerwowego, jak i rozwojowi relacji społecznych, związanych z adaptowaniem się do dorosłego życia, ze zmianami łączącymi się z budzeniem się seksualności, z nowymi rolami społecznymi. A na to teraz jeszcze dodatkowo nakłada się pandemia – najpierw izolacja, teraz nagły powrót do szkół. To nie daje poczucia bezpieczeństwa. Nie stworzyliśmy go młodym ludziom. Nie zawsze mają narzędzia, które pozwalają krok po kroku od nowa znaleźć swoje miejsce w grupie, w środowisku rówieśniczym, w kontaktach z nauczycielami. Młodzi często nie wiedzą, czego się mają spodziewać.

No właśnie – stabilność wydaje się takim warunkiem, a jej, jak mówicie, nie ma.

Kinga: Ale można o tym rozmawiać. O tej niestabilności, nieprzewidywalności. Oswoić ją. Rozmawiać o tym, że są zmiany, o tym, jakie emocje te zmiany w nas wywołują. Duża część nastolatków teraz podkreśla, że nauczyciele koncentrują się na programie, na ocenach, a nie na tym, jak oni się czują, czego potrzebują w tej sytuacji. W różnych szkołach oczywiście jest różnie, ale słyszymy, że są i takie, w których w ogóle nie bierze się tych psychicznych aspektów pod uwagę. Trzeba przy tym powiedzieć, że nie tylko młodzież czuje się gorzej.

Karolina: Dostępne badania potwierdzają, że nauczyciele też są w złej kondycji. Sami doświadczają kryzysu, są zmęczeni tym rokiem, nowymi wyzwaniami, przed którymi stanęli w marcu 2020, koniecznością radzenia sobie w sytuacji, do której nikt ich nie przygotował.

Kinga: W trudnej sytuacji są także rodzice, którzy borykają się ze swoimi kłopotami, czasem jest to utrata pracy, czasem obniżenie zarobków, do tego dochodzi konieczność opanowania problemów domowych, zmierzenie się z koniecznością pomocy w zdalnej nauce dziecku albo dzieciom, a bywa, że brak im umiejętności, wiedzy, sprzętu… W efekcie dużo frustracji jest po każdej ze stron, co powoduje, że pomoc młodym staje się tym trudniejsza. Bo jak pomagać, kiedy samemu masz obniżony nastrój, przeżywasz lęki czy stany depresyjne?

Karolina: Nauczyciele przez ostatni rok żyli i pracowali w wymagających warunkach, gorzej się czują fizycznie, są zmęczeni, sami zmagają się z pogorszeniem swojego stanu psychicznego, a muszą znowu stanąć na pierwszej linii frontu. I trudno oczekiwać, że się ze wszystkim wyrobią. Zwłaszcza że są zostawieni sami sobie. Nie mają tak naprawdę żadnego wsparcia.

Kinga: I nie mają przygotowania w radzeniu sobie z kryzysami, w interwencji kryzysowej. Często są znakomitymi fachowcami, jeśli chodzi o nauczanie konkretnego przedmiotu, ale niekoniecznie czują się swobodnie w udzielaniu psychologicznego wsparcia uczniom. Do tego nie we wszystkich szkołach jest psycholog, czyli osoba, która mogłaby udzielić wsparcia – szybko i bezpłatnie. To ważne, bo bezpłatna pomoc psychologiczna jest dostępna w, powiedzmy szczerze, mocno ograniczonym zakresie. Czasami na terapię refundowaną przez NFZ czeka się dwa lata… W dużych miastach nie jest jeszcze tak źle, w małych – często fatalnie.

Rodzice też są zmęczeni. Byliśmy zmuszeni spędzać wiele czasu razem, bez oddechu, na małej często przestrzeni…

Kinga: Często dwoje, troje czy więcej dzieci miało w tym samym czasie zdalne lekcje, na porządku dziennym były więc napięcia, kłopoty ze sprzętem, z dostępnością do niego, nie zawsze przecież każdy dysponuje własnym laptopem. A mniejsze dzieci potrzebowały nieustannej asysty dorosłego.

Niektórzy rodzice widzą plusy zdalnej nauki – mówią, że mają teraz większą kontrolę nad dzieckiem, nad tym, jak spędza czas itd. Jednak z perspektywy rozwojowej widzimy więcej minusów. Bo to wspólne – nieustanne – spędzanie czasu hamuje chęć uniezależniania się młodych ludzi, „oddzielania się” od rodziców, samodzielnego pójścia dalej, szukania swoich ścieżek. Nie buduje swojej niezależności w kontakcie z grupą rówieśniczą. A to przecież naturalny i konieczny proces.

Karolina: Badania potwierdzają, że najgorzej radziła sobie grupa młodzieży ze szkół ponadpodstawowych. Trudno się dziwić, bo przecież izolacja stoi zupełnie w poprzek ich potrzeb rozwojowych. Młodzi ludzie najbardziej wtedy potrzebują kontaktów z rówieśnikami, wspólnego spędzania czasu, wyjazdów, imprez. Poza tym często czuli się zostawieni sami sobie z trudnym do opanowania materiałem, co tylko pogłębiało poczucie osamotnienia.

W waszych gabinetach są teraz ci, którzy byli w nich już przed pandemią. I pewnie doszli nowi?

Kinga: Na samym początku widać było narastanie silnego lęku. Niektórzy musieli skorzystać ze wsparcia lekowego. Bali się o siebie, o bliskich, o ich zdrowie. Z czasem część zaczęła narzekać na izolację, samotność, poczucie zamknięcia. Część rodziców też reagowała nadmiernym lękiem, co skutkowało tym, że nie pozwalali dzieciom na wychodzenie z domu, co z kolei wpływało na stan psychiczny młodych ludzi. Pojawiały się obniżony nastrój, stany depresyjne.

Co do grupy, która teraz zgłasza się po pomoc – tu byłabym ostrożna w twierdzeniu, że to tylko i wyłącznie wina pandemii. W wielu przypadkach pandemia obnażyła coś, co już wcześniej się tliło. Kiedy mamy do czynienia ze zdrowo funkcjonującym młodym człowiekiem, z wystarczająco dobrze funkcjonującą rodziną, to często problemy daje się opanować krótkimi interwencjami. Ale bywa i tak, że kłopoty są głębsze.

Karolina: Rzeczywiście mamy dziś do czynienia z nasileniem się stanów depresyjnych i lękowych – ale to kontinuum, to nasilenie się wcześniejszych problemów.

Kinga: Wyniki badań dotyczących samopoczucia młodzieży w pandemii i tego, jak korzystają oni z pomocy pokazują, że mały procent młodych, którzy źle się czują, faktycznie się po tę pomoc zgłasza. Choć wiedzą, że jej potrzebują. Ciągle obecne jest przekonanie, że to stygmatyzuje, oznacza „chorobę psychiczną”. Wielu młodych boi się łatki „wariata”, wykluczenia w grupie. Często nie mają zaufania do dorosłych, wiary w to, że ci mogą pomóc.

Czy teraz deklarują, że się boją powrotu do szkoły? Widzicie to w gabinecie?

Kinga: Ja bym powiedziała, że niepokój jest naturalny. Mówią, że się boją, jak odnajdą się znowu w grupie, jak dogadają się po długiej przerwie z kolegami, czy dadzą sobie radę przy dużym obciążeniu materiałem. Kiedyś to wszystko było ich dniem codziennym, ale upłynął rok, a rok to dla nastolatków długi czas. Ale znowu: jeśli młody człowiek zostanie w swoich niepokojach wysłuchany, jak nie będzie dostawać gotowych recept, tylko zrozumienie, to w wielu wypadkach wystarczy, żeby ten lęk zmniejszyć. Kłopot robi się wtedy, kiedy już wcześniej były problemy, fobie szkolne czy trudności w nawiązywaniu relacji.

Widzicie, że ktoś młodych wysłuchuje?

Kinga: Nie zawsze. A najważniejsze, co możemy zrobić, to dać przestrzeń, by pojawiły się emocje.

Młodzi ludzie czują wtedy, że napięcie się zmniejsza, łatwiej mogą w efekcie pomyśleć i zrozumieć swoją sytuację i z większą odwagą i ciekawością pójść do szkoły.

Mówicie, że przebywanie tylko z rodzicami zamiast z grupą rówieśniczą nie jest naturalne, że zakłóca proces rozwojowy. Czy to się da szybko nadrobić?

Kinga: Na szczęście nastolatki mają jeszcze dużo czasu, żeby rozwijać swoje kompetencje społeczne. Oczywiście ten rok wpłynął na wielu z nich negatywnie, ale warto pamiętać, że na to, jak młody człowiek poradzi sobie w kryzysie, wpływa wiele czynników. Można podzielić je na trzy główne sfery – czynniki indywidualne, rodzinne i społeczne – i wyobrazić je sobie jako plasterki żółtego sera, które nałożone na siebie tworzą indywidualna konstelację możliwości – to nasz ser – i ograniczeń – czyli dziury w serze.

Karolina: Pierwsza sfera to wyposażenie młodego człowieka, np. to, z czym się rodzi, jaki ma temperament, jego umiejętności, zdolności i ograniczenia. Do tego dokładamy sferę drugą, związaną z życiem rodzinnym. Czy może liczyć na wsparcie, jasno określone rodzinne zasady, czy w rodzinie są np. przewlekłe choroby, może zaburzenia psychiczne. Trzecia sfera to otoczenie społeczne. Kontakty ze środowiskiem rówieśniczym. I tutaj znowu pojawia się pytanie, o jakie zasoby może się młody człowiek oprzeć i na jakie deficyty i trudności będzie narażony.

Kinga: W zależności od tego, jak te sfery się ze sobą ułożą, potencjał do problemów będzie mniejszy bądź większy. W tym kontekście możemy myśleć, że część młodych ludzi poradzi sobie nawet z długoterminowym kryzysem, wyciągnie wnioski i ten rok stanie się wspomnieniem, do którego będą wracać, analizować, co zyskali, co stracili – i dalej się rozwijać. Ale jeśli w którejś ze sfer są poważne zaniedbania czy braki, to ten rok będzie prawdopodobnie działać niekorzystnie. Będzie wzmacniał problemy, uwypuklał je, uniemożliwiał czy utrudniał pójście dalej. I znowu pytanie do nas: jak odpowie szkoła, jak odpowiedzą rodzice, czy ułatwią teraz ten kolejny krok, jakim jest powrót do szkoły. Na ile będą potrafili wspierać młodych, dać im przestrzeń na radzenie sobie z emocjami. Nie da się tego roku zamknąć, zostawić za sobą i zapomnieć, jakby go nigdy nie było. To raczej kwestia wypracowywania dalszych rozwiązań.

Karolina: Trzeba założyć dłuższą perspektywę czasową, konsekwencje tego roku mogą pojawić się nawet po kilku latach. I trzeba teraz i terapeutów, i szkołę na to uwrażliwić.

Kinga: W specyficznej i szczególnie trudnej sytuacji są ci, którzy zaczynali nową szkołę we wrześniu ubiegłego roku. Nie mieli szansy na nawiązanie nowych relacji, na zaistnienie w grupie, na odnalezienie się na tym nowym etapie rozwoju. Nie mieli integracji, nie mieli spotkań, imprez, pozbawiono ich czegoś, co jest i naturalne, i na tym etapie niezbędne.

Nie stworzyła się grupa, ale można powiedzieć, że wszyscy są w tej samej sytuacji…

Kinga: Nie do końca. Wraca kwestia zasobów. Ci, którzy mają stabilną, dobrą sytuację rodzinną i dobre relacje z grupą rówieśniczą z poprzedniego etapu edukacji, będą w o wiele lepszej sytuacji niż ci, którzy w tych sferach mieli problemy. Niektórzy jednak nie mieli szansy na rozwój, na zyskanie nowych umiejętności.

Czy będą próbowali to szybko „odrobić”, nadgonić? Czy raczej się wycofają? Jakie są tu możliwe scenariusze?

Kinga: Oczywiście różne. Wszystko zależy od człowieka, jego zasobów, otwartości, dotychczasowych problemów i doświadczeń, od tego, z jakim spotkają się wsparciem ze strony dorosłych – nauczycieli, wychowawcy, pedagoga szkolnego, rodziców. Możemy sobie wyobrazić, że część młodych będzie się bała, będzie się starała unikać szkoły, uciekać od kontaktów. Tu trzeba działań, pomocy we włączaniu się w grupę, czasem konsultacji psychologa, psychoterapeuty. Ważne, by zarówno nauczyciele, jak i rodzice brali pod uwagę stan psychiczny i potrzeby tych młodych ludzi.

Karolina: A to oznacza, żeby umieli dostrzec poczucie osamotnienia, smutek, stany depresyjne, lęki, niepokoje, bo młodzi ludzie czuli się w tym czasie przede wszystkim samotni i niezrozumiani. Żeby nie skupiali się tylko na kwestiach związanych z nauką, z nadrabianiem materiału. A to pewnie będzie kusić – bo, jak też wiemy, edukacja zdalna sprzyjała powstawaniu zaległości, nieprowadzeniu zeszytów. Ważne jednak, żeby tworzyć w szkole miejsce na rozmowę, choćby na godzinie wychowawczej, na krótkiej wycieczce, na zajęciach integracyjnych. Wszystko może być pretekstem do zadania pytania: jak się czujecie? Do stworzenia przestrzeni, by mogli się wzajemnie poznawać – to ważne zwłaszcza w tej grupie, która zaczęła wspólną naukę rok temu. Tylko najpierw nauczyciele powinni dostać narzędzia, by umieli się na tym gruncie poruszać.

To piękna teoria, ale chyba tylko teoria właśnie. Uczyłam w liceum i wiem, że godzina wychowawcza służy głównie do omówienia, kogo nie było, a kto się spóźnił i dlaczego. A na innych lekcjach gnało się z programem, bo czasu zawsze za mało. W dodatku mnie nikt nie przygotował w czasie studiów do pracy innej niż nauka przedmiotu. Gdybym była wychowawcą klasy, która spotkała się na dwa tygodnie we wrześniu, a potem przeniosła się w przestrzeń wirtualną na długie miesiące, to teraz nie miałabym pojęcia, od którego końca zacząć…

Karolina: Dlatego tak ważna jest praca z nauczycielami – by mogli wspierać uczniów, sami potrzebują wsparcia. Superwizje dla nauczycieli mogłyby być bardzo pomocne. Bo jak oni mają wspierać uczniów, kiedy sami czują się źle, jest im trudno, a w dodatku nigdy przed takimi wyzwaniami nie stawali?

Ktoś musi im założyć maskę tlenową, żeby oni mogli zakładać ją innym.

Karolina: A o takich działaniach skierowanych do nauczycieli nie słyszymy.

Kinga: Nauczyciel nie ma w standardzie przygotowania, żeby radzić sobie z prawidłowościami rozwoju procesu grupowego. A dziś takie umiejętności byłyby niezwykle cenne. Ważne też jest rozmawianie o emocjach, ale w taki sposób, by nie wchodzić za głęboko, nie zamieniać zajęć w terapię na forum klasy, co oznacza również świadomość tego, kiedy się zatrzymać, na co zwracać uwagę, by nie dopuścić do przekroczenia granic.

Nauczyciele chyba się przed tym bronią. Mówią, że dom jest od wychowywania, szkoła od uczenia.

Karolina: I są pod ogromną presją. Teraz jeszcze większą. Nieraz słyszałam historie, jak podczas zdalnego nauczania rodzice ingerowali, wtrącali się w lekcje, komentowali…

Kinga: Część nauczycieli musiała się szybko nauczyć korzystania z internetowych narzędzi, oswoić zoom czy inne programy, a i tak byli technologicznie w tyle za młodymi, którzy szybko opanowali sposoby wykorzystywania komputera tak, jak im wygodnie, nie włączali kamerki, unikali trudnych sytuacji.

Gdybyście miały dać jedną radę nam, dorosłym, jak wspierać młodych, to ta rada brzmiałaby jak? Rozmawiać? Słuchać?

Karolina: Kluczowa byłaby współpraca środowiska szkolnego i rodzicielskiego. Nie zrzucajmy teraz wszystkiego na nauczycieli. Z drugiej strony pomocne byłoby, gdyby szkoły organizowały spotkania dla rodziców, żeby rozmawiać o tej sytuacji, o trudnościach.

Kinga: Nauczyciel musi mieć świadomość, że młodzi są w kryzysie. Wracają do szkoły w sytuacji, w której przeżywają wiele trudnych emocji. Warto więc pomyśleć, w jaki sposób odpowiedzieć na ich potrzeby. A młodzi potrzebują, by ich wysłuchano. Ci, którzy w tym roku zaczęli szkołę, potrzebują poznać kolegów. I choć to czas końca roku, wystawiania ocen, trzeba dać im chwilę na to, by mogli zobaczyć, w jakim miejscu się znajdują w swoich szkolnych relacjach, jak się z tym czują. Nie da się zaradzić wszystkim kryzysom, ale na pewno można spróbować stworzyć przestrzeń do podmiotowego traktowania młodzieży.

Karolina: Młodzi lepiej się adaptują do szkoły, w której są organizowane jakieś zajęcia integracyjne. Warto tylko pamiętać, by to były zajęcia dostosowane do wieku.

A co robić z punktu widzenia rodzica? Baliśmy się o dzieci, baliśmy się wirusa, nie wypuszczaliśmy dzieciaków z domu ze strachu. Teraz jest lepiej, wolno wychodzić – pozwalać im na więcej niż kiedyś? W końcu muszą odreagować ten czas izolacji, nadgonić „zaległości” w kontaktach.

Kinga: Pozwalać, ale oczywiście pilnować granic. W każdym domu obowiązują jakieś zasady, trzeba się ich trzymać, pandemia z tego nie zwalnia. Ale jednocześnie pamiętać o tym, jak ważne dla młodych ludzi jest teraz przebywanie w gronie rówieśników, więc nawet jak się niepokoimy, pozwalajmy im się spotykać ze znajomymi.

Karolina: Niech się dzieje to, co musi się dziać w rozwoju każdego młodego człowieka. Rodzic, kiedy dziecko wchodzi w okres dojrzewania, boryka się z lękiem, że wypuszcza dziecko w świat, że przestaje być dla niego jedynym autorytetem, że ono musi znaleźć swoją ścieżkę. Trzymajmy niepokoje na wodzy i nie demonizujmy młodzieży. Emocje u młodych mogą być teraz większe i trudniejsze niż w normalnym czasie. Tylko niech dzieci wiedzą, że rodzice są obok.

Słyszałam o historiach, które budzą grozę. Podobno część dzieciaków na hasło: „Wracamy do szkoły”, zaczynają się ciąć czy mieć myśli samobójcze. Spotykacie się z tym?

Kinga: Patrzymy z perspektywy gabinetu, a do gabinetu psychoterapeuty przychodzą ci, którzy mają problemy. Zdarzają się takie zachowania, ale pamiętajmy, że to się zawsze rozkłada w podobny sposób: po jednej i po drugiej stronie ekstremum garstka, a większość jest w tej średniej, która sobie radzi. Nie zawsze bezproblemowo, ale jednak sobie radzi.

Karolina: Pamiętajmy też, że często boimy się nieznanego, niewiadomego. Młodzi bali się wrócić, myśleli o tym, lęk narastał. A potem wrócili – i próbują normalności na nowo. Już pojawiają się pierwsze pozytywne informacje zwrotne. Zobaczymy, jak to będzie dalej.

Kinga Sochocka, certyfikowana psychoterapeutka, pedagog. Współzałożycielka Fundacji Poza Schematami. Prowadzi własną praktykę psychoterapeutyczną w Warszawie.

Karolina Van Laere, psycholog, psychoterapeuta. Współzałożycielka Fundacji Poza Schematami. Prowadzi własną praktykę psychoterapeutyczną w Warszawie.

Fundacja Poza Schematami powstała w 2014 r. Prowadzi działalność na rzecz dzieci i młodzieży głównie poprzez działalność z zakresu profilaktyki i edukacji. Jak to zapisano na stronie Fundacji: Tworzymy sprawdzone i bezpłatne narzędzia dla specjalistów prowadzących działania profilaktyczne wśród dzieci i młodzieży. Pracujemy interdyscyplinarnie. Sięgamy po nowoczesne rozwiązania i środki przekazu. Udowadniamy, że skuteczna profilaktyka nie jest nudna.

  1. Psychologia

Echoizm – przeciwieństwo narcyzmu. Kim są echoiści? 

Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Zapewne prawie wszyscy wiemy, kim jest narcyz. Wiemy to z różnych publikacji, bo dużo mówi się i pisze o tym typie człowieka. Wiemy to także z codziennego doświadczenia, z życia po prostu, bo dość często spotykamy na swojej drodze ludzi bezgranicznie zapatrzonych w siebie. Ale zdecydowanie mniej wiemy o człowieku, który jest przeciwieństwem narcyza. Chodzi o echoistę.

Echoista - bez głosu

Narcyza kojarzymy również z greckiej mitologii, jednak znowu niekoniecznie kojarzymy już postać dalszego planu, nimfę Echo. Pozbawioną głosu, skoncentrowaną na narcyzie, bez skutku próbującą zdobyć jego miłość. Otóż, ta postać także znalazła swoje miejsce w psychologii. Postawę tę charakteryzują przede wszystkim totalna uległość oraz rezygnacja z własnych potrzeb.

Jednym z pierwszych, który pisał o echoizmie był psycholog kliniczny i wykładowca Harvard Medical School, Craig Malkin. W swojej książce „Rethinking Narcissism” wyjaśnia, że echoizm to także strach przed uczuciem wyjątkowości czy wyróżnianiem się w jakikolwiek dziedzinie. To obawa przed byciem zauważonym, a przez to potencjalnie oskarżonym o… narcyzm! Określenie „echoizm” używane jest głównie w kontekście związku z narcyzem.

Echoista to człowiek, który pasuje do narcyza jak puzzel, gotowy do rezygnacji z siebie, własnych potrzeb, chętny do koncentrowania się w stu procentach na oczekiwaniach drugiego człowieka, jest „idealnym” partnerem dla narcyza. Nietrudno się domyślić, że spotkanie tych dwóch „pasujących do siebie” połówek jest bardzo niebezpieczne.

„Mit o Narcyzie i Echo bardzo dużo mówi o relacjach dwojga ludzi”, pisze Craig Malkin. „Kiedy myślałem o tym, jak Echo reagowała na potrzeby i uczucia ukochanego, przeżyłem tzw. moment „aha!”. Zdałem sobie sprawę, że ludzie, którzy utrzymują bliskie relacje z osobami narcystycznymi, w pewnym momencie rezygnują ze swoich potrzeb na rzecz i dla „dobra” związku, koncentrują się tym, jak czuje się druga strona.”, dodaje psycholog. Ale bez wątpienia, by w taką rolę wejść trzeba mieć w sobie odpowiedni potencjał…


Z domu echoista

„Większość ludzi, którzy zmagają się z echoizmem, nienawidzi własnych potrzeb. Nie czuje się z nimi dobrze, ponieważ z ich dotychczasowych doświadczeń wynika, że gdy za bardzo skupili na sobie uwagę, tracili kontakt z ludźmi, na których im zależało.”, tłumaczy Malkin. Zresztą on sam ma za sobą takie doświadczenie. Jak wspomina był wrażliwym dzieckiem wychowywanym przez matkę, która skupiała na sobie całą uwagę. Mały Malkin chcąc nawiązać z nią jakąkolwiek relację, sam musiał zejść na daleki plan. Zrobił to i niczym echo powtarzał jej potrzeby oraz pragnienia. Nauczył się rezygnować z własnej przestrzeni, potrzeb, zwłaszcza potrzeby uwagi, bycia dostrzeżonym. Nauczył się, że to, co w nim, jest nieistotne. Jeśli zyskuje cokolwiek, to tylko wtedy, kiedy wsłuchuje się w to, co czuje i czego potrzebuje matka. Tylko w ten sposób może „ugrać” okruch uczucia, zainteresowania. Do takiego przekazu dziecko bardzo szybko się adaptuje, to pozwala mu „żyć”. Ale jedynie tu i teraz. Bo w dorosłym życiu ta sama broń go niszczy. Zatem Malkin znalazł sposób na to, by poczuć bliskość z matką, ale stało się to dużym kosztem. Wykształcił w sobie mechanizmy, które w dorosłym życiu są dla człowieka krzywdzące.

Innym potencjalnym źródłem wykształcenia się w człowieku echoizmu jest sytuacja, w której rodzice czy rodzic powtarzają swoim dzieciom, że nie wolno koncentrować się w życiu na sobie. Ten niepozorny komunikat powtarzany często i regularnie potrafi skutecznie zabić w dziecku poczucie wyjątkowości.

Dorosły echoista działa wedle silnego wewnętrznego schematu, który zna. Zakładając, że mamy skłonność do odtwarzania nie tylko swoich zachowań, ale także rodzaju relacji, które znamy, echoista szybko odnajdzie się na przykład, kiedy u jego boku pojawi się narcyz. On to zna, więc wie, jak narcyza „obłaskawić”. I wszystko gra. Jest komplementarnie, pozornie bezpiecznie. Echoista u boku narcyza może nadal ignorować swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń.

Przełamać schemat

Co mogłoby sprawić, żeby echoista dostrzeże siebie? Pierwszy krok, to zauważyć swój wdrukowany schemat, że bycie z drugim człowiekiem jest jednoznaczne z zaprzedaniem samego siebie. Bo przecież nie jest! Prawdziwa relacja oznacza być z kimś, przy kimś, ale jednocześnie być przy sobie. Bycie empatycznym, a echoista ma w sobie tony empatii, nie oznacza absolutnie całkowitego porzucenia samego siebie. I to dotyczy nie tylko związków partnerskich, miłości, ale także choćby przyjaźni. Mogłoby się wydawać, że echoista jest doskonałym materiałem na świetnego przyjaciela – potrafi słuchać, poradzić, pomóc, pobyć blisko, itd. Otóż, psychologowie twierdzą zgodnie, że to absolutnie nie jest rys dobrego przyjaciela, bo przyjaźń, jak każda interakcja z drugim człowiekiem, wymaga od nas jednocześnie umiejętności dawania, ale i brania. Trzeba umieć jedno i drugie. Inaczej każdy związek staje się sztuczny, a wtedy nie ma mowy o bliskości. By być naprawdę blisko z drugim człowiekiem trzeba umieć być elastycznym, dopasowywać swoje reakcje do zewnętrznych okoliczności, i tego musi nauczyć się echoista.

  1. Psychologia

Zasada lustra – wyparte części siebie widzimy u innych

Jeśli nie zauważamy jakiejś części naszej psychiki, nie zdajemy sobie sprawy z niej, znajduje się ona poza naszą świadomością, widzimy ją na zewnątrz w innych ludziach. (Fot. iStock)
Jeśli nie zauważamy jakiejś części naszej psychiki, nie zdajemy sobie sprawy z niej, znajduje się ona poza naszą świadomością, widzimy ją na zewnątrz w innych ludziach. (Fot. iStock)
Może ci się wydawać, że jesteś uosobieniem taktu i uprzejmości, a zupełnie nieoczekiwanie dla siebie samej wpychasz się do kolejek w sklepach. Albo żyjesz w przekonaniu, że świetnie radzisz sobie w życiu i zupełnie nie zauważasz, że jesteś wykorzystywana.

W pierwszym przypadku spotykasz ludzi agresywnych i takich, którzy potrafią przepychać się w życiu łokciami. W drugim - masz relacje z tymi, którzy często potrzebują twojej pomocy i skwapliwie z niej korzystają.

Tak działa zasada lustra - to co na zewnątrz nas odzwierciedla to, co w środku

Jeśli nie zauważamy jakiejś części naszej psychiki, nie zdajemy sobie sprawy z niej, znajduje się ona poza naszą świadomością, widzimy ją na zewnątrz w innych ludziach. Ktoś, kto stara się być zawsze korekt w stosunku do bliźnich, jest kompromisowy, negocjacyjny, miły, nie używa tej swojej części, która chce iść przez życie przebojem, wprost a czasem na skróty. Wypiera swoją rywalizacyjność, kłótliwość, chęć postawienia na swoim. I dlatego na przykład wpycha się do kolejek i nieświadomie prowokuje w swoim życiu sytuacje, w których musi rywalizować i udowadniać swoją rację. Im bardziej będzie się wypierał swojej wojowniczej części natury, tym więcej wojowników będzie sobie przyciągał. Różnego rodzaju agresorzy, ludzie szorstcy i bezczelni będą stawać na jego drodze, by obudzić uśpionego w nim kłótnika. Osoba, której z kolei wydaje się że jest małym czołgiem, skupia dookoła siebie tych, którzy próbują „podwieźć” się na jej sile. I może taki czołg rzeczywiście dobrze radzić sobie z przedsiębiorczością, zarabianiem pieniędzy, inicjowaniem działań, ale kompletnie nie umie powiedzieć „nie” komuś, kto chętnie z tej jego siły korzysta, czasem nawet w sposób nieuczciwy. I tak różnego rodzaju nieudacznicy będą próbowali mu powiedzieć, że ma w sobie taką „sierotę”, która jest słaba i daje sobą powodować, ulega manipulacji jak dziecko.

Z czego wynikają takie mechanizmy psychiczne?

Dlaczego trak trudno nam zobaczyć to, co w środku nas, bardzo blisko. Bo kiedyś z jakiegoś powodu wyparliśmy się własnej siły bądź słabości. Została ona skrytykowana, wyśmiana, powstały w tym miejscu bolesne rany. Ludzie z zewnątrz pancerni bardzo lękają się pokazać miękką część siebie, boją się ponownego zranienia. Ale noszą tę miękkość w sobie. To często ogromna wrażliwość, podatność na ciosy. Tak się lękają zostać wykorzystywani, że ludzie z zewnątrz to robią, by im to pokazać. Żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy jacyś, na przykład stalowi, ale otoczenie doskonale wyczuwa tę schowaną część nas. Ona wysyła bardzo konkretne sygnały, jakby krzyczała rozpoznaj mnie, uwolnij mnie. Podobne przyciąga podobne, tak działa fizyka Wszechświata. Siłacz w końcu zdenerwuje się na tych, którzy mają ochotę nieuczciwie skorzystać z jego mocy. Będzie narzekał, wykrzykiwał, zacznie być nieprzyjemny, może nawet wyda im wojnę. Stłumiona energia wybuchnie z wielką mocą, często destrukcyjną. Ucierpieć mogą relacje, może być niefajnie, bo pojawi się poczucie winy. Dlatego, gdy zauważysz, że otacza cię jakiś rodzaj ludzi i wydadzą ci się zupełnie inni niż ty, przyjmij że to właśnie ukryta część siebie do ciebie przemawia. Jeśli ją w sobie zaakceptujesz, po uprzednim wpuszczeniu w świadomości, dlaczego ona skryła się tak głęboko, zewnętrzni przeciwnicy znikną niczym kamfora. Rozpłyną się w niebycie agresorzy, którzy nękali osobę pozornie miłą, kiedy wreszcie odkryje, że ona też lubi powalczyć i pokazać pazurki. Może odkryć, że bywa bezwzględna w ocenie ludzi, wymagająca i oschła, a wszystko pod płaszczykiem uśmiechniętej manipulantki, którą dokładnie widzą inni i odpowiadają tym samym. Żadna energia w człowieku nie ginie, jej toksyczność może tylko zostać uwolniona i przetransformowana na coś dobrego. Pod wypartą agresją może kryć się przydatna zaradność życiowa i zdrowy spryt albo realizm. Zapomniana słabość może zostać przekształcona w artystyczną wrażliwość i umiejętność obdarzania uczuciem.

Często zasada lustra przyciąga do siebie ludzi, którzy tworzą związki

Ona może krzyczeć na swojego mężczyznę: „dlaczego boisz się do mnie zbliżyć?", nie czując że sama w sobie nosi ogromny lęk przed odrzuceniem, który trzyma partnera na dystans. I tak naprawdę w swoim życiu jest pierwszą osobą, która rujnuje związki. On za to może mieć do niej pretensje wykrzykiwane w kłótniach: „Czego ty ode mnie chcesz? Naciskasz na mnie!”, bo sam nie czuje że tak bardzo chce - jej, tego związku, dowodów uczuć. Chce, ale lęk przed bliskością nie pozwala mu się zbliżyć. Boi się pochłonięcia, bo w swojej niepewności i głodzie uczuć sam boi się kogoś pochłonąć. Chuck Spezzano, światowej sławy psycholog i autor książek, twórca metody zwanej psychologią wizji, twierdzi że po obu stronach konfliktu zwykle jest to samo stłumione uczucie: wstydu, lęku, winy, głodu miłości i wiele innych. Według niego właśnie w relacjach jest najwięcej możliwości do rozwoju, w samotności nie odkrylibyśmy tyle na swój temat. Rozwój polega na integracji wszystkiego co w nas jest, cokolwiek by to nie było. Dwoje ludzi ustawionych po obu stronach barykady nosi w sobie to samo. Są do siebie podobni, chociaż wydaje im się, że są zupełnie a nawet biegunowo różni. Głębia oznacza wierzch.

  1. Psychologia

Dla kogo jest psychoterapia online?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
We współczesnym świecie wiele osób przejawia różne zaburzenia psychologiczne, odczuwa symptomy depresyjne lub lękowe, a także przejawia fobie, smutek lub uzależnienia. W sytuacji, gdy w życiu pojawiają się poważne problemy, warto zgłosić się na psychoterapię. Obecnie jedną z popularniejszych form jest terapia online, która zapewnia wygodę, komfort i bezpieczeństwo.

Kim jest psychoterapeuta i czym różni się od psychologa?

Osoby poszukujące skutecznej terapii i rozwiązania swoich problemów, czasami zastanawiają się nad tym, czy udać się do psychologa, czy też do psychoterapeuty. Okazuje się, że zawody te mimo pewnych podobieństw, nie są ze sobą tożsame. Innymi słowy psycholog może, ale nie musi, być psychoterapeutą, natomiast psychoterapeuta niekoniecznie jest psychologiem. W praktyce psycholog to osoba, która ukończyła pięcioletnie jednolite studia magisterskie i może działać w zakresie różnych specjalizacji (na przykład psychologii klinicznej, biznesu, rozwojowej). Z kolei psychoterapeuta to osoba, która spełniła następujące warunki:
  • ukończyła studia wyższe, na przykład psychologię, psychiatrię, czy też pedagogikę,
  • ukończyła 4-letni kurs psychoterapii z dowolnego nurtu (na przykład humanistyczny, psychoanalityczny, poznawczo-behawioralny),
  • przeszła przez własną psychoterapię, aby uporać się z różnymi życiowymi doświadczeniami,
  • jest pod kontrolą superwizora, czyli osoby nadzorującej jej działania,
  • odbywa praktykę zawodową i zdobywa doświadczenie.
Psychoterapeuta po zakończeniu 4-letniego kursu otrzymuje specjalny certyfikat od Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

Osoby, które cierpią na zaburzenia lękowe, depresję, zaburzenia osobowości, odżywiania lub inne tego typu, powinny zgłosić się do psychoterapeuty, a nie psychologa. To właśnie psychoterapeuta jest specjalistą zajmującym się terapią, natomiast psycholog może udzielić konsultacji.

Dla kogo jest psychoterapia?

Na psychoterapię może zgłosić się każda osoba, która czuje, że jej funkcjonowanie psychiczne pogorszyło się w ostatnim czasie lub po prostu już od dawna czuje się źle pod względem psychologicznym. Czasami obecne trudności wynikają z doświadczeń sprzed lat, na przykład z okresu adolescencji lub dzieciństwa, a czasami pewne zaburzenia spowodowane są niedawnymi wydarzeniami, nieprzyjemnymi doświadczeniami, a nawet traumami lub kryzysami. W praktyce więc psychoterapia jest odpowiednia dla wszystkich osób.

Czym charakteryzuje się psychoterapia online?

W ostatnich latach psychoterapia online staje się coraz popularniejsza. Jest to związane z jednej strony z pandemią, a z drugiej z szybkim rozwojem technologicznym. Taka forma psychoterapii różni się od tej stacjonarnej właściwie tylko miejscem odbywania - z psychoterapeutą można rozmawiać z własnego mieszkania, w bardzo komfortowych warunkach. Psychoterapeuci i psycholodzy online starają się pomóc klientowi w rozwiązaniu jego problemu lub zaburzenia. Taka forma oddziaływania jest tak samo efektywna jak pomoc stacjonarna. Psychoterapia online ma jednak dodatkowe zalety. Przede wszystkim klient nie musi tracić czasu, ani pieniędzy na dojazd, co doceniają przede wszystkim osoby z małych miejscowości, osoby niepełnosprawne. Dodatkowo jest to świetne rozwiązanie dla klientów, którzy mieszkają za granicą lub po prostu są zabiegani i nie mają na nic czasu. Psychoterapia online świetnie sprawdza się także w przypadku osób obłożnie chorych lub na kwarantannie, a także tych, które cierpią na różnego rodzaju fobie, uniemożliwiające wyjście z domu. Oczywiście pacjent zgłaszający się na psychoterapię w formie zdalnej musi mieć zapewniony stały dostęp do Internetu oraz wygodne miejsce, w którym jest w stanie rozmawiać swobodnie. Psychoterapia online jest bezpiecznym, komfortowym i świetnym rozwiązaniem i doskonale się sprawdza w wielu sytuacjach.

Kiedy warto zgłosić się do specjalisty na psychoterapię?

Na psychoterapię, także w formie online, warto się zgłosić w sytuacji, gdy pojawiają się następujące trudności:
  • smutek, obniżenie nastroju, stany depresyjne, brak motywacji do życia,
  • obniżona samoocena, poczucie niezadowolenie z samego siebie,
  • lęk, strach, napady lękowe,
  • fobie, urazy psychiczne,
  • traumy, kryzysy życiowe,
  • problemy w związku partnerskim, rodzicielskim,
  • zaburzenia odżywiania,
  • uzależnienia,
  • poczucie zagubienia w życiu.
Dodatkowo na psychoterapię może zostać skierowanym przez psychologa, psychiatrę, seksuologa, a także lekarzy różnych specjalności. Warto dodać, że przed pierwszą wizytą u psychoterapeuty, warto zdecydować się na bezpłatną konsultację, aby dobrać dla siebie odpowiedniego specjalistę, a także konkretny nurt psychoterapii.